Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00497 006828 12233875 na godz. na dobę w sumie
Mur - ebook/pdf
Mur - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: JanKa Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-62247-55-4 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> fantastyka >> science-fiction
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Mur” to podsunięta czytelnikowi sposobność przyjrzenia się z dystansu pewnym mechanizmom, przestroga przed ich uruchamianiem. Przedstawiając kompletny świat, na pozór zupełnie różny od naszego, Grzegorz Gortat wprowadza nas do niego stopniowo; pozwala wraz z głównym bohaterem odsłaniać jego tajemnice, odzyskiwać utraconą pamięć i smakować emocje, robić w nim karierę i popełniać błędy. Podejmować ryzyko i wyrażać bunt, mierząc się ze skutkami tych zachowań. Czytelnik może się tu poczuć niczym w krainie zmyślnej komputerowej gry, w wyrafinowanej antyutopii lub też przeżyć déjà vu, wspominając czasy peerelowskiego socjalizmu, a zwłaszcza jego naczelną, choć nieobecną w praktyce zasadę, że człowiek jest najważniejszy. Czy w takim świecie jednak może on być rzeczywistym twórcą? Czy też, stwarzając wokół siebie przedmioty, nawiązując relacje i wymyślając idee, musi niepostrzeżenie zamieniać je w klatki, wtrącać w niewolę siebie i innych, mimo że od wieków tęskni za wolnością? I czy taki człowiek – i taki świat – może przetrwać, czy też skazany jest na zagładę?

 

Autor o książce:

W„Murze” chciałem zwrócić uwagę na pewną umowność ról, jakie życie na nas nakłada. Mieszkający w obrębie Muru to trybiki, numery bez imienia i nazwiska, w sposób efektywny i niezawodny potrafiące tę machinę wprawiać w ruch, ale jednocześnie, jeśli zajdzie taka potrzeba, zdolne wchodzić w rolę innych, co często wiąże się z wywyższeniem w hierarchii. Czy jednak to faktyczne dowartościowanie bohaterów? Przesuwani po polach szachownicy, wciąż są tylko bezwolnymi pionkami, trybikami, które machina w każdej chwili może zmiażdżyć.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

MUR Grzegorz Gortat, urodzony w 1957 roku w Łodzi. Anglista, tłumacz, pisarz. Autor utwo- rów różnorodnych tematycznie i gatunkowo (fantasy, kryminał, powieści obyczajowe, powieści dla dzieci i młodzieży), laureat nagród literackich (trzykrotnie wyróżniony w konkur- sie IBBY Książka Roku: w 2006 za powieść Do pierwszej krwi, w 2009 za powieść Szczury i wilki, w 2013 za powieść Ewelina i Czarny Ptak; w 2008 roku otrzymał nagrodę Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek za utwór Do pierwszej krwi). Dla młodszych czytelników napisał ostatnio Moje cudowne dzieciństwo w Aleppo; dochód ze sprzedaży książki w całości przekazywany jest poszkodowanym przez wojnę Syryjczykom. Grzegorz Gortat MUR 2017 Copyright © Grzegorz Gortat, 2017 Copyright © wydawnictwo JanKa, 2017 Wydanie I Pruszków 2017 ISBN 978-83-62247-55-4 Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego na rok 2015 Jeżeli nie zdołają pojąć, że przynosimy im matematycznie bezbłędne szczęście, obowiązkiem naszym będzie zmusić ich do szczęścia. Zanim jednak chwycimy za broń, wypróbujemy potęgę słów. Jewgienij Zamiatin, „My” Każdy ma prawo do życia! Każdy ma prawo do szczęścia! Każdy ma prawo do śmierci! Katalog Trzech Praw Numer wspinający się przede mną po szerokich szczeblach drabiny ubrany był jak ja w płócienne buty i luźny biały kombinezon z gę- stego płótna. Słońce prażyło, materiał na plecach i pod pachami zdążyły mu zabarwić ciemne plamy. Musiałem wyglądać podobnie. Próbowałem odgadnąć, czy to mężczyzna, czy kobieta. Nie żeby mi to było do czegoś potrzebne. Zwykła ciekawość. Szedł chwiejnie, kro- kiem nowicjusza. Łysy czerep szklił się w słońcu od potu. Dzieliła nas przepisowa odległość czterech szczebli. Bałem się, że nie utrzyma ciężaru, cegły zsuną się z nosidła i runą na mnie. Żeby nie patrzeć w dół, tam gdzie się zaczynała opasująca Mur szeroka wstęga szarej ziemi, zacząłem liczyć. Jeden, dwa. Jeden, dwa. Dwa to dobra liczba. Zbliżona do ideału. Z zadartą głową, ostrożnie pokonując kolejne szczeble, powtarzałem w myślach: jeden, dwa, jeden, dwa, jeden, dwa. Z lewa i z prawa pięły się po przystawionych do Muru drabinach setki bliźniaczych postaci. W pokrytych pyłem białych kombinezo- nach, podobni do gigantycznych larw, wszyscy o bezwłosych czasz- kach, pochyleni pod ciężarem cegieł równo ułożonych w drewnia- nych nosidłach. Pracowałem już cztery godziny i z utęsknieniem wyczekiwałem krótkich przerw, gdy po złożeniu na szczycie Muru kolejnej partii cegieł wślizguję się do kosza przypisanej mojemu sektorowi jednoosobowej windy, a ta ze skrzypieniem lin i jękiem drewnianych kołowrotów zwozi mnie z wysokości sześciu pięter na dół, zapewniając cenne sekundy odpoczynku, nim ponownie stanę na twardym gruncie i zamelduję się po nowy ładunek. Zazdrości- łem szczęśliwcom, którym dziś wypadło pracować w pobliżu Wieży 8 Trzech Praw. Monolit o ścianach wyłożonych białym marmurem, zwieńczony iglicą z republikańską flagą Jedności, stał na północnych obrzeżach placu apelowego, niemal dokładnie naprzeciwko Bramy, i o tej porze dnia dawał nielicznym upragniony cień. Dziwna rzecz. Ledwo zdążyłem o Wieży pomyśleć, gdy na jej szczycie zagrała trąbka, zwiastując południe i zmianę strażników. Wtedy numer przede mną zrobił coś, czym ściągnął na siebie mo- ją uwagę i przykuł spojrzenie strażnika z najbliższej wieży wartow- niczej. Najpierw z wprawą, jakiej i ja mógłbym się od niego uczyć, zdjął, jak należało, ciężar z pleców i złożył na szczycie Muru, obok stosów cegieł czekających na budowniczych; zaraz potem jednak płynnym ruchem, jakby ściągał z siebie zbyt luźną skórę, uwolnił się od ubrania, na koniec zzuwając buty. Przez jedną krótką chwilę widziałem spodnią część jego stóp. Wypalone lub wycięte ostrym narzędziem, na wpół zabliźnione rany odcinały się purpurą od bla- dej skóry podeszew, tworząc rysunek krzyża, znak, jakim handlarze bydła dawniej znakowali najsłabsze sztuki w stadzie, te przeznaczo- ne na wybicie. Tym samym znakiem chrześcijańskie sekty przez wieki opatrywały swoje świątynie. Strażnik właśnie zamierzał wpuścić zmiennika; cofnął się od metalowych drzwi wieży wartowniczej, szarpnięciem zdjął prze- wieszony przez ramię karabin i wycelował. Wstrzymałem oddech. Wyobraziłem sobie jego palec na spuście i z ciekawością, o jaką bym się nie posądzał, czekałem na strzał. Strażnik powstrzymał się jednak. Uruchomił przycisk syreny i z dziesiątków megafonów popłynął jękliwy, wdzierający się pod czaszkę dźwięk. Numer odwrócił się do mnie twarzą. Pozbawione owłosienia cia- ło z klatką wystających żeber i dyndającym przyrodzeniem pod zapadniętym brzuchem. Mężczyzna. Napotkał moje spojrzenie. Uśmiechnął się, jakby właśnie na to czekał. Coś krzyknął, ale jazgot syreny zagłuszył słowa. Potem się odwrócił i zobaczyłem już tylko oddalające się plecy, kiedy w dwóch susach pokonał szeroki w tym miejscu Mur i skoczył. 9 Megafony zatrzeszczały i jeden po drugim, jak psy gubiące trop, ucichły. Wszyscy staliśmy tam, gdzie zastał nas alarm. Rozległ się zgrzyt pośpiesznie otwieranej Bramy i tupot nóg wybiegających strażników. Niezadługo wrócili. Byłem pewien, że Brama zaraz się zatrza- śnie, a trup, skoro tylko obmyją go z krwi, jeszcze tego samego dnia zawiśnie na placu apelowym. Nic podobnego się nie stało. Przy wtórze gwizdków usłyszałem głos Kapitana wydającego rozkazy. Zaterkotały silniki wojskowych samochodów i nawet do miejsca, gdzie stałem, dotarło popiskiwanie detektorów obracających się na dachach wozów. Zbierały sygnały tak, jak tropiące psy łowiły zapa- chy. Na dźwięk klaksonu kolumna ruszyła. Słuchając, jak Brama się zamyka, a ryk silników oddala i ostatecz- nie zamiera, szukałem racjonalnego wyjaśnienia tego, co na własne oczy ujrzałem. Jakiż człowiek przeżyłby skok z wysokości dwudzie- stu metrów na twardą ziemię? Widać jednak odniósł tylko obraże- nia, i to niezbyt poważne, skoro o własnych siłach podjął ucieczkę. Kapitan pozostał na miejscu, z megafonów popłynęły teraz jego rozkazy. Posłusznie wszedłem na ostatni szczebel i złożyłem nosi- dło z cegłami na szczycie Muru. Prostując zesztywniałe plecy, nie wiedzieć czemu pewny, że tego dnia podobne wykroczenie ujdzie mi płazem, wybiegłem spojrzeniem na drugą stronę. Jak okiem sięgnąć idealnie płaski, pozbawiony roślinności krajobraz, którego sztucznej harmonii nic nie burzyło. Samochody krążyły nieporad- nie po tej rozległej pustce, wolnej od głazów, strumieni, wzniesień czy uskoków, błyskając w słońcu antenami i co rusz zmieniając kierunek, z tej odległości podobne do wielkich owadów, obżartych i przez to nieco otępiałych. Jednak udało mu się uciec, powiedziałem głośno, bo stojąc na Murze nie musiałem się bać, że ktoś usłyszy. Wszyscy pojedynczo na plac apelowy, zarządził Kapitan. Pojedynczo, powtórzyłem z przyzwyczajenia. Jeden to wszyscy, wszyscy to jeden. Nie mamy imion ani nazwisk. Mikroskopijna 10 płytka wszczepiona w kciuk lewej ręki zawiera wszystko, co Repu- blika o każdym musi wiedzieć – od daty urodzenia w Laboratorium po aktualny stan zdrowia. Informacje można modyfikować, samej płytki jednak nie sposób się pozbyć, chyba że z kciukiem. Byłem pe- wien, że kiedy przywiozą uciekiniera – bo że go wytropią i sprowa- dzą z powrotem, nie wątpiłem nawet przez chwilę – kciuk będzie na swoim miejscu. Podobno dawniej się zdarzało, że zwierzę schwytane w sidła, dla ratowania życia odgryzało unieruchomioną kończynę; ale o dawnym świecie mówi się wiele dziwnych rzeczy. Pojedynczo na plac apelowy, ryknął Kapitan. Zupełnie niepo- trzebnie, bo ze wszystkich stron, porzucając narzędzia i  pracę, ciągnęliśmy od strony Muru w długich, uporządkowanych szere- gach, stopniowo dołączając do kolumn już ustawionych na miejscu zbiórki w karnym ordynku, twarzami do Wieży Trzech Praw. Nad placem łopotała biała flaga Jedności. „Biała jak serce Jakuba Martensa, który nas stworzył, zrównał w prawach i obdarzył wolnością”. Zmierzałem na swoje miejsce, powtarzając jak automat słowa szkolnej czytanki o białym sercu prezydenta Martensa. Równo sta- wiałem kroki. Jeden, dwa. Jeden, dwa. Dwa to dobra liczba. Zbli- żona do ideału. Kapitan zniknął na długo. Wrócił wystrojony w biały galowy mun- dur – oficerskie pagony, czapka ze złotym otokiem, kontrastujące z bielą spodni czarne oficerki, wyglansowane do połysku. Stanął na skraju placu apelowego, bokiem do nas, ustawionych w czwo- robok, i z zadartą głową długo się wpatrywał w niebo, tam gdzie południowe słońce przebijało się mozolnie przez ołowiane chmury. Chusteczką otarł pot z czoła i ruszył, lustrując pierwszy szereg. Miał starą twarz czterdziestolatka, ale żylaste, wysportowane ciało wciąż było mu posłuszne. Zatrzymał się i usłyszałem, jak jednego z nas pyta: Wiesz, dlaczego tak stoicie? 11 Za karę, panie Kapitanie. Dureń! Budowniczowie właśnie skończyli stawiać pod Wieżą Trzech Praw wysokie rusztowanie. Kapitan zgrabnie wbiegł po schodkach na sam szczyt. Dziś świętujemy! – zawołał. Ręką dał znak orkiestrze dętej. Zagrała, a Kapitan zaczął śpiewać. Pod białą flagą, furkoczącą na wietrze, ze wzrokiem utkwionym przed siebie, drobny na tle Wieży, radośnie zaintonował hymn Re- publiki. Jego entuzjazm i nam się udzielił. Śpiewaliśmy o wolności. O najlepszym ze światów, w jakim przy- szło nam żyć. Przegapiliśmy moment, gdy Kapitan zamknął usta, a potem, odwracając głowy, patrzyliśmy, jak marszowym krokiem zmierza do Rotundy, dwupiętrowego gmaszyska z czerwonej cegły, wzniesionego na wschodnim krańcu placu apelowego. Orkiestra ucichła i przez chwilę tylko nasze rozśpiewane głosy tłumiły stukot podkutych oficerek. Strażników przybywało. Prężyli się jak na paradzie, wybiegając spojrzeniami na przemian to ku Bramie, to ku Rotundzie. Rozma- wiali i dowcipkowali, na nas nie zwracali uwagi. Mijały godziny. Przestępowałem nerwowo z nogi na nogę, wal- cząc z narastającym bólem pęcherza i głodem. Próbując odwrócić uwagę, liczyłem do stu i zaczynałem od nowa. Parcie w dole brzucha przybierało na sile, pęcherz zrobił się twardy jak kamień. W końcu się poddałem. Na tle wieczornego nieba Mur okalający obóz wydawał się jeszcze wyższy. Na chwilę nad poczuciem upokorzenia, zmęczeniem i gło- dem górę wzięła duma. Mur stał tutaj, zanim się narodziłem, kiedy mnie zabraknie, inni będą budować go dalej. Oblał mnie zimny pot, bo tuż za moimi plecami rozległy się ściszone męskie głosy: Znajdą go. Akurat! Znajdą! Daleko nie mógł uciec. 12 Bałem się poruszyć, żeby strażnicy nie zaczęli mnie podejrzewać o łamanie zakazu prowadzenia rozmów. Gdyby mieli go odnaleźć, już by tu był. Znajdą, upierał się ten pierwszy. Zawsze znajdują. Cień rzucany przez Wieżę Trzech Praw przesuwał się, aż zajął poło- wę placu. Wraz z nadejściem zmroku włączyły się reflektory. Zaraz też zleciały się całymi chmarami owady. Jakby żyły w niewidzial- nym świecie i tylko w takich chwilach decydowały się go opuścić. Kotłowały się wokół lamp, raz po raz przypuszczając atak na ich szklane osłony. Przyglądając się im, próbowałem sobie wyobrazić ptaki. Jeśli nie liczyć dawnych kronik filmowych, nigdy żadnego nie widziałem. Pokazał się Kapitan na czele plutonu żołnierzy; minęli Wieżę i wzdłuż Muru kierowali się ku Bramie. Otworzyły się drzwi Rotundy i ujrzeliśmy Sędziego. Jechał od- krytym samochodem, rozparty na tylnym siedzeniu, dłonie opierał na metalowej lasce. Nawet siedząc, zdawał się górować nad nami wzrostem. Strażnicy stawali na baczność, przybijając obcasami, on jednak nawet na centymetr nie odwracał głowy, jakby oszczędzał siły. Rozmieszczone wokół placu kamery rejestrowały przejazd sa- mochodu i na białej ścianie Wieży, powiększony do gigantycznych rozmiarów, wyświetlał się wizerunek Sędziego. Widziałem, jak bez wysiłku unosi ciężką laskę i dotyka pleców kierowcy. Samochód się zatrzymał. Sędzia dźwignął się z fotela. Wszyscy znamy historię Samuela Millsa i jego dwunastu synów, powiedział. Miał na sobie długą białą szatę. Połyskiwała w świetle reflektorów. Wiatr wzdymał jej szerokie rękawy. Jedenastu synów Samuela było ojcu bezgranicznie posłusznych, ciągnął Sędzia. Dwunasty się sprzeciwił, sprzeniewierzył ojcowski majątek i na koniec ojca porzucił. Ale kiedy na syna spadły nieszczę- ścia, gdy u nikogo nie znajdował pomocy, a głód mu doskwierał, 1313 przyznał się do grzechu pychy i powrócił do rodzinnego domu. Co zrobił Samuel? Przyjął syna pod swój dach. Wybaczył, dając przykład… Przerwał mu dochodzący od Bramy warkot werbli. Hałas przy- bliżał się. Ze spowijającej obrzeża placu ciemności w jasny czworo- bok wytyczony światłem reflektorów wbiła się bryła ciężarówki. Na odkrytej platformie stał uciekinier, otoczony kordonem żołnierzy, nagi jak w chwili przyjścia na świat. Po bokach wozu maszerowali werbliści. Pochód zatrzymał się na wysokości rusztowania, z kabiny ciężarówki wyskoczył Kapitan i przystąpił do wydawania poleceń. Werble ucichły, żołnierze, zacieśniwszy kordon, sprowadzili ucie- kiniera na betonowy plac, a potem schodkami powiedli na szczyt rusztowania. Sędzia już tam zmierzał. W sięgającej za kostki białej szacie nie tyle stąpał po ziemi, ile unosił się nad nią. Dwóch żołnierzy podało mu wieniec ze sztucznych białych kwiatów. Kapitan nie odstępował go na krok, kiedy Sędzia wspinał się na rusztowanie, wchodził między rozstępujących się żołnierzy i nachy- liwszy się nad nagusem, w świetle lamp podobnym do bezskrzy- dłej ćmy, zwabionej do płomienia, zawieszał mu wieniec na szyi, po czym, opierając na jego ramionach dłonie, całował uroczyście w oba policzki. Wybaczam ci, rzekł Sędzia. Pchnął mężczyznę prosto w łapy żoł- nierzy. Kochamy cię i wybaczamy, tak jak Samuel Mills wybaczył synowi marnotrawnemu. Tamten szarpnął się i spróbował zrzucić z siebie wieniec. Uderzo- ny przez któregoś z żołnierzy pięścią w wątrobę, opadł na kolana. Krótkimi haustami chwytał powietrze. W tym czasie operator pod- nośnika zamontowanego na platformie ciężarówki oderwał od ziemi pojemnik z hartowanego szkła; wywindowany wysoko, pojemnik zawisł tuż nad uciekinierem, przez chwilę kołysał się łagodnie, by wreszcie, naprowadzony przez żołnierzy, osiąść bezgłośnie na prze- znaczonym mu miejscu rusztowania. 14 Więzień tkwił w szklanej osłonie niczym nieznanego gatunku ryba w wielkim akwarium. Werble ponownie zagrzmiały. Nie było słychać, jak krzyczy, kiedy przez otwór w górze pojemnika szlau- chem popłynęła woda. Powiększony obraz z kamery zajmował centralną ścianę Wie- ży na całej jej szerokości. Nie mogłem oderwać od niego wzroku. Skazaniec górował nad placem, olbrzymi i bezbronny; kiedy woda sięgała już piersi, zaparł się plecami i nogami o ściany pojemnika, próbując go rozepchnąć. Miotał się, jakby wierzył, że gdzieś kry- je się szczelina, przez którą zdoła się wydostać na zewnątrz. Nie poddał się nawet wtedy, gdy woda zakryła mu głowę i wypełniła naczynie do końca. Wreszcie się uspokoił. Woda przestała się burzyć. Sędzia tym- czasem zniknął. Kapitan uciszył werble, odesłał żołnierzy, a nam kazał się rozejść. Plac szybko pustoszał. Posuwaliśmy się gęsiego – masa ludzka podzielona na dziesiątki potoków, każdy płynący w swoją stronę. Wstrzymywałem oddech, bo kombinezon cuchnął moczem. Miną- łem wielką tablicę z podobizną Jakuba Martensa. Hasło wypisane wielkimi literami przypominało o zbliżającej się rocznicy Wielkiej Zmiany. Blady jak sama śmierć Jakub Martens prawą rękę przyci- skał do piersi, ale krew z ran postrzałowych lała się strumieniami, i jego minuty były policzone. Za tablicą skręciłem w lewo. Paliły się wszystkie latarnie, było widno jak w dzień. Podążałem znajomym chodnikiem, kierując się do kompleksu bloków mieszkalnych w sektorze C. Utrzymywałem równy krok, by zachować stałą odległość między idącymi za mną i tymi w przodzie. Lewa, prawa, lewa, prawa. Jeden, dwa, jeden, dwa. Dwa to dobra liczba. Bliska ideałowi. Przekraczając bramkę sektora C, wstrzymałem oddech. Brzę- czyk zamruczał, w górze zapaliła się zielona lampka, a pod stopami wyświetlił się napis: WITAJ W DOMU. BLOK C4 KLATKA 26. 15 Ruszyłem lekkim krokiem dalej, jakby ktoś zdjął mi z pleców ciężar. Choć od czternastu lat kilka razy dziennie przekraczałem punkt kontrolny, strach nigdy mnie nie opuszczał; zupełnie irracjonalny, przekonywałem sam siebie, bo prawdopodobieństwo, że pomylę sektory, tym samym uruchamiając alarm i ściągając sobie na kark strażników, było bliskie zeru. W świetle latarń szare bryły domów mieszkalnych przybrały ciemnobrunatny kolor. Niskie, zwaliste, pozbawione okien, ciągnę- ły się w dwóch długich rzędach, bliźniaczo podobne do budynków w sąsiednich sektorach. Przed rocznicą Wielkiej Zmiany odnowiono hasła zdobiące zewnętrzne ściany, tu i ówdzie dodano nowe. Dach każdego budynku wieńczył Katalog Trzech Praw, sporządzony wielkimi literami, by nawet z daleka można było przeczytać: PRA- WO DO ŻYCIA. PRAWO DO SZCZĘŚCIA. PRAWO DO ŚMIER- CI. Przyglądałem się im często, a jeszcze częściej o nich myślałem. Chyba w przekonaniu, że powiedzą mi coś o moim życiu i o mnie samym. Zostawiłem za sobą dwa pierwsze bloki sektora C. Zza zwalistej bryły C3 wyłaniała się bliźniacza sylwetka C4. Pochód idących przede mną zdążył się przerzedzić. Ci, którzy zostali, kierowali się tak jak ja do C4. Niektórych poznawałem po plecach; choćbym jednak nie wiem jak się starał, nie potrafiłem przypomnieć sobie żadnej twarzy. Posuwaliśmy się w milczeniu, jeden za drugim. Jeden to liczba idealna. Od domu, w którym mieszkam, dzieliło mnie kilkanaście kroków. Trzy czwarte bocznej ściany zajmował malunek postaci o niezbyt dobrze dobranych proporcjach. Miała rysy Jakuba Martensa, ale w białym znoszonym kombinezonie wyglądała jak każdy z tysięcy robotników pracujących przy Murze. Ręka z kielnią wskazywała na- pis: JEDEN TO POSTĘP. JEDEN TO JEDNOŚĆ. JEDEN TO SIŁA. Skręciłem w prawo. Widziałem już cały budynek od frontu; do- kładnie pośrodku, wymalowane fosforyzującą farbą, by również 16 księżyc wyglądał jak ucięty nożem. Wtedy tuż za sobą usłyszałem: Niezłą szopkę nam urządzili, co? Wtuliłem głowę w ramiona. Musiałem się przesłyszeć, wmawia- łem sobie, pilnując się, by nie ulec instynktowi i nie przyspieszyć. w nocy można je było przeczytać, znajdowało się hasło tegorocz- nych obchodów rocznicy Wielkiej Zmiany: JEDEN TO CAŁOŚĆ. Spojrzałem w niebo; tam, gdzie przesłonięty skrajem chmury Z tyłu znowu dobiegł mnie szept: Nie mówiłem, że go znajdą? Zawsze znajdują. Ten sam głos, który słyszałem na placu apelowym! Ale ty chyba nie dałeś się nabrać? Zaśmiał się, potem rozkasłał. Masz więcej oleju w głowie niż inni. Od dawna cię obserwuję. Wiele mnie kosztowało, żeby nie puścić się biegiem. Jeśli to prowo- kacja strażników, to tylko czekają na pretekst. Jeszcze gorzej, gdyby któryś z ludzi Sędziego wystawiał mnie na próbę. Byle nie stracić panowania nad sobą! Jeżeli się nie odwrócę albo nie zacznę biec, mam szansę wyjść z tego cało. Drzwi do klatki 26 otworzyły się na krótko, wpuszczając kolejnego lokatora. Zamknęły się z powrotem, ale kwadratowy czytnik na pra- wo od nich wciąż świecił na czerwono. Przede mną nie było już ni- kogo. Zatrzymałem się na wprost wejścia i odczekawszy, aż czerwone zmieniło się na zielone, przyłożyłem kciuk lewej ręki do kwadratu czytnika. Ledwo metalowe drzwi się rozsunęły, wślizgnąłem się do środka. Tak jak nakazywał regulamin, korytarz był pusty, wszystkie mieszkania pozamykane. Chociaż wiedziałem, że obserwują mnie kamery, odważyłem się zerknąć przez ramię. Nikt za mną nie szedł. Stanąłem pod drzwiami mojego mieszkania. System identyfika- cyjny zweryfikował informacje zapisane na płytce w kciuku i drzwi się otworzyły. Na miękkich nogach przekroczyłem próg. W tyle głowy narastał pulsujący ból. Nie zapalając światła, odszukałem prostokątną wypukłość w ścianie przedpokoju i przyłożyłem tam 17 nadgarstek. Po kilku sekundach MedTest cicho zapikał, wyświetlacz rozjarzył się na niebiesko i od góry do dołu zaczęły się przesuwać rzędy pulsujących liczb. Ciśnienie 130 na 90, tętno 84, temperatura ciała 36,6 stopni, praca serca prawidłowa – rytm zatokowy, skład krwi również w normie. Przeszedłem do pokoju. Zajmujący jedną trzecią ściany ekran włączył się samoczynnie i zobaczyłem jego, topielca. Obrazowi nie towarzyszył dźwięk. Starałem się uspokoić oddech i patrzyłem. Można by pomyśleć, że po śmierci szklany pojemnik stał się dla to- pielca za ciasny, bo ten leżał zwinięty w kłębek. Długo przyglądałem się podeszwom jego stóp. Nie, wzrok mnie nie mylił. Zdjąłem cuchnący moczem kombinezon, wróciłem do przedpo- koju i wrzuciłem ciasno zwinięty pakunek do ściennego zsypu na brudne ubrania. Upewniwszy się, że poleciał w dół szybu, posze- dłem do łazienki. Podeszwy stóp topielca były gładkie, bez śladów nacięć ani opa- rzeń. Zmywając pod strumieniem prysznica brud i pot zmieszany ze smrodem uryny, próbowałem usunąć obraz z pamięci, bo prze- czuwałem, że nic dobrego dla mnie z tego nie wyniknie. Machinalnie schyliłem się i na podbiciu lewej stopy wymacałem trzy jednakowej wielkości, równo rozmieszczone niewielkie blizny – ślady po czymś, co musiało wydarzyć się tak dawno, że czas zatarł wspomnienie. Wytarłem się do sucha i z ręcznikiem wokół bioder przeszedłem do aneksu kuchennego. Wyjąłem z lodówki popołu- dniową porcję. Po namyśle dorzuciłem wieczorną i obie wstawiłem do kuchenki. Gotowe przełożyłem na talerz, zdjąłem folię, odkroi- łem widelcem kawałek brunatnozielonego kotleta z soi i spróbowa- łem. Z talerzem w ręku odwróciłem się, żeby przejść do pokoju. Nogi się pode mną ugięły. Przy stole, bokiem do ekranu, siedział Sędzia. Nie zajmę ci dużo czasu, powiedział. Dokładnie tyle, ile trzeba i ani minuty dłużej. Czemu stoisz? Przynaglił mnie ruchem ręki. Jedz, bo ostygnie. 18 Usiadłem. Wziąłem widelec do ręki. Przemogłem strach i spojrza- łem. Sędzia przebrał się w jasnoszary garnitur i chabrową, rozpiętą pod szyją koszulę. Światło z ekranu odbijało się na wielkiej łysej głowie. Pierwszy raz widziałem go z tak bliska. Zerknął na topielca i powrócił spojrzeniem do mnie. Oczy pod krzaczastymi siwymi brwiami wydawały się zbyt małe w stosunku do masywnej głowy. Byłem pewien, że się domyślisz, powiedział, wskazując brodą ekran ze skazańcem. Ale nie w tej sprawie przychodzę. Pochylił się, miał teraz usta na wysokości mojej twarzy. Nagle ogarnęło mnie niepokojące uczucie, że podobna scena była już kie- dyś moim udziałem. Instynktownie odsunąłem się. Chcę ci zadać jedno pytanie, powiedział. Po jego odejściu długo nie wstawałem od stołu. Bałem się, że nogi mnie nie utrzymają. W końcu się podniosłem. Ręcznik się rozwią- zał i zsunął na podłogę, ale się nie schyliłem. Pilotem wyłączyłem bezpośredni przekaz z kamery na placu apelowym. Przyciskiem Projekcje wybrałem opcję WIDOK Z OKNA NOCĄ. Zdecydowa- łem się na PÓŁNOCNĄ STRONĘ MURU, a kiedy zgasiłem światło, ciemność rozjaśnił tworzący duży prostokąt na ścianie trójwymia- rowy obraz znajomej budowli na tle nocnego nieba. Mur przesłaniał wszystko, wystarczyło jednak popuścić wodze fantazji, by wyobrazić sobie odległy horyzont, a w miejscu, gdzie rozgwieżdżone niebo stykało się z ziemią, wypatrzyć światła Miasta. Patrzyłem na sztuczny księżyc, na konstelacje gwiazd, które miały swoje nazwy, choć nigdy ich nie poznam. Myślałem o ludziach ukła- dających się teraz do snu w dalekim Mieście, myślałem o uciekinie- rze, który najpewniej właśnie tam próbował się dostać, a w uszach wciąż mi dźwięczało pytanie Sędziego. Czy masz jakieś marzenie? – zapytał. 1 Wypełniony pasażerami autobus dalekobieżny linii Delta zwol- nił, objechał wysepkę i zatrzymał się na lewo od głównego wejścia do hali dworcowej. Robert Koenig przyciskiem otworzył przednie drzwi i wyjął kluczyk ze stacyjki. Garbiąc się, żeby nie zahaczyć głową o framugę, wysiadł i osłaniając oczy dłonią przed słońcem, z przyzwyczajenia spojrzał na duży zegar na frontonie budynku. Wskazówki pokazywały 12:30. Zaklął pod nosem. Sprawdził go- dzinę na zegarku na przegubie dłoni. Potem stanął na pierwszym stopniu i zajrzał do wnętrza autobusu. – Mamy planowe pół godziny przerwy. Odjeżdżamy punktualnie o czternastej trzydzieści, więc bardzo proszę się nie spóźniać. Stanął z boku wozu, pilnując się jednak, by pozostawać w zasięgu gęsto rozmieszczonych kamer. Patrzył, jak wysiadają. Przeważali emeryci, korzystający ze znacznych zniżek w miesiącu poprzedza- jącym szkolne wakacje. Podróżowało też kilka rodzin z małymi dziećmi. Koenig lubił czuć się przydatny, choć się nie narzucał. Jeśli było trzeba, chętnie pomagał starszym paniom pokonać dwa wyso- kie stopnie schodków. Dzieci brał na ręce, unosił je wysoko w górę, aż piszczały z uciechy, delikatnie stawiał na ziemi. W odpowiedzi na podziękowania rodziców dotykał koniuszkami palców daszka firmowej czapki. – Jeszcze! – zapiszczał pyzaty pięciolatek o blond włosach, gdy już wylądował na nagrzanym asfalcie. Wytarł ręce o biały T-shirt 20 z podobizną prezydenta Martensa grającego z dziećmi w piłkę; na materiale zostały ślady po czekoladzie. – Wystarczy, Rudi – zadecydował ojciec. Miał krótko ostrzyżone włosy i posturę zawodowego żołnierza, wzrostem niemal dorów- nywał Koenigowi. – Ja też chcę! – Dziewczynka wysforowała się przed brata; była młodsza, ale nie ustępowała mu temperamentem. Matka, filigranowa blondynka o ziemistej cerze i przedwczesnych zmarszczkach, złapała ją za rękę. – Nie męcz pana, Liz. – Nic nie szkodzi, proszę pani. – Koenig się uśmiechnął. Chętnie popisywał się krzepą. – Mogę? Kobieta spojrzała pytająco na męża. Wzruszył ramionami i skinął potakująco głową. Koenig schylił się, ujął małą w pasie i powoli się wyprostował, podnosząc ręce wysoko nad głową. Obrócił się kilka razy w miej- scu. Śmiała się i wywijała nóżkami, jakby wirowała na karuzeli. – Samolot ląduje! – Postawił Liz na ziemię. – Ojej, mam kręciołka! – Musiała się złapać mamy, żeby utrzymać – Miło mi. – Jestem głodny! – zaczął marudzić Rudi. Siostra momentalnie do niego dołączyła. Major spróbował dzieci uciszyć, w końcu machnął ręką. – Można tam coś zjeść? – spytał Koeniga. – Mają całkiem dobre kotlety jajeczne. – Koenig zerknął na pasa- żerów, kierujących się tłumnie do hali. – Ale radzę się pośpieszyć, bo będziecie państwo ostatni. – Nie cierpię kotletów jajecznych! – grymasił chłopak. – Rozumiem. – Koenig uśmiechnął się konspiracyjnie. – Praw- dziwi mężczyźni jedzą hot dogi z sojowych parówek. równowagę. czapki. – Moja żona, Lena. – Major Daniel Stolp. – Mężczyzna zasalutował do nieistniającej 21 – Chcę kurczaka! – wydarł się chłopak. Koenig ściągnął brwi. Zanim zdążył się odezwać, Lena Stolp zdzieliła malca otwartą dłonią w głowę. – Natychmiast przestań! – Poczerwieniała na twarzy. – Bzdury plecie. W życiu nie jadł mięsa. – Czasem są naprawdę nieznośne. – Major złapał dzieci za ręce i szarpnięciem przyciągnął do siebie. – Naoglądały się starych fil- mów. – Na pana miejscu miałbym na nie baczenie. Wie pan, co mam na myśli? Czym skorupka za młodu nasiąknie… Stolp rozejrzał się dyskretnie. Stanął tyłem do najbliższej kamery i ściszając głos, powiedział: – Tak między nami, to są skutki tego, że pozwoliłem rodzicom żo- ny zabrać małego na weekend. To zupełnie inne pokolenie, zwłasz- cza ci z małych miasteczek. Rozumie pan? Starego osła trudno na- uczyć nowych kroków. – Pisał już o tym Apulejusz – usłyszeli za sobą. Z autobusu wysiadał ostatni pasażer. Zatrzymał się na najniższym stopniu i lustrował ich zza szkieł, wachlując się słomkowym kape- luszem. Powolnym ruchem nałożył kapelusz na siwe faliste włosy i wysiadł. Mimo majowego upału miał na sobie ciemnogranatowy garnitur z kamizelką, białą koszulę i krawat, na nogach staromodne skórzane półbuty. Dźwigał torbę podróżną i stąpał sztywno, jakby dokuczał mu artretyzm. – Torbę może pan bez obawy zostawić w środku – poradził Ko- enig. – Zamykam autobus na klucz, nic nie zginie. – Chcę ją mieć pod rękę. – Co to za jeden ten Apulejusz? – zainteresował się Stolp. – Pisarz. Żył w drugim wieku naszej ery. – Starocie! – Major machnął lekceważąco ręką. Poprowadził ro- dzinę ku hali dworcowej. kazał torbę. – Handluje pan starymi książkami? – podchwycił Koenig. Po- 22 – Nie, jestem nauczycielem. – Pomogę panu nieść. Sprawdzę tylko okna, zamknę autobus i zaraz jestem. – Nie trzeba, poradzę sobie. Nie zabrzmiało to niegrzecznie, na tyle jednak stanowczo, że Ko- enig nie nalegał. Kiedy zamknął autobus i skierował się do prze- szklonej hali, mężczyzny w słomkowym kapeluszu już nie było. Dworcowy zegar wciąż pokazywał 12:30. Koenig minął wielki billboard z hasłem WYBIERZMY JAKUBA MARTENSA PO- NOWNIE NA PREZYDENTA, przed wejściem zwolnił, obrzucił szybkim spojrzeniem nalepione na szkle plakaty wyborcze z po- dobizną prezydenta Martensa. Automatyczne drzwi się rozsunęły. Wszedł do środka, z przyzwyczajenia pochylając głowę. W odległym prawym rogu przestronnej hali, oddzielonym od resz- ty pomieszczenia niską metalową barierką, stały kwadratowe stoliki i krzesła. O tej porze dnia połowa miejsc była zajęta. Odczekawszy, aż przy barze z gotowymi daniami zrobił się luz, Koenig wybrał po- dwójny omlet ze szczypiorkiem, z ekspresu nalał sobie czarnej kawy i włożywszy odliczoną należność do jednej z kilku metalowych ka- setek, z tacą przeszedł do najbliższego wolnego stolika pod ścianą. Stolp siedział trzy stoliki dalej. Na widok Koeniga podniósł do góry kciuk i brodą wskazał dzieci. Liz i brat siedzieli z naburmuszo- nymi minami; przed każdym leżała papierowa tacka z bułką i sojową parówką. Koenig mu odmachał. Wyjął z kieszeni złożoną gazetę, rozpostarł na pierwszej stronie i zajął się czytaniem. Nie patrząc na talerz, od- kroił widelcem kawałek omleta, włożył do ust i zaczął żuć. Wyczuł czyjąś obecność. Podniósł głowę znad gazety. – Piękny profil. – Mężczyzna w słomkowym kapeluszu stał z bo- ku stolika i patrzył na zajmujące jedną czwartą pierwszej strony zdjęcie prezydenta Martensa. Koenig się zawahał. Na wszelki wypadek skinął głową. – Mogę się przysiąść? 23 Miał do wyboru wolne stoliki, dlaczego wybrał właśnie ten? Ko- enig zmusił się do życzliwego uśmiechu i odparł na tyle głośno, by słowa wychwycił system rejestrujący w najbliższej kamerze: – Bardzo proszę. Staruszek usiadł na wprost Koeniga. Torbę umieścił na krześle po swej lewej stronie. – Winien jestem panu przeprosiny. Koenig przez chwilę analizował w myślach to, co usłyszał. Kto dzisiaj używa takich staromodnych sformułowań? – Nic nie szkodzi. Lubię towarzystwo – zapewnił. – Nie o tym mówię. Chciałem przeprosić, że pana okłamałem. Koenig kolejny raz poczuł się nieswojo. – Każdemu się zdarza – podjął ostrożnie. – Kto z nas jest bez grzechu? – Zaśmiał się, bo zdał sobie sprawę, że sam wypowiedział jedną z formułek, które dawno już wyszły z powszechnego użytku. Mężczyzna powolnym ruchem złożył splecione dłonie na stole – Rozumiem. – Koenig wiele by dał, by tak było naprawdę. – Mam nadzieję, że tam, na parkingu, nie zachowałem się zbyt obcesowo. Nie chciałem pana do siebie zrazić. – Podniósł wzrok na rozmówcę. – Będzie mi potrzebna pańska pomoc. – Jeśli tylko będę potrafił… Mężczyzna przestawił torbę z krzesła na stół i rozsunął zamek błyskawiczny. – Nie spojrzy pan? Koenig się podniósł i zajrzał do torby. Cofnął się raptownie, strą- cając ręką widelec na podłogę. Hałas przyciągnął uwagę siedzących przy najbliższych stolikach. Koenig niezdarnie klapnął na krzesło, nie patrząc wymacał widelec i podniósł. – Po co to panu? – wydukał, ściszając głos. – Mam nadzieję, że nie będę musiał go użyć. i skupił na nich spojrzenie. ale to przeszłość. – Nie jestem nauczycielem. To znaczy kiedyś uczyłem w szkole, 24 – Użyć? Mężczyzna pokazał brodą stolik ze Stolpami. – Nie. – Koenig próbował rozładować sytuację śmiechem. – Nie zrobiłby pan czegoś podobnego. – To zależy od pana. – W jakim sensie? – Musi mnie pan powstrzymać, zanim będzie za późno. Obawiam się, że Stolp okaże się takim samym tchórzem jak pan. – Nie jestem tchórzem! – Czyżby? Staruszek wstał i nie zamykając torby, zdjął ją ze stolika. – Stój! – Krzykiem nic nie zdziałasz. Koenig się poderwał i zastąpił szaleńcowi drogę. Z wyciągniętymi pięściami, z twarzą czerwoną jak u furiata, napiął mięśnie, aż żyły na szyi mu nabrzmiały. Potrafił unieść w jednej ręce stufuntowy worek. W razie potrzeby dałby radę zmienić koło w samochodzie bez użycia lewarka. Agresja, podobnie jak strach, ma własny, specyficzny zapach. Mężczyzna stojący na wprost Koeniga musiał wyczuć jego intencje, bo wypuścił torbę z ręki i skulił się, jakby waliła się na niego ściana budynku. Zamiast jednak się cofnąć, zrobił krok do przodu z miną desperata chcącego przyspieszyć katastrofę. Najbliżej umieszczona kamera poruszyła się, z cichym szumem silniczka zmieniła kąt ustawienia i Koenig zobaczył wycelowane prosto w siebie szklane oko, a powyżej, na czarnej matowej obudo- wie kamery, intensywnie czerwoną kropkę. Pulsowała ostrzegaw- czo. Ręce opuścił wzdłuż ciała. Staruszek nie tracił jeszcze nadziei. Wreszcie dotarło do niego, że czekanie na nic się zda. Podniósł torbę, wyminął Koeniga i ruszył dalej. Stąpał sztywno po czarno-białej szachownicy podłogi między sto- likami z gośćmi, pośród szumu klimatyzatorów i szczęku sztućców, 25 pośród gwaru rozmów i śmiechów, które na jego widok stopniowo obumierały, aż całkiem ucichły, pod białym sufitem upstrzonym ciemnymi plamami kamer i mikrofonów – z każdej ściany patrzył na niego z plakatów Jakub Martens, a palec Jakuba Martensa poka- zywał czarne jak noc litery, które układały się w pierwsze przyka- zanie Republiki: NIE BĘDZIESZ PRZELEWAŁ KRWI. Kiedy doszedł tam, dokąd zmierzał, zatrzymał się. Wolną ręką poprawił poły marynarki, jakby chciał dać sobie więcej czasu. – Nazywam się Jan Rakoczy. Nie żywię do pana osobistej urazy, majorze Stolp. To, co zamierzam zrobić, nie jest wymierzone w pa- na ani pańską rodzinę. – Objął wzrokiem najbliżej rozmieszczone kamery. – Nie dadzą nam więcej niż trzy minuty. Choć nie tracę nadziei, że pan wcześniej położy temu kres. Wyjął zawartość torby na stół. Stolp pobladł, odjął papierową ser- wetkę od ust i bezwiednie ją ugniatał. – Zna pan ten model, majorze? Stolp nie odpowiedział, więc Rakoczy powtórzył pytanie. – Karabin szturmowy RAP dwadzieścia cztery – wydukał Stolp. – Może strzelać ogniem ciągłym i  pojedynczym – uzupełnił Rakoczy. – Oczywiście, wiedza historyka na nic mi się nie zdała, praktycznej obsługi musiałem uczyć się od podstaw. Jako tako opa- nowałem strzelanie ogniem pojedynczym, ale przy ogniu ciągłym nie radziłem sobie z odrzutem. Ta umiejętność wymaga jednak sporego obycia z bronią. Tak czy owak nigdy nie zakładałem, że będzie mi to potrzebne. – Czego ten pan chce? – zainteresował się Rudi. Matka bez powo- dzenia próbowała chłopca uciszyć. – Mogę dotknąć? Malec wszedł kolanami na krzesło i wyciągnął się jak długi; Ra- koczy zabrał karabin ze stołu. – Nie rób tego, synku – ostrzegł. – To nie zabawka. – A do czego to jest? – zainteresowała się Liz. Rakoczy się zawahał, co Stolp przytomnie wykorzystał. – Zjedliście? To się zbieramy. 26 Rakoczy zrobił krok w tył, wycelował i pociągnął za spust. Kula trafiła majora w lewą stopę. Osunął się na krzesło. Dzieci rozpłakały się i przywarły do matki. Rakoczy przeładował broń i posłał kulę w sufit. – Proszę, by wszyscy zostali na swoich miejscach! Im więcej świadków, tym lepiej. Czujniki kamer żarzyły się teraz na czerwono. Obiektywy znie- ruchomiały, skierowane na Rakoczego i stolik, przy którym stał. – Zranił mnie! – Stolp poskarżył się płaczliwie. – Ruch należy do pana. W takich chwilach do głosu dochodzi instynkt przetrwania. Wszystko, co się liczy, to chęć ocalenia ży- cia. I święte więzy krwi. Dla ratowania siebie i najbliższych gotowi jesteśmy zabić nawet gołymi rękami. Rakoczy przeładował karabin i położył go na stole, lufą w swoją stronę. – W magazynku było sześć kul. Zostały cztery. Proszę Boga, by zrobił pan z nich właściwy użytek. Nawet ranny ma pan nade mną fizyczną przewagę. Wystarczy wyciągnąć rękę i nacisnąć spust. – Danny… – jęknęła pani Stolp. – Zrób coś… Major, zgięty w pół, kiwał się na krześle. Powoli wyprostował ple- cy i spojrzał na broń. – Niech ktoś wreszcie wezwie Czerwone Koszule! – syknął Koenig. – Już jadą, a jakże! – Rakoczy łowił uchem dźwięki. Z dwóch stron – od placu Zwycięstwa Republiki i alei Męczenni- ków Siódmego Września – dobiegało buczenie syren na przemian z mechanicznym stukotem, jakby ktoś rytmicznie uderzał w drzwi olbrzymią kołatką. Hałas się przybliżał. – Panie majorze! – Rakoczy pchnął w stronę Stolpa karabin. Stolp się zgarbił, ręce schował między uda. – Nie zastanawiał się pan przez te wszystkie lata, majorze, ku czemu to wszystko zmierza? – Rakoczy wierzchem dłoni przetarł oczy i rozejrzał się po sali. – Nikt z obecnych nie zadawał sobie 27 podobnych pytań? Martens i jego pomagierzy zrobili z was bezwol- ne stado. Zabili w was nawet wolę przeżycia. Majorze, tu jest ka- rabin. Nie odważy się pan? Niech się pan wyzwoli z samobójczego letargu. Chodzi o życie pana i pańskiej rodziny. Zawodzenie syren dobiegało teraz jakby zza ściany. Ucichło i wte- dy Rakoczy wziął karabin. – Przykro mi, pani Stolp. Chciałbym wierzyć, że przynajmniej pomagam wam odzyskać utraconą godność. Trafił majora w serce. Przeładował, prawie bez mierzenia nacisnął spust i Lena Stolp osunęła się na posadzkę. Za oszkloną ścianą przesunął się cień helikoptera. Zaraz potem północnym i południowym wejściem wpadli szturmowcy Czer- wonych Koszul. Jan Rakoczy rzucił broń i podniósł do góry ręce. Dowodzący oddziałem dryblas w stopniu sierżanta wydał podwład- nym rozkaz i po paru celnych strzałach szturmowców rodzeństwo Stolp padło martwe na podłogę. Żołnierze rozbiegli się po hali, by dalej czynić swoją powinność, a sierżant, stawiając długie nogi ni- czym tancerz, wysforował się przed resztę, zamachnął się, jakby rzucał lasso i Jana Rakoczego oplotła gęsta nylonowa sieć. Wytrą- cony z równowagi silnym szarpnięciem, zwalił się na splamioną krwią posadzkę i pierwszy raz od wielu lat zapłakał. 2 Kiedy się wybudził, zaczynało świtać. Usiadł na łóżku. Czuł rwą- cy ból w karku, jakby przez noc pod skórą zagnieździło się obce stworzenie, które teraz wraz z nim budziło się do życia. Ból szybko wędrował w górę, zajmując lewą skroń i tył głowy. Boso podszedł do otwartego okna. Oparł się rękami o parapet i przyłożył rozpalone czoło do zimnych krat. Wschodzące słońce barwiło na czerwono szpikulce wysokiego ogrodzenia z kutego 28 żelaza. Lampy paliły się jeszcze. Z przeciwnych stron półkolistego podjazdu zbliżały się ku sobie dwie pary uzbrojonych wartowników. Spotkali się dokładnie na wysokości frontowych schodów budynku, wyminęli się i szli dalej po szerokim łuku, aż zniknęli mu z pola widzenia. Nim doliczył do dwudziestu, pojawili się znowu, stukając butami po betonowych płytach. – Wcześnie się zerwałeś. Nie słyszał, kiedy wstała. Podeszła, szeleszcząc satynową podom- ką, i objęła go od tyłu w pasie. – Śniło mi się, że dałeś się wreszcie przekonać. Ale to tylko sen. – Bez powodzenia próbowała ukryć pretensję w głosie. Nie podjął tematu, bo wiedział, czym rozmowa się skończy. Zwłaszcza dzisiaj wolał uniknąć kłótni. Zwolniła uścisk i się cofnęła. – Nie widzisz, że się tutaj duszę? Naprawdę tego nie zauważasz? Zrozumiał, że milczeniem nic nie wskóra. Odwrócił się twarzą do żony i przemówił spokojnie: – To duży dom, Emily. Dla nas nawet za duży. – Przecież nie w tym rzecz. W grę wchodzi autorytet urzędu. – Przerwała i dobrze wiedział, co za chwilę usłyszy. – Powinni ci przyznać pałac Calduccich! – Prezydent Calducci wciąż tam mieszka. – Calducci nie jest już prezydentem. – Pałac nie przestał być jego własnością. – Możesz to zmienić. – Dekretem? – Dlaczego nie? – Republika to nie dyktatura, Emily. Postaraj się to zapamiętać. – Może to błąd? – Nie rozumiem? – W dyktaturze szaleniec, jak ten wczorajszy zamachowiec, nigdy by się nie narodził. – Może to dyktatura rodzi takich szaleńców? 29 Mimo wspólnie przeżytych ośmiu lat wciąż potrafiła go zaska- kiwać. Na przykład bezbłędnie wyczuwała, w którym momencie się wycofać. – Nie sprzeczajmy się, dobrze? Zresztą pewnie to ty masz rację. Wiesz, że łatwo ulegam emocjom. Ujęła jego prawą rękę, położyła sobie na biodrze i powoli prze- sunęła w dół. – Jest tu coś, co do pana należy, panie prezydencie. Zbył to milczeniem. – Nie jest pan ciekaw? – Nie teraz, Emily. – Hola, hola! – Zaśmiała się z satysfakcją. – Chciałam tylko, żebyś przeszukał kieszeń mojej podomki. Zrozumiał, że to starcie przegrał. Posłusznie zapuścił rękę w kie- szonkę poniżej zaokrąglenia jej biodra. – Wszystkiego najlepszego. Zapomniałeś, jaki dzisiaj dzień? Wzdłuż podłużnego puzderka biegł wygrawerowany napis: Na pamiątkę 39. urodzin. Zrobił ruch, żeby włączyć światło. – Nie zapalaj – poprosiła. Palcem wymacał mikroskopijny przycisk z boku puzderka, a kie- dy go uruchomił, w półmroku, na tle ciemnego aksamitu wyściółki, zaiskrzyły dziesiątki gwiaździstych drobinek. Szpilka do krawata. Wyjął prezent, żeby obejrzeć z bliska. – Prawdziwe cacko. – Na próżno próbował wymyślić choć jedną sposobność do wystąpienia w czymś, co kłóciło się z jego poczuciem estetyki. – Nieziemsko drogie. Platyna najwyższej próby i diamenty. Zanim zdołał coś powiedzieć, położyła mu palec na ustach. – Mam jeszcze jeden prezent. Rozwiązała pasek i podomka zsunęła się na podłogę. Jakby czas się cofnął. Przez chwilę gotów był jak dawniej uwierzyć, że piękne ciało i wewnętrzna uroda zawsze idą ze sobą w parze. – O czym myślisz? – zapytała. 30 – O starych dobrych czasach. Wspięła się na palce i potargała mu gęstą ciemną czuprynę. – Nie jestem jeszcze stara. – Rozpięła guziki jego pidżamy. – I długo nie będziesz – zapewnił. A jednocześnie przemknęło mu przez głowę, że w czasach rewo- lucji tylko nielicznym dane jest dożyć starości. Kiedy półtorej godziny później opuścił gabinet, z jadalni dobiegł go podniesiony głos Emily. Stanął i nasłuchiwał. Gdy się uciszyło, przeciął hol i arkadowym przejściem, pod plafonem z podobizna- mi Męczenników Siódmego Września, skierował się do jadalni. Na jego widok Teresa spuściła głowę, żeby ukryć ślady łez. Szybko do- kończyła rozstawianie nakryć na dużym owalnym stole, po czym zniknęła w służbowej łazience między kuchnią a jadalnią. – Nie musisz na nią krzyczeć. – Przecież to tylko pokojówka. Westchnął. Sprawy zaszły zbyt daleko, by jednym posunięciem mógł teraz cokolwiek zmienić. – Tym razem czym ci się naraziła? – Strasznie się guzdrze. Powinniśmy zastąpić ją kimś młodszym. – Zrób, jak uważasz. Obrzuciła go szybkim spojrzeniem, zdziwiona, że ustąpił bez walki. Poprawiła obcisłą sukienkę gestem łatwym od odczytania, najwyraźniej utwierdzona w przekonaniu, że czas w sypialni nie poszedł na marne. Postanowiła kuć żelazo póki gorące. – Może w ogóle pora pomyśleć o zatrudnieniu służby? – Przecież masz ludzi do pomocy. Sama niczego nie musisz robić. – Mówię o służbie z prawdziwego zdarzenia, nie o żołnierzach. Czuję się, jakbym mieszkała w koszarach. – Znasz moje argumenty. – A jakże! – Z ironicznym uśmiechem wyrecytowała: – „Wszy- scy jesteśmy dziećmi Republiki”. „Rewolucja to równość”. „Mamy jednakowe żołądki”. 31 Postanowił obrócić rzecz w żart. – Skoro o żołądku mowa… – Wciągnął nosem zapach grzanek i poczuł ssanie w dołku. Sprawdził godzinę na zegarku. – Zdążę jeszcze zjeść śniadanie. Chodź, porozmawiamy spokojnie. Właśnie szedł, by zająć miejsce przy stole, gdy za jego plecami huknął strzał i zaraz potem rozległ się płacz dziecka. Odwrócił się błyskawicznie, spodziewając się najgorszego. Natasza miała minę, jakby sama nie mogła uwierzyć, że tyle ha- łasu narobił przedmiot, który trzyma w ręku. Oleg, wciąż ubrany w pidżamkę, leżał twarzą na podłodze i zanosił się płaczem. W sekundę był przy dziecku, delikatnie przewrócił je na plecy i centymetr po centymetrze zbadał drobne ciałko. Nie znalazł śladu skaleczenia. Przytulił malca i chusteczką przetarł mu mokrą od łez buzię. – Nic cię nie boli? – Nie. Ale się wystraszyłem. – Skąd masz pistolet? – huknął na córkę. Pożałował ostrego tonu, bo Natasza zrobiła płaczliwą minę. Emily wzięła córkę w obronę: – Przecież to tylko zabawka. – Kto kupuje pistolet korkowy sześciolatce? – Sama prosiła. – Zawsze dajesz jej wszystko, o co prosi? – Pozwalam jej samej decydować. O to chyba nie powinieneś mieć pretensji. – Spojrzała groźnie. – Kto jak nie ty powinien dawać przy- kład wychowywania dzieci zgodnie z duchem epoki? Wziął Olega na ręce, wstał, podszedł do Nataszy i przykucnął przed nią. paliła: – Dlaczego się bawisz korkowcem? To zabawka dla chłopców. Nie wiedziała, co powiedzieć. Spojrzała na matkę i raptem wy- – A może ja chcę być chłopcem? – Co ty pleciesz? 32 – Tak naprawdę to jeszcze nie wiem. – Speszyła się. – Dopiero się zastanawiam. Mamusia mówi, że będę mogła wstępnie zadecydo- wać, jak skończę siedem lat. Już otwierał usta, ale Emily nie dała mu dojść do głosu: – Nie jesteś z niej dumny? Nawet kilkulatka rozumie, na czym polega prawo wyboru. Nie o to walczyłeś? Spojrzał na Nataszę. Zbyt mało jeszcze w życiu widziała, by móc naprawdę nienawidzić. – Mogłaś zrobić Olegowi krzywdę. – Nie wiedziałam, że taki z niego beksa. A w ogóle to sobie za- służył. – Czym? – Bawiliśmy się, że Oleg to ten morderca, co wczoraj na dworcu zabił tyle ludzi. A ja wymierzałam sprawiedliwość. – Kto wam pozwolił oglądać telewizję? – Mama. – Wiesz co? Tatuś woli, żebyście się bawili w wojowników Armii Mydła i Wody. Weź Olega do łazienki i spróbujcie pokonać wszyst- kie zarazki, jakie macie na rączkach, dobrze? Kiedy zostali sami, podszedł do żony. – Nie podoba mi się, jak je wychowujesz. – Muszą być przygotowane. – Na co? – Świat nie cacka się ze słabymi, sam to powtarzasz. Trzeba wy- przedzać każdy ruch wroga. – To tylko polityka. – Chcesz powiedzieć, że sam w to nie wierzysz? Hej, a śniadanie? – Zjem w biurze. – Nie zadał sobie trudu, by sprawdzić, czy usły- szała. Rigamonti czekał w holu. Po jego minie trudno było poznać, czy odgłosy kłótni do niego dotarły. Martens minął Rigamontiego, nie zwalniając kroku. – Do Prochowni – rzucił. 33 Rigamonti wyprzedził go, otworzył drzwi i wysunął się za próg, jedną ręką przytrzymując klamkę. Wartownicy zasalutowali. Do opancerzonej czarnej limuzyny na podjeździe dołączyły trzy bliź- niacze wozy, ochroniarze wysiedli i utworzyli szpaler. – Przedostatnia – poinformował Rigamonti. Martens przyjął wskazówkę bez dyskusji, wierny zasadzie, że w sprawach bezpieczeństwa ostatnie słowo należy do ochrony; co odnosiło się również do miejsca prezydenckiej limuzyny w kolumnie. – Las Fremoncki. – Rigamonti podał szefowi ochrony kierunek jazdy. Prezydent Martens zajął miejsce z tyłu, Rigamonti wsunął się na są- siedni fotel, jeden z ochroniarzy usiadł obok kierowcy. Dwa pierwsze wozy ruszyły. Pojechali za nimi i wszystkie cztery pojazdy, utrzymu- jąc równe odstępy, pod okiem kamer dotarły do pilnowanego przez wartowników wyjazdu; jeden z nich pilotem otworzył przesuwaną bramę i w eskorcie czekających na zewnątrz policjantów na motorach cała kolumna pokonała szeroki łuk drogi dojazdowej, dotarła do pro- stego odcinka i na pełnym gazie pomknęła do autostrady. Rigamonti wolał się upewnić: – Pętla czy Plaza? Martens spojrzał na zegar na desce rozdzielczej. Wiedział, z czym będzie się musiał dziś zmierzyć i podświadomie odwlekał moment rozpoczęcia urzędowania. – Plaza – zdecydował. Rigamonti nie spytał, dlaczego nadkładają drogi. Przez radiote- lefon wydał stosowną dyspozycję załodze pierwszego wozu, potem otworzył aktówkę i zajął się segregowaniem dokumentów. Kolumna posuwała się płynnie, poprzedzana przez dwóch po- licjantów na motorach. Inne pojazdy ustępowały im miejsca. Do- tarli na Wiadukt Centralny i minąwszy zjazd prowadzący do Lasu Fremonckiego, skierowali się ku centrum. Prezydent wypatrzył białą flagę państwową, powiewającą nad gmachem Prochowni na Wzgórzu Fremonckim. Przymknął oczy i przywołał widok z okien 34 gabinetu w Prochowni: rozległe, ciągnące się aż po sztuczne stawy tereny zielone, pozbawione drzew, jeśli nie liczyć kilkunastu brzóz i świerków ze śladami po kulach. Tyle zostało z Lasu Fremonckiego, miejscu kaźni kadetów z Prochowni, którym nie udało się dołączyć do reszty oddziałów powstańczych siódmego września, pierwszego dnia Rewolucji. Otworzył oczy na trzask zamykanej aktówki. Rigamonti patrzył w prawo, bębniąc palcami po teczce. Martens podążył wzrokiem za jego spojrzeniem. Biały fronton pałacu Calduccich na wysokim wzniesieniu krył się za murowanym ogrodzeniem, ale strzeliste zwieńczenie pałacowej wieży z zatkniętą na nim trójkolorową flagą było widoczne w promieniu wielu kilometrów. Rigamonti zdawał się badać spojrzenie prezydenta. Po minie se- kretarza Martens mógł poznać, o czym myśli. Pokazując palcem za siebie, w kierunku pałacu, który został już w tyle, powiedział do Rigamontiego: – Starcze fanaberie. Rigamonti skinął głową. Po chwili się odezwał: – Ludzie mogą to inaczej odczytać. – Mianowicie? – Że jesteśmy słabi. I dlatego tolerujemy antypaństwową działal- ność byłego prezydenta. to mniej niebezpieczni. – Raczej wybryki. Na starość ludzie stają się bardziej uparci, za Rigamonti nie skomentował tej uwagi. Zostawili za sobą Plazę z jej XIX-wieczną architekturą, terenami spacerowymi i rozległymi placami, zapuścili się w nowe Centrum, w ciemne jak parowy ulice zabudowane wieżowcami z betonu i szklanymi drapaczami chmur. Billboardów przybywało. Z każdego spoglądała ta sama twarz. Nad głową, okoloną gęstą czupryną czarnych włosów, którym fotograf przydał kilka pasemek siwizny, unosił się niczym aureola wielki na- pis: WYBIERZ PRZYSZŁOŚĆ. WYBIERZ WOLNOŚĆ. WYBIERZ JAKUBA MARTENSA. 35 Mimo wczesnej pory ulice pełne były ludzi. Tłoczyli się niczym mrówki, wypełniając każdy skrawek chodnika. Z tą różnicą, popra- wił sam siebie Jakub Martens, że mrówki są lepiej zorganizowane i mają wspólny cel. Nie zważając na protesty Rigamontiego, opuścił szybę po swojej stronie. Twarz owiało mu ciepłe, gęste powietrze miasta. – Wystarczy. Do Prochowni – zarządził. 3 Kiedy na skwerze Generała Duckforda wycięto drzewa – zdrowe, stuletnie klony, w których ojciec najzupełniej błędnie, jak się mia- ło okazać, postrzegał gwaranta trwałości – zaczął tę część miasta omijać. Płachetek zieleni, na którym noga generała nigdy nie posta- ła, był ostatnim bastionem starej części miasta, tej zdominowanej przez historyczne Plaza z zabytkowymi budowlami, zaopatrzonymi w tablice informujące, kto gdzie żył i gdzie komu przyszło umrzeć. Przeszłość sprowadzona do kołysek i nagrobków, z przewagą tych ostatnich. W żadnym razie nie był przeciwnikiem postępu; nie w sentymen- talny sposób, który każe lamentować nad każdym wyciętym drze- wem i opłakiwać ofiary rewolucji. Ale tuż za skwerem zaczynało się nowoczesne Centrum i wiedział, że po zamianie skweru w wyrą- bisko granica Centrum będzie się ciągle przesuwać, aż ostatecznie wchłonie Plazę. Ulicom, których nazwy dawniej pochodziły od ro- ślin, będą teraz patronować banki i sklepy. Jedno po drugim znika- ły miejsca, z którymi można wiązać wspomnienia. Na ich miejsce wdzierały się wysokościowce. Podobnie nowe idee wypierały stare. Samo w sobie nie musiało to być niczym złym, gdyby na nowych fundamentach można było też trwale budować. Przyśnił mu się ojciec. Zmarł w  wieku trzydziestu pięciu lat i we śnie byli niemal rówieśnikami. Stali na drodze przecinającej 36 uprawne pola, zupełnie sami, i nie wiedzieli, który kierunek obrać. Jeden koniec drogi tonął w gęstej mgle, drugi przesłaniała ściana ognia. Usłyszeli tętent i po chwili z mgły wyłonił się koń. Miał na sobie siodło, ale bez jeźdźca. Przegalopował tuż obok nich i zanim pochłonął go ogień, widzieli nabiegłe krwią oczy i rozdęte chrapy; strzemiona obijały się o spocone, pokryte solą boki, poorane szra- mami niczym literami jakiegoś barbarzyńskiego pisma. „Nie powinieneś był tego oglądać” – powiedział ojciec. „Dlaczego?” „Bo takie zdradliwe obrazy zostają w głowie na zawsze. Nie spo- sób się od nich uwolnić”. „Zdradliwe?” „Drogi kończące się przepaścią. Konie, które zgubiły jeźdźców. Rzeki płynące pod górę. Słońce wschodzące po zachodniej stronie”. „Ale już się stało. Co teraz?” „Są dwie możliwości. Wmówić sobie, że słońce od początku świa- ta przemieszcza się z zachodu na wschód”. „Albo?” „Sam wiesz. Przecież od dawna nosisz się z tym zamiarem. Może nawet podjąłeś już decyzję. Hej, dokąd? Spali cię na popiół”. „Zaczęło padać. Deszcz ugasi ogień”. Tyle pamiętał, kiedy się obudził. Jeżeli z własnej woli zapuszczał się w ulice nowego Centrum, to wieczorami i w największą ulewę. Chodniki pustoszały, wysoko- ściowce skrywała zasłona wody. Wyobrażał sobie, że idzie przez miasto, jakie kiedyś znał. Przed kompleksem gmachów rządowych zwalniał. Nie zatrzymując się, by nie aktywować wszechobecnych kamer i nie wzbudzać podejrzliwości strażników, szedł i patrzył na zamazane deszczem żółte plamy okien w dawnym pałacu Scheng- bergów. Gdzieś tam w jego murach obracało się koło zamachowe Republiki, toczyło się życie, któremu musiał położyć kres. Coraz bardziej był tego pewien. 37 4 Rigamonti położył na biurku teczkę. Była niepodpisana i cieńsza, niż Martens się spodziewał. – To wszystko? Nie czekając na odpowiedź, przejrzał zawartość teczki. – Ani słowa o spisku – zauważył. – Wersja o spisku powstała na potrzeby aktu oskarżenia – włączył się Grossman, ledwo widoczny w objęciach fotela z wysokim opar- ciem. – W ten sposób pomijamy wątek pani Rakoczy. – Za co trafiła do więzienia? – Podpisała petycję w obronie biskupa La Malle’a. Dostała tylko sześć miesięcy, bo wcześniej nie była karana. – I? – Zmarła w celi. Chyba serce. Martens chwilę myślał nad tym, co usłyszał. Potem zapytał: – Kiedy proces Rakoczego? – Im szybciej, tym lepiej. Wszystko jest zapięte na ostatni guzik, więc choćby jutro. Oczywiście od początku do końca działamy w trybie utajnionym, włącznie z wykonaniem wyroku. Martens się podniósł i stanął w oknie. Z tego miejsca widział zwężającą się, ginącą między krzakami ścieżkę. Dalej niewielkie skupisko brzóz i świerków. Przy każdym drzewie stała tablica z naz- wiskami rozstrzelanych kadetów. – Egzekucja będzie publiczna – zapowiedział. – Transmitowana na żywo w telewizji na cały kraj. Grossman się skrzywił. – Kto nam zagwarantuje, że Rakoczy nie spróbuje skorzystać z okazji i nie wyskoczy z jakimś manifestem? Martens odwrócił się od okna. – Postarasz się, żeby milczał. Grossman niechętnie skinął głową. Potem spojrzał w stronę drzwi, jakby się spodziewał, że lada moment się otworzą. 38
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Mur
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: