Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00154 009312 7431427 na godz. na dobę w sumie
Mówi Warszawa - ebook/pdf
Mówi Warszawa - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 267
Wydawca: Muzeum Powstania Warszawskiego Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-60142-73-8 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

„Mówi Warszawa” to pierwsza wielogłosowa powieść o współczesnej Warszawie. Na książkę pod redakcją Marka Kochana składa się 21 opowiadań, których autorami są: Marek Nowakowski, Monika Powalisz, Olga Berezyna, Krzysztof Varga, Wojciech Albiński, Monika Rakusa, Jerzy Sosnowski, Bohdan Sławiński, Piotr Wojciechowski, Juliusz Strachota, Milena Laur-Zmarzłowska, Piotr Paziński, Sylwia Chutnik, Jacek Dehnel, Antoni Libera, Tomasz Piątek, Izabela Filipiak, Sylwia Siedlecka, Marek Kochan, Kaja Malanowska, Aleksander Kościów.


Autorki i autorzy reprezentują różne pokolenia, różne style, wrażliwości, punkty widzenia. Co innego ich ciekawi, co innego uważają za ważne. Jedno jest wspólne: Warszawa, taka, jaką ją widzą pisarki 
i pisarze związani z miastem.


Wydawcy: Muzeum Powstania Warszawskiego, Wydawnictwo Trio

Znajdź podobne książki

Darmowy fragment publikacji:

1 1 0 2 R 0 2 P 0 MO WI WAR SZA WA Autor projektu Marek Kochan WydAWnictWA Muzeum Powstania Warszawskiego Instytut Stefana Starzyńskiego Wydawnictwo Trio 2011 WArSZAWA 1 1 0 2 R 0 2 P 0 MO WI WAR SZA WA r1 MiŁoŚci Marek Nowakowski Monika Powalisz Olga Berezyna r2 poŻeGnAniA i poWroty Krzysztof Varga Wojciech Albiński Monika Rakusa Jerzy Sosnowski Bohdan Sławiński Piotr Wojciechowski Juliusz Strachota Milena Laur-Zmarzłowska Piotr Paziński Sylwia Chutnik Jacek Dehnel r3 reWoLucje Tomasz Piątek Izabela Filipiak Sylwia Siedlecka Marek Kochan Kaja Malanowska Aleksander Kościów Autor projektu i redaktor tomu – Marek Kochan Koordynator projektu – Martyna Niziurska-Olszaniec Projekt graficzny i ilustracje – Marta Surowiec, Wojciech Polak Redaktorzy prowadzący – Dorota Bojarska-Lis, Renata Pytka-Sofuł Redakcja – Magdalena Budzińska, Iwona Dornarowicz Muzeum Powstania Warszawskiego – Jan Ołdakowski Instytut Stefana Starzyńskiego – Dariusz Gawin Zdjęcie panoramy Warszawy – Robert Danieluk Autor i wydawcy dziękują SM „Skarpa” za umożliwienie wykonania fotografii  editions © Muzeum Powstania Warszawskiego editions © Wydawnictwo Trio WyDAWCy: Muzeum Powstania Warszawskiego Instytut Stefana Starzyńskiego/Oddział MPW 00-844 Warszawa, ul. Grzybowska 79, www.1944.pl, e-mail: biuro@1944.pl Wydawnictwo Trio Wydawnictwo TRIO, 00-958 Warszawa, ul. Miedziana 11 www.wydawnictwotrio.pl, e-mail: trio@wydawnictwotrio.pl Wydanie pierwsze, Warszawa 2011 MO WI WAR SZA WA r1 MiŁoŚci Marek Nowakowski/ każdemu wolno kochać! Monika Powalisz/ przekątna Olga Berezyna/ Michaj, Gabor 032 044 020 r2 poŻeGnAniA i poWroty Krzysztof Varga/ Zły powraca 064 Wojciech Albiński/ kapo 076 Monika Rakusa/ tamta Wilcza 086 Jerzy Sosnowski/ pamiątka 100 Bohdan Sławińsk/ Zdradzeni o świcie 116 Piotr Wojciechowski/ pamiętacie Wiberga? 128 Juliusz Strachota/ prościej byłoby już trudniej 140 Milena Laur-Zmarzłowska/ dziś sprzedawałby ryby 152 Piotr Paziński/ Staruszek 162 Sylwia Chutnik/ Bożena z poznańskiej 174 Jacek Dehnel/ Bieg okoliczności 186 r3 reWoLucje Tomasz Piątek/ powstanie ii 226 Izabela Filipiak/ Majowy śnieg 234 Sylwia Siedlecka/ Historia blokowa 244 Marek Kochan/ Basen Kaja Malanowska/ pokój Aleksander Kościów/ progress potential 278 254 268 „We wzrost przywiązania do Stolicy wszystkich Polaków a przede wszystkim mieszkańców War- szawy wierzę gorąco i dlatego wierzę, że rozwój Warszawy szybkim tempem posuwać się będzie naprzód, że wszyscy własnymi oczami oglądać ją będziemy piękną i wspaniałą tak, jak ją widzieć pragniemy, że czuć się w niej będziemy jak najlepiej, jak najwygodniej i jak najprzyjemniej, jak we własnym rodzinnym domu, w którym wyrośliśmy, że będzie ona godną Stolicą naszej ukochanej a potężnej Ojczyzny. Was, koledzy rezerwiści proszę, abyście w tych wysiłkach aktywny brali udział, a zaznacie szczęścia współtworzenia wielkiej naszej Stolicy” STeFAN STARZyńSKI z odczytu wygłoszonego 10 czerwca 1938 na zebraniu Stołecznego okręgu Związku rezerwistów W Wstęp Warszawa budzi się ze snu. Wstaje, podchodzi do lustra i przygląda się sobie. Opowie teraz, co widzi. Sama, własnymi słowami. Ta książka to powieść o współczesnej Warszawie, ale powieść polifonicz- na, mająca wielu autorów. Składa się na nią 20 tekstów, zupełnie nowych, napisanych specjalnie do tego tomu. Ich autorki i autorzy reprezentują różne pokolenia. Różnią ich style, wrażliwości, punkty widzenia. Co innego ich cieka- wi, co innego uważają za ważne. Dlatego obraz Warszawy, który wyłania się z tej książki, jest wielobarwny i wielowymiarowy. Jest to pierwsza wielogłosowa powieść o Warszawie. Najpierw był pomysł, ogólna idea. Ciekawość. Jaka to byłaby książka? Szukałem sposobu, aby ten pomysł zrealizować. W poszukiwaniu mecenasa udałem się na ulicę Przyoko- pową. Tam powstają niecodzienne, nowatorskie projekty artystyczne związane z miastem. Przedstawiłem projekt książki. Muzeum Powstania Warszawskie- go i Instytut Stefana Starzyńskiego objęły patronat nad tym przedsięwzię- ciem. Jako didżej miałem pełną swobodę twórczą. Nie mogłem jednak zaprosić wszystkich autorów piszących o Warszawie – jest ich zbyt wielu. Musiałem wybierać. Szukałem głosów osobnych, niepowtarzalnych, aby jak najpełniej oddać bogactwo i różnorodność miasta. Zaprosiłem pisarki i pisarzy, których teksty najbardziej chciałem przeczytać. Które złożyłyby się na zaskakującą całość. Pierwszy był Marek Nowakowski. Zgodził się od razu. Uznałem, że to dobra wróżba. Kolejne osoby przyłączały się do projektu. Każdy miał wolny wybór, jeśli chodzi o temat i styl, każdy niezależnie pracował nad swoją histo- rią. Stąd wielość bohaterów, miejsc, planów czasowych. Jedno było wspólne: Warszawa, taka, jaką ją widzą pisarki i pisarze związani z miastem. Teraz książka jest gotowa, skomponowana. 20 opowieści ułożyło się w całość, w której wyraźnie zarysowują się trzy tematy, trzy wątki: Miłości, Pożegnania i powroty oraz Rewolucje. Oczywiście, podział jest umowny: w miłościach są pożegnania i powroty, w rewolucjach – miłości. Jeśli mierzyć to statystycznie, wciąż rewolucji jest więcej, niż miłości. Najwięcej jest poże- gnań i powrotów. Warszawa żyje swoją przeszłością, pamięta o niej. Czasem chciałaby z nią zerwać, czasem czerpie z niej siłę. Może powinna częściej pa- trzeć przed siebie? Przyszłość zależy jednak od poukładania tego, co było, od naprawienia splątanych więzi między ludźmi. O tym mówi ostatni tekst w tomie. Postęp jest możliwy. Panie i panowie, proszę o ciszę. Mówi Warszawa! Marek Kochan P Podziękowania Dziękuję wszystkim autorkom i autorom, którzy wzięli udział w tym ekspery- mentalnym pisarskim plenerze. Cieszę się, że – choć każdy pracował osobno – razem stworzyliśmy książkę o naszym mieście. Do powstania tego tomu przyczyniło się też wiele osób, których nazwisk nie ma na liście autorów. Martyna Niziurska-Olszaniec i inne osoby z zespołu Mu- zeum z wielkim zaangażowaniem pracowały nad tym projektem przez ponad pół roku. Pani dyrektor Bogusława Radziwon z Wydawnictwem Trio zapew- niła jedność czasu, miejsca i akcji. Wszystkim dziękuję. Szczególnie wyrazy wdzięczności należą się Janowi Ołdakowskiemu, dyrek- torowi Muzeum Powstania Warszawskiego i Dariuszowi Gawinowi, szefowi Instytutu Stefana Starzyńskiego. Bez nich tej powieści by nie było – zaufali mi, kiedy przyszedłem z pomysłem, którego opis mieścił się na jednej kartce papieru i zgodzili się mu patronować. Oni też są współautorami tej książki. M K 1 1R I C Ś O Ł I M l 0 2 0 s . ! ć a h c o k o n o w u m e d ż a K / i k s w o k a w o n k e r a M . 1 4 4 0 s . r o b a G , j a h c i M / a n y z e r e B a g o l . 3 2 3 0 s . a n t ą k e z r P / z s i l a w o p a k i n o M . 2 8 1 0 s 1 R MIL OS CI 018 019 1 2 3 1 R 0 2 0 s 1 3 0 s KAZDEMU WOLNO KOCHAC! autor MaRek Nowakowski Dymiły jeszcze zgliszcza, a już budowali drewniany prowizoryczny dworzec w miejscu dawnego Warszawsko-Wiedeńskiego, który został doszczętnie znisz- czony. Na rogu, gdzie dawniej zbiegały się dwie pryncypialne ulice, wśród ruin rozkwitło handlowe życie. Handel w pierwszym rzędzie odradza się po pożodze. Wszystko można kupić i sprzedać. A jak handel to i wypitka, kobiety, wiadomo. Wracał do miasta żywotny ludek, najtwardszy. Szli jeszcze w łunach pożarów. Zajmowali schrony, piwnice, żłobili jamy, klecili budy. Gnieździli się na poddaszach wypalonych kamienic, wspinając się karko- łomnie po drabinach, po resztkach schodów, po rynnach i gzymsach. Pod nogami ziała im czeluść. Linoskoczki niezniszczalnego życia! Chwytali się byle czego pa- zurami i już nie popuścili. Żeby zamieszkać na wysokości, patrzeć w niebo i śledzić lot ptaków, trzeba było być nie lada akrobatą. Ci na dole zaś w piwnicznych norach walczyli ze szczurami. Namnożyło się tego wrażego paskudztwa. Czas jakiś miasto było ziemią niczyją i one wtedy pa- nowały. Wypasione, bo żywiły się trupami. Nieboszczyków w gruzach zalegało mnóstwo. Sterczały z rumowisk i popiołów zwęglone kikuty rąk, nóg. Znienac- ka pokazywały się straszne, gnijące oblicza z wyszczerzonymi zębami, dziurami oczodołów i rdzawymi od krwi kosmykami włosów. Mógł obsunąć się legar czy 020 021 1 R Centrum N 52°13 50,0 E 21°00 25,2 022 023 1 R strop, zawalała się i kruszyła podziurawiona pociskami ściana, odsłaniała się zbiorowa mogiła i szczury uciekały z piskiem od uczty, ciągnąc za sobą gołe ob- ślizgłe ogony. Ale i człowiek bywa twardy jak szczur. Ci, co przeżyli, oswojeni byli ze śmiercią i strasznymi widokami, nie przejmowali się więc zbytnio truposzami i zatykając nosy przed gnilnym fetorem, mościli się w swoich legowiskach, zadowoleni, że mają jaki taki dach nad głową. Zasypiali mocnym snem, bez żadnych koszmarów. Piwniczno-strychowy ludek wynurzał się o świcie ze swych koczowisk, dygo- tał, rozcierał zgrabiałe dłonie i z trudem otwierał sklejone powieki. Chwiejąc się na niepewnych nogach, rzucali pierwsze spojrzenie na boży świat i klnąc z nawy- ku na swój sobaczy los, ruszali do bud, straganów i sklepików pod chmurką, żeby rozgrzać się mętnym, śmierdzącym drożdżami, krzepkim samogonem. Samogon ożywiał zmartwiałe wątpia i krew krążyła szybciej. Jaśniało we łbie. Budziła się nadzieja. Tak rozpoczynał się dzień. Kobieta, młoda czy niemłoda, trudno rozpoznać w szarej pomroce, wystawi- ła na placu stolik. Piękny, secesyjny mebelek na wdzięcznie wygiętych nóżkach, którego blat ze szlachetnego palisandru nadpalony był po brzegach i pożłobio- ny nożem. Jakiś wandal wyrezał nawet serce przebite strzałą. Mebelek mógł stać kiedyś w zamożnym, mieszczańskim salonie i ucztowali przy nim zdobywcy miasta. Teraz palisandrowy blat spełniał skutecznie funkcję sklepowej lady, zapełnio- ny słojami, garnkami i misami. Kobieta sprzedawała kwaszone ogórki, śledzie, słoninę – pożółkłą, mocno osypaną solą, na grubej skórze – którą kroiło się jak masło, konserwę w puszkach i raz w tygodniu rzeźnicy ze słynnego miasteczka świniobójców dostawiali jej kiełbasy, kaszankę, salceson. Wtedy otaczał ją tłum i nie nadążała z polewaniem bimbru z blaszanego baniaka do szklanek. Kupczy- cha to była przednia, wróciła jako jedna z pierwszych do wypalonego miasta i od razu zabrała się za to, co umiała najlepiej. – Uliki, matiasy! – wołała donośnie. – Przedwojenne, palce lizać! Śledzie patykiem wybierała z beczułki, owijała w gazetę i podawała klien- tom. Równie sprawnie przeliczała pieniądze, wydawała resztę i utarg chowała do skórzanego woreczka pod fartuchem. On, karzełek malutki jak pięcioletnie dziecko, stary chłop o pomarszczonej twarzy, przypominającej pieczone jabłko; stracił swój warsztat pracy. Był cyr- kowym liliputem i nie nadawał się do niczego innego jak tylko do śmiesznych wygibasów i czynienia z siebie pośmiewiska dla uciechy gawiedzi, zebranej wo- kół wysypanej trocinami areny pod brezentowym szapitem. Najmniejszy Czło- wiek Świata. Tak bywał zapowiadany w wędrownej trupie podczas występów w miastach i miasteczkach. Jechał na początku orszaku na karym koniu, strojąc ucieszne miny i fikając koziołki na końskim grzbiecie, okrytym złotą, frędzlastą materią. W wojennej zawierusze stracił swoją karlicę i był zupełnie samotny. Kręcił się bezradnie w hałaśliwym tłumie, który wypełniał przestrzeń między wysokimi gruzami, zwaną placem, podobną do kotliny pośród czarnych, księ- życowych skał. Czasem ze smutku zaczynał chodzić na rękach, ale zupełny brak zainte- resowania dla tych popisów zniechęcał go szybko do ponawiania daremnych wysiłków w celu zwrócenia na siebie uwagi. Podtrzymywał gasnącego ducha wspomnieniami dawnych, dobrych czasów. Szczególnie swego najlepszego nu- meru, po którym niezawodnie wybuchał huragan oklasków i śmiechów. Ale to były stare dzieje. Teraz ludzie go nie zauważali. Zaczynali wszystko od początku i ważniejsze sprawy zaprzątały im głowy. Liliput był głodny i bardzo zmęczony. Pomarszczona twarz zżółkła i wychudzenie czyniło go jeszcze bardziej malut- kim, rzadkie włosy nastroszyły mu się jak puch kaczęcia; kurczył się i marniał w oczach z dnia na dzień. Snuł się i zataczał z osłabienia między nogami ludzi, przemierzających nieustannie plac. Niby taki jak oni, a maleńki dziwoląg, wybryk złośliwej natury. Przerażały go psy, które czasem pojawiały się na placu i szczerzyły na niego zęby, warcząc złowrogo. Nie traktowały go na równi z rodzajem ludzkim i uzna- wały za słabsze od siebie stworzenie. Pewien litościwy handlarz rzucił mu kie- dyś kawałek kiełbasy, ale wyprzedził go parszywy wyliniały kundel, odbierając smaczny kęs. Zdziczałe dzieci otoczyły go kręgiem, szturchając i szczypiąc. Dzieci też były silniejsze od niego. Pijacy chwytali go jak szczeniaka i przerzucali sobie z rąk do rąk, wybuchając ohydnym śmiechem. Upokorzenie i ból dręczyły go coraz mocniej i tak krążąc, zagubiony w ludzkim rojowisku, spostrzegł raz i drugi dło- nie wielkie jak na jego miarę, które sięgały do kieszeni spodni, wyciągając zwitki pomiętych banknotów. Chciwy ruch dłoni zaciskających się na papierkach zwrócił jego uwagę, grube paluchy tak sprawnie wyciągały banknoty odpowiedniej war- tości. Nie były to jedynie „młynarki”, ale też papiery zielone, dolarowe. Począt- kowo tylko bawiła go niesamowita ruchliwość ludzkich palców. Widział pory na skórze, włoski porastające knykcie, paznokcie czarne i poobgryzane. Nawet mógł zaglądać w kieszenie, z których wyciągali forsę. Jedni pozbywali się pieniędzy, inni zwiększali ich ilość. Widział na banknotach plamy tłuszczu i krew. Niektóre były zużyte, porwane. Inne, nowe, połyskliwe, szeleściły. Wszystko działo się na wysokości jego głowy i rozproszone myśli skoncen- trowały się wreszcie, podyktowały mu czyn. Jego malutka łapka powędrowała do cudzej kieszeni. Leciutko niby piórko się tam wsunęła. Palce dotknęły gład- kiego papieru, namacały grubość pliku i oddzieliły kilka banknotów ze zwitka. Poczucie sprawiedliwości ograniczyło jego chciwość. Dokonywał swoistego po- działu. Zabierał tylko cząstkę. Serce zabiło mu gwałtowniej. Banknoty zacisnął w spotniałej ze strachu dłoni. Malutka piąstka wysunęła się ostrożnie z czeluści kieszeni. Czmychnął między kobiecymi i męskimi nogami, które niby ruchomy las zapełniały plac. Biegł, odbijając się o łydki, zadki. Dyszał ciężko, a dłoń kurczowo 024 025 Mówi Warszawa . r1 MiŁoŚci Marek Nowakowski/Każdemu wolno kochać! 1 R zaciskała łup. Pomknął w gruzowisko i tam w jamie, która pozostała po zasy- panej piwnicy, rozprostował palce. Długo napawał się widokiem tak łatwo zdo- bytych pieniędzy. Odpocząwszy, wyszedł jeszcze raz i w budzie spełniającej rolę jadłodajni najadł się pierwszy raz do syta. Czuł pęczniejący brzuch i błogie ciepło wypełniające całe ciało. Zadarł głowę i popatrzył na twarze ludzi. Dał sobie z nimi radę. Tak łatwo! Poczuł swą siłę. Beznogi handlował tytoniem. Przed sobą trzymał przewieszoną na piersiach skrzyneczkę, papierosy sprzedawał na sztuki i w paczkach. Posiadał bogaty wy- bór: gilowe, z munsztukiem, luksusowe amerykany, wypełnione żółtym jak miód tytoniem, w paczkach z podobizną wielbłąda, jeszcze inne w blaszanych pudeł- kach. Chłop był to wysoki, rozrosły w plecach, twarz miał mięsistą, czerwoną, ze szczeciniastym, rudawym zarostem i stał w szerokim rozkroku jak wrośnię- ty w ziemię; jego lewa noga była od połowy uda sztuczna, drewniana. Handel prowadził wędrowny i zachodził w różne miejsca placu. Wyszukiwał największą ciżbę, pośród niej najlepiej szedł mu interes. Kobietę przy palisandrowym stoliku wyłowił od razu męskim, wprawnym okiem i spodobała mu się ona. Dorodna, duża, wesoła. Fachowo wabiła klientów. Uśmiechała się do akuratnych chłopów. A choć on nie był zupełnie akuratny, przecież brakowało mu nogi, od słowa do słowa przemawiać zaczęli do siebie. Kawał kiełbasy od niej zakupił, szklanecz- kę bimbru odpił, drugą poprawił, należnej mu reszty nie przyjął i poczęstował ją amerykanem, podsuwając ogień z benzynowej zapalniczki, sporządzonej z łuski karabinowego naboju. Zapaliła, wciągając z lubością wonny, szlachetny dym. Za- częli pogadywać. Z początku żarcikami. Potem poważniej. O niedolach i ponie- wierkach. Wyliczali sobie, ile to razy śmierci spod kosy wymykali się w te złe lata. Kobiecie nawet łzy się zakręciły w oczach i chlipnęła przez nos. – Ciężko żyć samemu – westchnął beznogi handlarz i popatrzył na nią okiem znawcy. Ona była wojenną wdową i wraz z dymem, który puścił jej prosto w twarz ten obcy mężczyzna, poczuła gorący, bimbrowy oddech chłopa bardzo głodnego baby. Przypadli sobie do gustu od pierwszego wejrzenia i wiedziała już, że choć jest kulawy, to nieźle musi sobie dawać radę. Obrotny i chwacki. Zajęci sobą nie zauważyli, że z niedalekiej odległości przygląda się im liliput, maleńki człowie- czek wzrostu najwyżej pięcioletniego chłopczyka, o twarzy żółtej i pomarszczo- nej, pozbawionej zupełnie zarostu, nie licząc tych kilku włosków, wyrastających z brodawki na podbródku. Kobieta wcale się nie żachnęła, kiedy kulawy chłop klepnął ją po zadku. – Rzepa! – powiedział chrapliwie i mocniej ustawił w rozkroku dwie swoje nogi, prawdziwą i drewnianą. Zaśmiała się zalotnie. Beznogi wyczuł przyzwolenie i jego łapa śmiało powę- drowała od góry w dół po jej wypukłościach. Co ta łapa za igraszki wyczyniała, nie można było zobaczyć, zginęła bowiem na dłużej pod bufiastą spódnicą. Kobieta przymknęła oczy, papieros w jej palcach dopalał się długim wałeczkiem popiołu. Wreszcie ocknęła się ze słodkiego odrętwienia. – Won! – powiedziała bez złości, odpychając kułakiem beznogiego zalotnika. Liliput poczuł się dziwnie nieswojo. Gorąco i zimnica targały nim na przemian. Ta łapa beznogiego, szeroka i włochata, olbrzymieć mu zaczęła w oczach; wy- obraził sobie, co ona tam mogła wyczyniać. Dał nura w handlujący tłum. W pląta- ninie ludzkich nóg był jak w znajomym lesie. Zrobiło mu się lżej na duszy i z zapa- łem myśliwego za cudzymi kieszeniami zaczął się rozglądać. Polowanie szło mu sprawnie i już bez strachu. Dłoń miał nieomylną, palce pracowały zwinnie i szyb- ko. Siódmym jakimś zmysłem przeważnie nie wtykał ich na próżno. Z kieszeni w kraciastych pumpach wyłuskał kilka papierków. Złożone były czterokrotnie. Tak składają swoje banknoty gracze, którzy grają w numerki. W innej kieszeni w zielonych, wojskowych spodniach z szorstkiego sukna namacał metalowe, twarde krążki. Wyciągnął garścią. Były to złote monety. Sześć sztuk. Już brał zdobycz w całości. Wiedział przecież, że jeśli go dopadną, nie będą się wcale za- stanawiać, ile im zabierał. Kilka kieszeni zaledwie było prawie pustych. Z samym lekkim bilonem. Jedna niedostępna, zapięta na dwie agrafki. Jeszcze przy oblężo- nym przez kobiety kramiku z damską bielizną zajął się niedopiętą torebką. Z niej wyłowił najwięcej papierków. Pachniały pudrem i perfumami. Kobietą. Obwąchał je bardzo dokładnie, myśląc o handlarce przy palisandrowym stoliku. Posmutniał. Nie wiodło mu się źle w tym niecnym procederze, polubił ryzyko i bawił się. Potrafił wyjmować portmonetki, wygarniać ich zawartość i puste z powrotem wsuwać do kieszeni. Podwyższał sobie stopień trudności i na przykład szczypał upatrzoną ofiarę w łydkę; kiedy ona klnąc, chwytała się za obolałe miejsce, wy- ciągał jej z kieszeni pieniądze i zmykał co sił w nogach. Choć tak wyzywał los, to miał szczęście malutki nicpoń i gromadził bogac- two w zardzewiałej puszce po masce przeciwgazowej, którą zagrzebywał w ką- cie swojej piwnicznej jamy i przywalał cegłami. Dużo odkładał. Potrzeb nie miał wygórowanych, alkoholu nie lubił, jadł niewiele, najchętniej słodycze. Z dawnych czasów gustował w wedlowskich czekoladkach. – Wróbelek! – wołały za nim rozbawione kobiety. Z rzadkimi, sterczącymi niby puch włosami na dużej głowie, osadzonej na cienkiej szyi, wyrastającej z małego, wątłego ciała, mógł przypominać jakiegoś cudacznego ptaszka. Nosił kolorowy kubraczek i pasiaste, obcisłe pantalony na krótkich nóżkach. Lubił tylko pstre, cyrkowe stroje. Pijani mężczyźni zastanawiali się nieraz, jakiej miary męskie wyposażenie może on nosić w spodniach. Czy po- trafi dogodzić normalnej kobiecie, czy tylko karlicy. Przywoływali go i dopytywali z udawaną uwagą. Rozwścieczony uciekał od nich i chował się w piwnicznej ja- mie. Przeklinał wszystko i wszystkich. Bluźnił na Stwórcę, że takim go stworzył. Niełatwo wracał do równowagi. Najbardziej podnosiło go na duchu przekonanie, że niejednemu z tych bydlaków wygarnął sporo forsy z kieszeni. 026 027 Mówi Warszawa . r1 MiŁoŚci Marek Nowakowski/Każdemu wolno kochać! 1 R Beznogi chłop codziennie przychodził do kobiety, która sprzedawała bimber i zakąski przy palisandrowym stoliku. Byli w bliskiej komitywie. Poklepywał ją i podszczypywał. Ona oganiała się od niego, ale tylko dla pozoru. – Idź, ty capie! – pokrzykiwała. – Kobyłka – odkrzykiwał handlarz tytoniem, wyprężał się i wciągał brzuch; spod nogawki wystawał mu drewniany kulas z drewnianą stopą. Żółta twarzyczka liliputa posępniała, kiedy tak popatrywał z ukrycia na igraszki tych dwojga. Pewnego wieczoru beznogi handlarz tytoniem pomógł kobiecie załadować majdan z okrągłego stolika na dziecięcy wózek i razem, ciągnąc i popychając po- jazd, ruszyli wąwozem wśród zwałów gruzu. Liliput skradał się za nimi w ciem- ności. Oni zataczali się i potykali. Popili wówczas więcej niż zazwyczaj i handlarz coraz bardziej garnął się do kobiety. Ona odpowiadała na jego natarczywe karesy niskim, piersiowym chichotem i przetaczała biodrami, wypinała piersi, czując na sobie pożądliwe spojrzenie wygłodniałego chłopa. Zatrzymali się dla odpoczyn- ku pod wypalonym szkieletem kamienicy. Fragmenty frontonu jak skalny wy- stęp zwisały nad ścieżką. Na gzymsie pierwszego piętra siedział kot i jego oczy błyszczały jak magiczne światełka. Zaraz czmychnął. Niżej zachowała się pła- skorzeźba, przedstawiająca fauna lub satyra z jakąś brodatą gębą leśnego bożka. Beznogi przyciągnął do siebie kobietę. Z początku trochę go odpychała, ale zaraz przywarła do niego. Zadarł jej fartuch i kieckę, gwałtownym ruchem rozerwał majtki i sczepili się jak psy w pokracznej, stojącej pozycji. Chybotali się, obsuwali, ich zapamiętałość w pokonywaniu trudności była zadziwiająca. Liliput, choć nic nie widział, to wyobrażał sobie białe, grube uda kobiety, sły- sząc jej przeciągły skowyt rozkoszy. Obejmowała szerokie plecy mężczyzny i jej paznokcie szarpały sukno jego odzienia. Skomliła wysoko i przeciągle. Liliputowi huczał w uszach ten dźwięk jak dzwon, rozsadzał czaszkę. Chwycił się oburącz za głowę i uciekł. Pędził na oślep, potykając się i padając, kaleczył ręce, otarł sobie do krwi czoło. W piwnicznej jamie rzucił się na legowisko i zwinięty w kłębek jak psiak, na- dal przyciskał palcami uszy. Wciąż słyszał skowyt kobiety. Wypełniał nie tylko jego głowę, ale całą jamę. Wreszcie uspokoił się trochę. Dźwignął się z posłania i wygrzebał spod ciemnego miału swój skarb w puszce. Wyciągnął gruby zwitek banknotów, spięty gumką. Osobno w szmatce trzymał złote monety. Było ich trzydzieści. Przetarł złoto do połysku, ponownie owinął w szmatkę. Potrząsnął zawiniątkiem, wsłuchał się w jego grzechot. Banknoty tak samo przeliczył do- kładnie. Oddzielnie okupacyjne, „młynarki”. Oddzielnie zielone, amerykańskie. Zagrzebał puszkę w kącie jamy. Położył się i wzdychał raz po raz. Prześlado- wał go obraz kobiety i mężczyzny, zmagających się pod murem. Wsłuchiwał się w szczurze piski dobiegające zewsząd. Sen miał płytki, niespokojny. Budziły go jakieś jęki, skamlenia. Zrywał się i nadsłuchiwał. Dziwne odgłosy przypomina- ły kobiecy skowyt rozkoszy, pieśń miłosnego uniesienia. Zapalił ogarek świecy i w jej skąpym świetle dostrzegł dwa szczury, które przebiegły obok niego. Osypał się gruz, zniknęły gdzieś. Czy to one tak skomliły, oddając się szczurzej rozko- szy? Szczur i szczurzyca. Nie mógł już zasnąć. Przewracał się na posłaniu. Wstał szarym świtem i wygrzebał z ukrycia puszkę, wcisnął ją za pazuchę kolorowego kaftanika i wyczołgał się z nory. Dzień zapowiadał się pogodny, poprzez szarość przezierał błękit. Od wschodu nad posępnym, czarnym cmentarzyskiem zaczęła się wynurzać czerwona tarcza słońca. Stado gołębi siedziało w szczerbach i za- łomach muru. Stroszyły pióra, trzepotały skrzydłami. Czy one przetrwały tu cały czas? Czy tak jak ludzie niedawno pojawiły się w mieście? Gruzowisko niemrawo budziło się do życia. Ludzie wyłazili z zapadlisk, z resz- tek ocalałych domów, schodzili po kładkach i drabinach ze strychów, które niby bocianie gniazda zachowały się na kikutach okopconych murów. Ziewali, char- kotali, przeczesywali skudlone włosy, pełne pierza, słomy i ceglastego prochu. Sposobili się do pracy, upychając wory, kufry, ładując tłumoki na dziecięce wózki i ryksze. Liliput, przyciskając do wklęsłej piersi skarb w puszce, pierwszy pobiegł na plac. Jeszcze było tu prawie pusto. Dotarł do miejsca, gdzie zazwyczaj han- dlowała kobieta. Ona już stała przy okrągłym stoliku z egzotycznego palisandru, zastawionym słojami, blaszanymi bańkami i wiklinowymi koszami, pełnymi wik- tuałów. Pod stolikiem ustawiła szklane, wielkie butle, wypełnione mętnym, mło- dym bimbrem. Była pełna wigoru i podśpiewywała wesoło. Liliput wiedział, skąd ona czerpała poranną radość życia. Wdrapał się na wysypisko cegieł, przycupnął jak ptaszek i spoglądał na kobietę. Zobaczył ją znów sczepioną z beznogim hand- larzem tytoniu. Jego jeszcze nie było. Pewnie wypoczywał, syty i rozleniwiony, czując w całym ciele wczorajszą przyjemność. Wkrótce kobieta miała już pierw- szych klientów i uwijając się jak fryga, nalewała bimber do szklaneczek z grubego zielonkawego szkła, przeliczała należność, pieszczotliwie wygładzała banknoty i chowała do kieszeni wszytej pod spodem fartucha. Akurat miała dłuższą chwilę wytchnienia, poprawiła włosy, wzięła się pod boki i głęboko zaczerpnęła powietrza, jej piersi podniosły się wysoko i opadły. Wyglądała jak kawał muru tego miasta, solidnie spojonego zaprawą, poszczer- bionego co prawda i połupanego, ale mocnego nad wyraz; muru, który przetrwał ostrzał artyleryjski, bomby, wybuchy, pożary, całą zagładę. Liliput zaczął zsuwać się po zboczu wysypiska. Dążył do niej jak lunatyk. Mały, śmieszny kurdupel na cienkich nóżkach w pasiastych pantalonach; przyciskał do serca puszkę ze skarbem. Był tak mały, że nie spostrzegła go wcale, zagapiona w górę, w błękitne niebo, oświetlone wschodzącym słońcem w całej krasie. Liliput był już przy niej, szarpnął kobietę za spódnicę i jak kociak wczepił się pazurami w szorstki, mechaty materiał. Opuściła głowę i popatrzyła ze zdumie- niem na karła, który przywarł do jej nóg. Wielka głowa pokryta szarym puchem włosów ginęła w jej spódnicy. Zobaczyła jego żółtą, pomarszczoną twarz. Wlepił 028 029 Mówi Warszawa . r1 MiŁoŚci Marek Nowakowski/Każdemu wolno kochać!
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Mówi Warszawa
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: