Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00337 006176 13602465 na godz. na dobę w sumie
Na królewskim dworze - ebook/pdf
Na królewskim dworze - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 265
Wydawca: Harlequin Polska Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-238-8510-8 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Anglia, XVI wiek Zakochana pierwszą młodzieńczą miłością, lady Rosamund niezbyt chętnie wypełnia wolę rodziców, którzy w służbie dla królowej Elżbiety I upatrują szansy na pomyślną przyszłość córki. Nie może jednak odmówić przyjęcia zaszczytnej roli dwórki angielskiej monarchini i zimą 1564 roku opuszcza dom. W królewskiej rezydencji trafia na obchody świąt Bożego Narodzenia; nadchodzący sylwester i karnawał zapowiadają się równie hucznie. W ferworze zabaw piękna Rosamund szybko zapomina o zostawionym w rodzinnych stronach ukochanym. Wkrótce ulega fascynacji Antonem Gustavsonem, szwedzkim dyplomą, w imieniu króla Szwecji starającym się o rękę Elżbiety I. Rodzące się silne wzajemne uczucie zostaje poddane trudnym próbom na skutek dworskich intryg i spisków.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Amanda McCabe Na królewskim dworze Tłumaczył Michał Jankowski Tytuł oryginału: The Winter Queen Pierwsze wydanie: Mills Boon Historical Romance, 2009 Redaktor serii: Barbara Syczewska-Olszewska Opracowanie redakcyjne: Krystyna Barchańska-Wardęcka Korekta: Marianna Chałupczak ã 2009 by Ammanda McCabe ã for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2012 Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie. Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Znak firmowy Wydawnictwa Harlequin i znak serii Harlequin Romans Historyczny są zastrzeżone. Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25 Skład i łamanie: COMPTEXTÒ, Warszawa ISBN 978-83-238-8510-8 ROMANS HISTORYCZNY – 344 Rozdział pierwszy Grudzień 1564 roku ...żywimy głęboką nadzieję, że na królewskim dworze sama pożałujesz swoich czynów i uraduje cię w końcu fakt, iż uniknęłaś tego marnego związku. Królowa uczyniła na- szej rodzinie wielki zaszczyt, przyjmując cię jako damę dworu. Masz szansę przywrócić cześć sobie i naszemu na- zwisku, służąc Jej Wysokości. Odkryć, co naprawdę uczyni cię szczęśliwą. Nie zawiedź królowej ani nas. Lady Rosamund Ramsay zmięła list od ojca i opadła na rozkołysane oparcie fotela konnej lektyki. Gdybyż mogła równie łatwo zmiąć i wyrzucić te słowa z pamięci! Zapom- nieć o wszystkim, co zaszło w czasie tych słodkich, gorą- cych dni lata. Naprawdę minęło dopiero kilka miesięcy? Zdawały się latami, długimi latami, które z radosnej dzie- więtnastolatki przemieniły ją w jakąś zmęczoną, zrezyg- nowaną, chyba bardzo starą kobietę, niepewną siebie i swo- ich pragnień. Rosamund zadrżała, wrzucając zgnieciony w kulkę list do ozdobionej haftami torebki. Mocniej przycisnęła stopy do grzejnika, który już dawno ostygł. Węgle nawet się nie 6 Amanda McCabe żarzyły. Nasunęło jej to myśl o Richardzie. O pocałunkach pod osłoną zielonych, kwitnących żywopłotów. O jego uczuciu. A przecież, kiedy rodzice ich rozdzielili, nawet nie spróbował zobaczyć się z nią w jakimś sekretnym miej- scu. Po prostu zniknął i już! A teraz musiała opuścić Ramsey Castle, wyprawiona z domu, żeby służyć królowej. Bez wątpienia rodzice liczą na to, że kipiący życiem dwór pochłonie jej uwagę i od- wróci myśli od Richarda. Uważają, że pod opieką królowej Elżbiety oraz dzięki pięknym, nowym sukniom, w jakie wyposażyli ją na drogę, Rosamund znajdzie inną partię. Lepszą, odpowiednią do nazwiska i fortuny Ramseyów. Ich zdaniem, w oczach takiej młodej, niedoświadczonej damy jak ona każde przystojne męskie oblicze jest równie godne zainteresowania jak oblicze ukochanego Richarda. Ale sła- bo ją znają. Sądzą, że jest nieśmiałą szarą myszką. Ona zaś, kiedy czegoś pragnie, potrafi być lwicą. Gdyby tylko wie- działa czego... Rosamund rozsunęła zasłony w oknie lektyki. Świat po- za wąskim, oszronionym traktem był światem nagich jak szkielety drzew, wyciągających kościste gałęzie ku stalo- woszaremu niebu. Na szczęście nie padał już śnieg, choć drogę okalały pokaźne zaspy. Rodzicom tak pilno było wysłać ją na dwór, że uczynili to zaraz po otrzymaniu listu od królowej, czyli w samym środku ostrej zimy. Dotkliwe uczucie chłodu wzmagał jeszcze targający bez- listnymi drzewami porywisty wiatr. Eskortujący Rosamund uzbrojeni jeźdźcy w milczeniu kulili się w swoich pelery- nach. Od czasu nocnego postoju w gospodzie ani od nich, ani od swojej pokojówki Jane, podróżującej w dwukółce wraz z bagażem, nie usłyszała jednego słowa. Wyglądało na to, że ktoś się odezwie, dopiero kiedy wreszcie dotrą do Londynu. Na królewskim dworze 7 Londyn. Wydawał się nieosiągalnym celem, a pałac Whitehall, porządnie ogrzany kominkami, był tylko jakimś majakiem, tak jak minionym snem wydawała się teraz przytulna gospoda, w której spędzili noc. Jedyną rzeczywi- stością pozostawała ta irytująca wyboista droga, ścięte mrozem błoto oraz zimno przenikające podbitą futrem pe- lerynę i wełnianą suknię, jakby obie były zrobione z cien- kiej bibułki. Rosamund ogarnął smutek z powodu poczucia osamot- nienia. Straciła rodziców i dom, straciła Richarda i to, co brała za miłość. Nie miała nikogo i musiała rozpocząć no- we życie w miejscu, o którym niewiele wiedziała. Jeśli tam by zawiodła, chyba już nigdy nie odważyłaby się wrócić do rodzinnego domu. Wciągnęła głęboko w płuca mroźne powietrze i wypros- towała ramiona. Jest przecież z Ramseyów, a ci się nie poddają! Przeżyli bez szwanku zmienne koleje losu za pię- ciu monarchów z dynastii Tudorów, zachowali tytuł i wspa- niały majątek, co dobitnie świadczyło o ich zdolności prze- trwania. Z pewnością ona, Rosamund Ramsey, nie wpadnie na królewskim dworze w żadne nowe uczuciowe tarapaty. Być może Richard przybędzie jej wkrótce na ratunek, dowiedzie swojej miłości. Potrzebują tylko pomysłu, jak przekonać rodziców, że jednak stanowi dla niej odpowied- nią partię. Wychyliła się nieco z lektyki i zerknęła na dudniącą z tyłu dwukółkę. Pokojówka Jane siedziała wysoko, pomię- dzy kuframi. Z poszarzałą twarzą sprawiała wrażenie cier- piącej z głodu i zimna. Od wyruszenia z gospody minęło już wiele godzin i nawet Rosamund, mimo futra i podu- szek, czuła, że jest sztywna i obolała. Zganiła się w duchu za samolubność i pokazała gestem dowódcy straży, że mają się na moment zatrzymać. 8 Amanda McCabe Jane zeskoczyła z dwukółki, żeby pomóc jej wysiąść. – Och, milady! – wydyszała. – Przemarzła pani! To nie jest pogoda dla ludzi, bez wątpienia! – W porządku – rzuciła uspokajająco Rosamund. – Wkrótce dotrzemy do Londynu, a przecież chyba nikt nie dysponuje cieplejszym domem i bardziej suto zastawio- nym stołem niż królowa? Tylko pomyśl. Huczący ogień. Pyszne pieczenie. Wino i słodycze. Czysta pościel, pucho- we kołdry i grube zasłony. Jane westchnęła. – Jeśli tylko tego dożyjemy, milady. Każda zima jest straszna. Ale gorszej od tegorocznej nie pamiętam. Rosamund zostawiła pokojówkę, układającą jej podusz- ki w lektyce, i poszła w kierunku gęstej kępy drzew przy drodze. Powiedziała Jane, że musi odejść za potrzebą, ale pragnęła tylko chwili spokoju, możliwości postania na nie- ruchomej ziemi, bez nieustannego kołysania tej przeklętej lektyki. Niemal pożałowała, że opuściła drogę, kiedy jej buty utonęły w śniegu i poślizgnęła się na zamarzniętej kałuży. Drzewa, choć nagie i szare, rosły tak gęsto, że straciła z oczu swoją lektykę. Gałęzie zdawały się zamykać wokół niej jak jakiś magiczny gąszcz z baśni. Nagle znalazła się zupełnie sama w nowym, dziwnym świecie. I znikąd żad- nego dzielnego księcia, który pospieszyłby jej na ratunek. Rosamund zsunęła kaptur i potrząsnęła głową, uwalnia- jąc jasne, popielate włosy spod włóczkowego czepka. Opad- ły na ramiona gęstą kaskadą, ale natychmiast uniósł je w górę podmuch wiatru. Zwróciła twarz ku niebu, ku kłębia- stym szarym chmurom. Już wkrótce zgiełk Londynu roze- drze tę błogosławioną ciszę. Nie usłyszy tam nawet włas- nych myśli, nie mówiąc już o szumie wiatru i poskrzypywa- niu gałęzi... I o śmiechu... Na królewskim dworze 9 Śmiech? Skąd tu śmiech? Rosamund zmarszczyła brwi, nasłuchiwała. Czy naprawdę wkroczyła w świat baśni, sły- szała leśne duchy? O, znowu. Śmiech i głosy. Także ludz- kie, nie tylko szepty wróżek wśród zawodzenia wichru. Nadal pozostając pod działaniem baśniowego uroku, po- spieszyła w kierunku tych wesołych, wabiących dźwięków. Nieoczekiwanie wyłoniła się z lasu. Na małej polanie ujrzała nagle scenę jakby z innego świata, innego życia. Zobaczyła krąg lśniącego srebrzyście lodu. Chyba był to zamarznięty staw. Na brzegu płonęło ognisko. Czerwona- we, złociste płomienie słały ku niebu wonny dym, nawet z oddali ogrzewały zmarznięte policzki Rosamund. Przy ogniu stali jacyś ludzie, było ich czworo. Dwóch mężczyzn i dwie damy, wszyscy bogato odziani w piękne aksamity i eleganckie futra. W blasku płomieni toczyli ży- wą rozmowę i wybuchali śmiechem, wznosili kielichy z wi- nem, piekli na rożnach kawałki mięsiwa. A na samym środ- ku zamarzniętego stawu trzeci mężczyzna zataczał ślizgiem zgrabne pętle. Rosamund obserwowała go zdumiona. Jego szczupłe ciało, chronione przed zimnem tylko czarnym, aksamitnym kaftanem i skórzanymi bryczesami, wirowało coraz szyb- ciej. Stanowił teraz ciemną plamę na lśniącym lodzie, poru- szającą się tak szybko, że ludzkie oko ledwie mogło za nią nadążyć. Patrzyła jak zahipnotyzowana, kiedy zwolnił, aż wreszcie znieruchomiał i stanął na środku stawu. Wyglądał jak posąg jakiegoś zimowego bożka. Przyroda także znieruchomiała. Zimny, porywisty wiatr zamarł, a płynące z nim chmury zawisły nad polaną. – Anton! – zawołała jedna z dam, głośno klaszcząc w dłonie. – To było wspaniałe! Mężczyzna na lodzie wykonał misterny ukłon i łagod- nymi meandrami ruszył do brzegu. 10 Amanda McCabe – Tak, Anton jest wspaniały – potwierdził mężczyzna przy ognisku. Mówił z silnym obcym akcentem. – Wspa- niały jak paw, który musi rozłożyć przed damami swoje jarmarczne pióra. Łyżwiarz wybuchnął śmiechem. Usiadł na pniu, żeby odpiąć łyżwy, a kosmyk czarnych jak atrament włosów opadł mu na czoło. – Chyba usłyszałem nutę zazdrości, Johan – odpowiedział głębokim głosem z melodyjną intonacją tego samego obcego akcentu. Po popisach na lodzie nie był nawet zdyszany. Johan szyderczo prychnął. – O co miałbym być zazdrosny? O te twoje małpie wy- głupy na łyżwach? Niespecjalnie! – Och, jestem pewna, że Anton potrafi nie tylko jeździć na łyżwach – zagruchała jedna z pań. Napełniła kielich winem i podała go łyżwiarzowi, a jej wytworna aksamitna suknia zafalowała. Kobieta była wysoka i uderzająco pięk- na. Jej ciemne rude włosy kontrastowały z bielą śniegu. – Czyż nie tak? – W Sztokholmie dżentelmeni nigdy nie kwestionują słów dam, lady Essex – odparł. Wstał z pnia, żeby przyjąć kielich, po czym posłał ko- biecie uśmiech znad jego złoconej krawędzi. – Jakie jeszcze zalety mają dżentelmeni ze Sztokhol- mu? – spytała zalotnie. Anton głośno się roześmiał. Wypił wino, mocno prze- chylając do tyłu głowę. Rosamund uznała, że jest wybitnie przystojny. Wcale nie przypominał pawia, co więcej, jego prosty strój wykluczał takie porównanie. Prawie wcale nie nosił biżuterii, miał tylko w jednym uchu kolczyk z perłą. Nie przypominał też typowego Anglika, jakim był Richard, rumianego, muskularnego blondyna. Jego uroda miała w sobie coś egzotycznego. Na królewskim dworze 11 Był dość wysoki i szczupły jak trzcina, niewątpliwie wskutek częstego wykonywania ewolucji na lodzie. Włosy, czarne jak skrzydło kruka, opadały niesfornymi falami wo- kół twarzy i zatrzymywały się dopiero na wysokim kołnie- rzu kaftana. Odrzucił je niecierpliwym ruchem do tyłu, od- słaniając wysokie, ostro zarysowane kości policzkowe i ciemne, błyszczące oczy. Oczy te nagle rozszerzyły się na widok Rosamund, wpa- trzonej w niego z cielęcym zachwytem, pasującym raczej do nieśmiałej wiejskiej dziewczyny niż do przyszłej damy dworu. Mężczyzna postawił na ziemi pusty kielich i ruszył w jej kierunku, płynnie i zręcznie jak kot. Miała ochotę uciec, okręcić się na pięcie i pobiec w las, jednak stopy jakby wrosły jej w ziemię. Nie mogła drgnąć, nie mogła nawet odwrócić spojrzenia. – Proszę, proszę – rzekł z uśmiechem podnoszącym do góry prawy kącik jego zmysłowych ust. – A kogo my tu mamy? Rosamund, zaskoczona, czując się potwornie głupio, zdołała w końcu wykonać w tył zwrot i zbiec. Gromki śmiech Antona ścigał ją przez całą drogę, aż do bezpiecznego wnętrza lektyki. Rozdział drugi – Już naprawdę niedaleko, lady Rosamund – oznajmił dowódca eskorty. – Londyn jest tam, przed nami. Rosamund powoli opuszczało otępienie, mglisty stan, w który zapadła, zbliżony do snu, stan wywołany chłodem i zmęczeniem, a przede wszystkim myślami o tajemniczym Antonie, tym egzotycznym mężczyźnie z innego świata, nieludzko przystojnym i pełnym wdzięku i gracji, kiedy wirował na lodzie. Czy naprawdę go widziała? A może tylko uległa złudzeniu? Tak czy inaczej, zachowała się jak jakiś półgłówek. Uciekła niczym spłoszony zając... I dlaczego? Ze strachu? Tak, a raczej z obawy przed rzucanym na nią przez tego mężczyznę dziwnym urokiem. Popełniła błąd z Richar- dem, który też ją zauroczył od pierwszego wejrzenia, i nie chciała tej pomyłki powtórzyć z kolejnym mężczyzną. – Głupia dziewczyna – mruknęła zirytowana pod swo- im adresem. – Królowa Elżbieta prędko odeśle taką strach- liwą dwórkę do domu. Rozsunęła zasłony lektyki i znów ujrzała szary dzień. W czasie, kiedy rozmyślała, na wpół drzemiąc, zostawili za sobą wiejską pustkę i wkroczyli w nowy świat. Pulsujący życiem, hałaśliwy świat Londynu. Gdy minęli bramę miasta, wtopili się w szeroką rzekę Na królewskim dworze 13 ludzi spieszących w różnych kierunkach, każdy w swoich sprawach. Wózki, karety, konie i muły hałaśliwie porusza- ły się na pokrytych szronem kamieniach bruku, a obok nich deptali piesi. Ich krzyki, nawoływania i stukot kopyt koń- skich, wszystko to razem tworzyło jedną ogłuszającą kako- fonię. Rosamund odwiedziła Londyn tylko raz, jako dziecko. Rodzice woleli wieś, a przy tych nielicznych okazjach, kie- dy ojciec musiał się stawić na dworze, zawsze wyruszał sam. Opowiadano jej, rzecz jasna, o zwyczajach panują- cych na kosmopolitycznym dworze królowej Elżbiety, o obowiązującej tam modzie, często organizowanych tań- cach, ciągłym konwersowaniu na różne tematy i stale roz- brzmiewającej muzyce. Jednak Rosamund, podobnie jak jej rodzice, przede wszystkim lubiła wieś. Ceniła ciszę dłu- gich dni, kiedy mogła bez przeszkód czytać i rozmyślać. Kontrast hałaśliwych londyńskich ulic ze spokojnymi dróżkami i gajami, gdzie w uszach rozbrzmiewał tylko śpiew ptaków, wzbudzał w niej jednak ciekawość. Rosa- mund z fascynacją obserwowała otoczenie. Postępowali powoli wąskimi uliczkami. Blade światło dnia słabło tu jeszcze bardziej, niebo odcinane było od zie- mi wysokimi, posadowionymi ciasno domami o konstruk- cji ryglowej, zwieńczonymi spadzistymi dachami. Mijali liczne otwarte sklepy z wystawami i ladami, na których piętrzyły się piękne wyroby. Rosamund podziwiała wstąż- ki i rękawiczki, złotą i srebrną biżuterię, a oprawne w skórę piękne książki kusiły ją najbardziej, ich kolory i połysk rozświetlały mrok. Ale w końcu wszystkie te wspaniałe wystawy zostawały z tyłu, a oni mozolnie posuwali się do przodu. Ale ten smród! Doprawdy był nie do wytrzymania! Rosamund przycisnęła obszyty futrem rąbek peleryny do 14 Amanda McCabe nosa. Oczy zaszły jej łzami, gdy spróbowała wziąć głębszy oddech. Mróz miał swoje dobre strony. Rynsztok pośrodku ulicy niemal zamarzł, tworząc obrzydliwą kompozycję szronu, lodu i nieczystości. Dochodziły do tego zapachy wydzielane przez zgniłe warzywa, koński nawóz i zawar- tość opróżnianych wprost z okien wiader z odpadami, wśród których dominowały pozostałości pieczonych mięs, pocukrzonych orzechów i cydru. Wszystko to przenikał na dodatek gryzący zapach dymu z kominów. Poprzedni rok był rokiem strasznej zarazy, wnioskując jednak z tłumów na ulicach, mieszkańców Londynu choroba raczej nie zdziesiątkowała. Ludzie podążali w swoich spra- wach, rozpychali się w ciżbie, ślizgali na bruku i zdradliwym zamarzniętym błocie. Zdawali się zbyt zaaferowani albo zmarznięci, by zwracać uwagę na jakiegoś zakutego w dyby nieszczęśnika, którego orszak Rosamund właśnie mijał. Kilku żebraków w łachmanach przecisnęło się do lek- tyki, jednak eskorta szybko ich odepchnęła. – Trzymać się z daleka, obwiesie! – warknął groźnie dowódca. – To dama dworu. Dama dworu, a gapi się jak wieśniaczka. Rosamund, zawstydzona, gwałtownie cofnęła głowę i opadła na opar- cie. Uświadomiła sobie nagle, dlaczego tu jest. Nie po to, by pochłaniać wzrokiem ludzi i sklepy, lecz aby podjąć obowiązki na dworze. Pałac Whitehall przybliżał się z każ- dym stuknięciem końskich kopyt. Wydobyła z torebki lusterko i przeszył ją dreszcz prze- rażenia. Włosy, te piękne srebrzyste, lecz wiecznie niesfor- ne loki, wypadły spod czepka. Po swojej niefortunnej wy- prawie do lasu upchnęła je pospiesznie i oto skutek! Po- liczki jasnoróżowe z zimna, niebieskie oczy z sinymi obwódkami po wielu bezsennych nocach. Bardziej niż da- mę przypominała czarownicę z lasu! Na królewskim dworze 15 – Nadzieja rodziców, że znajdę na dworze wspaniałą partię, z pewnością spełznie na niczym – mruknęła do sie- bie przygnębiona. Uporządkowała fryzurę na tyle, na ile zdołała, nałożyła na czepek aksamitny kapelusz z piórem i wygładziła fałdy rękawiczek na nadgarstkach. Po tych zabiegach znów wyj- rzała na zewnątrz. Zostawili już za sobą najbardziej zatło- czoną część miasta i wreszcie zbliżali się do Whitehall. Większa część tego ogromnego kompleksu budowli po- zostawała poza polem widzenia, ukryta za murami i fron- towymi galeriami. Rosamund wiedziała jednak, co jest da- lej, głównie z książek i opowieści ojca – wielkie sale ban- kietowe, tajemnicze komnaty, piękne ogrody z labirynta- mi, fontanny i wypielęgnowane rabaty. I bacznie wszystko obserwujący, nieustannie plotkujący dworzanie w wytwor- nych strojach. Wzięła głęboki oddech, żeby uspokoić łaskotanie w żo- łądku. Zamknęła oczy, skupiając myśli na Richardzie, na wszystkim z wyjątkiem tego, co ją czekało za tymi murami. – Milady? – usłyszała głos dowódcy eskorty. – Jesteś- my na miejscu. Otworzyła oczy. Czekał przy znieruchomiałej lektyce, a Jane stała o krok za nim. Rosamund pochyliła głowę i wy- ciągnęła rękę, żeby pomógł jej wysiąść. Przez chwilę odnosiła wrażenie, że ziemia kołysze się pod stopami; płyty chodnika były nieco chwiejne. Tutaj, u podnóża schodów prowadzących z wąskiej alei w parku St James do krańca przecinającej pałac długiej Privy Gal- lery, panował jeszcze większy chłód. Brakowało stłoczo- nych ludzi i budynków, które stwarzałyby choćby wrażenie ciepła. Nic, tylko połacie cegły i kamienia oraz wyniosłe schody. Również fetor wyraźnie zelżał, w mroźnym powietrzu 16 Amanda McCabe wyczuwała już niemal wyłącznie zapach dymu. Należało się cieszyć choćby z tego. – Och, milady! – wykrzyknęła Jane, wygładzając strój swojej pani. – Cała peleryna pognieciona! – To bez znaczenia, Jane – odpowiedziała. – Odbyliś- my bardzo długą podróż. Nikt nie oczekuje, że będę wy- strojona jak na bal. Przynajmniej żywiła taką nadzieję. Nie miała w gruncie rzeczy pojęcia, czego można się spodziewać w takim miej- scu. Odkąd ujrzała wirującego na lodzie Antona, czuła, że wkracza coraz głębiej w jakieś nowe, dziwne życie, które- go nie rozumie. Odgłos stąpania po kamiennych płytach sprawił, że uniosła głowę. Od szczytu schodów zmierzała ku niej jakaś dama. Z pewnością nie mogła być to służąca, ponieważ jej ciemnozielona wełniana suknia z żółtym żabotem była na to zbyt elegancka. Brązowe włosy z siwymi pasmami przy- trzymywał zielony czepek. Oczy w bladej twarzy z licz- nymi zmarszczkami spoglądały z wyrazem nieufnej czuj- ności, normalnej u kogoś, kto od dawna mieszka na królew- skim dworze. Ja też powinnam być taka, pomyślała Rosamund. Nie- ufna i czujna. Mimo że spędziła całe dotychczasowe życie na spokojnej, przyjaznej ludziom wsi, to jednak doskonale zdawała sobie sprawę, że dworskie życie jest pełne zdra- dzieckich pułapek. – Lady Rosamund Ramsay? – zapytała kobieta. – Na- zywam się Blanche Parry. Jestem drugą osobistą damą dworu Jej Królewskiej Mości. Witam w Whitehall. Pani Parry dźwigała przytroczony do pasa pęk wypole- rowanych kluczy. Rosamund słyszała, że Blanche Parry pełni tak naprawdę funkcję pierwszej damy dworu, gdyż Kat Ashley, oficjalna posiadaczka tego tytułu, jest stara Na królewskim dworze 17 i schorowana. Panie Ashley i Parry towarzyszyły królowej od jej dzieciństwa. Musiały wiedzieć o wszystkim, co dzia- ło się na dworze. I z pewnością nie byłoby dobrze popaść w ich niełaskę. Rosamund dygnęła, mając nadzieję, że zmęczone nogi jej nie zawiodą. – Jak się pani ma, pani Parry? Pobyt tutaj to dla mnie wielki zaszczyt. Blade usta Blanche Parry wykrzywił nieznaczny cierpki uśmiech. – Tak, z pewnością, choć obawiam się, że już wkrótce pani w to zwątpi. Mamy dla pani mnóstwo zajęć, lady Ro- samund. Przed nami obchody świąt Bożego Narodzenia, a królowa poleciła, by w tym roku nie pominąć żadnych przygotowań do tradycyjnych uroczystości. – Lubię Boże Narodzenie, pani Parry – odparła Rosa- mund. – Pragnę jak najszybciej zacząć służyć jej Królew- skiej Mości. – Doskonale. Mam panią od razu do niej zaprowadzić. – Od razu? – powtórzyła Rosamund. Miała stanąć przed obliczem królowej w ubraniu wy- miętym po podróży? Zerknęła na najwidoczniej równie przerażoną Jane. Całymi tygodniami planowały, jaką suk- nię Rosamund włoży z okazji przedstawienia jej królowej Elżbiecie. Pani Parry uniosła brwi. – Jak już wspomniałam, lady Rosamund, w tym roku mamy wiele pracy. Jej Wysokość chce, żeby rozpoczęła pani służbę od razu. – O... oczywiście, pani Parry. Wedle życzenia Jej Kró- lewskiej Mości. Pani Parry skinęła głową i odwróciła się w kierunku schodów. 18 Amanda McCabe – Proszę za mną – poleciła. – Oczywiście ktoś zajmie się pani służącą. Rosamund posłała Jane uspokajające spojrzenie i ruszy- ła za panią Parry. Ta część galerii okazała się prosta w stylu i cicha, ciemne draperie na ścianach tłumiły dźwięki zarów- no z zewnątrz, jak i z wnętrza. Minęło je kilka osób, jed- nak w oczywisty sposób zaabsorbowane swoimi zadaniami, nie zwróciły na nią uwagi. Przecięły drogę między zwieńczonymi blankami wieża- mi Holbein Gate i znalazły się we właściwym pałacu. No- we szerokie okna wychodziły na wyłożony płytami, a obec- nie przyprószony śniegiem dziedziniec. Niebiesko-złote łukowe sklepienie lśniło, rozjaśniając ciepło szary dzień, a bogato tkany dywan ogrzewał posadzkę pod ich stopami, tłumiąc jednocześnie odgłos kroków. Rosamund nie wiedziała, na co najpierw kierować wzrok. Miała do wyboru dworzan – grupki osób w strojach z jaskrawego atłasu i lśniącego jak klejnoty aksamitu. Stali przy oknach, rozmawiali ściszonymi, łagodnymi głosami. Ich słowa i śmiech odbijały się od wyłożonych boazerią ścian jak szmer subtelnej muzyki. Zerkali z ciekawością na Rosamund, ona zaś życzliwie odwzajemniała ich spoj- rzenia, jednocześnie podziwiając po drodze niezliczone skarby. Mijała zwykłe w takim miejscu gobeliny i obrazy, portrety królowej i członków jej rodziny, jak również ho- lenderskie martwe natury przedstawiające kwiaty i owoce. Wzrok przyciągały także prezentowane w witrynach kurio- za zgromadzone przez licznych monarchów. Nakręcany zegar z Etiopczykiem na nosorożcu; popiersie Cezara i po- piersie Huna Attyli; kryształy i kamee. Mapa Anglii utkana przez jedną z wielu macoch królowej. I portret rodziny Henryka VIII we wnętrzu tej właśnie galerii, którą prze- mierzały. Na królewskim dworze 19 Rosamund nie miała czasu, żeby się temu wszystkiemu przyjrzeć. Pani Parry prowadziła ją już kolejnym koryta- rzem z szeregiem zamkniętych drzwi, cichych i ciemnych, zwłaszcza w kontraście do jasnej galerii. – Niektóre z dam dworu sypiają tutaj – wyjaśniła pani Parry. – Sypialnie pozostałych są niżej. Rosamund zerknęła w kierunku kwater, w których miała zamieszkać, i podążyła za przewodniczką następ- nym korytarzem. Nie miała pojęcia, jak zdoła w pałacu nie zabłądzić! Znów zobaczyła ludzi i usłyszała głosy. Wytwornie odziani dworzanie, strażnicy w królewskich barwach – czerwonej i złotej – służący z pakunkami i ta- cami. – Jesteśmy już przy prywatnych apartamentach królo- wej – poinformowała pani Parry, odpowiadając skinie- niem głowy na ukłony mijających je osób. – Jeśli Jej Wy- sokość wyśle panią w ciągu dnia do kogoś z wiadomością, prawdopodobnie znajdzie pani adresata tutaj, w Privy Chamber*. Rosamund omiotła wzrokiem tłum. Widziała ludzi gra- jących w karty przy stolikach ustawionych wzdłuż obitych tkaniną ścian albo tylko gawędzących, najwyraźniej bez- troskich i nieobarczonych żadnymi zajęciami. Ich spoj- rzenia były jednak bystre, nie pomijały niczego. – Skąd będę wiedziała, kto jest kim? – szepnęła nie- śmiało. Pani Parry się zaśmiała. – Och, proszę mi wierzyć, lady Rosamund, bardzo szybko się pani nauczy. Z następnej komnaty wyłonił się wysoki, choć nieco przygarbiony mężczyzna o ciemnych włosach, w olśniewa- * Privy Chamber (ang.) – Królewska Izba (przyp. red.). 20 Amanda McCabe jącym atłasowym kaftanie w kolorze pawiego błękitu. Spo- jrzenie jego czarnych, płonących oczu nie spoczęło na ni- kim, a jednak wszyscy prędko ustępowali mu z drogi. – To pierwsza osoba, którą musi pani znać, lady Rosa- mund – pouczyła pani Parry. – Hrabia Leicester. Dopiero od jesieni nosi ten tytuł... – Hrabia Leicester? Naprawdę? – Rosamund zerknęła ukradkiem przez ramię. A więc to jest ten osławiony Robert Dudley! Ulubieniec królowej. Najpotężniejsza postać na dworze. – Zauważyłam, że nie sprawiał wrażenia zbyt ra- dosnego... Pani Parry ze smutkiem pokręciła głową. – To wspaniały dżentelmen, lady Rosamund, ma jed- nak ostatnio wiele zmartwień. – Tak? – Myślała, że ten człowiek otrząsnął się już po śmierci żony w dziwnych okolicznościach. Ale cóż, kogoś tak wyniosłego i ambitnego jak Robert Dudley zapewne zawsze coś niepokoi. – Na przykład...? – Jestem pewna, że wkrótce sama pani o tym usły- szy – odpowiedziała surowo pani Parry. – Ruszajmy. Rosamund opuściła za nią zatłoczoną Privy Chamber. Przecięły mniejszą salę z instrumentami muzycznymi i znalazły się w pomieszczeniu w oczywisty sposób prze- znaczonym do spożywania posiłków. Piękne rzeźbione sto- ły i obite tapicerką krzesła ustawiono wzdłuż pokrytych ciemną boazerią ścian. Ich rząd przerywały bufety ze ster- tami czystych talerzy. Rosamund zauważyła jeszcze po drodze pokój ekscytująco wypełniony książkami, została jednak poprowadzona dalej, przez Presence Chamber* – do sypialni królowej. * Presence Chamber (ang.) – Izba Obecności (przyp. red.). Na królewskim dworze 21 Nerwy, uśpione w obliczu wspaniałości, jakie było jej dane ujrzeć, dały teraz o sobie znać ze zdwojoną siłą. Ścis- nęła mocno kraj peleryny, modliła się w duchu, żeby nie zemdleć. Komnata nie była duża, za to dość ciemna. Ciężkie dra- perie z czerwonego aksamitu pozostawały odciągnięte tak, że odsłaniały jedyne, wielodzielne okno. Na kamiennym palenisku płonął ogień, rzucając wokół pomarańczową po- światę. W pomieszczeniu dominowało rzecz jasna łoże – osa- dzona na postumencie, rzeźbiona konstrukcja z różnych rodzajów drewna tworzących złożone wzory z intarsji – a na łożu piętrzyły się aksamitne i atłasowe narzuty i pod- główki. Draperie z czarnego aksamitu i złocistego brokatu odsunięto i przewiązano grubymi złotymi sznurami. Na to- aletce nieopodal okna błyszczały buteleczki i słoiki z we- neckiego szkła. Obok stała zamknięta lakierowana szafka. W sypialni było też kilka krzeseł i pufów, wszystkie zajęte przez damy w czarnych, białych, złotych i zielonych sukniach. Czytały albo wyszywały w milczeniu, uniosły jednak z zaciekawieniem głowy, gdy do pokoju wkroczyła Rosamund. Przy oknie, przy małym biurku, zajęta pisaniem siedziała osoba, która nie mogła być nikim innym, tylko samą królową Elżbietą. W wieku trzydziestu lat, w szóstym roku panowa- nia, nie można jej było z nikim pomylić. Rude włosy o złoci- stym połysku, spięte pod czerwonym czepkiem ze zdobione- go perłami aksamitu, lśniły w posępnym świetle dnia niczym słońce o zachodzie. Królowa wyglądała tak, jak na swoich portretach: jasna skóra i spiczasty podbródek, usta przypo- minające pączek róży. Obrazy jednak, chłodne i zdystanso- wane, nie oddawały ani aury energii, jaka otaczała monar- chinię, ani płonącego w jej ciemnych oczach światła. 22 Amanda McCabe Tych samych oczach, które uśmiechały się z portretu Anne Boleyn zawieszonego na ścianie po prawej stronie łóżka. Królowa Elżbieta uniosła wzrok, a pióro w jej ręku znie- ruchomiało. – Z pewnością lady Rosamund – rzuciła głębokim, au- torytatywnym głosem. – Oczekiwaliśmy pani przybycia. – Wasza Wysokość. – Rosamund nisko dygnęła. Stwier- dziła z ulgą, że jej słowa wypłynęły gładko i spokojnie, po- mimo nagle wyschniętego gardła. – Moi rodzice przesyłają najpokorniejsze pozdrowienia. Wszyscy uważamy służbę dla Waszej Wysokości za najwyższy honor. Elżbieta skinęła głową i uniosła się powoli zza biurka. Miała na sobie suknię i narzuconą na wierzch luźną, pur- purowo-złocistą szatę. Ponieważ dzień był chłodny, obszy- ty futrem kołnierz ściągała perłowa brosza. Wyciągnęła upierścienioną rękę i Rosamund dostrzegła, że królowa ma palce pobrudzone atramentem. Przyklękła i pocałowała tę dłoń. Kiedy stanęła prosto, Elżbieta przyciągnęła ją bliżej do siebie. Rosamund poczu- ła czysty zapach lawendowego mydła, bukieciku zapacho- wego kwiatów, który dostrzegła u jej boku, oraz słodkich cukierków do ssania. Natychmiast przypomniała sobie, że sama jest brudna po podróży. – Bardzo nas cieszy pani obecność na dworze, lady Ro- samund – oświadczyła królowa, uważnie się jej przypat- rując. – Niedawno straciliśmy niestety niektóre nasze da- my, a zbliża się Boże Narodzenie. Mamy nadzieję, że chęt- nie pomoże nam pani w przygotowaniach. – Oczywiście, Wasza Wysokość – odparła. – Zawsze lubiłam święta. – Miło to usłyszeć – odpowiedziała Elżbieta. – Moja droga Kat Ashley nie cieszy się dobrym zdrowiem i ostat- Na królewskim dworze 23 nio pogrąża się coraz głębiej we wspomnieniach. Pragnę jej przypomnieć wesołą bożonarodzeniową atmosferę z cza- sów jej młodości. – Mam nadzieję, że na coś się przydam, Wasza Wyso- kość – rzekła dziewczyna. – Z pewnością. – Królowa puściła wreszcie ramię Ro- samund i wróciła do biurka. – Proszę mi zdradzić, lady Rosamund, czy chce pani wyjść za mąż? Jest pani bardzo ładna i młoda. Czy przybyła pani na mój dwór, żeby zna- leźć przystojnego męża? Jedna z obecnych dam gwałtownie wciągnęła powiet- rze, a w pokoju zapanowała jeszcze głębsza cisza. Rosa- mund pomyślała o Richardzie. I o jego najwyraźniej pus- tych obietnicach. – Nie, Wasza Wysokość – odpowiedziała zgodnie z prawdą. – Nie przyjechałam tu po to, żeby szukać męża. – Bardzo mnie to raduje – oświadczyła królowa Elż- bieta, wdzięcznie opierając dłoń na papierach. – Stan mał- żeński ma swoje zalety, ale nie chcę, by moje damy uważa- ły dwór za jakieś łowisko. Potrzebuję najwyższej lojalności i uczciwości, a brak tych cech pociąga za sobą konsekwen- cje, o czym przekonała się moja uparta kuzynka. Rosamund przełknęła ślinę. Przypomniała sobie historię Katherine Grey, o której pogłoska dotarła nawet do Ram- say Castle. Dama ta poślubiła potajemnie lorda Hertforda i ciężarna, została osadzona w Tower. Rosamund z pew- nością nie chciała skończyć tak jak ona! – Pragnę tylko służyć Waszej Wysokości – oświad- czyła. – Zaczniesz zatem jeszcze dzisiaj wieczorem – poin- formowała królowa. – Wydajemy przyjęcie na cześć szwedzkiej delegacji i zostaniesz włączona do mojego orszaku.
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Na królewskim dworze
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: