Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00074 007246 12257958 na godz. na dobę w sumie
Najpierw trzeba się urodzić - ebook/pdf
Najpierw trzeba się urodzić - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-235-1126-7 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> naukowe i akademickie >> socjologia
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Socjologia jest nauką o człowieku w społeczeństwie - ale do tego, by można było o nim mówić, człowiek musi się urodzić. Banalna i fundamentalna prawda w tej kwestii jest zaś taka, że życie można jedynie przekazać. Jego symbolem w wielu kulturach jest ogień. Dlatego stawiamy świeczki paradoksalnie zarówno na torcie urodzinowym, jak na grobach. Różnica jest jednak taka, że ogień możemy zapalić, podczas gdy życie, jak dotychczas, możemy właśnie jedynie przekazać.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Marcin Kula najpierw trzeba się urodzić i M a r c n K u a l j n a p e r w i t r z e b a s i ę u r o d z i ć Marcin Kula – historyk, z wykształcenia także socjolog, profesor Uniwersytetu Warszawskiego oraz Akademii Leona Koźmińskiego. Publikował o dziejach Ameryki Łacińskiej, o Polonii, o problematyce żydowskiej, o najnowszej historii Polski, o ruchach społecznych i funkcjonowaniu historii w społeczeństwie. Usiłuje promować socjologię historyczną jako dziedzinę refleksji. Socjologia jest nauką o człowieku w społeczeństwie – ale do tego, by można było o nim mówić, człowiek musi się urodzić. Banalna i fundamentalna prawda w tej kwestii jest zaś taka, że życie można jedynie przekazać. Jego symbolem w wielu kulturach jest ogień. Dlatego stawiamy świeczki paradoksalnie zarówno na torcie urodzinowym, jak na grobach – a w konse- kwencji mój mały kuzynek zaczął śpiewać „Sto lat” na cmentarzu. Różnica jest jednak taka, że ogień możemy zapalić, podczas gdy życie, jak dotychczas, możemy właśnie jedynie przekazać. Cena 39,00 zł NAJPIERW TRZEBA CALA.indd 1 ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 4.5.2011 21:59:21 najpierw trzeba się urodzić ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== WYKŁADY Z SOCJOLOGII HISTORYCZNEJ Marcin Kula najpierw trzeba się urodzić ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== Projekt okładki i stron tytułowych Jakub Rakusa-Suszczewski Redaktor prowadzący Szymon Morawski Korekta redakcyjna Joanna Zatorska Redakcja techniczna Maryla Broda Skład i łamanie Dariusz Dejnarowicz Ilustracja na okładce Na Rusinowej Polanie w Tatrach – w 2005 r., ale równie dobrze w każdym innym (fot. Małgorzata i Marcin Kulowie) © Copyright by Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2011 © Copyright by Jan Marcin Kula, Warszawa 2011 ISBN 978-83-235-0663-8 Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego 00-497 Warszawa, ul. Nowy Świat 4 http:// www.wuw.pl; e-mail: wuw@uw.edu.pl Dział Handlowy WUW: tel. (48) 22 55 31 333 e-mail: dz.handlowy@uw.edu.pl Księgarnia internetowa: http://www.wuw.pl/ksiegarnia Wydanie I ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== Spis treści Wstęp . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 7 Człowiek – pojęcie szlachetne, acz mało precyzyjne . . . . . . . . . . . . . . Człowiek – pojęcie niestety kwestionowane . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Trzeba się urodzić, innej drogi nie ma! . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Czyste i brudne . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Tak samo, ale inaczej . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Ciało grzeszne, czy szlachetne? . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Byle gdzie, byle z kim, byle jak? Niekoniecznie . . . . . . . . . . . . . . . . . Co kraj to obyczaj . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . W praktyce normy są dane od ludzi . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Gwałt . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Homoseksualizm . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . To nie jest hodowla kur . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Ruchy społeczne wobec seksu . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi – choć nie do końca . . . . . . . . . . Symbolika i realia narodzin . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Nic o nas bez nas? . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Nasi bliźni . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . My sami . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 11 . 27 . 43 . 51 . 65 . 71 . 77 . 87 . 91 . 97 101 115 119 132 136 141 156 171 ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 6 Najpierw trzeba się urodzić Mamy ciało . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Człowiek to nie plastelina . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Ciało wielofunkcyjne . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Nic o nas bez innych . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Rzecz nieobojętna . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Elementy składowe też nieobojętne . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Wygląd to to nie tylko sprawa gustu . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Deformowanie i kształtowanie ciała . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . No i koniec... . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Nazwisko, imię (także numer?) . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Bibliografia . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Spis autorów wykorzystanych bieżących publikacji prasowych niekoniecznie powołanych w przypisach . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Indeks nazwisk . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 174 189 206 210 213 218 234 241 253 255 267 278 283 ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== Wstęp Studiowałem zarazem historię i socjologię. Do dziś jestem przekonany, że kontakt obu tych dyscyplin jest konieczny dla nich wzajemnie. Nie tylko zresztą tych i nie jedynie dla nich. Chińskie mury, istniejące w Polsce po- między nawet bliskimi, a cóż dopiero dalszymi dziedzinami wiedzy, przyno- szą ogromne szkody. Standardowym komplementem wśród historyków jest słowo „solidne” (badanie, praca). Komplementem wśród socjologów jest słowo „ciekawe”. Tym- czasem praca powinna być przecież i solidna, i ciekawa. Wbrew pozorom nie ma sprzeczności pomiędzy faktografią a uogólnieniem. Większość z nas stoi chyba na stanowisku, że należy myć i ręce, i nogi. Eugenika, o której będzie mowa dalej w tej książce, była bzdurą w odniesieniu do ludzi. Nie jest jednak bzdurą w odniesieniu do nauk (sic!). Należy pożenić to, co naj- lepsze w raczej dziś faktograficznej i traktującej o przeszłości historiografii z tym, co najlepsze w raczej dziś uogólniającej i traktującej o współczesności socjologii – a poczniemy naprawdę udane dzieci. Gdy w 1990 r. stało się możliwe moje przeniesienie z Instytutu Historii PAN na Uniwersytet Warszawski, stanęło przede mną pytanie, czego właści- wie będę uczył studentów historii. Zdecydowałem się podjąć w dydaktyce m.in. owo połączenie historii i socjologii, według mnie przyszłościowe. Nie za- mierzałem robić skróconego kursu socjologii dla studentów historii – czym są najczęściej takie wykłady „usługowe”, robione przez specjalistów jednej dziedziny dla studentów innych kierunków. Miał to być krok w kierunku nowej jakości, wynikającej z połączenia dyscyplin. Z czasem podobne wykła- dy podjąłem także w Akademii Leona Koźmińskiego. Chciałem pokazać początkującym studentom, że to, czym się zajmują, da się interpretować w kategoriach szerszych, długofalowych i porównawczych oraz – także – w wymiarze dzisiejszym. Podobnie zresztą studenci socjologii ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 8 Najpierw trzeba się urodzić powinni sobie zdawać sprawę, że poznawanie jedynie współczesnych aspek- tów badanego zjawiska jest niepełne. Wiedza społeczna ograniczona jedynie do współczesności musi być ułomna – co zresztą ojcowie-założyciele socjo- logii znakomicie rozumieli. Z jednej strony jest prawdą porzekadło, iż „Żona dyplomaty kocha jak Kaśka z kurnej chaty”, ale z drugiej, wraz z biegiem czasu, zmienia się przecież wszystko, z szeroko rozumianym zjawiskiem ko- chania włącznie. Jak wiedza studenta historii nie powinna zatrzymywać się w przeddzień współczesności, a konkretnie na dacie końcowej ostatniego zda- wanego egzaminu chronologicznego, tak studenci socjologii winni wiedzieć, że forma każdego stwierdzanego przez nich zjawiska ewoluowała, ewoluuje i będzie ewoluować. W początkach mojej pracy uniwersyteckiej myślałem nawet, że uda mi się zbudować jakąś choćby mini-placówkę o mieszanym profilu – zwłaszcza, że miałem wybitnych uczniów. Było to z mojej strony głęboko naiwne. Wśród większości historyków ważna jest historia jako taka, zwłaszcza uprawiana chronologicznie, zrelatywizowana do poszczególnych epok, na dodatek z na- ciskiem na czasy dawniejsze. Skądinąd trzeba mieć siłę słonia, żeby stworzyć coś nowego w strukturze naszych instytucji naukowych. Trochę inicjatyw w zakresie refleksji, idącej przekrojowo przez dzieje oraz łączących dyscyp- liny, rodzi się w naszym środowisku, ale dominuje podejście uświęcone od Herodota. Zamiast rozbudowy socjologii historycznej wymiar nauczania socjologii dla historyków uległ zresztą radykalnemu zmniejszeniu – przynaj- mniej w moim polu obserwacji. Wierzę jednak, że nie pracowałem na dar- mo. Mam nadzieję, że uczniowie pójdą w pożądanym przeze mnie kierunku, choć oczywiście własną drogą. Może na przykład tę książkę potraktują jako pomysł i pogłębią ją. By zostawić ślad własnych starań i umocnić postawę innych, zdecydowa- łem się spisać swoje wykłady. Oczywiście zaczęły się one rozrastać przy pi- saniu. Przelewając rzecz na papier postanowiłem zatem skupić się na pierw- szych zagadnieniach, jakie rozwijałem. Wyszła z tego książka o definicji człowieka oraz o naszym przychodzeniu na świat jako zagadnieniach nauk społecznych. Ludzie muszą się urodzić, by nauki społeczne miały o czym mówić – więc trzeba od tego zacząć. Może kiedyś uda mi się wyłożyć kolej- ne zagadnienia (odpukać w niemalowane drzewo!). Książka ma charakter eseistyczny. Tak lubię wykładać i taką formę przy- jąłem, gdy przekształcałem wykład w tekst. Pisząc esej, ani przez chwilę nie pretendowałem do wyczerpania źródeł i przeogromnej literatury – co zresztą byłoby nierealne. Jako wykładowca – i jako autor – tworzyłem na pograni- czu działalności zawodowej i obserwacji życia. Swego czasu prof. Michał Kalecki, ekonomista, zapytany jak doszedł do swoich koncepcji, odpowie- dział, że z obowiązku siedział na różnych zebraniach i zastanawiał się, jak to wszystko działa (lub nie działa). Postępowałem analogicznie, choć bez sprecy- ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== Wstęp 9 zowanego zamiaru. Czerpałem nieraz z rzeczy obserwowanych, wysłuchiwa- nych przy okazji różnych spotkań zawodowych oraz obron prac doktorskich, czytanych bardziej z konieczności niż z wyboru, w dużym stopniu z lektury codziennych gazet1. Sporo wiedzy zyskałem namiętnie czytając encyklope- dię. Nie robiłem tego dla jakiejś rzadkiej manii. Jako wieloletni konsultant PWN byłem zobligowany do czytania kolejnych wersji haseł, od A do Ż2. Napisałem tekst, w którym nie ma odwołań do wielu gwiazd pierwszej wielkości naszego firmamentu, jak to się najczęściej robi obecnie. Każdy z po- ruszonych niżej punktów można by pogłębić, rozbudować i oprzeć na szero- kiej literaturze. Można by zwiększyć liczbę poruszanych zagadnień. Sądzę, że w pewnym wieku można już jednak pisać z własnej ochoty i przekonania, tak jak się samemu chce tworzyć i jak się rzeczy widzi. Gdy podejmuję pisanie, myślę o osobach, które mnie zainspirowały, nie- koniecznie świadomie, do pójścia w kierunku łączenia historii i socjologii – po- czynając od decyzji o jednoczesnym studiowaniu obu tych kierunków. Są wśród nich Rodzice. Obydwoje byli profesorami Uniwersytetu Warszawskiego – Matka, Nina Assorodobraj-Kula, była socjologiem, Ojciec zaś, Witold Kula, historykiem. Jest wśród tych osób również Jacques Le Goff, bliski mi nie tylko zawodowo, ale też przez osobistą znajomość. Osobą, której twórczość chyba najbardziej wśród polskich historyków szła w kierunku przeze mnie pożądanym, był Antoni Mączak. Z programu studiów (socjologicznych) trwa- le pozostał w mojej pamięci temat kolokwium, sformułowany przez wówczas doktora, później profesora, Stefana Nowaka: „Opisz swój dzień widziany oczami socjologa”. U źródeł koncepcji tej książki leży też chyba pewien epi- zod przyjaźni mego Ojca z Bronisławem Baczko. Przebywali oni kiedyś razem w Paryżu, gdzie – trochę na serio, trochę dla zabawy – planowali napisać książeczkę „Jan kupuje buty”. Miała to być refleksja nad historyczną ewo- lucją tak banalnego zjawiska, jakim jest kupowanie butów – rozłożonego na elementarne części składowe3. Książeczka „Jan kupuje buty” nigdy nie została napisana. Notatek, jakie potencjalni autorzy poczynili do niej, nie odnalaz- łem. Koncepcja, która wracała w domowych rozmowach, wywarła jednak na mnie wrażenie. Wśród klasyków najbliższy jest mi Stefan Czarnowski. 3 stycznia 2011 r. M.K. 1 Trudność robienia przypisów do bieżących informacji z prasy skłoniła mnie do zamieszcze- nia na końcu książki listy autorów drobniejszych publikacji gazetowych, z których korzystałem. 2 Do haseł Nowej Encyklopedii Powszechnej PWN oraz Wielkiej Encyklopedii PWN nie robiłem odsyłaczy – chyba, że odnosiłem się do wyraźnie oryginalnych haseł autorskich. 3 Marcin Kula, Mimo wszystko. Bliżej Paryża niż Moskwy. Książka o Francji, PRL i o nas, historykach, Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2010, s. 606–609. ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== Człowiek – pojęcie szlachetne, acz mało precyzyjne Gdybyśmy nagle ujrzeli wokół siebie wszystkie istoty żywe, jakie kiedykol- wiek żyły na Ziemi, nie mielibyśmy wątpliwości, która z nich jest człowie- kiem. Byłoby tak, mimo że na świecie nie ma dwóch osób identycznych. To owa indywidualność umożliwia zresztą badania linii papilarnych i umoż- liwi, zapewne w niedalekiej przyszłości – na dobre lub na złe – kontrole bio- metryczne np. na lotniskach, czy na stadionach4. Wszyscy jesteśmy różni i pozostaniemy różni, choćby z powodów kulturowych, i to nawet gdyby nas masowo zaczęto klonować – co zresztą jest nieprawdopodobne. W 1996 r. przyszło na świat owo pierwsze sklonowane jagnię, któremu nadano imię Dolly. Miejmy nadzieję, że ta procedura nie rozpowszechni się wśród ludzi, choć oczywiście jakieś wycinkowe zastosowanie w lecznictwie może znaleźć. W 2004 r. naukowcy brytyjscy uzyskali zezwolenie na klonowanie ludzkiego zarodka dla wydobycia zeń komórek w celach leczniczych – co oczywiście wzbudziło pewien szok, potępienie ze strony części zainteresowanych organi- zacji oraz przypomnienie Watykanu, iż papież potępia klonowanie ludzkich embrionów, także w celach medycznych. W 2004 r. parlament francuski za- kazał wszelkich form klonowania zarodków ludzkich, a ewentualne działania w takim kierunku zagroził bardzo wysokimi karami. Skądinąd mózgu chyba nie da się zresztą sklonować – a zresztą nawet gdyby się udało, to od razu zacząłby się uczyć rzeczywistości na własny rachunek. 4 Na lotniskach we Franfurcie i Amsterdamie część pasażerów korzysta już ze skanerów tę- czówki oka lub czytników geometrii dłoni. Na lotnisku w Tokio urządzenia rozpoznają twarze. Promy Bornholm–Dania rozpoznają linie papilarne. Biometrię stosowano w wiosce olimpijskiej w Atlancie w 1996 r. ING Bank Śląski wykorzystuje geometrię dłoni dla dostępu do niektó- rych pomieszczeń. Dane biometryczne będą wykorzystywane w dowodach tożsamości. Stosuje się też skanowanie palców oraz fotografowanie wjeżdżających do USA (Marek Ścibor, „Na rękę i na oko”, Polityka, 7 II 2004). ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 12 Najpierw trzeba się urodzić Mimo naszej wielkiej różnorodności nie mamy wątpliwości, kto jest czło- wiekiem. Przyznajemy, że byli ludźmi nawet ci, bardzo dawni nasi przodko- wie, których, najpewniej przez przypadek zamarzniętych, czasem odsłania cofający się lodowiec alpejski, bądź których znajduje się wysoko w Andach. Z prehistorycznym myśliwym, którego dobrze zachowane szczątki odnale- ziono w lodowcu alpejskim w 1991 r. (zamarzł przed 5 tys. lat), czy z dziew- czynką z okresu około 650 r. p.n.e., której zmumifikowane szczątki odna- leziono niedawno na torfowisku w Uchte w Dolnej Saksonii, czy w końcu z dziewczynką sprzed około 500 lat, której dobrze zachowane szczątki od- naleziono w 1999 r. wysoko w Andach, dogadalibyśmy się – nawet jeśli do- staliby oni pewno ataku serca po wsadzeniu ich do windy. W Dolnych Vesto- nicach (Morawy), odkopano szczątki ludzkie sprzed 25 tys. lat. Należały do trójki młodych ludzi – kobiety i dwóch mężczyzn. Ręka jednego z nich leżała na miednicy kobiety, pomalowanej ochrą. Takie lub analogiczne znaleziska nie są oczywiście częste, zastałe gesty takie, jak wspomniany, może nie mają znaczenia, które według naszych norm im przypisujemy, ale zdarzają się. Nawet neandertalczyk, którego kości odkryto w 1856 r. w Neandertalu koło Düsseldorfu (nazwa „neandertalczyk” stosowana jest od 1864 r.), był naszym krewnym, choć odległym. Pierwsze wyobrażenia jego postaci były dlań krzywdzące, zwłaszcza, że pierwotny „model” cierpiał na zaawansowany artretyzm, a ponadto był stary. Choć zaproszenie go na „imprezę” mało by nas pociągało, to chyba dogadalibyśmy się z nim – bowiem był zdolny do uczuć wyższych, tworzył rytuały i wierzył w życie pozagrobowe. W jednym z gro- bów znaleziono nawet jedzenie i kwiaty, jakie otrzymał od bliźnich na dal- szą drogę (prawda, że z tymi kwiatkami rzeczy mają się niepewnie – bowiem znaleziony pyłek kwiatowy mógł zostać zawleczony). Neandertalczyk używał krzemiennych narzędzi, pewno nawet jakichś instrumentów muzycznych. Z punktu widzenia materiału genetycznego był w każdym razie bliżej czło- wieka niż szympansa. Niedawne badania DNA sugerują, że jego materiał genetyczny różnił się jednak trochę od naszego. Nasze gatunki rozdzieliły się kilkaset tysięcy lat temu. Homo sapiens liczy sobie ponoć między 150 a 250 tys. lat, przy czym nie jest tak, żeby nasz gatunek od razu wyelimino- wał kolegów; jedni i drudzy koegzystowali, może nawet krzyżując się. Jakieś 20–40 tys. lat temu zlodowacenie wykończyło neandertalczyków – a może naszych przodków też, ale potem przyszli ponownie? Oczywiście więcej w tym wszystkim niewiadomych niż wiadomych, kon- kurencyjne hipotezy wymieniają się. W każdym razie linearna wizja roz- woju rodzaju ludzkiego nie jest już popularna. Niedawne znaleziska z Azji i z Gruzji, której europejskość lub azjatyckość zależy od przyjętej definicji, jeszcze bardziej zaburzają cały dotychczasowy obraz. Pokazują jakieś istoty, których natury nie jesteśmy pewni (np. szczątki małych ludków na wyspie ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== Człowiek – pojęcie szlachetne, acz mało precyzyjne 13 Flores, położonej na wschód od Jawy). Podobnie jak nasz gatunek, w osta- tecznym rachunku najpewniej wywodzili się z Afryki, ale może opuścili ją na bardzo prymitywnym stadium rozwoju. Pojawiły się hipotezy, że te małe ludki skarłowaciały. Może jednak z Afryki wychodzili nie tylko nasi przod- kowie? Może ewolucja biegła potem równoległe i nie wiadomo skąd napraw- dę kto przyszedł, nawet jeśli obecnie dominuje pogląd, że wszystko zaczęło się w Afryce? Mogli zresztą wędrować wielokrotnie i w różnych kierunkach5. Pomińmy już dlaczego wędrowali. Czasem uważa się, że skłoniły ich do tego zmiany klimatyczne w Afryce, które ich też uspołeczniły. Zobaczymy co powiedzą dalsze badania. Nie tylko historyczny, ale nawet prehistoryczny człowiek wszedł wszakże w dzieje historyczne już jako gatunek ukształtowa- ny, a na dalszą ewolucję nie upłynęło jeszcze dostatecznie dużo czasu. Film wyobraźni „Gdyby bowiem w ciągu dwóch godzin wyświetlono przyspieszony film o ewolucji kręgowców, człowiek sporządzający narzędzia pojawiłby się na nim dopiero na dzie- sięć sekund przed końcem. Gdyby z kolei powstał film poświęcony dziejom człowie- ka używającego narzędzi, uprawa roślin i udomowienie zwierząt zajęłyby ostatnie dwie minuty, a okres między wynalezieniem maszyny parowej a odkryciem energii jądrowej trwałby tylko trzy sekundy”6. Dla części z nas wizja ciągłości ewolucyjnej jest wręcz niewygodna. Przy- jemniej byłoby się dogrzebać, że człowiek pojawił się w wyniku zjawiska sko- kowego. Zwłaszcza teologowie chcieliby znaleźć różnicę skokową, potwier- dzającą unikalność naszego gatunku7. Skądinąd antropologowie marzą o zna- lezieniu szczątków istoty, która byłaby istotą z przedednia rozejścia się dróg ewolucyjnych człowieka i szympansa. Czy jedni i drudzy znajdą – to się oka- że. Podobno ci drudzy są już blisko. Znalezienie poszukiwanego egzemplarza nie ułatwiłoby jednak dowiedzenia tezy o skokowym pojawieniu się człowieka. * * * Intuicyjnie wiemy kto jest człowiekiem. O psie nieraz mówimy „zacho- wuje się jak człowiek”, a o niektórych ludziach, ze wstrętem, że „nie są ludź- mi”. Używamy określeń typu: „je jak świnia”, „głupi jak baran”. Używamy też czasownika „zbaranieć”. Mawia się homo homini lupus est, człowiek człowie- 5 Marcin Ryszkiewicz, „Człowiek na drzewie”, Polityka, 21 X 2006. 6 Barbara Szacka, Wprowadzenie do socjologii, Oficyna Naukowa, Warszawa 2003, s. 67. 7 Mówiono o tym w dyskusji po wykładzie abpa Józefa Życińskiego nt. Godność człowie- ka a teoria ewolucji biologicznej, wygłoszonym 15 czerwca 2009 r. w ramach „Warszawskich spotkań u Andrzeja Apostoła”, organizowanych pod hasłem „Dialogi o Kościele i świecie współ- czesnym. Sens człowieka – sens życia – sens świata”. ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 14 Najpierw trzeba się urodzić kowi wilkiem. Wiadomo, że ludzie potrafią się zachowywać „jak zwierzęta”, a w dramatycznych sytuacjach takie zachowania mogły się zdarzyć nawet osobom, których nigdy byśmy o nie nie podejrzewali (na przykład dojście aż do kanibalizmu w niektórych sytuacjach głodu). Tymczasem stworzenie definicji człowieczeństwa jest bardzo trudnym wyzwaniem dla nauk społecznych. Także sztuki piękne wielokrotnie usiło- wały zgłębić istotę zjawiska, jakie reprezentujemy. Na naszym polu sprawa rysuje się znacznie trudniej niż w ujęciu religii, czy też w ramach biologii, w tym studiów nad DNA (zestaw genów określa gatunek). Warto pamiętać, że szereg cech potocznie uznawanych za ludzkie wy- stępuje także wśród zwierząt. Postawa pionowa, którą uznajemy za właści- wą ludziom do tego stopnia, że trudno tłumaczące pochylenie się, leżenie, czołganie, uznajemy za wyraz załamania się samemu lub za narzędzie upo- korzenia danej osoby przez kogoś, występuje wśród niektórych zwierząt. Mężczyzna często bywa bardziej agresywny niż kobieta, a kobieta bardziej przejmuje się potomstwem niż mężczyzna – jak w świecie zwierząt. Wiele naszych zachowań w zakresie podtrzymania i przekazania naszego życia, czy odruchów stadnych, wręcz nieraz występujący wśród nas „owczy pęd”, jest w istocie tożsame ze zwierzęcymi – co nie dziwi. W końcu, jak to określił Desmond Morris, jesteśmy „nagimi małpami”8. Dyskutujemy, czy możemy płacić za elementy naszego ciała w wypad- ku przeszczepów, bowiem są to ciała ludzkie, a nie zwierzęce. Dyskutujemy, czy płacić za komórki jajowe, pobierane dla celów badawczych lub dla zapłod- nienia in vitro, ale za oddawanie krwi lub nasienia gotowi jesteśmy płacić. Stanisław Ossowski nie miał racji, gdy, zresztą bardzo pięknie, pisał do przy- szłej żony o pocałunku jako zjawisku wyłącznie ludzkim. Stanisław Ossowski do żony „Tęskno mi do Twoich pocałunków. Pocałunek ma coś, czego nie zastąpią inne pieszczoty. Pieszczota najbardziej arystokratyczna, wyłącznie ludzka: zwierzęta po- całunków nie znają. O to mniejsza; szlachetność pocałunku ma inne źródło. Jest najbardziej indywidualny. To Ona, Ona właśnie jest w tym pocałunku. Żaden pocałunek Jej pocałunkowi nie może być podobny. Niby tylko ciał zetknięcie, ale duszę wargami się wyczuwa. Dusza staje się dotykalna. Nie potrzeba zaklęć szama- na. I w zbliżeniu dwojga ludzi nic pewnie nie zależy od uczucia tak bardzo jak poca- łunek. Wydaje mi się, że tam, gdzie nie ma miłości, tam pieszczota traci więcej od innych. Dlatego pocałunek bywa czasem bolesny. Pamiętam chwile, gdy odczułem gorycz pocałunku. Lecz chciałbym znowu duszy Twojej na Twoich wargach szukać”9. 8 Desmond Morris, Naga małpa, WP, Warszawa 1974. 9 Intymny portret uczonych. Korespondencja Marii i Stanisława Ossowskich, wybór, opracowanie i wprowadzenie Elżbieta Neyman, konsultacja Maria Ofierska, Sic!, Warszawa 2002, s. 159–160 (list z 25 grudnia 1921 r.). ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== Człowiek – pojęcie szlachetne, acz mało precyzyjne 15 Dążenie do fizycznej bliskości, której pocałunek jest emanacją, występuje także wśród zwierząt. Uznanie, że zwierzęta mogą żywić uczucia, które nale- ży szanować, jest coraz bardziej obecne w praktyce prowadzonych na nich eksperymentów. Do takich wniosków doprowadziła zwłaszcza obserwacja małp człekokształtnych, które żyją na swobodzie. Wśród zwierząt funkcjonują rodziny. Relatywnie długotrwałe związki wy- stępują wśród ptaków. Niektóre ptaki drapieżne autentycznie przywiązują się do siebie. Gołębie, kruki, kawki i bociany tworzą dożywotnie pary. Wilki i lwy też dobierają się trwale. Gibony żyją w parach monogamicznych. Praw- da, że gdy partnerka wchodzi w poważny wiek, to, choć nie opuszczają jej, dobierają sobie drugą samicę spośród córek. Taki schemat może się powtarzać i powstaje krąg rodzinny. Oceloty żyją parami przez kilka sezonów, opieku- jąc się potomstwem. Wśród owadów termity tworzą trwałe pary. Makaki ja- pońskie zmuszają swoje dzieci do kąpania się w gorących źródłach – pewno uważając, że dobrze im to robi. Wśród zwierząt nieraz występuje nie przemoc, a współpraca, gesty służące łagodzeniu konfliktów. Nawet w stadzie owiec podobno występuje nie tylko „owczy pęd”10. Wśród zwierząt zdarzają się zorganizowane, wielkie zbiorowiska. Ławice śledzi lub stada antylop liczą nawet tysiące osobników. Niektóre społecz- ności mrówek afrykańskich ocenia się na 20 mln osobników. Polskie mrówki są w wyraźnie gorszej sytuacji, gdyż ich skupiska sięgają do miliona osobni- ków – ale te afrykańskie są porównywalne do wcale niemałego narodu. Są to społeczności zorganizowane. Przestrzegają wewnętrznych podziałów zadań, w związku z czym są podzielone kastowo (część pracuje, część korzysta z ich pracy i reprodukuje się). W wypadku os wykonywanie czynności zmienia się z wiekiem. Gdy królowa traci płodność, traci też władzę. Póki ją jednak ma, rozpyla w gnieździe substancje ograniczające płodność innych jednostek. Niektóre owady są na tyle stadne, ż e mogą wykonywać skoordynowane działania – na przykład w postaci masowego przemieszczania się w przestrze- ni (szarańcza). Niektóre gatunki zwierząt posługują się prymitywnymi narzę- dziami. Nawet wrony to podobno czynią – choć trudno w to uwierzyć. Jakieś mrówki uprawiają grzyby, a pewne rybki, ponoć nawet okonie, prowadzą hodowle monokultur. Pary szympansów w czasie rui chcą intymności (znika- ją w lesie), jakieś małpy i jakieś ptaki praktykują homoseksualizm. Niektóre ptaki zdobią gniazda. Eksperymenty wykazały, iż niektóre zwierzęta potra- fią wczuć się w ból innych (np. powstrzymywały się od jedzenia, gdy prze- konywały się, że sprawi to fizyczny ból innym)11. Pszczoły giną, gdy wbijają żądło – nieraz przekładając w ten sposób dobro grupy nad swoje cenne życie. 10 Edwin Bendyk, „Jej krowość, moja ludzkość”, Polityka, 16 II 2008. 11 Hennie Lotter, Magdalena Frender, „Akt uczłowieczenia”, Newsweek, 27 V 2007. ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 16 Najpierw trzeba się urodzić Modliszki (samce) giną, gdy kopulują. Pomagają w ten sposób w przetrwa- niu partnerki i narodzeniu potomstwa – czyli poświęcają się w imię przetrwania partnerki i gatunku12. Niektóre zwierzęta potrafią wspólnie odpędzać wroga i polować. Nasza wiedza o społecznym życiu zwierząt obecnie szybko się rozsze- rza. Niektórzy mówią wręcz o kulturze zwierząt (czasem używa się w tym wypadku określenia „protokultura”). Wiemy, że zwierzęta uczą się, także od siebie. Chowane w izolacji ptaki nie śpiewają tak ładnie jak chowane wśród innych. Młodsze zwierzęta nieraz od starszych uczą się omijać niebezpie- czeństwa. Pszczoły, także ptaki, porozumiewają się (pszczoły różnego rodzaju tańcami względem Słońca, w których kształt lotu zawiera przesłanie). Mrów- ki dają sygnały przez kręcenie się w jednym miejscu. Słonie, jak wiadomo, mają słoniową pamięć i grzebią kości. Słonie, delfiny i szympansy potrafią ponoć rozpoznawać się w lustrze. Zwierzęta potrafią być przebiegłe. Kto oglą- dał film „Mikrokosmos”13 nie ma wątpliwości, że nawet owady myślą. Coraz częściej sądzi się, że niektóre ptaki myślą bardziej, niż je o to podejrzewamy. Wszyscy właściciele psów są przekonani, że psy myślą (a ich pies to już myśli ponad wszelką wątpliwość!). O tyle wskazanie cechy myślenia jako specyficz- nie ludzkiej w nazwie gatunku (homo sapiens, człowiek myślący) jest mylące. Prawda, że większość takich zjawisk występuje u zwierząt w mniejszym natężeniu niż u człowieka. Chociaż psów, jako naszych bliskich towarzyszy, w naszej kulturze nie jemy, to nie wymieniamy z nimi filozoficznych myśli. Nawet właściciele najczęściej mówią, że ich ulubieńcy myślą „prawie” jak lu- dzie. Nie byłoby jednak przyjemnie budować definicji człowieczeństwa w oparciu o różnice ilościowe, nieprawdaż? Zresztą małpa, która akurat po- służyłaby się jeszcze trochę lepszym narzędziem, nie stałaby się przez to człowiekiem. Z kolei nawet człowiekowi głęboko upośledzonemu, który może nie myśli, nie odmówimy człowieczeństwa. Podtrzymujemy nawet ży- cie osób, które wiodą już egzystencję „roślinną”, lub dzieci, które rodzą się z wielkimi anomaliami. Nie tędy więc droga, nawet jeśli obecnie odchodzi się od zakorzenionego w naszym myśleniu podziału na myślących ludzi i bez- myślną resztę świata14. * * * 12 „Ukryty sens ewolucji”. Z prof. Tadeuszem Bielickim polemizuje Tomasz Kozłowski, Gazeta Wyborcza (Duży Format), 10 X 2002. 13 Reż. Claude Nuridsany, Marie Perennou, 1996. 14 Idea przeciwstawienia się temu podziałowi dominowała w wystawie „Bêtes et hommes”, zorganizowanej w Paryżu w 2007 r. Charakterystyczne, że zorganizowano ją w La Villette, gdzie kiedyś mieściły się ogromne rzeźnie (por. Edwin Bendyk, „Jej krowość...”). ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== Człowiek – pojęcie szlachetne, acz mało precyzyjne 17 Pytanie o definicję człowieczeństwa stawało przed ludźmi w dziejach nie tylko jako zagadnienie refleksji – ale w kategoriach praktycznych. W 885 r. cesarz Bazyli I uznał „Świętą Górę” Athos jako miejsce zare- zerwowane dla mnichów i pustelników. Od tego czasu żadne stworzenie ro- dzaju żeńskiego nie miało tam wstępu na określony obszar15. Dotyczyło to nie tylko kobiet – co stawiało znak zapytania właśnie w kwestii definicji naszej wyjątkowości. W średniowieczu mało dostrzegano dzieci, a już z pewnością nie piękno dzieci – podczas gdy psy myśliwskie na dworach nazywano imionami, opie- wano ich piękno16. Średniowiecze znało procesy i wypadki sądowego skazy- wania zwierząt, które uczyniły poważną szkodę, a także wypadki kultu zwie- rząt wyjątkowo zasłużonych17 – co sugeruje rozmycie się granic rozumienia rozważanej definicji. Nawiasem mówiąc, dziś w Stanach Zjednoczonych roz- powszechnia się dyscyplina prawa, dotyczącego zwierząt, sądy się nimi zajmu- ją. Nie idzie w tym wypadku „tylko” o ochronę zwierząt przed złym trakto- waniem – czego uwzględnienie w prawie jest zresztą też charakterystyczne. Idzie o sprawy takie, jak dalsza przynależność zwierząt w wypadku rozwo- du właścicieli (bierze się pod uwagę interes i uczucia na przykład psa!), czy o los spadku zapisanego zwierzęciu, czyli przeznaczonego na jego utrzyma- nie. W różnych krajach powstały cmentarze dla psów, natomiast w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii pojawiły się cmentarze, gdzie można być pochowanym do tego samego grobu razem ze swoim psem. Wbrew pozorom nie jest to nowe zjawisko, bowiem w różnych kulturach znane było kiedyś chowanie wojownika z jego koniem. W orszaku pogrzebowym Piłsudskiego za trumną szedł koń, godnie zastępujący Kasztankę, która zdechła w 1927 r.; konia ubrano w jej uprząż. Nowozelandzkie przepisy uznały ograniczoną osobowość naczelnych, a Parlament Europejski podjął działania w kierunku ograniczenia możliwości wykorzystywania ich do badań. Analogiczne zagadnienie stawało w dziejach przed ludźmi także, gdy podchodzili do niego od drugiej strony. Po odkryciu Ameryki pojawiło się pytanie, czy Indianie mogą przyjąć chrzest i czy winni pracować jak ludzie, czy jak zwierzęta. Papież Paweł III w 1537 r. uznał, że są ludźmi zdolnymi do przyjęcia wiary. Wielokrotnie nie uchroniło ich to przed pracą jak zwierzęta – ale prawdą jest też, że Kościół starał się chronić Indian najlepiej, jak to w poszczególnych epokach rozu- miał. Inna sprawa, że Indian, nawet uznanych za ludzi, Hiszpanie oficjalnie 15 Norman Davies, Europa. Rozprawa historyka z historią, Znak, Kraków 2004, s. 353. 16 „Blondynki pachnące kardamonem”. Penelope Johnson rozmawia z Jean-Sebastienem Stehli, Forum, 25–31 VIII 2003 (za: L’Express, 10 VII 2002). 17 W jakiejś francuskiej wiosce w średniowieczu rozwinął się ponoć kult świętej, która była psem, a która zginęła, ratując z pożaru ludzkie dziecko. ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 18 Najpierw trzeba się urodzić traktowali trochę jak dzieci. To byli ludzie, ale jakby nie w pełni dojrzali18. Dlaczego europejska społeczność, a wśród niej Kościół, czy wręcz zakonni obrońcy Indian, nie chronili skądinąd też chrzczonych (choć być może bez własnej wiedzy) Murzynów, to sprawa zagadkowa – ale odrębna. Murzyni nie robili nawet za „dobrych dzikusów”, ani za „dzielnych Indian”, jak Indianie (już nie mówiąc o stereotypie „mądrego Chińczyka”). Pochodzenie od Murzy- na chyba nigdy w Europie nie było uznawane za powód do chwały – chyba, że zupełnie wyjątkowo. Takim wyjątkiem są na przykład mieszkańcy wioski Sujda pod Moskwą – ponoć dumni, że pochodzą od faworyta Piotra Wielkiego, Abisyńczyka Ibrahima Hannibala. Ów człowiek był pradziadem Puszkina, z którym Sujdzianie są w ten sposób spokrewnieni, nawet jeśli najczęściej przez nieprawe łoże – a więc warto im przyznawać się do związków z Afryką. Pytanie o człowieczeństwo Murzynów nie stanęło tak wyraźnie, jak pytanie o człowieczeństwo Indian, chyba jednak nie z powodu stereotypów, ale dla- tego, że kontakt z Murzynami nigdy nie pojawił się jako coś zupełnie nowego; pewien kontakt z nimi Europa miała zawsze. * * * Pytanie o definicję człowieczeństwa potrafiło i potrafi wywoływać spory, nawet gwałtowne. Na przykład współczesny spór o dopuszczalność przery- wania ciąży jest w gruncie rzeczy sporem właśnie o definicję człowieczeństwa. O to, czy płód jest już człowiekiem. W historii dawano w tej kwestii różne odpowiedzi. Istnieją cywilizacje, gdzie wiek człowieka liczy się wręcz nie jak u nas, od urodzenia, ale od poczęcia (trudno powiedzieć jak to się dzieje, że oni potrafią zawsze precyzyjnie wskazać ten moment). Z drugiej strony ist- nieje odpowiedź PRL-owska, w myśl której nawet noworodek mógł nie być uznany za człowieka. Na podstawie instrukcji MSW z 1962 r. noworodek, który nie przeżył, aby mieć prawo do aktu urodzenia, musiał ważyć co naj- mniej kilogram i wykazywać oznaki życia. Jeśli ważył od 600 gramów do kilo- grama, musiał przeżyć 24 godziny – a wszystko ustanowiono po to, aby po- lepszyć fatalne wskaźniki śmiertelności niemowląt, które stanowią bardzo ważny wskaźnik poziomu cywilizacyjnego. W końcu mieliśmy ten wątpliwy zaszczyt, że w momencie końca komunizmu gorsze od nas wskaźniki umie- ralności niemowląt – mimo „podrasowania” naszych – miały w Europie jedynie Rumunia, Jugosławia i ZSRR19. 18 Jacques Poloni-Simard, Les indiens face à la justice coloniale en Amérique, wykład w ra- mach „Séminaire de formation à la recherche en sciences sociales” (UW, PAN, EHESS, Insti- tut Français, le Service Culturel de l’Ambassade de France, le Centre de Civilisation Française à l’Université de Varsovie), 17 II 2003. 19 Albania nie podawała danych (Ewa Nowakowska, „Dziecko czyli kłopot”, Polityka, 27 VII 1991; Irena Morawska, „Bocian w domu”, Gazeta Wyborcza, 18 IX 1991). ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== Człowiek – pojęcie szlachetne, acz mało precyzyjne 19 Sprawa człowieczeństwa noworodka miała znaczenie praktyczne – bo- wiem z braku aktu urodzenia nie można wystawić aktu zgonu, a więc nie może być pogrzebu – co czyniło jeszcze trudniejszą sytuację rodziców dotknię- tych nieszczęściem. W schyłkowym okresie komunizmu w Rumunii statysty- ka była poprawiana w ten sposób, że urzędy stanu cywilnego wydawały me- tryki narodzonych dzieci dopiero po miesiącu – jeżeli dożyły20. Kościół katolicki stoi, jak wiadomo, na stanowisku, iż rozwijający się płód jest człowiekiem od poczęcia. Bywały i chyba bywają w tym stanowisku jednak pewne niekonsekwencje. Średniowieczni teologowie czasem przyjmo- wali, że człowiek uzyskiwał duszę jednak nieco później. Sprawa katolickich pogrzebów płodów samoistnie poronionych przez długi czas nie stawała. Generalnie stanowisko Kościoła jest wszakże jednoznaczne. W 2005 r. ks. Jó- zef Maj, proboszcz kościoła św. Katarzyny na Służewie w Warszawie, od- prawił pierwszy w Polsce zbiorowy pogrzeb dzieci zmarłych przed porodem. W 2006 r. na sąsiednim cmentarzu zbudowano pomnik Dzieci Utraconych. Takie pomniki istnieją już w Holandii i we Włoszech. Dziś w szpitalach wydaje się karty zgonu nawet dzieciom zmarłym na stosunkowo wczesnym etapie ciąży, co jest równoznaczne z traktowaniem ich w kategoriach ludz- kich i umożliwia pochówek. Stanowisko Kościoła obejmuje dziś także eksperymenty na embrionach. Dyskusja dotyczy też możliwości wykorzystywania „nadprogramowych” za- rodków do badań naukowych bądź jako materiału do leczenia pewnych cho- rób. Jeżeli obejmuje je definicja człowieczeństwa, to oczywiście mowy o tym być nie może. Pytanie tylko, czy obejmuje. Stanowisko Kościoła uwzględnia również działania, w których dla przewalczenia niepłodności trzeba poświę- cić pewną liczbę zapłodnionych komórek. Ostatnio (pisane w 2010 r.) spór o to, od kiedy się jest człowiekiem, rozgorzał w Polsce ponownie przy okazji kwestii zapłodnienia in vitro. Idzie w nim nie tylko o to, czy można poczy- nać dzieci w laboratorium, ale o te embriony, które ulegają, a przynajmniej mogą ulec zniszczeniu lub zamrożeniu w trakcie niezbędnych działań. Jeżeli uznać je już za ludzi, to... Kościół katolicki tak właśnie uznaje i opowiada się przeciw metodzie. Okoliczność, że przy zapłodnieniu naturalnym też umie- ra większość zarodków, nie jest uznawana jako argument za dopuszczeniem in vitro. Z ust biskupów padły nawet słowa, że to metoda „niegodziwa i nie- dopuszczalna”, a próby tworzenia zarodków w szkle są „rodzajem wyrafino- wanej aborcji”21. List biskupów, skierowany do posłów we wrześniu 2009 r. 20 Pavel Câmpeanu, Ceauşescu. Lata odliczane wstecz, Iskry, Warszawa 2004, s. 508–509; Tony Judt, Reappraisals. Reflections on the Forgotten Twentieth Century, The Penguin Press, New York 2008, s. 260. 21 Adam Szostkiewicz, Paweł Walewski, „Kościół i medycyna”, Polityka, 9 II 2008. ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 20 Najpierw trzeba się urodzić przeciw metodzie in vitro, sformułowany był jako „serdeczna prośba w obronie życia ludzkiego”. „Każde dziecko – napisali biskupi – jest osobą od momentu poczęcia, dlatego nie może być przedmiotem, który można kupić”. Napisali także, iż „poczęcie dziecka metodą in vitro powoduje śmierć jego braci i sióstr w stanie embrionalnym”. O. Andrzej Rębacz, dyrektor Krajowego Ośrodka Duszpasterstwa Rodzin, oraz bp Kazimierz Górny, przewodniczący Rady ds. Rodziny, określili debatę sejmową nad tym tematem jako starcie cywi- lizacji prawdy, miłości, życia z cywilizacją kłamstwa, egoizmu i śmierci22. W końcu października 2010 r., w przeddzień sejmowego głosowania nad projektami ustaw o in vitro, abp Henryk Hoser, szef Zespołu Ekspertów Episkopatu ds. Bioetycznych, zarysował perspektywę ekskomuniki posłom, którzy głosowaliby za in vitro z mrożeniem zarodków; według hierarchy sami swym czynem postawiliby się poza Kościołem, co jest istotą ekskomuniki. Kościół zaapelował wówczas do wiernych o modlitwę za głosowaniem przez posłów przeciw in vitro, które uważał za równoznaczne z wypowiedzią na te- mat prawa do życia. Czy z punktu widzenia biologii in vitro może być problemem? „Włodzimierz Zagórski (biochemik): Oczywiście, technika zawsze stwarza proble- my. Mówi się, że cel uświęca środki, ale to nie do końca prawda. Bywa, że środki decydują o celu. Chciałbym na początku podkreślić, że obecność dzieci zrodzonych technikami in vitro jest powodem do szczęścia. Powinniśmy się cieszyć, że istnieją nowi ludzie, że daliśmy im prawo do korzystania z bytu. Bardzo ważne jest też, że przyjmujemy je jako dzieci tego samego Boga, a nie gorszego. Ks. Artur Filipowicz SJ: Co do tego nie ma wątpliwości. W.Z.: Jeśli tak, to dyskusje nad sposobem powoływania ich do życia są wtórne. Ks. A.F.: Nie są, gdyż czym innym jest powoływanie do istnienia, a czym in- nym samo istnienie. Gwałt na pewno nie jest czymś dobrym, a dziecko zrodzone z gwałtu jest takim samym człowiekiem jak każdy z nas. Zatem metody inne niż naturalne poczęcie – nie, natomiast dziecko – tak. W.Z.: Ciągle mówimy o wtórnych rzeczach w stosunku do prawa do istnie- nia. Jeżeli w Biblii jest powiedziane: »Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście za- ludnili ziemię«, to pojawianie się nowych dzieci jest tego wezwania realizacją. Ks. A.F.: Ale nie jest powiedziane: »Rozmnażajcie się także w szkle«. W.Z.: Nie jest też powiedziane: »Nie rozmnażajcie się w szkle«. Ciekawe, że wielu rabinów uważa, iż metoda in vitro jest zgodna z ogólnym planem Bożym, a możliwość jej realizacji wskazuje, że Bóg się na nią zgadza. Ks. A.F.: Istotna różnica pomiędzy opinią nawet najwybitniejszych rabinów a opinią Kościoła katolickiego polega na tym, że od momentu poczęcia zygotę 22 Katarzyna Wiśniewska, Renata Grochal, Ewa Siedlecka, „Biskupi: precz z in vitro”, Gazeta Wyborcza, 10 IX 2009. ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== Człowiek – pojęcie szlachetne, acz mało precyzyjne 21 traktujemy jako osobę ludzką. Nie jest to oczywiste z punktu widzenia judaizmu, który na ogół przyjmuje, że z człowiekiem mamy dopiero do czynienia w chwili narodzin noworodka i jego pierwszego oddechu. Do tego momentu w judaizmie w sposób mniej kategoryczny niż w katolicyzmie broni się embrionu. [...] Ks. A.F.: Zwolennicy in vitro mówią, że embrion to jeszcze nie człowiek: z człowiekiem mamy do czynienia dopiero w momencie pojawienia się blastocysty (5–8 dzień), albo po 14 dniach, kiedy zygota implantuje się do macicy. Kościół w niedawno opublikowanym dokumencie Dignitas personae nie stwierdza, że zygo- ta jest człowiekiem – tego nie wiemy. Ale skoro nie mamy pewności, czy jest, czy nie jest człowiekiem, to powinna być traktowana jako osoba od chwili swego poczęcia i w związku z tym od tej samej chwili należą się jej ludzkie prawa. Określenie tego, czy zygota jest, czy nie jest osobą, należy do kompetencji teologów i filozofów. Z punktu widzenia biologii możemy jedynie stwierdzić, że po kariokinezie – zlaniu się jąder komórkowych – plemnika i komórki jajowej ustalony zostaje genom i zy- gota może się rozwijać. Trudno znaleźć w późniejszym rozwoju embrionalnym ja- kąś wyraźną cezurę, która określałaby, że przedtem nie ma osoby, a potem już ta osoba istnieje. W.Z.: Współczesne metody badania DNA pozwalają nam np. odróżnić w gro- bowcu egipskim ciało ludzkie od ciała sokoła. Definicja gatunku przez zasób gene- tyczny jest, moim zdaniem, najbardziej trafna”23. Jednoznaczne uznanie człowieczeństwa od momentu poczęcia rodzi nie tylko bezpośrednie, ale także pośrednie konsekwencje prawne. Staje np. pytanie, czy ewentualne zaniedbania opieki lekarskiej w stosunku do kobie- ty ciężarnej i, w konsekwencji, wobec płodu, winny być rozpatrywane przez sądy na podstawie paragrafów kodeksu karnego mówiących o uszkodzeniu ciała bądź spowodowaniu zgonu człowieka. W 2002 r. prokuratura w Płocku uznała, że dziecka w fazie prenatalnej nie można uznać za człowieka i od- mówiła zastosowania tych norm. W 2001 r. w USA odbywała się w Pensyl- wanii precedensowa sprawa sądowa kierowcy, który na skutek wypadku spowodował poronienie przez kobietę ciężarną 8-miesięcznego płodu. Oskar- żono go o spowodowanie śmierci. Sprawa była rozpatrywana w kolejnych in- stancjach odwoławczych. W 2003 r. we Francji ginekolog, który nieumyślnie doprowadził do utraty płodu, został oskarżony o nieumyślne zabójstwo i naj- pierw uniewinniony z argumentacją, że płód to nie człowiek, w drugiej in- stancji skazany, a w kolejnej fazie znów uniewinniony z motywacją, że płód to nie człowiek. Każda sprawa w rodzaju tych, tu przywołanych przykła- dowo, ciągnie się na ogół bardzo długo poprzez kolejne odwołania – przede wszystkim właśnie dlatego, że są one bardzo trudne intelektualnie. Niedale- ko zagadnień prawnych sytuuje się kwestia możliwości ubezpieczenia płodu, 23 „Dzieci tego samego Boga”. Debata ks. Artura Filipowicza SJ oraz prof. Włodzimierza Zagórskiego, Tygodnik Powszechny, 4–11 I 2009. ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 22 Najpierw trzeba się urodzić która stała się tematem żywo dyskutowanym na początku XXI w. w Stanach Zjednoczonych. Możliwość ubezpieczania jest związana z uznaniem życia płodowego za życie – co po raz kolejny ożywiło dyskusję o aborcji. W niektórych środowiskach spór o aborcję przenosi się na płaszczyznę „do kiedy można” – co ma w założeniu pytanie, od kiedy istota jest człowiekiem w swej egzystencji osobniczej. Nawet jeśli opory przeciwko zapłodnieniu in vitro wynikają z towarzyszącego jej ewentualnego niszczenia pewnych embrio- nów, to nie ma chyba nikogo, kto by za owo zniszczenie postulował karę jak za morderstwo. Z kolei nawet wśród zwolenników prawa do aborcji nie spo- tyka się chyba nikogo, kto by uznawał za możliwe jej przeprowadzenie w póź- nym okresie ciąży – i to nie tylko z uwagi na niebezpieczeństwo, jakie by to pociągało dla kobiety. Blisko definicji człowieczeństwa stoi kwestia zgadzania się lub nie zgadza- nia na tabletki „dzień po” lub wczesnoporonne. Jeżeli uznaje się zaistnienie życia ludzkiego od poczęcia, to stosowanie takich tabletek jest zabójstwem na równi z aborcją. Oprócz uwikłanej w cały ten spór kwestii definicji, z punktu widzenia nauk społecznych ciekawe jest jego natężenie oraz emocje, jakie rozpala. W końcu, w Stanach Zjednoczonych w początku lat dziewięćdziesiątych mia- ły miejsce prawdziwe bitwy przeciwników i zwolenników prawa do aborcji, przepychanki z policją, atakowanie klinik, stygmatyzowanie domów potę- pianych lekarzy czerwoną farbą, napastowanie kobiet, o których domniemy- wano, że zamierzają usunąć ciążę. Dosyć powszechnie używa się terminu „Holokaust dzieci”. W rozważanym kontekście pojawia się też wątek oskar- żeń o politykę antynarodową. W 2010 r. w Poznaniu kolejną kampanię antyaborcyjną podjęto przy pomocy billboardu z wizerunkiem Hitlera i obra- zami rozszarpanych płodów; odpowiedni tekst informował, że to Hitler wprowadził zezwolenie na aborcję w wypadku Polek. Potem takie plakaty pojawiły się też w Warszawie. Waga sprawy nie tłumaczy emocji. W końcu na świecie jest wiele ważnych kwestii spornych. Wytłumaczenia mogą być bardzo różne i zapewne są różne w wypadku poszczególnych osób, które zabierają głos lub (i) demonstrują. Mogą one działać równie dobrze pod wpływem głębokich motywacji filozo- ficznych, jak pod wpływem specyficznej atmosfery, jaka w naszej cywilizacji otacza wszystko, co jest związane z seksem. Może też być tak, że dawniej sprawy seksu były traktowane ze znacznie większym skrępowaniem, a teraz stały się stosunkowo otwarte, więc wiele osób może je podjąć – także w roz- ważanym aspekcie. Nie da się jednak wykluczyć, że zagadnienie przerywania ciąży jest takiej natury, że każdy może zabrać głos (a przynajmniej wielu tak uważa), zatem każdy może społecznie zaistnieć – co bywa samoistnym celem działania ludzi. ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== Człowiek – pojęcie szlachetne, acz mało precyzyjne 23 * * * Dyskusje o kryterium śmierci mają aspekty praktyczne (np. w kwestii etyczności pobrania organów do przeszczepu). One także są też jednak dy- skusjami o definicji człowieczeństwa. Christiaan Barnard, lekarz, który doko- nał pierwszego przeszczepu serca, odczekał aż serce zmarłego dawcy prze- stało bić. Dziś podejmuje się działanie, gdy serce jeszcze bije i przyjmuje się definicję śmierci mózgowej. Co jednak zrobić w wypadku urodzenia się dzie- cka bez mózgu? Niestety występuje pewna liczba takich nieszczęść. W ta- kich wypadkach najczęściej natura litościwie rozwiązuje problem, ale przez parę dni może on istnieć. Chwilowo kwestią teoretyczną jest też pytanie, czy na skutek działań w zakresie inżynierii genetycznej jacyś szaleńcy nie wyprodukują czegoś po- średniego pomiędzy człowiekiem a zwierzęciem. Może przydałby się taki osobnik z siłą goryla, a mądrością człowieka (jeśli oczywiście zechciałby być nam posłuszny – co nie jest pewne, gdyby naprawdę był mądry). Takie próby już robiono w latach trzydziestych – podobno w ZSRR. Szczęśliwie jeszcze wtedy robiono to bez inżynierii genetycznej. Miejmy nadzieję, że do hybry- dyzacji jednak nie dojdzie w sytuacji większych możliwości, a więc nasi na- stępcy nie będą musieli spierać się o ludzki bądź zwierzęcy charakter takiego bytu. Póki co jednak, w 2008 r. brytyjscy parlamentarzyści – jako pierwsi w historii – zezwolili na tworzenie ludzko-zwierzęcych zarodków (zarodków hybrydowych) do badań. Oczywiście celem jest w tym wypadku produkcja materiału do badań medycznych (choroba Alzheimera, parkinsonizm) – ale słowo się rzekło. Zbyteczne dodawać, że decyzja wywołała wielkie dyskusje. Bardzo skrytykowała ją m.in. Stolica Apostolska. Prawda, że np. zwierzęcą skórę przeszczepia się ludziom, perspektywicznie będzie się też przeszczepiać organy, ale jest to jednak co innego. * * * Samo pytanie o pochodzenie człowieka, bliskie pytaniu o definicję czło- wieczeństwa, bywało dyskutowane i też potrafiło wzbudzać namiętności. Spory o teorię Darwina toczą się od momentu jej pojawienia się (1859) do dziś. Do poddawania jej w wątpliwość skłaniały ludzi przekonania religijne oraz, po prostu, mentalna trudność jej zaakceptowania. Już w 1802 r. biskup William Paley użył argumentu, który zrobił karierę w dalszych sporach wokół Stwo- rzenia: człowiek przy zdrowych zmysłach, który by znalazł zegarek na pustyni, nie będzie twierdził, że jest on takim dziełem natury, jak wszystko dooko- ła24. Według sondaży 40 dorosłych Amerykanów odrzuca teorię ewolucji. 24 Edwin Bendyk, „I Bóg stworzył ewolucję”, Polityka, 22 I 2005. ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 24 Najpierw trzeba się urodzić W 1987 r. Sąd Najwyższy USA odrzucił wniosek kreacjonistów, by ich wizja była wykładana w szkołach na równi z teorią ewolucji. Lokalnie procesy w tej sprawie wracają w różnych stanach. We Francji wraca wątek, że rodzi- ny muzułmańskie sprzeciwiają się uczeniu ich dzieci teorii Darwina w pub- licznych szkołach. Na początku lat dziewięćdziesiątych, w Izraelu wzbudziła opory reklama pepsi-coli, na której człowiek, pokazany kolejno we wszy- stkich stadiach ewolucji, pił ten napój. Ortodoksyjni Żydzi stwierdzili, że ta wizja powstania człowieka jest sprzeczna z religią i z reklamy zrezygnowano. W marcu 2009 r. w Turcji władze zakazały publikacji w pewnym piśmie naukowym artykułu o Darwinie – co wywołało protestacyjne manifestacje naukowców i studentów. Takie spory toczą się także w Polsce. W październiku 2006 r. eurodepu- towany Maciej Giertych zorganizował w Brukseli konferencję, której uczest- nicy postulowali wycofanie teorii Darwina i pokrewnych z dydaktyki. Póź- niej Mirosław Orzechowski, wiceminister edukacji (!), stwierdził (październik 2006 r.), że „teoria ewolucji to kłamstwo” i dodał: „Mam przekonanie, że to pomyłka, którą zalegalizowano jako obowiązującą prawdę”. Wiceminister sta- nął na stanowisku, że „Darwinizm był tylko motywacją intelektualną dla ludzi niewierzących, stał się paranaukową argumentacją dla nich. Tymczasem w chrześcijaństwie przetrwała 2000 lat inna koncepcja: kreacjonizm. To cy- wilizacyjna prawda, która płynie z wiary, jest powtarzana i niezakwestio- nowana od tysięcy pokoleń”25. Na takie i podobne stanowiska odpowiadał Wydział Biologii UW: „Wypowiedzi ministrów edukacji na temat ewolucji dowodzą, że są oni skrajnie niekompetentni w kwestiach, które od lat stano- wią podstawowy kanon wykształcenia obywateli wszystkich cywilizowanych krajów. Tego rodzaju osoby powinny być jak najszybciej pozbawione możli- wości wywierania wpływu na edukację młodego pokolenia Polaków”26. Ciekawe, że Pius XII i Jan Paweł II nie uznawali sprzeczności darwinizmu z chrześcijańską koncepcją stworzenia. Jan Paweł II podczas sesji Papieskiej Akademii Nauk w 1996 r. uznał racje Darwina, podkreślając zarazem stwo- rzenie duszy przez Boga. Kościół katolicki w Polsce, w zgodzie, rzecz jasna, ze stanowiskiem Stolicy Apostolskiej, odrzucił „fundamentalistyczny kreacjo- nizm” jako niezgodny z nauką katolicką, zwracając jednocześnie uwagę, że dla chrześcijan koncepcja ewolucji nie jest sprzeczna z realizacją zamiarów Boga (2006)27. 25 Edwin Bendyk, „Zderzenie cywilizacji”, Polityka, 28 X 2006. 26 Renata Czeladko, „Wiceminister edukacji: łże-nauka za Darwinem”, Gazeta Wyborcza, 21–22 X 2006. 27 Katarzyna Wiśniewska, „Biskupi: Ewolucja, ale z Bogiem”, Gazeta Wyborcza, 25–26 XI 2006. ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== Człowiek – pojęcie szlachetne, acz mało precyzyjne 25 * * * Nie wiemy jak będzie przedstawiać się samoistna ewolucja naszego gatun- ku w przyszłości. Wiele zjawisk wskazuje, że we wczesnej fazie bytowania człowieka na Ziemi następowało przystosowanie do warunków w tym sensie, że na danym terenie przetrwali najlepiej przystosowani (kolor skóry, owło- sienie, pigmentacja tęczówki, charakterystyczna oprawa oka w okolicach pod- biegunowych). Dziś mało widać takie cechy przede wszystkim ze względu na relatywnie niedawne (w wymiarze ewolucji) migracje. One podobno tłumaczą pewne paradoksy obecności ludzi lepiej przystosowanych do jednego klimatu w innym (Indianie Ameryki środkowej i Płd. ponoć reprezentują budowę Azjatów przystosowanych do klimatu zimnego)28. Wiele wskazuje na to, że proces ewolucyjny trwa – bowiem dlaczego właściwie miałby się zatrzymać? Czy dlatego, że zmieniliśmy własne warunki życia na bardziej odporne wobec wpływów przyrody? Jeśli już, to chyba bardziej na skutek zmiany procesu doboru naturalnego, powodowanej różny- mi przyczynami. Siły natury jakby mniej obecnie o nim decydują, mniej słab- szych spośród nas jest pożeranych przez, dajmy na to, wilki lub ginie z mrozu. Słabsi przeżywają i reprodukują się. Nie musimy mieć potężnych zębów, ani szczęk. Mniej ważny jest dla nas sokoli wzrok i wrażliwe powonienie. Już dziś wzrasta liczba krótkowidzów na świecie; w czasach przedhistorycznych mieli mniejsze szanse przeżycia. W większej liczbie ludzi pojawia się więcej mutacji. Nie wiemy, czy grupy ludzkie będą się bardziej różnicować, czy ujednolicać, bądź mieszać, w sensie typów budowy ciała i przemieszania po- szczególnych jego cech (przez coraz częstsze przetasowywanie się grup). Może następne pokolenia białych ludzi wrócą do ciemniejszej skóry swoich przodków na skutek wymieszania się ludzi. Nie wiemy, jak będzie ewoluo- wał mózg. Nie wiemy, jakie mogą być skutki pojawiania się anomalii gene- tycznych. Nie wiemy, czy nasi następcy odwołają się do inżynierii genetycznej i czy życie ulegnie jeszcze większemu niż dotychczas przedłużeniu. * * * Przy tworzeniu definicji człowieka na gruncie nauk humanistycznych bie- rze się pod uwagę kilka spraw. Są to: bogata psychika, zdolność abstrakcyj- nego myślenia, posługiwanie się artykułowaną mową, posługiwanie się roz- winiętymi narzędziami, chęć poznawania, kumulacyjny charakter dorobku materialnego i pozamaterialnego w ramach życia osobniczego pomiędzy po- koleniami oraz w trwaniu grupy, czy, z niuansami, ludzkości. Zwierzęta nie 28 Por. uwagi Krzysztofa Kaczanowskiego w haśle „Człowiek (antropologia)” w Wielkiej Encyklopedii PWN. ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 26 Najpierw trzeba się urodzić mają własności, choć zaznaczają terytorium. Nie gromadzą przedmiotów (chy- ba sroka!). Innymi cechami ludzkimi są tworzenie sztuki i zróżnicowanej kultury, wyobrażenie biegu czasu, wizja zaświatów, a w związku z tym grze- banie zmarłych. W zakresie uczuć ciekawa jest zaobserwowana jedynie u człowieka mi- łość trwająca w stosunku do odchowanego już potomstwa. Wśród zwierząt, nawet tych, które dobierają się w trwałe pary, wsparcie i uczucia dla dziecka kończą się w momencie, gdy osiąga ono samodzielność (a więc gdy zapewnio- ne jest przetrwanie gatunku). Czasem uważa się, że tylko wśród ludzi wy- stępuje również potrzeba bezinteresownego czynienia dobra. Nie budujmy sobie jednak nadmiernie pięknego pomnika z takiego powodu. Po pierwsze, nawet w tej sprawie badacze dochodzą ostatnio do wniosku, że szympansy też potrafią i usiłują pomagać innym w pewnych sytuacjach. Nadto, jak wszystko wskazuje, człowiek jest też jedynym gatunkiem, który bezintere- sownie czyni zło, a nieraz zdaje się wręcz czerpać przyjemność z agresji (lub przynajmniej z jej oglądania w telewizji, bądź stosowania w grach kompu- terowych). Świat zwierząt jest oczywiście bardzo krwawy. Na ogół działania zwierząt mają jednak pewną racjonalną motywację (zdobycie pożywienia, obrona terytorium, walka o samicę). Człowiek potrafi być znacznie gorszy. Człowiek jest w pewnym sensie bardziej agresywny od zwierząt. U zwierząt sygnał poddania się słabszego wygasza agresję silniejszego; u człowieka nie ma takiego mechanizmu (u szympansów też nie, lub w małym stopniu)29. Podczas walk na terenie byłej Jugosławii w jednym z tamtejszych ogrodów zoologicznych, w dziale drapieżników, ustawiono klatkę (oczywiście pustą) z tabliczką „człowiek”. Jakby to przykro nie brzmiało, to chyba przede wszystkim taka klatka powinna się była znajdować w tym dziale. 29 Piotr Stępień zwrócił na to uwagę w referacie: Genetyka agresji, wygłoszonym w Szkole Nauk Społec
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Najpierw trzeba się urodzić
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: