Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00287 007020 14071786 na godz. na dobę w sumie
Na Rozdrożu - ebook/pdf
Na Rozdrożu - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 130
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-272-4192-4 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> opowiadania
Porównaj ceny (książka, ebook (-8%), audiobook).

Książka 'Na Rozdrożu' jest zbiorem trzydziestu opowiadań. Są to historie z tak zwanej „szarej strefy” naszego życia, nie zawsze do końca prawdziwe, lecz również nie całkowicie zmyślone.

Kto dzisiaj wierzy w duchy? Prawdopodobnie nikt. Właśnie, dlatego one istnieją. W myśl starego powiedzenia, że najciemniej jest pod latarnią, nauczyliśmy się nie widzieć pewnych istotnych elementów rzeczywistości, która nas otacza.

Opisane tutaj historie można by zaliczyć do literatury „łagodnej grozy”, nie są to utwory po przeczytaniu których budzimy się nocą z krzykiem, raczej skłaniają do refleksji i do zastanowienia się, czy świat realny, który widzimy, jest naszym jedynym światem.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Na Rozdrożu Andrzej Galicki NA ROZDROŻU Andrzej Galicki Copyright ©2013 Andrzej Galicki Virtualo Edition ISBN: 978-83-272-4192-4 Projekt okładki: Andrzej Galicki Obraz autora książki pt. “Tańczące drzewo” namalowany w roku 1992 Wszystkie prawa zastrzeżone, książka ta nie może być reprodukowana czy kopiowana w całości lub fragmentarycznie bez pisemnej zgody autora. Od autora Opowiadania z serii Na Rozdrożu opisują historie niekoniecznie prawdziwe, lecz całkiem prawdopodobne. Wszystko zależy bowiem od wyobraźni czytającego. Niektóre osoby nie wierzą absolutnie w nic, do nich nie jest skierowany ten tomik opowiadań. Ktoś natomiast, kto posiada choćby częściowo rozbudzoną wyobraźnię, potrafi zrozumieć o co w nim chodzi bez zadawania zbędnych pytań. Takich czytelników cenię najbardziej i właśnie im tę książkę dedykuję. Pozdrawiam serdecznie, Andrzej Galicki SPIS TRESCI 1. Rozamunda 2. Przypadek Marcela 3. Żółte, okrągłe ślepia 4. Dotknij mnie... 5. Misiek 6. Babcia 7. Oj, Kowalski... 8. Zasadzka 9. Metamorfoza 10. Gruszka 11. Wiedźma 12. Trudna noc Sławomira 13. Jan 14. Jebuś i Kostusia 15. Malwina 16. Panna Wodna 17. Plener w Białowieży 18. Cicha, wrześniowa noc 19. Raz ty, raz ja... 20. Duch 21. Brama Nr 44 22. Wydoj 23. Naga prawda 24. Marysia 25. Żaba 26. Spokojna woda 27. Terapia 28. Mur 29. Prawdziwy rycerz swojej damy 30. W cieniu Inne książki Andrzeja Galickiego Rozamunda nie była piękna. Rozamunda nie była nawet ładna, więcej, Rozamunda była 1. Rozamunda brzydka jak czarna, listopadowa noc. I w dodatku mieszkała tuż obok cmentarza. Gdy Rozamunda przechodziła cmentarną alejką nocą, nawet najbardziej odważne duchy schodziły jej z drogi, z wyjątkiem jednego: hrabia von Knopf, który za życia był znanym hulaką i karciarzem, nawet po śmierci nie przepuszczał żadnej, nadarzającej się okazji hazardu, toteż gdy Rozamunda przechodziła po północy cmentarną alejką niosąc we włosach zaplątane tam ćmy i inne nocne owady, hrabia von Knopf wyskakiwał zza swego grobowca z pustą butelką po denaturacie, pozostawioną w krzakach przez miejscowych grabarzy i wolał: - Zagramy? - Zacierając dłonie w czarnych rękawiczkach. Butelka już czekała w pozycji leżącej na grobowej płycie, jako że gra w butelkę dozwolona była hrabiemu von Knopf przez Radę Duchów. Inne gry, jak kości, czy karty były mu kategorycznie zabronione w obawie przed demoralizacją młodszych, którzy mieli jeszcze w sobie przyziemne skłonności. Hrabia von Knopf siadał na jednym końcu swego grobowca, Rozamunda na drugim i kręcili butelką na zmianę, na kogo wskazała szyjka, ta osoba musiała zdejmować z siebie jedną część garderoby. Już po pół godzinie było na co popatrzeć, Rozamunda siedziała na wpół naga, a hrabia von Knopf na wpół rozebrany. Nagi nie był on nigdy, ponieważ za karę, za jego rozpustny żywot pozbawiony on został widoczności ciała. Siedział tedy na płycie grobowca, taki pusty frak w pelerynie i z kapeluszem na pustej zdawałoby się głowie i z każdą przegraną stawał się on coraz mniej widoczny, Rozamunda odwrotnie, coraz bardziej. A piękne ciało miała, tak piękne, że mimo szpetnej gęby przyciągała spojrzenia przechodzących, nawet blady księżyc zatrzymywał się nad cmentarzem aby się napatrzeć, zwłaszcza gdy hrabia von Knopf wygrywał partię. Zdarzyło się kiedyś, że właśnie w takim momencie napatoczył się pracownik pocztowy Grzelak, mocno już napruty po zakrapianym spotkaniu pocztowców, które odbyło się na zakończenie akademii pierwszomajowej w budynku Miejskiego Urzędu Pocztowego. Grzelakowi popieprzyły się trochę kierunki i dlatego właśnie wypadła mu droga przez cmentarz. Gdy natknął się na przedziwną scenę gry w butelkę, którą von Knopf właśnie wygrywał, nogi ugięły się pod nim z wrażenia. - A to ci dopiero kobitka - powiedział do siebie Grzelak i zakochał się na zabój. I wcale mu nie przeszkadzała szpetna gęba Rozamundy, jako że miłość od pierwszego wejrzenia bywa ślepa, a zwłaszcza miłość od pierwszego wejrzenia pijanego pocztowca. Ale nie miał on szczęścia niestety, jako że Rozamunda nie uprawiała amorów z żywymi, nudzili ją jak twierdziła, ponieważ nie posiadali tej specyficznej fantazji właściwej jedynie pozamaterialnym. Odtrącała zatem umizgi biednego adoratora, który od owej pechowej nocy kiedy ją ujrzał nagą, o niczym innym nie myślał jak tylko o niej. Spać nie mógł przez nią po nocach a podczas segregowania listów na poczcie mylić się zaczął niemożebnie, co jest jak wiadomo niedopuszczalne przy tego rodzaju pracy. Wypatrzył gdzie mieszka jego ukochana i wystawał pod jej domem wieczorami, przygrywał romantyczne kawałki na grzebieniu i wiersze miłosne do niej pisał na murze jej domu kawałkiem znalezionej kredy. Ale Rozamunda była bezlitosna i powiedziała mu bez ogródek, że dopóki on żyje, nic z tego nie będzie i niech ją sobie wybije ze swojej głupiej, pocztowej głowy. Tedy Grzelak zaczął udawać zmarłego, przelatywał przed domem Rozamundy nocą, ubrany jeno w białe prześcieradło, to znów pohukiwał jak sowa pod jej oknem, co nawet dawało początkowo niezłe rezultaty, Rozamunda rzeczywiście pomyślała że zmarł biedak z miłości do niej. Wylała jednak na próbę dzbanek zimnej wody na jego głowę i wyszło szydło z worka. Duchy jak wiadomo zimnej wody się nie boją, Grzelak uciekał natomiast spod tego prysznica z rozpaczliwym wrzaskiem. Rozamunda pokazała mu język i posłała za nim soczystą, podwarszawską wiązankę. Nie wiedział całkiem co ma począć, chory z miłości pocztowiec. Śledził nocami Rozamundę spacerującą cmentarnymi alejkami, a ilekroć natknął się na scenę gry w butelkę z hrabią von Knopfem, napawał spragnione oczy jej wdziękami do obłędu, a serce jego poczęła wypełniać zazdrość nieopisana i żrąca jak pieprz turecki posypany na świeżą ranę. Widząc, że nie ma przed nim innej drogi, sam postanowił zostać duchem i w ten sposób dostać się do serca Rozamundy. Wyniósł po kryjomu z pracy kłębek sznurka papierowego i próbował powiesić się na nim, ale sznurek zrywał się, nawet złożony podwójnie, dopiero po poczwórnym złożeniu zadziałał i po przebyciu długiego, wirującego tunelu, na końcu którego migotało jaskrawe światło, Grzelak znalazł się po tamtej stronie. Łaził, łaził pod murem cmentarnym aż doczekał się północy. Wtedy dopiero odważył się zastukać do cmentarnej bramy. Po dopełnieniu mnóstwa formalności i wypełnieniu stosu formularzy dopuszczono Grzelaka przed komisję kwalifikacyjną Rady Duchów. I tutaj powiedziano mu, że owszem, straszyć może, tego komisja zabronić mu nie jest w stanie, ale jedynie po tamtej stronie muru cmentarza. Po tej, wewnętrznej, partyjnych nie potrzeba, nie wierzyli oni w życie pozagrobowe za życia, kara musi być. A Rozamunda przechodziła sobie spokojnie na drugą stronę obrzucając go pogardliwym spojrzeniem, oj nie zaimponował jej Grzelak nie zaimponował. A co gorsza, po którejś tam z kolei przegranej z hrabią von Knopfem zaszła w ciążę (może nie wszystkie części hrabiego były niematerialne), i na biednego Grzelaka całkiem przestała zwracać uwagę. I do dzisiaj opowiadają ludziska o jakiejś zjawie krążącej po zewnętrznej stronie cmentarnego muru i stękającej żałośnie, a tak nieudolnie, że nie tylko ludzie, ale nawet konie dorożkarskie jej się nie boją. Bo nie znał biedny Grzelak tej prostej mądrości: Jak już kochać to tylko ładne, te brzydkie pozaziemskich szukają rozkoszy. Powrót do spisu treści 2. Przypadek Marcela Marcel zapalił świecę umocowaną w szyjce butelki stojącej przed nim na stole. Miał co prawda na półce regału lichtarz, mosiężny lichtarz z orłem Księstwa Warszawskiego, ale go nie używał, to była tylko dekoracja. Butelka, z soplami wosku cieknącymi po szyjce przypominała mu studenckie czasy, gdy nie zapalając światła by nie razić śpiących kolegów, czytał po nocach w akademiku klasyczną literaturę. Lubił czytać, pasjami. Czytał właściwie wszystko, co wpadło mu w rękę, lecz najbardziej pochłaniały jego umysł powieści klasyczne, zwłaszcza autorów francuskich, hiszpańskich i włoskich. Po wyczytaniu wszystkiego, co było dostępne w warszawskich bibliotekach publicznych, zagłębił się w mroczne sale i salki antykwariatów gdzie wyłuskiwał polskie wydania przedwojenne autorów mniej znanych i zapomnianych, o kartkach pożółkłych od starości i postrzępionych niejednokrotnie brzegach, o zniszczonych okładkach, których nie oszczędził czas i na których nieprzeliczone palce pozostawiły niejeden ślad. To mu nie przeszkadzało, ważne było aby książka była kompletna, od pierwszej strony do ostatniej, jej stan estetyczny nie miał dla Marcela najmniejszego znaczenia, najważniejszy był tekst i chodziło o to, aby najmniejszego jego fragmentu nie brakowało. Brak jednej kratki, lub nawet jej części czyniło dzieło w oczach Marcela nieużytecznym, zdawało mu się bowiem, że właśnie tam, właśnie w tym brakujących kawałku tkwiła może kwintesencja tego utworu, ten tajemny klucz który znajduje się w każdej powieści napisanej z rozmysłem, a bez którego dotarcie do serca utworu jest absolutnie niemożliwe. Właśnie wziął w rękę jedną z takich książek, bardziej broszurę niż książkę właściwie, w zeszytowym wydaniu któregoś z przedwojennych wydawnictw specjalizujących się w literaturze dla plebsu . Nazwisko autora: Marquiz de Saphire nic mu nie mówiło, pewnie pseudonim jakiegoś francuskiego arystokraty pisującego dla kaprysu i rozrywki i wydającego swe dziełka własnym nakładem w tajemnicy przed rodziną i przyjaciółmi. Książeczka nosiła tytuł La Noirette . Dziwne to imię można było przetłumaczyć dowolnie na polski jako: Czarnulka, lub Brunetka, lecz nie ono zwróciło głównie uwagę Marcela gdy wydłubał je z jednej z półek prywatnego antykwariatu przy ulicy Koszykowej. Głównym powodem jego zainteresowania była rycina zamieszczona na stronie tytułowej dziełka. Przedstawiała ona młodą dziewczynę o ciemnych włosach z bluzką bezwstydnie rozchyloną na piersiach, spoczywającą w półomdlałej pozycji w ramionach mężczyzny, którego wygląd od pierwszego wejrzenia wydał się Marcelowi podejrzany. Bródkę miał on w szpic i wąskie wąsiki, a ubrany był na modę hiszpańską z białą kryzą na szyi. Lecz najbardziej zdradzały go oczy: wąskie, podstępne i nieszczere. Jeżeli Marcel nosił w swojej wyobraźni wizerunek diabła, to tak on właśnie musiał wyglądać. Już od dawna książka ta spoczywała pomiędzy innymi w bibliotece Marcela. Wiedział on, że czas właściwy nadejdzie wkrótce aby ją przeczytać. Może ten czas właśnie nadszedł? Może akurat teraz nadeszła odpowiednia chwila? Przerzucając kartki w blasku świecy rzucił wzrokiem na dłonie swoje; wąskie, wychudłe, obciągnięte pergaminową skórą. Nie były to dłonie człowieka, któremu długo będzie dane pocieszyć się przyjemnościami tego świata, wręcz przeciwnie, były to dłonie kogoś skończonego, faceta którego dni zostały już policzone i przeliczone powtórnie dla pewności. Marcel umierał. Wiedział on o tym dobrze, czuł to przez tę swoją bladą skórę wychudłych policzków i mętniejące coraz bardziej jego spojrzenie widziało nieuchronnie zbliżający się koniec. I niech Teresa mówi sobie co chce aby go pocieszyć, a doktor Sawicki niech mu robi tyle badań na ile tylko ma ochotę, on, Marcel i tak wie dobrze, że czas jego nadchodzi a ostatnie badania krwi potwierdzą tylko tę niezachwianą pewność. Marcel umierał. Ale on nie chciał umierać tak jak umiera zwykły śmiertelnik, jako że nie uważał siebie za przeciętnego człowieka. Nie chciał umierać w szpitalu, pośród jęków i stękania innych umierających, on chciał odejść w inny sposób, wzniosły i godny i znalezienie sposobu na taki koniec zajęło bez reszty ostatnie dni jego egzystencji. Zaczął czytać jeszcze więcej, a czytał w ten jedyny sposób właściwy tylko niektórym molom książkowym, który polega na tym, że czytający nie przebiega oczami tekstu w pośpiechu, starając się jak najprędzej dotrzeć do końca dzieła. Tego rodzaju czytanie bowiem nie jest prawdziwym czytaniem książek, jest zaledwie pobieżnym zapoznaniem się czytelnika z treścią książki, tylko tyle. Marcel opanował po mistrzowsku prawdziwą sztukę czytania: Zagłębiał się czytając w treść dzieła bez reszty, czytał uważnie, słowo po słowie, odcinał się myślami od otaczającego go świata i przenosił się kompletnie w czytaną historię, która aż do ukończenia lektury była jego życiem i prawdziwym domem dla jego ciała i duszy. I doszedł on w tej sztuce do takiej perfekcji, że nie była istotna dla niego treść książki, równie dobrze potrafił on się znaleźć na królewskim dworze, jak i wśród żebraków, potrafił stać się również głodnym wilkiem pędzącym za uciekającą w przerażeniu sarenką, jak i samą sarenką gdy to o niej traktowała książka. Tego rodzaju czytanie zastępowało mu życie, nudne codzienne życie pełne powtarzających się idiotycznych czynności jak jedzenie, picie, zmywanie naczyń czy inne niepotrzebne bzdury. Czy nie było fascynujące oderwać się od tych przyziemności i stać się piratem gdzieś na morzach karaibskich? Lub orłem szybującym wysoko, wśród obłoków? Większość z nas miała szansę opanować tę sztukę czytania kiedyś, dawno, gdy było się chłopakiem czytającym pod kołdrą przy świetle latarki przygody d Artagnana, lub dziewczynką, której mama nie była w stanie oderwać od Ani z zielonego wzgórza. Lecz straciliśmy tę szansę, dorosłe życie ją nam odebrało. A Marcel jej nie stracił, wręcz przeciwnie, z każdą przeczytaną książką pogłębiał coraz bardziej w sobie tę umiejętność, aż doszedł do pozazdroszczenia godnej perfekcji. dziewczynie, której nikt z miejscowych kawalerów oprzeć się nie potrafi. Przedwojenna książeczka nie wykazywała się zbyt oryginalną treścią, typowa literatura pokojówek: Przyjezdny gdzieś z Hiszpanii szlachcic bawiąc gościnnie w pałacu francuskich arystokratów uwiódł jedną ze służebnic, co nie było znów takim wyjątkowym osiągnięciem, jako że większość służebnic pozwalała uwodzić się chętnie, a tym większa była ich duma wśród przyjaciółek im wyższego rodu był uwodziciel i im hojniejszy prezent otrzymywała od niego w podzięce. Wyjątkową sprawą było to, że szlachcic ów zniknął nazajutrz ze dworu, odjechał bez pożegnania, a Noirette zniknęła równie nagle, rozpłynęli się oboje w powietrzu jak mgła rozwiana podmuchem wiatru i nikt więcej o nich nie słyszał przez czas jakiś. To również nie stanowiło wielkiego problemu dla mieszkańców dworu, jako że o służbę w pałacu nie było trudno, okoliczne dziewczęta marzyły tylko o takiej karierze jak praca na dworze. Sensacją stało się natomiast to, że jeden z dobrze urodzonych elegantów pochwalił się kiedyś kolegom, że spotkał właśnie Noirette i noc z nią on spędził upojną, a piękniejsza ona była jeszcze niż kiedyś i sztukę kochania posiadała nieprzeciętną. Szlachcic ów, imieniem Pierre, aby nie wymieniać znanego nazwiska, opinię miał sowizdrzała, toteż inni nie przywiązywali zbyt wielkiej wagi do jego przechwałek, nie dowierzali mu nawet. Lecz po nim inny również pochwalił się kompanom podobną rewelacją, a po nim jeszcze następny i tak dalej. I skandalem zaczęła zalatywać już ta sprawa niemoralna, narastać w legendę o pięknej Tego rodzaju historia nie zaszkodziłaby reputacji miejscowości, wręcz przeciwnie, zarówno mieszkańcy jak i przyjezdni lubili historie pikantne a nieprawdopodobne, stwarzało to grunt podatny wszelkiego rodzaju podszeptom i plotkom, a domysłom na temat Noiretty nie było końca. Jedna z teorii głosiła, że ukrywa się ona gdzieś w tajemnej komnacie dworu, a pokazuje samotnym kawalerom jedynie wieczorem, jako że jedynie samotni panowie natykali się na nią podczas wieczornych spacerów pieszo lub konno. Inna natomiast twierdziła, że w sąsiednim hrabstwie znalazła Noirette schronienie, gdzie cnotliwy żywot wiedzie, a tutaj przybywa pojazdem wieczorową porą, jedynie aby zaspokoić potrzeby swoje cielesne. Wielkim i niezdrowym skandalem stało się jednak znalezienie nieroztropnego Pierra martwego, w jego własnej sypialni. Został on uduszony aksamitną wstążką podczas snu i nie wydawało się prawdopodobne aby dzielił on z kimkolwiek łoże tej nocy. Znaleziona na jego szyi wstążka koloru była czarnego a twarz biednego Pierra sina już była i spuchnięta tak, że nikt nie miał najmniejszej wątpliwości w jaki to sposób dokonał młody człowiek swojego żywota. A po nim kolejno, w podobny zupełnie sposób odchodzili wszyscy ci młodzieńcy którym dane było ujrzeć piękną Noirette i których obdarowała ona swymi nieprzeciętnymi względami. Ciemną sławą zaczęła okrywać się okolica i z każdym nowym przypadkiem stawała się ona coraz ciemniejsza. Marcel z trudem oderwał się od czytania, przetarł chustką zroszone potem czoło. Teraz pewien już był, że jest to książka, której potrzebował. Ktoś inny przeczytałby ją szybko do końca i niedbale i rzuciłby w kąt niepoważną lekturę, ale nie on. On wiedział już dobrze, jak łatwo będzie mu dotrzeć do głębi jej treści i jaką wspaniałą okazję rzucił mu w prezencie los. Odejść w pełni szczęścia i bezboleśnie, czyż mógłby zamarzyć o wspanialszym zakończeniu swoich cierpień? Teresa nigdy się nie dowie co on przeżył, ona nigdy nie była w stanie zrozumieć jego emocji wynikających z tej niezrozumiałej dla niej pasji czytania, zbyt mocno trzymała się ziemi i ta różnica w charakterach była głównym powodem ich rozstania. Marcel podniósł się ze swego fotela i podszedł do okna. Widok na osiedle z jego wynajętej kawalerki nie był zbyt piękny, następny szary budynek osiedla z oświetlonymi gdzie niegdzie prostokątami okien, za dnia wyglądało to jeszcze smutniej. Marcel otworzył z trudem okno, zdziwił się jak mało ma sił, ta choroba zżerała go od środka powoli i bezlitośnie. Najwyższy czas, aby zakończyć niepotrzebny już teatr który nazywamy życiem. Powrócił na swój fotel, i podjął przerwaną lekturę a płomień świecy łagodnie kołysany nurtem powietrza wpadającego przez otwarte okno rzucał jaśniejsze i ciemniejsza smugi na pożółkłe stronice książki. *** *** *** Teresa rozerwała kopertę, kopia wyników analizy krwi Marcela nadeszła właśnie pocztą na jej adres, tak jak prosiła. Niewiele zrozumiała z kolumn wydrukowanych na białym arkuszu, z niecierpliwością czekała na godzinę dziesiątą, kiedy będzie mogła zatelefonować do doktora Sawickiego aby wyjaśnił jej tę zakodowaną tajemnicę i gdy wreszcie usłyszała jego głos w słuchawce, spocona była z emocji jak mysz. Do dworu we francuskiej prowincji zajechał młody podróżny z północy, mówiący niezrozumiałym dla nikogo językiem. Na imię miał Marcel. Oczywiście przyjęto go godnie, tak jak gospodarze mieli w zwyczaju przyjmować wszystkich przejezdnych gości. Nikt go nie wypytywał o cel podróży ani o miejsce z którego przybył, nadmierna ciekawość byłaby nietaktem ze strony gospodarzy. Natomiast po kolacji wyznaczono mu pokój gościnny, gdzie miał spędzić noc. Marcel otworzył szeroko okno, tak aby świeże powietrze mogło wypełnić komnatę, przywdział nocną koszulę przygotowaną przez służącego i ułożył się wygodnie w łożu z baldachimem nie gasząc świec. Przymknął powieki i czekał na to, co miało nastąpić, a pewien był całkowicie, że nastąpi. W pewnym momencie zrozumiał, że nie jest sam w komnacie. Poczuł na skórze swojej twarzy delikatny dotyk jej palców, posłyszał ciche i czułe słowa wypowiadane miękkim głosem namiętnej kochanki. A dalej, nastąpiło szczęście o jakim nigdy nie zamarzył. *** Teresa biegła osiedlowym chodnikiem pomiędzy szarymi blokami, nie mogąc się doczekać kiedy ujrzy Marcela i będzie mogła podzielić się z nim wiadomościami usłyszanymi od doktora Sawickiego. Nie kochała go już od dawna, w ogóle małżeństwo to okazało się wielką pomyłką. Marcel był życiową niedorajdą nie widzącą w swoim ograniczonym życiu nic oprócz książek, jak można zatopić się tak jak on w czytaniu i pozwolić aby prawdziwe życie przeciekało bezużytecznie pomiędzy palcami? Gdy wreszcie zdecydowali się rozstać i Marcel przeniósł się z ich wspólnego mieszkania do wynajętej kawalerki, oboje odetchnęli z ulgą. Wciąż jednak Teresa poczuwała się do obowiązku pełnienia pewnej opieki nad tym facetem, który przecież formalnie był nadal jej mężem. Zostawiony sam sobie nie potrafiłby poradzić sobie nawet z najprostszymi sprawami codziennego życia. Teraz biegła więc schodami w górę budynku w którym mieszkał. Czy ty wiesz, co powiedział doktor? powtarzała sobie w myślach to, co mu powie zaraz gdy go zobaczy. Powiedział, że to anemia, bardzo zaawansowana, ale tylko anemia. I nic więcej. I że silna kuracja witaminowa postawi cię ma nogi. Bo nie odżywiasz się prawidłowo, nie jesz jak inni, książki nie zawierają witamin. Zadzwoniła do drzwi raz, dwa razy - nikt nie odpowiadał Już pewnie czyta te swoje głupoty pomyślała z niechęcią. Przez niego sama nabrała niechęci do książek, na sam widok księgarni przechodziła na drugą stronę ulicy - tyle wniosło w jej życie to idiotyczne małżeństwo. Wygrzebała z wnętrza torebki klucz, który dorobili dla niej na wszelki wypadek i przekręciła go w zamku. Marcel siedział nad leżącą na blacie stołu książką otwartą na ostatniej stronie. Poruszała się ta ostatnia strona z napisem Koniec u dołu leciutko, prąd powietrza z otwartego okna owiewał łagodnie pokój a złotawy odblask niewidocznego słońca podał na przechyloną do tyłu, na oparcie fotela twarz Marcela. Była ona sina i spuchnięta, a w skórę jego szyi wpijała się czarna, aksamitna wstążka zaciśnięta mocno gdzieś na jego karku. Powrót do spisu treści 3. Żółte, okrągłe ślepia Marta biegła Alejami w stronę Marszałkowskiej, biegła prędko, tak prędko jak potrafiła, potrącając od czasu do czasu jakiegoś przechodnia. Rzucała wtedy przez ramię krótkie przepraszam nie spoglądając nawet na osobę którą potrąciła. To nie było ważne, ważne było jedno: musiała znaleźć się w domu przed Michałem. On był chorobliwie wprost zazdrosny, gdyby po powrocie z pracy nie zastał jej w kuchni, spokojnie przygotowującej obiad, znów mógłby sobie pomyśleć Bóg wie co, że go zdradza, że ma kogoś albo coś w tym rodzaju. A ona musiała po prostu wyskoczyć z Baśką do jej koleżanki, która akurat wróciła z Paryża i przywiozła kilka kiecek do sprzedania. Francuska sukienka za takie pieniądze? Jaka dziewczyna by sie oparła? Tylko, że jak na złość żadna nie pasowała, były za małe. Co te Francuzki jedzą, że są takie szczupłe? Głodzą się pewnie, żeby zgrabnie wyglądać. A ona? Zaokrągliła się nawet od ślubu. Ach, lepiej by było iść do pracy, tak jak zrobiła Baśka, mieć trochę więcej swobody, jakieś inne kontakty, rozmowy. Wygody jej się zachciało, a przypadła za to w udziale rola kury domowej, śniadanie, obiad, kolacja - ciągle przy garach i przy garach. No tak, ale mąż Baśki, Paweł, to normalny facet, taki jak inni, a Michał okazał się wyjątkowym wprost zazdrośnikiem, żona ma siedzieć w domu i czekać na męża, takie miał zasady. Z początku nawet to jej imponowało, po zakończeniu studiów koleżanki jej musiały iść do pracy, zrywały się rano i gnały przez błota i śniegi do zatłoczonego tramwaju, czy autobusu, a ona wstawała tylko na chwilę, żeby zjeść z Michałem śniadanie, a gdy już wyszedł z domu, mogła położyć się z powrotem do ciepłego jeszcze łóżka i dospać nawet do dziewiątej, jeżeli tylko miała ochotę. Ale teraz, po dwóch latach małżeństwa, zaczęła ją nudzić taka monotonia, zaczęła się zastanawiać, czy małżeństwo jej z Michałem nie było po prostu głupią pomyłką wynikającą z braku doświadczenia i naiwnego zadurzenia młodej dziewczyny w tym przystojnym facecie, który miał swoje mieszkanie i samochód i który mógł sobie pozwolić na niepracującą żonę. Ale - mądry Polak po szkodzie, teraz jest już za późno na jakiekolwiek zmiany. Teraz wiedziała tylko, że nie chce znów sie narażać na podobne awantury jak poprzednim razem, gdy po powrocie z pracy nie zastał jej w domu. Biegła więc jak zwariowana, spoglądając na zegarek od czasu do czasu. Nagle, przebiegając przez ulicę Poznańską, usłyszała pisk opon i jakiś silny ból przeszedł na wskroś jej ciało. Poczuła, że leci w powietrzu i po kilku metrach szybowania pada na asfalt jezdni. Nie poczuła jednak bólu upadku na jezdnię. Poderwała się natychmiast i podniosła z czarnej powierzchni jezdni swoją torebkę - prezent od Michała. Ruszyła dalej, w tym samym kierunku nie oglądając się nawet na samochód który ją potrącił. Zdawało jej się przy tym, że słyszy poza sobą okrzyki przerażenia, ale nie zwracała na to najmniejszej uwagi. Nie biegła już, szła zwyczajnie, tak jakby cały ten jej pośpiech przestał być nagle ważny, nie była nawet pewna dlaczego tak się spieszyła, mało tego, nie była właściwie pewna dokąd właściwie idzie. Doszła do następnego skrzyżowania ulic. Tutaj, na tyłach pawilonu Cepelii znajdowała się kawiarnia, bar kawowy właściwie. Za szybą Marta ujrzała Joannę, koleżankę jeszcze ze szkoły. Joanna siedziała tuż obok okna, w modnym, jasnym płaszczyku i wyglądała na ulicę. Filiżanka czarnej kawy stała na blacie stolika tuż przed nią. Pewnie czeka na kogoś pomyślała Marta. Następna randka, ta dziewczyna pewnie nigdy nie zmądrzeje. Zatrzymała się przed szybą, tuż na wprost Joanny i pomachała ręką. Tamta nawet nie zareagowała.
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Na Rozdrożu
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: