Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00502 007554 13468093 na godz. na dobę w sumie
Na ratunek miłości - ebook/pdf
Na ratunek miłości - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 156
Wydawca: Harlequin Polska Język publikacji: polski
ISBN: 9788323875956 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Jenna musi załatwić pilne sprawy rodzinne w Australii. Nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności ląduje na kompletnym odludziu. Znajduje schronienie w zrujnowanym, pustym domu. Wieczorem zjawia się jego właściciel. Małomówny i opryskliwy Riley z trudem znosi towarzystwo Jenny, jednak nie odmawia jej pomocy. Spędzają wspólnie kilka dni, podczas których odwaga i upór Jenny imponują Rileyowi na tyle, że zaczyna myśleć o niej coraz częściej...

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

5 2 3 0 6 3 S K E D N I T A V 0 M Y T W Ł Z 0 4 7 A N E C 7 0 / 6 0 4 2 R N , ISSN 1641-5736 9 771641 573048 2 Marion Lennox Na ratunek miłości 06-RO-1a.indd 4 06-RO-1a.indd 4 4/25/07 10:27:06 AM 4/25/07 10:27:06 AM dla ka(cid:380)dej kobiety, ka(cid:380)dego dnia(cid:8230) Wi(cid:281)cej informacji znajdziesz na www.harlequin.com.pl Marion Lennox Na ratunek miłości Tłumaczyła Adela Drakowska Drogie Czytelniczki! Witajcie na początku lata! Na pewno większość z Was już zaplanowała wakacyjne wyjazdy – oby były bardzo udane – i niecierpliwie odlicza dni do urlopu. Czerwcowe książki z serii ROMANS zabiorą Was w wiele ciekawych miejsc, dzięki nim odbędziecie podróż do Grecji, Australii i na pustynię. W tym miesiącu szczególnie polecam pierwszą część miniserii Biurowy romans, a także nową książkę Waszej ulubionej Rebecki Winters. A oto wszystkie czerwcowe tytuły: Miesiąc w Grecji – Rebecca Winters opisuje dzieje małżeństwa, które jest solą w oku pewnej pozbawionej skrupułu intrygantce. Mężczyzna doskonały – pierwsza część miniserii Biurowy romans. Kobieta zafascynowana mężczyzną, którego nie widziała na oczy, ma wreszcie okazję poznać swój ideał... Książę pustyni – burzliwy romans praktycznej Angielki z romantycznym szejkiem. Na ratunek miłości – dwoje życiowych rozbitków odzyskuje wiarę w ludzi i w lepsze jutro. Sprawa honoru, Ślubny kontrakt (DUO) – dwie opowieści o małżeństwach na niby, które okażą się równie trwałe jak te zawarte z wielkiej miłości... Życzę przyjemnej lektury! Grażyna Ordęga Harlequin. Każda chwila może być niezwykła. Czekamy na listy. Nasz adres: Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa 12, skrytka pocztowa 21 Marion Lennox Na ratunek miłości Toronto • Nowy Jork • Londyn Amsterdam • Ateny • Budapeszt • Hamburg Madryt • Mediolan • Paryż Sydney • Sztokholm • Tokio • Warszawa Tytuł oryginału: Rescued by a Millionaire Pierwsze wydanie: Harlequin Mills Boon Limited, 2005 Redaktor serii: Grażyna Ordęga Opracowanie redakcyjne: Władysław Ordęga Korekta: Anna Sarnecka, Władysław Ordęga © 2005 by Marion Lennox © for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2007 Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie. Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej książce są ikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych czy umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Znak irmowy Wydawnictwa Harlequin i znak serii Harlequin Romans są zastrzeżone. Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Rakowiecka 4 Skład i łamanie: Studio Q, Warszawa Printed in Spain by Litograia Roses, Barcelona ISBN 978-83-238-2900-3 Indeks 360325 ROMANS – 912 PROLOG Czuł nieodpartą ulgę. Czy spodziewał się wściekłości? Poczucia osamotnienia? Goryczy? Takie emocje ogarniały go w przeszłości, kiedy od- chodzili ludzie, których kochał. Nic więc dziwnego, że paku- jąc ostatnie rzeczy żony do samolotu swego najlepszego przy- jaciela, oczekiwał choćby echa tamtego bólu. Tak się nie stało. Patrząc na przypominający srebrnego ptaka samolot, Riley Jackson nie czuł pustki. – Co ty na to, bracie? – zwrócił się do swego psa, a Bustle w odpowiedzi potarł nosem jego dłoń. Bustle też nie tęsk- nił za Lisą. Lisa nie miała czasu dla psów. – Zostaliśmy sami. – Riley zawrócił w stronę domu. Stary pies dreptał obok niego. W przeciwieństwie do jego żony Bustle był lojalny do końca. Dopiero strata Bustle’a przyprawi mnie o prawdziwy ból serca, pomyślał. To będzie naprawdę koniec miłości. Bustle znów powąchał jego palce. Riley pochylił się i uścis- nął wiernego collie. – Wiem. Niedługo mi ciebie zabraknie i będę za tobą tęsk- nił jak wariat. Ale tylko za tobą. Nikomu już nie pozwolę się do siebie zbliżyć. Nigdy więcej. ROZDZIAŁ PIERWSZY Błąd. Duży błąd. Jak daleko Jenna mogła okiem sięgnąć, widziała jedynie czerwony pył i linię kolejową, obrzeżoną tu i ówdzie kę- pami słonorośli. Pociąg z wolna niknął w powietrzu drżą- cym od upału. Nie było nic więcej. Jenna w osłupieniu starała się zrozumieć okropną rzecz, którą przed chwilą zrobiła. Kiedy usłyszała informację, że pociąg zatrzymuje się w Barinya Downs, pomyślała, że to małe miasteczko. Wyj- rzała przez okno. Z pół tuzina ciężarówek parkowało przy peronie. Obsługa pociągu wyładowywała rozmaite towary, a mężczyźni i kobiety w farmerskich kapeluszach wrzucali skrzynki i kartony na przyczepy swoich ciężarówek. Musiała tu być jakaś osada. Zresztą, wszystko było lep- sze, niż kolejne dwa dni w pociągu w towarzystwie Briana upokarzającego swoją małą córeczkę. Była tak wściekła, że z impetem wyrzuciła bagaże i led- wie zdążyła zawiadomić Karli, że wysiadają. Postawiły sto- py na peronie dosłownie w chwili, gdy pociąg ruszał. Barinya Downs. Nazwa nie mówiła jej nic. Gorzej. Ciężarówki, które widziała kilka minut temu, zniknęły w chmurze czerwonego kurzu. Na ratunek miłości  Co najlepszego zrobiła? Znajdowały się teraz co najmniej półtora dnia podróży koleją z Sydney i dwa dni z Perth. Były na pustkowiu. – Gdzie jesteśmy? – spytała Karli cichym głosikiem. – Jesteśmy w Barinya Downs – powiedziała głośno w go- rący wiatr, jakby nazwanie miejsca mogło je wyczarować. Ale nic się nie stało. Barinya Downs nadal składała się je- dynie z peronu i rozpostartego nad nim rachitycznego daszku. Nie było tu nawet drzewa. Tym bardziej telefonu. Nie było nic. Karli stała ufnie u boku Jenny, jakby czekając na instrukcje. Jesteś skończoną idiotką, szepnęła do siebie. Ojciec za- wsze ci to powtarzał i, jak widać, miał rację. Ale te opinie nie miały teraz znaczenia. Charles Svenson był w Ameryce. Być może zresztą jej ojciec był w zmowie z Brianem… Myśl z pozoru niedorzeczna, ale nie mogła tego wyklu- czyć. Miały z Karli jedną matkę, ale różnych ojców – Bria- na i Charlesa – dwóch najbardziej bezwzględnych męż- czyzn, jakich znała. Charles był daleko, a Brian odjechał stąd przed chwilą. Jenna zamknęła oczy, przypominając sobie jego wy- krzywioną złością twarz. – Wynoście się! – warknął. – Mam to gdzieś. Wygrałem! – Wyraz jego twarzy pełen był przewrotnego triumfu. Czy zdawał sobie sprawę, w jakim miejscu wysiadły? Jenna wstrzymała oddech przerażona samą myślą. Czy Brian zdawał sobie sprawę, co ona robi? Czy wie- dział, że Barinya Downs była tylko punktem na mapie? Usiadła na walizce i starała się opanować panikę. Pię- cioletnia Karli patrzyła na nią z niepokojem. Pociągnęła dziewczynkę na kolana i mocno ją uścisnęła.  Marion Lennox – Czy ktoś po nas przyjedzie? – spytała Karli ufnym tonem. – Być może… – Jenna z trudem zdobyła się na odpo- wiedź. – Muszę się zastanowić. Karli posłusznie zamilkła. W tym była dobra. Spędziła swoich pięć lat życia i trzy kwartały w milczeniu. Nigdy jej nie słyszano. Jenna zamierzała położyć temu kres, ale teraz była wdzięczna Karli za milczenie. Musiała się zastanowić. To było trudne. Nie dość, że poddała się panice, to jeszcze gotowała się z gorąca. Miała wrażenie, że z klimatyzowanego pociągu weszła prosto do pieca. Zapomnij o upale. Myśl, szeptała w duchu. Kiedy przejedzie tędy następny pociąg? Starała się odtworzyć w pamięci rozkład jazdy, który studiowała w Anglii. Propozycja Briana, żeby zrobili dłu- gą podróż pociągiem przez środek Australii, wydawała się kuszącą niespodzianką. Sprawdzała trasę pociągu i rozkład jazdy w internecie. Musiała się pomylić… Nie myliła się. Była tego pewna. Pociąg przemierzał kontynent tylko dwa razy w tygodniu. Przystawał w Bari- nya Downs, żeby wyładować towar. Był czwartek. Nie będzie pociągu przez trzy dni, pomy- ślała. Aż do poniedziałku! Wyciągnęła telefon komórkowy z torebki i spojrzała na wyświetlacz. Brak zasięgu. Oczywiście. A czego oczekiwała? Ale przecież widziała tych facetów w ciężarówkach. Mu- sieli gdzieś mieszkać… Odsunęła Karli delikatnie na bok i pomaszerowała na koniec peronu. Znowu błąd. Siła południowego słońca Na ratunek miłości  uderzyła w nią jak żar z pieca hutniczego. Pospiesznie wy- cofała się w cień. Karli przytuliła się do niej. – Będzie dobrze, Karli – szepnęła. Zmrużyła oczy w świetle, rozglądając się wokół. Gdzieś tu musiało coś być… Ale widziała tylko tory kolejowe splątane na bocznicy. Nic więcej. Nie. Coś było. Zdecydowanie coś majaczyło w oddali… Zabudowania? Nie była pewna. Spojrzała na swoją siostrę w rozterce. Co robić? Nie miała dużego wyboru. Zostać na peronie i bez je- dzenia i picia czekać na następny pociąg? To byłby kosz- mar. Musiały wyruszyć w kierunku niewyraźnego obiektu na horyzoncie. Cokolwiek tam było. Obraz twarzy Briana zamajaczył przed jej oczami. Ni- gdy w życiu nie widziała takiej złości. Nie zrobił nic, by wybawić je z tej opresji. Nabrały się na jego oszustwo jak pierwsze naiwne. Wiedziała, że nie zrobił nic. Ta myśl ją dobijała. Musiały przeczekać najgorszy upał. Zerknęła na zegarek. Pierwsza. Słońce prawie w zenicie. – Za kilka godzin wyruszymy – powiedziała do Karli. – Sprawdzimy, czy tam jest dom. Jeśli nie, zawsze możemy wrócić. Zawsze możemy… Co właściwie mogły? – Co będziemy robić, gdy będziemy czekać? – spytała Karli. Dobre pytanie. Musiały coś robić. Alternatywą było roz- myślanie wiodące nieuchronnie ku rozpaczy. – Możemy robić zamki z kurzu – zaproponowała, ale Karli spojrzała na nią z powątpiewaniem. 10 Marion Lennox – Nie robi się zamków z kurzu. Zamki robi się z piasku. Jenna zdobyła się na uśmiech. – Jesteśmy teraz z dala od cywilizacji, kochanie. Tutaj za- sady są postawione na głowie. A więc zamki z kurzu. Riley podszedł do tylnych drzwi i rzucił ostatnie pudła z zaopatrzeniem na kuchenną podłogę. Patrzył w dół z nie- smakiem. No cóż, prowiant, który przysłała mu Maggie, był niezbędny. Nie musiał mu smakować. Fasolka w puszce. Więcej puszek z fasolką w sosie po- midorowym. Piwo. Jeszcze tydzień, pomyślał, i powrót do cywilizacji – do Munyering, do uroczego domu z basenem i wspa- niałej kuchni Maggie. Tam, gdzie życie w upale było do zniesienia. Dlaczego nie wysłał jednego ze swoich ludzi do wyko- nania tej roboty? Och, nikt by tu nie przyjechał. Żywienie się fasolką i ku- rzem nie było zapisane w ich kontraktach. Tracił czas, rozmawiając z sobą w tej zaśmieconej kuchni. A czasu nie miał. Czy mówienie do siebie nie było pierwszą oznaką szaleństwa? Może powinien wziąć psa? Była pierwsza godzina. Miał siedem godzin upału za so- bą. A przed sobą następne studnie do naprawienia. Praca w słonecznym żarze groziła pomieszaniem zmy- słów, ale jeśliby przestał, kolejnych trzydzieści sztuk bydła padłoby z pragnienia przed zapadnięciem zmroku. – Piwo poczeka – mruknął do siebie, patrząc tęsknie na lodówkę. – Wracaj do roboty. Na ratunek miłości 11 Zachód słońca był niezwykle malowniczy. Czerwona kula toczyła się po horyzoncie, a jej ognisty blask rozświet- lał nagą pustynię. W normalnych okolicznościach ten wi- dok zaparłby Jennie dech. Ale nie teraz. Karli zaczynała się potykać. Zrazu wydawa- ło się, że od zabudowań dzieli ich półtora kilometra drogi. W miarę jak posuwały się do przodu, odległość wydłużała się. To mogło być nawet sześć kilometrów. Choć zostawiły baga- że na peronie i ubrane były tylko w cienkie spodnie i podko- szulki, długi marsz w upale był morderczy. Stary, drewniany dom z blaszanym, zardzewiałym da- chem wyglądał na opuszczony. Wokół nie było nic. Żad- nego ogrodzenia, podwórza czy ogródka, nie licząc kilku rozpadających się, zrujnowanych szop. Dom stał pośród czerwonego pyłu. Powybijane okna i dziury w odeskowa- niu świadczyły, że od dawna nikt w nim nie mieszkał. Ale to nie dom interesował teraz Jennę. Nieważne, że zrujnowany i opuszczony. Mógł być schronieniem aż do nadejścia pociągu. Jej uwagę przez ostanie pół kilometra drogi niepodzielnie przykuwał zbiornik z wodą, który stał za domem. Wyglądał tak, jakby miał się w każdej chwili rozpaść, ale mógł nadal być czynny… – Proszę – szeptała, gdy mijały pierwszą szopę. – Proszę… Nagle zatrzymała się. Za domem, na końcu prymitywnego lądowiska, stał sa- molot. Mały. Drogi. Nowy. Nikt rozsądny nie porzuciłby takiego samolotu. – Ktoś tu chyba mieszka. – Przykucnęła i objęła mocno swoją siostrzyczkę. – Maszerowałaś bardzo dzielnie. Teraz jesteśmy bezpieczne. Ktoś tu jest. – Chce mi się pić. 12 Marion Lennox Woda. To było najważniejsze. Jenna gapiła się na dom, spodziewając się, że ktoś pokaże się w drzwiach. Ale nikt nie wyszedł im na spotkanie. – Zapukajmy – powiedziała do Karli. Ciekawe, kto mieszka w takiej ruderze? Poprowadziła siostrę pod drzwi. Zastukała. Cisza. Tylko wiatr hulał po kątach domu. – Zapukaj jeszcze raz – szepnęła Karli i Jenna spróbowa- ła znów, tym razem głośniej. Luźne arkusze blachy na dachu klekotały na wietrze. Cisza. – Naprawdę chce mi się pić – jęknęła Karli. Jenna mocniej ścisnęła ją za rękę. To nie był Londyn. Z pewnością gospodarz tej rudery zrozumie. Nie musiały nawet włamywać się do środka. Drzwi ledwie trzymały się na zawiasach. Wystarczyło je tylko dotknąć. – Wejdźmy – szepnęła. – Dlaczego szepczemy? – spytała przytomnie Karli. – Ponieważ tu jest upiornie. Trzymaj mnie za rękę. – Myślisz, że tu są duchy? – W każdym razie takie, które latają samolotami. Karli zachichotała. To było wydarzenie. Nieczęsto w swo- im krótkim życiu miała okazję chichotać, pomyślała Jenna. Na pewno nie zaśmiała się ani razu przy swoim ojcu w pociągu. Po raz pierwszy w głowie Jenny zaświtała myśl, że być może przy- goda w Barinya Downs nie będzie aż takim nieszczęściem. Oby tylko była woda. Oby pilot samolotu nie okazał się mordercą z siekierą. Morderca z siekierą? Całkiem zwariowała. Nikt nie zamierzał otworzyć im drzwi. Jenna mocniej ścisnęła dłoń Karli. Na ratunek miłości 13 Weszły do środka. Wewnątrz dom wyglądał tak samo jak z zewnątrz – na opuszczony. Gruba warstwa rdzawego pyłu pokrywała wszystko. Ale… na drewnianej podłodze w kurzu odbiły się ślady czyichś stóp, a raczej męskich butów. Wyglądały na całkiem świeże. Trzymając Karli za rękę, Jenna weszła do kuchni. Tutaj ślady życia były ewidentne. Zobaczyły pudła z żyw- nością w puszkach, lodówkę na natę, lampę i plik gazet roz- rzuconych na dużym drewnianym stole. Kiedy Karli roz- glądała się wokół z zainteresowaniem, Jenna wzięła ze stołu pierwszą z brzegu gazetę. Pochodziła sprzed dwóch dni. Ktoś mieszkał w tym domu, to pewne. Ale przede wszystkim – był tu zlew. A nad nim kran. Jenna puściła rękę Karli i odkręciła kurek. Poleciała z niego czysta, prawdziwa woda. Pochyliła głowę i napi- ła się łapczywie. Nigdy w życiu nic jej bardziej nie sma- kowało. – W porządku, Karli – odezwała się trochę niepewnie. Podniosła dziewczynkę, by również mogła się napić. – Ma- my jedzenie i picie. Możemy tu zostać tak długo, jak będzie trzeba. Jesteśmy bezpieczne. – Bezpieczne jak wszyscy diabli! Odwróciła się, ciągle trzymając Karli pod kranem. W drzwiach stał mężczyzna. Na chwilę zapadła cisza. Karli nadal piła wodę, a Jenna nie była w stanie przemówić. Mężczyzna był bardzo wysoki i mocno zbudowany. Je- go szerokie ramiona i umięśniona sylwetka wypełniały ca- łą przestrzeń drzwi. Wyglądał na przywykłego do ciężkiej, izycznej pracy. 14 Marion Lennox Włosy miał spłowiałe od słońca – ciemnobrązowe u na- sady, złociste na końcach, a ciało mocno opalone. Surowe rysy twarzy łagodziły głęboko osadzone szare oczy, obwie- dzione siateczką zmarszczek, być może od stałego mruże- nia przed słońcem. Jego ubranie, jak również ręce i twarz, pokrywała warstwa kurzu. Nosił drelichowe spodnie i koszulę khaki, jak większość Australijczyków uprawiających ziemię, a w ręce trzymał szeroki kapelusz akubara. Musiała coś powiedzieć. – Cześć… – Niezbyt dobrze to wypadło. Jej głos przypo- minał pisk przerażonej myszy. – Cześć – odpowiedział głosem głębokim, dźwięcznym, naznaczonym australijskim akcentem. W jego oczach pa- nowały spokój i czujność. Z pewnością nie zdziwiłby się, gdyby zjawa znikła z jego kuchni równie niespodziewanie, jak tu się pojawiła. Karli przestała pić. Jenna postawiła ją na podłodze. Dziew- czynka patrzyła z przestrachem na obcego mężczyznę. – Och… czy to twój dom? – zaczęła Jenna. – To mój dom. – Mężczyzna przyglądał się Karli, ale ona na niego nie patrzyła, schowana za nogami starszej siostry. Cisza. Jenna zastanawiała się gorączkowo, co by mogła powiedzieć. Mężczyzna rzucił kapelusz na stół i podszedł do lodów- ki. Otworzył drzwi i wyjął piwo. Podnosząc zagadkowo brwi – do licha, czyżby facet się śmiał? – wyciągnął rękę z puszką w kierunku Jenny. – Nie mam pojęcia, kim wy, u diabła, jesteście i jak się tu dostałyście – powiedział – ale mogę zaproponować ci piwo. – Nie… Dziękuję.
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Na ratunek miłości
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: