Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00133 005113 20935786 na godz. na dobę w sumie
Najemnik - ebook/pdf
Najemnik - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 199
Wydawca: Espadon Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-60786-53-6 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> kryminał, sensacja, thriller >> sensacja
Porównaj ceny (książka, ebook (-11%), audiobook).

Creasy - były żołnierz piechoty morskiej USA i Legii Cudzoziemskiej, , otrzymuje propozycję objęcia posady ochroniarza córki włoskiego przemysłowca. po początkowej niechęci, ochroniarz i nastolatka zaprzyjaźniają się. Gdy dziewczyna zostaje porwana i zabita przez mafię, pozostaje mu już tylko zemsta.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

A.J. Quinnell Najemnik Tytuł orygnału: Man on Fire © 1980 by A.J. Quinnell © 2021 Espadon Publishing Sp. z o.o. Skład i łamanie: Espadon Publishing Sp. z o.o. ISBN 978-83-60786-53-6 Wydawnictwo Espadon Publishing Sp. z o.o. Warszawa Książka powstała jako wspólne wydanie Wydawnictwa AiB oraz Espadon Publishing Sp. z o.o. Wszelkie prawa zastrzeżone A.J. Quinnell Najemnik Przekład: Anna Świętochowska E S PA D O N P U B L I S H I N G W  A  R  S  Z  A  W  A  2 0 2 1 4 PROLOG Zima w Mediolanie. Na podmiejskiej alei stłoczyły się rzędem drogie samocho- dy. W dużym budynku ukrytym za drzewami, rozległ się cichy dźwięk dzwonka i po chwili opatulona przed wiatrem dzieciarnia zbiegła po stopniach i rozpierz- chła się ku ciepłu oczekujących wozów. Ośmiolatek Pepino Machetti naciągnął na siebie kołnierz płaszcza przeciwdesz- czowego i ruszył pośpiesznie do rogu, gdzie szofer jego ojca zawsze parkował nie- bieskiego mercedesa. Kierowca dojrzał, że nadchodzi i pochylił się, aby otworzyć drzwi. Pepino z wdzięcznością dał nura w skórzane ciepło, drzwi zatrzasnęły się cicho i samochód ruszył. Chłopak z trudem zdjął pelerynę. Dopiero jak dojechali do na- stępnej przecznicy podniósł wzrok i stwierdził, że za kierownicą nie siedzi Ange- lo. Kiedy już miał na ustach pytanie, mercedes ponownie zatrzymał się przy kra- wężniku i na miejsce obok chłopca usiadł zwalisty mężczyzna. Kierowca cierpli- wie poczekał na przerwę w kawalkadzie powracających do domu, po czym gładko odjechał od krawężnika. Był dopiero styczeń, a Pepino Machetti stanowił już trze- cią ofiarę porwania w tym roku. W  korsykańskim porcie Bastia było wyjątkowo ciepło jak na tę porę roku, co skłoniło jednego z właścicieli barów do wystawienia krzeseł i stolika na wykłada- ny kocimi łbami chodnik. Samotny mężczyzna siedział popijając whisky i obser- wował przystań, w której prom do Livorno szykował się do wyjścia w morze. Mężczyzna spędził tam już dwie godziny i tak często prosił o dolewkę kiwnię- ciem w stronę wnętrza, że w końcu właściciel przyniósł mu butelkę i duży talerz czarnych oliwek. Mały chłopiec siedział na krawężniku po drugiej stronie ulicy i z uwagą wpatry- wał się, jak mężczyzna raz za razem popija oliwkę whisky. Panował spokój, jako że sezon turystyczny już się skończył i obcy człowiek sku- piał na sobie całą uwagę chłopca. Mężczyzna wzbudzał jego ciekawość. Otaczała go dziwna aura milczenia i tajemnicy. Nie wodził wzrokiem za z rzadka przejeż- dżającymi samochodami, po prostu patrzył na przystań i prom. Od czasu do czasu rzucał okiem na chłopca, ale w spojrzeniu nie pojawił się nawet cień zaintereso- wania. Nad jedną z brwi miał pionową bliznę, a druga blizna przecinała mu pod- bródek. Jednak uwagę chłopca skupiały przede wszystkim oczy. Szeroko rozsta- wione, o ciężkich powiekach. Nieco zmrużone, jakby w reakcji na dym papieroso- wy, chociaż wcale nie palił. Chłopiec słyszał, jak zamawia whisky płynną francuszczyzną, ale domyślał się, że nie jest Francuzem. Rzeczy, które miał na sobie: ciemnoniebieskie, sztruksowe spodnie, drelichowa marynarka oraz czarna koszulka polo, wyglądały na drogie, ale i porządnie znoszone, podobnie jak walizka, stojąca u jego stóp. Chłopiec miał spore doświadczenie W oszacowywaniu obcych, a zwłaszcza ich kondycji finan- sowej. Jednak tym razem nie wiedział, co myśleć. Mężczyzna spojrzał na zegarek i wylał do szklanki resztkę whisky. Wypił ją jed- nym haustem, podniósł walizkę i przeszedł przez ulicę. 5 Chłopiec bez ruchu siedział na krawężniku i obserwował, jak się zbliża. Figura przypominała twarz – kwadratowa, dopiero gdy znalazł się całkiem blisko, chło- piec zauważył, że jest wysoki, ma dobrze ponad metr osiemdziesiąt wzrostu. Szedł lekko, co zupełnie nie pasowało do jego ciężkiej budowy. Stopy stawiał na ziemi najpierw zewnętrzną stroną. Przechodząc obok, spojrzał w dół, a chłopiec stwierdził, że pomimo całej wypi- tej whisky, szedł swobodnie i równo. Chłopiec zerwał się na równe nogi i prze- biegł przez ulicę, po czym zgarnął pół tuzina oliwek pozostawionych na talerzu. Pół godziny później patrzył jak prom opuszcza przystań. Było na nim niewielu pasażerów, więc bez trudu zobaczył nieznajomego. Stał samotnie na rufie, opiera- jąc się o reling. Prom nabierał szybkości i pod wpływem impulsu chłopiec poma- chał. Było zbyt daleko, aby mógł zobaczyć oczy nieznajomego, ale poczuł je na sobie. Mężczyzna uniósł rękę z barierki i odwzajemnił się krótkim gestem. W Palermo było jeszcze cieplej. Otwarte okna wpuszczały łagodny, południowy powiew do gabinetu na piętrze otoczonej murem willi, wzniesionej u stóp gór za miastem. Trwało spotkanie w interesach: trzech mężczyzn, jeden za wielkim, polerowa- nym biurkiem, a dwaj pozostali naprzeciwko niego. Lekki wiaterek pomagał roz- wiać dym z papierosów. Omówili już sprawy rutynowe. Człowiek za biurkiem wysłuchał raportu tam- tych dwóch na temat przedsiębiorstw działających w  całym kraju, od alpejskiej północy aż po południowy kraniec Sycylii. Od czasu do czasu przerywał im na chwilę, prosząc o  szersze naświetlenie lub wyjaśnienie któregoś punktu, ale przede wszystkim słuchał. Następnie wydał całą serię szczegółowych instrukcji, a mężczyźni zgodnie kiwali głowami. Nie robiono żadnych notatek. Uporawszy się ze swoimi problemami, przedyskutowali sytuację w południowej Kalabrii. Parę lat wcześniej rząd postanowił wybudować kompleks stalowni w tym tkniętym biedą rejonie. Człowiek za biurkiem nieoficjalnie współpracował z wła- dzami. Zakupiono tysiące akrów od właścicieli ziemskich. Takie interesy wymaga- ły długich i pracowitych negocjacji, a w międzyczasie zmienił się skład rządu. Mi- nistrowie przychodzili i  odchodzili, a  partia komunistyczna kwestionowała sen- sowność przedsięwzięcia. Człowiek za biurkiem był poirytowany. Biznesmeni ni- gdy nie lubią chwiejnych rządów. Mimo to, gra toczyła się o mnóstwo pieniędzy. Potrzebna była jednak lepsza kontrola nad inwestycjami. Dwaj mężczyźni skończyli swoje sprawozdania i czekali, aż szef przemyśli de- cyzję. Na fotelu z wysokim oparciem znajdowała się płaska poduszka, ponieważ był niski, miał zaledwie metr pięćdziesiąt. Chociaż przekroczył już sześćdziesiątkę, je- go nieco pulchna twarz pozostała gładka, podobnie jak dłonie, które leżały bez ru- chu na biurku. Ubrany był w ciemnoniebieski, nienagannie skrojony trzyczęścio- wy garnitur, ukrywający lekko korpulentną sylwetkę. W zamyśleniu zacisnął usta, które były odrobinę zbyt szerokie w porównaniu z twarzą. Podjął decyzję. – Wycofamy się. Przewiduję jeszcze więcej problemów. Don Mommo będzie musiał ponieść pełną odpowiedzialność. 6 Dwaj mężczyźni przytaknęli. Spotkanie było skończone, więc wstali i skierowa- li się do barku z drinkami. Niski szef nalał trzy szklaneczki Chivas Regal. – Salut – wzniósł toast. – Salut, don Cantarella – odpowiedzieli chórem. 7 Wyjrzała przez balkonowe okno na jezioro. Światła hotelu „Villa D’Este” leżące- go na jego przeciwległym brzegu odbijały się w tafli wody. 1 Jej klasycznie piękne rysy twarzy wykrzywił grymas rozdrażnienia. Szerokie usta o pełnych wargach, dominowały na twarzy. Wysokie kości policzkowe, duże, lekko skośne oczy i dołek w brodzie stanowiły doskonałą równowagę dla szero- kiego czoła. Gęste, hebanowe włosy opadały prosto i kończyły się pojedynczym skrętem na ramionach. Zaokrąglenia ciągnęły się w dół, poprzez wysmukłą szyję do ciała o wąskiej talii, długich nogach oraz pełnych, wysokich piersiach. Miała na sobie prostą sukienkę, przewiązaną w pasie i głęboko wyciętą w ramio- nach. Uroda wywierała wpływ na funkcjonowanie jej umysłu. Od najwcześniejszych lat pozwoliło jej to chadzać innymi ścieżkami niż większości kobiet. Taka kobieta musi być egocentryczna. Wszyscy ją obserwują i  pragną jej słu- chać. Jeśli ma wystarczająco silny charakter, aby przetrwać dopóki uroda nie przy- gaśnie, może zdobyć niezależność. Przygasającej urodzie zwykle towarzyszy smu- tek, że natura musi odebrać to, czym wcześniej obdarowała. Za jej plecami ktoś otworzył drzwi. Odwróciła się w momencie, gdy do pokoju weszła dziewczynka. – Nienawidzę jej, mamo! Nienawidzę jej! – Dlaczego? – Odrobiłam algebrę. Staram się, jak mogę, ale jej nie sposób zadowolić. Teraz mówi, że jutro znowu będę musiała się uczyć algebry, i to przez całą godzinę. Kobieta objęła dziecko. – Pinto, musisz bardziej się wysilić, bo inaczej po po- wrocie do szkoły pozostaniesz daleko w tyle za innymi. Dziecko z nadzieją podniosło wzrok. – Kiedy, mamo? Kiedy wrócę do szkoły? Nienawidzę guwernantek. – Wkrótce, Pinto. Dzisiaj wieczorem wraca ojciec i porozmawiam z nim o tym. Bądź cierpliwa, cara, to nie potrwa już długo. Obróciła się i uśmiechnęła. – Ale nawet w szkole nie unikniesz nauki algebry. – Nie szkodzi – zaśmiała się dziewczyna. – W  szkole nauczyciele przepytują wiele dziewczyn, a guwernantka nie ma dużego wyboru. Postaraj się, żebym szyb- ko wróciła do szkoły! Wyciągnęła ręce i uściskała matkę. – Już niedługo – padła odpowiedź – obiecuję. Ettore Balletto wracał z Mediolanu do Como z mieszanymi uczuciami. Po tygo- dniu nieobecności tęsknił za Riką i Pintą, ale w domu zapowiadało się burzliwe powitanie. Trzeba było podjąć pewne decyzje, które nie spodobają się Rice, a to z reguły nie zapowiadało niczego dobrego. Jechał szybko lancią w wieczornej fali samochodów, prawie nie zwracając uwagi na drogę. 8 Z początku ich małżeństwo spełniało się raczej w sferze fizycznej niż psychicz- nej. Zaspokojenie dotykowe i psychiczne oddalenie. Teraz istotne stało się poczucie posiadania. Duma z własności i kontrapunkt – zazdrość innych mężczyzn. Lancia skręciła w prawo na skrzyżowaniu nad jeziorem, a jego myśli zajęła Pin- ta. Kochał córkę. Jednak w  spektrum jego emocji, te najsilniejsze dotyczyły Riki. Nie widział w dziewczynce niezależnej osobowości, a jedynie dodatek do matki. Dziecko może dokonać rozłamu w uczuciach ojca, nawet konkurować o nie, ale dla Ettore Pinta była córką kochaną nieco przytłumionym uczuciem. W trójkę zasiedli do kolacji przy mahoniowym stole, Ettore i Rika naprzeciwko siebie, a Pinta między nimi. Służba podała posiłek. Stylowy, formalny i pozbawio- ny rodzinnego ciepła. Rika serdecznie powitała męża, zrobiła mu dry martini i z należnym zaintereso- waniem wysłuchała relacji z podróży do Rzymu. Ale kiedy Pinta wyszła z pokoju, powiedziała mu, że dziewczyna jest nieszczęśliwa i trzeba coś z tym zrobić. Energicznie pokiwał głową i odparł: – Porozmawiamy o tym po kolacji, jak pój- dzie do łóżka. Podjąłem już decyzję w tej sprawie. Wiedziała, że nie obejdzie się bez kłótni i przesiedziała całą kolację, obmyślając posunięcia taktyczne. Pinta wyczuła atmosferę i jej powód, więc milczała. Jak tylko skończyli jeść zerwała się i ucałowała oboje rodziców. – Cała ta algebra przyprawiła mnie o ból głowy – oświadczyła stanowczo. – Idę do łóżka. Opuściła pokój wypełniony ciszą, którą w końcu przerwała Rika. – Nie lubi guwernantki. Ettore wzruszył ramionami. – Nie dziwię jej się. Poza tym, czuje się samotna bez koleżanek. Wstał, podszedł do barku, nalał sobie koniaku i  popijał, podczas gdy służąca zbierała ze stołu. Kiedy zamknęła za sobą drzwi, powiedział: – Riko, musimy po- rozmawiać o pewnych sprawach i to porozmawiać racjonalnie. Po pierwsze, Pinta musi wrócić do szkoły, a po drugie, ty musisz ograniczyć swoje ekstrawagancje. Uśmiechnęła się złowróżbnie. – Moje ekstrawagancje? – Wiesz, o czym mówię. Jak czegoś chcesz, to nawet nie zastanawiasz się nad kosztem. – Wskazał obraz wiszący na ścianie. – Pod moją nieobecność w zeszłym tygodniu kupiłaś to – dziewięć milionów lirów. – Ależ to jest Klee – odpowiedziała. – Niesłychana okazja. Nie podoba ci się? Pokręcił głową z irytacją. – Nie o to chodzi. Po prostu nie stać nas na to. Wiesz, że interesy idą nie najle- piej. A właściwie, całkiem źle. Przy takim bałaganie w rządzie i konkurencji z Da- lekiego Wschodu, poniesiemy w tym roku duże straty, a ja już jestem poważnie zadłużony w bankach. – Jak poważnie? Wymownie wzruszył ramionami. – Czterysta milionów lirów. 9 Tym razem ona wzruszyła ramionami. – Jak mawiał mój ojciec, „Wartość człowieka ocenia się po tym co ma lub co jest winny. Liczy się tylko suma”. Wybuchł gniewem. – Twój ojciec żył w innym świecie! A gdyby nie umarł w łóżku z tymi dwiema nieletnimi putas, zostałby najnędzniejszym bankrutem, jakiego ten kraj widział. Uśmiechnęła się kpiąco. – Ach, tata, miał takie wyczucie czasu i taki styl. Coś, czego tobie wydaje się bra- kować, nawet przy nienagannym wychowaniu. Opanował się. – Musisz stawić czoło faktom, Riko. Nie możesz dalej wydawać pieniędzy bez zastanowienia. Jeżeli w ciągu miesiąca nie dogadam się z bankami, czekają mnie wielkie kłopoty. Przez chwilę siedziała w milczeniu. – Co masz zamiar w związku z tym zrobić? Udzielił bardzo ostrożnej odpowiedzi. – Ten problem ma dwa aspekty. Po pierwsze, tracimy monopol na dziany jedwab. Chińczycy w Hongkongu już usprawnili technologię, a przy tym kupują przędzę tuż za granicą o dwadzieścia procent taniej niż ja. Tak więc do końca roku stracimy rynek na zwykłą tkaninę jedwabną. Musimy ograniczyć się do sprzedaży modnych i stylowych towarów, a resztę rynku zostawić im. Słuchała bardzo uważnie i w tym momencie postanowiła się wtrącić. – Więc co cię powstrzymuje? – Maszyny – odpowiedział. – Nasze maszyny dziewiarskie mają już dwadzie- ścia lat. Są bardzo wolne i nadają się tylko do podstawowych tkanin. Potrzebuje- my sprzętu w  rodzaju Moratsa i  Lebocesa, a  one kosztują trzydzieści milionów sztuka. – Bank nie pomoże? – zapytała. Zanim odpowiedział, jeszcze raz odwrócił się do barku i dolał sobie koniaku. – I tu dochodzimy do drugiego problemu. Zakład ma już obciążoną hipotekę, podobnie jak ten dom i mieszkanie w Rzymie. Potrzebuję więc nowej pożyczki na maszyny i jakichś gwarancji z zewnątrz. Właśnie nad tym pracuję. – Radziłeś się Vica? Opanował irytację. – Oczywiście, że z nim rozmawiałem. W przyszłym tygodniu mamy ponownie spotkać się na lunchu, żeby przedyskutować ten problem. Cara, proszę cię jedynie, żebyś wzięła pod uwagę te sprawy. Nie wydawaj bez zastanowienia. – Powinnam zmienić swój styl życia – zapytała – ponieważ ty nie potrafisz kon- kurować z paroma małymi Chińczykami? – Uśmiech powrócił, ale nie był już ani trochę kpiący. – Ettore, podaj mi, proszę, koniak. Nalał, podszedł, stanął za nią i sięgnął, aby postawić koniakówkę na stole. Rika nawet nie drgnęła, więc postawił kieliszek, cofnął rękę i położył ją na jej szyi, pod włosami. Uniosła rękę, przykryła jego dłoń, ścisnęła palce i odchyliła głowę. Wsta- ła, odwróciła się, ucałowała go w oczy oraz usta i przemówiła miękko: – Caro, nie martw się. Jestem pewna, że Vico coś wymyśli. 10 W łóżku ponownie całowała jego oczy, po czym przyjęła go w sobie i ukoiła cia- ło, a na chwilę nawet umysł. Potem leżał na wysoko ułożonych poduszkach w starym łożu z baldachimem. Zostawiła go samego, bo nago zeszła na dół, żeby przynieść koniak i papierosy. Pomyślał, że takie nadskakiwanie zdarzało jej się tylko po uprawianiu miłości. Podczas którego zawsze wiodła prym. Prowadziła i decydowała, nie tracąc jednak na kobiecości – jak idealna tancerka, prowadząca partnera. Nie czuł się po tym wy- czerpany, ale tylko osłabiony. Jak skrzypce, na których za długo grano i obluzowa- no struny. Weszła do sypialni z olbrzymim kielichem koniaku w jednej ręce i pa- pierosami w drugiej. Podała mu kieliszek i stanęła koło łóżka, przypalając dwa pa- pierosy – smukła, jak róża z nietkniętymi kolcami, pachnąca cierpko uprawianą tylko co miłością. Z trudem powrócił myślami do rzeczywistości. – Pinta – odezwał się ospale. – Musi wrócić do szkoły. Ten układ z guwernantką nie daje rezultatów. Ma już trzynaście lat, a tymczasem zaległości rosną. Wróciła do łóżka i wręczyła mu zapalonego papierosa. – Zgadzam się – powiedziała, ku jego zaskoczeniu. – Wczoraj rozmawiałam o tym z Giną. Wiesz, oni wysyłają Alda i Marielle do Szwajcarii. To bardzo dobra szkoła – tuż pod Genewą – z włoskim jako językiem wykładowym. Jest tam sporo włoskich dzieci. Usiadł wyżej. – Ależ, Riko, to nie ma sensu. Będzie jeszcze bardziej nieszczęśliwa daleko od domu, a wiesz ile taka szkoła kosztuje. Vico odnosi sukcesy jako prawnik i robi majątek, głównie poza krajem. Sporo czasu spędzają w Genewie. Dla nich to pra- wie drugi dom. Rika poprawiła sobie poduszki pod plecami i  usiadła wygodniej, wiedząc, że czeka ją trudny spór. – Ettore, wymyśliłam już sposób na to. Sprzedamy mieszkanie w Rzymie, w tej chwili są bardzo dobre ceny, a ostatnio i tak zrobiło się tam nudno. Za te pienią- dze kupimy mieszkanie w Genewie. To zaledwie trzydzieści minut lotu z Medio- lanu, czyli tyle samo, ile zajmuje ci dojazd tutaj samochodem. Westchnął, ale ona ciągnęła dalej. – Poza tym, strasznie się tu nudzę w zimie, a ty tak często wyjeżdżasz albo zo- stajesz w  Mediolanie. Mogłabym spędzać dużo czasu w  Genewie, w  weekendy byłabym z Pintą, a i ty mógłbyś do nas przylatywać. Ettore nie zdołał ukryć zniecierpliwienia. – Cara, przecież mówiłem ci, że miesz- kanie w Rzymie ma obciążoną hipotekę. Jeśli je sprzedam, całe pieniądze trafią do banku. Nie udostępnią mi ich w formie ponownej pożyczki, zwłaszcza na kupno nieruchomości w innym kraju. Poza tym, Genewa jest najdroższym miastem na świecie. Ceny nieruchomości są tam dwa razy wyższe niż w Rzymie. Nawet gdy- bym zrobił, jak chcesz, moglibyśmy pozwolić sobie na tak bardzo skromne miesz- kanie, że za nic nie chciałabyś w nim przebywać, nawet przez weekend. Zapanowała długa, lodowata cisza podczas gdy Rika usiłowała to przetrawić. W końcu położyła się na łóżku, podciągnęła kołdrę pod samą brodę i powiedziała: – Cóż, będziesz musiał coś wymyślić. Tutaj chodzi o  bezpieczeństwo mojego dziecka. Nie pozwolę narażać Pinty na ryzyko. Zobacz, co się stało z dzieckiem Machettich. Zabrano go tuż pod szkołą! – uniosła głos. – Tuż koło szkoły – w bia- 11 ły dzień. W Mediolanie! Nie pomyślałeś o swojej córce? Musisz znaleźć jakiś spo- sób. Zachował cierpliwość. – Riko, już rozmawialiśmy o  tym. Machetti to jedna z  najbogatszych rodzin w Mediolanie. Nikt nie będzie porywał Pinty. Bóg wie, że nie jesteśmy bogaci – podobnie, jak ludzie, którzy planują takie rzeczy. Mówił z goryczą. Wiedział, że jego problemy zaczynają być znane w kołach fi- nansowych miasta. Nie ustępowała. – Skąd mają to wiedzieć? Żyjemy na takim samym poziomie, jak Machetti, albo i lepiej. To przecież straszni skąpcy. On również trwał przy swoim. – Nie rozumiesz, Riko, takie porwania nie są przygotowywane przez amatorów. To ogromny przemysł, którym kierują zawodowcy. Mają swoje źródła informacji i nie będą tracić czasu na zajmowanie się dziećmi, których ojcowie są kompletny- mi bankrutami. – A dziecko Venuccich? Tu go miała. Ośmioletni Valerio Venucci został porwany sześć miesięcy wcze- śniej. Venucci działali w budownictwie i przeżywali trudny okres. Chłopca przetrzy- mywano przez dwa miesiące, w trakcie których porywacze obniżyli żądania z mi- liarda lirów do dwustu milionów, które rodzina w końcu jakoś zebrała. – To co innego – powiedział. – Tego dokonali ludzie z  zewnątrz, Francuzi z Marsylii. Zbyt mało wiedzieli o Venuccich i byli głupcami. Zostali ujęci dwa ty- godnie po tym, jak otrzymali pieniądze. – Może – przyznała – ale mały Venucci stracił palec i od tej pory jest chory umy- słowo. Czy tego chcesz dla Pinty? Tylko tyle cię obchodzi? Trudno było mu obalić taki argument i znowu poczuł, że traci opanowanie. Odwrócił się, żeby na nią spojrzeć. Kołdra zsunęła jej się na brzuch i chociaż le- żała na plecach, piersi zachowały swój kształt, były wysokie i jędrne. Zauważyła, że patrzy i odwróciła się na bok, plecami do niego. – Tak czy inaczej – stwierdziła z naciskiem – nie pozwolę swojej córce wrócić do szkoły w Mediolanie, chyba że będzie miała ochronę. – O czym ty mówisz? – zdziwił się. – Jaką ochronę? – Osobistego ochroniarza. – Co? – przekręcił ją twarzą do siebie. – Ochroniarza – na jej nieruchomej twarzy widniała determinacja. – Kogoś, kto będzie przy niej i zapewni jej ochronę – może przed Francuzami – dodała sarka- stycznie. Wyrzucił ramię w górę. Rozmową przybierała fatalny obrót. – Riko, jesteś nielogiczna! Ochroniarz będzie kosztował majątek! A w dodatku, czy istnieje lepszy sposób na przyciągnięcie uwagi? We Włoszech chodzą do szko- ły tysiące uczniów, których rodzice są znacznie zamożniejsi od nas, a  nie mają ochroniarzy. 12 – Nic mnie to nie obchodzi – stwierdziła wprost. – To nie moje dzieci. Czy cie- bie obchodzi wyłącznie koszt? Masz jakąś cenę bezpieczeństwa Pinty? Próbował zebrać myśli i znaleźć jakiś argument, który ją przekona. Przemówił spokojnie i rozsądnie. – Riko, wcześniej omówiliśmy sytuację finansową. Sprawy mają się bardzo źle. Jak mam sobie pozwolić na coś, co, w gruncie rzeczy, jest jeszcze jedną, głupią ekstrawagancją? Spojrzała na niego z wściekłością. – Dobro Pinty nie jest ekstrawagancją, to nie nowy obraz na ścianie, wieczorne przyjęcie czy jeszcze jedna suknia. Poza tym, Arregio, Carolini – a nawet Turelli – zatrudnili ochroniarzy dla swoich dzieci. Więc teraz się wydało. Ani krzty troski o Pintę, tylko ważne posunięcie towarzy- skie. Nie potrafiła żyć z myślą, że ktoś może uważać, iż nie są w stanie dorównać swoim rywalom towarzyskim. Nadal posyłała mu rozgniewane spojrzenia i  pojął, że wyczerpali możliwości porozumienia. – Porozmawiamy o tym później. Z miejsca się odprężyła. – Caro, wiem, że martwisz się o pieniądze. Ale wszystko będzie dobrze, a mnie chodzi tylko o Pintę. Przytaknął. Zamknął oczy. – Porozmawiasz z Vico? – ciągnęła. – On zna się na tych sprawach, udziela po- rad wielu ludziom. Otworzył oczy i zapytał ostro: – Wspominałaś mu o tym? – Nie, caro, ale wczoraj przy lunchu Giną wspomniała, że Vico służy radami Ar- regio. Ma takie dobre znajomości. Są naszymi najbliższymi przyjaciółmi, Ettore. Poza tym stale powtarzasz mi, że jest świetnym prawnikiem. Ettore zamyślił się nad tym. Może i było to jakieś wyjście. Jeżeli Vico jej powie, że to zwariowany pomysł, to może jego posłucha. Wyciągnął rękę i zgasił światło. Skuliła się obok, odwrócona plecami, przytula- jąc do niego ciepłe pośladki. – Porozmawiasz z Vico, caro? – Tak, porozmawiam z Vico. Przytuliła się jeszcze bliżej, zadowolona ze zwycięstwa i dumna ze swego spry- tu. Zbiła go z tropu rozmową o Genewie i prześlizgnęła się przez jego fortyfikacje. Kto by chciał mieszkać wśród tych zimnych Szwajcarów? Obróciła się i wyciągnęła rękę, ale Ettore już spał – zarówno powyżej, jak poni- żej pasa. 13
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Najemnik
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: