Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00208 004137 14991836 na godz. na dobę w sumie
Na ratunek damie - ebook/pdf
Na ratunek damie - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 472
Wydawca: BIS Sp. z o.o. Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-7551-364-6 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Pierwsza z cyklu książek o siostrach Cynster. Kobiety z rodu Cynsterów wychodzą za mąż z miłości. Takiego małżeństwa pragnie także Heather Cynster, nie może jednak natrafić na mężczyznę, który wzbudziłby w niej dreszcz uczucia. Uznawszy, że do tej pory obracała się w niewłaściwych kręgach, Heather wymyka się potajemnie na wieczorek w jednym z londyńskich salonów znanych z luźniejszej atmosfery. Niespodziewanie zostaje stamtąd porwana. Śladem tajemniczych porywaczy wyrusza wicehrabia Breckenridge. Czy okaże się bohaterem, o jakim marzyła Heather?

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Ty tuł ory gi na łu: Vi sco unt Brec ken rid ge to the Re scue Pro jekt okład ki: Be ata Ku le sza -Da ma ziak Zdję cie na okład ce: © kon rad bak z ser wi su Fo to lia.com Co py ri ght © Sa vdek Ma na ge ment Pro prie ta ry Ltd Pu bli shed by ar ran ge ment with Har per Col lins Pu bli shers Co py ri ght © for the Po lish trans la tion Wy daw nic two BIS 2013 Książ ka, któ rą na by łeś, jest dzie łem twór cy i wy daw cy. Pro si my, abyś prze strze gał praw, ja kie im przy słu gu ją. Jej za war tość mo żesz udo stęp nić nie od płat nie oso bom bli skim lub oso bi ście zna nym. Ale nie pu bli kuj jej w in ter ne cie. Je śli cy tu jesz jej frag men ty, nie zmie niaj ich tre ści i ko niecz nie za znacz, czy je to dzie ło. A ko piu jąc jej część, rób to je dy nie na uży tek oso bi sty. Sza nuj my cu dzą wła sność i pra wo. Wię cej na www.le gal na kul tu ra.pl Pol ska Izba Książ ki ISBN 978-83-7551-364-6 Wy daw nic two BIS ul. Lędz ka 44a 01-446 War sza wa tel. (22) 877-27-05, 877-40-33; fax (22) 837-10-84 e -ma il: bis bis@wy daw nic two bis.com.pl www.wy daw nic two bis.com.pl Pro log Lu ty 1829 W zam ku pa no wa ła ci sza. Za okna mi śnieg cięż kim ca łu nem po kry wał wzgó rza i do li ny, las i je zio ro. Sie dział w zbro jow ni, jed nej ze swych kry jó wek. Z po - chy lo ną gło wą, w sku pie niu czy ścił broń, uży tą wcze śniej te go dnia, gdy, ko rzy sta jąc z przej ścio wej po pra wy po go - dy, wraz z grup ką lu dzi wy pu ścił się nie co da lej. Upo lo - wa li dość zwie rzy ny, by za opa trzyć za mek w świe że mię - so na ty dzień al bo i dłu żej. Od czu wał z te go po wo du nie - ja ką sa tys fak cję. Przy naj mniej mię so po tra fił zdo być. Je go uszu do biegł od głos zde cy do wa nych kro ków. Ca - ła sa tys fak cja się ulot ni ła. Za stą pi ło ją… Nie umiał na - zwać tej burz li wej mie szan ki fu rii, fru stra cji i stra chu. Do sa li we szła je go mat ka. Nie uniósł gło wy. Za trzy ma ła się u koń ca głów ne go sto łu, przy któ rym sie dział. Czuł na so bie jej gniew ny wzrok, ale ze sto icy zmem kon ty nu ował skła da nie wy czysz czo nej bro ni. Zła ma ła się pierw sza. Pla snę ła dło nią w stół. – Przy się gnij! – syk nę ła, na chy la jąc się ku nie mu. – Przy się gnij, że to zro bisz, że po je dziesz na po łu dnie, ~ 5 ~ po rwiesz jed ną z sióstr Cyn ster i przy wie ziesz ją tu taj, że - bym mo gła do ko nać ze msty. Nie spie szył się z od po wie dzią. Opie sza ło ścią zwykł ma sko wać swą praw dzi wą na tu rę, aby jesz cze le piej kon - tro lo wać in nych. Jed nak że tym ra zem mat ka uknu ła in - try gę tak spraw nie, że wy mknę ła się spod je go kon tro li, a wręcz – sa ma go kon tro lo wa ła. To bo la ło. Nie mógł uwol nić my śli od gdy ba nia. Czy gdy by zwra - cał więk szą uwa gę na jej cha otycz ne wy po wie dzi, zdo łał - by wcze śniej się zo rien to wać, co ona knu je? Do sta tecz - nie szyb ko, aby się wmie szać i uciąć spra wę w za rod ku? Jed nak że by ła ta ka, od kąd pa mię tał – od kąd do rósł na ty le, by to za uwa żyć – peł na czar nych my śli, skry cie pa ła ją ca żą dzą ze msty. Oj ciec ni gdy jej nie przej rzał; uka zy wa ła mu za wsze słod ką twarz, ma skę, któ rą sku tecz nie za sła nia ła we - wnętrz ne roz go ry cze nie. Ży wił na dzie ję, że śmierć oj ca osu szy jej ser ce z czar nej go ry czy. Tym cza sem tru ci zna jesz cze wez bra ła, czy niąc co raz więk sze spu sto sze nie. Za nad to przy zwy cza ił się do jej wy rze kań; prze stał ich słu chać daw no te mu. A te raz im wszyst kim przyj dzie za to za pła cić. By ło już wszak że za póź no na ża le, a tym bar dziej na wza jem ne ob wi nia nie się. Pod niósł gło wę i przez chwi lę pa trzył mat ce w oczy, nie ujaw nia jąc żad nej z tar ga ją cych nim emo cji. Póź niej krót ko przy tak nął. – Tak, zro bię to. – Zmu sił się do wy po wie dze nia słów, któ re chcia ła usły szeć. – Przy wio zę tu jed ną z sióstr Cyn - ster, że byś mo gła do ko nać ze msty. Roz dział pierw szy Ma rzec 1829 Wa dham Gar dens, Lon dyn Le d wo He ather Cyn ster we szła do sa lo nu la dy Her - ford, po ję ła, że jej naj now szy plan zna le zie nia od po wied - nie go mę ża jest ska za ny na po raż kę. W da le kim na roż ni ku unio sła się gło wa o ciem nych wło sach, uło żo nych sta ran nie, zgod nie z naj now szą mo - dą. Prze ni kli we spoj rze nie orze cho wych oczu przy szpi li - ło He ather. – Do li cha! He ather od ru cho wo za ci snę ła zę by, ale za cho wa ła uśmiech na twa rzy i po to czy ła wzro kiem da lej, jak by nie od no to wa ła, że naj przy stoj niej szy męż czy zna w po miesz - cze niu in ten syw nie się w nią wpa tru je. Osa cza ły go aż trzy pięk ne da my, wy raź nie kon ku ru - jąc o je go uwa gę. He ather z ca łe go ser ca ży czy ła im po - wo dze nia i mo dli ła się, że by Brec ken rid ge roz sąd nie udał, iż jej nie spo strzegł. Ona na pew no za mie rza ła uda wać, że nie spo strze gła je go. Sta now czo wy rzu ci ła Brec ken rid ge’a z my śli i sku pi ła się znów na za dzi wia ją co licz nym tłu mie, ja ki sta wił się u la dy Her ford. Osza co wa ła moż li wo ści. ~ 7 ~ Go ście prze waż nie by li od niej star si – w każ dym ra zie mo gła to po wie dzieć o da mach. Część z nich zna ła, in - nych nie, zdzi wi ła by się jed nak, gdy by któ raś jesz cze z obec nych tu pań nie by ła mę żat ką. Al bo wdo wą. Al bo sta rą pan ną zde cy do wa nie bar dziej za awan so wa ną wie - kiem niż He ather. Wie czor ki te go ty pu sta no wi ły do me - nę do brze uro dzo nych, lecz znu dzo nych ma tron, po szu - ku ją cych to wa rzy stwa we sel sze go niż to, któ re ofia ro wa - li im spo ro zwy kle star si, sta tecz ni mę żo wie. Da my te nie by ły mo że, ści śle bio rąc, roz pust ne, nie mniej daw no utra ci ły nie win ność. Ja ko że wy peł ni ły już swój obo wią - zek, ob da rza jąc mę żów dzie dzi cem al bo na wet dwo ma, więk szość z nich li czy ła so bie wię cej niż owe dwa dzie ścia pięć lat, któ re mia ła na kar ku He ather. Wstęp ne roz po zna nie ka za ło jej przy pusz czać, że rów - nież obec ni w sa lo nie dżen tel me ni w więk szo ści są od niej za chę ca ją co star si. Wy glą da li prze waż nie na trzy - dzie ści kil ka lat, a wnio sku jąc z te go, jak się no si li – dro - go, mod nie i szy kow nie ubra ni, na wskroś wy twor ni – do - brze zro bi ła, czy niąc z wie czor ku la dy Her ford swój pierw szy przy sta nek, obie ra jąc go so bie za cel pierw szej eks pe dy cji po za eli tar ne gra ni ce sal ba lo wych, sa lo nów i ja dal ni wyż szych sfer. Przez la ta wła śnie w owych bar dziej wy ra fi no wa nych krę gach He ather po szu ki wa ła swe go bo ha te ra, męż czy zny, któ ry za wró cił by jej w gło wie i uniósł ją w mał żeń skie szczę ście – aż wresz cie do szła do wnio sku, że on się w nich nie ob ra ca. Licz ni dżen tel me ni z to wa rzy stwa, mi mo iż pod każ dym wzglę dem ide al ni kan dy da ci na mę żów, wo le - li trzy mać się z da la od uro czych mło dych ślicz no tek pa ra - du ją cych na mał żeń skim tar go wi sku. Za miast te go spę dza li wie czo ry w miej scach ta kich jak sa lon la dy Her ford, no ca - mi zaś od da wa li się re ali za cji roz ma itych pa sji – ha zar do wi i uga nia niu się za ko bie ta mi, by wy mie nić dwie z nich. Jej bo ha ter – He ather upar cie wie rzy ła w je go ist nie - nie – na le żał przy pusz czal nie do gro na owych bar dziej ~ 8 ~ nie uchwyt nych męż czyzn. Ja ko że w związ ku z tym wy da - wa ło się ma ło praw do po dob ne, iż sam do niej przyj dzie, uzna ła – po dłu gich i oży wio nych dys ku sjach z sio stra mi, Eli zą i An ge li ką – że to ona po win na przyjść do nie go. Na mie rzyć go i, je śli oka że się to ko niecz ne, za po lo - wać na nie go. Z mi łym uśmie chem zstą pi ła po płyt kich stop niach do głów nej czę ści sa lo nu. Nie daw no wy bu do wa na, do syć zbyt kow na re zy den cja la dy Her ford mie ści ła się na pół - noc od Prim ro se Hill, na ty le bli sko May fa ir, że da ło się do niej bez tru du do je chać, co sta no wi ło istot ny szcze - gół, gdyż He ather przy by ła tu sa ma. Wo la ła by mieć ko - goś do to wa rzy stwa, ale jej naj bar dziej praw do po dob - na współ kon spi ra tor ka, Eli za, je dy nie o rok młod sza i po dob nie jak He ather zde gu sto wa na nie do stat kiem ma te ria łu na bo ha te ra w ich ogra ni czo nych krę gach, nie mo gła te go sa me go wie czo ru wy mó wić się bó lem gło wy, wte dy bo wiem mat ka przej rza ła by pod stęp. Dla te go też Eli za uświet nia ła w tej chwi li swą obec no ścią sa lę ba lo - wą la dy Mon ta gue, pod czas gdy He ather, jak są dzo no, le ża ła bez piecz nie w łóż ku przy Do ver Stre et. Ema nu jąc spo ko jem i pew no ścią sie bie, He ather wśli - zgnę ła się w tłum. Przy cią ga ła nie la da uwa gę; choć uda - wa ła, że jest ich nie świa do ma, czu ła sza cu ją ce spoj rze - nia, ja kie śli zga ły się po ele ganc kiej je dwab nej suk ni bar - wy bursz ty nu, uro czo pod kre śla ją cej jej krą gło ści. Ta aku rat kre acja mia ła uwo dzi ciel ski de kolt i ma leń kie bu - fia ste rę kaw ki; po nie waż jak na tę po rę ro ku wie czór był wy jąt ko wo cie pły, a jej ka re ta cze ka ła na ze wnątrz, He - ather na rzu ci ła na sie bie jesz cze tyl ko pięk ny, tur ku so - wo -bursz ty no wy, je dwab ny szal, któ re go frędz le spły wa - ły z jej od sło nię tych ra mion, flir tu jąc z ma te rią suk ni. W tak za awan so wa nym wie ku mo gła po zwo lić so bie na no sze nie su kien na ty le śmia łych – choć wo kół wi dzia - ła też znacz nie od waż niej sze kre acje – by przy cią ga ły mę skie spoj rze nia. ~ 9 ~ Pe wien dżen tel men, sto sow nie znę co ny i odro bi nę zu - chwal szy od in nych tu obec nych, wy ła mał się z krę gu ota - cza ją ce go dwie da my i le ni wie za stą pił jej dro gę. Za trzy ma ła się, uno sząc dum nie brew. Uśmiech nął się i po kło nił z gra cją. – Pan na Cyn ster, jak mnie mam? – W isto cie, sir. A pan to? – Mi les Fur lo ugh, mo ja dro ga. – Wy pro sto waw szy się, po pa trzył jej w oczy. – Jest tu pa ni po raz pierw szy? – Tak. – Ro zej rza ła się, z roz my słem oka zu jąc pew - ność sie bie. Za mie rza ła sa ma do ko nać wy bo ru, nie zaś po zwo lić ko mu kol wiek się wy brać. – To wa rzy stwo wy da - je się na der oży wio ne. – Gwar nie zli czo nych roz mów mia ro wo na ra stał. Spoj rza ła znów na Mi le sa Fur lo ugha. – Za wsze pa nu je tu ta ka at mos fe ra? Usta męż czy zny wy gię ły się w uśmie chu, któ ry nie do koń ca spodo bał się He ather. – Są dzę, że prze ko na się pa ni… – Fur lo ugh urwał, spo glą da jąc na coś za jej ple ca mi. Otrzy ma ła krót kie ostrze że nie – dreszcz prze biegł jej po kar ku – nim dłu gie, sil ne pal ce za mknę ły się na jej łok ciu. Z miej sca kon tak tu z owy mi pal ca mi ro ze szła się fa la go rą ca, lecz ów żar nie mal na tych miast zo stał wy par ty przez dez orien tu ją ce za wro ty gło wy. He ather wstrzy ma - ła od dech. Bez oglą da nia się wie dzia ła, że to Ti mo thy Da nvers, wi ceh ra bia Brec ken rid ge – jej ne me zis – po sta - no wił nie być roz sąd ny. – Wi taj, Fur lo ugh. – Znad jej gło wy, nie co z bo ku, nad pły nął głę bo ki głos, jak zwy kle wy wo łu jąc w He ather nie po kój. Lek ce wa żąc nie zno śny dreszcz, któ ry prze mknął jej wzdłuż krę go słu pa, wol no od wró ci ła gło wę i z roz my - słem spio ru no wa ła wzro kiem przy czy nę te go do zna nia. – O, Brec ken rid ge. – Jej ton by naj mniej nie su ge ro wał ra do ści ze spo tka nia. ~ 10 ~ Męż czy zna zi gno ro wał pod ję tą przez nią pró bę po ha - mo wa nia je go rosz czeń; nie by ła pew na, czy w ogó le ją za uwa żył. Ani na mo ment nie ode rwał wzro ku od Fur lo - ugha. – Wy ba czy pan, przy ja cie lu, ale mu szę omó wić coś z pan ną Cyn ster. – Brec ken rid ge pa trzył Fur lo ugho wi w oczy. – Na pew no pan to ro zu mie. Wy raz twa rzy Fur lo ugha su ge ro wał, że ów rad by nie ustą pił. Jed nak że w tym oto cze niu Brec ken rid ge’owi, ulu bień co wi go spo dy ni i wszyst kich dam, prak tycz nie nie spo sób by ło się prze ciw sta wić. Fur lo ugh z ocią ga niem skło nił gło wę. – Oczy wi ście. – Prze niósł spoj rze nie na He ather i uśmiech nął się szcze rzej, z nut ką smut ku. – Pan no Cyn - ster. Ża łu ję, że nie spo tka li śmy się w mniej tłocz nym miej scu. Mo że in nym ra zem. – Ski nąw szy jej gło wą na po że gna nie, nie spiesz nie wmie szał się mię dzy go ści. He ather sap nę ła z iry ta cją. Za nim jed nak zdo ła ła choć by ze brać ar gu men ty, któ ry mi mo gła by ude rzyć w Brec ken rid ge’a, on moc niej ści snął jej ło kieć i po pro - wa dził ją przez tłum. Za sko czo na, usi ło wa ła się za trzy mać. – Co…? – Je śli ma pa ni choć odro bi nę in stynk tu sa mo za cho - waw cze go, wyj dzie pa ni stąd grzecz nie przez fron to we drzwi. Ste ro wał nią dys kret nie w tym wła śnie kie run ku, przy czym nie by ło to zbyt da le ko. – Pro szę. Mnie. Pu ścić – roz ka za ła przez za ci śnię te zę by, ci cho, ale z em fa zą. Wpro wa dził ją na stop nie sa lo nu. Ko rzy sta jąc z te go, że zna la zła się o sto pień wy żej od nie go, na chy lił się do jej ucha i szep nął: – Co pa ni tu ro bi, u dia bła? On tak że mó wił przez za ci śnię te zę by, bi jąc ją w tej sztu ce na gło wę. Sło wa prze pły nę ły przez He ather, wy - ~ 11 ~ wo łu jąc w niej – ani chy bi zgod nie z je go in ten cją – mgli - sty, czy sto in stynk tow ny strach. Za nim się z nie go otrzą snę ła, Brec ken rid ge płyn nie, na po zór nie spiesz nie, po wiódł ją przez tłum go ści w ho lu. – Nie, pro szę się nie si lić na od po wiedź. – Nie spoj rzał na nią, wbi jał wzrok w otwar te drzwi wej ścio we. – Nie in - te re su je mnie, ja kiż to nie do rzecz ny kon cept wbi ła pa ni so bie do gło wy. Opusz cza pa ni to miej sce. Te raz. Ca ła, nie tknię ta, na dal ja ko dzie wi ca. Brec ken rid ge le - d wie po wstrzy mał się przed wy po wie dze niem tych słów gło śno. – Nie ma po wo du, że by pan się do te go mie szał. – W jej gło sie wi bro wa ła z tru dem ha mo wa na fu ria. Roz po znał jej na strój – wpa da ła w ta ki, ile kroć zna lazł się w po bli żu. W nor mal nych oko licz no ściach by zrej te - ro wał, te raz jed nak nie zo sta wi ła mu wy bo ru. – Czy ma pa ni po ję cie, co by ze mną zro bi li pa ni ku zy - ni, o pa ni bra ciach nie wspo mi na jąc, gdy by od kry li, że wi dzia łem pa nią w tej ja ski ni be ze ceń stwa i przy mkną - łem na to oko? Prych nę ła i spró bo wa ła dys kret nie uwol nić ło kieć, lecz bez po wo dze nia. – Do rów nu je im pan po stu rą oraz, jak wła śnie wi dać, bru tal no ścią. Po ra dził by pan so bie. – Z jed nym, być mo że, ale z sze ścio ma? Nie są dzę. Nie mó wiąc już o Lu ke’u i Mar ti nie, i Gy le sie Chil lin gwor - cie… a co z Mi cha elem? Nie, chwi lecz kę, jest jesz cze Ca - ro i pa ni ciot ki, i… mógł bym tak cią gnąć. Ob dar cie żyw - cem ze skó ry wy da je się przy jem niej szą per spek ty wą. – Prze sa dza pan. Dom la dy Her ford trud no uznać za ja ski nię be ze ceń stwa. – Obej rza ła się. – W tym sa lo - nie nie dzie je się ab so lut nie nic nie sto sow ne go. – W sa lo nie być mo że nie, a przy naj mniej jesz cze nie. Nie za pusz cza ła się pa ni jed nak w głąb do mu. Pro szę mi wie rzyć, to zde cy do wa nie jest ja ski nia be ze ceń stwa. – Ale… ~ 12 ~ – Nie. Gdy do tar li na por tyk, szczę śli wie pu sty, za trzy mał się, uwol nił jej ło kieć i wresz cie na nią spoj rzał. Na jej twarz, ide al ny owal wy peł nio ny de li kat ny mi ry sa mi, z pa rą sza - ro nie bie skich, ży wych oczu w gę stej opra wie ciem no brą - zo wych rzęs. Mi mo że oczy te wy ra ża ły te raz upór i nie - przy stęp ność, mi mo że so czy ste war gi za ci snę ły się w wą - ską kre skę, by ła to twarz z ga tun ku tych, dla któ rych od za ra nia dzie jów wo do wa no ar ma dy i wsz czy na no woj - ny. Twarz peł na ży cia. Peł na zmy sło wej obiet ni cy i le d - wie trzy ma nej w ry zach wi tal no ści. Do te go do cho dził jesz cze efekt smu kłej fi gu ry, nie - zbyt mo że krą głej, peł nej wszak że tak płyn nej gra cji, że każ dy ruch He ather wy wo ły wał – przy naj mniej w nim – my śli, któ re le piej by ło po zo sta wić nie zba da ne. W sa lo nie nie zo sta ła ob lę żo na wy łącz nie dla te go, że nikt po za Fur lo ughem nie otrzą snął się z wy wo ła ne go jej wi do kiem pierw sze go wra że nia na ty le szyb ko, by do - trzeć do niej przed Brec ken rid ge’em. Po czuł, że twarz mu tę że je, to czył ze so bą bój, aby nie za ci snąć pię ści, ja ko że pró ba za stra sze nia jej by ła z gó - ry ska za na na po raż kę. – Wra ca pa ni do do mu i na tym ko niec. – Je śli spró bu je mnie pan zmu sić, za cznę krzy czeć – rze kła, zwę ża jąc oczy w szpar ki. Prze grał bój: za ci snął pię ści. – Je że li pa ni to zro bi – rzekł bez na mięt nie, wy trzy mu - jąc jej spoj rze nie – ogłu szę pa nią ude rze niem w ten ślicz - ny pod bró dek, po wiem wszyst kim, że pa ni ze mdla ła, wrzu cę pa nią do po wo zu i ode ślę do do mu. Oczy jej się za okrą gli ły. Przyj rza ła mu się bacz nie, ale nie ustą pi ła po la. – Nie po wa żył by się pan. – Pro szę się prze ko nać – od parł bez mru gnię cia. He ather zna la zła się w roz ter ce. Na tym wła śnie po - le gał kło pot z Brec ken rid ge’em: nie spo sób by ło stwier - ~ 13 ~ dzić, co tak na praw dę w da nej chwi li my śli. Je go twarz – te god ne grec kie go bo ga gład kie płasz czy zny i ostre kra wę dzie, wy so kie ko ści po licz ko we, szczu płe po licz ki i moc na, kwa dra to wa szczę ka – po zo sta wa ła ary sto kra - tycz nie nie wzru szo na, cał ko wi cie nie prze nik nio na, bez wzglę du na oko licz no ści. Na wet z je go orze cho wych oczu o cięż kich po wie kach nie da ło się nic wy czy tać; nie odmien nie miał mi nę ele ganc kie go dżen tel me na -hu - la ki, któ re go ob cho dzi nie wie le po za do raź ną przy jem - no ścią. Każ dy szcze gół je go pre zen cji, po cząw szy od wy twor nie pro ste go stro ju, któ re go su ro wy krój tyl ko pod kre ślał ukry tą pod spodem si łę, aż po ty po we dlań le ni we ce dze - nie słów, pod trzy my wał ów wi ze ru nek – sta no wią cy w isto - cie, w prze ko na niu He ather, je dy nie po jem ną fa sa dę. Bacz nie zaj rza ła mu w oczy; nie wy czy ta ła w nich nic, co by su ge ro wa ło, że nie speł ni groź by. A to by ło by po pro stu zbyt upo ka rza ją ce. – Jak pa ni się tu do sta ła? Z nie chę cią wska za ła rząd po wo zów, któ ry cią gnął się wzdłuż tro tu aru wy gi na ją cej się w łuk uli cy Wa dham Gar dens, jak da le ko się ga li wzro kiem. – Ka re tą mo ich ro dzi ców. A uprze dza jąc pa na wy kład na te mat nie sto sow no ści sa mot ne go po dró żo wa nia no cą po Lon dy nie, in for mu ję, że za rów no stan gret, jak i fo ryś słu żą w mo jej ro dzi nie od lat. Ski nął gło wą, za ci na jąc usta. – Od pro wa dzę pa nią. Znów chciał ją chwy cić za ło kieć, ale cof nę ła się gwał - tow nie. – Pro szę się nie kło po tać. Na ro sła w niej fru stra cja. Brec ken rid ge nie wąt pli wie po wia do mi jej bra ci, że spo tkał He ather u la dy Her ford, kła dąc tym kres pla no wi, któ ry – do pó ki on się nie wmie - szał – za po wia dał się tak obie cu ją co. Da jąc uj ście wście - kło ści, spio ru no wa ła go wzro kiem. ~ 14 ~ – Po tra fię sa ma przejść te dwa dzie ścia me trów. – Na - wet dla niej za brzmia ło to jak dzie cin ne dą sy, do da ła więc pręd ko: – Pro szę mnie zo sta wić w spo ko ju! Wy su nę ła bro dę, okrę ci ła się na pię cie i po ma sze ro - wa ła po scho dach w dół. Re zo lut nie uno sząc gło wę, skrę ci ła w pra wo i ru szy ła tro tu arem w stro nę cze ka ją cej nie co da lej ka re ty miej skiej jej ro dzi ców. W środ ku aż dy go ta ła. Czu ła się dzie cin na, wście kła… i bez rad na. Jak zresz tą po każ dym star ciu z Brec ken rid ge’em. Mru ga niem od pę dza jąc łzy wście kło ści, świa do ma, że on ją ob ser wu je, sztyw no wy pro sto wa na ma sze ro wa ła przed sie bie. Sto jąc na za cie nio nym por ty ku, Brec ken rid ge przy glą - dał się, jak zmo ra je go ży cia sztyw nym kro kiem zmie rza z po wro tem ku bez pie czeń stwu. Nie miał po ję cia, dla cze - go ze wszyst kich dam z to wa rzy stwa aku rat przy He ather Cyn ster czu je się ta ki za gu bio ny, wie dział jed nak, że ni - jak nie po tra fi te mu za ra dzić. Mia ła dwa dzie ścia pięć lat, on zaś był od niej o dzie sięć lat i mi lion no cy star szy; nie wąt pił, że He ather w naj lep szym wy pad ku po strze ga go ja ko wtrą ca ją ce go się w jej spra wy ku zy na, w naj gor szym zaś – ja ko wtrą ca ją ce go się w jej spra wy wu ja. – Cu dow nie – mruk nął, przy glą da jąc się, jak dziew czy - na nie ustra sze nie kro czy tro tu arem. Kie dy już He ather bez piecz nie stąd od je dzie, za mie - rzał wró cić pie szo do do mu. Być mo że dzię ki noc ne mu po wie trzu otrzą śnie się z roz ko ja rze nia, z te go nie po ko ju i nie pew no ści, ja kie do pa da ły go po każ dej roz mo wie z nią – z po czu cia sa mot no ści, pust ki, ucie ka ją ce go cza su. Z po czu cia, że ży cie – je go ży cie – by ło w ja kimś sen sie bez war to ścio we lub ra czej: war te mniej, niż po win no. Nie chciał o niej my śleć, nie chciał z ca łe go ser ca. Tam w środ ku, w tłu mie, znaj do wa ły się da my na der sko re do - star czyć mu roz ryw ki, za prząt nąć je go uwa gę, lecz daw - no już po znał war tość ich uśmie chów, ich wes tchnień roz ko szy. ~ 15 ~ Prze lot ne, po zba wio ne zna cze nia, ilu zo rycz ne re la cje. Po zo sta wia ły go z co raz więk szym po czu ciem ma łost - ko wo ści, wy ko rzy sta nia. Nie speł nie nia. Ob ser wo wał, jak blask księ ży ca igra w zło tych wło sach He ather. Po znał ją przed czte re ma la ty, na ślu bie Ca ro - li ne, wdo wy po je go bio lo gicz nym oj cu, z Mi cha elem An - stru ther -We ther bym, bra tem Ho no rii, księż nej St. Yves i kró lo wej kla nu Cyn ste rów. Mąż Ho no rii, Dia beł Cyn - ster, był naj star szym ku zy nem He ather. Jak kol wiek Brec ken rid ge po raz pierw szy uj rzał He - ather tam te go sło necz ne go dnia w Hamp shi re, męż czyzn z ro du Cyn ste rów znał od po nad de ka dy – ob ra ca li się w tych sa mych krę gach, a za nim ku zy ni się po że ni li, dzie - lił z ni mi też wie le za in te re so wań. Na le wo od nie go ja kiś po wóz wy je chał z rzę du. Brec - ken rid ge zer k nął w tę stro nę, na ru sza ją ce nie spiesz nie ko nie, po czym znów spoj rzał w pra wo, gdzie He ather na dal su nę ła tro tu arem. – Dwa dzie ścia me trów, a niech mnie. – Ra czej pięć - dzie siąt. – Gdzie ta jej ka re ta, do dia bła? Le d wo skoń czył mó wić, ów dru gi po jazd, po wóz po - dróż ny, zrów nał się z He ather. I zwol nił. Otwo rzy ły się drzwi, z po wo zu wy padł męż czy zna. Dru gi ze sko czył z ko zła, gdzie sie dział obok woź ni cy. Nim Brec ken rid ge zdo łał za czerp nąć tchu, ci dwaj prze śli zgnę li się mię dzy sto ją cy mi wzdłuż tro tu aru po jaz - da mi i chwy ci li He ather. Dła wiąc okrzyk zszokowanej dziew czy ny, unie śli ją i wpa ko wa li do po wo zu. – Hej! – krzyk nął Brec ken rid ge; za wtó ro wał mu stan - gret z cze ka ją cej nie co da lej ka re ty. Jed nak że na past ni cy wgra mo li li się wła śnie do po wo - zu, a woź ni ca trza snął z ba ta. Brec ken rid ge zbiegł ze scho dów i gnał uli cą, za nim w ogó le sfor mu ło wał myśl o po ści gu. ~ 16 ~ Po wóz znik nął na łu ku Wa dham Gar dens. Wno sząc z tur ko tu kół, skrę cił w pierw szą prze czni cę po pra wej. Do bie gł szy do ka re ty, któ rej stan gret wcze śniej krzyk - nął, a te raz ga pił się, oszo ło mio ny, w ślad za po ry wa cza - mi, Brec ken rid ge wspiął się na ko zioł, chwy ta jąc lej ce. – Bę dę po wo ził. Je stem przy ja cie lem ro dzi ny. Ru sza - my za nią. Stan gret prze łknął za sko cze nie i pu ścił lej ce. La wi ru jąc zręcz nie i prze kli na jąc cia sno tę, Brec ken - rid ge wy pro wa dził ka re tę na uli cę. Kie dy tyl ko wy to czy - ła się spo mię dzy in nych po jaz dów, sma gnął ko nie. – Miej oczy otwar te, nie wia do mo, do kąd ja dą. – Tak jest, sir… mi lor dzie… Brec ken rid ge zer k nął na po pa tru ją ce go nań z uko sa stan gre ta. – Wi ceh ra bia Brec ken rid ge – przed sta wił się. – Znam Dia bła i Ga brie la. – Oraz po zo sta łych, nie mniej te dwa imio na wy star czą. – Tak, mi lor dzie. – Stan gret ski nął gło wą, a po tem od - wró cił się i za wo łał do fo ry sia z ty łu: – Ja mes, ty ob ser - wuj z le wej, ja z pra wej. Je śli ich nie wy pa trzy my, ze sko - czysz na na stęp nym ro gu i po szu kasz. Brec ken rid ge sku pił się na ko niach. Na szczę ście wo - kół pa no wał skrom ny ruch. Skrę ci li w tę sa mą prze czni - cę co wcze śniej po wóz i na tych miast wy tę ży li wzrok. Dzię ki wie lu ulicz nym la tar niom do brze wi dzie li w od da - li skrzy żo wa nie czte rech ulic zbie ga ją cych się pod nie ty - po wy mi ką ta mi. – Tam! – roz legł się głos z ty łu. – To oni, skrę ca ją w le - wo, w szer szą uli cę. Brec ken rid ge po dzię ko wał w du chu za do bry wzrok Ja me sa; je mu sa me mu mi gnął je dy nie tył po wo zu. Po pę - dził ko nie, do tarł do skrzy żo wa nia i wziął za kręt – aku - rat w po rę, by wszy scy trzej zo ba czy li, jak na na stęp nym skrzy żo wa niu po wóz skrę ca w pra wo. – Oj – jęk nął stan gret. ~ 17 ~ – Co ta kie go? – Brec ken rid ge zer k nął na nie go. – Skrę ci li w Ave nue Ro ad, któ ra ciut kę da lej łą czy się z Fin chley Ro ad. A z ko lei Fin chley Ro ad prze cho dzi ła w Gre at North Ro ad, głów ny trakt wio dą cy na pół noc – i wła śnie na pół - noc zmie rzał po wóz. – Mo że ich ce lem jest dom w tam tej oko li cy. – Brec - ken rid ge wma wiał so bie, że to cał kiem praw do po dob - ne… ty le że ści ga li po wóz po dróż ny, a nie miej ski. Skie ro wał dwa ka ro sze na Ave nue Ro ad. Stan gret i Ja mes pil nie spo glą da li przed sie bie. – Taa, to oni – oznaj mił stan gret. – Ale zdro wo nas wy prze dza ją. Ja ko że po wo ził koń mi Cyn ste ra, Brec ken rid ge nie mar twił się tym, jak bar dzo ści ga ny po wóz się od da lił. – By le by śmy nie stra ci li ich z oczu. Oka za ło się to wszak że nie ta kie pro ste. Jak kol wiek ko nie Cyn ste ra ich nie spo wol ni ły, zro bi ły to nie mra we zwie rzę ta za przę żo ne do sied miu po jaz dów od gra dza ją - cych ich od ści ga ne go po wo zu. Kie dy to czy li się wą ski mi dro ga mi przez przed mie ścia roz le głej me tro po lii, przez Cric kle wo od i Gol ders Gre en, Brec ken rid ge nie miał moż li wo ści wy prze dzić żad ne go z nich. Zdo ła li utrzy mać kon takt wzro ko wy z po jaz dem po ry wa czy na ty le dłu go, by zy skać pew ność, że istot nie zmie rza on głów nym trak - tem na pół noc, lecz nim do tar li do High Bar net, z wi - docz nym da lej pro stym od cin kiem dro gi na Bar net Hill, po wóz znikł im z oczu. Klnąc pod no sem, Brec ken rid ge zbo czył na dzie dzi - niec go spo dy Bar net Arms, du żej sta cji pocz to wej, gdzie do brze go zna no. Za trzy mał ka re tę. – Po py taj cie wzdłuż dro gi – zwró cił się do stan gre ta i Ja me sa. – Mo że znaj dzie cie ko goś, kto wi dział po wóz, mo że zmie nia li ko nie, co kol wiek. Męż czyź ni po szli, a Brec ken rid ge spoj rzał na sta jen - nych, któ rzy nad bie gli przy trzy mać ka ro sze. ~ 18 ~ – Po trze bu ję ka riol ki i pa ry wa szych naj lep szych ko ni. Gdzie wasz szef? Pół go dzi ny póź niej roz stał się ze stan gre tem i Ja me - sem. Po wóz wi dzia ło kil ka osób – po ry wa cze za trzy ma li się na krót ko w go spo dzie Pod Ber łem i Ko ro ną, zmie ni - li ko nie i ru szy li da lej na pół noc. – Pro szę. – Brec ken rid ge wrę czył stan gre to wi li ścik, któ ry na ba zgrał, cze ka jąc, aż obaj z Ja me sem wró cą. – Jak naj szyb ciej prze każ to lor do wi Mar ti no wi. – Lord Mar tin Cyn ster był oj cem He ather. – Je że li z ja kich kol - wiek po wo dów nie zdo łasz go zna leźć, wte dy któ re muś z bra ci pan ny Cyn ster al bo, je śli i to oka że się nie moż li - we, St. Ive so wi. – Brec ken rid ge wie dział, że Dia beł prze - by wa w mie ście; miej sca po by tu po zo sta łych nie był już tak pe wien. – Tak jest, mi lor dzie. – Stan gret wziął li ścik i za sa lu to - wał. – Po wo dze nia, sir. Oby do go nił pan tych łaj da ków aku rat nie szyb ko. Brec ken rid ge miał ta ką na dzie ję. Męż czyź ni wspię li się na ko zioł ka re ty. Kie dy tyl ko opu ści li dzie dzi niec, kie ru jąc się z po wro tem do Lon dy nu, Brec ken rid ge pod - szedł do cze ka ją ce go z bo ku smu kłe go fa eto nu. Mię dzy dy sz la mi tań czy ły dwa siw ki, któ re wła ści ciel go spo dy rzad ko zga dzał się ko muś wy na jąć. Dwaj sta jen ni ner wo - wo przy trzy my wa li ko nie. – Zdro wo roz bry ka ne, mi lor dzie. – Masz ta lerz po dą - żył za nim. – Nie bie ga ły od daw na. Cię giem sze fo wi mó - wię, że przy da ło by się cza sem tro chę je prze go nić. – Po ra dzę so bie. – Brec ken rid ge za jął miej sce w fa eto - nie. Za le ża ło mu na szyb ko ści, a po łą cze nie spor to we go po jaz du z wy śmie ni ty mi koń mi ją obie cy wa ło. Na piął lej - ce, te stu jąc po dat ność ko ni, i ski nął na sta jen nych. – Puść cie je. Sta jen ni od sko czy li, kie dy siw ki wy rwa ły do przo du. Brec ken rid ge po ha mo wał je za le d wie na ty le, że by spraw nie wy je chać z dzie dziń ca, po czym po lu zo wał lej - ~ 19 ~ ce i ko nie swo bod nie po gna ły w gó rę Bar net Hill, a po - tem da lej Gre at North Ro ad. Na ja kiś czas po wo że nie cał ko wi cie za ab sor bo wa ło je - go uwa gę, kie dy jed nak siw ki uspo ko iły się i bie gły mia - ro wo, po ły ka jąc ko lej ne ki lo me try opu sto sza łej dro gi, mógł wresz cie tro chę po my śleć. Po dzię ko wać w du chu za to, że noc nie jest mroź na, gdyż na dal miał na so bie strój wie czo ro wy. Zmie rzyć się ze świa do mo ścią, że gdy by nie na le gał, aby He ather opu ści ła re zy den cję la dy Her ford, gdy by cho ciaż nie po zwo lił jej na sa mot ne przej ście tych dwu - dzie stu – czy ra czej pięć dzie się ciu – me trów do ka re ty, dziew czy na nie znaj do wa ła by się te raz w rę kach nie zna - nych na past ni ków, cier piąc roz ma ite upo ko rze nia. Oczy wi ście, za pła cą za wszyst ko, już on o to za dba. Ta myśl wszak że ni jak nie ła go dzi ła je go prze ra że nia i po - czu cia wi ny z po wo du fak tu, że to wsku tek je go dzia łań He ather zna la zła się w nie bez pie czeń stwie. Za mie rzał ją chro nić. Tym cza sem… Za ci ska jąc zę by, ze wzro kiem utkwio nym w dro gę, gnał przed sie bie. * * * Po ry wa cze trzy ma li He ather zwią za ną i za kne blo wa - ną, do pó ki nie zna leź li się ka wa łek dro gi za Bar net, na pu stym od cin ku. Kie dy we pchnę li ją do po wo zu przed do mem la dy Her ford, od ra zu ją za kne blo wa li, prze wią zu jąc jej twarz pa skiem płót na, i pręd ko skrę po wa li jej rę ce, a na stęp nie no gi, gdyż pró bo wa ła ich kop nąć. Dwaj męż czyź ni nie by li sa mi. W po wo zie, z przy go to - wa nym za wcza su kne blem, cze ka ła po staw na, sil na ko - bie ta. Uci szo ną i spę ta ną He ather ulo ko wa no na sie dze - niu przo dem do kie run ku jaz dy, obok ko bie ty; męż czyź - ni za ję li miej sca na prze ciw. Je den z nich po wie dział, że - ~ 20 ~ by się uspo ko iła i zwy czaj nie po cze ka ła, a wkrót ce wszyst kie go się do wie. Ta obiet ni ca, jak rów nież to, że nie pró bo wa li jej skrzyw dzić – w isto cie, na wet jej nie gro zi li – na mo ment zbiły ją z tropu. Na ty le, by uzmy sło wi ła so bie, że tak na - praw dę nie ma wy bo ru, rów nie do brze więc mo że za sto - so wać się do ich za le ceń. Nie prze szko dzi ło jej to my śleć. Ani po słu gi wać się wy obraź nią. Jed nak że obie te czyn no ści pro wa dzi ły do - ni kąd. Wie dzia ła zbyt ma ło. Nic po za tym, że po ry wa czy by ło tro je, plus woź ni ca na koź le, oraz że za bie ra li ją z Lon dy nu gdzieś na pół noc – roz po zna ła po dro dze do - sta tecz nie wie le punk tów orien ta cyj nych, aby mieć pew - ność, że wła śnie w tym kie run ku zmie rza ją. To czy li się Gre at North Ro ad, kie dy ode zwał się męż - czy zna sie dzą cy na prze ciw He ather, ten szczu plej szy, wyż szy, acz kol wiek tyl ko śred nie go wzro stu, bar dzo ży la - sty, o krę co nych, bu ro brą zo wych wło sach i ostrych ry - sach twa rzy. – Je śli jest pa ni skłon na za cho wy wać się przy zwo icie, roz wią że my pa nią. Znaj du je my się na dłu gim, wy lud nio - nym od cin ku dro gi i przez ja kiś czas nie bę dzie my zwal - niać: nikt tu nie usły szy pa ni ewen tu al nych krzy ków, a je śli uda się pa ni wy sko czyć z po wo zu, za pew ne zła mie pa ni no - gę, o ile nie kark. Je śli więc jest pa ni skłon na za cho wać spo kój, sie dzieć i słu chać, mo że my pa nią roz wią zać i wy - tłu ma czyć, o co cho dzi, jak się rze czy ma ją i jak to bę dzie da lej wy glą dać. A za tem? – Uniósł brwi. – Co pa ni na to? Choć w ciem nym wnę trzu po wo zu nie wi dzia ła wy ra - zu je go oczu, ski nę ła gło wą. – Mą dra dziew czy na – rzekł Ży la sty. Bez sar ka zmu. – Mó wił, że bę dzie pa ni by stra. Kto mó wił? Tym cza sem męż czy zna schy lił się, się ga jąc ku jej kost kom, po czym za marł. Zer k nął na ko bie tę obok He ather. – Le piej ty roz wiąż jej no gi. ~ 21 ~ Wy pro sto waw szy się, za jął się sznu rem krę pu ją cym nad garst ki He ather. Skon fun do wa na, po pa trzy ła na ko bie tę, któ ra sap nę ła z iry ta cją, ocię ża le zgra mo li ła się z sie dze nia i przy kuc - nę ła mię dzy ław ka mi, się ga jąc pod je dwab ne spód ni ce He ather do pę ta ją cych jej kost ki pa sów płót na. Kie dy tych dwo je lu zo wa ło wę zły, He ather uzmy sło wi - ła so bie, że bra li wzgląd na jej skrom ność – na ty le, na ile sa ma im na to po zwa la ła. Nie przy pusz cza ła by, że po ry - wa cze mo gą oka zać się tak… dżen tel meń scy. Uwol niw szy jej no gi, ko bie ta wró ci ła na swo je miej sce. – Kne bel też? – spy ta ła ży la ste go. Przy tak nął, pa trząc na He ather. – Ma my jej za pew nić jak naj wię cej wy go dy, je śli za tem nie oka że się głup sza, niż są dzi my, nie ma po wo du go zo - sta wiać. He ather od wró ci ła gło wę, aby ko bie ta mo gła za jąć się wę złem z ty łu. Kie dy pas płót na opadł z jej twa rzy, zwil - ży ła war gi, po ru szy ła szczę ką i po czu ła się zde cy do wa nie le piej. Spoj rza ła na ży la ste go. – Kim je ste ście i kto was przy słał? Je go zę by bły snę ły w mro ku, kie dy się uśmiech nął. – Ach, no wła śnie, tro chę za bar dzo się pa ni spie szy. Naj pierw mo że wy ja śnię, że wy sła no nas po jed ną z sióstr Cyn ster, nie ko niecz nie aku rat pa nią. Ob ser wo wa li śmy pa nie od ty go dnia, ale żad na nie ru sza ła się ni gdzie sa - ma. Aż do te go wie czo ru. – Skło nił się jej płyt ko. – Je ste - śmy pa ni zo bo wią za ni. Za czy na li śmy już są dzić, że trze - ba bę dzie za aran żo wać coś dra stycz ne go, aby do paść któ rąś z pań na osob no ści. Jed na ko woż, sko ro już pa nią ma my, naj le piej bę dzie, je śli zda pa ni so bie spra wę, że pró ba uciecz ki się pa ni nie po wie dzie. Nikt pa ni nie po - mo że, przy go to wa li śmy bo wiem hi sto ryj kę wy ja śnia ją cą na sze po stę po wa nie wo bec pa ni, tak więc co kol wiek pa - ni zro bi lub po wie, ja kie kol wiek pro te sty wy gło si, je dy nie uwia ry god ni ją pa ni w oczach in nych. ~ 22 ~ – Cóż to za hi sto ryj ka? – spy ta ła. Ży la sty – He ather uzna ła, że chwi lo wo go tak na zwie – spra wiał wra że nie kom pe tent ne go; ra czej nie na le żał do osób, któ re wy gła sza ją de kla ra cje bez po kry cia. Ta kie już jej szczę ście, że po rwa li ją lu dzie nie głu pi. Jak by na po twier dze nie jej po dej rzeń, Ży la sty się uśmiech nął. – Cał kiem pro sta. – W je go gło sie po brzmie wa ła sa - tys fak cja. – Pa ni opie kun praw ny wy słał nas, że by śmy spro wa dzi li pa nią z po wro tem do nie go. Ucie kła pa ni do ze psu te go Lon dy nu, a jak że, on zaś wy zna je bar dzo su ro we za sa dy. To też po słał nas, aby śmy pa nią od na leź - li i za bra li z po wro tem, a to – dla więk sze go dra ma ty zmu Ży la sty za wie sił głos i po ma chał wy ję tą z kie sze ni zło żo - ną kart ką pa pie ru – jest upo waż nie nie dla nas: ma my zro bić wszyst ko, co oka że się ko niecz ne, że by pa nią za - trzy mać i prze wieźć do nie go. Zmarsz czy ła brwi. – Opie kę na de mną spra wu je mój oj ciec, a on nie dał wam ta kie go po zwo le nia. – Ach, ty le że pa ni nie na zy wa się Cyn ster, nie praw - daż? Jest pa ni pan ną Wal la ce, a pa ni opie kun, sir Hum - ph rey, nie mo że się do cze kać, by spro wa dzić pa nią z po - wro tem do do mu, gdzie pa ni miej sce. – I gdzie jest ów dom? – Li czy ła na to, że Ży la sty wy - ja wi, do kąd ją za bie ra ją, lecz on tyl ko się uśmiech nął. – Wie to pa ni do sko na le, oczy wi ście, nie mu si my pa ni mó wić. Za mil kła, w my ślach ana li zu jąc ich plan, szu ka jąc spo - so bu, jak go uda rem nić, lecz nie mia ła przy so bie ni cze - go, co po świad czy ło by jej toż sa mość. Po zo sta wa ło jej ży - wić na dzie ję – ale te go nie za mie rza ła mó wić gło śno – że spo tka ją ko goś, kto zna ją z wi dze nia. Nie ste ty, praw do - po do bień stwo ta kie go zda rze nia na wsi, pod ko niec mar - ca, kie dy w Lon dy nie za czy nał się wła śnie se zon to wa rzy - ski, wy da wa ło się zni ko me. ~ 23 ~ Zer k nę ła na ko bie tę u swe go bo ku. Ży la sty jak by wy - czuł jej py ta nie. – Obec na tu Mar tha – wy ja śnił, wska zu jąc ko bie tę gło wą – to, oczy wi ście, po ko jów ka, któ rą sir Hum ph rey wy słał, chcąc za pew nić pa ni wy go dę w trak cie po dró ży. – Uśmiech nął się. – Mar tha bę dzie to wa rzy szyć pa ni przez ca ły czas. Zwłasz cza w sy tu acjach, gdy obec ność mo ja al bo Cob bin sa u pa ni bo ku by ła by nie sto sow na. Uzna jąc, że w tej chwi li le ży w jej in te re sie, jak to ujął Ży la sty, za cho wy wać się przy zwo icie, He ather ski nę ła gło wą naj pierw ko bie cie, po tem zaś ba rył ko wa te mu męż - czyź nie, niż sze mu, ale za to le piej zbu do wa ne mu od Ży - la ste go, sie dzą ce mu do tąd w mil cze niu w ką cie po wo zu. – Mar tho. Pa nie Cob bins. A pań ska god ność? – Po pa - trzy ła na Ży la ste go. z uśmie chem. – Pro szę mi mó wić Flet cher, pan no Wal la ce – od parł He ather na su wa ło się kil ka epi te tów, któ re bar dziej by do nie go pa so wa ły, ale je dy nie lek ko skło ni ła gło wę. Umo ściw szy się na sie dze niu, wspar ła gło wę o pod głó wek i za mil kła. Wy czu wa ła, że Flet cher spo dzie wał się po niej pro te stów, być mo że bła gań o li tość al bo prób od wie dze nia od re ali za cji za mia rów, ona nie wi dzia ła jed nak sen su tak się po ni żać. Naj mniej sze go. Im dłu żej my śla ła o tym, co Flet cher zgo dził się wy ja - wić, tym bar dziej się w tej kwe stii upew nia ła. Nie sły sza ła ni gdy o rów nie dziw nym upro wa dze niu… no cóż, nie zna - ła szcze gó łów in nych po rwań, ale wy da wa ło się na der za - sta na wia ją ce, że trak to wa li ją z ta ką tro ską, ta ką… wraż li - wo ścią. Z ta kim ogrom nym spo ko jem i pew no ścią sie bie. Tych tro je – Flet cher, Cob bins i Mar tha – od bie ga ło od wzor ca po śled nich po ry wa czy. Ubra ni schlud nie, w spo sób nie rzu ca ją cy się w oczy, nie by li wpraw dzie szla chet nie uro dze ni, nie wy wo dzi li się jed nak rów nież z naj niż szych warstw. Mi mo swej po stu ry Mar tha mo gła ~ 24 ~ ucho dzić za po ko jów kę da my, zwłasz cza ta kiej, któ ra więk szość cza su spę dza na wsi. Na wet Cob bins, choć po - wścią gli wy i w swym ni ja kim ubra niu wta pia ją cy się w tło, nie spra wiał wra że nia ty pa, ja kie go moż na spo tkać w ob - skur nym szyn ku. Za rów no on, jak i Flet cher wy glą da li do kład nie na lu dzi, za któ rych pla no wa li się po da wać – ta kich, ja kich bo ga ty zie mia nin mógł by wy na jąć, aby dzia ła li w je go imie niu. Kto kol wiek po słał ich do Lon dy nu, do brze ich przy go - to wał. Ich plan był za ra zem pro sty i, z punk tu wi dze nia He ather, na der sku tecz ny. Nie zna czy ło to, że im nie uciek nie – ja koś te go do ko na – naj pierw jed nak mu sia ła do wie dzieć się wię cej o naj bar dziej za sta na wia ją cym aspek cie te go dziw ne go po rwa nia. Tych lu dzi wy sła no, aby upro wa dzi li nie kon kret nie ją, lecz jed ną z sióstr Cyn ster, pod któ rym to po ję ciem oprócz He ather, Eli zy i An ge li ki mo gły się kryć rów nież ich ku zyn ki, Hen riet ta i Ma ry. Je dy ny po wód te go ro dza ju dzia ła nia, ja ki przy cho dził jej do gło wy, to pro ste żą da nie oku pu, lecz w ta kim wy - pad ku po co wy wo zi li by ją z Lon dy nu? Po co by ją do ko - goś za bie ra li? Prze ana li zo wa ła na no wo wszyst kie in for - ma cje, ale nie po zby ła się wra że nia, że Flet cher po wie - dział jej praw dę: upro wa dzi li ją na czy jeś zle ce nie. Wy na ję cie trzech lu dzi, ta kich jak ci tu taj, a do te go woź ni cy i czte ro kon ne go po wo zu, na dłu żej, bo prze cież ob ser wo wa li ją i po zo sta łe Cyn ste rów ny od po nad ty go - dnia… Nie, to nie wy glą da ło na nie skom pli ko wa ne, ob - li czo ne na szyb ki zysk po rwa nie dla oku pu. Je śli wszak że nie cho dzi ło o okup, to o co? Czy je że li He ather uciek nie, nie po znaw szy od po wie dzi, wszyst kie mło de pan ny Cyn ster bę dą na dal za gro żo ne? Po nie waż zmie ni li ko nie w High Bar net, przez We lham Gre en i Wel wyn prze to czy li się bez przy stan ku. W koń cu po wóz zwol nił – wjeż dża li do ja kie goś mia - stecz ka. Flet cher po chy lił się, że by wyj rzeć przez okno. ~ 25 ~ – Kne bworth. – Cof nął się i spoj rzał bacz nie na He - ather. – Za trzy ma my się tu na noc. Bę dzie pa ni roz sąd - nie trzy mać bu zię na kłód kę, czy też mu si my pa nią okieł - znać i opo wie dzieć w go spo dzie na szą hi sto ryj kę? Je śli tak zro bią… Je że li wła ści ciel go spo dy i służ ba za - pa mię ta ją ją ja ko pan nę Wal la ce, mo gą o niej nie wspo - mnieć, kie dy ro dzi na He ather przy bę dzie jej tu szu kać – a nie wąt pi ła, że to na stą pi, gdyż Hen ry, wier ny stan - gret, z pew no ścią wszyst kich już po wia do mił. Spoj rza ła na Flet che ra, wy su wa jąc bro dę. – Bę dę roz sąd na. – I tak trzy mać – rzekł z uśmie chem, bar dziej wszak że za chę ca ją cym niż trium fal nym. Wes tchnę ła w du chu. Ów brak sa mo za do wo le nia do - wo dził in te li gen cji Flet che ra. Gdy by He ather zde cy do - wa ła się urzą dzić sce nę, za pew ne do pro wa dzi ła by do we - zwa nia przed sta wi cie la lo kal nych władz, któ re go mo gła - by prze ko nać, że by prze trzy mał ją u sie bie, do pó ki nie zwe ry fi ku je jej wła snej opo wie ści w kon fron ta cji z tą o pan nie Wal la ce. Nie ste ty – na wet uwzględ nia jąc obec - ność Mar thy – re pu ta cja He ather moc no by ucier pia ła, gdy by tak jaw nie od bi to ją z rąk po ry wa czy. Zwłasz cza że wcze śniej te go sa me go wie czo ru dziew czy na wkro czy ła w pi kant ny świat sa lo nu la dy Her ford, w do mnie ma niu skła da jąc w ten spo sób pew ną de kla ra cję. Przede wszyst kim jed nak, je śli za cho wa spo kój i przyj mie na rzu co ną jej ro lę, nie gro zi ło jej, na ile po tra - fi ła to oce nić, żad ne bez po śred nie nie bez pie czeń stwo – i tak po zo sta nie, do pó ki nie do trą do zle ce nio daw cy. Do te go cza su He ather po sta ra się usta lić, co kry ło się za tym jak że dziw nym po rwa niem. A gdy te go do ko na, po słu ży się spry tem i uciek nie. Rozd ział drugi Trzy go dzi ny póź niej He ather le ża ła na wznak w nie - zbyt wy god nym łóż ku na pię trze go spo dy Pod Czer wo ną Pod wiąz ką w Kne bworth i wpa try wa ła się w su fit. Wi - dzia ła go dość do brze, ja ko że na dwo rze księ życ wy chy - nął wresz cie zza chmur i wiąz ka sre brzy ste go bla sku wpa da ła do po ko ju przez nie za sło nię te okno, choć za - sad ni czo su fit ja ko ta ki nie sta no wił przed mio tu ba dań He ather. – Co, u dia bła, mam ro bić? – szep nę ła, ale nie do cze - ka ła się od po wie dzi. Po stą pi ła słusz nie, od rzu ca jąc kon cep cję urzą dze nia sce ny, aby uzy skać wspar cie wła ści cie la go spo dy i je go go ści. Kie dy przyj rza ła się swym po ry wa czom w świe tle lamp, zda ła so bie spra wę, że są jesz cze bar dziej kom pe - tent ni, ani że li pier wot nie są dzi ła. Zwłasz cza Flet cher spra wiał na ty le sym pa tycz ne wra że nie, by nie wy wo ły - wać py tań, czy He ather z wła snej wo li opu ści ła Lon dyn w je go to wa rzy stwie. Zaj rzaw szy mu wresz cie w oczy, upew ni ła się po nad wszel ką wąt pli wość, że jest nie tyl ko in te li gent ny, ale też prze bie gły i zdol ny do szyb kiej re ak - cji. Gdy by spró bo wa ła zwró cić ob słu gę go spo dy prze ciw nie mu, użył by wszel kich moż li wych ar gu men tów, aby ~ 27 ~ oba lić jej twier dze nia. A wie dzia ła, co to ozna cza. Gdy - by po pchnę ła Flet che ra do osta tecz no ści, jej re pu ta cja le gła by w gru zach, wol no ści zaś mo gła by mi mo to nie od zy skać. Jak by te go nie by ło dość, wszel kie wy ni ka ją ce z owe - go od kry cia roz wa ża nia, czy nie by ło by jed nak mą drzej uciec te raz, do pó ki znaj do wa ła się cią gle nie da le ko Lon - dy nu, w za się gu ochro ny swej ro dzi ny, zo sta ły zdu szo ne w za rod ku. Za bra li jej ubra nie. W po wo zie, za nim jesz cze ją roz wią za li, Mar tha tro skli - wie otu li ła ją ciem ną weł nia ną pe le ry ną. By ła to w isto cie pierw sza ozna ka, że za mie rza ją trak to wać He ather roz - sąd nie; im da lej w noc, tym bar dziej cie szy ła się z tej do - dat ko wej osło ny przed zim nem. Zgod nie z za le ce niem Flet che ra, we szła do go spo dy szczel nie otu lo na ową pe le - ry ną. Jed nak że kie dy wraz z Mar thą zna la zły się w po ko - ju, ko bie ta ode bra ła od niej okry cie. Póź niej za su ge ro wa - ła, że by przed pój ściem do łóż ka zdję ła ubra nie, He ather zaś po słu cha ła bez więk sze go za sta no wie nia, za sad ni czo bo wiem nie zwy kła sy piać w suk niach wie czo ro wych. Nie mniej prze waż nie mia ła na so bie coś bar dziej tre - ści we go ani że li je dwab na hal ka, któ ra – nie li cząc jesz cze de li kat niej szych je dwab nych poń czoch – sta no wi ła ak tu - al nie jej je dy ny przy odzie wek. Nie wi dzia ła moż li wo ści zdo by cia ja kie go kol wiek ubra nia, wła sne go czy Mar thy, gdy by ubz du ra ła so bie sfor so wać za mek w drzwiach – klucz „po ko jów ka” scho - wa ła do kie sze ni ob szer nej suk ni spodniej, w któ rej się po ło ży ła – i wy mknąć się na dół, aby pod nieść alarm. Pójść w hal ce i je dwab nych poń czo chach? He ather prych nę ła w du chu. I znów zer k nę ła na dru gą stro nę po - ko ju, gdzie Mar tha spa ła na dru gim łóż ku, chra piąc. Gło śno. Ubra nia Mar thy, wszyst kie, włącz nie z ty mi, któ re no - si ła w swej prze past nej tor bie, wraz z suk nią wie czo ro wą ~ 28 ~ He ather, jej sza lem oraz pro stą, nie mod ną suk nią dzien - ną, któ rą „po ko jów ka” za bra ła dla niej na zmia nę, znaj - do wa ły się ak tu al nie pod zwa li stym cia łem śpią cej. Ko - bie ta sta ran nie uło ży ła stro je na łóż ku, pod prze ście ra - dłem, a po tem na nich zle gła. Tej no cy za tem He ather nie uciek nie. Coś w niej zde cy do wa nie skła nia ło się ku pa ni ce, zwłasz cza że jak do tąd po ry wa cze na der sku tecz nie uprze dza li każ de jej po ten cjal ne po su nię cie. Z dru giej stro ny, jak wy ka zy wa ła in na, znacz nie bar dziej nie ustra - szo na część jej na tu ry, być mo że los umie ścił ją w obec - nej kło po tli wej sy tu acji, gdyż chciał za gwa ran to wać, że He ather po zo sta nie z po ry wa cza mi na ty le dłu go, aby się do wie dzieć, co kon kret nie gro zi ło jej i po zo sta łym Cyn - ste rów nom. To czy ła we wnętrz ny spór – pa ni ka prze ciw fa ta li stycz - ne mu prag ma ty zmo wi – kie dy na od głos ci che go dra pa - nia w szy bę wzdłuż krę go słu pa prze bie gły jej nie przy jem - ne ciar ki. Marsz cząc brwi, spoj rza ła ku oknu – cza ił się za nim ja kiś cień. Cień roz mia rów gór nej po ło wy cia ła męż czy zny. Do - brze zbu do wa ne go męż czy zny. Wy śli zgnę ła się z łóż ka, owi nę ła ka pą i prze bie gła po na gich de skach. Wyj rza ła przez okno… Pro sto na twarz Brec ken rid ge’a. Znie ru cho mia ła, zszo ko wa na. Był chy ba ostat nią oso - bą, któ rą spo dzie wa ła by się tu zo ba czyć. Cho ciaż wła ści - wie… Iry ta cja na je go twa rzy, kie dy jed ną rę ką ob ce so wo po ka zał, że by otwo rzy ła prze suw ne okno, pchnę ła He - ather do dzia ła nia. Osta tecz nie, po kój znaj do wał się na pię trze. Zda je się, że Brec ken rid ge wi siał na ru rze spu sto wej od ryn ny. Przez chwi lę mo co wa ła się z za suw ką. Za pew ne po win - na by ła się do my ślić, że on się zja wi. Ob ser wo wał ją, gdy ~ 29 ~ szła do ka re ty. Ani chy bi wi dział mo ment po rwa nia. Wresz - cie zwol ni ła za suw kę i unio sła okien ną ra mę, oglą da jąc się na Mar thę, kie dy drew no prze su wa ło się z ha ła sem. Chra pa nie ani na mo ment nie usta ło, nie zmie ni ło na - wet ryt mu. Brec ken rid ge za uwa żył, że się obej rza ła. – Jest tam ktoś jesz cze? – spy tał szep tem. Przy tak nę ła i opar ła się o pa ra pet, dzię ki cze mu ich gło wy zna la zły się na tej sa mej wy so ko ści. – Tak. Po ko jów ka, sil na ko bie ta, ale śpi jak za bi ta. To jej chra pa nie sły chać. Na słu chi wał chwi lę, po czym ski nął gło wą. – W po rząd ku. – Zmarsz czył brwi. – Skąd pa ni ją wzię - ła? Tę po ko jów kę? – Moi po ry wa cze, Flet cher i Cob bins, pra cu ją dla ja - kie goś czło wie ka, któ ry za trud nił ich, aby mnie do nie go przy wieź li, za pew nia jąc mi wszak że w dro dze jak naj - więk szą wy go dę. Stąd Mar tha. By ła w po wo zie, kie dy upro wa dzi li mnie z uli cy. O Brec ken rid ge’u da ło się po wie dzieć spo ro rze czy, ale z pew no ścią nie był głu pi ani po wol ny w my śle niu. – Po ry wa cze za trosz czy li się o po ko jów kę dla pa ni. Przy tak nę ła. – Aby dba ła o mo je po trze by i udzie la ła mi wspar cia. Flet cher, ten chu dy, ży la sty… on chy ba tu do wo dzi… użył do kład nie ta kich słów, kie dy przed sta wiał mnie i Mar thę wła ści cie lo wi go spo dy. Na zy wa ją mnie pan ną Wal la ce. – Czy ist nie je po wód – spy tał Brec ken rid ge po krót kim wa ha niu – dla któ re go nie wy ja wi ła pa ni wła ści cie lo wi go - spo dy swe go praw dzi we go na zwi ska ani nie za żą da ła, by po mógł pa ni uwol nić się od Flet che ra i po zo sta łych? – W isto cie, ist nie je – od par ła z cierp kim uśmie chem. Po wtó rzy ła mu hi sto ryj kę Flet che ra o jej opie ku nie praw nym, sir Hum ph reyu, do mnie ma nej uciecz ce na zde - ~ 30 ~ pra wo wa ne uli ce Lon dy nu oraz upo waż nie niu, któ re Flet - cher przy pusz czal nie sam sfa bry ko wał. Kie dy skoń czy ła, Brec ken rid ge przez ja kiś czas mil czał. He ather zer k nę ła nad pa ra pe tem, stwier dza jąc, że istot nie przy trzy my wał się oło wia nej ru ry spu sto wej, za - kli no waw szy jed ną sto pę na wspor ni ku. Zwa żyw szy je go po stu rę i nie wąt pli wie znacz ną wa gę, uzy ska nie tej po zy - cji, nie wspo mi na jąc o jej za cho wa niu, na le ża ło uznać za im po nu ją cy wy czyn. Gdy by tyl ko He ather mia ła w tej chwi li na strój od po - wied ni, by się nim za chwy cać. Tym dziw niej sze za tem, że ca ła jej wcze śniej sza pa ni - ka gdzieś się ulot ni ła. Pod nio sła wzrok i na po tka ła spoj - rze nie Brec ken rid ge’a. Po pa trzył jej głę bo ko w oczy, za - mru gał, nie znacz nie po trzą snął gło wą, ode rwał jed ną rę - kę od ru ry spu sto wej i ski nął na He ather. – Chodź my, po ra opu ścić to miej sce. Za ga pi ła się na nie go, a póź niej zer k nę ła znów po - nad pa ra pe tem – na grunt da le ko w do le. – Pan ra czy żar to wać. – Przy trzy mam pa nią przed so bą, że by pa ni nie spa dła. Pa trzy ła na nie go. Za mie rzał uwię zić ją mię dzy swym cia łem a ru rą spu sto wą? Na sa mą myśl… za drża ła w du chu. – Nie mam nic na so bie, Mar tha le ży na mo ich ubra - niach. Opu ścił wzrok na jej szy ję, od sło nię tą, a po tem ni żej, na ka pę, któ rą się owi nę ła. – Pod tym jest pa ni na ga? – spy tał z na pię ciem. Al bo nie do wie rza niem? – Tyl ko w hal ce, co, jak mo że pan so bie wy obra zić, prak tycz nie rów na się na go ści. Na mo ment za mknął oczy. Kie dy znów je otwo rzył, wy raz je go twa rzy stał się odro bi nę bar dziej za cię ty. – W po rząd ku. Wo bec te go pro szę wyjść drzwia mi, spo tka my się na do le… ~ 31 ~ – Drzwi są za mknię te, Mar tha śpi z klu czem w kie sze - ni, a choć po tra fi ła bym sfor so wać za mek, za pew ne bym ją przy tym obu dzi ła… na wet zaś je śli nie, czy pa na zda - niem na praw dę po win nam ry zy ko wać, że na do le wpad - nę w ne gli żu na ja kie goś cier pią ce go na bez sen ność pro - sta ka? Praw dę mó wiąc, wziął to pod uwa gę. – Po za tym nie po wie dzia łam pa nu wszyst kie go. – Co pa ni po mi nę ła? – Zmru żył oczy, jak by po dej rze - wał, że He ather so bie z nim po gry wa. Zi gno ro wa ła to spoj rze nie i zre la cjo no wa ła, ja kie in - struk cje otrzy mał Flet cher. – Mógł za tem po rwać któ rą kol wiek z nas trzech, a mo że i pię ciu. – No i? – Brec ken rid ge zmarsz czył brwi, nie ro zu mie - jąc. – Za każ dą z pań mo gli by żą dać oku pu. – Tak, lecz je śli po rwa nie zle co no wy łącz nie dla oku - pu, to po co wy wo zić mnie z Lon dy nu? Po co ro bić so bie ty le kło po tu i mno żyć wy dat ki? Po co da wać mi po ko - jów kę? To nie ma sen su. – Po ko jów ka ma sens – od parł po krót kim wa ha niu Brec ken rid ge – je śli zle ce nio daw ca chce zmu sić pa nią do mał żeń stwa i w ten spo sób za gar nąć po sag. – Zga dza się. Gdy by jed nak to ta ki cel mu przy świe - cał, wów czas je go roz ka zy nie ma ją sen su. Każ dy, kto prze pro wa dził choć by naj bar dziej po wierz chow ny wy - wiad, wie dział by, że pod czas gdy Eli za i ja odzie dzi czy ły - śmy znacz ny ma ją tek, An ge li ki to nie do ty czy. Uro dzi ła się już po śmier ci na szych wie ko wych cio tek, dla te go spa dek ją omi nął. – Tłu ma cząc z za pa łem, He ather jesz - cze bar dziej wy chy li ła się przez pa ra pet. Brec ken rid ge, któ ry do sko na le pa mię tał o tym, że pod ka pą jest prak tycz nie na ga, z chę cią by się od su nął, z ty łu miał wszak że je dy nie po wie trze. Po zo sta ło mu za - gryźć zę by i ja koś znieść jej bli skość. ~ 32 ~ – Sam pan za tem wi dzi – cią gnę ła zmo ra je go ży cia, cał ko wi cie nie świa do ma sy tu acji – że to rów nież nie mo - że być po wód po rwa nia. – Po pa trzy ła mu w oczy. – Ja ki - kol wiek on jest, je śli mam szan sę do wie dzieć się praw dy, usta lić, czy coś bę dzie na dal za gra ża ło nie tyl ko mnie, ale tak że Eli zie i An ge li ce, a mo że też Hen riet cie i Ma ry, to mu szę je chać da lej z Flet che rem i spół ką, przy naj mniej do pó ki spra wy wy glą da ją tak jak obec nie, czy li nie gro zi mi żad ne bez po śred nie nie bez pie czeń stwo. Ak tu al nie więk sze nie bez pie czeń stwo gro zi ło jej ze stro ny Brec ken rid ge’a niż po ry wa czy. Skrzy wił się, gdy to so bie uzmy sło wił, ona zaś wzię ła ów gry mas za znak, że przy jął jej ra cje. Wy su nę ła spod ka py smu kłe ra mię i prze lot nie do - tknę ła je go dło ni, tej, któ rą przy trzy my wał się pa ra pe tu. – Zgo dził by się pan za wieźć wia do mość ode mnie do ro dzi ny, dać im znać, że nic mi w tej chwi li nie gro zi i że ode zwę się do nich, kie dy tyl ko od zy skam wol ność? Pa trzył na nią. Na praw dę my śla ła, że on… – Pro szę nie opo wia dać bzdur. – Spio ru no wał ją wzro - kiem. – Nie po ja dę so bie, zo sta wia jąc pa nią w rę kach po - ry wa czy. Przyj rzał się jej, sta ra jąc się osza co wać, ile wa ży. Za - sta na wiał się, czy by się ośmie lił… Mu sia ła wy czuć je go wa ha nie, wy pro sto wa ła się bo - wiem, cof nę ła o krok i wy ce lo wa ła pa lec w je go nos. – Niech pan na wet nie my śli o za bra niu mnie stąd si - łą, ani te raz, ani ni gdy. Je śli mnie pan choć by tknie, za - cznę krzy czeć. Cu dow nie. Spoj rzał na nią zwę żo ny mi ocza mi, znał ją jed nak na ty le do brze, aby wie dzieć, że nie zwy kła rzu cać słów na wiatr. Chy ba spo strze gła, że za ak cep to wał sy tu ację, po nie - waż zła god nia ła. – Gdy by więc ze chciał pan do star czyć wia do mość… ~ 33 ~ – Wy sła łem już stan gre ta z in for ma cją dla pa ni oj ca, że wio zą pa nią na pół noc głów nym trak tem oraz że po - dą żam za pa nią. Przy pusz czam, że je śli do koń ca dnia nie otrzy ma ją od nas wie ści, pa ni ku zy ni ru szą na szym śla dem. Splo tła ra mio na na pier si i pa trzy ła nań ze zmarsz czo - ny mi brwia mi. – spy ta ła po chwi li. – Czy to zna czy, że za mie rza pan da lej śle dzić po wóz? – Tak – szep nął przez za ci śnię te zę by. – Na tu ral nie. Prze cież nie po zwo lę, że by wy wieź li pa nią Bóg wie do kąd. – Hmm. – Nie od ry wa jąc od nie go wzro ku, zda wa ła się to roz wa żać. – W po rząd ku. Oto, ja ki mam plan. Po - sta ram się wy do być od Flet che ra, Cob bin sa i Mar thy jak naj wię cej na te mat ich zle ce nio daw cy, je go roz ka - zów i mo ty wów, że by przy naj mniej okre ślić, co ewen tu - al nie gro zi mo im sio strom i ku zyn kom. Po tem uciek nę. Je śli na dal bę dzie pan wte dy w po bli żu, mo że mi pan po móc. Za mil kła i pa trzy ła mu w oczy, ewi dent nie cze ka jąc na je go od po wiedź. Wie dział, co chciał by jej rzec, ale… mu sia ła po je chać z nim z wła snej wo li, a nie wąt pli wie by ła upar ta. – Do brze – po wie dział z wy sił kiem. Po za sta no wie niu do dał: – Wy ślę wia do mość do Lon dy nu, a sam bę dę śle - dził po wóz, trzy ma jąc się bli sko. – Twar do spoj rzał jej w oczy. – Mu szę spo ty kać się z pa nią co noc. – Zer k nął w stro nę chra pią cej na dal gło śno „po ko jów ki”. – Nie po - win no się to oka zać zbyt trud ne, na wet je śli wa run ki bę - dą ta kie jak w tej chwi li. Kie dy już uzy ska pa ni nie zbęd - ne in for ma cje, na tych miast po ich zdo by ciu od je dzie pa - ni ze mną. Bę dę pa nią eskor to wał z po wro tem do Lon - dy nu. Za trud nię na ten czas po ko jów kę, że by unik nąć dwu znacz no ści. Du ma ła nad tym chwi lę. – Do sko na ły plan – przy zna ła ła ska wie. ~ 34 ~ Po wstrzy mał ci sną cą mu się na usta sar ka stycz ną ri po - stę; ni gdy nie re ago wa ła do brze na ta kie uwa gi z je go stro ny. Ski nął gło wą. – Pro szę za mknąć okno i wra cać do łóż ka. Zo ba czy my się ju tro. Ostroż nie za su nę ła okno. Przez mo ment sta ła tuż za szy bą, a póź niej od wró ci ła się i ode szła. Po pa trzył w dół, męż nie opie ra jąc się po ku sie, by po - dej rzeć, jak He ather od rzu ca ka pę i wśli zgu je się mię dzy prze ście ra dła. Za czął scho dzić po ru rze. Jak kol wiek czuł się nie co zde gu sto wa ny i nie wąt pli wie po iry to wa ny ta kim roz wo jem spraw, kie dy mia ro wo opusz czał się na dół, mu siał przy znać, że swą po sta wą He - ather wzbu dzi ła w nim nie chęt ny, ale szcze ry sza cu nek. Ro dzi na jest waż na. Do ce niał to bar dziej niż kto kol wiek in ny – on, któ ry pod wzglę dem wię zów krwi nie na le żał w peł ni do żad - nej ro dzi ny. Je go bio lo gicz nym oj cem był świę tej pa mię - ci Cam den Sutc lif fe, nad zwy czaj ny dy plo ma ta i rów nie wiel ki ko bie ciarz, mat ką zaś hra bi na Brun swick, któ ra uro dzi ła swe mu mę żo wi dwie cór ki, ale nie ob da rzy ła go sy nem. Brun swick od ra zu uznał Brec ken rid ge’a; po cząt - ko wo wie dzio ny ulgą, gdyż roz pacz li wie pra gnął dzie dzi - ca, z cza sem na praw dę go po ko chał. To Brun swick na uczył go, czym jest ro dzi na. Brec ken - rid ge rzad ko uży wał swe go imie nia, Ti mo thy; od uro dze - nia był Brec ken rid ge’em, tak też o so bie my ślał – to mia no przy słu gi wa ło naj star sze mu sy no wi hra bie go Brun swic ka. Po nie waż nim w isto cie się czuł: sy nem Brun swic ka. Dla te go wła śnie w peł ni ro zu miał po trze bę He ather, by usta lić, co kry ło się za tym dziw nym po rwa niem, sko - ro po dob ny los mógł spo tkać jej sio stry, a nie wy klu czo - ne, że i ku zyn ki. Sam miał dwie star sze sio stry, la dy Con stan ce Raf fer - ty oraz la dy Cor de lię March ma in. Czę sto na zy wał je ję - dza mi, nie mniej dał by się za nie po ciąć, a i one, mi mo że
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Na ratunek damie
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: