Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00312 013467 15564511 na godz. na dobę w sumie
Na srebrnym globie - ebook/pdf
Na srebrnym globie - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 110
Wydawca: Literatura Net Pl Język publikacji: polski
ISBN: Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> literatura piękna >> komiks i humor
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).
Futurystyczna powieść, której akcja osadzona jest na Księżycu. Napisana ponad 100 lat temu (I wydanei z 1903 roku) książka Jerzego Żuławskiego to powieść z gatunku science fiction. Jej bohaterowie lecą na Księżyc w statku przypominającym pojemnik na piwo i tam tworzą nową społeczność, nowe relacje międzyludzkie, religię. Nie obywa się bez potwornej tęsknoty za tym co znane, za życiem na Ziemi.
Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Aby rozpocz(cid:261)ć lektur(cid:266), kliknij na taki przycisk , który da ci pełny dost(cid:266)p do spisu tre(cid:286)ci ksi(cid:261)(cid:298)ki. Je(cid:286)li chcesz poł(cid:261)czyć si(cid:266) z Portem Wydawniczym LITERATURA.NET.PL kliknij na logo poni(cid:298)ej. JERZY (cid:303)UŁAWSKI NA SREBRNYM GLOBIE R(cid:265)KOPIS Z KSI(cid:265)(cid:297)YCA Tower Press 2000 Copyright by Tower Press, żda(cid:276)sk 2000 2 OD AUTORA Pi(cid:266)ćdziesi(cid:261)t lat blisko upłyn(cid:266)ło ju(cid:298) od owej podwójnej wyprawy, najszale(cid:276)szej zaiste, ja- k(cid:261) kiedykolwiek człowiek przedsi(cid:266)wzi(cid:261)ł i wykonał - i cała rzecz poszła niemal w zapomnie- nie, gdy pewnego dnia w jednym z dzienników w K... pojawił si(cid:266) podpisany przez asystenta małego miejscowego obserwatorium artykuł, przypominaj(cid:261)cy wszystko na nowo. Autor arty- kułu twierdził, (cid:298)e ma w r(cid:266)ku niew(cid:261)tpliwe wiadomo(cid:286)ci o losie wystrzelonych przed pi(cid:266)ćdzie- si(cid:266)ciu laty na ksi(cid:266)(cid:298)yc szale(cid:276)ców. Rzecz narobiła wiele wrzawy, chocia(cid:298) pocz(cid:261)tkowo nie bra- no jej zbyt powa(cid:298)nie. Ci, co słyszeli lub czytali o owym nadzwyczajnym przedsi(cid:266)wzi(cid:266)ciu, wiedzieli, (cid:298)e (cid:286)miali awanturnicy ponie(cid:286)li (cid:286)mierć, ruszali wi(cid:266)c teraz ramionami na wie(cid:286)ć, (cid:298)e ci, od dawna za umarłych uwa(cid:298)ani, nie tylko (cid:298)yj(cid:261), ale przysyłaj(cid:261) nawet wiadomo(cid:286)ci wprost z ksi(cid:266)(cid:298)yca. Asystent mimo wszystko uporczywie obstawał przy swoim zdaniu i pokazywał cieka- wym sto(cid:298)kow(cid:261), (cid:298)elazn(cid:261) kul(cid:266), czterdzie(cid:286)ci centymetrów wysok(cid:261), w której miał odnale(cid:296)ć r(cid:266)ko- pis na ksi(cid:266)(cid:298)ycu sporz(cid:261)dzony. Misternie odkr(cid:266)caj(cid:261)c(cid:261) si(cid:266), wewn(cid:261)trz pró(cid:298)n(cid:261) kul(cid:266), pokryt(cid:261) grub(cid:261) warstw(cid:261) rdzy i (cid:298)u(cid:298)lu. mo(cid:298)na było ogl(cid:261)dać i podziwiaćś r(cid:266)kopisu jednak(cid:298)e asystent nikomu nie chciał pokazać. Twierdził, (cid:298)e s(cid:261) to papiery zw(cid:266)glone, których tre(cid:286)ć on dopiero odczytuje za pomoc(cid:261) sztucznych zdj(cid:266)ć fotograficznych, robionych z wielkim trudem i najwi(cid:266)ksz(cid:261) ostro(cid:298)- no(cid:286)ci(cid:261). Ta tajemniczo(cid:286)ć wzbudzała podejrzenia, zwłaszcza (cid:298)e asystent do tego czasu nie po- wiedział, jak doszedł do posiadania kuliś ale zaciekawienie wzrastało ci(cid:261)gle. Czekano z pew- nym niedowierzaniem przyrzeczonych wyja(cid:286)nie(cid:276), a tymczasem zacz(cid:266)to sobie przypominać ze współczesnych pism dzieje całej wyprawy. I nagle zacz(cid:266)li si(cid:266) ludzie dziwić, (cid:298)e mogli tak pr(cid:266)dko zapomnieć... Wszak(cid:298)e w czasie owej wyprawy nie było pisma codziennego, tygodniowego lub miesi(cid:266)cznego, które by przez par(cid:266) lat z rz(cid:266)du nie poczuwało si(cid:266) do obowi(cid:261)zku po(cid:286)wi(cid:266)cenia w ka(cid:298)dym numerze kilku szpalt temu wypadkowi, tak niesłychanemu i nieprawdopodobnemu. Przed sam(cid:261) wypraw(cid:261) pełno było wsz(cid:266)dzie sprawozda(cid:276) ze stanu robót przygotowawczychś opisywano niemal ka(cid:298)d(cid:261) (cid:286)rub(cid:266) w „wagonie”, który miał przebyć mi(cid:266)dzyplanetarne przestrzenie i wysadzić (cid:286)miałych szale(cid:276)- ców na powierzchni(cid:266) ksi(cid:266)(cid:298)yca, znan(cid:261) do tego czasu jedynie ze znakomitych zdj(cid:266)ć fotogra- ficznych, dokonywanych od szeregu lat w „Licke-Observatory” - zajmowano si(cid:266) (cid:298)ywo wszystkimi szczegółami przedsi(cid:266)wzi(cid:266)ciaś na naczelnym miejscu umieszczano portrety i (cid:298)y- ciorysy obszerne podró(cid:298)ników. Wiele wrzawy wywołała wie(cid:286)ć o cofni(cid:266)ciu si(cid:266) jednego z nich w ostatniej niemal chwili, bo niespełna na dwa tygodnie przed naznaczonym terminem „od- jazdu”. Ci sami, co niedawno jeszcze rzucali gromy na cały „niedorzeczny i awanturniczy” plan wyprawy, a uczestników jej nazywali wprost półgłówkami, zasługuj(cid:261)cymi jedynie na do(cid:298)ywotnie zamkni(cid:266)cie w szpitalu, oburzali si(cid:266) teraz na „tchórzostwo i odst(cid:266)pstwo” człowie- ka, co powiedział otwarcie, (cid:298)e si(cid:266) spodziewa mieć grób na ziemi równie(cid:298) spokojny, a nierów- nie pó(cid:296)niejszy ni(cid:298) jego niedoszli towarzysze na ksi(cid:266)(cid:298)ycu. Najwi(cid:266)ksze jednak zaciekawienie 3 wywołała osoba nowego (cid:286)miałka, zgłaszaj(cid:261)cego si(cid:266) na opró(cid:298)nione miejsce. Przypuszczano powszechnie, (cid:298)e go uczestnicy wyprawy nie przyjm(cid:261) do swego grona, gdy(cid:298) czas był ju(cid:298) za krótki, aby nowy towarzysz mógł odbyć konieczne przedwst(cid:266)pne ćwiczenia, którym tamci przez kilka łat si(cid:266) oddawali, doszedłszy w ko(cid:276)cu do niesłychanych wprost wyników. Opo- wiadano o nich, (cid:298)e nauczyli si(cid:266) znosić w lekkim odzieniu mróz czterdziestostopniowy i czter- dziestostopniowe gor(cid:261)co, obywać si(cid:266) całymi dniami bez wody i oddychać bez szkody dla zdrowia powietrzem bez porównania rzadszym od atmosfery ziemskiej na wysokich górach. Jakie(cid:298) tedy było zdziwienie, gdy si(cid:266) dowiedziano, (cid:298)e nowy ochotnik, przyj(cid:266)ty. dopełnił liczby „lunatyków”, jak ich nazywano. To tylko sprawozdawców pism doprowadzało do rozpaczy, (cid:298)e nie mogli si(cid:266) dowiedzieć bli(cid:298)szych szczegółów o tym tajemniczym awanturniku. Mimo natarczywe nalegania nie dopuszczał do siebie reporterów, ba! nawet nie przysłał (cid:298)adnemu dziennikowi fotografii ani nie odpowiadał na listowne zapytania. Inni członkowie wyprawy zachowywali równie(cid:298) (cid:286)cisłe milczenie co do jego osoby. Na dwa dni dopiero przed wyrusze- niem wyprawy w drog(cid:266) pojawiła si(cid:266) wiadomo(cid:286)ć bli(cid:298)sza, choć nieco fantastyczna. Jednemu z dziennikarzy udało si(cid:266) po wielu trudach zobaczyć nowego uczestnika przedsi(cid:266)wzi(cid:266)cia i roz- pu(cid:286)cił natychmiast wie(cid:286)ć, (cid:298)e to ma być kobieta w przebraniu m(cid:266)skim. Nie bardzo wierzono tej pogłosce, a zreszt(cid:261) nie było ju(cid:298) czasu zajmować si(cid:266) ni(cid:261). Stanowcza chwila nadchodziła. żor(cid:261)czkowe oczekiwanie zamieniło si(cid:266) po prostu w szał. Okolica nad uj(cid:286)ciem Kongo, sk(cid:261)d wyprawa miała „wyruszyć w drog(cid:266)”, zaroiła si(cid:266) od ludzi, przybyłych ze wszystkich cz(cid:266)(cid:286)ci (cid:286)wiata. Żantastyczny pomysł Juliusza Vernego miał być nareszcie urzeczywistnionym - w sto kilkana(cid:286)cie lat po (cid:286)mierci swego autora. Na wybrze(cid:298)u Afryki, dwadzie(cid:286)cia kilka kilometrów od uj(cid:286)cia Kongo, zion(cid:261)ł otwór ob- szernej gotowej ju(cid:298) studni z lanej stali, która miała za kilkana(cid:286)cie godzin wystrzelić na ksi(cid:266)- (cid:298)yc pierwszy pocisk z zamkni(cid:266)tymi w nim pi(cid:266)cioma (cid:286)miałkami. Osobna komisja sprawdziła jeszcze raz w po(cid:286)piechu wszystkie zawiłe obliczeniaś zrobiono raz jeszcze przegl(cid:261)d zapasów i narz(cid:266)dziŚ wszystko było w porz(cid:261)dku, wszystko było gotowe. Na drugi dzie(cid:276) na krótko przed wschodem sło(cid:276)ca potworny huk wybuchu oznajmił (cid:286)wiatu na par(cid:266)set kilometrów wokoło, (cid:298)e podró(cid:298) rozpocz(cid:266)ta... Według niezmiernie (cid:286)cisłych, i dokładnych oblicze(cid:276) pocisk miał pod działaniem wybu- chowej siły prostopadłego rzutu. przyci(cid:261)gania ziemi i siły rozp(cid:266)dowej, nabytej przez dzienny obrót ziemi dookoła osi, zakre(cid:286)lić w przestworzu olbrzymi(cid:261) parabol(cid:266) z zachodu na wschód i wszedłszy w oznaczonym punkcie i w oznaczonej godzinie w sfer(cid:266) przyci(cid:261)gania ksi(cid:266)(cid:298)yca, spa(cid:286)ć prawie pionowo na (cid:286)rodek jego tarczy ku nam zwróconej, w okolicy Sinus Medii. Bieg pocisku, obserwowany z ró(cid:298)nych punktów ziemi przez setki teleskopów, okazał si(cid:266) zupełnie prawidłowym. Źla patrz(cid:261)cych pocisk zdawał si(cid:266) cofać na niebie w kierunku od wschodu na zachód, zrazu znacznie wolniej ni(cid:298) sło(cid:276)ce, potem coraz szybciej, w miar(cid:266) jak si(cid:266) od ziemi oddalał. Ten ruch pozorny był wynikiem obrotu ziemi, wobec którego pocisk w tyle pozosta- wał. (cid:285)ledzono go długo, a(cid:298) wreszcie w pobli(cid:298)u ksi(cid:266)(cid:298)yca ju(cid:298) i najsilniejsze teleskopy nie były zdolne go spostrzec. Mimo to ł(cid:261)czno(cid:286)ć mi(cid:266)dzy zamkni(cid:266)tymi w pocisku awanturnikami a zie- mi(cid:261) nie ustawała jeszcze przez pewien czas ani na chwil(cid:266). Podró(cid:298)nicy obok mnóstwa innych przyrz(cid:261)dów zabrali ze sob(cid:261) znakomity aparat do telegrafii bez drutu, który według oblicze(cid:276) powinien był funkcjonować nawet na odległo(cid:286)ć trzystu osiemdziesi(cid:266)ciu czterech tysi(cid:266)cy ki- lometrów, dziel(cid:261)cych ksi(cid:266)(cid:298)yc od ziemi. Obliczenia atoli zawiodły w tym wypadkuś ostatni(cid:261) depesz(cid:266) otrzymały stacje astronomiczne z odległo(cid:286)ci dwustu sze(cid:286)ćdziesi(cid:266)ciu tysi(cid:266)cy kilome- trów. Czy to ze wzgl(cid:266)du na niedostateczn(cid:261) sil(cid:266) pr(cid:261)du wytwarzaj(cid:261)cego fale, czy te(cid:298) wadliw(cid:261) budow(cid:266) przyrz(cid:261)du, telegrafowanie na wi(cid:266)ksz(cid:261) odległo(cid:286)ć było niemo(cid:298)liwe. Ale ostatnia depe- sza brzmiała nader zach(cid:266)caj(cid:261)coŚ ,,Wszystko dobrze, nie ma powodu do obaw”. W sze(cid:286)ć tygo- dni wysłano według umowy drug(cid:261) wypraw(cid:266). Tym razem znalazło w pocisku pomieszczenie 4 dwóch tylko ludziŚ wie(cid:296)li za to ze sob(cid:261) znacznie wi(cid:266)ksze zapasy (cid:298)ywno(cid:286)ci i potrzebnych na- rz(cid:266)dzi. Aparat telegraficzny mieli znacznie silniejszy ni(cid:296)li poprzedniś nie było w(cid:261)tpliwo(cid:286)ci, (cid:298)e wystarczy do przesyłania wiadomo(cid:286)ci z ksi(cid:266)(cid:298)yca. Atoli z ksi(cid:266)(cid:298)yca depeszy ju(cid:298) nie otrzymano. Ostatni telegram wysłali ju(cid:298) podró(cid:298)nicy z pobli(cid:298)a celu wyprawy, przed samym spadkiem na ksi(cid:266)(cid:298)ycow(cid:261) powierzchni(cid:266). Wiadomo(cid:286)ć była nie najpomy(cid:286)lniejsza. Pocisk z niewytłumaczonej przyczyny zboczył nieco z drogi i wskutek tego widocznym było, (cid:298)e spadnie na ksi(cid:266)(cid:298)yc nie prostopadle, lecz sko(cid:286)nie, pod k(cid:261)tem do(cid:286)ć ostrym. Poniewa(cid:298) pocisk nie był zbudowany dla takiego spadku, wi(cid:266)c podró(cid:298)nicy obawiali si(cid:266), czy nie ponios(cid:261) (cid:286)mierci przez rozbicie. Wi- docznie obawy si(cid:266) spełniły, gdy(cid:298) to była ostatnia depesza. Wobec tego zaniechano zamierzonych wypraw dalszych. Nie mo(cid:298)na si(cid:266) było łudzić co do losu nieszcz(cid:266)(cid:286)liwcówś po có(cid:298) było powi(cid:266)kszać jeszcze bezu(cid:298)yteczne ofiary? (cid:297)al jaki(cid:286) i wstyd ogarn(cid:261)ł ludzi. Najwi(cid:266)ksi zwolennicy „mi(cid:266)dzyplanetarnej komunikacji” przycichli teraz, a o wyprawach mówiono i pisano ju(cid:298) tylko jako o szale(cid:276)stwie, b(cid:266)d(cid:261)cym wprost zbrodni(cid:261). W kil- ka lat wreszcie cała rzecz poszła w zapomnienie na długi przeci(cid:261)g czasu. Przypomniał j(cid:261) dopiero, jak si(cid:266) powiedziało, artykuł nie znanego dot(cid:261)d, a wkrótce gło- (cid:286)nego asystenta w pomniejszym obserwatorium astronomicznym. Odt(cid:261)d ka(cid:298)dy tydzie(cid:276) przy- nosił co(cid:286) nowego. Asystent odsłaniał powoli r(cid:261)bki swej tajemnicy, a chocia(cid:298) niedowiarków nigdy nie brakło, zacz(cid:266)to zapatrywać si(cid:266) na rzecz coraz powa(cid:298)niej. Sensacyjna wie(cid:286)ć rozeszła si(cid:266) wkrótce po całym cywilizowanym (cid:286)wiecie. Wreszcie asystent opowiedział, w jaki sposób doszedł do posiadania cennego r(cid:266)kopisu i jak go odczytał, a nawet pozwolił ludziom facho- wym ogl(cid:261)dać jego zw(cid:266)glone szcz(cid:261)tki wraz z cudownymi i(cid:286)cie odbitkami fotograficznymi. Otó(cid:298), jak si(cid:266) rzecz miała z ow(cid:261) kul(cid:261) i r(cid:266)kopisemŚ ,,Pewnego dnia po południu - opowiadał asystent - gdy siedziałem zaj(cid:266)ty notowaniem codziennych spostrze(cid:298)e(cid:276) meteorologicznych, oznajmił mi słu(cid:298)(cid:261)cy zakładu, (cid:298)e jaki(cid:286) młody człowiek chce ze mn(cid:261) mówić. Był to mój kolega i dobry przyjaciel, wła(cid:286)ciciel wioski nie opodal poło(cid:298)onej. Widywałem go rzadko, gdy(cid:298) choć mieszkał niedaleko, niecz(cid:266)sto si(cid:266) do miasta wybierał. Zatrzymałem go tedy i uporawszy si(cid:266) co pr(cid:266)dzej z robot(cid:261), wyszedłem do drugiego pokoju, gdzie mnie, jak zauwa(cid:298)yłem, niecierpliwie oczekiwał. Zaraz po powitaniu o(cid:286)wiadczył. (cid:298)e mi przynosi wiadomo(cid:286)ć, która mi(cid:266) ucieszy niew(cid:261)tpliwie. Wiedział, (cid:298)e od lat zajmuj(cid:266) si(cid:266) z zapałem badaniem meteorytów, przyszedł mi tedy powiedzieć, (cid:298)e przed kilku dniami spadł w jego wiosce meteor znacznej, jak si(cid:266) zdaje, wielko(cid:286)ci. Kamienia nie znalezio- no, gdy(cid:298) upadł w trz(cid:266)sawisko i prawdopodobnie zagł(cid:266)bił si(cid:266) znacznie, ale je(cid:286)li go chc(cid:266) mieć, on jest gotów dać mi kilku robotników dla jego wydobycia. Kamie(cid:276) naturalnie chciałem mieć i uwolniwszy si(cid:266) na par(cid:266) dni z obserwatorium, pojechałem sam na miejsce w celu poszuki- wa(cid:276). Ale mimo niew(cid:261)tpliwych znaków i usilnej pracy nie mogli(cid:286)my nic znale(cid:296)ć. Wydobyto tylko du(cid:298)y kawał obrobionego (cid:298)elaziwa kształtu kuli armatniej, której obecno(cid:286)ć w tym miej- scu mocno mnie zadziwiła. Zw(cid:261)tpiłem ju(cid:298) o pomy(cid:286)lnym wyniku poszukiwa(cid:276) i wydałem wła- (cid:286)nie polecenie zaprzestania dalszych robót, gdy przyjaciel zwrócił moj(cid:261) uwag(cid:266) na ow(cid:261) kul(cid:266). Istotnie wygl(cid:261)dała zastanawiaj(cid:261)ce. Powierzchnia jej była pokryta (cid:298)u(cid:298)lem, jaki si(cid:266) tworzy na (cid:298)elaznych meteorytach przy roz(cid:298)arzaniu si(cid:266) ich podczas przej(cid:286)cia przez atmosfer(cid:266) ziemsk(cid:261). Czy(cid:298)by to ona miała być owym spadłym meteorem? W tej chwili - nagle - błysn(cid:266)ła mi pierwsza my(cid:286)l. Przypomniała mi si(cid:266) wyprawa sprzed lat pi(cid:266)ćdziesi(cid:266)ciu, której histori(cid:266) znałem dosyć dobrze. Źodać musz(cid:266), (cid:298)e nie podzielałem nig- dy przekonania o bezwzgl(cid:266)dnej zatracie podró(cid:298)ników mimo beznadziejnej tre(cid:286)ci ostatniej depeszy, jak(cid:261) od nich ziemia otrzymała. Za wcze(cid:286)nie było jednak teraz wyjawiać domysły. zabrałem wi(cid:266)c tylko kul(cid:266) i przewiozłem z najwi(cid:266)ksz(cid:261) ostro(cid:298)no(cid:286)ci(cid:261) do domu. pewny niemal w duchu, (cid:298)e znajd(cid:266) w niej cenne wskazówki o tych zaginionych. Z jej niewielkiego wzgl(cid:266)dnie ci(cid:266)(cid:298)aru odgadłem zaraz, (cid:298)e jest wydr(cid:261)(cid:298)ona. W domu w najwi(cid:266)kszej tajemnicy zabrałem si(cid:266) do roboty. Nie łudziłem si(cid:266) ani na chwil(cid:266), (cid:298)e je(cid:286)li si(cid:266) w niej znajduj(cid:261) jakie papiery, to musiały ulec zw(cid:266)gleniu podczas rozpalania si(cid:266) 5 (cid:298)elaza w ziemskiej atmosferze. Nale(cid:298)ało zatem otworzyć kul(cid:266) tak, aby tych przypuszczalnych szcz(cid:261)tków nie zniszczyć, a mo(cid:298)e - my(cid:286)lałem - da si(cid:266) z nich co odcyfrować. Praca była nadzwyczajnie ci(cid:266)(cid:298)ka, zwłaszcza (cid:298)e nie chciałem brać nikogo do pomocy. Przypuszczenia moje zbyt były niepewne, a nawet - przyznaj(cid:266) - fantastyczne, aby je mo(cid:298)na było przedwcze(cid:286)nie rozgłosić. Spostrzegłem, (cid:298)e szczyt kuli stanowi (cid:286)ruba, któr(cid:261) nale(cid:298)ało odkr(cid:266)cić. Osadziłem wi(cid:266)c kul(cid:266) szczelnie w ci(cid:266)(cid:298)kim (cid:286)rubsztaku, aby j(cid:261) uchronić od wstrz(cid:261)(cid:286)nie(cid:276), mog(cid:261)cych uszkodzić jej za- warto(cid:286)ć, i zabrałem si(cid:266) do roboty. (cid:285)ruba była zardzewiała i nie chciała odchodzić. Po długich usiłowaniach nareszcie udało mi si(cid:266) j(cid:261) poruszyć. Pami(cid:266)tam, ten pierwszy zgrzyt obracanej (cid:286)ruby przej(cid:261)ł mi(cid:266) dreszczem rado(cid:286)ci i niepokoju zarazem. Musiałem prac(cid:266) przerwać na chwil(cid:266), gdy(cid:298) trz(cid:266)sły mi si(cid:266) r(cid:266)ce. Powróciłem do niej po godzinie, z bij(cid:261)cym jeszcze sercem. (cid:285)ruba poruszała si(cid:266) z wolna, gdy wtem posłyszałem dziwny (cid:286)wist. Pocz(cid:261)tkowo nie mo- głem zrozumieć jego przyczyny. Prawie bezmy(cid:286)lnie poruszyłem (cid:286)rub(cid:261) w odwrotnym kierun- ku i (cid:286)wist ustał prawie natychmiastś zaledwie jednak znów nieco odkr(cid:266)ciłem (cid:286)rub(cid:266), dał si(cid:266) zaraz słyszeć, choć był teraz słabszy. Nareszcie poj(cid:261)łem wszystko! Wn(cid:266)trze kuli było całko- wit(cid:261) pró(cid:298)ni(cid:261)! (cid:285)wist pochodził z wdzierania si(cid:266) powietrza do (cid:286)rodka szczelin(cid:261) przez rozlu(cid:296)- nienie (cid:286)ruby utworzon(cid:261)? Ta okoliczno(cid:286)ć upewniła mnie w przekonaniu, (cid:298)e je(cid:286)li kula zawiera w sobie papiery, to nie b(cid:266)d(cid:261) całkiem zniszczone, gdy(cid:298) brak powietrza musiał je uchronić od spalenia, gdy kula roz(cid:298)arzyła si(cid:266) przebywaj(cid:261)c atmosfer(cid:266) ziemsk(cid:261)! W par(cid:266) chwil przekonałem si(cid:266) o słuszno(cid:286)ci tych domysłów. Po usuni(cid:266)ciu (cid:286)ruby znalazłem w kuli, której wn(cid:266)trze wyło(cid:298)one było jeszcze warstw(cid:261) wypalonej gliny, zwój papierów zw(cid:266)glonych, ale nie spalonych. Nie (cid:286)miałem prawie oddychać z obawy, aby tych cennych dokumentów nie uszkodzić. Wyj(cid:261)łem je z najwi(cid:266)ksz(cid:261) ostro(cid:298)no(cid:286)ci(cid:261) i... popadłem w rozpacz. Na zw(cid:266)glonym papierze litery były prawie niewidocz- ne, a ponadto papier był tak kruchy, (cid:298)e si(cid:266) niemal rozsypywał w r(cid:266)ku. B(cid:261)d(cid:296) co b(cid:261)d(cid:296), postanowiłem dokonać dzieła i tre(cid:286)ć r(cid:266)kopisu odczytać. Kilka dni zeszło mi na rozmy(cid:286)laniu, jak si(cid:266) wzi(cid:261)ć do tego. Wreszcie uciekłem si(cid:266) do pomocy promieni rentge- nowskich. Przypuszczałem - i jak si(cid:266) pó(cid:296)niej okazało - słusznie, (cid:298)e atrament, którego u(cid:298)yto do pisma, zawierał składniki mineralne, a zatem zaczernione nim miejsca b(cid:266)d(cid:261) stawiały wi(cid:266)kszy opór promieniom rentgenowskim ni(cid:298) sam zw(cid:266)glony papier. Naklejałem tedy ostro(cid:298)nie ka(cid:298)d(cid:261) kart(cid:266) r(cid:266)kopisu na cienk(cid:261) błon(cid:266), rozpi(cid:266)t(cid:261) w ramie, i robiłem rentgenowskie zdj(cid:266)cia fotogra- ficzne. W ten sposób otrzymałem klisze, które po przeniesieniu obrazu na papier dały mi ro- dzaj palimpsestów, gdzie litery, po obu stronach papieru pisane, ł(cid:261)czyły si(cid:266) ze sob(cid:261). Było to trudne do odczytania, ale bynajmniej nie niemo(cid:298)liwe. Za kitka tygodni post(cid:261)piłem był ju(cid:298) tak daleko z odczytywaniem r(cid:266)kopisu, (cid:298)e nie wi- działem potrzeby zachowywania dłu(cid:298)ej całej rzeczy w tajemnicy. Wtedy to napisałem ów pierwszy artykuł, donosz(cid:261)cy o wypadku... Źzisiaj le(cid:298)y przede mn(cid:261) cały r(cid:266)kopis gotowy, od- czytany, uporz(cid:261)dkowany i przepisany i nie mam zgoła w(cid:261)tpliwo(cid:286)ci, (cid:298)e został spisany na ksi(cid:266)- (cid:298)ycu r(cid:266)k(cid:261) jednego z pi(cid:266)ciu najpierw wyprawionych podró(cid:298)ników i wysłany z ksi(cid:266)(cid:298)yca na ziemi(cid:266). Co do reszty - tre(cid:286)ć r(cid:266)kopisu mówi sama za siebie”. Źo tego wyja(cid:286)nienia, które poprze- dziło ogłoszenie tekstu r(cid:266)kopisu, dodał asystent krótk(cid:261) histori(cid:266) samej(cid:298)e wyprawy. Przypomniał zatem, (cid:298)e pierwsza my(cid:286)l wyszła od irlandzkiego astronoma, (OęTamora, a pierwszym jej zapalonym i nie w(cid:261)tpi(cid:261)cym w urzeczywistnienie zwolennikiem stał si(cid:266) młody, stawny podówczas w Brazylii portugalski in(cid:298)ynier, Piotr Varadol. Ci, pozyskawszy trzeciego towarzysza w Polaku, Janie Koreckim, który im oddał do rozporz(cid:261)dzenia cał(cid:261), do(cid:286)ć znaczn(cid:261) fortun(cid:266), rozpocz(cid:266)li zabiegi około urzeczywistnienia jasno ju(cid:298) okre(cid:286)lonego planu. Przede wszystkim tedy przedstawiono szkice projektu akademiom i ciałom naukowym, a nast(cid:266)pnie wezwano pomocy fachowych powag do opracowania jego szczegółów. My(cid:286)l spotkała si(cid:266) z nadspodziewanym uznaniem i obudziła zapałś wkrótce nie była to ju(cid:298) sprawa kilku ludzi, lecz 6 całego cywilizowanego (cid:286)wiata, który zapragn(cid:261)ł wysłać swych przedstawicieli na ksi(cid:266)(cid:298)yc ce- lem dowiedzenia si(cid:266) bli(cid:298)szych szczegółów o tym globie. Na wniosek akademij i astronomicz- nych instytutów rz(cid:261)dy pospieszyły z pomoc(cid:261) pieni(cid:266)(cid:298)n(cid:261), a (cid:298)e nie brakło i znacznych ofiar prywatnych, wi(cid:266)c wkrótce inicjatorowie mieli do rozporz(cid:261)dzenia kapitały, z którymi mo(cid:298)na było ju(cid:298) nie jedne, ale kilka wypraw urz(cid:261)dzić. Tak te(cid:298) postanowiono. Jak wiadomo jednak, dwie tylko z tych wypraw doszły do skutku. Załog(cid:266) pierwszego pocisku stanowić miało pi(cid:266)ciu ludzi, w tej liczbie trzej autorowie projektuś czwartym był Anglik, lekarz Tomasz Woodbell, pi(cid:261)tym Niemiec Braun, który wszak(cid:298)e cofn(cid:261)ł si(cid:266) w ostatniej chwili. Na miejsce jego zgłosił si(cid:266) nieznajomy ochotnik. W drugim pocisku zamkn(cid:266)ło si(cid:266) dwóch braci, Żrancuzów, nazwiskiem Remogner. Po tym krótkim zarysie historycznym asystent w dalszym ci(cid:261)gu memoriału rozwodził si(cid:266) obszernie nad techniczn(cid:261) stron(cid:261) przedsi(cid:266)wzi(cid:266)cia. Opisał tedy szczegółowo zbudowanie ol- brzymiej armaty w kształcie stalowej studni, mówił o budowie pocisku, który po dostaniu si(cid:266) na bezpowietrzn(cid:261) powierzchni(cid:266) ksi(cid:266)(cid:298)yca mo(cid:298)na było zamienić na hermetycznie zamkni(cid:266)ty wóz, poruszany osobnym motorem elektrycznym, opisywał przyrz(cid:261)dy ochronne, maj(cid:261)ce po- dró(cid:298)ników zabezpieczyć od zmia(cid:298)d(cid:298)enia w chwili wystrzału, a nast(cid:266)pnie spadku na ksi(cid:266)(cid:298)yc, wreszcie wymieniał wszystkie przedmioty, składaj(cid:261)ce si(cid:266) na wewn(cid:266)trzne urz(cid:261)dzenie i zaopa- trzenie „przeno(cid:286)nego pokoju”. Ksi(cid:266)(cid:298)yc nie jest (cid:286)wiatem go(cid:286)cinnym. Astronomowie wiedz(cid:261) o tym od dawna, chocia(cid:298) go znaj(cid:261) tylko z daleka i -jednostronnie. Mimo niesłychanego udoskonalenia przyrz(cid:261)dów optycznych w dwudziestym wieku, ksi(cid:266)(cid:298)yc oparł si(cid:266) zwyci(cid:266)zko próbom przybli(cid:298)enia go do ziemi za ich pomoc(cid:261) na tak(cid:261) odległo(cid:286)ć, aby mo(cid:298)na było zbadać wszystkie szczegóły jego po- wierzchni. Kr(cid:261)(cid:298)(cid:261)c około ziemi w (cid:286)redniej odległo(cid:286)ci trzystu o(cid:286)mdziesi(cid:266)ciu czterech tysi(cid:266)cy kilometrów, wydaje si(cid:266) w szkłach o tysi(cid:261)ckrotnym powi(cid:266)kszeniu odległym od niej na 384 km, co stanowi jeszcze zawsze poka(cid:296)ny kawałek drogi. Silniejszych za(cid:286) szkieł nie mo(cid:298)na u(cid:298)ywać do jego badania, gdy(cid:298) przy znaczniejszym powi(cid:266)kszeniu z powodu za małej przezroczysto(cid:286)ci atmosfery ziemskiej otrzymuje si(cid:266) obraz tak niewyra(cid:296)ny, (cid:298)e niepodobna poznać na nim nawet gór, w słabszych szkłach dokładnie widocznych. Nadto badaniu dost(cid:266)pna jest tytko jedna półkula ksi(cid:266)(cid:298)ycowego globu. Ksi(cid:266)(cid:298)yc bowiem, odbywaj(cid:261)c sw(cid:261) drog(cid:266) naokoło ziemi w dwudziestu siedmiu dniach, czterdziestu trzech minu- tach i jedenastu sekundach, wykonywa w tym czasie tylko jeden obrót około swej osi, tak (cid:298)e zwrócony jest ku ziemi zawsze t(cid:261) sam(cid:261) stron(cid:261) swej powierzchni. Zjawisko to nie jest przy- padkowe. Ksi(cid:266)(cid:298)yc nie jest dokładn(cid:261) kul(cid:261), ale zbli(cid:298)a si(cid:266) kształtem do bardzo mało wydłu(cid:298)one- go jaja. Siła przyci(cid:261)gania ziemi sprawia, (cid:298)e jaje owo zwraca si(cid:266) ku niej ostrym ko(cid:276)cem i tak kr(cid:261)(cid:298)y, jakby na uwi(cid:266)zi, nie mog(cid:261)c si(cid:266) odwrócić. Znana astronomom połowa ksi(cid:266)(cid:298)yca wystarczyła jednak, aby go zdyskredytować najzu- pełniej w opinii ludzi, marz(cid:261)cych o zamieszkaniu innych, ni(cid:298) ziemia, (cid:286)wiatów. Ta powierzch- nia naszego satelity, wi(cid:266)ksza co do obszaru dwa razy od źuropy, przedstawia si(cid:266) w telesko- pach jako bezwodna i pustynna wy(cid:298)yna, zasiana wprost niezliczon(cid:261) ilo(cid:286)ci(cid:261) obr(cid:261)czkowych gór, podobnych z kształtu do olbrzymich kraterów, nierzadko o stukilometrowej (cid:286)rednicy, których brzegi wznosz(cid:261) si(cid:266) do siedmiu tysi(cid:266)cy metrów ponad okoliczne równiny. W północ- nej cz(cid:266)(cid:286)ci zwróconej ku nam półkuli ci(cid:261)gnie si(cid:266) szereg obszernych kolistych płaszczyzn, na- zwanych przez pierwszych selenografów morzami. Równiny te o stromych brzegach, utwo- rzonych przez niebotyczne ła(cid:276)cuchy górskie, poprzerzynane s(cid:261) w ró(cid:298)nych kierunkach mnó- stwem szczelin, których pochodzenie zawsze zastanawiało astronomów, zwłaszcza (cid:298)e na zie- mi nie istnieje nic podobnego. Szczeliny te, nieraz na sto kilkadziesi(cid:261)t kilometrów długie, a na par(cid:266) szerokie, dochodz(cid:261) gł(cid:266)boko(cid:286)ci(cid:261) do tysi(cid:261)ca metrów i wi(cid:266)cej. Je(cid:286)li sobie uprzytomnimy jeszcze, (cid:298)e ta powierzchnia pozbawiona jest niemal zupełnie atmosfery, (cid:298)e „dzie(cid:276)” ksi(cid:266)(cid:298)ycowy, trwaj(cid:261)cy naszych dni czterna(cid:286)cie, jest tam latem, podczas którego upal dochodzi do niesłychanego nat(cid:266)(cid:298)enia, a czternastodniowa noc zim(cid:261), mro(cid:296)niejsz(cid:261) 7 ni(cid:298) nasze zimy podbiegunowe, b(cid:266)dziemy mieli obraz kraju, wcale nie zach(cid:266)caj(cid:261)cego do obra- nia go sobie za „stałe miejsce pobytu”. Tym wi(cid:266)cej podziwiać trzeba po(cid:286)wi(cid:266)cenie ludzi, któ- rzy z nara(cid:298)eniem własnego (cid:298)ycia wybrali si(cid:266) na ten glob w tym jedynie celu, aby powi(cid:266)kszyć zasób ludzkiej wiedzy nie ulegaj(cid:261)cymi w(cid:261)tpliwo(cid:286)ci wiadomo(cid:286)ciami o najbli(cid:298)szym ziemi ciele niebieskim. Podró(cid:298)nicy mieli zreszt(cid:261) zamiar przebyć tylko jak najpr(cid:266)dzej t(cid:266) niego(cid:286)cinn(cid:261) półkul(cid:266) i do- stać si(cid:266) na drug(cid:261), od ziemi odwrócon(cid:261) stron(cid:266) ksi(cid:266)(cid:298)yca, gdzie spodziewali si(cid:266) niebezpodstaw- nie znale(cid:296)ć zno(cid:286)ne warunki do (cid:298)ycia. Wi(cid:266)kszo(cid:286)ć pisz(cid:261)cych o ksi(cid:266)(cid:298)ycu uczonych twierdzi wprawdzie, (cid:298)e i na tamtej stronie atmosfera jest zbyt rzadka, aby mo(cid:298)na ni(cid:261) oddychaćś wszak(cid:298)e OęTamor, opieraj(cid:261)c si(cid:266) na wieloletnich badaniach i obliczeniach, wnosił, (cid:298)e znajdzie tam powietrze o dostatecznej g(cid:266)sto(cid:286)ci dla utrzymania (cid:298)ycia, a z powietrzem wod(cid:266) i ro(cid:286)lin- no(cid:286)ć, mog(cid:261)c(cid:261) dostarczyć najlichszego bodaj po(cid:298)ywienia. Ci (cid:286)miali ludzie gotowi zreszt(cid:261) byli nawet na (cid:286)mierć, byle wydrzeć przedtem gwia(cid:296)dzistemu niebu bodaj jedne z tych jego tajem- nic, które tak zazdro(cid:286)nie ukrywa przed człowiekiem. Odwag(cid:266) ich podnosiła my(cid:286)l, (cid:298)e po(cid:286)wi(cid:266)- cenie to w (cid:298)adnym razie nie pozostanie bezowocnym, gdy(cid:298) b(cid:266)d(cid:261) mogli spostrze(cid:298)e(cid:276) swych udzielić pozostałym na ziemi ludziom przy pomocy wzi(cid:266)tego ze sob(cid:261) telegraficznego aparatu. A nu(cid:298) - my(cid:286)leli czasem, upojeni wielko(cid:286)ci(cid:261) swego przedsi(cid:266)wzi(cid:266)cia - nu(cid:298) znajd(cid:261) na tamtej tajemniczej stronie ksi(cid:266)(cid:298)yca raj czarodziejski i dziwny, (cid:286)wiat nowy. zgoła odmienny od ziem- skiego, a go(cid:286)cinny? Marzyli wtedy o wezwaniu nowych towarzyszy do przebycia owych se- tek tysi(cid:266)cy kilometrów, o zało(cid:298)eniu tam, na tej jasnej, ziemi w ciche noce (cid:286)wiec(cid:261)cej kuli, no- wego społecze(cid:276)stwa, nowej ludzko(cid:286)ci, szcz(cid:266)(cid:286)liwszej... mo(cid:298)e...Tymczasem trzeba si(cid:266) było liczyć z konieczno(cid:286)ci(cid:261) przebycia górzystej, bezpowietrznej i bezwodnej pustynnej wy(cid:298)yny, zajmuj(cid:261)cej cał(cid:261) ku ziemi zwrócon(cid:261) półkul(cid:266) ksi(cid:266)(cid:298)yca. Nie było to drobnostk(cid:261). Obwód ksi(cid:266)(cid:298)y- ca wynosi blisko jedena(cid:286)cie tysi(cid:266)cy kilometrów, gdyby zatem upadli, jak si(cid:266) spodziewali. na (cid:286)rodek ku ziemi zwróconej tarczy, mieliby do zrobienia około trzech co najmniej tysi(cid:266)cy ki- lometrów, nimby si(cid:266) dostali w okolice, gdzie mieli nadziej(cid:266) móc oddychać i (cid:298)yć. Pocisk - kształtu wydłu(cid:298)onego, z jednej strony sto(cid:298)kowe zako(cid:276)czonego cylindra - był te(cid:298) odpowiednio urz(cid:261)dzony, aby go mo(cid:298)na zamienić na pewien rodzaj zamkni(cid:266)tego automobilu, i zaopatrzony obficie w zapasy zg(cid:266)szczonego powietrza, wody, (cid:298)ywno(cid:286)ci i paliwa, mog(cid:261)ce wystarczyć dla pi(cid:266)ciu osób na cały rok, to jest nawet na dłu(cid:298)ej, ni(cid:298) potrzeba dla dostania si(cid:266) na odwrotn(cid:261) stron(cid:266) ksi(cid:266)(cid:298)yca. Oprócz tego wzi(cid:266)li z sob(cid:261) podró(cid:298)nicy znaczn(cid:261) liczb(cid:266) ró(cid:298)nych narz(cid:266)dzi, mał(cid:261) biblioteczk(cid:266) za obja(cid:286)nienie do wydanego wkrótce potem r(cid:266)kopisu. R(cid:266)kopis sam, spisany po polsku na ksi(cid:266)(cid:298)ycu przez Jana Koreckiego, uczestnika pierwszej wyprawy, składał si(cid:266) z trzech cz(cid:266)(cid:286)ci, powstałych w ró(cid:298)nych czasach, a wi(cid:261)(cid:298)(cid:261)cych si(cid:266) ze sob(cid:261) w organiczn(cid:261) cało(cid:286)ć, stanowi(cid:261)c(cid:261) opowie(cid:286)ć o przedziwnych losach i przej(cid:286)ciach rozbitka wy- rzuconego na l(cid:261)d zawieszony w bł(cid:266)kicie trzysta o(cid:286)mdziesi(cid:261)t cztery miliony metrów ponad ziemi(cid:261). A oto przedruk dosłowny owego r(cid:266)kopisu według pierwszego wydania, sporz(cid:261)dzonego przez asystenta obserwatorium w K... i... suk(cid:266) z dwojgiem szczeni(cid:261)t. Była to pi(cid:266)kna i wielka angielska wy(cid:298)lica, nale(cid:298)(cid:261)ca do Tomasza Woodbella, któr(cid:261) przed puszczeniem si(cid:266) w drog(cid:266) ochrzczono zgodnie mianem Seleny. Te wszystkie rzeczy przypomniał szczegółowo memoriał asystenta w K..., maj(cid:261)cy słu(cid:298)yć 8 R(cid:265)KOPISU CZ(cid:265)(cid:285)Ć PIERWSZA DZIENNIK PODRÓ(cid:297)Y Mój Bo(cid:298)e! jak(cid:261)(cid:298) ja dat(cid:266) mam poło(cid:298)yć?! Ów wybuch potworny, któremu kazali(cid:286)my si(cid:266) wyrzucić z Ziemi, rozsadził nam rzecz uwa(cid:298)an(cid:261) tam za najtrwalsz(cid:261) ze wszystkiego, co istnie- je, rozsadził nam i popsuł czas. W istocie to jest okropne! pomy(cid:286)leć tylko, (cid:298)e tu, gdzie jeste- (cid:286)my, nie ma lat, nie ma miesi(cid:266)cy ani dni, naszych krótkich, rozkosznych, ziemskich dni... Zegarek mi mówi, (cid:298)e upłyn(cid:266)ło ju(cid:298) z gór(cid:261) czterdzie(cid:286)ci godzin od chwili, kiedy(cid:286)my tu spadliŚ spadli(cid:286)my w nocy, a sło(cid:276)ce jeszcze nie wzeszło. Spodziewamy si(cid:266) je ujrzeć dopiero za dwa- dzie(cid:286)cia kilka godzin. Wzejdzie i pójdzie po niebie leniwie, dwadzie(cid:286)cia dziewi(cid:266)ć razy wol- niej ni(cid:298) tam, na Ziemi. Trzysta pi(cid:266)ćdziesi(cid:261)t cztery godzin b(cid:266)dzie (cid:286)wiecić nad naszymi głowa- mi, a potem przyjdzie znowu noc, trwaj(cid:261)ca trzysta pi(cid:266)ćdziesi(cid:261)t cztery godzin. Po nocy znów dzie(cid:276), taki sam, jak poprzedni, i znowu noc, i znów dzie(cid:276) - i tak bez ko(cid:276)ca, bez odmiany, bez pór roku, bez lat, bez miesi(cid:266)cy... Je(cid:286)li do(cid:298)yjemy... Siedzimy bezczynnie, zamkni(cid:266)ci w naszym pocisku, i czekamy sło(cid:276)ca. O! ta straszna t(cid:266)- sknota za sło(cid:276)cem! Noc wprawdzie jest jasna Ja(cid:286)niejsza bez porównania od naszych - tam - ziemskich nocy podczas pełni. Olbrzymi półkr(cid:261)g Ziemi tkwi nad nami nieruchomie w czarnym niebie u zenitu i zalewa białym (cid:286)wiatłem t(cid:266) pustk(cid:266) straszliw(cid:261) wokół nas... W tym dziwnym (cid:286)wietle jest wszystko takie tajemnicze i martwe... I mróz... Oh! jaki straszny mróz! - Sło(cid:276)ca! sło(cid:276)ca! OęTamor od chwili upadku nie odzyskał jeszcze przytomno(cid:286)ci. Woodbell, choć sam po- kaleczony, nie odst(cid:266)puje go ani na chwil(cid:266). Obawia si(cid:266), (cid:298)e to jest wstrz(cid:261)(cid:286)nienie mózgu, i bar- dzo mało robi nadziei. Na Ziemi - powiada - wyleczyłby go. Ale tutaj w tym ohydnym mro- zie, tu, gdzie za jedyne niemal po(cid:298)ywienie mamy zapas sztucznego białka i cukru, gdzie mu- simy oszcz(cid:266)dzać powietrza i wody... To by było straszne! stracić OęTamora, wła(cid:286)nie jego, który jest dusz(cid:261) naszej wyprawy!... Ja, Varadol i Marta, a nawet Selena z obojgiem szczeni(cid:261)t, jeste(cid:286)my zdrowi. Marta zdaje si(cid:266) nic nie wiedzieć i nie czuć. Wodzi tytko oczyma za Woodbellem, zaniepokojona jego ra- nami. Szcz(cid:266)(cid:286)liwy Tomasz! Jak go ta kobieta kocha! Oh! ten mróz! Zdaje si(cid:266), (cid:298)e nasz pocisk zamkni(cid:266)ty zamienia si(cid:266) wraz z nami w brył(cid:266) lo- du. Pióro wysuwa mi si(cid:266) ze zgrabiałych palców. O, kiedy(cid:298) nareszcie wzejdzie sło(cid:276)ce! Tej(cid:298)e nocy w 27 godzin pó(cid:296)niej. Z OęTamorem coraz gorzej, nie mo(cid:298)na si(cid:266) łudzić - to jest ju(cid:298) agonia. Tomasz, czuwaj(cid:261)c nad nim, zapomniał o własnych ranach i sam teraz tak osłabł, (cid:298)e si(cid:266) musiał poło(cid:298)yćŚ Marta zast(cid:266)puje go przy chorym. Sk(cid:261)d ta kobieta bierze tyle sił? Odk(cid:261)d si(cid:266) otrz(cid:261)sn(cid:266)ła z pierwszego oszołomienia po spadku, jest najczynniejsza z nas wszystkich. Zdaje mi si(cid:266), (cid:298)e jeszcze nie spała. Ach! ten mróz... Varadol siedzi osowiały i milcz(cid:261)cy. Na kolanach jego zwini(cid:266)ta w kł(cid:266)bek Selena. On mó- wi, (cid:298)e im tak cieplej obojgu. Szczeni(cid:266)ta poło(cid:298)yli(cid:286)my w łó(cid:298)ku obok Tomasza. Próbowałem spać, ale nie mog(cid:266). Mróz mi spać nie daje i to upiorne (cid:286)wiatło Ziemi nad nami. Ju(cid:298) tylko mało co wi(cid:266)cej nad pół tarczy jej widać. Znak to, (cid:298)e sło(cid:276)ce wzejdzie nieba- wem. Nie umiemy dokładnie obliczyć, kiedy to nast(cid:261)pi, gdy(cid:298) nie wiemy, w którym punkcie tarczy Ksi(cid:266)(cid:298)yca si(cid:266) znajdujemy. OęTamor byłby to z łatwo(cid:286)ci(cid:261) obliczył ze stanu gwiazd, ale on le(cid:298)y bezprzytomny. B(cid:266)dzie si(cid:266) musiał Varadol w jego zast(cid:266)pstwie wzi(cid:261)ć do tej roboty. Nie wiem, dlaczego z tym zwleka. 9 Powinni(cid:286)my byli według obliczenia spa(cid:286)ć na Sinus Medii, ale Bóg jeden wie, gdzie si(cid:266) istotnie znajdujemy. Na Sinus Medii powinno by ju(cid:298) sło(cid:276)ce (cid:286)wiecić o tej porze. Widocznie spadli(cid:286)my dalej ku „wschodowi” - jak na Ziemi t(cid:266) stron(cid:266) Ksi(cid:266)(cid:298)yca nazywaj(cid:261), gdzie dla nas b(cid:266)dzie sło(cid:276)ce zachodziło - niezbyt jednak daleko od (cid:286)rodka ksi(cid:266)(cid:298)ycowej tarczy, gdy(cid:298) Ziemia jest nad nami niemal w zenicie. Tyle nowych, dziwnych wra(cid:298)e(cid:276) odbieram zewsz(cid:261)d, (cid:298)e ich nie mog(cid:266) zebrać ani uporz(cid:261)d- kować. Przede wszystkim to niesłychane, wprost strachem przejmuj(cid:261)ce uczucie lekko(cid:286)ci... Wiedzieli(cid:286)my na Ziemi, (cid:298)e Ksi(cid:266)(cid:298)yc, czterdzie(cid:286)ci dziewi(cid:266)ć razy od niej mniejszy, a o(cid:286)mdzie- si(cid:261)t jeden razy l(cid:298)ejszy, b(cid:266)dzie nas przyci(cid:261)gał sze(cid:286)ć razy słabiej, choć si(cid:266) bli(cid:298)ej jego (cid:286)rodka ci(cid:266)(cid:298)ko(cid:286)ci znajdujemyś ale co innego jest wiedzieć o czym(cid:286), a co innego czuć. Jeste(cid:286)my ju(cid:298) blisko siedmdziesi(cid:261)t godzin na Ksi(cid:266)(cid:298)ycu i nie mo(cid:298)emy si(cid:266) jeszcze przyzwyczaić do tego. Nie umiemy zastosować wysiłku naszych mi(cid:266)(cid:286)ni do zmniejszonej wagi przedmiotów, ba! nawet własnego ciała. Powstaj(cid:266) szybko ze siedzenia i podskakuj(cid:266) blisko na metr w gór(cid:266), mimo (cid:298)e si(cid:266) chciałem tylko podnie(cid:286)ć. Varadol chciał przed kilku godzinami zgi(cid:261)ć hak z grubego drutu, przymocowany do (cid:286)ciany naszego domu. Chwycił go dłoni(cid:261) - i podniósł si(cid:266) cały w gór(cid:266) na dłoni! Zapomniał, (cid:298)e wa(cid:298)y teraz zamiast siedmdziesi(cid:266)ciu kilku, tylko niespełna trzyna(cid:286)cie kilogramów! Co chwil(cid:266) który(cid:286) z nas rzuca gwałtownie przedmiotami, chc(cid:261)c je tylko przesu- n(cid:261)ć. Wbicie gwo(cid:296)dzia staje si(cid:266) rzecz(cid:261) prawie niemo(cid:298)liw(cid:261) wobec tego, (cid:298)e młotek, wa(cid:298)(cid:261)cy na ziemi dwa funty, wa(cid:298)y tutaj zaledwie sto siedmdziesi(cid:261)t par(cid:266) gramów! Pióra, którym pisz(cid:266), nie czuj(cid:266) prawie w r(cid:266)ku. Marta powiedziała przed chwil(cid:261), (cid:298)e ma wra(cid:298)enie, jakby si(cid:266) ju(cid:298) stała duchem, pozbawio- nym wa(cid:298)kiego ciała. To jest bardzo dobre okre(cid:286)lenie. W istocie jest co(cid:286) nieswojskiego w tym uczuciu dziwnej lekko(cid:286)ci... Mo(cid:298)na by naprawd(cid:266) uwierzyć, (cid:298)e si(cid:266) jest duchem, zwłaszcza wo- bec widoku Ziemi (cid:286)wiec(cid:261)cej na niebie jak Ksi(cid:266)(cid:298)yc - tylko czterna(cid:286)cie razy wi(cid:266)kszy i ja(cid:286)niej- szy od tego, który ziemskie noce rozja(cid:286)nia. Wiem, (cid:298)e to wszystko prawda, a wci(cid:261)(cid:298) mi si(cid:266) zdaje, (cid:298)e (cid:286)ni(cid:266) lub znajduj(cid:266) si(cid:266) w gmachu opery na jakiej(cid:286) dziwnej feerii. Lada chwila- my(cid:286)l(cid:266) - spadnie kurtyna i te dekoracje si(cid:266) zwin(cid:261) jak sen... I o tym przecie(cid:298) wiedzieli(cid:286)my dobrze przed wyruszeniem w drog(cid:266), (cid:298)e tak Ziemia b(cid:266)dzie (cid:286)wiecić nad nami, jak olbrzymia, nieruchoma lampa zawieszona w(cid:286)ród nieba. Ci(cid:261)gle powta- rzam sobie, (cid:298)e to rzecz tak prostaŚ Ksi(cid:266)(cid:298)yc odbywa swoj(cid:261) drog(cid:266) zwrócony ku Ziemi wci(cid:261)(cid:298) jedn(cid:261) stron(cid:261), a wi(cid:266)c ona musi si(cid:266) wydawać nieruchom(cid:261) patrz(cid:261)cym na ni(cid:261) z Ksi(cid:266)(cid:298)yca. Tak, to jest rzecz naturalna, a przecie(cid:298) straszy mnie ten (cid:286)wiec(cid:261)cy szklany upiór Ziemi, wpatruj(cid:261)cy si(cid:266) w nas od siedmdziesi(cid:266)ciu godzin nieruchomie i uporczywie z samego zenitu! Widz(cid:266) j(cid:261) przez szyb(cid:266) w zwróconej ku górze (cid:286)cianie pocisku i rozró(cid:298)niam gołym okiem ciemniejsze plamy mórz i rozjarzone tarcze l(cid:261)dów. Przesuwaj(cid:261) si(cid:266) przede mn(cid:261) z wolna, wyła- niaj(cid:261) si(cid:266) po kolei z cieniaŚ Azja, źuropa, Ameryka - zw(cid:266)(cid:298)aj(cid:261) si(cid:266) na kraw(cid:266)dzi (cid:286)wietlistego glo- bu i zachodz(cid:261), aby znów po dwudziestu czterech godzinach si(cid:266) ukazać, Tak mi si(cid:266) zdaje, (cid:298)e cała Ziemia zamieniła si(cid:266) w oko rozwarte, bezlitosne i czujne i wpa- truje si(cid:266) uporczywie a ze zdziwieniem w nas, którzy(cid:286)my od niej uciekli z ciałem - pierwsi ze wszystkich jej dzieci. W pierwszej chwili po upadku, gdy(cid:286)my nieco oprzytomnieli i od(cid:286)rubowali (cid:298)elazne po- krywy, zasłaniaj(cid:261)ce okr(cid:261)głe szyby naszego domku, zobaczyli(cid:286)my j(cid:261) ju(cid:298) nad sob(cid:261). Była niemal w pełni. Wtedy podobna była do oka szeroko w osłupieniu rozwartegoś teraz z wolna zasuwa si(cid:266) na t(cid:266) straszn(cid:261), nieruchom(cid:261) (cid:296)renic(cid:266) powieka cienia. W chwili kiedy sło(cid:276)ce, nie poprzedzo- ne (cid:286)witem, wybuchnie zza skał jak płomienna i bezpromienna kula na czarnym niebie, ju(cid:298) si(cid:266) to oko zmru(cid:298)y do połowy, a zamknie si(cid:266) całkiem, gdy sło(cid:276)ce stanie prostopadle nad nami. W trzy godziny pó(cid:296)niej. Odwołany do OęTamora, przerwałem to pisanie, którym zapełniam długie godziny, z ko- nieczno(cid:286)ci bezczynnie sp(cid:266)dzane. 10 Z t(cid:261) straszliw(cid:261) ostateczno(cid:286)ci(cid:261) nigdy(cid:286)my si(cid:266) nie liczyli, (cid:298)e mo(cid:298)emy zostać sami bez niego. Byli(cid:286)my przygotowani na (cid:286)mierć, ale na własn(cid:261), nigdy na jego (cid:286)mierć! A tu nie ma ratunku... Tomasz te(cid:298) le(cid:298)y w gor(cid:261)czce i miast chorym si(cid:266) opiekować, sam wymaga opieki. Marta nie odst(cid:266)puje ich ani na chwil(cid:266), zwracaj(cid:261)c si(cid:266) to do jednego, to do drugiego, a my z Piotrem stoimy bezradni i nie wiemy, co pocz(cid:261)ć. OęTamor nie odzyskał przytomno(cid:286)ci i ju(cid:298) jej nie odzyska. Sze(cid:286)ćdziesi(cid:261)t lat z gór(cid:261) prze(cid:298)ył na Ziemi, aby tu... ry! Nie, nie! nie mog(cid:266) tego słowa wymówić! To jest straszne! on! na samym wst(cid:266)pie!... Jeste(cid:286)my tu tak okropnie sami w tej długiej, straszliwym mrozem przejmuj(cid:261)cej nas nocy. Przed paru godzinami Marta, jakby przej(cid:266)ta nagle tym uczuciem bezbrze(cid:298)nej pustki i sa- motno(cid:286)ci, rzuciła si(cid:266) ku nam ze zło(cid:298)onymi r(cid:266)kami, wołaj(cid:261)cŚ - Na Ziemi(cid:266)! na Ziemi(cid:266)! - i zacz(cid:266)ła płakać. A potem znowu wołałaŚ - Czemu nie telegrafujecie na Ziemi(cid:266)! czemu nie dacie tam znać? Patrzcie, Tomasz cho- Biedna dziewczyna! - có(cid:298)e(cid:286)my jej mieli odpowiedzieć? Wie równie dobrze, jak my, (cid:298)e ju(cid:298) na sto dwadzie(cid:286)cia kilka milionów metrów przed Ksi(cid:266)(cid:298)ycem aparat nasz przestał funkcjonować... Wreszcie Piotr jej to przypomniał, a ona, jak gdyby przesłanie wiadomo(cid:286)ci mogło chorych uratować, zacz(cid:266)ła si(cid:266) domagać natarczywie, aby ustawić armat(cid:266), któr(cid:261)(cid:286)my wzi(cid:266)li z Ziemi na wypadek zepsucia si(cid:266) telegraficznego aparatu. Ten strzał, to ju(cid:298) teraz jedyny - ostatni sposób porozumienia si(cid:266) z tymi, co tam zostali. Ulegli(cid:286)my obaj z Varadolem i odwa(cid:298)yli(cid:286)my si(cid:266) na wyj(cid:286)cie z pocisku. Przyznaj(cid:266), (cid:298)e strach mi(cid:266) zdejmował przed tym krokiem. Tam poza chroni(cid:261)cymi nas (cid:286)cia- nami istotnie jest niemal pró(cid:298)nia... Barometr bowiem wykazuje istnienie na zewn(cid:261)trz nas at- mosfery, której g(cid:266)sto(cid:286)ć nie wynosi ani trzechsetnej cz(cid:266)(cid:286)ci g(cid:266)sto(cid:286)ci ziemskiego powietrza. Okoliczno(cid:286)ć, (cid:298)e ta atmosfera w ogóle istnieje, chocia(cid:298) w takim rozrzedzeniu, jest dla nas na- der pomy(cid:286)lna, gdy(cid:298) pozwala nam spodziewać si(cid:266), (cid:298)e znajdziemy j(cid:261) na tamtej stronie w do- statecznej do oddychania g(cid:266)sto(cid:286)ci. Ach! z jakim(cid:298) dr(cid:298)eniem serca wysuwali(cid:286)my przed kilku- dziesi(cid:266)ciu godzinami po raz pierwszy barometr na zewn(cid:261)trz! Z pocz(cid:261)tku rt(cid:266)ć tak gwałtownie spadła, i(cid:298) zdawało si(cid:266) nam, (cid:298)e si(cid:266) zrównała zupełnie z powierzchni(cid:261). Ogromny, zimny prze- strach (cid:286)cisn(cid:261)ł nas za gardłoŚ to by znaczyło - pró(cid:298)nia absolutna, a z ni(cid:261) (cid:286)mierć nieuchronna! Ale za chwil(cid:266) rt(cid:266)ć, powróciwszy do równowagi, podniosła si(cid:266) w rurce na 2,3 mm! Odetchn(cid:266)- li(cid:286)my swobodniej - choć tym powietrzem tam oddychać nie mo(cid:298)na! I mieli(cid:286)my teraz wyj(cid:286)ć dla ustawienia armaty w t(cid:266) pró(cid:298)ni(cid:266)! Wło(cid:298)ywszy nasze „nurkowe ubrania” i umocowawszy nad karkiem zbiorniki ze zg(cid:266)szczonym powietrzem na zapas, stan(cid:266)- li(cid:286)my gotowi we wgł(cid:266)bieniu znajduj(cid:261)cym si(cid:266) w (cid:286)cianie pocisku. Marta zamkn(cid:266)ła za nami szczelnie drzwi od wn(cid:266)trza, aby wraz z nami nie uciekło stamt(cid:261)d tak cenne dla nas powietrze, a wtedy my(cid:286)my otworzyli zewn(cid:266)trzn(cid:261) klap(cid:266)... Źotkn(cid:266)li(cid:286)my stopami ksi(cid:266)(cid:298)ycowego gruntu i w tej(cid:298)e chwili ogarn(cid:266)ła nas straszliwa głu- sza. Widziałem przez szklann(cid:261) mask(cid:266) na twarzy, (cid:298)e Piotr porusza ustami, domy(cid:286)lałem si(cid:266), (cid:298)e mówi, ale nie słyszałem ani słowa. Tam powietrze jest zbyt rzadkie, aby mogło głos ludzki przewodzić. Podniosłem odłam kamienia i rzuciłem go pod nogi. Upadł wolno, wolniej ni(cid:298) na Ziemi i zgoła bez stuku. Zatoczyłem si(cid:266) jak pijanyś zdawało mi si(cid:266), (cid:298)e jestem ju(cid:298) rzeczywi(cid:286)cie w (cid:286)wiecie duchów. Musieli(cid:286)my si(cid:266) porozumiewać na migi. Ziemia, która nas (cid:298)ywiła, teraz (cid:286)wiec(cid:261)c pomagała si(cid:266) nam porozumieć. Wyj(cid:266)li(cid:286)my armat(cid:266), umieszczon(cid:261) w schowku w (cid:286)cianie, otwieranym na zewn(cid:261)trz, i puszk(cid:266) z materiałem wybuchowym, osobno dla niej przyrz(cid:261)dzonym. Ta robota poszła nam łatwoś wszak armata wa(cid:298)y tutaj zaledwie szóst(cid:261) cz(cid:266)(cid:286)ć tego, co wa(cid:298)yła na Ziemi! 11 Teraz nale(cid:298)ało tylko ustawione działo dokładnie do pionu nabić, umie(cid:286)ciwszy w wydr(cid:261)- (cid:298)onej kuli kartk(cid:266)ś wobec lekko(cid:286)ci materiałów na Ksi(cid:266)(cid:298)ycu - siła wybuchu wystarczy w zupeł- no(cid:286)ci, aby zanie(cid:286)ć j(cid:261) po prostej linii na Ziemi(cid:266). Ale tego nie potrafili(cid:286)my ju(cid:298) zrobić. Potwor- ny, ohydny, straszliwy mróz (cid:286)cisn(cid:261)ł nas (cid:298)elaznymi szponami za piersi. Wszak tu od trzystu kilkudziesi(cid:266)ciu godzin sło(cid:276)ce ju(cid:298) nie (cid:286)wieciło, a nie ma do(cid:286)ć g(cid:266)stej atmosfery, aby mogła przez tak długi czas utrzymać ciepło rozpalonych zapewne w długim dniu kamieni... Powrócili(cid:286)my do pocisku, który si(cid:266) nam wydał rozkosznym, ciepłym rajem, choć tak oszcz(cid:266)dzamy paliwa! Przed wschodem sło(cid:276)ca, które ten (cid:286)wiat ogrzeje, niepodobna ponawiać próby wyj(cid:286)cia. A tego sło(cid:276)ca jak nie ma, tak nie ma! Kiedy(cid:298) nareszcie si(cid:266) zjawi i co nam przyniesie? 7O godzin 46 minut po przybyciu na Ksi(cid:266)(cid:298)yc. OęTamor umarł. Pierwszego dnia ksi(cid:266)(cid:298)ycowego, 3 godziny po wschodzie sło(cid:276)ca. Jest nas ju(cid:298) tylko czworo. Za chwil(cid:266) puszczamy si(cid:266) w drog(cid:266). Wszystko gotoweŚ pocisk nasz po przymocowaniu kół i ustawieniu motoru zamienił si(cid:266) w wóz, który nas powiezie przez te pustynie ku krajowi, gdzie b(cid:266)dzie mo(cid:298)na (cid:298)yć... OęTamor tu zostanie... Uciekli(cid:286)my od Ziemi, ale (cid:286)mierć, wielka władczyni ziemskich plemion, przebyta wraz z nami te przestrzenie i oto przypomniała si(cid:266) zaraz na wst(cid:266)pie, (cid:298)e jest przy nas - nielitosna, zwyci(cid:266)ska jak zawsze. Uczuli(cid:286)my jej obecno(cid:286)ć i blisko(cid:286)ć, i wszechwładztwo tak (cid:298)ywo, jak nigdy tam na Ziemi. Spogl(cid:261)damy mimo woli po sobieŚ na kogo teraz kolej?... Noc jeszcze była, gdy nagle Selena zerwała si(cid:266) z k(cid:261)ta, gdzie w kł(cid:266)bek zwini(cid:266)ta le(cid:298)ała od paru godzin, i wyci(cid:261)gn(cid:261)wszy pysk ku (cid:286)wiec(cid:261)cemu przez okno półksi(cid:266)(cid:298)ycowi Ziemi, zacz(cid:266)ta wyć przera(cid:296)liwie. Podskoczyli(cid:286)my wszyscy, jakby podrzuceni jak(cid:261)(cid:286) wewn(cid:266)trzn(cid:261) sił(cid:261). - (cid:285)mierć idzie! - krzykn(cid:266)ła Marta. A Woodbell, który czuj(cid:261)c si(cid:266) zdrowszym, stał znowu przy łó(cid:298)ku OęTamora, odwrócił si(cid:266) ku nam powoliŚ - Ju(cid:298) przyszła - rzekł. Wynie(cid:286)li(cid:286)my trupa z pocisku. W tym skalistym gruncie niepodobna wykopać grobu. Ksi(cid:266)(cid:298)yc nie chce przyj(cid:261)ć naszych umarłych, jak(cid:298)e przyjmie nas (cid:298)ywych? Uło(cid:298)yli(cid:286)my tedy zwłoki na wznak na tej twardej ksi(cid:266)(cid:298)ycowej skale, twarz(cid:261) ku niebu i (cid:286)wiec(cid:261)cej na nim Ziemi, i pocz(cid:266)li(cid:286)my gromadzić z rzadka rozsypane po płaszczy(cid:296)nie kamie- nie, aby z nich uło(cid:298)yć mogił(cid:266). Otoczyli(cid:286)my ciało niewysokim wałem, nie mogli(cid:286)my jednak znale(cid:296)ć do(cid:286)ć du(cid:298)ej płyty kamiennej, aby je przykryć. Wtedy Piotr przez rur(cid:266), ł(cid:261)cz(cid:261)c(cid:261) nasze głowy i umo(cid:298)liwiaj(cid:261)c(cid:261) porozumiewanie si(cid:266), rzekłŚ - Zostawmy go tak... Czy nie widzisz, (cid:298)e patrzy na Ziemi(cid:266)? Spojrzałem na trupa. Le(cid:298)ał na wznak i zdawał si(cid:266) istotnie szklistymi, rozwartymi oczyma wpatrywać w to oko Ziemi, mru(cid:298)(cid:261)ce si(cid:266) ci(cid:261)gle, ci(cid:261)gle przed blaskiem dla nas jeszcze niewi- docznego sło(cid:276)ca, które miało wzej(cid:286)ć niebawem. Niech tak zostanie... Z dwóch sztab (cid:298)elaznych, ułamków potrzaskanego rusztowania, które nas uchroniło od rozbicia si(cid:266) podczas spadku, zrobili(cid:286)my krzy(cid:298) i umocowali(cid:286)my go w wale kamiennym nad głow(cid:261) OęTamora. Wtem - gdy wła(cid:286)nie uko(cid:276)czywszy smutn(cid:261) robot(cid:266), mieli(cid:286)my wracać do pocisku - stało si(cid:266) co(cid:286) dziwnego. Szczyty gór, majacz(cid:261)ce przed nami w trupim (cid:286)wietle Ziemi, nagle, bez (cid:298)adne- go przej(cid:286)cia, na jedno mgnienie oka stały si(cid:266) krwawo-czerwone, a potem zaraz rozpłon(cid:266)ły białym, jarz(cid:261)cym blaskiem na tle wci(cid:261)(cid:298) jednakowo czarnego nieba. Podnó(cid:298)a gór, przez kon- trast o(cid:286)wietlenia poczerniawszy teraz zupełnie, były prawie niewidoczne i tylko te cyple naj- wy(cid:298)sze, jak w ogniu do biało(cid:286)ci roz(cid:298)arzona stal, wisiały nad nami, powi(cid:266)kszaj(cid:261)c si(cid:266) z wolna, lecz ci(cid:261)gle. Z powodu braku perspektywy powietrznej, umo(cid:298)liwiaj(cid:261)cej na Ziemi ocenienie 12 odległo(cid:286)ci, te jasne plamy zdawały si(cid:266) wisieć na tle czarnego nieba w(cid:286)ród gwiazd tu(cid:298) przed naszymi głowami, oderwane od podstawy skalistej, która w szaro(cid:286)ci si(cid:266) zgubiła. Nie (cid:286)mieli- (cid:286)my r(cid:266)ki wyci(cid:261)gn(cid:261)ć w obawie, aby nie natkn(cid:261)ć palcami na te kawały (cid:298)ywego (cid:286)wiatła. A one rosły wci(cid:261)(cid:298) przed naszymi oczyma, co sprawiało wra(cid:298)enie, jakby zbli(cid:298)ały si(cid:266) do nas wolnym, nieubłaganym ruchemś mieli(cid:286)my ich ju(cid:298) pełne oczy, ju(cid:298), zda si(cid:266), były tu(cid:298), tu(cid:298) przed nami... Cofn(cid:266)li(cid:286)my si(cid:266) mimo woli, zapominaj(cid:261)c, (cid:298)e te szczyty s(cid:261) od nas o setki, a mo(cid:298)e tysi(cid:261)ce metrów odległe. Wtem Piotr obejrzał si(cid:266) i krzykn(cid:261)ł. Odwróciłem głow(cid:266) za jego przykładem i - osłupiałem, uderzony nowym a niesłychanym widowiskiem na wschodzie. Nad czarn(cid:261) pił(cid:261) jakiego(cid:286) grzbietu górskiego iskrzył si(cid:266) bladawy, srebrzysty słup (cid:286)wiatła zodiakalnego. Patrzyli(cid:286)my w nie, zapomniawszy na chwil(cid:266) o zmarłym, gdy wtem po pewnym czasie zacz(cid:266)ły u dołu słupa, tu(cid:298) nad kraw(cid:266)dzi(cid:261) widnokr(cid:266)gu, błyskać drobne, ruchliwe, ska- cz(cid:261)ce czerwone płomyki, wiankiem obok siebie uło(cid:298)one. To sło(cid:276)ce wschodziło! z ut(cid:266)sknieniem oczekiwane, upragnione, (cid:298)yciodajne sło(cid:276)ce, które- go OęTamor tu ju(cid:298) nie zobaczy! Rozpłakali(cid:286)my si(cid:266) obaj, jak dzieci. W tej chwili to sło(cid:276)ce (cid:286)wieci ju(cid:298) nad horyzontem, jasne i białe. Owe, naprzód widziane, płomyki czerwone, to były protuberancje, olbrzymie wytryski (cid:298)arz(cid:261)cych si(cid:266) gazów, które strzelaj(cid:261) na wszystkie strony z kuli słonecznej, a na Ziemi, gdzie atmosfera je zal(cid:286)niewa, wi- doczne bywaj(cid:261) tylko podczas całkowitych zaćmie(cid:276) sło(cid:276)ca. Tutaj - wobec braku powietrza - zapowiedziały nam ukazanie si(cid:266) tarczy słonecznej i przez długi czas jeszcze co dnia je tak b(cid:266)d(cid:261) zapowiadać, rzucaj(cid:261)c na chwil(cid:266) krwawy odblask na góry, nim si(cid:266) rozjarz(cid:261) do biała w pełnym blasku dziennym. Po kilkudziesi(cid:266)ciu minutach dopiero na miejscu ruchliwego wianka czerwonych ogni- ków, kiedy ju(cid:298) blask spełzn(cid:261)ł ze szczytów tu w dolin(cid:266), biały r(cid:261)bek tarczy słonecznej ukazał si(cid:266) nam nad widnokr(cid:266)giemś godziny całej potrzebowała ta tarcza, aby si(cid:266) wyłonić całkowicie zza tych skał na wschodzie. Przez cały ten czas mimo okropnego mrozu zajmowali(cid:286)my si(cid:266) przygotowaniami do po- dró(cid:298)y. Ale istotnie ka(cid:298)da chwila jest drogaś dłu(cid:298)ej zwlekać niepodobna. Teraz ju(cid:298) wszystko gotowe. Ze wschodem sło(cid:276)ca zrobiło si(cid:266) cieplej. Promienie jego, choć tak uko(cid:286)nie jeszcze padaj(cid:261), grzej(cid:261) cał(cid:261) moc(cid:261), nie osłabione przez pochłaniaj(cid:261)c(cid:261) atmosfer(cid:266), jak to jest na Ziemi. Źziwny widok... Sło(cid:276)ce płonie jak jasna, bezpromienna kula, poło(cid:298)ona na górach jakby na olbrzymiej, czarnej poduszce. Źwie s(cid:261) tutaj tylko barwy, m(cid:266)cz(cid:261)ce kontrastem oko nad wszelki wyrazŚ biała i czarna. Niebo jest czarne i mimo (cid:298)e zrobił si(cid:266) ju(cid:298) dzie(cid:276), zasiane niezliczonym mnó- stwem gwiazdŚ wokoło nas krajobraz pusty, dziki, przestraszaj(cid:261)cy - bez złagodze(cid:276) (cid:286)wiatła, bez półcieni, w połowie l(cid:286)ni(cid:261)cobiały od słonecznego blasku, w połowie za(cid:286) zupełnie czarny w cieniu. Nie ma tu atmosfery, która tam na Ziemi nadaje niebu t(cid:266) cudown(cid:261), bł(cid:266)kitn(cid:261) barw(cid:266), a sama, (cid:286)wiatłem przesycona, roztapia w sobie gwiazdy przed wschodem sło(cid:276)ca i stwarza (cid:286)wity i zmierzchy, ró(cid:298)owi si(cid:266) zorz(cid:261) i zas(cid:266)pia chmurami, przepasuje si(cid:266) t(cid:266)cz(cid:261) i powoduje delikatne przej(cid:286)cia od (cid:286)wiatła do mroku. Nie! stanowczo oczy nasze nie s(cid:261) stworzone do tego (cid:286)wiatła i tego krajobrazu. Znajdujemy si(cid:266) na rozległej równinie z litej skały, porysowanej tu i ówdzie niewielkimi szczelinami i powydymanej w obłe, niewysokie, podłu(cid:298)ne garby, ci(cid:261)gn(cid:261)ce si(cid:266) w kierunku północno-zachodnim. Na zachodzie (wschód i zachód naszego (cid:286)wiata oznacza zgodnie z istotnym stanem rzeczy, a wi(cid:266)c przeciwnie, ni(cid:298) to widzimy na ziemskich mapach Ksi(cid:266)(cid:298)yca), na zachodzie tedy widać niewielkie, ale nadzwyczajnie strome wzgórza, nad którymi w pół- nocno-zachodniej stronie króluje niebotyczna, poszarpana piła jakiego(cid:286) szczytu. Od północy grunt wznosi si(cid:266) powoli, do znacznej jednak, jak si(cid:266) zdaje, wysoko(cid:286)ci. Na wschodzie mnó- 13 stwo szczelin, garbów, wyrw i małych kotlinek, podobnych do dołków sztucznie wygrzeba- nychś ku południu rozci(cid:261)ga si(cid:266) nieprzejrzana okiem płaszczyzna. Varadol utrzymuje na podstawie pospiesznie dokonanych pomiarów wysoko(cid:286)ci Ziemi na niebie, (cid:298)e znajdujemy si(cid:266) istotnie na Sinus Medii, gdzie(cid:286)my według oblicze(cid:276) spa(cid:286)ć byli po- winni. Mnie si(cid:266) to jako(cid:286) nie zdaje, gdy(cid:298) szczyty, okalaj(cid:261)ce od zachodu i północy ow(cid:261) płasz- czyzn(cid:266), znane z mapŚ Mosting, Sommering, Schroter, Bod(cid:266) i Pallas, nie odpowiadaj(cid:261) ani rozmieszczeniem, ani wysoko(cid:286)ci(cid:261) temu, co tu widzimy. Ale ostatecznie wszystko jedno! Ru- szamy ku zachodowi, aby posuwaj(cid:261)c si(cid:266) wzdłu(cid:298) równika, gdzie według map grunt zdaje si(cid:266) być najrówniejszym, okr(cid:261)(cid:298)yć kul(cid:266) ksi(cid:266)(cid:298)ycow(cid:261) i dostać si(cid:266) na tamt(cid:261) stron(cid:266). Za chwil(cid:266)-nic tu ju(cid:298) z nas nie pozostanie, kromia grobu i krzy(cid:298)a, oznaczaj(cid:261)cego po wieczne czasy miejsce, gdzie pierwsi ludzie wyl(cid:261)dowali na Ksi(cid:266)(cid:298)yc. (cid:297)egnaj mi wi(cid:266)c, grobie towarzysza, pierwsza budowlo, jak(cid:261)(cid:286)my wznie(cid:286)li na tym nowym (cid:286)wiecie! (cid:297)egnaj, martwy przyjacielu, ojcze nasz drogi i niedobry, który(cid:286) nas wywiódł ze Zie- mi i opu(cid:286)cił na wst(cid:266)pie do nowego (cid:298)ycia! Oto krzy(cid:298), zatkni(cid:266)ty na twojej mogile, jest jakby sztandarem, (cid:286)wiadcz(cid:261)cym, (cid:298)e (cid:285)mierć zwyci(cid:266)ska, przybywszy z nami, wzi(cid:266)ła ju(cid:298) ten kraj w posiadanie... My uciekamy przed ni(cid:261), ty tu z ni(cid:261) zostaniesz, spokojniejszy od nas, zapatrzony w nieruchom(cid:261) Ziemi(cid:266), która ci(cid:266) zrodziła, z krzy(cid:298)em nad głow(cid:261), którego wiernym byłe(cid:286) wy- znawc(cid:261)! Pierwszego dnia ksi(cid:266)(cid:298)ycowego, 197 godzin po wsch. sło(cid:276)ca. Mare Imbrium, 77° zach. dł., 77°27ę pn. szer. ksi(cid:266)(cid:298)ycowej. Nareszcie mog(cid:266) zebrać my(cid:286)li! Co za straszliwy, bezlito(cid:286)nie długi dzie(cid:276), co za straszliwe sło(cid:276)ce, zion(cid:261)ce ogniem blisko od dwustu godzin z tego bezdennego, czarnego nieba! Źwa- dzie(cid:286)cia godzin upłyn(cid:266)ło ju(cid:298) od południa, a ono stoi jeszcze prawie prostopadle nad naszymi głowami w(cid:286)ród tumanu nie przyćmionych gwiazd, obok czarnego kr(cid:266)gu Ziemi w nowiu, ob- r(cid:261)bionego płomienn(cid:261) obr(cid:261)czk(cid:261) nasyconej (cid:286)wiatłem atmosfery. Źziwne jest to niebo nad nami! Wszystko si(cid:266) dokoła nas zmieniło i tylko konstelacje gwiazd s(cid:261) te same, które(cid:286)my ze Ziemi widzieli, ale tu, gdzie powietrze wzrokowi nie przeszkadza, widno tych gwiazd bez porówna- nia wi(cid:266)cej. Cały firmament zdaje si(cid:266) być zasianym nimi jak piaskiem. żwiazdy podwójne błyszcz(cid:261) jak kolorowe punkty, zielone, czerwone lub sine, nie zlewaj(cid:261)c si(cid:266) w kolor biały, jak na Ziemi. Przy tym tu niebo, pozbawione barwnego tła powietrza, nie jest gładk(cid:261) wydr(cid:261)(cid:298)on(cid:261) kopuł(cid:261)ś czuje si(cid:266) owszem jego gł(cid:266)bi(cid:266) niezmiern(cid:261)ś nie potrzeba oblicze(cid:276), aby poznać, która gwiazda jest dalej, a która bli(cid:298)ej. Patrz(cid:261)c na Wielki Wóz, czuj(cid:266) olbrzymie odsuni(cid:266)cie w gł(cid:261)b niektórych jego gwiazd w porównaniu z innymi, bli(cid:298)szymi, podczas gdy na Ziemi wygl(cid:261)dał jak siedm ćwieków, wbitych w gładki strop. Źroga Mleczna nie jest tu smug(cid:261), lecz bryłowa- tym w(cid:266)(cid:298)em, wij(cid:261)cym si(cid:266) przez czarne otchłanie. Mam takie wra(cid:298)enie, jakbym spojrzał na niebo przez stereoskop jaki(cid:286) cudowny. A co najdziwniejsza, to sło(cid:276)ce w(cid:286)ród gwiazd, płomienne, straszne, a nie zaćmiewaj(cid:261)ce ani najlichszego ze (cid:286)wiateł niebieskich... Upał jest straszliwyś skały, zda si(cid:266), wkrótce zaczn(cid:261) topnieć i rozpływać si(cid:266), jak lód na na- szych rzekach w pi(cid:266)kne dnie marcowe. Tyle godzin t(cid:266)sknili(cid:286)my do sło(cid:276)ca i ciepła, a teraz musieli(cid:286)my uciec przed nim, aby zachować (cid:298)ycie. Stoimy od kilkunastu godzin na dnie gł(cid:266)- bokiej szczeliny, ci(cid:261)gn(cid:261)cej si(cid:266) od stóp poszarpanych turni Eratosthenesa wzdłu(cid:298) Apeninu w gł(cid:261)b Morza D(cid:298)d(cid:298)ów. Tutaj dopiero, tysi(cid:261)c metrów pod powierzchni(cid:261), znale(cid:296)li(cid:286)my cie(cid:276) i tro- ch(cid:266) chłodu... Ukrywszy si(cid:266) tu, spali(cid:286)my, obezwładnieni znu(cid:298)eniem, przez kilkana(cid:286)cie godzin bez prze- rwy. Zdawało mi si(cid:266) we (cid:286)nie, (cid:298)e jestem jeszcze na Ziemi, w jakich(cid:286) gajach zielonych i chłod- nych, gdzie po (cid:286)wie(cid:298)ej murawie szemrał rozlany przeczysty potok. Po bł(cid:266)kitnym niebie szły białe obłoki, słyszałem (cid:286)piew ptaków i brz(cid:266)czenie owadów, i głos ludzi wracaj(cid:261)cych z pola. Obudziło mnie szczekanie Seleny, dopominaj(cid:261)cej si(cid:266) jadła. 14 Otwarłem oczy, ale rozmarzony snem, nie mogłem długo poj(cid:261)ć, gdzie jestem i co si(cid:266) ze mn(cid:261) dzieje, i co znaczy ten zamkni(cid:266)ty wóz, w którym si(cid:266) znajdujemy, co znacz(cid:261) te skały wo- koło, puste i dzikie? Zrozumiałem nareszcie wszystko i niewysłowiony (cid:298)al chwycił mnie za piersi. Selena tymczasem, widz(cid:261)c, (cid:298)e ju(cid:298) nie (cid:286)pi(cid:266), przyszła do mnie i poło(cid:298)ywszy pysk na moich kolanach, pocz(cid:266)ła si(cid:266) we mnie wpatrywać swymi rozumnymi oczyma. Zdawało mi si(cid:266), (cid:298)e widz(cid:266) w tym wzroku jaki(cid:286) niemy wyrzut... Pogłaskałem j(cid:261) w milczeniu po głowie, a ona zacz(cid:266)ła skomleć (cid:298)ało(cid:286)nie, ogl(cid:261)daj(cid:261)c si(cid:266) na szczeni(cid:266)ta, igraj(cid:261)ce swobodnie w k(cid:261)cie wozu. Te szczeni(cid:266)ta. Zagraj i Leda, to jedyne istoty, które tutaj s(cid:261) wesołe. A prawda! czasem jeszcze i Marta jest wesoła jak małe zwierz(cid:261)tko, ale to tylko wtedy, gdy Woodbell, wci(cid:261)(cid:298) niedomagaj(cid:261)cy, wyci
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Na srebrnym globie
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: