Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00118 008220 15929576 na godz. na dobę w sumie
Mroźne tchnienie śmierci - ebook/pdf
Mroźne tchnienie śmierci - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 187
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-272-3694-4 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> kryminał, sensacja, thriller >> kryminał
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

 

Młody prokurator jedzie na Sylwestra do pensjonatu w górach, gdzie w gorących basenach geotermalnych taplają się turyści z całej Europy, a na stokach narciarskich szaleją ryzykanci spragnieni mocnych wrażeń. Jednak ich łaknienie adrenaliny zostanie zaspokojone aż nadto, gdy po hotelu zacznie grasować nieuchwytny morderca, a potężna śnieżyca odetnie od świata położony na uboczu kurort...

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

MROŹNE TCHNIENIE ŚMIERCI POWIEŚĆ KRYMINALNA Ola Mazur Teraz wierzę, z całą przyzwoitością, że powinniśmy byli odczuwać melancholię i dręczyć się moralnym aspektem zabójstwa. To głębokie, łagodne czarne oko, zamglone mroźnym tchnieniem śmierci i to ostatnie, konwulsyjne kopnięcie tylnych nóg, powinny były wzbudzić w nas poczucie, że zrobiliśmy coś naprawdę brutalnego i samolubnego, ale tak się nie stało. To jest szczera opowieść, więc muszę wyznać, że naszym jedynym uczuciem była niezmieszana radość. George Henry Kingsley, Notes on Sport and Travel, chapter 10 „Chamois-Hunting”, „The International Monthly”, Volume 4, No. 3, October, 1851. Rozdział I Wraz z pierwszym orzeźwiającym wdechem zimowego powietrza Bogdan poczuł, jak mu zamarzają kozy w nosie. Dosłownie. „Musi być chyba z minus trzydzieści.” – pomyślał – „Albo więcej.”. Pociąg za jego plecami z przeciągłym zgrzytem ruszył w dalszą drogę po oblodzonych torach. Bogdan rozejrzał się po prowincjonalnej stacji kolejowej i uznał, że jest to całkiem sympatyczne miejsce ze swoimi zaśnieżonymi ławeczkami, oszronionymi rozkładami jazdy i ogromnym zegarem, którego wskazówki zostały skutecznie unieruchomione przez zwisające sople zgodnie z odwieczną prawdą, iż szczęśliwi czasu nie liczą. Mimo niewątpliwej zacisznej przytulności otoczenia Bogdan stwierdził, że pora ruszyć w dalszą drogę i zorganizować sobie jakiś środek transportu do pensjonatu „Zadymka”, gdzie wraz z wypróbowanymi przyjaciółmi zamierzał spędzić Sylwestra na nartach. W tym celu uczynił krok w stronę wyjścia i o mało nie wylądował na zbity pysk w śnieżnym puchu pokrywającym peron, gdyż, jak się okazało, but przymarzł mu do podłoża. W pociągu panowała niska temperatura, niemniej jednak plusowa, więc śnieg, który nanieśli pasażerowie, stopił się, by następnie w postaci wody na mokrych podeszwach Bogdana momentalnie zastygnąć na mrozie i przycementować mu buty do peronu. Chichocząc jak wiewiórka na haju – prawnicy wypuszczeni z kieratu przejawiają takie reakcje – Bogdan natężył wątłe mięśnie chuderlawych łydek i oderwał zelówki, po czym wciąż w najlepszym humorze podążył dziarsko w stronę postoju taksówek, gdzie jedna jedyna stara drynda czekała wyraźnie na niego. „Nie ma to jak pierwszy dzień urlopu po latach harówki!”. – Halo! Dzień dobry! – Bogdan zastukał w szybę pokrytą białymi kwiatkami od mrozu – Pan czeka na mnie? – Jak pan żeś zamówił wczoraj kurs do „Zadymki, to tak! – wychrypiał szofer przez jednocentymetrową szparę, podczas gdy drogocenne ciepło uciekając z kabiny, utworzyło w powietrzu zwiewny biały obłoczek, który, dolatując do nozdrzy Bogdana, poinformował go bez ceregieli, że kierowca ratuje się przez mrozem za pomocą wysokoprocentowych rozgrzewaczy. Jednak nawet to nie mogło popsuć nastroju Bogdanowi. „Przy takiej pogodzie i tak nie da się jechać szybko!” – skwitował optymistycznie – „Poza tym lepszy taki kierowca niż żaden!”. Nucąc rzewnie „Góraluuu, czy ci nie żaaal”, Bogdan wrzucił plecak do bagażnika, narty na dach i usadowił się smacznie na tylnym siedzeniu z dala od alkoholowych wyziewów kierowcy. Z ołowianych chmur zwieszonych nisko nad kompletnie opustoszałą ulicą sypał coraz gęstszy śnieg. Bogdan pogratulował sobie w duchu pomysłu, by zamówić taksówkę telefonicznie dzień wcześniej. Na zewnątrz rozkręca się niepogoda, a on siedzi sobie w zacisznym, ciepłym, (no bez przesady), wnętrzu samochodu, który dowiezie go bezpiecznie, (miejmy nadzieję), na miejsce. Bogdan szybkim ruchem – by uniknąć ponownego przymarznięcia tym razem do szyby – przetarł okienko grubą skórzaną rękawiczką z jednym palcem i futrzanym podbiciem w środku. Przez wyskrobany prześwit w zaszronionym oknie ujrzał rząd typowych góralskich domków ze spiczastymi dachami pokrytymi grubą kołdrą śniegu, która puchła w oczach. Rosnące w ogródkach sosny, jodły, świerki tudzież inne iglaki wyglądały jak postawione na sztorc szczotki do kurzu potraktowane silnie pieniącym się szamponem przez jakąś pełną werwy gosposię. Nieliczne drzewa liściaste przywodziły na myśl kłęby waty cukrowej. Majestatycznych gór podziwiać się niestety nie dało, bo padający śnieg ograniczał widoczność do kilkunastu metrów. Zupełnie jakby wszyscy lokatorzy nieba począwszy od Abrahama brali udział w bitwie na poduszki, zasypując świat pod nimi niewyobrażalną ilością białego pierza. Z drewnianych płotków otaczających coraz rzadsze domki widać już było jedynie same czubki sztachet wystających jeszcze nad śnieżną pokrywę, ale już niedługo. Każdy miał swoją monstrualnie wysoką śnieżną czapeczkę. – Wczoraj było 80 cm śniegu! – podzielił się wiedzą kierowca – A dzisiaj spadnie chyba drugie tyle! – To dobrze! – ucieszył się Bogdan – Na sztucznym śniegu gorzej się jeździ! – A na takim puchu to nie jeździ się wcale! – odkrzyknął kierowca, a jego wierny samochód na potwierdzenie słów właściciela teatralnie zdechł. – To na nic! – zawołał kierowca po kilku nieudanych próbach odpalenia silnika – Pewnie akumulator padł! Albo woda w chłodnicy zamarzła! Wysiadaj pan! – Jak to? Tutaj? Do „Zadymki” jest jeszcze kilkanaście kilometrów! – Wolisz pan spędzić ferie zasypany przez śnieg? Powietrze ci się skończy, zamarzniesz, a wcześniej zjesz własne palce! Apokaliptyczna wizja wreszcie zwarzyła humor Bogdanowi, więc czym prędzej wygramolił się z samochodu i pospieszył za kierowcą, który kuląc się pod uderzeniami zaśnieżonego wiatru, poleciał kurcgalopkiem do najbliższego domu, jednego z ostatnich na ulicy i energicznie załomotał do drzwi. – Dzień dobry! – huknął i bez owijania w bawełnę przeszedł do sedna – Zapytaj no mała taty, czy mnie nie wyciągnie koniem! – Zamykaj Kaśka drzwi, bo mróz leci! – ryknęło ze środka. Na oko ośmioletnia dziewczynka usunęła się, robiąc miejsce swojemu zwalistemu ojcu – Wchodź Szymon, nie wietrz nam chałupy! Kierowcy nie trzeba było dwa razy powtarzać. Bogdan, nie zważając na konwenanse, władował się za nim. – Na co ci koń, tego trupa już nic nie przywróci do życia! – oznajmił bezceremonialnie gospodarz – Zostaw go tu do wiosny, a potem się rozbierze na części! – Śmiej się, śmiej! Poprzednio go Ziutek z Szałasu zreperował to i teraz naprawi! Tylko doholuj mi go do szopy, żeby tu tak nie stał na mrozie! – Jemu już mróz nie zaszkodzi! – A ja? – miauknął Bogdan żałościwie – Mnie mróz zaszkodzi! – Nie ma wolnych miejsc! – oznajmił krótko gospodarz. – Ale ja mam miejsce! W pensjonacie „Zadymka”! Tylko muszę się tam dostać! Gospodarzowi błysnęło w oku. – A to nie ma sprawy, panocku! – łupnął go przyjaźnie w łopatkę – Mogę cię zawieźć saniami zaprzężonymi w kunie! Bogdan nie mógł się oprzeć wrażeniu, że góralski akcent włączył się rozmówcy automatycznie po wykryciu obecności zdesperowanego turysty z dudkami do wydania. Ale darowanemu koniowi, pardon – kuniowi, nie patrzy się w zęby, więc z entuzjazmem przyjął propozycję. Chwilę później siedział opatulony kocem w wyściełanych owczymi skórami saniach z widokiem na czarne zadki czterech potężnych bydląt zdolnych zapewne bez większego wysiłku galopować z cieżkozbrojnym rycerzem na grzebiecie. Woźnica zaciął je energicznie batem, jakby nigdy nie słyszał o ochronie praw zwierząt i groźne monstra ruszyły z miejsca, wzbijając tumany śniegu, choć już dość płatków wirowało w powietrzu. Bogdan poczuł, jak lodowaty wiatr zapiera mu dech w piersiach, więc odruchowo zasłonił twarz kocem, na którym już narosła kilkucentymetrowa warstwa białego puchu. „Ale fajnie! Kuligu nie planowałem!” – pomyślał Bogdan z uciechą. W istocie jego plany na Sylwestra były inne. Umówił się w pensjonacie „Zadymka” z Krzyśkiem, przyjacielem od niepamiętnych czasów, Wandą, jego zdobytą w ponurych okolicznościach narzeczoną oraz Dowódcą – znajomym policjantem z Mazur, który dla Bogdana już od dawna był dobrym kumplem, ale stare przyzwyczajenie kazało mu wciąż nazywać go w myślach Dowódcą, a także jego żoną, drobną acz przebojową kobitką, która trzymała krótko swojego niedźwiedziowatego męża, co powodowało często komiczne sytuacje i doprowadzało resztę towarzystwa do wybuchów niepohamowanego śmiechu. Pensjonat „Zadymka” położony samotnie na stoku stromej góry posiadał własny wyciąg narciarski, tylko dla gości, a w razie niesprzyjającej pogody oferował kąpiele w dwóch basenach geotermalnych, których gorące wody posiadały rzekomo działanie lecznicze a na pewno relaksujące. Bogdan nie mógł się już doczekać. Konie zarżały gwałtownie, więc Bogdan wyjrzał zza kocyka i zaraz zrozumiał znaczenie przysłowia „ciekawość to pierwszy stopień do piekła”. Podmuch zimnego powietrza sypnął mu śniegiem prosto w twarz. Bogdan otrząsnął się i przez kurtynę gęstych grubych płatków dostrzegł powód nagłego przystanku. Na poboczu ze złośliwością przedmiotów martwych walczyło zaciekle dwoje śnieżnych bałwanów, a trzeci usiłował zmusić samochód do powrotu na trasę, dodając wściekle gazu, co powodowało jeszcze głębsze zakopanie się kół w śnieżnym puchu i obrzucenie nim pchających z tyłu nieszczęśników. – Daj spokój, Maciek! – wrzasnął woźnica. Najwyraźniej w tej małej, górskiej miejscowości wszyscy się znali – Tu trzeba traktora! – Wytłumacz to tym żabojadom! – krzyknął Maciek, ale posłusznie przestał maltretować silnik jeepa – Słowa w żadnym języku nie znają! – Po francusku pewnie znają! – wtrącił się Bogdan. – Panie! – oburzył się Maciek – To nie język, tylko jakieś charkanie! – To jak się z nimi dogadałeś? – zainteresował się woźnica w tonie towarzyskiej konwersacji, jakby pili herbatkę przy kominku, a nie znajdowali się na totalnym pustkowiu podczas narastającej śnieżycy. – Na kartce napisali „Zadymka” i palcem samochód pokazywali, no to czego mogli chcieć jak nie transportu? – Maciek wygramolił się z auta i podjął próbę komunikacji z niedorobionymi podróżnikami – Le turisty! Klapen dupen in auto, paniatno? – Pardon? – Nie przepraszaj – Maciek wyrozumiale machnął ręką – Nic nie szkodzi, że nie wypchnęliście auta, ja rozumiem. Skąd macie mieć krzepę po tych ślimakach? Na twarzach Francuzów odbił się popłoch, charakterystyczny dla obcokrajowców w sytuacji podbramkowej. – Le szwu, le szwu! – zaczęli machać rękami, pokazując na konie – Le włatiur e kaput! „Jeszcze chwila i się dogadają” – Bogdan prychnął śmiechem w myślach. – No właśnie! Kaput, dobrze gadasz! – Maciek zobaczył światełko w lingwistycznym tunelu – I dlatego wyciągnie nas traktor szwagra! – Kła? – Patrz mi na usta! LE SZWA-GIER! – Ną! – wykrzyknął Francuz z rozpaczą i gestykulując zamaszyście w stylu Louise’a de Funesa, pokazał na swoje wargi – LE SZWUUU!!! Bogdan chętnie posłuchałby dlaszego ciągu tej zabawnej konwersacji, ale poczuł, że jego szkła kontaktowe zamieniły się w dwie bryłki lodu odmrażające mu rogówkę, a szczypiący mróz zaczął rozsadzać płycej osadzone naczynia krwionośne w skórze nosa i policzków, więc uznał, że pora interweniować. – Il dit, que vous devriez attendre de l’aide! 1 – Mon Dieu! Merci! – Francuz wzniósł oczy do nieba w pobożnym odruchu podzięki Najwyższemu za zesłanie na to białe pustkowie człowieka mówiącego w jakimś normalnym języku czyli po francusku, po czym natychmiast opuścił głowę, mrugając zamaszyście z powodu śniegu, który naleciał mu do oczu. – Dites-lui que nous préférons le traîneau! – krzyknął cienko drugi bałwan śniegowy. – Oni wolą sanie! – wrzasnął Bogdan. – A mnie kto zapłaci?! – oburzył się Maciek. Na szczęście sypiący coraz gęściej śnieg i przenikliwe zimno sprawiło, że nikt nie miał ochoty się targować i wkrótce Bogdan zyskał dwoje towarzyszy podróży, którzy energicznie władowali się między kocyk a owcze skóry razem ze swoim prywatnym ładunkiem śniegu na ubraniach. – Jacques! Céline! 2 – przedstawili się radośnie, jak przystało na ludzi, którzy cudem uniknęli zamarznięcia na śmierć w ekscytującym ale groźnym kraju dzikiej przyrody na okrutnej północy. – Stąd już chyba niedaleko do bieguna, prawda? – krzyknął przez wiatr Jacques, ale Bogdan nie zdołał wyprostować jego poglądów geograficznych, bo sanie wyjechały z korytarza drzew i wiatr uderzył w nich ze zdwojoną siłą, zmuszając do ukrycia twarzy pod kocem. Tempo jazdy nieco zmalało i Bogdan poczuł, że droga prowadzi teraz ostro w górę. W końcu po morderczej wspinaczce konie mogły odetchnąć. Bogdan wystawił głowę spod koca i jego oczom ukazał się pensjonat „Zadymka”, jednopiętrowa drewniana willa w góralskim stylu. Bogdan z przyjemnością oddałby się podziwianiu jej rzeźbionych balustrad i innych dekoracyjnych elementów architektonicznych, ale szalejąca nomen-omen zadymka brutalnie przypomniała mu o rzeczywistości. – Ile płacę? – zawołał przez zawieruchę. Góral podyktował cenę, od której Bogdanowi zjeżyłyby się włosy na głowie, gdyby nie były ciasno przyklepane do czaszki futrzaną czapką uszanką. Zaciskając zęby, wysupłał żądaną sumę i jeszcze wziął od zdziercy numer telefonu, bo przecież jadący następnym pociągiem Krzysiek i spółka też musieli jakoś się do pensjonatu dostać. Zacierając ręce w grubych rękawiczkach, góral skasował jeszcze Francuzów na tę samą sumę tyle że w euro, po czym wspaniałomyślnie pomógł im z bagażami. Bogdan zgrabnym poślizgiem na śnieżnej brei dopadł recepcji pierwszy. Zza lady błysnęło bystre spojrzenie licealistki, która już nie takich hibernatusów w życiu widziała. – Witojcie, welcome, willkomen, bienvenue, zdrawstwujcie! – powitała go z idealnie wyćwiczoną serdecznością, chwytając się pod boki jak na klasyczną góralkę przystało. Nawet miała kwiecistą chustę narzuconą na bluzę z napisem Twilight Forever. – Dzień dobry, rezerwacja numer 132. – Bogdan był zbyt zmarznięty by grać zachwyconego turystę. Dziewczyna postukała w klawiaturę komputera. – Jedynka na parterze od 31 grudnia do 7 stycznia, zgadza się? – Tak. – potwierdził Bogdan, zastanawiając się, czy posiada jeszcze palce u nóg. W ogóle ich nie czuł. Może jak zdejmie buty, to mu odpadną? – Dowód osobisty proszę. Musimy wszystkich meldować. – Hej Patrycja! – wtrącił się woźnica, podczas gdy Bogdan usiłował zgrabiałymi rękami wyłuskać dokumenty z zakładki w portfelu – Jadę na dół, zabrać kogoś? – Hej Pietrek! – dziewczyna złapała za rękaw przelatującego koło niej dwunastolatka – Biegnij na zaplecze zapytać mamy, kogo puści do domu. Smarkacz obrócił w kilka sekund. – Ciocia mówi, żeby pan poczekał 5 minut, to całą czwórkę z panem wyprawi, bo w zasadzie najważniejsze już gotowe, a z resztą poradzą sobie sami. – poinformował z prędkością karabinu maszynowego i równie szybko znikł z zasięgu wzroku. Patrycja zaczęła przepisywać dane z dowodu osobistego Bogdana. – Może pan już iść do swojego pokoju. – powiedziała – Ja panu potem zwrócę dokumenty. – Poczekam. – mruknął Bogdan. Jakby nie był zziębnięty, wolał widzieć, co się dzieje z jego dowodem osobistym. Kto jak kto, ale prokurator nie powinien pozwalać sobie na taką lekkomyślność, by pozostawiać swoje dokumenty w rękach osoby, którą widzi pierwszy raz w życiu. A już tym bardziej świeżo upieczony prokurator, na którego błędy wszyscy czyhają. – Excusez-moi? – Francuzi postanowili zaznaczyć swoją obecność. – Un moment, s il vous plaît. – zbyła ich gładko Patrycja – To cześć, do jutra! – zawołała do wychodzących pracowników. – Wesołego Nowego Roku! Ledwie Patrycja skończyła wymieniać uściski i życzenia z niewiele od siebie starszymi współpracownikami, gdy zadzwonił telefon, którego dziewczyna niestety nie zignorowała. Bogdan doszedł do wniosku, że całego Sylwestra spędzi na tej nieszczęsnej recepcji. – How can I help you? – zagruchała w słuchawkę z nienagannym akcentem rodem z amerykańskich filmów – Yeah, ok, I get it. Don’t worry! Pietreeek! Weź od pana Zdzisława pakiet fajek i jedną whiskey i leć z tym do Anglików! – Ale to już ostatni raz! Mama kazała mi wracać! – odszczeknął smarkacz – Mnie też się należy wolne! – Nie marudź, tylko leć! – Jestem uciskaną mniejszością! – dobiegło z korytarza. – Załóż związek zawodowy chłopców na posyłki! – zawołała za nim Patrycja – Jeśli zapłaci pan z góry, to będzie zniżka – zwróciła się zachęcająco do Bogdana. – Nie, dziękuję. – odparł Bogdan grzecznie. Nigdy nie należy płacić z góry, bo gdyby coś nie grało, to później jest mnóstwo użerania się z odzyskaniem pieniędzy. – Zaniosłeś? – zawołała Patrycja do Pietrka – Nic po drodze nie zakosiłeś? – Wal się Pati! – odparł kulturalny chłopczyk, zakładając kurtkę i sięgając po narty, które oparł o ścianę holu. Na ganku już nie było miejsca, stały tam narty wszystkich gości, niektóre z wpiętymi butami. – Przekaż cioci życzenia od nas! – krzyknęła jeszcze za nim Patrycja. Najwyraźniej byli kuzynami. – Jak on wróci? – zdziwił się Bogdan – Sanie już odjechały... – Zjedzie na nartach. Mieszka w połowie góry. To tylko półtora kilometra stąd. – wzruszyła ramionami nastolatka. – Izwinite. – do lady podszedł Rosjanin postury niedźwiedzia. Bogdan rozpoznałby w nim Rosjanina, nawet, gdyby ten się nie odezwał. Półbuty z długimi nosami, ostentacyjnie drogi zegarek, złoty sygnet i łańcuch na piersiach – wszystko to wskazywało na przynależność do klasy „nowyj russkij”, czyli świeżo utworzonej warstwy nielicznych zaradnych, którzy wzbogacili się w ciągu ostatnich dwudziestu lat, gdy w Rosji zapanował bezwzględny kapitalizm. – Izwinite – powtórzył z pretensją – no ja że placiu deńgi za komnatu a tam liustro nie rabotajet. Patrycja spojrzała na niego z głębokim namysłem dziecka zachodniej cywilizacji. – Które lustro? – zapytała rzeczowo. – Nad krawatju. – Ale lustro nad wanną rabotaje? – upewniła się. – Da. – No to niech pan sobie w łazience krawat zawiąże! – udzieliła radosnej porady młodociana recepcjonistka – A to drugie wymienimy panu jutro wieczorem. Rosjanin zmarszczył krzaczaste brwi w wysiłku intelektualnym. – Znacit utrom ili wiecierom? – Jutro wieczorem. – powtórzyła Parycja. – Niewozmożno! Libo utrom libo wiecierom! – Jut-ro! Wie-czo-rem! – Ona gawarit zawtra wiecierom! – huknął Bogdan, dusząc w zarodku wojnę polsko-ruską – „Jutro” eto po polski „zawtra” a nie „utro!” – A kak „utro”? – zainteresował się Rosjanin z ciekawością dziecka. – Rano. – A kak „rano”? – Wcześnie. A polskoje „lustro” eto russkoje „zerkalo”, poetomu ona was nie paniala. – A kak „liustro”? – Żyrandol. – Zaraz, już rozumiem! – Patrycję oświeciło – On mówi, że mu żyrandol nie działa, tak? I nie może sobie po ciemku krawata zawiązać? – Nie. – westchnął Bogdan ciężko – On mówi, że nie działa żyrandol nad łóżkiem. „Krawat” to po rosyjsku „łóżko”. – Rany, ale zamieszanie... Dobra, pewnie się żarówki przepaliły, zaraz mu zaniosę nowe. Tylko skończę meldować tych państwa. Bogdan wykrzesał resztki wiedzy z podstawówki i przetłumaczył przedstawicielowi bratniego narodu, że musi chwilę poczekać, aż nasi nowi przyjaciele z eurosojuza się rozgoszczą. – Spasibo! – Rosjanin potrząsnął ręką Bogdana, jednocześnie serdecznie klepiąc go po ramieniu – Majo imja Władimir Wjacieslawowić! Dla tebja – Wowa! 3 – Bogdan! Bardzo mi miło! – Ocień prijatno! Ja iz Pietrozawodska. Eto na sjewierie Rasiji, a ty? – Iz Krakowa. – Krakaw! Priekrasnyj gorod! – zachwycił się Wowa. – Ekhm... – wtrąciła Patrycja – To pańskie dokumenty i klucz. Korytarzem na prawo. – Dziękuję. Do swidania! Bogdan wziął narty oraz plecak, który zdążył już wypić połowę pośniegowej wody z podłogi, machnął przyjaźnie do Rosjanina i poszedł we wskazanym kierunku. Francuzi, którzy najwyraźniej nie mieli nic przeciwko zostawieniu paszportów na recepcji ruszyli za nim. – Non, non! – zawołała za nimi Patrycja – Votre chambre est de l autre côté! 4 – A, merci. – zorientowali się w stronach świata Francuzi i posłusznie podreptali do drugiego skrzydła budynku. Bogdan zagłębił się we wskazany korytarz i natychmiast poczuł się, jakby wkroczył do innego świata. Gdzie się nie obrócił – wszędzie skośnookie twarze. Bogdan posiadał niezbyt imponującą posturę i delikatnie rzecz ujmując, jego warunki zewnętrzne lokowały się raczej poniżej polskiej średniej, ale teraz zdawało mu się, że jest niemal Guliwerem, gdyż żadna z czarnowłosych czuprynek azjatyckich gości nie sięgała mu wyżej niż do ramienia. Brnąc przez mrowie ultrauprzejmych krasnoludków, z którymi wymieniał niekończące się ukłony, dotarł wreszcie do swojego pokoju. Pomieszczenie urządzono w stylu góralskim czyli wszystkie ściany pokrywała drewniana boazeria. Tylko na suficie zastosowano styropianowe kasetony udające sosnowe deski, pewnie z oszczędności i dla ocieplenia. Bogdan nie zwracając większej uwagi na szczegóły wyposażenia, rzucił plecak w jeden kąt, kurtkę, czapkę, rękawiczki i szalik w drugi, po czym padł na łóżko, aż jęknęły sprężyny. Musi sobie odpocząć przed tym Sylwestrem. Pod wieczór może się wypogodzi i będzie można szusować na stoku do rana. Pod warunkiem, że nie zdechnie o jakiejś kompromitująco wczesnej godzinie, co jest możliwe, biorąc pod uwagę, że to jego pierwszy prawdziwy urlop po dwóch latach harówki połączonej z nauką. Bogdan czuł się naprawdę wytyrany. A łóżko było takie mięciutkie... Kap, kap, kap... Bogdan zerwał się na równe nogi. Pół plecaka było mokre, jak mógł o tym zapomnieć? Rozwiesić bety na kaloryferze? I wyglądać potem jakby go kot wypluł? Czy, pomijając skafander narciarski na stoku, paradować po hotelu jedynie w kąpielówkach pod pozorem zmierzania do lub z basenów? Dylemat zaprawdę godny Hamleta. Może w pensjonacie mają pralkę z suszarką. Bogdan spakował zawilgocone ciuchy do siatki i poszedł na recepcję, gdzie oczywiście akurat nikogo nie było, poza panią w mocno średnim wieku najwyraźniej również czekającą na obsługę. Trącił subtelnie dzwonek, dykretnie przyglądając się oryginalnemu zjawisku przed sobą. Zjadliwie zielony cień na powiekach, wyskubane brwi, a w ich miejscu czarna kreska w kształcie idealnego półokręgu wykonanego zapewne cyrklem plus różowe usteczka stanowiły wystarczająco zgrzytliwe połączenie, ale na tyle często spotykane w podmiejskich autobusach, że owa pani dla wzmocnienia efektu w uszy wetknęła sobie dwa olbrzymie srebrne koła, zaś czoło przewiązała czarną koronkową przepaską z kokardą na skroni, z której wystawało dumne pawie pióro jak z tradycyjnej czapki Krakowiaka. Jednak, ku wielkiemu żalowi Bogdana, marne były szanse, że pani zacznie wycinać hołubce, ponieważ reszta stroju nie odpowiadała folklorystycznym klimatom. Fioletowe, aksamitne rękawiczki za łokieć i czarna sukienka za kolano, z kilkoma rzędami frędzelków, których nie powstydziłby się niejeden dywan, sugerowały raczej ryczące lata dwudzieste bądź trzydzieste, czyli szaloną epokę międzywojnia, ojczyznę takich szlagierów jak „Przepijemy naszej babci domek mały!” i „Już taki jestem zimny drań!”. Oraz nieśmiertelnego „Sexappeal to nasza broń kobieca”, które najwyraźniej wciąż grało w duszy emerytowanej kokietki, gdyż z filuternym uśmiechem podała Bogdanowi aksamitną łapkę, przedstawiając się czarująco. – Wróżka Jadzia! Bogdan wykazał się refleksem i błyskawicznie przekształcił parsknięcie w uśmiech rasowego salonowca. Już miał zrobić przyjemność starszej pani i ze swadą przedwojennego dżentelmena zapytać, cóż sprowadza do „Zadymki” tak piękną, młodą damę, lecz z jego gardła wydobyło się jedynie bolesne stęknięcie. Zimne igły przeszyły mu łydkę dojmującym bólem. „Odmrożenie kończyn dolnych postępuje!” – pomyślał tragicznie – „Amputują mi nogę ciupagą i zmienię się w starego zgreda jak doktor House!”. – Mordeczko! – zawołała paniusia z łagodnym wyrzutem – A fe! Zostaw tę brudną nogę, bo jeszcze ci zaszkodzi! Bogdan zerknął w dół i napotkał spojrzenie dwojga złośliwych oczu małego brązowego ratlerka, który zatopiwszy ostre ząbki w jego łydce, szarpał wściekle, okrakiem siedząc mu na bucie. Bogdan miał ochotę pozbyć się ratlerka jednym celnym kopem, który posłałby małego upierdliwca aż na rogi jelenia gapiącego się ze ściany, ale jako człek kulturalny powstrzymał się w ostatniej chwili. – Pani będzie łaskawa zabrać tę rozkoszną psinę! – warknął. – Och, nie mogę mu odmówić drobnej przyjemności od czasu do czasu! – odparła pani Jadzia serdecznie, ale widząc szaleństwo w oczach Bogdana, nabzdyczyła się i oderwała małą łajzę od nogi nieszczęsnego prokuratora. – Patrycja, macie pralkę z suszarką? To trzymaj! – gestem wykluczającym odmowę przyjęcia Bogdan rzucił nastoletniej recepcjonistce siatkę z mokrymi betami. – Doliczymy panu do rachunku! – oznajmiła z żywą przyjemnością. Rozdział II W ciągu następnych kilkunastu minut Bogdan zużył połowę minibaru. „Jeśli ktokolwiek z obsługi hotelu miał dotychczas watpliwości co do tego, że chorobą zawodową prawników jest alkoholizm, to po moim pobycie przejdą im jak ręką odjął” – pomyślał ponuro, wylewając przezroczystą zawartość kolejnej buteleczki na rany kłute, cięte i szarpane w szczytym celu dezynfekcji swojej poturbowanej nogi a przy okazji hotelowej wanny. „Cholera wie, jakie bakterie hoduje w paszczy ten mały paskudnik! Swoją drogą ciekawe, czy alkohol przenika do krwi także przez podskórne wchłanianie?”. Teoretyczne rozważania biochemiczne nad możliwościami osmozy przerwał mu dzwonek telefonu. Bogdan owinął nogę ręcznikiem i pokuśtykał do stolika, na którym leżała ładująca się komórka. – Halooo? – Krzysiek wiedział, że ze swoim charakterystycznym głosem nie musi się przedstawiać. – No, nareszcie! – wykrzyknął Bogdan – Taksówką do „Zadymki” nie dojedziecie, bo jest zadymka, ale dam wam namiary na górala z saniami, tylko musicie najpierw ustalić cenę i w ogóle radzę wam ostro się targować, bo takich jednych Francuzów, to on skasował za czterech... – Zatkaj swój prokuratorski pyszczek czymkolwiek, co masz pod ręką i daj mi dojść do słowa! Polskie Koleje Państwowe firma z długą tradycją wystawiania pasażerów do wiatru w okresie okołoświątecznym i tym razem stanęła na wysokości zadania, więc musimy porzucić kuszący plan dojechania na miejsce luksusową ciuchcią z ujemną temperaturą w wychodku. – A konkretnie co się stało? – A konkretnie, to jak co roku zima zaskoczyła elektryków, czyli z powodu obfitych opadów atmosferycznych zerwała się pod ciężarem śniegu trakcja. – I co teraz? – Nic. Pojedziemy autobusem. – To są jeszcze bilety na PKS? – zdziwił się Bogdan. Zazwyczaj ten najtańszy i najmniej wygodny środek transportu okupowali liczni krakowscy studenci. – Nie, wyobraź sobie, że PKP podstawiło autobusy zastępcze. – Popatrz jaka cywilizacja! – gwizdnął Bogdan ironicznie. – Żebyś wiedział! Najpierw peron we Włoszczowej, teraz autobusy zamiast pociągów, Europa pełną gębą! Niedługo ze względów ekologicznych całkiem zrezygnujemy z remontowania elektrociepłowni na węgiel wraz z całą zbędną infrastrukturą taką jak linie wysokiego napięcia i przerzucimy się na czytanie przy lampach naftowych na krowi nawóz! – A sława naszego genialnego rodaka, Łukasiewicza zabłyśnie pod każdą strzechą! Ale do rzeczy, za ile mniej więcej będziecie? – To zależy od korków na Zakopiance, sam wiesz. Ale na sylwestrowy toast na pewno zdążymy! – Trzymam was za słowo! Pozdrów Dowódcę i w ogóle wszystkich! – BOGDAN WAS POZDRAWIA! – ryknęło mu do ucha. Najwyraźniej reszta towarzystwa znajdowała się w pewnym oddaleniu od Krzyśka w przeciwieństwie do słuchawki telefonu. – Muszę lecieć, bo mi autobus ucieknie! Cześć! – Cześć... – odparł słabo Bogdan przez dzwonienie w uchu. Jeśli jeszcze złamie rękę na stoku, to już będzie miał komplet obrażeń. A właśnie... Bogdan ostrożnie odwinął ręcznik i zerknął na cztery różowe dziurki, skromne ślady po ukąszeniu jadowitego ratlerka. „Hm...” – zreflektował się prokurator – „Chyba raczej będę żył”. Odrzucił niepotrzebny ręcznik, opuścił nogawkę i uznał, że najwyższa pora wrzucić coś na ruszt. Niekoniecznie czworonoga. Może być pstrąg. Z frytkami i surówką. Albo schabowy z kapustką i ziemniaczkami. Albo i jedno i drugie. „Co sobie będę żałował!” Powziąwszy to szczodre postanowienie, ruszył dziarsko do drzwi i obrócił pokrętło staroświeckiego zamka z kutego żelaza. Obrócił jeszcze raz. I znów. Spróbował w drugą stronę. Szarpnął za klamkę i zrozumiał, że się zaciął. Można było obracać pokrętłem w dowolną stronę, latało dookoła jak odpustowy wiatraczek, ale nie powodowało żadnej zmiany w mechanizmie. W dodatku jego żołądek, raz rozbudzony marzeniami o schabowym, donośnym burczeniem domagał się natychmiastowego zaspokojenia fantazji. Bogdan zaczął łomotać pięściami, wywołując nerwową reakcję przechodzących po drugiej stronie Azjatów. Zza drzwi dobiegały go przejęte dźwięki o wysokiej częstotliwości w bliżej niesprecyzowanym języku. Konsekwentnie wybijając na drzwiach wojskowy werbel, Bogdan zastanawiał się, czy skośnoocy omawiają sposoby otwarcia drzwi, czy wymieniają uwagi na temat oryginalnych metod spędzania wolnego czasu przez samotnych Polaków z poczuciem rytmu. W końcu postanowili porozumieć się z tubylcem metodą obrazkową znaną już jaskiniowcom, więc istniała szansa, że ten hałaśliwy głąb też zrozumie. Bogdan przestał łupać pięściami, przerywając w połowie marną imitację solówki szalonego perkusisty i podniósł z podłogi kartkę papieru, którą życzliwi Azjaci wsunęli mu do pokoju przez szparę pod drzwiami. Na kartce widniały dwa rysunki: Wiedząc, że pismo obrazkowe, jak sama nazwa wskazuje, pochodzi od uproszczonych, zeschematyzowanych obrazków, Bogdan ruszył intelektem i wywnioskował, iż wiadomość brzmi: „Nie rzucaj się z okna, niesiemy drabinę”. No to już było coś. W odpowiedzi narysował: co sądząc po pozytywnych odgłosach, spotkało się z aprobatą po drugiej stronie barykady. Możliwe, że Bogdan poszerzyłby zakres słownictwa w językach Wschodu, a nawet stał się ekspertem od komunikacji niewerbalnej, gdyby tej, jakże owocnej, wymiany myśli nie przerwała nietaktownie przedstawicielka cywilizowanej Europy. – No i czego mnie za rękaw szarpie, jakby się paliło! Po ludzku powiedzieć nie umie, tylko się czepia! – Ratunku! – zawył Bogdan – Zamek się zaciął! – Znowu? – zdziwiła się góralka w sile wieku, sądząc po głosie – Pewnie żeś przy nim majstrował, pieronie! – Ale broń Boże! – zaparł się Bogdan. – Ty mi tu imienia Pana Boga nadaremno nie wyzywaj! – ochrzaniła go, zgrzytając kluczem z drugiej strony – Ciągle się ten zamek zacina, to czyja ma być wina jak nie turystów? Psuje jedne, na psa urok! – Skoro ciągle się zacina, to znaczy, że to się zdarzało już wcześniej, przed moim przyjazdem, a zatem nie ja zepsułem, tylko poprzedni lokatorzy! – wybronił się prokurator zgodnie z maksymą, że cokolwiek przy nim powiesz, zostanie użyte przeciwko tobie. – Hm! – góralka nie znalazła kontrargumentu, ale nie spuszczała z tonu – Tak czy owak, następnym razem nie tłucz się pan jak Marek po piekle, tylko dzwoń na recepcję! – wyciągnęła przed siebie pulchny palec. Bogdan spojrzał we wskazanym kierunku i zobaczył płaski aparat telefoniczny na parapecie, na którym jak byk widniała naklejka z napisem „Recepcja” przy klawiszu z numerem 1. – Przepraszam... – bąknął zmieszany – Ale skoro on tak ciągle się zacina, to czemu go nie zmienicie? – To zamek zrobiony osobiście przez mojego świętej pamięci dziadka! Był ślusarzem i zrobił wszystkie zamki, gdy zakładano ten pensjonat w 1927 roku. – oświadczyła dumnie – Poza tym on się zacina tylko od środka, bo się bolec przy pokrętle wytarł i przeskakuje. Czasem pomaga, jak się kilkanaście razy pokręci w prawą stronę 5, to wskakuje na swoje miejsce, a czasem nie, ale zawsze można go z zewnątrz kluczem otworzyć! – Skoro wiadomo, w czym problem, to dlaczego go nie naprawicie? – Bo Ziutek z Szałasu poszedł w Polskę. – padła wyczerpująca odpowiedź – Ale jak za kilka dni się znajdzie i wytrzeźwieje, to naprawi. Znowu. Bogdan wolał już nie wnikać, dlaczego w tej okolicy wszystko od taksówek po zamki musiał naprawiać właśnie Ziutek z Szałasu. Jego pozycja złotej rączki była najwyraźniej niepodważalna, więc zamiast tracić czas na czcze dyskusje z bojowo nastawioną góralką, zaczął rozdawać na prawo i lewo uprzejme ukłony, by w ten sposób utorować sobie drogę w tłumie sympatycznych Azjatów. Sala restauracyjna w pensjonacie utrzymana była w obowiązkowo góralskim stylu potraktowanym jednak z pewną dowolnością w doborze elementów. Kominek z rzecznych kamieni wieńczyło poroże jelenia pośrodku skrzyżowanych szabel. Ławy pod ścianami wyłożono owczymi skórami, ale już krzesła i stoliki na środku wykonane były z lekkiego drewna ratanowego, zapewne po to, by łatwiej przystosować salę do potańcówek. Na jednej ze ścian wisiał ogromny płaski telewizor a druga była całkowicie przeszklona i pozwalała podziwiać błękitne mozaiki dwóch basenów geotermalnych tudzież opasłe brzuchy oraz owłosione łydki turystów, co należało do widoków raczej odbierających apetyt. „Może gospodyni resztkami ze stołu świnie pasie” – błysnęło Bogdanowi. Zawsze istniała jednak możliwość zjedzenia przy barze, siedząc plecami do olbrzymiej szyby. – BogDAN! – zawołał ktoś z tak mocnym akcentem na drugą sylabę, że mogli to być tylko znajomi Francuzi – Chodź do naszego stolika! Jacques i Céline machali przyjaźnie z drugiego końca sali. Bogdan uśmiechnął się na ich widok. Kiwnął uspokajająco, że już idzie i po drodze nalał sobie herbaty z samowara, który stał na stoliku w kącie obok stosów filiżanek, spodeczków, łyżeczek i torebek z cukrem. – Co zamówiliście? – zapytał. – Jeszcze nic, zastanawiamy się. – Coś wam doradzić? Przetłumaczyć? – zaproponował uczynnie Bogdan. Zderzenie z tłustą góralską kuchnią może być szokiem dla układu pokarmowego przyzwyczajonego do subtelnych żabich udek. – Nie, dzięki! Tu jest wszystko napisane w pięciu językach. Bogdan zajrzał Jacquesowi przez ramię. Faktycznie każda potrawa była opisana po polsku, angielsku, francusku, niemiecku i rosyjsku, choć ten ostatni opis sprawiał wrażenie typowego produktu automatycznego translatora Google. Dla gości niekumatych w żadnym z powyższych języków zamieszczono fotografie. – Trzymaj. – Jacques wręczył mu kartę, a sam przysunął się do Céline. – Wybrali już państwo? – do stolika podeszła Patrycja. Bogdan dostrzegł nagle rodzinne podobieństwo do energicznej góralki, która wypuściła go z pokoju. Matka i córka, bez wątpienia. – Tak. Poproszę baraninę po góralsku i rydze z patelni a dla żony kwaśnicę oraz oscypka z grilla z żurawiną. – złożył zamówienie Jacques – I butelkę Malbec. – A dla pana? – Patrycja przeszła na polski. – Ten omlet ze strusich jaj to autentycznie import z Australii? – wyraził powątpiewanie Bogdan. – Nie, to jaja sąsiada. – oznajmiła beztrosko, a Bogdan o mało się nie zakrztusił herbatą – On hoduje strusie na pióra i mięso, a jak się trafi jakieś jajo, to nam sprzedaje. Ale w zimie strusie źle się niosą i aktualnie nie mamy. One są ciepłolubne, rozumie pan. Poza tym to by było nielogiczne sprowadzać jaja z Australii. Zdążyłyby się zaśmierdnąć po drodze. A my jako przedsiębiorcy ekologiczni dofinansowani z Unii przykładamy wielką wagę do jakości naszych produktów regionalnych! – To schabowego z kapustą, poproszę. – zdecydował Bogdan. Patrycja zwinęła się błyskawicznie, a Bogdan uśmiechnął się życzliwie do Francuzów. – To co was sprowadza do Polski? – zagaił serdecznie – Dusza polarnika? – Zew krwi! – oznajmiła rzewnie Céline – Mój dziadek był Polakiem. Dlatego z sentymentu postanowiliśmy spędzić te ferie w polskich górach. – I nie zawiedliśmy się! – wtrącił Jacques – Tu jest przepięknie! – Cieszę się, że wam się spodobało! A czym zajmował się we Francji twój przodek? – zainteresował się Bogdan. – Pracował jako górnik w Lille. To takie miasto, gdzie wydobywa się węgiel. – Tak, słyszałem o Lille, oczywiście. Wielu Polaków wyjeżdżało tam przed wojną za chlebem. A znasz jakieś słówka po polsku? – Niestety... Prawie go nie pamiętam... Gdy byłam mała dziadziuś zginął tragicznie. – wyznała boleściwie. – W kopalni...? – domyślił się współczująco Bogdan. – Nie, w Czerwonych Pantalonach. Bogdan się zacukał. – Takie miejscowe Moulin Rouge. – wyjaśnił dyplomatycznie Jacques. – Biznes mojej babci! – dorzuciła dumnie Céline. – Emancypacja kobiet! – westchnął Jacques przekomicznie – Niejednego mężczyznę przyprawiła o zawał serca! Bogdan zerknął na ich miny i cała trójka parsknęła śmiechem. – Z dziadka to był niezły numer! – przyznała Celine – Ale z babci jeszcze lepszy! Dobrali się jak w korcu maku. – Zdrowie przodków! – Zdrowie! – Nadal mieszkacie w Lille? – zainteresował się Bogdan po spełnieniu filiżanką herbaty toastu za zdrowie nieboszczyków. – Nie, teraz mieszkamy na południu. – wyjaśniła Céline. – Stamtąd pochodzi moja rodzina. – dorzucił Jacques – Maklerzy giełdowi od trzech pokoleń! – Gratuluję! – znalazł się uprzejmie Bogdan, po czym okrasił swe oblicze wyrazem szlachetnego smętku – Ja niestety nie mogę pochwalić się tak długą tradycją rodzinną, gdyż moi przodkowie byli przyzwoitymi ludźmi i dopiero ja pierwszy zostałem prawnikiem. – Cha, cha, cha! – Francuzi docenili kunszt autoironicznego dowcipu. Patrycja przyniosła zamówione żarełko, więc towarzystwo zajęło się intensywną konsumpcją, co, jak wiadomo, nie sprzyja rozmowie przynajmniej wśród ludzi kulturalnych, którzy wzięli sobie do serca zasadę, by nie mówić z pełnymi ustami oraz przezornych, nie przejawiających entuzjazmu na myśl, że ich egzystencja na tym padole mogłaby ulec znacznemu skróceniu na skutek zadławienia pożywieniem i braku znajomości rękoczynu Heimlicha u obsługi. Bogdan, nie chcąc bezczelnie gapić się Francuzom w zęby, zaczął się dyskretnie rozglądać po sali, która w międzyczasie zapełniła się gośćmi. Przy sąsiednim stoliku na tyle blisko, by słyszeć rozmowy, siedziała trzypokoleniowa rodzina polska. Przyszłość narodu reprezentowało dwoje nastolatków w mrocznych nastrojach, które dodatkowo podkreślili ubiorem na wypadek, gdyby ich ponure miny mogły ujść czyjejś uwadze. Obydwoje mieli na sobie czarne, wąskie spodnie typu „rurki”, paski nabijane ćwiekami i czarne markowe podkoszulki z nazwami zespołów, które nic Bogdanowi nie mówiły, co sprawiło, że poczuł się nagle jak kompletny wapniak. Obrazu dopełniały proste czarne włosy z grzywką zaczesaną ukośnie na jedno oko oraz „mroczny” makijaż czyli smoliste kreski na górnej i dolnej powiece, trupioblade twarze oraz ciemne usta. Z ciekawości Bogdan zerknął pod stół i dostrzegł dwie pary materiałowych tenisówek starannie wystylizowanych na stare i zniszczone, choć wciąż biały kolor gumy sugerował, że nie dalej niż dwa tygodnie temu leżały jeszcze na sklepowej półce. – Nie! – oznajmiło jedno z nich melodramatycznie – Marchewki też nie zjem! Ona została zamordowana! – Agatka! – załamała ręce jej matka, tłusta farbowana blondynka w średnim wieku – Że kura na rosół, to rozumiem, ale marchewka?! – Wyrwano ją z ziemi wbrew jej woli! – upierała się grobowo Agatka. – A skąd wiesz? – spróbowała po dobroci matka – Może sama chciała? Słysząc tę jawną herezję, drugi z depresyjnych nastolatków przewrócił posępnie jedynym okiem widocznym spod czarnej czupryny. „Cierpienia młodego Wertera” odcinek dwa tysiące pięćset czterdziesty ósmy” – pomyślał Bogdan ironicznie. Ojciec pesymistycznych stworków nie ustawał w wysiłkach, by skrupulatnie omijać ich wzrokiem, wychodząc zapewne z założenia, że kiedyś w końcu im przejdzie ta głupia faza. Ponieważ w miejscu, w którym siedział, trudno było nie patrzeć na złowieszcze zjawisko, mężczyzna chrząkając, przesunął swoje krzesło i oczom Bogdana ukazał się piąty, zdecydowanie najbardziej optymistyczny, członek tej ciekawej rodzinki. Senior rodu, wyprostowany, szczupły staruszek o żywym spojrzeniu spod krzaczastych brwi, dysponował śnieżnobiałą czupryną, której gęstości Bogdan mu w duchu pozazdrościł. Subtelna laska o rzeźbionej rączce oparta o poręcz krzesła sprawiała wrażenie bardziej atrybutu szyku i stylu eleganckiego starszego pana niż realnej pomocy ortopedycznej, co potwierdzały energiczne słowa właściciela, które doleciały uszu Bogdana. – Przyznaj się zaraz, gdzie schowałaś moje gogle! – zażądał gniewnie staruszek, strosząc brwi – osobiście je spakowałem do czerwonej walizki tuż przed wyjazdem, żebyś nie zdążyła ich wyjąć! – Ale tato, o co ty mnie podejrzewasz! – oburzyła się matka nastolatków – A poza tym po co ci teraz gogle? Przy takiej pogodzie i tak się nie da jeździć na nartach! „Wiedziałem!” – pomyślał Bogdan, z satysfakcją oceniając swoje umiejętności obserwacyjne – „Staruszek tę laskę nosi tylko dla picu! Pewnie podrywa na nią ciepłe wdówki w sanatoriach”. – W 1938 roku pogoda była jeszcze gorsza i się jeździło! – wykrzyknął zawadiacko starszy pan – I to bez wyciągów! – Ale teraz nikt nie ma skłonności samobójczych, więc zostajemy wszyscy w pensjonacie. – uciął dyskusję mąż blondynki. – Mięczaki! – prychnął dziadek z pogardą. – Ale tato... – spróbowała przemówić mu do rozsądku blondynka – Na co ci te gogle, jak ty w ogóle nie powinieneś jeździć na nartach, bo możesz sobie coś złamać! Lekarze ci wyraźnie powiedzieli, że masz osteoporozę! – Lekarze?! – uniósł się staruszek – Ci oszuści?! Oni w ogóle nie patrzą na wyniki badań, tylko stosy lekarstw przepisują komu popadnie, a potem biorą dolę od koncernów farmaceutycznych! Zdziercy! Tfu! – Tato! Ciszej na litość boską! – blondynka rozejrzała się w popłochu. – Ty sama zdrowe zęby ludziom borujesz! – Fakt! – przyznał zięć ponuro, bezwiednie pocierając szczękę. – To konowały! Na niczym się nie znają! – staruszek z werwą kontynuował oskarżycielską przemowę – Według lekarzy to ja już dawno powinienem umrzeć! Rozumiesz?! Umrzeć!!! Nieudolna stomatolog postanowiła wziąć w obronę kolegów po fachu. – Ludzie są omylni! – Niestety...! – wyrwało się zięciowi. – Pożyczę ci moje gogle! – nastolatek płci męskiej zdusił awanturę w zarodku – Wziąłem dwie pary. – Jacek! – syknęła na niego matka. – No, co? – powiedział obronnym tonem – Niech dziadek ma odrobinę rozrywki przed śmiercią! – Zapiszę ci w testamencie moją kolekcję odznaczeń! – obiecał staruszek. – Bomba! – Jacek na chwilę zapomniał o tragicznej pozie i zaczął przypominać normalnego nastolatka. – Naczelny jeszcze nie odpisał? – pani stomatolog dyplomatycznie skierowała rozmowę na inne tory. – Nie. – odparł jej mąż – Ale wątpię, żeby się zgodził. Pewnie jak zwykle powie, że taka tematyka nie pasuje do profilu czasopisma. Za czasów cenzury więcej można było publikować niż teraz! „Klasyczna wymówka podrzędnego dziennikarzyny, któremu brak dobrych pomysłów” – podsumował Bogdan w myślach. – Jaka tematyka? – zainteresował się łaskawie Jacek, zapewne na fali dobrego humoru wywołanego niespodziewanym dostąpieniem łask surowego przodka. Ale Bogdanowi nie dane było dowiedzieć się, jakaż to kontrowersyjna sprawa nie znajduje zrozumienia w oczach tchórzliwego naczelnego redaktora, ponieważ na pierwszy plan wysunęły się raptownie wydarzenia przy innym stoliku. Dwoje niemieckich emerytów, czy też „rozkręconych dziadków” jak zwykła mawiać koleżanka Bogdana, dyplomowany przewodnik wycieczek, rozpoczęło beztroską okupację stolika przy kominku, na którym pośród całej masy zbędnych elementów dekoracyjnych typu wazonik, świecznik, stroik z choinki itp. leżała dyskretnie kartka z napisem „Rezerwacja”. Drobnym maczkiem rzecz jasna. Trzeba przyznać, że Niemcy wykazali się bezbłędnym wyczuciem jakości, bo ta akurat miejscówka, była najlepsza na całej sali – ciepło kominka, okno z widokiem na śnieżycę, bujna, zielona paprotka na ścianie, dodatkowe poduszki na wygodniejszych niż gdzie indziej fotelach – wszystko to sprawiało wrażenie niezwykłej przytulności. – Nein! Keine platz! – tłumaczyła, jak potrafiła najlepiej, niska, ruda kelnerka. Bogdan rozejrzał się po sali. Patrycji nigdzie nie było widać, więc ruda będzie musiała sobie poradzić sama. Najbliżej niej znajdowała się polska rodzina, która nie wykazywała najmniejszego zainteresowania tym, co działo się obok. Wprawdzie siedzący tyłem do Niemców senior rodu stomatologiczno-dziennikarskiego a zarazem amator narciarstwa mógł pamiętać niemiecki jeszcze z czasów wojny, ale znając już trochę jego charakter, Bogdan wątpił, by zechciał im pomóc. Zresztą chyba też nie zwracał uwagi na to, co działo się za jego plecami, pochłonięty konsumpcją golonki z grila. Kelnerka cierpliwie ponowiła prośbę w uprzejmej łamanej niemczyźnie. – Was? – niemieckie dziadki przytknęły dłonie do uszu i zmarszczyły czoła. Najwyraźniej oprócz kwestii językowej istniał jeszcze problem ze słuchem. Kelnerka pokazała im kartkę z napisem „Rezerwacja”. Niemiecka babcia zaczęła szukać w torebce okularów do czytania. Jej mąż z namysłem wziął kartkę i mrużąc oczy, wydusił z siebie: – Was? – Kapusta i kwas! – mruknęła pod nosem poirytowana kelnerka. – Sprich lauter, Kind! – zażądała niemiecka babcia. – Nicht hier!! – wytężyła płuca kelnerka. – Was?! – ALLE RAUS!!! – ryknęła. – Gestapo!!! – dziadek-narciarz chwycił się za serce, zaś niemieccy emeryci zerwali się z miejsc jak na komendę. Kelnerka pokazała im sąsiedni stolik i przygłusi goście posłusznie tam się przenieśli. – Ordnung muss sein! 6 – pouczyła ich z zadowoleniem ruda. Przy polskim stoliku trwało nerwowe wachlowanie staruszka serwetkami. – Dajcie dziadkowi koniaku! – zasugerowała mroczna Agatka – On w domu zawsze podnosi sobie ciśnienie koniakiem. – sypnęła niechcący. – Nie pleć bzdur, dziecko! – odzyskał wigor dziadek – Jeśli już, to żołądkową gorzką! Bogdan odwrócił głowę, by ukryć uśmiech i dostrzegł, że naprzeciwko zasiadł znajomy Rosjanin Wowa razem ze swoją towarzyszką podróży, a może i życia. Trudno orzec, bo nie prezentowała się jak regularna żona, a raczej jak jedna z tych kobiet, które bogaci Rosjanie zmieniali częściej niż samochody, traktując je niczym luksusowy atrybut bez prawa głosu. Młodsza od Wowy co najmniej o 20 lat, niewątpliwie piękna ale w banalnym stylu, szczupła, długonoga, długowłosa i ostentacyjnie seksowna, żeby nie powiedzieć wyuzdana, nie spodobała się Bogdanowi już na pierwszy rzut oka. Białe kozaki na absurdalnej szpilce sprawiały agresywne wrażenie. Spódniczka mini ledwie zasłaniała jej biodra, a wzorek w panterkę, mający zapewne kojarzyć się z rozkosznym kociakiem, tylko potęgował drapieżny a zarazem tandetny wydźwięk jej wizerunku. Głęboko wycięta bluzka z półprzeźroczystego materiału pozwalającego ocenić model biustonosza dawała wyraźnie do zrozumienia, że wszystko, co zostało zamieszczone na tej wystawie, podlega sprzedaży. Jakby tego było mało kobieta zafundowała sobie fachowy makijaż, który świetnie prezentuje się w telewizyjnych reklamach kosmetyków, ale na co dzień jest zdecydowanie za mocny, kryjąc prawdziwą twarz niczym tapeta ścianę. Wszystko to zdradzało jej przynależność do gatunku tych niemoralnych materialistek, które uważają, że szczytem życiowej kariery jest dorwać bogatego faceta i już nie puścić. Kategoria, która pojawiła się równocześnie z fortunami oligarchów i nie budziła w Rosji niczyjego zdziwienia. W Moskwie powstały nawet specjalne kursy „Jak poślubić milionera”. Zapisy na dwa lata do przodu. Sądząc po braku obrączki na palcu Tatiany – takie imię Bogdan usłyszał w gwarze rozmów – ona się na zajęcia jeszcze nie załapała. Ale starała się, jak mogła, na własną rękę. Wowa siedział rozparty jak basza, a ona dolewała mu herbatki, podsuwała talerzyki (bo jakby sam sięgnął, to jeszcze by się zmęczył), posyłała uwodzicielskie uśmiechy, robiła słodkie minki i trzepotała rzęsami. Wowa przyjmował te hołdy jak najnaturalniejszą rzecz na świecie – w końcu to on za wszystko płacił, więc mu się należy! W tym podejściu kryło się wiele skrywanej pogardy, ale Bogdan nie odczuwał współczucia dla czarnobrewej Rosjanki. Istnieją przecież tysiące innych sposobów awansu społecznego, niekoniecznie przez łóżko i poniżanie się. Dziewczyna postanowiła pójść na skróty i teraz ponosi tego konsekwencje. Co oczywiście nie usprawiedliwia Wowy. „Uczciwy by nie skorzystał”, jak to mówią. Bogdan oczywiście doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że Wowa i Tania nie są typowymi przedstawicielami swojego narodu. Wręcz przeciwnie, należeli raczej do tej wąskiej grupki bezwzględnych karierowiczów, którzy swego czasu zlecieli się do nowych moskiewskich władz jak ćmy do ognia i mocno na tym skorzystali kosztem reszty społeczeństwa. Od byłego kolegi z akademika, który był repatriantem z Irkucka, Bogdan wiedział, że w zasadzie cała rosyjska prowincja od Nowogrodu przez Syberię po Władywostok, miliony przyzwoitych ludzi, brzydzących się wyzyskiem, szczerze nie znosiło tych nowych moskwiczy z ich poczuciem wyższości opartym na świadomości, że potrafią wykantować pozostałych. Niestety uczciwość w Rosji raczej nie popłaca i dlatego na pobyt w dość drogiej „Zadymce” w szczycie sezonu mogli sobie pozwolić tylko tacy Wowa i Tania, podczas gdy ich zdecydowanie sympatyczniejsi rodacy z prowincji spędzali Sylwestra, oglądając w telewizji nadawany co roku od ponad trzydziestu lat film „Ironia losu” z Barbarą Brylską – namiastką polskiego luksusu na terenach postsowieckich. Kiwając smętnie głową nad brakiem sprawiedliwości na tym świecie, Bogdan oderwał wzrok od przybyszy ze wschodu. Jego uwagę przykuła teraz nowa para zagranicznych gości, którzy właśnie wkroczyli na salę. Obydwoje eleganccy, swobodni i pewni siebie Europejczycy. Oprócz zachowania łączyło ich też zewnętrzne podobieństwo – czarne włosy i śniada karnacja. Jego lśniące loczki były krótko ostrzyżone, jej fryzurę tworzyły długie proste lecz puszyste włosy otaczające miękko twarz. Jego brązowa skóra sprawiała wrażenie, jakby spędził całe życie pod palącym słońcem południa, jej cera była zdecydowanie jaśniejsza, pewnie jak to kobieta używała kremów, niemniej do bladości Skandynawów było jej daleko. Na tym jednak podobieństwa się kończyły. On – no cóż, facet jak facet. Bogdan nie widział w nim nic szczególnego. Ona natomiast – była wprost zniewalająca. Kształtna figura, której nie brakowało kobiecych krągłości, nieskazitelna skóra, pięknie wykrojone usta i oczy jak reflektory. Do tego kocia miękkość ruchów i nieodparty czar. Tak właśnie Bogdan wyobrażał sobie idealną odtwórczynię roli Carmen w operze Bizeta. Zjwiskowa piękność przeszła mimo i Bogdana owionął oszałamiający zapach francuskich perfum. W gwarze rozmów pojawiła się nowa nuta – jej głos. Melodyjny, głęboki, kuszący. Céline zastrzygła uszami i podniosła głowę znad talerza. – O, popatrz. – zwróciła się do Jacquesa – Nie jesteśmy jedynymi Francuzami w pensjonacie! – Oni chyba też są z południa. – wtrącił Bogdan. – Nie. – zaprzeczył Jacques, ale nie wyjaśnił dlaczego. Naładował sobie sałatki do ust i tym samym uniknął dalszych pytań, choć nie zdołał powstrzymać badawczego spojrzenia, którym obrzucił jeszcze kilkakrotnie nowoprzybyłych. Czarnowłosi Francuzi zajęli stolik z napisem „Rezerwacja”, z którego wcześniej eksmitowano niemieckich emerytów i nie zdążyli się jeszcze porządnie rozsiąść, gdy już podbiegła do nich Patrycja z kartami i usłużnym uśmiechem. Taktownie odeszła na kilka kroków, dając gościom czas na przeczytanie menu, ale pozostawała w gotowości i gdy tylko brunetka podniosła wzrok, nastolatka podskoczyła ku niej, gorliwie służąc wyjaśnieniami. Najwyraźniej śniada para francuska cieszyła się w tym lokalu szczególnymi przywilejami. „No cóż. Wszystkie zwierzęta są równe, ale niektóre są równiejsze” – Bogdan przypomniał sobie przewrotną maksymę autorstwa George’a Orwella. Patrycja z pośpiechem na miarę karetki pogotowia poleciała do stolika w rogu nalać herbaty z samowara, teoretycznie postawionego tam dla samoobsługi. Po serii kapryśnych pytań nieprzyzwoicie rozpieszczani goście złożyli wreszcie zamówienie i nastolatka zniknęła za drzwiami do kuchni. Pewnie osobiście pilnowała, czy dania są przyrządzane dokładnie tak, jak zażyczyli sobie tego Francuzi. „Ciekawe, skąd to się bierze?” – zastanowił się Bogdan w myślach – „Nie wyglądają na kontrolerów Sanepidu albo znawców kuchni, od których zależy, ile gwiazdek otrzyma pensjonat w kolejnej edycji jakiegośtam przewodnika. Koneserów sztuki kulinarnej powinien cechować profesjonalny brzuszek na miarę Magdy Gessler”. Bogdan przyjrzał się z przyjemnością smukłej brunetce. Choć to mało romantyczne porównanie, przypominała mu lśniące, kare konie wyścigowe o szlachetnym rodowodzie. „Ona wygląda jak gwiazda filmowa... Może to początkująca aktorka?”. To przypuszczenie kazało mu zastanowić się nad rolą ciemnookiego mężczyzny w tej bajce. Pomimo zewnętrznego podobieństwa Bogdan wykluczył pokrewieństwo, bo facet był od niej starszy o około 15 lat – za mało na ojca, za dużo na brata. A przynajmniej na takiego brata, z którym się razem zwiedza świat. Zresztą mieli zupełnie inne rysy twarzy, a ich wzajemne relacje były wyprane z jakiegokolwiek rodzinnego akcentu. Piękna młoda kobieta i starszy od niej zamożny obcokrajowiec – wnioski nasuwały się same. Jednak coś powstrzymywało Bogdana od przypięcia im takiej samej łatki jak Wowie i Tatianie. Atmosfera unosząca się nad francuską parą była zupełnie innego rodzaju. Bogdan wbijał w nich wzrok, usiłując rozszyfrować charakter tego związku, gdy na pozór zwyczajny gest brunetki jeszcze bardziej namącił mu w głowie. Czarnowłosa piękność spróbowała herbaty i skrzywiła się. Powiedziała coś do swojego towarzysza, a on posłusznie wstał i przyniósł jej dodatkowe saszetki z cukrem. Układ sił przy francuskim stoliku był zupełnie inny niż przy rosyjskim. Zdecydowanie. Dla pewności Bogdan zerknął na rosyjską parę i aż go poraziła siła emocji kotłujących się między nimi. Wowa gapił się na brunetkę nieprzytomnie. Taksował spojrzeniem jej długie nogi, wąską kibić, ponętny biust, a w jego oczach narastało pożądanie. Na jego twarz wypłynął lubieżny uśmiech. Tatiana obserwowała tę sytuację złym wzrokiem. Spoglądała naprzemian to na Francuzkę, to Wladimira, a jej zacięte usta i zaciśnięte na blacie zbielałe palce zdradzały potęgę jej zazdrości. Tatiana poczuła się zagrożona. Bała się o swoją pozycję u boku Wowy, która w jej przekonaniu decydowała o przetrwaniu w tym brutalnym świecie. Zwierzęta często atakują ze strachu. Lęk jest też najczęstszą przyczyną agresji u ludzi. Dzikie spojrzenie Rosjanki nie pozostawiało wątpliwości, że nie cofnie się przed niczym w obronie swojego terytorium. Tatiana syknęła wściekle i Wowa oderwał się na chwilę od kontemplacji brunetki. Bogdan przeniósł wzrok z powrotem na Francuzów, żeby się zorientować, czy wulkan kontrowersji, jaki bezwiednie obudzili, został przez nich w ogóle zauważony i stał się niemym świadkiem kolejnej dziwnej sceny. Czarnooki facet zabrał swojej towarzyszce miskę z sałatką i dokładnie przegrzebał widelcem jej zawartość. Po chwili to samo uczynił z całą resztą jedzenia. Nawet wyżarł jej jednego grzybka z sosu i spróbował kompotu. Dopiero potem łaskawie zwrócił jej talerze, zaś ona, choć wcześniej grymaśnie wysłała go po cukier, teraz potulnie przyjęła jego zachowanie. To kto w końcu rozdaje karty w tym związku? I w zasadzie na czym polega ten związek, bo czułości i romantyzmu Bogdan nie dostrzegł za grosz. Coś tu nie grało. Céline i Jacques wstali od stolika. Ich talerze były dokładnie wysprzątane. Nic dziwnego, jedzenie w pensjonacie należało do wyśmienitych. Bogdan zerknął na swoją porcję, której została jeszcze połowa. No tak, gapił się na ludzi, zamiast pracować szczękami, to ma opóźnienie. Oczywiście nie było sensu, żeby Jacques i Céline czekali na obcego guzdrałę. – Idziemy się przebrać w kostiumy kąpielowe, bo skoro ciągle sypie, to skorzystamy z basenów geotermalnych. – oznajmiła Céline – Też przyjdziesz? – Tak zaraz po jedzeniu? – zdziwił się Bogdan – To niezdrowo pływać z pełnym brzuchem. – Nie, najpierw utniemy sobie małą sjestę. – wyszczerzył się Jacques – Wprawdzie trochę już na nią późno, ale skoro mamy się bawić do rana... – Jasne – uśmiechnął się Bogdan – Do zobaczenia później. – Au revoir. Rozdział III Opuszczony przez sympatycznych Francuzów Bogdan poczuł się nieco głupio, tkwiąc sam przy czterosobowym stoliku na środku sali, więc skończywszy jeść w trzech łykach, podniósł się dyskretnie i z udawaną swobodą bywalca niejednego hotelu, która miała zamaskować jego skrępowanie, usiadł przy barze na jednym z tych wysokich chybotliwych stołków ułatwiających klientowi we właściwym momencie klasyczne zwalić się pod stół. Łysiejący barman w średnim wieku był niewątpliwie przedstawicielem starej dobrej szkoły, nakazującej wbić się w elegancką białą koszulę i czarną kamizelkę, tudzież spodnie z kantką, zamiast poprzestać na flanelowej koszuli w kratkę rozpiętej na piersi, by ukazać podkoszulek z durnym napisem, w których paradowała bez kompleksów większość jego sporo młodszych kolegów po fachu zaludniających popularne krakowskie puby. Nieprzestając pucować wysokich szklanek nieskazitelnie białą ściereczką, podszedł do Bogdana i z wprawą, jaką dają tylko lata praktyki, rzucił nieśmiertelne: – Co podać? Bogdan się zawahał. – Mamy szeroki wybór win. – barman zrobił zachęcającą minę. – Od czerwonego wina mnie wątroba łupie, a na białe jakoś nie mam ochoty... – skrzywił się grymaśny klient. – To może klasycznie po polsku wódeczka i śledzika? – Wrzody – uciął krótko Bogdan. Życie młodego prokuratora jest pełne stresów. – To może jakiegoś delikatnego drinka? – nie zrażał się szafarz rozrywkowych trunków – Piña Colada, Malibu Pink, Mojito... Mojito brzmiało kusząco. Bogdan już miał dać się namówić, jednak w ostatniej chwili się zreflektował. Miał za sobą ciężki tydzień pracy, (a w zasadzie morderczy trzyletni maraton pracy) i do tego długą męczącą podróż. Jeśli w tym stanie wypije choćby jednego drinka, to padnie na pysk i nie doczeka dwunastej nawet według czasu australijskiego, a co dopiero polskiego. Nie, lepiej się powstrzymać. Przynajmniej do przyjazdu Krzyśka i Dowódcy. – Nie, wie pan co, ja chyba poproszę herbatę. – Po góralsku! – uśmiechnął się domyślnie barman. – Nie, taką normalną bez prądu. Barman zdziwił się lekko, ale nie skomentował ani jednym słowem. Klient nasz pan. – Przyjechał pan jako tłumacz tych Francuzów? – zagaił towarzysko. – Nie. – Bogdan nie miał ochoty na rozmowę, ale że człowiek naprzeciwko sprawiał sympatyczne wrażenie i wyraźnie się starał, dorzucił z uprzejmości – Przyjechałem na narty ze znajomymi, ale oni się
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Mroźne tchnienie śmierci
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: