Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00375 005262 13080051 na godz. na dobę w sumie
Mrożek. Striptiz neurotyka - ebook/pdf
Mrożek. Striptiz neurotyka - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: Agora Język publikacji: polski
ISBN: 978-832-681-276-7 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> biografie
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Małgorzata I. Niemczyńska składa ukłon dla literackiego geniuszu bohatera swej książki i przedstawia dwa oblicza Mrożka: wielkiego pisarza i trudnego człowieka. Odsłania wiele nieznanych faktów z jego życia. Przypomina wczesną, zapomnianą twórczość, jak chociażby pierwszy w historii Polski komiks o superbohaterze czy napisaną wspólnie z Brunonem Miecugowem powieść o senatorze McCarthym, która nie znalazła się w „Dziełach zebranych”. Przedstawia Mrożka-filmowca, jego wcielenie kompletnie dziś nieznane. Opisuje losy wojenne, które w większości biogramów są kompletnie lekceważone, a tymczasem miały kluczowy wpływ na ukształtowanie się osobowości pisarza. Demaskuje autokreacje Mrożka i zagląda do akt IPN. Odsłania kulisy decyzji o publikacji intymnych zapisków, w których pisarz się obnaża jako neurotyk. Koncentruje się wokół ludzi z jego otoczenia i związanych z Mrożkiem miejsc – jest wśród nich malowniczy Dom Literatów, w którym mieszkali w swoim czasie m.in. Szymborska, Kisielewski, Słomczyński, Gałczyński czy Różewicz. Ale są też Chiavari, Paryż, Meksyk. „Striptiz neurotyka” kończy wywiad z bohaterem książki, jeden z ostatnich, jakiego udzielił. To mocny zapis odchodzenia pisarza, który – jak się wydaje – zdążył rozstrzygnąć spór o samego siebie toczony przez Sławomira Mrożka z Mrożkiem Sławomirem.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

MROŻEK Striptiz neurotyka Małgorzata I. Niemczyńska MROŻEK Striptiz neurotyka Redakcja: Jan Cywiński Korekta: Teresa Kruszona Projekt graficzny: Andrzej Barecki Fotoedycja: Maciej Murański Przygotowanie zdjęć do druku: Michał Odolczyk Zdjęcie na okładce: Bogdan Krężel/Przekrój/Forum Projekt graficzny okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZART.DESIGN Autorzy zdjęć: Irena Jarosińska/zbiory Ośrodka Karta (s. 2), Andrzej Nowakowski (9, 17, 22, 193, 240–242, 249, 262, 266–267), Wojciech Plewiński/Forum (12–13, 64, 86, 189, 218, 22), Woody Ochnio/Forum (21, 138), archiwum Urzędu Gminy w Borzęcinie (24), Jakub Ociepa (29), Na- rodowe Archiwum Cyfrowe (36), Aleksander Jałosiński/Forum (39), Archiwum Fundacji Wisławy Szymborskiej (40, 68), Michał Łepecki/Agencja Gazeta – dzięki uprzejmości I Liceum Ogólnokształcącego im. Bartłomieja Nowodworskiego w Krakowie (43-45), Andrzej Barecki (47, 71, 156, 170), Michał Łepecki/Agencja Gazeta (60), PAP/CAF (67, 244), OZKOK/Sipa/East News (75), repr. Juliusz Kłosiński-Antykwariat Atticus (82), Zofia Nasierowska/Reporter/East News (88, 89), Archiwum prywatne (92, 100, 163), Olaf Protze/AgeFotostock/East News (104), Francesco Tomasinelli/Tips Images/Bew (108), Luca Trovato/Getty Images/FPM (113), Adam Golec/Agencja Gazeta (116, 122, 205, 216, 232), Rob Huibers/Hollandse Hoogte/Czar- ny Kot (128), Muzeum Literatury/East News (130, 131, 134), AWL Images/Bew (132, 146), Sophie Bassouls/Corbis (141), dpa/PAP (151), Anna Pietuszko/Forum (178), Tomasz Pa- czos/Fotonova/East News (182), Bartosz Bobkowski/Agencja Gazeta (186), Bogdan Krę- żel/Przekrój/Forum (196), David Stubbs/Getty Images/FPM (200), East News (208), Paweł Piotrowski/Agencja Gazeta (236), Łukasz Gałązka repr. (247), Maciej Zienkiewicz/Agencja Gazeta (252), Michał Łepecki/Agencja Gazeta (259) Agora SA oświadcza niniejszym, że pomimo podjętych starań nie udało się ustalić osób upraw- nionych z tytułu praw autorskich do fotografii opublikowanych w książce (poza wyżej wymienio- nymi). Osoby uprawnione z tytułu tych praw prosimy o kontakt z Agorą SA (00-732 Warszawa, ul. Czerska 8/10, tel.: 22 555 40 00) w celu uregulowania należności prawnoautorskich. Wybór archiwaliów: Małgorzata I. Niemczyńska Redaktor naczelny: Paweł Goźliński Producenci wydawniczy: Małgorzata Skowrońska, Robert Kijak Koordynacja projektu: Katarzyna Kubicka Wydawca: Agora SA ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa © Copyright by Agora SA 2013 © Copyright by Małgorzata I. Niemczyńska 2013 Wszelkie prawa zastrzeżone Warszawa 2013 ISBN: 978-83-268-1276-7 Druk: Drukarnia Perfekt Pamięci Kacpra Bastera C Z Ę Ś Ć I M I L C Z E N I E 9 C Z Ę Ś Ć I I M I E J S C A L U D Z I E M I E J S C A L U D Z I E M I E J S C A L U D Z I E M I E J S C A L U D Z I E M I E J S C A L U D Z I E M I E J S C A L U D Z I E M I E J S C A M I E J S C A I L U D Z I E 2 5 Kraina dzieciństwa 2 5 Włodek 4 1 Dom Literatów 6 1 Mara 9 3 Chiavari 1 0 5 Lem 1 1 7 Vence 1 2 9 Szef 1 3 5 Paryż, czyli świat 1 4 7 Susana 1 8 7 Meksyk 2 0 1 Błoński 2 1 9 Nowa Polska 2 3 3 C Z Ę Ś Ć I I I R O Z M O W A 2 5 1 A N E K S T E C Z K A 2 6 9 Bibliografia 2 8 5 Podziękowania 2 8 9 Indeks nazwisk 2 9 1 C Z Ę Ś Ć I M I L C Z E N I E Klawisze z literami wciąż są w tym samym miejscu. Pierwsza po lewej stro- nie to „Q”, dalej „W”, „E”, „R”… Jako ostatnia w trzecim rzędzie – „M”, tuż obok przecinka. To znaczy, że nic się nie zmieniło. Ale w pamięci nie ma już umiejętności posługiwania się tym narzędziem. Najpierw trzeba na nowo odkryć, jak się trzyma ołówek, spróbować postawić pierwsze kre- ski, rozruszać nadgarstek. Gdy to się stało, Sławomir Mrożek siedział przy stole i pisał. Nie pamię- ta już co, ale raczej ręcznie. Było przedpołudnie 15 maja 2002 roku. W Kra- kowie wiosenne słońce, bezchmurne niebo, miejski spokój. Miał wówczas siedemdziesiąt dwa lata i renomę jednego z najwybitniejszych współcze- snych pisarzy polskich, o ile nie światowych. Jako ceniony prozaik, drama- turg i rysownik bywał wymieniany wśród kandydatów do Literackiej Nagrody Nobla. Napisał już dziesiątki opowiadań i sztuk teatralnych. Bez znajomości jego Tanga trudno było myśleć o zdaniu matury. W jednej krótkiej chwili wszystko to stało się nieważne. Składana mapa Europy dla dzieci do siedmiu lat. To jeden z przedmiotów, który przynosi mu żona, gdy pisarz zaczyna do siebie dochodzić w szpita- lu. Nie od razu udaje mu się nadać kontynentowi właściwy kształt. Układa też klocki, klaszcze w dłonie, powoli liczy od jednego do dziesięciu, a cza- sem też od dziesięciu do jednego – ale tylko wtedy, gdy ma dobry dzień. W odpowiedzi na usłużną krzątaninę personelu grzecznie się uśmiecha. Zawsze był małomówny, jego milczenie uchodziło wręcz za legendarne. Z początku nie przychodzi mu nawet do głowy, że nie potrafi powiedzieć: „dziękuję”. – Człowiek, który traci mowę, staje nagle nad przepaścią – wyjaśnia lo- gopeda Beata Mikołajko, która przez pięć lat prowadzi terapię Mrożka. – Gdy kończy się dzieciństwo i przestajemy się posługiwać przede wszyst- kim gestem, komunikacja werbalna zostaje naszym podstawowym narzę- dziem do codziennego życia. Bez niej czujemy się bezradni. A u wybitnego pisarza świadomość tego, co zostało utracone, musi być jeszcze dotkliwsza. Jak to nieładnie mówią: upadek z wysokiego konia dużo bardziej boli. Mrożek: „Pisałem od dwudziestego roku życia. Pisanie było jedynym za- wodem, który wykonywałem w miarę dobrze”. 11 E I N E Z C L I M I Ć Ś Ę Z C Po raz pierwszy spotykają się u niego w domu. Teren zostaje wybrany sta- rannie – on musi czuć się na nim bezpiecznie. W prowadzonej z początku po angielsku rozmowie uczestniczy żona – Meksykanka Susana Osorio. Po- tem zostają sami. Idą do sąsiedniego pokoju, oglądają fotografie, otwierają książki na chybił trafił. Mikołajko próbuje się dowiedzieć, na czym stoi, nie wywołując u pacjenta poczucia, że jest właśnie wnikliwie badany. Opowia- da mu o swoim dziecku, a mimochodem pyta, która godzina. Pod pozorem szukania terminu na kolejną wizytę wertuje kalendarz. Te zabiegi pozwolą jej się zorientować, że Mrożek ma problem z określeniem czasu. Na koniec pyta go, czy chce współpracować. Pisarz po piętnastu sekun- dach odpowiada, że tak. Terapeutka każe mu jednak jeszcze się zastano- wić. Daje mu dwadzieścia cztery godziny. Bez zdecydowanej chęci ze strony pacjenta nic z tego nie będzie. Aby Mrożek wyniósł coś z ich pierw- szego spotkania, kilkakrotnie powtarza mu swoje nazwisko, skłaniając tym samym do ćwiczeń w zapamiętywaniu. Wspólnie próbują je zapisać. Na ra- zie – koślawo. 12 A K Y T O R U E N Z I T P I R T S K E Ż O R M Litery, które śnią się Mrożkowi w grudniu 2003 roku, gdy akurat prze- bywa przez chwilę we Francji, są za to bardzo wyraźne. Zostały wypisane na komputerze na urzędowym druku i układają się w jego imię i nazwisko. Głos znikąd mówi mu, że z tym dokumentem ma się udać w podróż. Po przybyciu na miejsce przedstawi papier władzom. Te zrobią, czego tyl- ko zażąda, ale pod warunkiem, że od tej pory będzie używał wyłącznie no- wego nazwiska: Baltazar. To imię pojawiło się wcześniej w jednym z dramatów Mrożka. Napisanym w 1967 roku Testarium. Rzeczy o dwóch identycznych prorokach, którzy niespodziewanie zjawiają się równocześnie, aby zbawić świat. Zaradzić sy- 13 E I N E Z C L I M I Ć Ś Ę Z C tuacji stara się trzech króli: Kasper, Melchior i Baltazar. Wszyscy kończą bez głowy. Tytuł Baltazar ma teraz nosić autobiografia, którą w trakcie terapii napisze Mrożek. Na jednej z pierwszych stron znajdą się słowa: „Dnia 15 ma- ja 2002 roku przeżyłem udar mózgu, którego wynikiem była afazja. Afazja jest to częściowa lub całkowita utrata zdolności posługiwania się językiem, spowodowana uszko- dzeniem niektórych struktur mózgowych”. – Mrożek nigdy nie mitologizował afazji – zaznacza An- drzej Nowakowski, polonista i fotograf, autor albumu z portretami pisarza. – Nie przedstawiał tego dramatycz- nie, w związku z czym to było dramatyczne. Przyznawał jednak, że wszystko zaczęło się od nowa. Widziałem, jak dochodził do sprawności mówienia, to było coś szalenie wzruszającego. Walczył z własną niemożnością w sposób niesłychanie profesjonalny. Widać było, że wykonuje na aparacie gębowym skomplikowane czynności, by wy- dobyć z siebie słowo, choć był niesłychanie przy tym czuj- ny i starał się nie dać nic po sobie poznać. Mrożek: „Podziałała na mnie [afazja] jak samobójstwo, które się nie udało, ale pozostawiło nieznaczne ślady i nie można ich już usunąć. Ale ja, zmieniając nazwisko i pod- pisując się »Baltazar«, przyznaję się otwarcie do niedoskonałości. Odtąd nie można mnie chwalić ani ganić za nic, co napisałem przed afazją, ponieważ tamten człowiek nie istnieje”. Pierwszy etap terapii? Pokonać załamanie. Na początku zawsze jest depre- sja. Pacjent wszystko neguje, nie wierzy w siebie ani w otoczenie. By ru- szyć z miejsca, musi zaakceptować swój stan. – Starałam się go nie przestraszyć ogromem pracy, jaką mamy do wy- konania – opowiada Mikołajko. – Proszę mi wierzyć, że każdy pacjent chce wiedzieć, w jakim stopniu zostanie z afazji wyprowadzony. Kiedy (najlepiej 14 A K Y T O R U E N Z I T P I R T S K E Ż O R M podać datę i godzinę)? Czy będzie dokładnie tak samo czytał, mówił i pi- sał jak wcześniej? Tymczasem afazja zawsze zostawia ślady, jak zresztą każ- da dysfunkcja centralnego układu nerwowego. Trzeba po niej ustawić się na nowo. Pogodzić z tym, że potrafimy zrobić to samo, ale troszkę inaczej. Gdy uda się przełamać depresję, trzeba schować dumę do kieszeni. Większość pomocy logopedycznych powstaje z myślą o dzieciach. Infan- tylne obrazki zwykle irytują dorosłych. Ale Mrożek ma w sobie pokorę i upór. Każdego dnia osiąga jakiś mały cel. Uczy się rozpoznawać, gdzie jest prawo, a gdzie lewo; opisać krótkim zdaniem zdjęcie; dostrzec na nim szczegół. Początkowo unika rozmów telefonicznych. Są bardzo trudne, nie można się posiłkować gestem. – Nad podstawami pracowaliśmy ze dwa lata – mówi Mikołajko. – Oglą- danie filmów, chodzenie na spacery, rozmowy. Nawet po kilka godzin dzien- nie. Musieliśmy odbudować zasób słów. Nie wolno zapominać o tym, że osoba dotknięta afazją, mimo że nie potrafi precyzyjnie zwerbalizować swo- ich myśli, myśleć nie przestaje. Ma także znacznie wyostrzone zmysły i wraż- liwość. Na tym na początku oparliśmy terapię. Zaczęliśmy od powtarzania i nazywania wszystkiego, co bliskie i ważne dla pacjenta. Słowa trzeba by- ło wydobyć z jego wnętrza. Ludziom się wydaje, że logoterapeuta ma jakieś czarodziejskie różdżki i zna magiczne zaklęcia. Nic z tego. Terapia to co- dzienna, katorżnicza praca. – Byłem w tym pokoju, w którym zwykle ćwiczył – wspomina Nowakow- ski. – Prawie pusty, na środku tylko materac, wokół parę przedmio- tów. I w tej scenerii po kilka godzin z terapeutką każdego dnia. Pytam go, jak to można wytrzymać, a on mi na to: „A bo ona jest ładna”. Po trzydziestu trzech latach spędzonych na emigracji, choć to polszczyzna była w tym czasie jego jedyną ojczyzną, Mrożek znał bardzo dobrze kilka języków. Ten atut staje się nagle kłopotem. Podczas spotkań z przyjaciół- mi zdarza się, że zaczyna zdanie po hiszpańsku, po nim następuje środek po angielsku, a koniec – po francusku. Na wstępie często rzuca spójnik przeciwstawny „pero” (rodzaj naszego „ale”). Jego żona na dodatek nie 15 E I N E Z C L I M I Ć Ś Ę Z C zna polskiego. Mikołajko musi się z nią umówić, że postara się używać tyl- ko angielskiego, by jakoś ograniczyć tę rozszalałą wieżę Babel. Gdy po dwóch latach udaje się opanować podstawy, trzeba znaleźć ja- kiś cel. A co może być celem dla pisarza, jeśli nie pisanie? Mrożek: „Mimo wszystko coś było romantycznego (i jest) w moim do niego podejściu. Właśnie pisanie nie tyle ma być aktywnością, ile wy- darzeniem. Od razu powiem: czym pisanie staje się w trakcie pisania, to już jest jego rzecz, chodzi o jego początek, o frontalne zaatakowanie pro- blemu, o myślenie o nim przed procesem i podczas niego”. Najpierw jest pisanie krótkich opowiadanek na różne tematy, o których danego dnia mowa podczas terapii (na przykład o obejrzanym filmie). Każ- de z nich chowane jest do szuflady, a po jakimś czasie Mrożek dostaje je z powrotem, by samemu móc znaleźć błędy. Taka dokumentacja postępu. Jeszcze podczas pracy ze zdjęciami stara się opowiadać o swojej rodzinie. Wspomnienia odżywają. Dochodzi w końcu do wniosku, że najchętniej to napisałby autobiografię. – Trwało to miesiące – opowiada Mikołajko. – Powstawały kolejne strony pełne różnych błędów: składniowych, interpunkcyjnych, stylistycznych. Te rzeczy absolutnie nie nadawały się do czytania przez osoby postronne, miały wartość czysto terapeutyczną. Tak sobie to pisaliśmy, aż pan Mrożek doszedł do wniosku, że chciałby tę autobiografię wydać. Wtedy poprzeczka została podniesiona. Każda strona wymagała przepracowania. Czasem nad jedną sie- dzieliśmy w nieskończoność, bo on sam musiał podejmować decyzje: znaleźć powtórzenia, niezgrabne zwroty, wyszukać coś w słowniku. Udało się, choć ta książka pewnie wciąż pozostawia wiele do życzenia. – Byłam przeciwna komentarzowi, w którym Mrożek wyjaśnia, że Bal- tazar powstał jako ćwiczenie – mówi Anna Zaremba-Michalska, prezes Wydawnictwa Literackiego. – Ta autobiografia jest na tyle dobra, auten- tyczna, szczera, że broni się sama. Powrót do pisania Mrożek uważał za swój obowiązek. On ma bardzo głęboką świadomość tego, że jest pisa- rzem. Był i jest bardzo obowiązkowy. Chciał dać swe ostatnie słowo, wów- czas stał się nim Baltazar. 16 A K Y T O R U E N Z I T P I R T S K E Ż O R M Książka napisana jest prostym językiem. I skromna objętościowo. Nie- całe 250 stron niewielkiego formatu. Mrożek wraca myślą do wczesnego dzieciństwa, czasów szkoły i II wojny światowej. Z mroków niepamięci wy- dobywa kształty, ludzi, zdarzenia… Na nowo debiutuje, z młodzieńczą pa- sją daje się porwać ideologii komunistycznej, potem dojrzewa i wyjeżdża z kraju. Wspomina też Meksyk, ostatni z etapów swojej emigracji, i powrót do nowej Polski. Osobisty ton stanowi o sile zapisków. Trudno jednak się zgodzić, że autobiografia „broni się sama”. Za dużo w niej błędów faktogra- ficznych. Mrożek myli przede wszystkim daty – rok śmierci swojego literackiego opiekuna Adama Włodka, własnej przeprowadzki do krakowskiego Domu Literatów czy czasu akcji filmu, który nakręcił w Niemczech. Nie jest pe- wien nawet, jak nazywają się jego utwory. Pisze o sztuce Goście Abrahama, podczas gdy jest to jedynie tytuł drugiego aktu dramatu Piękny widok. W Baltazarze podczas kampanii wrześniowej Warszawa kapituluje jeszcze przed wkroczeniem do Polski Armii Czerwonej. W tych wszystkich potknię- ciach kryje się cała bezradność pisarza, niegdyś czołowego myśliciela swo- jej epoki. Książka broni się tylko jako zapis walki o odzyskanie tego, co stanowiło dawniej o tożsamości autora. Tak rozumiana jest jednak świadectwem niezwykłym. Ale czy tak naprawdę Mrożek po afazji się zmienił? – Nie sądzę, choć nie znałem go wcześniej – odpowiada Nowakowski. – Musiał mieć w sobie już dawno pewien rodzaj sceptycyzmu, który w nim na- rastał i ciągle narasta. I już wcześniej dystansował się wobec czegoś, co się nazywa – niezbyt precyzyjnie – polskim zaściankiem. Jest pytaniem, kiedy nastąpi moment w historii literatury, w którym Mrożek zacznie inaczej brzmieć. Jego literatura opiera się na takim dystansie do samego siebie, że to coś niebywałego. Czasem po dobrym winku mówił do mnie ze złośliwym uśmieszkiem: „Wie pan, przychodzą do mnie tacy różni i tak kombinują: jak ja to, cholera, robię?”. 18 A K Y T O R U E N Z I T P I R T S K E Ż O R M Mrożek: „Niektóre rzeczy ogólnie odczuwam wcześniej niż masa, co naturalne, bo od tego jestem tak zwanym artystą. (Słowo ma posmak gu- my do żucia, wielokrotnie wyplutej i znowu żutej)”. O jego nieprzystępności krążą anegdoty. Mrożek zawsze uważa, by za bardzo się nie zbliżać do ludzi. Najlepiej nie wchodzić w interakcje. Gdy ktoś z nim rozmawia, on odruchowo się cofa. Któregoś razu dobrze bądź co bądź znany aktor i reżyser Jan Englert dopada go przed jednym ze swoich spektakli, sadza w pierwszym rzędzie i podejmuje próbę zaba- wienia rozmową. Mrożek spogląda na niego ze zdziwieniem i pyta: „Prze- praszam, a kim pan jest?”. Kiedy indziej obskakują go na przyjęciu zaaferowane panie. Najpierw zalewają potokiem słów, aż wreszcie milkną w oczekiwaniu odpowiedzi. On na to grzecznie: „Do widzenia”. Odwra- ca się i wychodzi. Najbardziej nie lubi bankietów po premierach, zwłaszcza tych nieuda- nych. Oczekiwanie zespołu, że coś powie, jest wówczas nie do zniesienia. W jednym z wywiadów wspomina: „Pamiętam przedstawienie w Los An- geles moich jednoaktówek. Już w trakcie cierpiałem strasznie, wiedziałem już – że katastrofa. Ale znalazłem wyjście: widownia była dość spadzista, a po lewej stronie otwarte okno (Kalifornia, ciepło) i wyskoczyłem przez to okno, chyba jeszcze przed końcem. To nawet było ryzykowne, bo z dość wy- soka. Na szczęście na dole był piasek na budowę, więc niczego sobie nie połamałem. I odszedłem w ciemność. Zniknąłem”. Mrożek jest trochę jak Chudy, bohater jego minipowieści Ucieczka na południe: „Widuje się go zawsze po przeciwnej stronie ulicy, po drugiej stronie rzeki, za zakrętem, obok, nigdy tuż”. Milczenie wydaje się istotą jego wizerunku. Od dawna. Zdaniem nie- których – nawet od zawsze. Kiedy na przełomie lat pięćdziesiątych i sześć- dziesiątych przyjeżdża do Warszawy znany szwajcarski dramaturg Friedrich Dürrenmatt, Mrożek idzie na spotkanie z nim, ale – ku niejakie- mu zdziwieniu zebranych – w ogóle się nie odzywa. „Nie zabierałem gło- su z różnych powodów – byłem wówczas debiutantem w tym zawodzie, nie sądziłem, że mam coś istotnego do powiedzenia. Ale milczałem także dlatego, że Dürrenmatt mi się nie podobał, raziła mnie jego autorytatyw- ność, dydaktyczność i apodyktyczny, wyniośle profesorski stosunek do in- nych dyskutantów” – powie po latach w jednym z wywiadów. Krytyk i teatrolog Konstanty Puzyna szepce mu w końcu do ucha, że może za- dałby jednak jakieś pytanie. Odpowiedź pada półgłosem: „Zapytaj go: Co słychać?”. Mrożek: „Łatwiej by mi było chyba jako tako kochać ludzi, gdybym ich nie znajdował wszędzie, nawet toaleta przeważnie bywa zajęta”. 19 E I N E Z C L I M I Ć Ś Ę Z C Po Baltazarze Mrożek w zasadzie przestaje pisać. Raz jeszcze tylko spró- buje ze sztuką, kiedy na chwilę poczuje się lepiej. – Tendencję do stopnio- wego zamilknięcia widziałam u niego już przed chorobą – uważa Zaremba-Michalska. – On sam od wielu lat twierdzi, że powiedział już wszystko, co miał do powiedzenia. Doszedł do takiego punktu w życiu. Po afazji sięga do swojego archiwum. Zaczyna wydawać tomy prywatnej korespondencji. Z krytykiem Janem Błońskim, z iranistą Wojciechem Skalmowskim, z redaktorem Adamem Tarnem, z reżyserem Erwinem Axe- rem… Z przyjaciółmi. Najpierw ściąga maskę prześmiewcy. Tę znaną z opo- wiadań, dramatów, rysunków. Obnaża się, pokazując twarz mizantropa. Człowieka smutnego i złego na otaczający go świat. Powoli rozpina pół- pancerz. Jest zdeterminowany. Gdy rodzina Stanisława Lema nie chce się zgodzić na wydanie całości ich korespondencji i proponuje wybór listów, Mrożek stawia sprawę ostro: wszystko albo nic. Striptiz trwa. Pisarz zrzu- ca z siebie kolejne części garderoby. Mrożek: „Każdy mój list do różnych osób jest całkiem inny. Pytanie: czy któryś jest prawdziwy? Moja odpowiedź, że najbardziej prawdziwy jest list pisany do samego siebie. Ale kiedy jestem sam ze sobą, to następuje raczej coś w rodzaju wewnętrznego dłubania sobie w nosie niż coś wyraźniejsze- go i doniosłego. Lepiej więc komunikować się z bliźnim drogą listową”. W 2008 roku lekarz zaleca mu zmianę klimatu. Wraz z żoną decyduje się na przeprowadzkę do Nicei. Podczas pożegnalnej kolacji z wydawcą mówi o istnieniu dziennika. 20 Do tej pory na ten temat przeważnie milczał lub zmyślał. W 2007 roku zapytany o dziennik, którego pisanie doradzał mu w li- A K Y T O R U E N Z I T P I R T S K E Ż O R M stach Skalmowski, odpowiedział: – Tej rady nigdy nie posłuchałem. Listy trochę się teraz okazały dzien- nikiem – minęło ileś tam lat, a one są. Nie trzeba jednak przesadzać, bo moje listy do Skalmowskiego to jest tylko jedna część mojej koresponden- cji. Kiedy sprawa dziennika wychodzi na jaw, Wydawnictwo Literackie za- powiada trzy tomy – lata sześćdziesiąte, siedemdziesiąte i osiemdziesiąte. Mrożek twierdzi, że przestał go prowadzić w 1989 roku. Na pytanie dlacze- go, w 2012 roku odpowiada przekornie: – Bo stawiam koślawe litery. Zapytany o to samo rok później jest nieco bardziej wylewny, ale wciąż utrzymuje, że zapiski kończą się wraz z jego wyjazdem do Meksyku wio- sną 1989 roku. – Bardzo długo trwało, zanim się zdecydowałem powiedzieć o Dzienni- ku, ale kiedy się już zdecydowałem, to było to oficjalne i ostateczne. Teraz już jest całość. Nie żałuję. Ale też uważam, że naprawdę już dosyć. Trzy to- my – to jest zgrabna liczba, a potem już koniec. Jak długo można? Dalej już nie ma żadnych zapisków. Potem był Meksyk, powrót do Polski, wyjazd z Polski. Dużo się działo. Zdecydowałem z powodów kompozycyjnych za- mknąć tę sprawę. Już w dniu śmierci pisarza, 15 sierpnia 2013 roku, wydawca ogłasza, że dziennik z lat dziewięćdziesiątych istnieje. Mrożek po prostu nie zgadzał się na jego publikację. Zbyt mały dystans czasowy. Kiedy cały dziennik po wyjeździe autora do Nicei trafia do wydawnictwa, w większości ma postać rękopisu zamkniętego w kilkunastu teczkach w pa- stelowych kolorach. Zapisany jest w zeszytach formatu A4, najczęściej w li- nię. Do tego jakieś 800 kartek maszynopisu. W sumie blisko cztery tysiące stron. Z biegiem lat charakter pisma autora się zmienia, ale przeważnie Mro- żek stawia litery staranne i drobne. Na marginesach żadnych rysunków. 22 A K Y T O R U E N Z I T P I R T S K E Ż O R M Maszynopis okazuje się miejscami nawet trudniejszy do odczytania. Wszyst- ko przez problemy techniczne – klawisze nie zawsze są posłuszne woli piszą- cego. Czasem stawiają irytujący opór. – Ale poza tym, że bywała utrapieniem, ta maszyna działała prawie magicz- nie – podkreśla Anita Kasperek, redaktorka Wydawnictwa Literackiego. – Była narzędziem dyscyplinującym, talizmanem i deską ratunku, pisanie na niej służyło ćwiczeniom motywująco-afirmującym. W wydawnictwie udaje się policzyć, że Mrożek prowadził dziennik w su- mie w kilkudziesięciu miastach, kilkunastu państwach i na trzech konty- nentach. Pakował bruliony, rozpakowywał, woził ze sobą po świecie. Także tym razem nie chce się cenzurować. Oddaje rzecz taką, jaka była. Które- goś razu zanotował: „Bieliznę po prostu mam nieświeżą”. Teraz wystawia ją na widok publiczny. Pytany, dlaczego to robi, odpowiada krótko: „Dla pieniędzy”. To tekst pisany bez myśli o czytelniku. – Od pierwszej strony byłam tym zaskoczona – przyznaje Kasperek. – Czy to on? Ów powściągliwy i małomówny Sławomir Mrożek? Tak in- tymny, prywatny? Tak wiele mówi o sobie? Niemożliwe, a jednak możli- we… Parafrazując Mrożka, ile niego w nim samym na tych kartach – strach pomyśleć. Całe kontynenty! 23 E I N E Z C L I M I Ć Ś Ę Z C Przeszłość wraca. Spotkani w ciągu dziesięcioleci ludzie, odwiedzone miej- sca. Miejsca i ludzie, ludzie i miejsca. Ciągi alkoholowe. Depresje. Tok- syczne związki. Zawiść. Ponura męka twórcza. Demony. Opanowana twarz Mrożka okazuje się skrywać piekło emocji, ambicji, rozterek. Za wizerun- kiem chłodnego introwertyka, który konstruuje swoje dramaty z matema- tyczną precyzją, gotowała się latami chaotyczna magma wątpliwości. Teraz wypływa. Wszystko w jego życiu mogło być inne, niż pozornie się wydawa- ło. Ale sam pisarz zdaje się o nic już nie dbać. – Sprawia wrażenie, że chciałby mieć święty spokój, zakończyć wszyst- ko – mówi Nowakowski. – Odkąd wyjechał do Nicei, na pytania, co tam ro- bi, odpowiada: „Nic nie robię! Siedzę sobie i patrzę”. Mrożek: „My sobie możemy wymyślać to i owo, ale czasem mi się zda- je, że jesteśmy sprężynami, które raz nakręcone się rozkręcają. Będą się tak rozkręcały aż do końca, niezależnie od tego, co o tym sądzimy. Mam mechanicznego kotka nakręcanego na kluczyk. Kiedy mu nakręcę spręży- nę, kotek biega i baraszkuje. Gdyby mnie zapytał o sens, powiedziałbym mu tylko: »Oj, kotku, kotku«”. C Z Ę Ś Ć I I M I E J S C A I L U D Z I E M I E J S C A Kraina dzieciństwa Francja? USA? Meksyk? Prawdopodobnie jeszcze nie istnieją. Borzęcin, w którym 29 czerwca 1930 roku Sławomir Mrożek przychodzi na świat, to niewielka, ale szczycąca się kilkusetletnią historią wieś w Małopolsce, sto- lica gminy o tej samej nazwie. Leży pomiędzy Brzeskiem a Tarnowem. Dziś odbywa się tu coroczne Święto Grzyba. Lasy sosnowo-dębowe obfitu- ją w maślaki, kozaki, prawdziwki. Ludzie trudnią się głównie rolnictwem, większość z nich to rodowici mieszkańcy tych ziem. Przed wojną było podobnie, tylko więcej Żydów. Jak wszędzie. W księdze parafialnej przyszły pisarz zostaje postarzony przypadkiem o całe trzy dni. Potem będzie mówił, że już podczas jego narodzin wszystko było „jak z Mrożka”. „Zapytany przed sądem, czy urodziłem się rzeczywiście, nie mógłbym przysiąc, bo osobiście niczego sobie nie przypominam” – na- pisze w Moim życiorysie. Jest synem urzędnika pocztowego Antoniego, któ- ry z kolei jest synem Ignacego – niezamożnego chłopa. Ojciec ma sześcioro rodzeństwa. Pochodzi z niedalekiej Porąbki Uszewskiej. Po skończeniu podstawówki postanowił iść do gimnazjum. Samowolnie opuścił ubogi ro- dzinny dom. Szkoły nie ukończył, bo wybuchła wojna polsko-bolszewicka 26 A K Y T O R U E N Z I T P I R T S K E Ż O R M 1920 roku. Zaciągnął się. To jedyna rzecz, jaką będzie chciał mieć w nekro- logu. Po kilku latach biedy po tym wydarzeniu radzi sobie już dobrze. Matka – Zofia z domu Kędzior – zajmuje się domem. Poznali się na po- czcie. Jej ojciec przedsiębiorca posyłał ją tam często ze sprawunkami. Mro- żek odziedziczy po niej wysoki wzrost. Oboje rodzice mają po dwadzieścia kilka lat. Wynajmują mieszkanie w drewnianym wiejskim domu (informacja, jakoby pisarz miał się urodzić w rozebranym później na cegły domu dziad- ka, to według niego samego nieprawda). Sławomir jest ich drugim synem. Pierwszy to dwuletni Jerzy, który, niestety, niebawem umrze. Za pięć lat urodzi się Litosława. Teraz Antoni dostaje awans i rodzina przeprowadza się do Poronina, a krótko potem – do Prokocimia. To podkrakowska wioska, która po II wojnie zostanie pożarta przez miasto i stanie się jego dzielnicą. Mrożkowie nie mogą wiedzieć, że wrócą do Borzęcina już za kilka lat. Pisarz rzadko będzie wspominał swoje wczesne dzieciństwo. Pozostanie mu poczucie przypadkowości urodzenia. Już w latach dziewięćdziesiątych napisze w Dzienniku powrotu: „– Dzień dobry. Jakoś jestem. – A jak pańskie nazwisko? – Jakoś. – Pan ze mnie kpi? – Nie. Takie jest moje nazwisko, właśnie się przedstawiłem. Nazywam się Jakoś. A więc to on. Znałem go, odkąd przyszedłem na świat, choć nigdy nie spotkałem go osobiście. Urodziłem się przypadkowo, a więc jakoś, i jakoś dożyłem późnego wieku. Nie był moim ojcem biologicznym, ale na pew- no ontologicznym, ojcem mojego praojca, który też przecież jakoś się uro- dził i jakoś żył. Moje prawdziwe nazwisko jest Jakoś, syn Jakosia, a cała ludzkość to moi bracia i siostry, wszyscy Jakosiowie, potomstwo Jakosia. Wszyscy przecież jakoś się rodzimy, jakoś żyjemy i jakoś umieramy, nie wiedząc jak, ale jakoś na pewno. Praprotoplasta stanął przede mną we wła- snej osobie. – Jakoś mnie nie lubisz – powiedział”. 27 E I Z D U L I A C S J E I M I I Ć Ś Ę Z C „Czy jak będę duży, to mi powiesz, dlaczego jestem mały?” – zagaduje tatę chłopiec o wielkim nosie na jednym z rysunków Mrożka. Na razie autor te- go dowcipu sam mógłby zadać podobne pytanie, choć jego nos jest obecnie całkiem niewielki (do czasu). Ma już trzy lata i z przedmieść Krakowa prze- prowadził się właśnie bliżej centrum, na ulicę Bandurskiego. Mieszka na czwartym piętrze, gdzie nie może się nadziwić takiej wysokości. „Siedzia- łem całe dnie, patrząc w niebo i w chmury na niebie – będzie po latach wspominać w autobiografii. – Odkryłem, że są ich całe archipelagi, rucho- me zatoki, płynne jeziora i fantastyczne wyspy. Odkrycie to było podwójne, bo nigdy dotąd nie widziałem morza, a dzięki chmurom, sam o tym nie wie- dząc, zobaczyłem morze po raz pierwszy”. Po odkryciu nieba przychodzi pora na przeznaczenie. Z Mrożkami mieszka młodsza siostra Antoniego, studentka Uniwersytetu Jagiellońskie- go. Mały Sławomir znajduje któregoś razu stos białych, czystych kartek przygotowanych przez nią do egzaminów. W zachwycie rzuca się, by posta- wić choć kilka kresek na każdej z nich. Rozkosz tej czynności utkwi mu w głowie na długo. Będzie potem twierdził, że właściwie całe życie… robi to samo. W sąsiedztwie mieści się willa Bernarda Monda, generała brygady Woj- ska Polskiego. „Przyjeżdżała po niego bryczka, żółta, dwukonna, co świad- czy o tym, że jako dziecko czteroletnie miałem dobry wzrok, bo to było nie tak blisko. Pamiętam tę bryczkę, malutką z dużej perspektywy. A ja by- łem małym patriotą, małym, ale bardzo dużym patriotą, i ułani, generał Mond, polskie wojsko, to mi się niesłychanie podobało. I odgrywało rolę” – przyzna w dokumencie Marty Węgiel Sławomir Mrożek, czyli szkic do portretu skrzętnie przez bohatera zamazywanego. Jego dzieciństwo to ciągłe zmiany adresu. Okażą się prorocze dla póź- niejszej biografii pisarza. Ostatnia przeprowadzka rodziny jest poprawą społecznego statusu. Już w Borzęcinie – mimo chłopskiego pochodzenia – Mrożkowie cieszyli się szacunkiem ze względu na „inteligencką” pracę Antoniego. Na dodatek dziadek Sławka ze strony matki był właścicielem mleczarni i sklepu „Towary różne”. Jako człowiek przesadnie szorstki nie 28 A K Y T O R U E N Z I T P I R T S K E Ż O R M był lubiany, ale każdy musiał się z nim liczyć. Po ulicy Bandurskiego przy- chodzi kolej na nowy mikrokosmos. Potrzebne jest większe lokum, bo na świat przychodzi Litka. Mieszkanie na Kieleckiej na pewno jest prze- stronniejsze, ale – niestety – mieści się na parterze. „Elementem bardzo znaczącym był tzw. garaż – Mrożek przypomni so- bie w dokumencie Marty Węgiel. – Była to po prostu szopa na trzy boksy, kryta papą. Obok tej szopy stał tzw. trzepak, można było na niego wcho- dzić i na dach tej szopy, i to były już niezwykłe Nowe Jorki, i przestrzenie, i zabawy. Willa była z powodów wojskowych również dla mnie niezwykle atrakcyjna, bo na pierwszym piętrze mieszkał kapitan Lichnowski z ko- lei, który miał szablę i synów starszych ode mnie. Bardzo im zazdrości- łem, bo oni czasem z tymi szablami, prawdziwymi szablami, gonili po schodach. Tam na przyjęcia przychodzili oficerowie. Niezwykle chcia- łem mieć taką szablę i oczywiście ruszyć na jakiegoś wroga”. We wrześniu 1937 roku wiele uczelni wyższych w Polsce wprowadza tzw. getta ławkowe, czyli rozdział studentów polskiego i żydowskiego pochodze- nia, a mały Mrożek idzie do szkoły. Pierwszego dnia najbardziej interesują go misie i inne zabawki, które nauczyciele szkoły powszechnej im. Święte- go Mikołaja przy ulicy Lubomirskiego podstępnie rozdają na przynętę pierwszakom. Nazajutrz wychodzi na jaw całe oszustwo. Przyjemności za- stępuje nauka. Przyszły pisarz stawia koślawe jeszcze litery i nic nie wie o tym, że nad świat tymczasem nadciąga katastrofa. Kanclerz Niemiec Adolf Hitler, który zdążył już złamać traktat wersalski i zawrzeć kluczowe dla osi Ber- lin – Rzym – Tokio sojusze, przedstawia podczas tajnej narady projekt po- szerzenia przestrzeni życiowej rodaków. Anszlus Austrii przeprowadza kilka miesięcy później. Kiedy Mrożek dodaje i odejmuje cyfry, ważą się lo- sy planowanego ataku na Czechosłowację. Wakacje 1939 roku, być może za sprawą tego, co wydarzy się później, za- pamiętane zostaną przez świadków jako wyjątkowo ciepłe i pełne uroku. Mrożek jedzie z mamą do Kamienia w województwie rzeszowskim, gdzie 30 A K Y T O R U E N Z I T P I R T S K E Ż O R M mieszka jego bogaty i ogromnie sympatyczny wuj Ludwik – kawaler oto- czony haremem urodziwych panien służących. Ojciec zostaje w Krakowie, bo pocztę i kolej obowiązują specjalne zarządzenia na wypadek mobiliza- cji. Na stacji w Tarnowie ktoś wysadza w powietrze przechowalnię bagażu, mówi się, że to niemieccy sabotażyści. Chłopca bardziej interesuje jednak czytany właśnie komiks o przygodach Sindbada Żeglarza. Na miejscu czekają go ostatnie chwile prawdziwego dzieciństwa. „Wujek podarował mi mój pierwszy sportowy karabinek i nieograniczoną liczbę na- boi, fiński nóż i władzę nad stawem i łodzią, gdzie mogłem robić, co mi się podobało, pod warunkiem że nie będę się spóźniał na śniadanie, obiad i ko- lację – będzie wspominał Mrożek. – Dzięki znajomościom dorosłych zorga- nizowano też wycieczkę do Stalowej Woli, świeżo założonej, gdzie w szybkim tempie rozwijał się przemysł zbrojeniowy. Zbrojenia! W to mi graj! Wszyst- ko, co dotyczyło zbrojeń, dotyczyło Polski – wszechmocnej i potężnej”. W świadomości ówczesnych dzieci ewentualna wojna to jedna wielka przygoda. „A Niemcy jak świnie zamknięci w Berlinie” – recytuje się po podwórkach. Maluchy są przekonane, że – jak to w bajkach – dobry na pewno zwycięży, ba!, rozgromi nieprzyjaciela. A dobry to my. Pamiętają jeszcze nastrój panujący podczas pogrzebu marszałka Piłsudskiego. Są pa- triotami pełną piersią. I powtarzają poglądy rodziców. „Byłem umiarko- wanym antysemitą i gorącym zwolennikiem generała Franco. Wierzyłem bez zastrzeżeń we wszystkie obiegowe mity, przypowieści i przesądy ogó- łu” – przyzna Mrożek po latach. Pod koniec najpiękniejszego lata XX wieku jego rodzice postanawiają, że lepiej wrócić do Borzęcina. Tak na wszelki wypadek – aby w razie czego być razem z rodziną. „Z tamtej Polski-Atlantydy najbardziej stracone są zapa- chy – napisze pół wieku później Mrożek w paryskiej „Kulturze”. – Potem pachniała broń i skóra Wehrmachtu (wtedy wiele było skóry w ekwipunku każdej armii) i Ruskich na końcu. Pachniały jakże inaczej, ale obie obco. Co znaczyło także – podniecająco. Daleki świat, w którym jestem dzisiaj, za- meldował się najpierw zapachem żołnierskich butów”. 31 E I Z D U L I A C S J E I M I I Ć Ś Ę Z C – Julek! Wojna! – ten okrzyk Mrożek zapamięta na zawsze. To bratowa jego matki biegnie przez ogród 1 września. Nie widzi jej, słyszy tylko za ścianą wiejskiej wygódki, w której właśnie zasiadł. „Jeśli wojna zdarzyła się tylko po to, żeby zatrząść moim dziecinnym światopoglądem, to dziękuję, gruba przesada. Coś mniejszego by wystarczyło w zupełności. To jakby użyć mega- tonowej bomby dla zabicia komara” – napisze w Moim życiorysie. Ale borzęciński świat zaraz po tym, jak na Westerplatte spadły pociski z pancernika „Szlezwik-Holsztyn”, a armie hitlerowskie przekroczyły gra- nicę polsko-niemiecką na całej jej długości, niczym szczególnym nie różni się jeszcze od wcześniejszego. Wszyscy tylko próbują złapać w radiu najbar- dziej choćby skąpe informacje, w oddali majaczą czasem jakieś samoloty, wreszcie pojawia się wojsko. Polskie. Żołnierze zatrzymują się w Borzęcinie na jedną noc. Są wypoczęci i chętni do walki, co wszystkim nieco poprawia nastroje. Wiara w zwycięstwo nie słabnie. W ramach mobilizacji rozpoczy- na się pobór wozów i koni, drogi zapełniają się uchodźcami, ale Mrożkowie postanawiają zostać na „własnych śmieciach”. Mają dużo szczęścia. Borzęcin, z którego ewakuowano już urząd gmi- ny, pozostaje nietknięty, ale Niemcy atakują niedaleki Radłów. To tylko tro- chę bardziej na wschód, tuż za niewielkim lasem. Dopiero po kilku dniach Mrożkowie dowiedzą się, że po opanowaniu miasta przez wojska nieprzy- jaciela kilkunastu broniących się w dalszym ciągu polskich żołnierzy zaba- rykadowało się tam w szkole powszechnej, pod którą został podłożony ogień. Wszyscy spłonęli żywcem. Legenda głosi, że umierając, śpiewali Ro- tę. Na razie Sławek aż do nocy stoi z rodziną na polnej drodze i obserwu- je kolorowe punkciki, które raz po raz rozjaśniają nadspodziewanie czyste dziś niebo. O zmierzchu widzi gwiazdę. „Była to szczególna gwiazda, czerwony punkt, jakby napuchnięty wznosił się żwawo, potem coraz bardziej ociężale, przystanął i powoli, lecz przyspieszając, zaczął opadać – napisze w Małych listach, zbiorze tekstów z „Dialogu”, który wyda w 1981 roku. – W ciągu następnych pięciu lat dzia- ły się rzeczy, które jako spektakl ogromnie przewyższały tę scenkę. A jednak ona przede wszystkim utkwiła mi w pamięci. Był to moment, ale wieczności, 32 A K Y T O R U E N Z I T P I R T S K E Ż O R M punkt, ale nieskończoności. W tym czerwonym ziarenku były już wszystkie plony i żniwa późniejsze. W tym ogniku spłonął już świat, który długo potem miał jeszcze płonąć”. Radłów zostaje zdobyty 7 września. Tego samego dnia kapituluje zało- ga Westerplatte. Francja i Wielka Brytania co prawda wypowiedziały Niemcom wojnę dość szybko, ale premierzy obu tych krajów po kilku dniach spotykają się w Abbeville w Pikardii, by po cichu uzgodnić mię- dzy sobą zaprzestanie jakichkolwiek działań wobec agresora. 17 września do Polski wkracza od wschodu Armia Czerwona. 28 września kapituluje Warszawa. Tego dnia Mrożek po raz pierwszy zobaczy płaczącego dorosłe- go mężczyznę. Wuj Julian, starszy brat jego matki, jest bardzo przystojny. Ma w sobie coś nieprzeniknionego i zwykle odnosi się do ludzi z rezerwą. Sławek ogromnie go podziwia, chciałby być taki jak on. Gdy zastaje go przy odbior- niku radiowym z twarzą schowaną w dłoniach, nie wie, jak się zachować. Na wszelki wypadek wycofuje się po cichutku przez pusty dom. Historycy będą potem wyliczać militarną przewagę Niemiec nad Polską, z której nikt w Borzęcinie nie zdawał sobie sprawy: prawie dwukrotną w liczbie żołnierzy, trzykrotną pod względem siły ognia, pięciokrotną w sa- molotach, dziesięciokrotną w czołgach. Tak długi opór uważać się będzie za cud. Antoni, który podczas kampanii wrześniowej dotarł w okolice Lwo- wa, wraca do domu z obrazem klęski w oczach. Zgodnie z ustaleniami pak- tu Ribbentrop–Mołotow rozpoczyna się okupacja. Borzęcin staje się częścią Generalnego Gubernatorstwa. Chłopiec, na którym Sławek chce odreagować nagłe podniecenie, jest znacznie niższy. Ludzie wciąż się łudzą, że wojna nie potrwa długo, więc dla Mrożków jest oczywiste, że syn nie może przerywać nauki. Na terenach okupowa- nych niemal wszystkie wyższe i średnie placówki zostały zamknięte, podob- ny los spotkał także szkołę im. Świętego Mikołaja, której budynek oddano na potrzeby Wehrmachtu. Właśnie dlatego przyszły pisarz trafił do szkoły 33 E I Z D U L I A C S J E I M I I Ć Ś Ę Z C w Borzęcinie. To nowy świat. Dla tutejszych dzieci jest już kimś w rodza- ju miejskiego inteligenta. One są szczere i brutalne, znają się od zawsze, tworzą zamknięty i dlatego bardzo pociągający krąg. Sławek bił się już kil- ka razy w życiu, ale teraz błyskawicznie zostaje obezwładniony płaskim uderzeniem w szyję. Jak przyzna później w Baltazarze, do głowy mu nie przyszło, że wiejscy chłopcy potrafią się bić tak fachowo… „Pośredniość między drobnym a bardzo drobnym mieszczaństwem kształtowała mnie aż do późnych lat młodzieńczych” – zapisze. Teraz za- czyna zdawać sobie sprawę z tego, że dla miasta jest zbyt wiejski, a dla wsi – zbyt miejski. W dzienniku przyzna po latach: „Jestem z Borzęcina, z Kra- kowa, z ciasnoty. No i co? Jaki wniosek? Największa była tylko nostalgia, żeby nie być z ciasnoty, w ciasnocie. Inni mieli kłopoty z przestrzenią, ja z ciasnotą. Co czuje się w ciasnocie? Że ciasno. Co w przestrzeni? W każ- dym razie w przestrzeni są różne rzeczy. Te, które wychowankowi ciasno- ty wydają się tylko p o z a. W konsekwencji poza nim samym. Gdzieś. Rusza więc dokądś. Ale tam mu też ulega, bo ciasny jest on sam”. Jak zauważy krytyk Tadeusz Nyczek, Mrożek na zawsze zachowa czułość dla mowy, zwyczajów i typów kultury niskiej, ludowej, wiejsko-drobnomiesz- czańskiej. Tej wysokiej nie będzie ufał. Jego Maleńkie lato czy Ucieczka na południe to będą satyry na Polskę zaściankową, prowincjonalną, ale sa- tyry – zdaniem Nyczka – niepozbawione pewnej sympatii. Swojskie. To podczas okupacji odkrywa książki. Nie ma przyjaciół, więc czyta od powrotu ze szkoły aż do późnej nocy. Znajduje zakurzone tomy w do- mu rodzinnym i u sąsiadki. Najbardziej lubi wielotomową historię świata oprawną w ciemnobrązową skórę, Trylogię Henryka Sienkiewicza, zde- kompletowaną powieść Kapitan Fracasse Teofila Gautiera… Pożera je w półmroku, bo światło z lampy naftowej musi służyć całej rodzinie i nie można siedzieć tuż przy nim. Któregoś dnia nagle ślepnie. Niezidentyfi- kowana dolegliwość ustępuje po sześciu dniach okładów z rumianku (o le- karzu nie ma co marzyć). Pierwsze okulary zacznie nosić trzy lata później. Gdy pod koniec wojny – po tułaczce po Kamieniu, Porąbce Uszewskiej, Krakowie – znów na chwilę znajduje się w Borzęcinie, decyzją rodziny będzie 34 A K Y T O R U E N Z I T P I R T S K E Ż O R M spał na strychu. Panuje tam przeraźliwe zimno i przy każdym wydechu z ust leci para. Mrożek jednak sporządza sobie z pierzyn wygodne legowi- sko, co wieczór błyskawicznie przebiera się w koszulę nocną i wskakuje w puch z książką. Wokół wybuchy, strzelaniny, okrucieństwo, a on ma swój własny świat. W jego wspomnieniu wsi z tego czasu zostanie coś magicznego. „Kie- dy byłem mały, nastawał wieczór wigilijny, ten, który dzisiaj nastaje, bar- dzo niezwykle było – napisze w dzienniku 24 grudnia 1984 roku. – Nie dlatego, że miało się zdarzyć coś innego niż to, co zazwyczaj się zdarzało. W tym Borzęcinie te ileś tam osób pokotem do spania i higiena nocna do kubła jak zawsze (kraj był wojenny). Nikt nie przyjdzie, nic się nie zdarzy. A jednak niezwykle, wyjątkowo było. Tylko i jedynie dlatego, że wszyscy wierzyli, iż wieczór to wyjątkowy i już”. W czerwcu 1940 roku w dostarczonym z muzeum i ustawionym w lasku Compie`gne wagonie kolejowym, w którym dwadzieścia dwa lata wcześniej podpisany został rozejm po I wojnie światowej, pełnomocnicy francuskiego rządu przyjmują niemieckie warunki kapitulacji. To już jasne, że wojna nie skończy się tak szybko, jak się wcześniej zdawało. Życie w Borzęcinie staje się coraz trudniejsze. Do domu Mrożków zjechała już nawet najdalsza ro- dzina, brakuje miejsca, nie jest łatwo z jedzeniem. W okolicy zaczyna się wy- wożenie ludzi na roboty do Niemiec. Rodzice Sławka decydują się wyruszyć do Kamienia. Zostawiają Borzęcin, którego ludność niebawem – o czym jeszcze nie wiedzą – będzie przewożona do obozów zagłady. Spośród mieszkańców rodzinnej wsi Mrożka do końca wojny zginą 143 osoby. W Kamieniu wojsko jest wszędzie, ale wuj Ludwik ma trzy domy, więc przy- jęcie rodziny to dla niego nie kłopot. Jesienią Sławek idzie do czwartej kla- sy, w szkole udaje mu się wreszcie znaleźć przyjaciela – Lolka Bareńskiego, syna dyrektorki. Przechodzi w tym czasie religijny okres, który nigdy potem już się nie powtórzy. Na dziesięciolatku wrażenie robi zapewne srogi kate- cheta, który skrupulatnie rozlicza dzieci z zadanych zdrowasiek, straszy 35 E I Z D U L I A C S J E I M I I Ć Ś Ę Z C piekielną męką i niestrudzenie tropi ich grzeszki. „Dobrze spełniona, uczci- wa szkoła neurastenii” – podsumuje Mrożek w autobiografii. Czy to doświadczenie zaważy na jego stosunku do wiary? W latach osiem- dziesiątych napisze Nauczycieli. Choć w opowiadaniu zabrzmią też echa socjalistycznej indoktrynacji, obecnej po wojnie w oświacie, na samym po- czątku pojawi się charakterystyczna postać duchownego. „»Jest Pan Bóg« – naucza mnie ksiądz katecheta. »Nie ma żadnego Pana Boga« – naucza mnie profesor biologii. Jak tu wierzyć jedną połową głowy, że Pan Bóg jest, a drugą, że go nie ma?” – zastanawia się chłopiec narrator. Najbliższe lata wojenne to znów będzie dla Mrożka ciągła zmiana miej- sca zamieszkania. Gdy trzymilionowa armia Hitlera w czerwcu 1941 roku uderza w Związek Radziecki, a w Kamieniu robi się coraz niebezpieczniej, zostaje posłany do Porąbki Uszewskiej, skąd pochodzi rodzina Antoniego. To wieś położona kilkanaście kilometrów na południe od Borzęcina. Sławek pamięta jeszcze, jak kilka lat wcześniej pomagał tu dziadkowi, który jest kościelnym, dzwonić na Anioł Pański (bardzo lubi Ignacego, jest małomów- ny i sympatyczny). Idzie do piątej klasy, ciągłe zmiany szkoły powoli prze- stają robić na nim wrażenie. Wkrótce zresztą wymusza na bliskich powrót do Krakowa, gdzie pojechali jego rodzice z siostrą Litosławą. Bo tęskni. Kraków jest teraz stolicą Generalnego Gubernatorstwa, na Wawelu urzę- duje Hans Frank. W dzielnicy Podgórze, którą przed wojną zamieszkiwało niewiele ponad trzy tysiące krakowian, Niemcy utworzyli getto. Za murem w kształcie połączonych żydowskich nagrobków stłoczonych zostaje szes- naście tysięcy Żydów. Zaczyna się deportacja mieszkańców getta do obo- zów zagłady. Decyzja o ostatecznej likwidacji dzielnicy zapada na po- czątku 1943 roku. Wieczorem 14 marca na ulicach leżą już tylko porzuco- ne ubrania, meble i garnki. Mrożkowie wprowadzają się do jednego z opustoszałych mieszkań jesie- nią. To początek nowych akcji wysiedleńczych i trzeba zostawić wygodne lo- kum przy ulicy Kieleckiej. Co sobotę Sławek jeździ z ojcem do Borzęcina lub Porąbki po zapasy od krewnych. Niedługo przed lądowaniem aliantów w Normandii (czerwiec 1944 roku) dostaje zapalenia ucha środkowego. Nie 36 A K Y T O R U E N Z I T P I R T S K E Ż O R M ma szans na antybiotyki. Uczy się teraz w szkole powszechnej przy ulicy Żół- kiewskiego. Na tajne komplety będzie chodził w czasie, gdy w stolicy wybuch- nie powstanie warszawskie. W mieście pasuje już bardziej do grupy zabijaków – to wynik kilku lat spędzonych wśród wiejskich urwisów. Taka opinia specjal- nie mu nie przeszkadza. W ostatnim czasie stał się nad wiek wyrośnięty, co zresztą niesie ze sobą niebezpieczeń- stwo. Niemcy podczas łapanki mogą go wziąć za dorosłego. Łapanki, naloty, strzelaniny. W au- tobiografii będzie wymieniał najbar- dziej traumatyczne przeżycia: nagłe aresztowanie podgórskich sąsiadów i wywiezienie ich do Auschwitz za przy- należność do Armii Krajowej; przeraża- jącą noc w borzęcińskim schronie, gdzie otoczony pastą do butów Erdal, która po wojnie miała zapewnić dostatni żywot jego dziadkowi, z drżeniem ser- ca chowa się przed łapanką; obserwowanego z okna mężczyznę, któremu nie udaje się uciec żandarmom i zostaje brutalnie skopany po brzuchu i głowie… W Dzienniku powrotu napisze, że uczucie strachu, które poznał podczas woj- ny, nie opuszczało go przez następne dwadzieścia cztery lata. Stwierdzi: „Wy- leczyłem się z niego dopiero w dobrze urządzonej i błogiej Europie Zachodniej”. „Jestem dzieckiem wojny – przedstawi się w Małych listach. – Tak zwy- kło się nazywać urodzonych między 1939 a 1945. Pomyłka. Dziećmi wojny są ci, którzy już podczas wojny byli dziećmi, a nie dopiero niemowlętami. Którzy już cokolwiek wiedzieli i wobec tego mogli wiedzieć, że wojna jest 37 E I Z D U L I A C S J E I M I I Ć Ś Ę Z C alternatywą pokoju. Przeżywali wojnę inaczej i silniej niż dorośli. Chłonęli wojnę, ale przeczuwając, że są niańczeni przez potwora. Mojemu pokoleniu łatwiej się porozumieć ze starcami niż z pokoleniem, które wojny nie zna”. Dla wielu pisarzy zaraz po wojnie stanie się naturalne pisanie o niej. Ale nie dla Mrożka. Dopiero w 1980 roku powstanie dramat Pieszo. Nyczek zauważy, że Pieszo – mimo pewnej ryzykowności takiego zabiegu – można wywieść z dantejskiego nurtu: oto Ojciec – Wergiliusz – prowa- dzi Syna – Dantego – przyszłego autora, przez piekło wojny. Szukają żony i matki. Napotykane przez nich postacie to „Polska w pigułce”. Są wśród nich porucznik AK i towarzyszący mu drab; wiejska baba z wózkiem peł- nym bimbru i jej córka w niechcianej ciąży po przygodzie z żołnierzem; fi- lozofujący niezbyt składnie, za to przesadnie wydelikacony przedstawiciel wyższych sfer i towarzysząca mu elegancka pani, którą ten źle traktuje… Ale oprócz tego korowodu dusz potępionych nie mniej ważne są w drama- cie skomplikowane relacje pomiędzy ojcem a synem. Antoni i Sławomir swoją drogę przez piekło odbywają zimą 1945 roku. Niemcy są już w odwrocie, rozpoczął się marsz na Berlin. Zamęt ostatnich tygodni znów rozdzielił rodzinę. O bladym świcie ojciec i syn wyruszają z Borzęcina do Porąbki Uszewskiej po Zofię – żonę i matkę. Pieszo. Każ- de kwilenie ptaka, każdy ruch pośród drzew czy przemykający cień, każ- dy ślad opon na śniegu wprawiają ich w przerażenie. Będąc już niemal u celu, natrafiają na ślady niedawnego bombardowania. Lej w ziemi jesz- cze dymi, unosi się nad nim zapach trotylu. Serca im podchodzą do gar- deł. Na miejscu zastają jednak Zofię całą i zdrową. Ojciec i syn nigdy wcześniej nie byli ze sobą tak blisko. Nie będą też ni- gdy później. W autobiografii Mrożek napisze o Antonim tak: „Nie był legionistą, nie należał do Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem, do sanacji, ONR-u, socjalistów (broń Boże!) ani w ogóle do żadnych ugrupowań. Był typowym Polakiem, który na wszystko mówi »nie«. Lubił przemawiać przy wódce w gro- nie kolegów na każdy temat, byle wystarczająco ogólny. Jego ignorancja była 38 A K Y T O R U E N Z I T P I R T S K E Ż O R M kompletna. W dodatku przemawiał z poczuciem szlachetnego oburzenia. Nawet anarchistą nie był, bo to zakłada jakiś światopogląd”. O ile pod adresem matki padają tam takie słowa, jak „piękna”, „pełna ufności i życia”, „otwarta na świat”, o tyle o ojcu dowiemy się jeszcze, że nigdy nie przeczytał żadnej książki, własne opowieści upiększał wręcz do absurdu, a w domu czuł się nieswojo, bo nie miał publiczności. To w knaj- pie był królem życia. Udziałowi Antoniego w polsko-bolszewickiej woj- nie 1920 roku czy też niezwykłemu, jak na te czasy, awansowi społecznemu, którego bez wątpienia był samodzielnym twórcą, Mrożek nie nada zbyt wielkiej wagi. W jednym z pisanych na przełomie wieków fe- lietonów dla „Gazety Wyborczej” wspomni, że w powojennej Polsce ojciec miał problemy z Urzędem Bezpieczeństwa, bo nie spodobała mu się kon- trola listów na poczcie. Przyzna, że był przystojny. Skąd taki dystans? Syn czuje się odtrącony przez ojca (napisze to w Bal- tazarze) i zdaje się mieć mu za złe, że matka się nie uśmiecha. We wspomnie- niach przyszłego pisarza będzie szczęśliwa tylko dwa razy – na zdjęciu z wujem Ludwikiem, które zrobione zostało jeszcze przed jej małżeństwem, i w apartamencie wuja Ludwika podczas wojennego pobytu w Kamieniu. Dla jedenastoletniego wówczas chłopca lęk przed rozstaniem rodziców jest jednak ogromny. Taka wizja narusza poczucie bezpieczeństwa. Na szczęście rozwód w tym czasie to coś nie do pomyślenia, podobnie jak związek pomiędzy ku- zynostwem. Po 1941 roku Zofia i Ludwik już nigdy się nie zobaczą. Ojciec w dramacie Pieszo mówi, że wziął ślub, bo wypadało mieć żonę. 22 kwietnia 1945 roku oddziały radzieckie otaczają Berlin, Hitler popeł- nia samobójstwo osiem dni później. Na początku maja kapitulują kolejne armie niemieckie. Zanim Japonia we wrześniu zrobi to samo, w sierpniu USA zrzucą bomby atomowe na Hiroszimę i Nagasaki. Kończy się najwięk- szy konflikt zbrojny w historii świata. Kosztował życie co najmniej pięćdzie- sięciu milionów ludzi. Mrożek będzie przyjeżdżał do Borzęcina już tylko sporadycznie, między innymi na pogrzeb matki. Kiedy w 1990 roku odwiedzi rodzinną wieś 39 E I Z D U L I A C S J E I M I I Ć Ś Ę Z C z okazji uroczystości swoich sześćdziesiątych urodzin, będzie uznanym w świecie dramaturgiem, prozaikiem, humorystą. Zastanie okolicę żyjącą spokojnym rytmem. Jak zwykle będzie się mało odzywał. „Przebyłem pięć lat wojny w stanie ogłuszenia” – zaznaczy w Moim życio- rysie. Będzie twierdził, że niepewność siebie, której wówczas doświadczył, prześladuje go nadal. I doda: „Wtedy nabyłem, mówię: nabyłem, a nie tylko doznałem, bo od tamtej pory mnie nie opuściło, wyczucia, odczucia czy też przeczucia przepaści. Nie tej poczciwej, która zaczyna się urwiskiem i kończy się dnem, ale przepaści, czegoś między nicością a nieskończonością. Ona jest początkiem i końcem, a środka wcale nie ma. Ona jest zawsze z nami”. Mimo to większość biogramów Mrożka zaczynać się będzie w chwili je- go debiutu, czyli w roku 1950. Jakby wcześniej nie było nic. Niedostępne w wersji demonstracyjnej. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki w serwisie
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Mrożek. Striptiz neurotyka
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: