Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00322 007537 13457009 na godz. na dobę w sumie
Nagroda - ebook/pdf
Nagroda - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 578
Wydawca: Harlequin Polska Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-238-5194-3 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Anglia, pierwsza połowa XIX wieku.

Devlin O`Neill podporządkowuje swoje życie zemście. Wstępuje do królewskiej marynarki, by zdobyć sławę i bogactwo. Mają mu pomóc zniszczyć Harolda Hughesa, earla Eastleigh, który, pacyfikując przed laty bunt szlachty irlandzkiej, zabił mu ojca. Kapitan O`Neill jest bliski celu, gdy dostaje od losu dodatkową szansę - spotyka bratanicę earla, Wirginię Hughes. Porywa ją, by wymusić na znienawidzonym wrogu astronomiczny okup. Tymczasem ta piękna i dzielna Amerykanka wzbudza w nim silną namiętność...

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Tytuł oryginału: The Prize Pierwsze wydanie: Mira Books, 2004 Redaktor: Barbara Syczewska-Olszewska Korekta: Zofia Firek ã 2004 by Brenda Joyce Dreams Unlimited, Inc. ã for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2008 Wszystkie prawa zastrzez˙one, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises IIB.V. Wszystkie postacie w tej ksiąz˙ce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – z˙ywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Rakowiecka 4 Skład i łamanie: COMPTEXTÒ, Warszawa Druk: ABEDIK ISBN 978-83-238-5194-3 PROLOG 5 lipca 1798, południe Irlandii, okolice zamku Askeaton Gerald O’Neill wpadł niczym burza do dworu. Jego niegdyś biała koszula była teraz splamiona krwią, podobnie jak bez˙owe spodnie i granatowa kurtka. Na policzku i bokobrodach miał plamy zakrzepłej krwi, a świez˙a krew wciąz˙ sączyła się z rany na głowie i z pokiereszowanych kłykci dłoni. Serce mu waliło, a w uszach nieustannie tętniły odgłosy niedawnej bitwy i wrzaski zwiastujące rychłą śmierć. – Mary! Mary! Schodź do piwnicy! Natychmiast! – krzyknął na całe gardło. Devlin O’Neill był tak oszołomiony, z˙e nie mógł ruszyć się z miejsca. Ojciec nie pokazywał się w domu od ponad miesiąca – dokładnie od połowy maja, ale co parę tygodni przysyłał wiadomości. Devlin miał zaled- wie dziesięć lat, niemniej świetnie rozumiał, z˙e w kraju toczy się wojna. Włościanie i kler, pasterze i dzierz˙aw- cy, chłopi i szlachta – wszyscy powstali, by walczyć przeciwko angielskim diabłom; wygnać ich na zawsze, odebrać z˙yzną, irlandzką ziemię zagrabioną przed ponad wiekiem. Wokół panowała nadzieja, ale i lęk. 5 Devlinowi z wraz˙enia niemal stanęło serce. Cieszył się, z˙e widzi ojca, a jednocześnie zdejmował go strach. Bał się, z˙e Gerald jest powaz˙nie ranny. Bał się takz˙e duz˙o gorszych rzeczy. Ruszył przed siebie z cichym okrzykiem, ale ojciec nie zwrócił na niego uwagi, tylko stanowczym krokiem zmierzał w stronę schodów, ponownie wołając z˙onę. Przez cały czas trzymał rękę na głowni kordu, miał równiez˙ ze sobą muszkiet. – Czy tata jest ranny? – Zza pleców dobiegł Dev- lina cichy głos i mała rączka zaczęła ciągnąć za wystrzępiony rękaw jego lnianej koszuli. Devlin nawet nie spojrzał na młodszego, ciemno- włosego brata. Nie był w stanie oderwać oczu od ojca, a w głowie mu się mąciło od natrętnych myśli. Rebe- lianci na początku powstania opanowali miasto Wex- ford i całe hrabstwo nie posiadało się wówczas z rado- ści. W kaz˙dym razie wszyscy mieszkający tu katolicy. Po tym nastąpiły kolejne zwycięstwa, ale coraz częś- ciej zdarzały się tez˙ poraz˙ki. Teraz wszędzie az˙ się roiło od czerwonych kubraków*; zaledwie tego ranka, stojąc na szczycie wzgórza, Devlin naliczył ich tysiąc. To był złowieszczy widok. Słyszał, z˙e Wexford padło, słuz˙ąca mówiła tez˙, z˙e tysiące powstańców poległo w New Ross. Devlin jednak nie dawał temu wiary az˙ do tej pory. Teraz dotarło do niego, z˙e pogłoski o klęskach i śmierci mogły być jednak prawdziwe, bo po raz pierwszy w z˙yciu z oczu ojca wyzierał lęk. – Czy tata jest ranny? – zapytał raz jeszcze Sean drz˙ącym głosem. Devlin gwałtownie odwrócił się w stronę brata. – Nie – odparł stanowczo. * Wojska angielskie nosiły wówczas czerwone mundury, (przyp. tłum.). 6 Wiedział, z˙e musi być dzielny, choćby ze względu na Seana, ale tak naprawdę strach trzymał go za gardło. W tej samej chwili ze schodów zbiegła matka z maleń- ką córeczką w ramionach. – Gerald! Bogu niech będą dzięki! Tak bardzo się o ciebie martwiłam! – Była blada niczym widmo. Ojciec chwycił ją mocno za ramię, po raz pierwszy zdejmując dłoń z głowni kordu. – Bierz chłopców i kryjcie się w piwnicy! – rzucił ostro. – Natychmiast, Mary! – Jesteś ranny? – Po prostu rób, co mówię! – Pociągnął ją zdecydo- wanie przez sień. Niemowlę, mała Meg, zaniosło się płaczem. – I ucisz ją, na Boga! – zarządził równie ostro, jak przedtem, a jednocześnie odwrócił się w stronę otwar- tych drzwi, jakby spodziewał się ujrzeć nadbiegającą angielską pogoń. Devlin powędrował za wzrokiem ojca. W niebieskie niebo wzbijały się dymy, wyraźnie tez˙ słychać było salwy muszkietów. Mary rozwiązała trok koszuli i przycisnęła niemow- lę do piersi, ani przez moment nie zwalniając kroku. – Co się z nami stanie, Geraldzie? – spytała. – I co będzie z tobą? – dorzuciła ciszej. Ojciec otworzył drzwi piwnicy, ukryte za wielo- wiekowym gobelinem. – Wszystko się ułoz˙y – zapewnił sucho. – Tobie, chłopcom i małej włos z głowy nie spadnie. Mary spojrzała na męz˙a oczami pełnymi łez. – Nie jestem ranny – dodał, przelotnie całując jej usta. – Zejdź teraz do piwnicy i nie wychodź, póki po ciebie nie przyjdę. Mary skinęła głową i ruszyła w dół po schodach. 7 W tej samej chwili, zatrwaz˙ająco blisko dworu, rozległ się wybuch armatni i Devlin przypadł do ojca. – Pozwól mi Umiem strzelać... iść z tobą. Mogę być przydatny. Gerald obrócił się na pięcie i trzepnął syna po głowie, az˙ chłopak wylądował na posadzce. – Rób, co kaz˙ę! – wrzasnął, przebiegając przez hol. – Opiekuj się matką! Rozległ się trzask zamykanych drzwi. Devlin przełknął łzy rozpaczy i upokorzenia, po czym spojrzał na Seana. W rozszerzonych ze strachu, szarych oczach brata, dostrzegł niewypowiedziane pytanie. Poderwał się szybko z posadzki, drz˙ąc jak mały dzieciuch. Dobrze wiedział, jak powinien po- stąpić. Do tej pory nigdy nie sprzeciwił się woli rodzica, ale nie zamierzał dopuścić, by ojciec samotnie stanął twarzą w twarz z tymi wszystkimi czerwonymi kubrakami, które widział dzisiejszego ranka. Jez˙eli ojciec ma zginąć, on zginie razem z nim. Wciąz˙ bardzo się bał. Cięz˙ko sapiąc, spojrzał na młodszego brata. Musi się zachowywać jak na męz˙- czyznę przystało. – Zejdź na dół, do mamy i Meg – nakazał cicho. – Schodź w tej chwili. Nie patrząc, czy Sean wypełnił polecenie, przebiegł przez hol i wpadł do ojcowskiej biblioteki. – Zamierzasz walczyć, prawda? – wykrzyknął Sean, biegnąc za starszym bratem. Devlin nie odpowiedział. Dopadł do szafki na broń, stojącej za masywnym biurkiem ojca, i stanął w osłu- pieniu. Ani jednej strzelby! W tym momencie usłyszał z˙ołnierzy. Dobiegły go krzyki i rz˙enie koni. Szczęk ścierają- cych się szabel. Ponownie gdzieś w pobliz˙u zagrzmiała 8 armata. Pojedyncze strzały pistoletu przebijały przez salwy muszkietów. Devlin powoli odwrócił się w stro- nę brata i chłopcy spojrzeli sobie prosto w oczy. Twarz Seana była ściągnięta strachem – tym samym stra- chem, który sprawiał, z˙e Devlinowi serce waliło jak szalone i brakowało tchu w piersiach. Sean oblizał nerwowo wargi. – Oni są juz˙ blisko. Devlin polecił raz jeszcze: – Schodź natychmiast do piwnicy. On, Devlin, musiał pomóc ojcu. Stać przy nim w godzinie śmierci. – Nie zostawię cię samego. – Musisz zaopiekować się mamą i Meg – perswado- wał Devlin, rzucając się ku ławie, która stała za szafką na broń. Zrzucił poduszki z siedzenia i uniósł w górę wieko. Nie mógł uwierzyć własnym oczom... Ojciec zawsze trzymał tu pistolet, ale teraz znajdował się jedynie sztylet. Jeden głupi, bezuz˙yteczny cienki nóz˙. – Idę z tobą – zdecydował Sean, łykając łzy. Devlin chwycił za nóz˙, po czym otworzył szufladę biurka i wyjął z niej ostry otwieracz do listów, który podał bratu. Sean uśmiechnął się ponuro, Devlin jed- nak nie był w stanie odpowiedzieć uśmiechem. Jego wzrok padł na zardzewiałą zbroję, stojącą w kącie biblioteki. Ponoć nalez˙ała do jednego z przod- ków, okrytego niesławą, bo bratającego się z Ang- likami ich królowej. Devlin podbiegł do antycznego eksponatu, wyrwał z cięz˙kiej, kutej rękawicy miecz, przewracając przy tym całe to z˙elastwo. i cieszącego łaskami W Devlina wstąpił nowy duch. Chociaz˙ stary i za- rdzewiały, miecz był jednak solidną bronią. Wyciągnął go z pochwy, dotknął ostrza i az˙ dech mu zaparło 9 z wraz˙enia, gdy z palca trysnęła krew. Spojrzał trium- falnie na Seana, podąz˙ającego za nim krok w krok, jakby ktoś ich związał krótkim szpagatem, i wreszcie się uśmiechnął. Armata odezwała się ponownie. Tym razem za- trzęsły się mury, a z okna holu wypadły szyby. Chłopcy spojrzeli po sobie z trwogą. – Sean, musisz zostać z mamą i Meg – wyszeptał Devlin. – Nie. Miał ochotę trzepnąć brata po głowie, tak jak niedawno uczynił to ojciec. Jednak w głębi duszy się ucieszył, z˙e nie będzie musiał samotnie stawić czoła hordom w czerwonych mundurach. – W takim razie ruszamy. Za polami, ciągnącymi się ku ruinom zamku As- keaton, toczyła się bitwa. Chłopcy, kryjąc się w wyso- kim zboz˙u, dobiegli do miedzy. Setki... nie, tysiące z˙ołnierzy w czerwonych kubra- kach górowały liczebnie nad przerzedzonymi szeregami obdartych Irlandczyków. Anglicy byli uzbrojeni po zęby – mieli muszkiety i szable. Większość Irlandczyków dysponowała jedynie pikami. Devlin patrzył ze zgrozą na masakrę swoich rodaków – ścinanych nie pojedyn- czo, ale całymi falami, po kilku naraz. Serce podeszło mu do gardła, poczuł mdłości. Był zaledwie dziesięcio- latkiem, ale zdawał sobie sprawę, z˙e to krwawa jatka. – Ojciec... – wyszeptał Sean. Devlin drgnął i powędrował za spojrzeniem brata. Ujrzał ojca na siwym koniu, wywijającego dziko kordem. Gerald machnął raz i ściął odzianego na czerwono z˙ołnierza, machnął drugi – i zginął kolejny. – Naprzód! – krzyknął Devlin. Wyskoczył ze zboz˙a 10 z uniesionym mieczem i pognał w stronę pola bitew- nego. Brytyjski z˙ołnierz mierzył z muszkietu do uzbrojo- nego w pikę i nóz˙ wieśniaka. Wokół się toczyła zaz˙arta walka. Wszędzie było mnóstwo krwi, w powietrzu unosił się odór śmierci. Devlin zamachnął się mieczem na mierzącego z muszkietu z˙ołnierza. Ku jego zdumie- niu, ostrze bez trudu zanurzyło się w ciało. Devlin zastygł przeraz˙ony, a tymczasem wieśniak szybko dobił Anglika. – Dzięki, synku! – krzyknął, odrzucając martwe ciało. W tej samej chwili rozległ się wystrzał. Wieśniak wybałuszył oczy ze zdumienia, a na jego piersi wy- kwitła jaskrawa plama krwi. – Dev! – ostrzegająco wykrzyknął Sean. Devlin odwrócił się gwałtownie i ujrzał wymierzo- ną w siebie lufę muszkietu. Odruchowo uniósł miecz. Zapewne czekała go śmierć, bo jego broń nie mogła się równać z muszkietem. I wtedy Sean trzasnął z˙ołnierza w kolana od tyłu kolbą strzelby, zapewne zabranej jakiemuś poległemu. Męz˙czyzna stracił równowagę i nie zdołał wycelować w Devlina. Sean uderzył go raz jeszcze, tym razem w głowę, i z˙ołnierz padł na ziemię zemdlony. Devlin, wciąz˙ mając w oczach młodego Anglika, którego ugodził mieczem, spojrzał szybko na brata. – Musimy przedostać się do ojca – zdecydował. Sean skinął głową, bliski łez. Devlin zaczął szukać w chaotycznej masie ludzkiej męz˙czyzny na siwym koniu, ale nie zdołał go wypatrzyć. Zdał sobie sprawę, z˙e zaciętość walki znacznie słabnie. Z szeroko rozwartymi oczami rozglądał się dokoła: ujrzał setki męz˙czyzn w bez˙owych i brązowych 11 kubrakach, lez˙ących bez z˙ycia na pobojowisku. Mię- dzy nimi, równie nieruchomo, lez˙eli z˙ołnierze w czer- wonych mundurach i kilka koni. Z róz˙nych stron dochodziły jęki lub ciche wołania o pomoc. Jakiś Anglik głośno wydawał rozkazy podkomend- nym. Devlin raz jeszcze potoczył wokół wzrokiem. Pobo- jowisko z jednej strony dochodziło az˙ do rzeki, z drugiej – do ich dworu. Z˙ołnierze angielscy formowali szyk. – Biegiem! – zarządził Devlin. Bracia popędzili skrajem pola, pomiędzy zabitymi. Sean potknął się o zakrwawione zwłoki, Devlin dźwig- nął go za kołnierz i pociągnął za sobą. Dysząc, ponow- nie przykucnęli na krawędzi zbocza i wówczas zoba- czyli, z˙e bitwa rzeczywiście dobiegła końca. Wokół lez˙ało nieprawdopodobnie wielu zabitych. Sean przywarł do brata. Devlin objął go ramieniem, ale wciąz˙ bacznie wpat- rywał się w niedawne pole walki. Za łąką, po prawej stronie, widniał dom z podwórcem usłanym trupami. Devlin spojrzał w lewo i zmartwiał: w niewielkiej odległości zobaczył szarego wierzchowca ojca. Konia trzymał za uzdę jakiś z˙ołnierz w czerwonym mundurze, ale nikogo nie było w siodle. Chwilę później pojawiło się kilku kolejnych z˙ołnierzy, pchają- cych przed sobą Geralda. Ojciec miał skrępowane powrozem ręce. – Tata – wyszeptał Sean. W Devlinie nieśmiało obudziła się nadzieja. – Gerald O’Neill, jak sądzę? – rozległ się kpiący głos angielskiego dowódcy, siedzącego na wysokim koniu. – Z kim mam honor? – zapytał Gerald równie kpiąco. – Harold Hughes, kapitan jazdy i wierny poddany 12 miłościwie nam panującego króla. – Oficer uśmiechnął się krzywo. Miał przystojną twarz, kruczoczarne włosy i zimne, niebieskie oczy. – Czy słyszałeś juz˙ najnowsze wieści, O’Neill? Rebelianci zostali roztarci w proch. Generał Lake zdobył twoją kwaterę główną w Vinegar Hill, zostawiając za sobą piętnaście tysięcy trupów. Ty i twoi ludzie ponieśliście klęskę. – Niech diabli porwą Lake’a, a z nim razem Corn- wallisa. – Gerald splunął na wspomnienie tego drugie- go, wicekróla Irlandii. – Będziemy walczyć do ostatka, Hughes. Albo wszyscy zginiemy, albo odzyskamy nasz kraj i wolność. Devlin wolałby, z˙eby ojciec nie rozmawiał tak hardo z angielskim kapitanem, ale Hughes tylko wzru- szył ramionami. – Spalić to gniazdo węz˙y – zarządził lekkim tonem, jakby mówił o pogodzie. Sean wykrzyknął przeraz˙ony. Devlin zamarł z trwogi. – Panie kapitanie? – odezwał się niepewnie młod- szy oficer. – Mamy wszystko puścić z dymem? Hughes z uśmiechem spojrzał na Geralda, teraz bladego niczym widmo. – Wszystko, Smith. Pola, pastwiska, stodołę i zagro- dę oraz cały z˙ywy inwentarz. No i ten przeklęty dwór. Porucznik szybko wydał stosowne rozkazy. Devlin i Sean wymienili pełne zgrozy spojrzenia. Ich matka i Meg pozostały we dworze! Nie mieli pojęcia, co robić. Devlin z trudem się hamował, by z wrzaskiem nie rzucić się na Anglików. – Hughes! – Gerald zwrócił się do kapitana wład- czym tonem. – W środku są moje dzieci i z˙ona. – Doprawdy? – Na kapitanie te słowa nie wywarły najmniejszego wraz˙enia. – Moz˙e ich śmierć sprawi, z˙e inni dwa razy się zastanowią, zanim dopuszczą się 13 zdrady stanu. – Spalić wszystko! – powtórzył rozkaz. – Absolutnie wszystko! Gerald rzucił się w stronę siedzącego na koniu kapitana, ale powstrzymało go kilka par rąk. Devlin zaś dłuz˙ej się nie zastanawiał, ruszył biegiem. Jednak stanął jak wryty – w otwartych drzwiach domu pojawi- ła się jego matka, Mary, z maleńką Meg w ramionach. Poczuł wielką ulgę. Chwycił za rękę Seana i po raz pierwszy głębiej odetchnął. Wyraz twarzy kapitana całkiem się zmienił. Anglik z zainteresowaniem spoglądał na stojącą w progu kobietę. – Twoja z˙ona, jak mniemam? Gerald zaczął wyrywać się trzem trzymającym go męz˙czyznom. – Ty sukinsynu, tylko ją tknij, a cię zabiję. Zabiję jak psa. Przysięgam. Hughes uśmiechnął się pod nosem, nie odrywając oczu od Mary, jak gdyby w ogóle nie dosłyszał Geralda. – Cóz˙ za ciekawy rozwój wypadków – rzekł. – Sprowadźcie tę kobietę do mojej kwatery. – Tak jest, sir. – Porucznik Smith zatoczył koniem i ruszył ku dworowi. – Hughes, jeśli choć włos spadnie z głowy mojej z˙ony, urz˙nę ci jaja – warknął Gerald. – I kto to mówi? Człowiek, któremu pisany stry- czek... albo i coś gorszego. Kapitan powoli wyciągnął szablę z pochwy, zama- chnął się i z beznamiętnym wyrazem twarzy ściął głowę Geraldowi. Kompletnie zaszokowany Devlin patrzył, jak ciało ojca osuwa się na ziemię, a głowa – z szarymi, wciąz˙ przepełnionymi wściekłością oczami – toczy się jesz- cze przez moment w kałuz˙y krwi. 14 Z niedowierzaniem zwrócił się w stronę matki i zobaczył, z˙e śmiertelnie blada, zemdlona, pada przed progiem. Meg, nadal lez˙ąca przy Mary, zaniosła się głośnym płaczem. – Zabrać kobietę do mojej kwatery i spalić ten przeklęty dom – powtórzył po raz kolejny Hughes. Dźgnął konia ostrogami i pogalopował przed siebie. Kiedy dwóch z˙ołnierzy ruszyło w stronę domu – nieprzytomnej Mary i wrzeszczącej Meg – do Dev- lina wreszcie dotarło z całą mocą, z˙e oto był świadkiem brutalnego mordu popełnionego na jego ojcu. Ojciec nie z˙ył. Został bestialsko zgładzony. Z zimną krwią. Przez przeklętego angielskiego kapitana o na- zwisku Hughes. Zardzewiały miecz Devlina został gdzieś na pobo- jowisku. Teraz miał przy sobie tylko ten głupi, mały sztylet. Niespodziewanie usłyszał niosący się echem wysoki, rozdzierający krzyk, przepełniony bólem i wściekłością. Po chwili ze zdumieniem zdał sobie sprawę, z˙e ów krzyk wyrwał się z jego własnego gardła. Popędził na oślep przed siebie, zdecydowany zabić kaz˙dego Anglika, którego napotka na drodze. Z˙ołnierz w czerwonym mundurze spojrzał ze zdu- mieniem na chłopca, szarz˙ującego z uniesionym szty- letem. Silne uderzenie w tył głowy zwaliło Devlina z nóg i po momencie przeszywającego bólu zapadł w przy- noszącą wielką ulgę, gęstą ciemność. Devlin dochodził do siebie powoli. Coraz wyraźniej odczuwał ból głowy, chłód i wilgoć oraz nieokreślony lęk. – Dev? – dosłyszał szept Seana. – Budzisz się? Zdał sobie sprawę, z˙e otaczają go wątłe ramiona 15 młodszego brata, a powietrze wypełnia dziwny, ost- ro-gorzki zapach. Zastanawiał się, gdzie jest i co się dzieje, i wówczas ujrzał przed oczami obraz spętanego ojca przytrzymywanego przez angielskich z˙ołnierzy oraz kapitana, wznoszącego szablę i odcinającego ojcu głowę. Wspomnienie tego, co się stało, dodało mu sił, dzięki czemu zdołał podnieść się na kolana. Sean wciąz˙ mocno obejmował go ramionami. Znajdowali się w zagajniku mokrym od deszczu, który musiał siąpić juz˙ od dłuz˙szego czasu, wychładzając znacznie powietrze. Devlina ogarnęły mdłości. Dławił się jed- nak bezskutecznie, nie mogąc nic z siebie wykrztusić. W końcu oprzytomniał i spojrzał uwaz˙nie na brata. Sean rozpalił niewielkie ognisko, lecz wystarczające, by rozproszyć mrok, ale zbyt małe, z˙eby dostarczyć ciepła. – Co z mamą? Co z Meg? – zachrypiał Devlin. – Nie mam pojęcia, gdzie jest mama – odparł Sean z twarzą ściągniętą strachem. – Z˙ołnierze ją zabrali, zanim odzyskała świadomość. Chciałem biec po Meg, ale kiedy wpadłeś w szał i ten Anglik ściął cię z nóg, musiałem się tobą zająć. Zaciągnąć w bezpieczne miejsce. Po chwili wzniecili poz˙ar. – Oczy Seana napełniły się łzami. – Wszystko sczezło w ogniu – wyszeptał. – Wszystko. Devlin wpatrywał się w brata z niedowierzaniem i przeraz˙eniem, szybko jednak wróciła mu jasność myśli. Teraz na niego spadła odpowiedzialność za rodzinę. Nie mógł pogrąz˙yć się w rozpaczy, musiał działać. – Przestań mazać się jak dzieciak – nakazał ostro bratu. – Trzeba odbić z niewoli mamę i odnaleźć Meg. Sean powstrzymał szloch i z wolna pokiwał głową. Devlin tymczasem poderwał się na nogi. Nie za- 16 wracając sobie głowy otrzepaniem z igliwia spodni, chwycił brata z rękę i pociągnął na skraj polany. Nawet w bladej poświacie księz˙yca otaczająca ich dwór okolica zachwycała soczystością łąk i bogac- twem łanów zbóz˙. W tej chwili przed chłopcami rozciągała się spopielona, pusta równina, a w miejscu dworu straszyła wypalona skorupa kamiennych ścian i dwa kikuty kominów. Teraz stało się jasne, czym był ten ostro-gorzki zapach przesycający powietrze: odo- rem dymu i spalenizny. – Tej zimy przyjdzie nam głodować – szepnął Sean. – Czy wycofali się do fortu w Kilmallock? – spytał Devlin, ignorując słowa brata. W jego sercu determina- cja wyparła przyprawiający o mdłości strach. Sean skinął głową. – Dev? Czy uda nam się uwolnić mamę? Po ich stronie są tysiące ludzi... a my... my jesteśmy tylko dwoma chłopcami... Takie same wątpliwości nękały Devlina, nie zamie- rzał jednak okazać słabości. – Jakoś nam się uda. Obiecuję ci. Tak czy inaczej, ocalimy mamę. Dobiegało południe, gdy znaleźli się na skraju wzgórza, z którego rozciągał się widok na brytyjski fort w Kilmallock, otoczony drewnianą, gęstą palisadą, obsadzony liczną angielską załogą rozlokowaną w bia- łych, wielkich namiotach. Devlin wbił wzrok w kwa- terę dowódcy, zlokalizowaną pośrodku obozu i ozna- kowaną flagami. Zaczął się zastanawiać, jak razem z bratem mogliby dostać się za umocnienia. Gdyby był dorosłym, potęz˙nym męz˙czyzną, skręciłby kark stojącemu na warcie z˙ołnierzowi. A moz˙e uda im się z Seanem wjechać do środka wraz z konwojem 17 prowiantowym czy wbiec za grupą z˙ołnierzy, udając dzieci zauroczone mundurem? – Myślisz, z˙e z mamą wszystko w porządku? – wy- szeptał Sean, od chwili śmierci ojca blady jak płótno. Miał wargi pogryzione do krwi i przeraz˙enie w oczach. Devlin się martwił, czy brat nie zapadnie na zdrowiu. Otoczył go ramieniem. – Uratujemy ją i wszystko znów będzie dobrze – zapewnił. Wiedział jednak w głębi zbolałego serca, z˙e to jedno wielkie kłamstwo, bo juz˙ nic nigdy nie będzie takie jak kiedyś. Przede wszystkim, co spotkało maleńką Meg? Czyz˙by poniosła straszną śmierć w płomieniach? Devlin zacisnął powieki i niespodziewanie ogarnął go spokój. Po raz pierwszy zaczął głęboko oddychać. Wewnętrzne rozedrganie cichło, a w jego umyśle zaczęło się rodzić coś mrocznego, ponurego i nieustęp- liwego, strasznego i niedającego się odegnać. Sean natomiast zalał się łzami. – A co, jeśli on skrzywdził mamę? Jeśli jej zrobił... jeśli zrobił to, co zrobił tacie? Devlin zdawał się nie słyszeć brata. Wpatrywał się w fort, świadomy potęz˙nej zmiany, jaka nagle w nim nastąpiła. Dziesięcioletni chłopiec odszedł na zawsze. W jego miejsce pojawił się męz˙czyzna – zimny, zdecydowany, ogarnięty straszliwym gniewem. Strach zniknął. Devlin juz˙ nie bał się angielskich z˙ołnierzy. Nie lękał się śmierci. Wiedział tez˙ doskona- le, co musi zrobić – choćby zajęło mu to całe lata. Odwrócił się w stronę Seana, patrzącego na niego szeroko rozwartymi, pełnymi łez oczami. – Nie skrzywdził mamy – oznajmił tonem tak stanowczym, jakim zazwyczaj przemawiał ojciec. Zaskoczony Sean pokiwał głową. 18 – Idziemy – zarządził Devlin. Zsunęli się w dół zbocza i ukryli za wielkim, lez˙ącym przy drodze głazem. Po mniej więcej godzinie na horyzoncie pojawiły się cztery wozy prowiantowe w obstawie tuzina konnych z˙ołnierzy. – Udawaj, z˙e cieszymy się na ich widok – szepnął Devlin. Wiele razy widział, jak wieśniacy machali radośnie i wiwatowali na cześć angielskich oddziałów, a Ang- licy, głupki, brali to za dobrą monetę, nie wiedząc, z˙e za ich plecami wiwaty zmieniają się w kpiny i obelgi. Chłopcy wyszli na drogę zalaną ciepłym blaskiem słońca i z uśmiechem zaczęli machać do zbliz˙ających się z˙ołnierzy. Niektórzy odpowiedzieli im tym samym, jeden rzucił w ich stronę kawał chleba. Jak wozy przejez˙dz˙ały obok, chłopcy nadal wymachiwali ręka- mi z uśmiechem przyklejonym do twarzy. Po chwili Devlin szturchnął brata pod z˙ebro i puścił się biegiem za ostatnim wozem. Wskoczył do środka i wciągnął za sobą Seana. Od razu dali nura pod worki z z˙ywnością i skulili się, lgnąc do siebie. Devlin odczuwał drobną, zajadłą satysfakcję. – I co teraz? – wyszeptał cicho Sean. – Będziemy czekać – odparł Devlin pewny, z˙e wszystko potoczy się po jego myśli. Kiedy wóz znalazł się za główną bramą fortu, Devlin wychylił się nieznacznie spod worków i rozejrzał dookoła. Nikt nie interesował się konwojem. Szturch- nął więc Seana i obaj szybko zeskoczyli na ziemię. Pięć minut później czaili się juz˙ niedaleko namiotu dowódcy, za dwoma antałami z wodą, osłonięci przed ludzkim wzrokiem i, przynajmniej na razie, bezpieczni. – Co dalej? – spytał Sean, ocierając ramieniem pot z czoła. 19 Nadal utrzymywała się przyjemna, słoneczna pogo- da, choć na horyzoncie zaczęły majaczyć ciemne chmury, groz˙ące deszczem. – Szsz... – uciszył brata Devlin, zastanawiając się, jak uwolnić mamę. Sprawa zdawała się beznadziejna, ale jak jest wola, to zawsze znajdzie się sposób. Nie po to dotarł az˙ tutaj, do centrum obozu wroga, z˙eby pozostawić mamę w szponach kapitana Hughesa. Oj- ciec by chciał, z˙eby Devlin ją uwolnił, a Devlin nie mógł ponownie go zawieść. Wraz z tą myślą powróciły makabryczne wspo- mnienia: głowa ojca, tocząca się po ziemi, oczy szero- ko rozwarte, wciąz˙ pełne gniewu, choć juz˙ pozbawione z˙ycia. Te obrazy osłabiły jego pewność siebie, ale umoc- niły determinację. Do miejsca, w którym siedzieli, dobiegły głośne krzyki i tętent koni. Sean i Devlin, przesuwając się na czworakach, wyjrzeli nieznacznie zza beczek. Hughes stał przed namiotem, z bardzo zadowoloną z siebie miną i z kieliszkiem brandy w dłoni. Najwyraźniej jego tez˙ zainteresował nagły rejwach. Devlin powędrował wzrokiem za spojrzeniem kapi- tana i zaniemówił z wraz˙enia. W stronę głównej, otwartej bramy fortu, tej samej, którą wjechali tu wraz z Seanem na wozie, galopowała grupa męz˙czyzn ze sztandarem w kolorze kobaltu, srebra i czerni. Były to znajome barwy i Sean, trzymający się za plecami Devlina, az˙ sapnął z wraz˙enia. – To hrabia Adare – wyszeptał z podnieceniem. Devlin szybko dłonią zatkał bratu usta. – Na pewno przybył z pomocą. Bądź cicho. – Niech piekło pochłonie przeklętych mieszkań- ców tego kraju, nawet jez˙eli wywodzą się z Ang- 20 lii – powiedział Hughes do jednego ze swoich ofice- rów. – To hrabia Adare. – Cisnął kieliszkiem o ziemię, wyraźnie zirytowany. – Czy mamy zamknąć bramę, sir? – Niestety, Adare jest w zaz˙yłych stosunkach z lor- dem Castlereagh i zasiada w Radzie Królewskiej. Ostatnio na oficjalną kolację zaprosił go ponoć sam Cornwallis. Jez˙eli zamknę przed nim bramę, będę musiał za to cholernie słono zapłacić. – Hughes skrzy- wił się z wściekłością, a na szyi, tuz˙ nad czarno-złotym kołnierzem czerwonego munduru, wystąpiły mu szkar- łatne plamy. Devlin z trudem panował nad podnieceniem. Ed- ward de Warenne, hrabia Adare, był ich suzerenem. Chociaz˙ Gerald jedynie dzierz˙awił od niego swoje dawne rodzinne włości, obu męz˙czyzn łączyły przyja- cielskie stosunki. Często udawali się wspólnie na bale i kolacje, razem polowali na lisy i uprawiali konne gonitwy przełajowe. Adare wielokrotnie jadał we dwo- rze w Askeaton. Zawsze uczciwie rozliczał się z O’Neillami, nigdy ich nie uciskał, nie podnosił renty dzierz˙awnej. Devlin zdał sobie sprawę, z˙e ściska rękę brata. Z zafascynowaniem patrzył, jak hrabia i jego ludzie zbliz˙ają się do namiotu dowódcy cały czas w pełnym galopie, tak z˙e angielscy z˙ołnierze musieli pierzchać przed nimi na boki. Jeźdźcy zatrzymali się gwałtownie przed Hughesem i jego oficerami. Natychmiast oddział Anglików zbrojnych w muszkiety otoczył konną grupę. Hrabia mimo to natarł czarnym wierzchowcem do przodu. Przedstawiał sobą wspaniały widok – był wysoki, ciemnowłosy, emanujący potęgą i władzą. Teraz jednak jego twarz zastygła w maskę wściekłości. – Gdzie jest Mary O’Neill? – zapytał ostro. 21 Hughes uśmiechnął się nieznacznie. – A więc juz˙ usłyszałeś o przedwczesnym zgonie O’Neilla? – Przedwczesnym zgonie? – Adare zeskoczył z ko- nia i podszedł do kapitana. – To było brutalne morder- stwo. Zamordowałeś jednego z moich dzierz˙awców, Hughes. – Czyz˙byś nagle stał się papistą? O’Neillowi była pisana szubienica, Adare, doskonale o tym wiesz. Hrabia, pociemniały na twarzy z furii, wycedził przez zęby: – Ty sukinsynu. Zawsze istniała moz˙liwość wy- gnania i otrzymania królewskiego przebaczenia. Poru- szyłbym niebo i ziemię, z˙eby tak właśnie się stało, ty arogancka kanalio. – Dłonią bezwiednie sięgnął do broni. Hughes od niechcenia wzruszył ramionami. – Jak mówiłem, O’Neill był papistą i jakobinem. To niebezpieczne czasy, przyjacielu. Nawet lord Castle- reagh nie chciałby, z˙eby jego nazwisko łączono z jako- binami. – Chcę jego z˙ony. Gdzie ona jest? Hughes się zawahał. Zacisnął usta; na jego szyi i twarzy pojawiły się kolejne szkarłatne plamy. – Nie zmuszaj mnie, bym zrobił to, na co w tej chwili mam największą ochotę: udusił cię własnymi rękami – powiedział zimnym głosem Adare. – Dobrze. Z˙adna irlandzka suka mnie nie podnieca. Poza tym są tak tanie, z˙e mogę je mieć na pęczki za grosze. Devlin az˙ się zatoczył, słysząc te uwłaczające matce słowa. Najchętniej natarłby na Hughesa i go zabił, ale nie musiał tego robić. Hrabia doskoczył do kapitana, prawie zderzając się z nim piersią. 22 – Błędem jest niedocenianie potęgi Adare’a. Po- wstrzymaj więc obelgi, bo jeszcze słowo, a będziesz dowodził oddziałem piechoty na mroźnych krańcach Kanady. Piętnastego jem kolację z Cornwallisem i z przyjemnością powiadomię go o pewnych bardzo nieprzyjemnych faktach. Czy dobrze się rozumiemy, kapitanie? Hughes az˙ dławił się z wściekłości; był ciemnopur- purowy. Adare minął go bez słowa i wszedł do namiotu. Devlin wymienił spojrzenia z Seanem, po czym wyskoczyli zza beczek, przebiegli obok Hughesa i wpadli za hrabią do środka namiotu. Natychmiast ujrzeli matkę, siedzącą na niewielkim krześle. Widać było, z˙e niedawno płakała. – Mary! – wykrzyknął Adare. – Czy nic ci się nie stało? Pani O’Neill wstała. Jej jasne loki rozsypały się w nieładzie. Szeroko rozwartymi, błękitnymi oczami spojrzała na hrabiego. – Wiedziałam, z˙e przyjedziesz – powiedziała ła- miącym się głosem. Adare chwycił ją za ramiona i obrzucił uwaz˙nym spojrzeniem. – Czy zostałaś skrzywdzona? – spytał miękko. – Nie w takim sensie, jaki masz na myśli, milor- dzie. – Z trudem hamowała płacz. – On zamordował Geralda. Zamordował go na moich oczach. – Wiem – odparł ze smutkiem Adare. – Nawet sobie nie wyobraz˙asz, jak bardzo mi przykro. Mary umknęła wzrokiem, tłumiąc łzy. – Gdzie Meg? I gdzie chłopcy? Tym razem łzy potoczyły się po jej policzkach. – Nie wiem, co się stało z Meg. Trzymałam ją 23 w ramionach, kiedy zemdlałam i... i... – Nie była w stanie dokończyć. – Znajdziemy ją. Mary skinęła głową, wbrew rozsądkowi łudząc się nadzieją. I wówczas ujrzała stojących przy wejściu do namiotu synów, nieruchomych jak posągi, wbijających wzrok w nią i potęz˙nego hrabiego. – Devlin! Sean! Bogu dzięki, jesteście cali i zdro- wi! – Podbiegła do chłopców i chwyciła ich w ramiona. Devlin zamknął oczy. Wciąz˙ trudno mu było uwie- rzyć, z˙e odnalazł matkę i z˙e jest ona bezpieczna, poniewaz˙ otoczył ją opieką potęz˙ny, moz˙ny hrabia. – Nic nam nie jest, mamo – powiedział cicho i wysunął się z matczynych objęć. Adare do nich dołączył, opiekuńczo otaczając Mary ramieniem. Uwaz˙nym spojrzeniem obrzucił obu chłop- ców. Devlin miał ochotę się zbuntować, chociaz˙ wie- dział, jak desperacko potrzebują pomocy hrabiego. Tyle z˙e ciało okrutnie zamordowanego ojca jeszcze na dobre nie ostygło, a Devlin rozeznał się w zamiarach Adare’a. – Devlin, Sean, posłuchajcie mnie uwaz˙nie. Poje- dziecie ze mną do Adare. Gdy tylko wyjdziemy z na- miotu, wskoczcie szybko na konie, za plecy moich ludzi. Zrozumiano? Devlin skinął głową, ale wciąz˙ uwaz˙nie śledził wzrokiem matkę i hrabiego. Juz˙ dawno temu zauwa- z˙ył, w jaki sposób Adare spogląda na Mary, choć faktem tez˙ było, z˙e wielu męz˙czyzn otwarcie po- dziwiało niezwykłą urodę matki. Przed śmiercią ojca Devlin się łudził, z˙e hrabia jest tylko jednym z owych męz˙czyzn. Teraz jednak musiał spojrzeć prawdzie w oczy. Hrabia był wdowcem i od dawna skrycie kochał Mary. Devlin nie miał co do tego wątpliwości. Czuł wdzięczność, z˙e potęz˙ny arystokrata wziął ich 24 w opiekę, ale jednocześnie zdjęła go złość. Ojciec jeszcze nawet nie został pogrzebany... – Devlin! – rzucił ostro Adare. – Ruszamy! Posłusznie zareagował. Razem z Seanem postępo- wali krok w krok za hrabią i matką. Słońce stało w zenicie. Dzień był ciepły i pełen blasku, a w forcie panowała nieprawdopodobna cisza. Angielscy z˙ołnierze w kilku rzędach otaczali dwu- dziestokilkuosobowy konny oddział zbrojnych gwar- dzistów hrabiego. Zapewne Hughes mógłby doprowa- dzić tego dnia do kolejnej masakry, gdyby miał ochotę. Devlin zerknął na Adare’a. Jez˙eli odczuwał lęk, w z˙aden sposób tego nie okazał. Szacunek chłopca dla tego męz˙czyzny natychmiast wzrósł. Hrabia pod wie- loma względami przypominał ojca, był równiez˙ bardzo odwaz˙ny. Więc i on, Devlin, musi im dorównać dziel- nością. Adare pewnym krokiem pokonał dystans dzielący go od oddziału. Uniósł Mary i posadził na swoim koniu, co Hughes obserwował z zaciętą, nienawistną twarzą. Devlin pchnął Seana w stronę jednego z ludzi hrabiego, który wciągnął chłopca na koń, za siebie. Sam Devlin wskoczył na koński grzbiet za plecami innego ze zbrojnych. Adare takz˙e juz˙ siedział w siodle, trzymając przed sobą Mary. Obrzucił wzrokiem szeregi angielskich z˙ołnierzy, po czym groźnie spojrzał na kapitana. – Wtargnąłeś na moje terytorium – rzucił zimno. – Nie rób tego nigdy więcej. Hughes uśmiechnął się ponuro. – Nie wiedziałem, z˙e łączą cię z tą damą... intymne więzi. – Nie wypaczaj sensu moich słów, kapitanie. Za- mordowałeś mi dzierz˙awcę, spaliłeś moją ziemię, a to 25 afront dla mnie i mojego rodu. A teraz usuń swoje wojsko z drogi. Devlin spoglądał to na Hughesa, to na hrabiego. Czuł, z˙e między łopatkami spływają mu struz˙ki potu. Przez chwilę w forcie znów panowała tak niesamowita cisza, z˙e gdyby choć listek się poruszył, wszyscy by usłyszeli. Przełamał ją Hughes. – Rozstąpić się! – warknął. Adare uniósł dłoń, dając swoim ludziom znak do wymarszu, i wyprowadził konny oddział z fortu. Dev- lin kurczowo trzymał się zbrojnego pachołka, za pleca- mi którego siedział, jednak zanim wyjechali za bramę, odwrócił się jeszcze za siebie. Spojrzał prosto w zimne, niebieskie oczy kapitana. Poczuł, z˙e coś zaczyna tlić się w jego duszy, emanuje wielkimi, mrocznymi falami, przesącza się do krwi i zaczyna go trawić. Jak gorączka. Jak gorzka trucizna. Pewnego dnia dokona zemsty. Gdy nadejdzie właściwy czas. Kapitan Harold Hughes będzie musiał drogo zapłacić za mord dokonany na Geraldzie O’Neillu. Część pierwsza Zakładniczka aa ROZDZIAŁ PIERWSZY 5 kwietnia 1812 roku, Richmond, stan Wirginia – Ona nie ma pojęcia o tańcu – rzuciła drwiąco jedna z młodych dam. Wirginia Hughes czuła, jak palą ją policzki. W sali balowej, stało rzędem kilkanaście dziewcząt, a balet- mistrz tłumaczył jej cierpliwie zawiłości sissonne bal- lotté, jednej z figur kadryla. Wirginia nie była w stanie jej opanować, co więcej, ani trochę jej na tym nie zalez˙ało. Taniec ją nudził, uwaz˙ała, z˙e to strata czasu. Marzyła tylko o jednym: z˙eby jak najszybciej wrócić do domu, do ,,Słodkiego Derenia’’. – W tańcu nie wolno zapominać o uprzejmej kon- wersacji, panno Hughes. Nawet w trakcie najtrudniej- szych kroków i figur. W innym wypadku moz˙e pani zostać uznana za osobę pozbawioną manier – pouczał smukły, ciemnowłosy baletmistrz rodem z Italii. Wirginia go nie słuchała. Zamknęła oczy i w wyob- raźni przeniosła się do zupełnie innego miejsca od- dalonego o lata świetlne od wrogich murów Marmott, pensji dla dobrze urodzonych panien. Wciągnęła głęboko powietrze i wydało jej się, z˙e czuje zapach kapryfolium, a w jego tle silniejszy, 29 jeszcze bogatszy aromat czarnoziemu, gotowego do zasiewu po wiosennym wypalaniu. Pod powiekami miała obraz ciemnych pól, ciągnących się az˙ po hory- zont, szeregi ubranych na biało niewolników, szykują- cych glebę pod uprawę, a na pierwszym planie – traw- nik, ogród róz˙any oraz stare dęby i wiązy, okalające piękny, ceglany dom wzniesiony przez ojca. ,,Podobna rezydencja mogłaby powstać w Anglii w ubiegłym stuleciu’’ – mawiał z dumą. ,,Kaz˙dy to widzi na pierwszy rzut oka’’. Wirginia tęskniła do ,,Słodkiego Derenia’’, ale na- wet w połowie nie tak dojmująco jak za rodzicami. Zalała ją fala smutku. Otworzyła gwałtownie oczy i zorientowała się, z˙e nadal tkwi w przeklętej sali balowej pensji, do której została wysłana wbrew włas- nej woli, a obok niej stoi zdegustowany baletmistrz i z ponurą twarzą wspiera się pod boki. – Czemu ona tak wywraca oczami? – wyszeptała któraś z dziewcząt. – Bo ryczy, ot co – rozległ się dumny, pełen wyz˙szości głos. Wirginia od razu go rozpoznała. Nalez˙ał do blond piękności, Sary Lewis, która – według własnego mnie- mania – była najbardziej poz˙ądaną przez kawalerów debiutantką w Richmond. A raczej miała nią zostać pod koniec roku, podczas wielkiego dorocznego balu, na którym młode, dobrze urodzone panny były po raz pierwszy oficjalnie prezentowane śmietance towarzys- kiej miasta. Rozjuszona Wirginia zdecydowanym krokiem po- deszła do Sary. Była niska, bardzo szczupła, o drobnej, lekko trójkątnej twarzy z delikatnymi, wysokimi kość- mi policzkowymi. Miała błyszczące fiołkowe oczy i niezwykle gęste, sięgające pasa włosy, które – gdy je 30 upinała – zdawały się przytłaczać jej kruchą postać swoim cięz˙arem. Sara była od Wirginii o dobre trzy cale wyz˙sza i kilka ładnych funtów cięz˙sza. Wirginia jednak na to nie zwaz˙ała. W pierwszą bójkę wdała się w wieku sześciu lat, a kiedy tato przerwał potyczkę, powiedział jej, z˙e walczy jak baba. Ku przeraz˙eniu mamy, od razu nauczył córkę, jak wyprowadzać solidny, ,,męski’’ cios. Wirgi- nia nie tylko umiała porządnie się boksować, ale takz˙e doskonale posługiwała się bronią palną – bez trudu odstrzeliwała szyjkę butelki z ponad piętnastu jardów. Teraz wojowniczo stanęła przed Sarą i wspinając się na palce, by być z nią oko w oko, wykrzyknęła: – Taniec jest dla takich kretynek jak ty! Powinnaś się nazywać Sara Pląsająca Idiotka! Sara w pierwszej chwili oniemiała. Postąpiła krok w tył z wybałuszonymi oczami i zaczerwieniła się z wściekłości. – Signor Rossini! – wrzasnęła, gdy juz˙ wróciła jej mowa. – Czy słyszał pan, jak mnie nazwała ta wsiowa prostaczka? Wirginia dumnie uniosła głowę. – Ta wsiowa prostaczka jest właścicielką plantacji – oznajmiła. – Całych pięciu tysięcy akrów. A jak mate- matyka wskazuje, a na rachunkach znam się wyjąt- kowo dobrze, wielokrotnie przewyz˙sza cię bogac- twem, Pląsająca Idiotko. – Zazdrościsz mi – wysyczała Sara – bo jesteś chuda i brzydka, a do tego nikt cię nie chce... Dlatego znalazłaś się na naszej pensji. Wirginia poczuła, jak coś w niej pęka – gwałtownie, boleśnie. Sara uderzyła celnie, powiedziała prawdę. Nikt jej nie chciał, była sama jak palec. I bardzo przez to cierpiała! 31 Sara zauwaz˙yła, z˙e jej strzała dosięgła celu, i uśmiech- nęła się jadowicie. – Wszyscy wiedzą, z˙e będziesz tu musiała tkwić az˙ do osiągnięcia pełnoletności! To jeszcze trzy lata, panno Hughes. Będziesz stara i pomarszczona, zanim ponownie zobaczysz swoją farmę! – Dość tego – zarządził signor Rossini. – Proszę obie panie, z˙eby... Wirginia nie zamierzała tego słuchać. Okręciła się na pięcie i wybiegła z sali balowej, goniona chichotami innych dziewcząt. Jakz˙e ich teraz nienawidziła! Niena- widziła Sary, baletmistrza, całej tej szkoły, a nawet rodziców... Jak mogli zostawić ją samą na świecie? Jak mogli? W holu usiadła na podłodze i podciągnęła chude kolana do piersi, modląc się, by cierpienie zmalało. Teraz nienawidziła takz˙e i Boga za to, z˙e odebrał jej rodziców, nagle i okrutnie, pewnej strasznej, deszczo- wej nocy zeszłej jesieni. – Och, papo – wyszeptała, przyciskając twarz do kolan. – Tak bardzo mi was brakuje. Wiedziała, z˙e nie wolno jej płakać. Wolałaby umrzeć, niz˙ pokazać innym łzy i ból. Ale jeszcze nigdy nie czuła się taka samotna i zagubiona. Tęskniła do słonecznych dni i odbywanych z ojcem konnych prze- jaz˙dz˙ek po plantacji, do wieczorów przy kominku, gdy tata oddawał się lekturze, a mama wyszywała na bębenku. Tęskniła do domu pełnego niewolników znanych jej od urodzenia i do dwa lata starszej od niej Tillie, która została jej najlepszą przyjaciółką, mimo z˙e była niewolnicą. Objęła silniej kolana i kilka razy odetchnęła głębo- ko. Nie moz˙e się mazać i roztkliwiać, musi wziąć się w garść. 32 Wyprostowała się i powróciła myślami do scysji z Sarą. Co tez˙ ona takiego powiedziała? Z˙e Wirginia będzie musiała zostać na pensji az˙ do czasu osiągnięcia pełnoletności? Alez˙ to absolutnie niemoz˙liwe! Prze- ciez˙ niedawno skończyła osiemnaście lat, a to oznacza- ło, z˙e jeszcze przez trzy lata musiałaby tkwić w tym więzieniu. Zerwała się z podłogi, nie zadając sobie trudu otrzepania z kurzu czarnej, z˙ałobnej sukni. Od tragicz- nego wypadku powozu, w którym zginęli rodzice, minęło sześć miesięcy i przełoz˙ona pensji zasugerowa- ła, z˙eby Wirginia zrezygnowała z z˙ałoby. Ona jednak zdecydowanie odmówiła. Zamierzała nosić z˙ałobę po rodzicach do końca z˙ycia. Z pewnością ta wiedźma, Sara Lewis, coś poprze- kręcała lub zmyśliła. Wzburzona Wirginia przebiegła przez hol wykłada- ny dębową boazerią. Jej jedynym krewnym był teraz stryj, Harold Hughes, hrabia Eastleigh. Po śmierci rodziców został jej prawnym opiekunem. Przysłał z Anglii kondolencje wraz z instrukcją, nakazującą bratanicy niezwłoczny wyjazd na pensję Marmott. Wirginia niewiele pamiętała z tamtego okresu, bo jej percepcję mąciły rozpacz i ból. Pewnego dnia znalazła się w tych murach, choć nie bardzo umiałaby powie- dzieć, jak tu dotarła. Mgliście pamiętała, z˙e rzuciły się sobie z Tillie w ramiona i z˙egnały ze szlochem. A kiedy opadła najbardziej dojmująca rozpacz, zaczęły pisać do siebie listy. ,,Słodki Dereń’’ lez˙ał osiem- dziesiąt mil na południe od Richmond i zaledwie parę mil od portowego Norfolk. Z listów przyjaciółki Wir- ginia się dowiedziała, z˙e hrabia został takz˙e kuratorem jej majątku i z˙e zarządził, by plantacja funkcjonowała tak jak za z˙ycia brata. Jez˙eli Sara mówiła prawdę, to 33 Tillie z pewnością poinformowałaby ją o okrutnych, bezdusznych rozporządzeniach prawnego opiekuna. Chyba z˙e sama nie miałaby o nich pojęcia. Ilekroć Wirginia myślała o swojej przyjaciółce i ,,Słodkim Dereniu’’, ogarniała ją nostalgia. Teraz wprost nie mogła się doczekać, kiedy tam wreszcie powróci. Skończyła właśnie osiemnaście lat. Wiele dziewcząt w jej wieku miało juz˙ oficjalnych narzeczo- nych, a nawet męz˙ów. Przed śmiercią rodzice ani razu nie poruszyli kwestii zamąz˙pójścia Wirginii, za co była im wdzięczna. Męz˙czyźni nigdy jej nie interesowali. Natomiast od czasu, gdy skończyła pięć lat i Randall Hughes posadził ją przed sobą na koniu, codziennie towarzyszyła ojcu w pracy. Znała kaz˙dy zakątek plan- tacji, kaz˙de drzewo, liść i kwiat. (Tak naprawdę ,,Słod- ki Dereń’’ zajmował jedynie sto akrów, nie pięć tysięcy, jak powiedziała Sarze, ale przeciez˙ musiała jej utrzeć nosa). Wiedziała wszystko o uprawie tytoniu, hodowli sadzonek, metodach suszenia liści i o najlep- szych domach aukcyjnych. Podobnie jak ojciec, z naj- większą uwagą i nadzieją w sercu śledziła ceny bel tytoniu. Kaz˙dego lata razem z ojcem schodzili z koni, wędrowali pieszo po polach, dotykali tytoniowych liści, wdychali ich bogaty aromat i oceniali jakość przyszłych zbiorów. Wirginia miała takz˙e inne obowiązki. Jej matka nalez˙ała do najlepszych, najserdeczniejszych kobiet na świecie i doskonale znała się na ziołach oraz metodach leczenia róz˙nych przypadłości. I jak nikt troszczyła się o niewolników. U jej boku Wirginia chodziła do cierpiących na gorączki i infekcje Murzynów. Zawsze bez obawy wchodziła do kwater niewolników, nawet jez˙eli któryś z nich był powaz˙nie chory. Wirginia nawet nauczyła się bardzo biegle przygotowywać kata- 34 plazmy. I chociaz˙ mama nie pozwalała jej asystować przy porodach, Wirginia umiała odbierać źrebięta i wiele nocy spędziła w stajni przy rodzących klaczach. Czemu więc nie mogła teraz mieszkać w ,,Słodkim Dereniu’’ i prowadzić plantacji razem z zarządcą, Jamesem MacGregorem? Trzymanie jej w tej szkole nie miało najmniejszego sensu! Urodziła się do tego, by prowadzić plantację. Miała to we krwi. Wiedziała, z˙e nie jest damą. Nosiła spodnie od dnia, gdy zdała sobie sprawę, z˙e istnieją. Zdecydowanie przedkładała je nad sukienki. Papie to nie przeszkadza- ło; był dumny z jej otwartego, bezpośredniego sposobu bycia, talentu do konnej jazdy, celnego oka i pewnej ręki. Uwaz˙ał ją przy tym za wyjątkowo piękną – za- wsze nazywał ją swoją ,,małą, dziką róz˙ą’’ – ale ostatecznie wszyscy ojcowie uwaz˙ają córki za pięk- ności. Wirginia wiedziała, z˙e nie jest ładna. Była za chuda i miała zbyt bujne włosy. Wcale się tym nie przejmowała. Nie zamierzała zostać damą. Mama z wyrozumieniem podchodziła do męz˙a i córki. Obaj bracia Wirginii umarli tuz˙ po narodzinach – najpierw Todd, a potem, gdy Wirginia miała sześć lat, maleńki Charles. Wówczas mama przestała krzy- wić się na noszone przez córkę spodnie, na jej udział w polowaniach, spędzanie całych dni w siodle. Po śmierci Charlesa płakała tygodniami, godzinami mod- liła się w rodzinnej kaplicy i w końcu odnalazła ukojenie. Znowu się uśmiechała. Znowu emanowało z niej radosne ciepło. Więcej jednak nie zaszła juz˙ w ciąz˙ę, jakby z papą zawarli cichy pakt. Wirginia nie rozumiała, jak moz˙na marzyć o zo- staniu damą. Dama musi się kierować rozlicznymi zasadami, z których większość jest irytująca, a część wręcz opresyjna – niczym cięz˙kie kajdany. Z˙ycie 35 damy przypomina z˙ycie niewolnika nalez˙ącego do okrutnego pana. Kiedy stanęła przed drzwiami przełoz˙onej, uświa- domiła sobie, z˙e mająca nastąpić rozmowa niewiele zmieni, bo ona, Wirginia, juz˙ podjęła decyzję. Naj- szybciej jak to moz˙liwe powróci do domu. W tej sytuacji nie miało większego znaczenia, czy Sara Lewis mówiła prawdę. Na tę myśl od razu poprawił się jej humor. Po raz pierwszy od śmierci rodziców po- czuła przypływ siły i odwagi. Tej samej siły i odwagi, którą nosiła w sobie od dziecka, a która ją opuściła, gdy na progu domu stanął pastor, by oznajmić Wirginii, z˙e nie ma juz˙ rodziców. Zastukała w eleganckie, mahoniowe drzwi. Pani Towne, pulchna, miła kobieta, skinieniem dłoni zaprosiła Wirginię do środka i spojrzała na nią powaz˙nym wzrokiem. W jej oczach nie błyskały – jak zazwyczaj – wesołe iskierki. – Panno Hughes, obawiam się, z˙e wcześniej czy później będziesz musiała nauczyć się tańczyć. Wirginia wykrzywiła usta. Jedyną osobą, którą trochę polubiła w szkole, była właśnie przełoz˙ona pensji. – Dlaczego? – spytała wojowniczo. Na twarzy pani Towne pojawił się przelotnie wyraz zdziwienia. – Spocznij, moja droga. Wirginia zajęła fotel i dopiero po chwili zdała sobie sprawę, z˙e siedzi z szeroko rozstawionymi ko- lanami i niedbale zwiesza ramiona poza poręcze. Szybko się zreflektowała nie dlatego, z˙e zalez˙ało jej, by uchodzić za dobrze wychowaną pannę, ale nie chciała antagonizować przełoz˙onej. Złączyła kolana, złoz˙yła na nich dłonie, myśląc, jak wiele by dała, z˙eby 36 mieć teraz na sobie spodnie i siedzieć na końskim grzbiecie. Przełoz˙ona uśmiechnęła się przyjaźnie. – Nie tak trudno zdobyć się na współpracę, moja droga. – A właśnie, z˙e trudno. – Jedną z cech Wirginii był upór, nad czym zawsze ubolewała mama. – Damy muszą dobrze tańczyć. Jak w innym razie mogłyby chadzać na bale i przyjęcia? – Mnie nie interesują przyjęcia ani bale – odparła Wirginia bez wahania. – Prawdę mówiąc, uwaz˙am, z˙e nadszedł najwyz˙szy czas, bym wróciła do domu. Pani Towne ponownie przybrała zdziwioną miną, a Wirginia zapomniała, z˙e powinna się zachowywać, jak na skromną pannę przystało. – Te wymysły Sary Lewis to chyba wierutne kłam- stwa? To niemoz˙liwe, z˙ebym była zmuszona tkwić tu niczym więzień przez następne trzy lata... Przełoz˙ona ściągnęła usta. – Panna Lewis musiała podsłuchać moją prywatną rozmowę z panią Blakely. Cóz˙, moja droga, takie właśnie instrukcje przysłał nam twój stryj. Wirginia zaniemówiła z wraz˙enia i potrzebowała dłuz˙szej chwili, by zebrać myśli. Przez jakiś czas się bała, z˙e Eastleigh będzie chciał ją ściągnąć do Anglii, co wcale jej się nie uśmiechało. Szczęśliwie tego jej oszczędził. W najgorszych snach nie przypuszczała jednak, z˙e zamknie ją w tej szkole na kolejne trzy lata. Była tu pół roku i juz˙ zdąz˙yła znienawidzić to miejsce W z˙adnym razie więc nie podporządkuje się instrukcjom stryja. O nie! Tymczasem pani Towne podjęła wątek. – Rozumiem, z˙e trzy lata zdają ci się teraz wiecz- nością, ale biorąc pod uwagę, jak swobodnie byłaś 37 wychowywana, prawdopodobnie tyle właśnie czasu nam potrzeba, by wpoić ci maniery i umiejętności, bez których nie odniesiesz sukcesu w towarzystwie. Mam tez˙ dla ciebie dobre nowiny. Twój stryj z˙yczy sobie, z˙ebyś po osiągnięciu pełnoletniości niezwłocznie wy- szła za mąz˙. Wirginia gwałtownie poderwała się z fotela. – Co takiego?! Pani Towne spojrzała na nią wymownie. – Powinnam była przewidzieć, z˙e nie spodoba ci się ta decyzja. Niemniej kaz˙da panna z dobrego domu wychodzi za mąz˙ i ty nie moz˙esz być wyjątkiem. Stryj zamierza znaleźć odpowiedniego kandydata do twojej ręki... – Nie ma mowy! Najpierw wysyła mnie do tej szkoły, potem chce mnie tu zamknąć na trzy lata, by w końcu skazać na kolejne więzienie: małz˙eństwo z obcym człowiekiem! W z˙adnym razie! – Usiądź, proszę. – O nie. Oświadczam pani, z˙e jez˙eli pewnego dnia jednak wyjdę za mąz˙, to tylko z miłości. Z wielkiej namiętności, jak moi rodzice. – Łzy stanęły jej w oczach, zamazując obraz. Ona nie pójdzie na z˙adne kompromi- sy. Pewnego dnia spotka męz˙czyznę takiego, jakim był jej ojciec. Kogoś, kogo pokocha z wzajemnością. – Wirginio, siadaj – nakazała pani Towne stanow- czym głosem. Dziewczyna potrząsnęła przecząco głową i wów- czas przełoz˙ona takz˙e wstała. – Wiem, z˙e przez˙yłaś tragedię, i wszyscy ci z tego powodu serdecznie współczujemy. Nie masz jednak władzy nad własnym losem, dziecko. Tę władzę ma twój stryj. Jez˙eli z˙yczy sobie, byś pozostała tu do czasu pełnoletności, musisz temu się podporządkować. Jes- 38 tem pewna, z˙e z czasem polubisz swojego przyszłego męz˙a – kimkolwiek on będzie. Wirginię ogarnęła panika. Ktoś kompletnie jej obcy uzurpował sobie prawo do decydowania o jej z˙yciu. Miała wraz˙enie, z˙e znalazła się w pułapce – w klatce o grubych z˙elaznych prętach, którą na dodatek zanu- rzano w głębinę morza. Tonęła! – Moja droga, musisz stać się członkiem naszej społeczności. Zaprzestać okazywania wyz˙szości in- nym przebywającym tu młodym damom. Ani razu nie odniosłaś się do nich przyjaźnie. Od chwili, gdy do nas przybyłaś, trzymasz się od wszystkich z daleka. Do tej pory na to przyzwalaliśmy, by uszanować twoją z˙ało- bę. Rozumiem, czemu tak dumnie i wysoko nosisz głowę, moja droga, ale twoje kolez˙anki... one uwaz˙ają, z˙e jesteś wyniosła i zarozumiała. Czas, z˙ebyś zrewido- wała swoje postępowanie i pozyskała jakieś przyjaciół- ki, Wirginio. Mam tez˙ nadzieję, z˙e zaczniesz wreszcie przykładać się do nauki. Wirginia objęła się mocno ramionami. Czy napraw- dę przebywające tu dziewczęta uwaz˙ały ją za wyniosłą i zarozumiałą? Nie wierzyła w to ani przez moment. One jej nie znosiły, bo pochodziła z prowincji i róz˙niła się od nich niemal pod kaz˙dym względem. – Jesteś wyjątkowo błyskotliwa. Mogłabyś być prawdziwą chlubą naszej pensji, gdybyś choć trochę się postarała. – Na ustach pani Towne pojawił się szeroki uśmiech. Wirginia natomiast poczuła gwałtowne ściskanie w gardle. – Nie mogę tutaj zostać. One mnie nie lubią, bo jestem inna. Nie fascynują mnie fatałaszki, nie jestem potulna i nie zaczynam słodko ćwierkać na widok kaz˙dego przystojnego męz˙czyzny. 39 – Z jakichś względów sama zdecydowałaś, z˙e chcesz się od nich róz˙nić. Przeciez˙ jesteś piękną, młodą kobietą z dobrego domu, co w gruncie rzeczy czyni cię taką jak one. Musisz zrezygnować z niezalez˙ności ducha, a zapewniam cię, z˙e będziesz tutaj bardzo szczęśliwa. – Pani Towne podeszła i chwyciła Wir- ginię za ramię. – Jestem tego absolutnie pewna. My wszyscy chcemy jedynie, z˙ebyś z sukcesem ukończyła pensję i wyrosła na wspaniałą, młodą damę. Wirginia zmusiła się do bladego uśmiechu. Dalsza rozmowa nie miała sensu. Tak czy owak, ona nie pozostanie dłuz˙ej w tym miejscu i nie dopuści, z˙eby stryj wybierał dla niej męz˙a. Przełoz˙ona uśmiechnęła się ciepło. – Okiełznaj buntowniczą naturę, moja droga, a wówczas spotka cię nagroda od losu. Wirginia machinalnie skinęła głową. Chwilę póź- niej posłuchanie dobiegło końca i mogła wyjść z gabi- netu. Gdy tylko rzuciła się na swoje łóz˙ko w pustym w ciągu dnia dormitorium, zaczęła obmyślać plan ucieczki. Dwa dni później grzebała się z poranną toaletą. Inne dziewczęta juz˙ wychodziły z dormitorium, a ona wciąz˙ jeszcze myła ręce. Przez okna wpadało światło wczes- nego poranka. Kątem oka Wirginia patrzyła na ostatnie opuszczające salę kolez˙anki i pilnującą porządku pan- nę Fern, stojącą teraz przy drzwiach. – Panno Hughes? Czy wszystko w porządku? Wirginia uśmiechnęła się słabo. – Obawiam się, z˙e nie, panno Fern. Kręci mi się w głowie. – Oparła się cięz˙ko o komodę, znajdującą się przy umywalni. Panna Fern podeszła i dotknęła jej czoła. 40 – Cóz˙, nie masz gorączki, ale na wszelki wypadek udaj się niezwłocznie do gabinetu doktora Millsa. – Ma pani rację. Zdaje się, z˙e bierze mnie grypa. Proszę dać mi moment. – Wirginia usiadła na skraju wąskiego łóz˙ka. – Naturalnie – zgodziła się panna Fern z uśmie- chem, po czym wreszcie wyszła. Wirginia policzyła w myślach do dziesięciu i pode- rwała się na równe nogi. Podbiegła do czwartego łóz˙ka i stojącej obok niego komody, po czym zaczęła prze- trząsać zawartość jej szuflad. Odezwało się w niej silnie poczucie winy, ale postanowiła je zignorować. Sara Lewis zawsze miała pieniądze ,,na szpilki’’ i wkrótce Wirginia znalazła dwanaście dolarów i trzy- dzieści pięć centów. Zabrała wszystko, nawet drob- niaki, pozostawiając niepodpisaną notkę, w której wyjaśniała, z˙e wkrótce zwróci całą sumę. To straszne, z˙e musiała zniz˙yć się do kradziez˙y, i niemal czuła dez- aprobatę matki, patrzącej na nią z nieba. – Oddam Sarze te pieniądze, mamo. Do ostatniego, przeklętego centa – wyszeptała. Potrzebowała gotówki na opłacenie gospody i dyli- z˙ansu. Choć była dzielna i wytrzymała, nie dałaby rady pokonać na własnych nogach osiemdziesięciu mil dzielących ją od ,,Słodkiego Derenia’’. A nawet jez˙eli by się zdecydowała na pieszą wędrówkę, musiałaby zatrzymywać się po drodze na nocleg i przynajmniej od czasu do czasu posilać ciepłą strawą. Chwilę później sięgnęła pod własne łóz˙ko. W ciepłą pelerynę (pomimo wiosennej pogody wieczory bywały jeszcze zimne), zapakowała kilka najcenniejszych skar- bów: kameę mamy, fajkę taty i bransoletkę splecioną z końskiego włosia, którą Tillie zrobiła dla niej na ósme urodziny. Wzięła takz˙e dodatkową bluzkę, 41 rękawiczki i kapelusz. Podbiegła do okna i wyrzuciła zawiniątko na zewnątrz. Potem, z trudem powstrzymując się od biegu, po- wlokła się korytarzem ze zbolałą miną. Po drodze minęła dwie wychowawczynie. W końcu dotarła do wysoko wysklepionego foyer o marmurowej posadzce i ciemnych, drewnianych kolumnach. W ciągu dnia frontowych drzwi nigdy nie zamykano na klucz, ponie- waz˙ z˙adnej uczennicy przez myśl by nie przeszło, z˙eby samotnie wyjść na ulicę. Wirginia musiała mieć się teraz na baczności, bo gdyby została przyłapana, jej wyprawa dobiegłaby końca, zanim na dobre się rozpo- częła. Z pobliskiego korytarza dobiegł ją odgłos kroków. Czmychnęła za załom i wstrzymała oddech. Teraz usłyszała takz˙e głosy, nalez˙ące do profesora muzyki i profesora francuskiego. Wiedziała, z˙e nauczyciele będą przechodzić przez foyer, poniewaz˙ wszystkie sale wykładowe znajdowały się w korytarzu za jej plecami. Rozejrzała się nerwowo w poszukiwaniu kryjówki. Dostrzegła komórkę, w której woźny trzy- mał szczotki i kubły, po czym szybko wskoczyła do jej wnętrza. Dwaj nauczyciele wkrótce minęli schowek. Wirginia była spocona jak mysz. Uchyliła drzwi i stwierdziła, z˙e korytarz jest pusty. Wymknęła się z komórki i zajrzała do foyer: tam równiez˙ nikogo nie zauwaz˙yła. Odetchnęła głęboko i puściła się biegiem przed siebie. Dopadła do wielkich, cięz˙kich drzwi i wyskoczyła na dwór. Znalazła się na powietrzu przesyconym wiosennym słońcem i poczuła – dosłow- nie! – smak wolności na języku. Boz˙e, cóz˙ za wspania- łe uczucie! Wypadła za bramę z kutego z˙elaza, pobiegła za róg 42 i znalazła swój tłumok. Pochwyciła go i co sił w nogach puściła się biegiem. – Bardzo się cieszę, z˙e mogłyśmy razem odbyć większość podróz˙y, moja droga. – Pani Cantwell uśmiechnęła się promiennie, ściskając dłonie Wirginii. Od ucieczki z pensji minęły trzy dni. Niemal cały pierwszy ranek upłynął jej na raźnym marszu. Nie spoczęła, póki nie opuściła tętniącego z˙yciem Richmond. W podmiejskiej gospodzie zjadła obfity lunch, bo po długiej wędrówce była wygłodniała niczym wilk. Tam się natknęła na rodzinę Cantwellów. Stateczna pani Cantwell, trójka jej dzieci i pulchny mąz˙ w binoklach podróz˙owali eleganckim, wygodnym powozem. Wirginia usłyszała ich rozmowę, z której wynikało, z˙e w Richmond odwiedzili niedomagają- cych rodziców pana Cantwella, i teraz wracali do domu, do Norfolk. A to oznaczało, z˙e będą przejez˙dz˙ać zaledwie kilka mil od ,,Słodkiego Derenia’’. Wirginia pomogła jednemu z dzieci wytrzeć nos, czym natychmiast zwróciła na siebie uwagę pani Cantwell. Skłamała, mówiąc, z˙e ma więcej lat, niz˙ miała w rzeczywistości i zmieniła stan cywilny, utrzy- mując, z˙e wraca do męz˙a po odwiedzinach w Rich- mond u chorej ciotki. Niepostrzez˙enie wsunęła na palec prawej ręki ślubną obrączkę mamy, z˙eby uwiary- godnić opowieść. Gdy tylko pani Cantwell usłyszała, dokąd zmierza Wirginia, natychmiast zaproponowała jej wspólną podróz˙, wyraźnie spragniona kobiecego towarzystwa i drobnej pomocy przy dzieciach. Teraz, u kresu drogi, Wirginia prawie nie słuchała pani Cantwell. Dojechali bowiem do rozstajów, gdzie jedno ramię drogowskazu wyciągało się w stronę Nor- folk, a drugie w kierunku trzech plantacji: ,,Ziemiań- 43 ski Zakątek’’, ,,Cztery Kąty’’ i ,,Słodki Dereń’’. Serce waliło jej jak młotem i bała się, z˙e zemdleje ze szczęścia. Pięć mil stąd znajdował się jej dom. Zaledwie pięć mil... – Musi ci być bardzo tęskno do męz˙a. Głos pani Cantwell przywołał Wirginię do rzeczy- wistości. Odwróciła się i uściskała dłonie miłej, ser- decznej blondynki. – Bardzo ci dziękuję za podwiezienie, Lilly. Nawet nie wiesz, jak bardzo jestem ci wdzięczna. – Byłaś taka dobra dla dzieci! – wykrzyknęła Lilly Cantwell. – W innych okolicznościach nalegałabym, z˙eby odwieźć cię do samego domu i przy okazji poznać twojego uroczego męz˙a. Wirginia zarumieniła się ze wstydu; w bardzo krótkim czasie stała się nie tylko złodziejką, ale i wy- trawną kłamczuchą, co bynajmniej nie było dla niej powodem do dumy. – Czy mogę do ciebie napisać? – spytała, wiedzio- na impulsem. Postanowiła, z˙e wyśle list do Lilly Cantwell, w którym, dziękując raz jeszcze za wyświad- czoną uprzejmość, wyjawi prawdę. – Bardzo mnie ucieszy kaz˙da wiadomość i mam nadzieję, z˙e pozostaniemy w stałym kontakcie. – Lilly uśmiechnęła się promiennie. Uściskały się serdecznie. Potem Wirginia przytuliła maleńką Charlotte, pociągnęła łobuzersko za ucho panicza Williama i mrugnęła wesoło do młodszego Thomasa. Na koniec podziękowała panu Cantwellowi i powóz potoczył się w dalszą drogę. Gdy tylko ruszył z miejsca, Wirginia podchwyciła słowa pana Cantwel- la, wygłoszone do z˙ony: – Było coś dziwnego w zachowaniu tej młodej damy, poza tym nadal uwaz˙am, z˙e nie doszła jeszcze do wieku pozwalającego na zamąz˙pójście. 44 Wirginia uśmiechnęła się od ucha do ucha. A potem, gdy pojazd zniknął jej z oczu, rozpostarła szeroko ramiona i z głośnym śmiechem zaczęła wirować wkoło jak szalona, az˙ w końcu lekko nadweręz˙yła kostkę, a w głowie tak jej się zakręciło, z˙e upadła na ziemię. Wciąz˙ jednak nie przestawała się zaśmiewać. Naresz- cie była w rodzinnych stronach! Momentalnie poderwała się na nogi, zarzuciła na ramię tłumoczek i pobiegła bitą drogą. Widok znajo- mych pól, wzgórz pokrytych wiosenną zielenią i wart- kich strumieni dodawał jej sił i kazał przyspieszyć kroku. Była więc zgrzana i zziajana, gdy ujrzała misternie rzeźbiony, drewniany szyld z napisem ,,Sło- dki Dereń’’, zawieszony pomiędzy dwoma wynios- łymi, ceglanymi filarami. Z˙wirowy podjazd ciągnął się w górę wzgórza az˙ pod próg domu i dalej do czer- wonych suszarni tytoniu, bielonych czworaków nie- wolników i pól o z˙yznej, brunatnej glebie. Na widok domu serce znowu zabiło jej mocnej. Rzuciła tłumok, podkasała spódnice i puściła się pę- dem przed siebie. – Tillie! – krzyczała na cały głos. – Tillie! Tillie! To ja! Wróciłam, Tillie! Frank, mąz˙ Tillie, właśnie zaprzęgał wóz nieopodal frontowego wejścia i to on pierwszy dostrzegł Wir- ginię. Z wraz˙enia rozwarł szeroko usta i wpatrywał się z niedowierzaniem w biegnącą dziewczynę. – Czy to panienka Wirginia? Chyba oczy mnie mylą... Zza jego pleców wyglądało dwóch synków bliź- niaków, a chwilę później kątem oka Wirginia dostrzeg- ła otwierające się drzwi i Tillie wychodzącą na ganek. Zanim jednak zdąz˙yła zareagować, znalazła się w po- tęz˙nych ramionach Franka. 45 – Oj, zmysły ci pomieszało?! – wykrzyk
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Nagroda
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: