Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00034 006081 13109301 na godz. na dobę w sumie
Namibia - ebook/pdf
Namibia - ebook/pdf
Autor: , Liczba stron: 258
Wydawca: Burda Książki Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-7596-317-5 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> przewodniki >> podróże
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Z dwuletnim Stasiem i trzyipółletnim Michasiem przejechali 9000 kilometrów, konfrontując wyobrażenia z rzeczywistością i przekonując się (po raz kolejny!), że dzieci potrafią być wspaniałymi kompanami w podróży, choć ich postrzegania świata bywa dla dorosłego zaskakujące (na farmie gepardów dzieci przestraszyły się... jamnika!).

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

„Namibia – 9000 kilometrów afrykańskiej przygody” to to pierwsza w Polsce książka przedstawiająca ten nie- zwykły kraj. Relacja napisana barwnie i z humorem pozwa- la czytelnikowi na odkrywanie fascynujących miejsc oraz pokazuje codzienność i realia podróży z dziećmi przez pu- stynię i busz w poszukiwaniu prawdziwej Afryki. Samochodem terenowym z namiotami na dachu i zapasem wody wyruszamy na pustynię Namib. W Luderitz odnaj- dziemy miasto duchów, w parku narodowym Etosza zoba- czymy polowanie lwów na zebry, zaś w Fish River Canyon staniemy nad największym kanionem Afryki. Odkryjemy też co łączy odziane w skóry półnagie Himba z ubranymi w wiktoriańskie suknie Herero, zaś Buszmeni zdradzą nam tajniki przetrwania na pustyni Kalahari. cena 39,90 zł Książki dostępne w księgarniach i sprzedaży wysyłkowej: tel. 22 360 37 77 www.national-geographic.pl Anna Olej-Kobus i Krzysztof Kobus – podróżnicy, fotografowie i dziennikarze. Najbardziej lubią wędrówkę z dala od utartych szlaków zarówno podczas egzotycznych podróży jak i w Polsce. Są autorami ponad 20 albumów. Ich zdjęcia można zobaczyć na stronie www.travelphoto.pl.Od kiedy stali się rodzicami dwóch synków podróżują i poznają świat wraz z nimi. Michaś podczas pierwszego roku życia przejechał 35 000 km po Polsce podczas pracy nad albumem „Polska wielu kultur”, natomiast Staś dołączył podczas książki „Super-Polska. Vademecum rekordów i ciekawostek”. Doświadczeniami z rodzinnych podróży dzielą się poprzez portal Małego Podróżnika www.malypodroznik.pl. Jeśli chcesz się dowiedzieć:• Czy na WybrzeżuSzkieletów są prawdziwe szkielety?• Gdzie znaleźć diamentyi supermarket na pustyni?• Czy kobiety Himbanaprawdę nigdy się nie myją?• Jak małe jest najmniejszemiasto Namibii?• Po co Buszmenomskorupki strusich jaj?• Czy ryczące wydmynaprawdę ryczą?• Dlaczego wakacje kłują?Koniecznie przeczytaj tę książkę! „Namibia – 9000 kilometrów afrykańskiej przygody” to to pierwsza w Polsce książka przedstawiająca ten nie- zwykły kraj. Relacja napisana barwnie i z humorem pozwa- la czytelnikowi na odkrywanie fascynujących miejsc oraz pokazuje codzienność i realia podróży z dziećmi przez pu- stynię i busz w poszukiwaniu prawdziwej Afryki. Samochodem terenowym z namiotami na dachu i zapasem wody wyruszamy na pustynię Namib. W Luderitz odnaj- dziemy miasto duchów, w parku narodowym Etosza zoba- czymy polowanie lwów na zebry, zaś w Fish River Canyon staniemy nad największym kanionem Afryki. Odkryjemy też co łączy odziane w skóry półnagie Himba z ubranymi w wiktoriańskie suknie Herero, zaś Buszmeni zdradzą nam tajniki przetrwania na pustyni Kalahari. cena 39,90 zł Książki dostępne w księgarniach i sprzedaży wysyłkowej: tel. 22 360 37 77 www.national-geographic.pl Anna Olej-Kobus i Krzysztof Kobus – podróżnicy, fotografowie i dziennikarze. Najbardziej lubią wędrówkę z dala od utartych szlaków zarówno podczas egzotycznych podróży jak i w Polsce. Są autorami ponad 20 albumów. Ich zdjęcia można zobaczyć na stronie www.travelphoto.pl.Od kiedy stali się rodzicami dwóch synków podróżują i poznają świat wraz z nimi. Michaś podczas pierwszego roku życia przejechał 35 000 km po Polsce podczas pracy nad albumem „Polska wielu kultur”, natomiast Staś dołączył podczas książki „Super-Polska. Vademecum rekordów i ciekawostek”. Doświadczeniami z rodzinnych podróży dzielą się poprzez portal Małego Podróżnika www.malypodroznik.pl. Jeśli chcesz się dowiedzieć:• Czy na WybrzeżuSzkieletów są prawdziwe szkielety?• Gdzie znaleźć diamentyi supermarket na pustyni?• Czy kobiety Himbanaprawdę nigdy się nie myją?• Jak małe jest najmniejszemiasto Namibii?• Po co Buszmenomskorupki strusich jaj?• Czy ryczące wydmynaprawdę ryczą?• Dlaczego wakacje kłują?Koniecznie przeczytaj tę książkę! Michasiowi i Stasiowi – dobrze, że jesteście (i lubicie podróże tak jak my!) Milion kluczy wchodzi do zamka, ale tylko jeden go otwiera p r z y s ł o w i e a f r y k a ń s k i e Na początku każdej wyprawy jest marzenie. Czasem wystarczy zdję- cie, zasłyszana historia i już wiemy, że właśnie to miejsce nas przyzywa. To właśnie tam chcemy być, pod tym, a nie innym niebem zasypiać, tych, a nie innych ludzi spotkać. W sercu pojawia się tęsknota, którą uleczyć może tylko wyruszenie w drogę. Listopad 1994, Zakopane, spotkanie podróżników OSOTT Jest druga nad ranem, siedzę w puchowym śpiworze, bo przez nie- szczelne okna wieje lodowaty wiatr. Oczy same się zamykają, ale prze- cież nie mogę zasnąć, bo za chwilę mają być slajdy z Namibii Kuzi (Eli Kuźmiuk) i Michała Kochańczyka. Pomarańczowe wydmy wypełniają cały ekran. Patrzę zauroczona na zawiewane przez wiatr ślady na piasku, na bezkres afrykańskiej drogi, na tę zalaną słońcem przestrzeń i marzę, by kiedyś to zobaczyć. Jednak Namibia jest daleko, bilety lotnicze do niej nigdy nie są tanie, wynajem auta zaś znacznie przekracza studencki budżet. Mijają lata, a Namibia wciąż pozostaje pięknym, niespełnionym snem… Czternaście lat później, lot z Johannesburga do Windhuk Samolot South African Airways obniża lot, patrzę na rozciągającą się pod nami pustynię. Żwirowatą, obcą przestrzeń, poprzecinaną z rzadka szu- trowymi drogami. Pierwsza myśl: „Czym ja zajmę dzieci w aucie?”. I druga: „Po cholerę tu przyjechałam? Gdzie ta piękna Namibia?”. Ale nie ma odwrotu. Za chwilę samolot wyląduje na pasie i trzeba będzie zmierzyć się z rzeczy- wistością. Czy dorówna marzeniom? Najtrudniej jest podjąć decyzję o wyprawie. Potem wszystko staje się proste. Pierwszą przeszkodą do pokonania jest niewinne z pozoru słówko „ale”. Ileż przez nie wspaniałych planów przepadło, ileż pomysłów poległo! Pojechałabym, ale… kredyt, dziecko, praca, pieniądze… Ale czy tam jest bezpiecznie, zdrowo, czysto? Ale czy mnie nie okradną, bagaż się nie zgubi, nie zabłądzę? Pojechałabym, ale… Marzenia się rozwiewają, codzienność skrzeczy, a my stajemy się coraz starsi i z wiekiem coraz bardziej zgorzkniali. Czterdziestka to najwyższy czas, by zacząć spełniać swoje marzenia – bo jeśli nie teraz, to kiedy? Mamy trochę pieniędzy odłożonych na remont domu, lecz remont może przecież poczekać. Pewnego zimowego dnia pojawia się kusząca myśl o wyprawie i już nie odpuszcza. A może by tak Namibia? Michaś ma 3,5 roku, Staś 2 lata – to idealny wiek na rodzinną podróż. Zapada decyzja: jedziemy! – Na 4 tygodnie – zastrzega Krzysiek, bo przecież mamy tyle pracy, że na dłużej się nie da. Nie da? W głowie wciąż mam zasłyszane zdanie, iż na łożu śmierci nikt nie żałuje, że nie spędził więcej czasu w pracy. Zatem niech praca na nas poczeka, blisko 6 tygodni to nasz kompromis. Kupujemy bilety, rezerwu- jemy samochód, pakujemy plecaki i wreszcie wyruszamy. Marzenie staje się rzeczywistością. Tydzień przed wylotem Michaś spuchł. Na pierwszy rzut oka wyglądało to jak świnka. Cóż, podróżowanie z dziećmi przypomina spacer po polu minowym, nigdy nie wiadomo, co się wydarzy za chwilę. Misternie ułożony plan wyprawy zaczyna się sypać, bo przecież rezerwacje auta i campingów w Namibii poczynione, ale czy z takim dzieckiem można jechać? W panice 6 Namibia z lotu ptaka w okolicach Windhuk nie wygląda zachęcająco. Ale nie ma odwrotu: czas rozpocząć przygodę! Republika Namibii • Nazwa kraju Namibia pochodzi od pustyni Namib. W języku ludu Nama namib tłumaczone jest jako „miejsce, gdzie nic nie ma” lub „olbrzymi”. Oba te określenia doskonale oddają pustynny i prze- strzenny charakter tego kraju. • Powierzchnia 825 418 km² (co daje Namibii 34. miejsce na świecie). • Ludność: 2 128 471, co statystycznie oznacza 2 osoby na km² (Polska ma ponad 120 osób na km²!). • Stolica: Windhuk (ang. Windhoek), w sto- licy i okręgu mieszka blisko 300 tysięcy osób. • Flaga Namibii została przyjęta 21 marca 1990 roku. Umieszczone na niej słońce symbolizuje życie i energię, jest też nawią- zaniem do pustynnego charakteru kraju; błękitny jest symbolem nieba i Oceanu Atlantyckiego, przypominając, że bez wody nie ma życia; czerwony reprezentuje lud Namibii oraz jego walkę i determinację w budowie swojej przyszłości; biały odwołuje się do pokoju i jedności; natomiast zielony symbolizuje uprawy i roślinność. • Czas: w stosunku do polskiego czasu letniego +1 godzina, w sto- sunku do czasu zimowego +2 godziny (na Caprivi Strip przez cały rok +2 godziny). • Waluta: dolar namibijski (N$) dzielący się na 100 centów. Dolar namibijski jest wymienialny na randa w stosunku 1:1. W całej Namibii można też płacić randami południowoafrykańskimi (Namibia ma unię monetarną z RPA). • Języki: urzędowy angielski (który jest językiem ojczystym dla 8 zaledwie 1 obywateli), biała ludność posługuje się afrykanerskim i niemiec- kim, miejscowe plemiona zaś używają 28 języków oraz licznych dialektów. • Namibia jest jednym z naj- bogatszych krajów Afryki (m.in. dzięki diamentom i górnictwu, w tym uranu), jednak jak to bywa ze sta- tystyką, nie oddaje ona dokładnie rzeczywistości. Około połowa mieszkań- ców żyje poniżej poziomu nędzy (ok. 1,25 $ dziennie). • Religia: około 80 miesz- kańców deklaruje się jako chrześcijanie, z czego pro- testantyzm wyznaje ponad 56 , katolicyzm zaś około 15 . Animizm wyznaje około 15 , muzułma- nie stanowią około 3 populacji. 9 ściągamy lekarkę, która po dokładnych oględzinach diagnozuje bakteryjne zapalenie ślinianek. Typowa sytuacja: dziecko miało rankę na brodzie, zdzie- rało strupek brudnymi łapkami, aż w końcu wdało się zakażenie. Pani doktor zapisuje antybiotyk i ustalamy, że za cztery dni, jak będzie wiadomo, czy lek skutkuje, ustalimy co dalej z wylotem. Na szczęście lek działa! Kończymy pakowanie z duszą na ramieniu i nadzieją w sercu, że wszystko będzie dobrze. W dniu wylotu chłopaki od rana dopytują się, czy nasz samolot już przyleciał? Od świtu są gotowi koczować na lotnisku, byleby tylko na pewno nie przegapić lotu! Godzinę przed wyjściem z domu przytomnie dzwonię do linii lotniczej dowiedzieć się o dokładne limity bagażu na ten lot. Ups… jedna torba może mieć maksymalnie 20 kg. A mamy taką ważącą ze 30 kg! Robimy błyskawiczne przepakowanie. Mój bagażowy rekord (3 tygodnie w Etiopii z małym, podręcznym plecaczkiem) na długo jeszcze pozostanie poza naszym zasięgiem. Jadąc z dziećmi, trzeba bowiem zabrać znacznie więcej rzeczy: sama apteczka to 2 pudełka (nie licząc apteczki podręcznej). W końcu chyba jesteśmy gotowi. Jesteśmy? O rety, przecież mieliśmy obciąć grzywkę Michasiowi, bo włosy mu już w oczy wchodzą! Robimy błyskawicznego fryzjera i wreszcie możemy wyruszyć z domu. Na lotnisko odprowadzają nas dziadkowie. Gdy dochodzi do rozsta- nia, Michaś protestuje, bo przecież babci będzie smutno i powinniśmy wszyscy jechać! Potem wielka fascynacja: rolki, na których nasze rzeczy jadą do maszyny, i radość, że wszystko wyjechało po drugiej stronie do samolotu. I informowanie służb granicznych, że dostali od babci cukierki, co spotyka się z uśmiechem zrozumienia. Ostatnie machanie na pożegnanie, babcie dyskretnie ocierają łezki, mnie też robi się ciut smutno, ale tylko ciut, bo chłopcy już biegają jak wściekli i nie mam czasu na przeżywanie, tylko muszę się wziąć do poskramiania ich energii. Powoli dociera do mnie, że nareszcie zaczyna się nasza Wielka Przygoda! We Frankfurcie sprawnie zmieniamy terminal, znajdujemy właściwy samolot i dalszy lot przebiega spokojnie, jeśli nie liczyć nerwów chłopców, że im słuchawki z uszu spadają (nie przewidzieli dla pasażerów tak małego rozmiaru). Po godzinie kreskówek, kolacji, zabawie puzzlami, jakie dostali od stewardesy, padają syci wrażeń. Budzą się dopiero przed lądowaniem 10 w Johannesburgu, gdzie mamy przesiadkę i gdzie Michaś bierze ostatnią dawkę antybiotyku. Wreszcie lądujemy w Windhuk. Kameralne lotnisko, które w Europie uchodziłoby za trzeciorzędne, tutaj nazywa się dumnie International Airport. W budynku wita nas mapa Namibii na podłodze. – Tutaj jesteśmy – Krzysiek pokazuje butem na Windhuk, a Staś radośnie zaczyna po mapie biegać. W końcu staje gdzieś między Swakopmund a Walvis Bay. OK synku, tam też będziemy! W hali przylotów tłumu nie ma, więc od razu rozpoznajemy się z czeka- jącym na nas Jurkiem Mazgajem. Do Namibii trafi ł niczym w żeglarskiej szancie: „ze Świnoujścia do Walvis Bay”. Tyle że przybył tu nie ze Świnoujścia, ale Wolina i żartuje, że wciąż mieszka na tym samym południku. Za to zupeł- nie zgodnie z szantą przypłynął tu na statku rybackim, po czym najpierw stracił serce dla pięknej Helmi, a potem uznał, że Namibia to dobre miejsce do pozostania na stałe. I dalej łowi, tylko zamienił ryby na diamenty, gdyż został kapitanem na jednym z diamentowców kompanii Namdeb, gdy zaś jest na lądzie, prowadzi wraz z Helmi biuro podróży Bocian Safaris. Choć stolica Namibii jest niewielka, krążymy po niej kilkakrotnie, nim udaje się nam znaleźć Chameleon Lodge. Bo nasze mapy są jak dla wroga: niby wszystko się zgadza, a trafi ć na miejsce nie możemy. W końcu się udaje. Rzucamy bagaże, meldujemy się, chłopcy wypatrzywszy basen, już szykują się, by do niego wskoczyć tak jak stoją, w spodniach i butach! Szybka inter- wencja Krzyśka ratuje ich przed kąpielą („Dzikie dzieci, basenu nie widziały?” – zastanawia się pewnie obsługa). Nasz czteroosobowy pokój ma typowy standard backpackerski, czyli dwa piętrowe łóżka. Chłopcy jeszcze czasem spadają z „dorosłych” łóżek, zatem meblujemy pokój po swojemu: mate- race na podłogę i gotowe! Zaczynamy obchód terenu. W kuchni czeka nas pierwsze zaskoczenie: wiedząc, że przyroda jest największym turystycznym skarbem kraju, Namibijczycy bardzo poważnie podchodzą do ochrony śro- dowiska. Dlatego obok kosza na odpadki wisi spory plakat z informacją, że każdy turysta zostawia po swoim pobycie kilkadziesiąt kilogramów śmieci oraz zużywa 100 litrów wody dziennie. Przecieram oczy ze zdumienia: to z nami (ludźmi cywilizacji) jest aż tak źle? Nad każdą umywalką umiesz- czono napis przypominający: „Zakręć wodę, gdy myjesz zęby, mamy jej 11 Windhuk to przyjazna stolica. Pomnik Hosea Kutako dzieli 200 metrów od Christus Kirche, by obejść zaś najważniejsze zabytki, wystarczy godzina. mało, jesteś w pustynnym kraju, będziemy ci wdzięczni, jeśli będziesz o tym pamiętać!”. Koło prysznica instrukcja: „Spłucz ciało, zakręć wodę, namydl się i umyj, odkręć wodę. Pamiętaj, że prysznic nie powinien trwać dłużej niż 5 minut, bo zużyjesz za wiele wody, a trzeba ją oszczędzać!”. Windhuk przybyszom z Europy jawi się jako prowincjonalne miasteczko na peryferiach mapy. Wystarczy jednak trochę pojeździć po kraju, by zoba- czyć w nim światową metropolię. Z kawiarniami, promenadą, sklepami i sygnalizacją świetlną. Kolonialną zabudową, wieżowcami oraz równo przy- strzyżonymi trawnikami. W samym centrum stoją półnagie kobiety Himba sprzedające tradycyjne rękodzieło. Mijają je elegancko ubrani pracownicy biur, spieszący Independence Avenue do pracy. Pasaż handlowo-restaura- cyjny Post St Mall z Wieżą Zegarową pasowałby do dowolnej europejskiej stolicy, tylko pojawiające się co krok afrykańskie rzeźby, maski i dekoracje przypominają, że jesteśmy w Namibii. Pośrodku pasażu widać stojące na podestach dziwne przedmioty – czyżby współczesne, abstrakcyjne rzeźby? Po chwili tajemnica się wyjaśnia – to meteoryty Gibeon! Fantazyjnie powyginane bryły żelaza to najprawdziwsi przybysze z kosmosu, których w Namibii spadło wyjątkowo wiele. W stolicy postanowiono je uhonorować robiąc z nich swoistą wystawę w samym centrum miasta. Niedaleko naszego hoteliku widzimy kościół na wzgórzu, pasujący bar- dziej do bawarskiego kurortu niż Afryki. Luterański Christus Kirche to punkt orientacyjny miasta, najsłynniejszy z zabytków, ozdobiony witrażami ofi a- rowanymi przez cesarza Niemiec Wilhelma II. W założeniu miał upamięt- niać pokój zawarty między kolonistami i miejscową ludnością, stąd w jego wnętrzu umieszczono tablice poświęcone dzielnym niemieckim żołnierzom poległym w walce. O poległych przeciwnikach – wywodzących się z rdzennej ludności – nie ma słowa. Naprzeciwko kościoła z dumnie wzniesionym kara- binem widnieje wojak na koniu: żołnierz wojsk kolonialnych po wsze czasy ma przypominać żołnierzy, którzy zginęli na początku XX wieku w walkach z wojownikami Nama i Herero. I znowu o zabitych namibijskich żołnierzach – wzmianki nie ma. Tak już będzie do końca podróży: jakby historia Namibii tworzona była tylko przez jeden kolor skóry. Upamiętnienia afrykańskich 13 przywódców próżno szukać. Jedynym wyjątkiem, na jaki natrafiamy, jest podobizna Hendrika Witboia (dowódca Hotentotów walczących z Niemcami) umieszczona na wszystkich banknotach i trzy posągi namibijskich bohate- rów (w tym wodza Herero Hose Kutako) ustawione przed parlamentem. Cóż za przewrotność historii, wszak budynek parlamentu pamięta czasy kolo- nialne, gdy nazywany był Tintenpalast, czyli Atramentowym Pałacem, mie- ścił bowiem administrację Niemieckiej Afryki Południowo-Zachodniej. Jego nazwa odnosiła się do ilości atramentu, jaki tu zużywano podczas niezliczo- nych biurokratycznych procedur. Nieopodal jest skrzyżowanie, gdzie łączą się Castro Str. i Robert Mugabe Avenue. Jeden przez pół wieku zrujnował Kubę, drugi do historii przejdzie jako polityk, który z Zimbabwe zwanego kiedyś Szwajcarią Afryki, uczynił zadłużonego nędzarza. Osobliwe towarzystwo upa- miętnione w kraju, będącym jednym z najbogatszych w Afryce. Następnego dnia o dziesiątej rano przyjeżdża po nas pracownik Camping Car Hire, gdzie jeszcze przed przylotem wynajęliśmy auto. Podróżując po Namibii, lepiej bowiem zapomnieć o autobusie i autostopie, jako że publiczny trans- port praktycznie tu nie istnieje. Jeszcze przed przylotem mówiono nam, że jeśli spotkamy trzy auta dziennie, to znaczy, że na drodze jest tłoczno! Myślałam, że przesadzają. Jak bardzo się myliłam, przekonamy się po wyru- szeniu na szlak! Jeszcze w Polsce długo deliberowaliśmy, co wynająć, w końcu zdecydowaliśmy się na wariant klasyczny, czyli terenówkę (na te drogi ide- alną!) z namiotami na dachu. To bardzo praktyczne rozwiązanie: wystarczy pociągnąć za drabinkę i spanie jest rozłożone na wysokości zabezpieczającej przed wężami i skorpionami. Gdy dojechaliśmy do fi rmy Camping Car Hire i zobaczyliśmy stojące na podjeździe auto z rozłożonym namiotem, spytałam: – Czy to samochód demonstracyjny? – Nie, to wasz samochód! Zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia. Krzysztof wraz z pra- cownikiem fi rmy zabiera się do poznawania tajników auta, bo przecież ktoś musi wiedzieć, gdzie zaczepić podnośnik, gdzie ukryto zapasowe części, koła i jak się do nich dobrać oraz co kryje się pod maską. Chłopcy tym- czasem wdrapali się na górę i z namiotu nie można ich wyciągnąć, choć przed wyjazdem Michaś miał wątpliwości, czy to bezpieczne (– A jak auto 14 Meteoryt Hoba Na północy Namibii znajduje się największy znany współ- cześnie meteoryt. Meteoryt Hoba nazwę zawdzięcza far- mie Hoba West (ok. 25 km od Grootfontein), na której się znajduje. Jego odkrycie było najzupełniej przypadkowe: pewnego dnia farmer, orząc ziemię, natknął się na prze- szkodę – po zbadaniu jej przez Jacobusa Hermanusa Britsa w 1920 roku ustalono, iż jest to meteoryt. Od 1955 roku miejsce jego znalezienia uznano za pomnik narodowy i utworzono Namibijskie Muzeum w Grootfontein ze strażnikiem pilnu- jącym, by turyści nie odłupywali jego kawałków na pamiątkę. Wbrew pozorom było to (i wciąż jest) całkiem realne zagrożenie dla tego przy- bysza z kosmosu! Skład meteorytu Hoba to: 82 żelaza, 16 niklu, 0,8 kobaltu wraz z domieszkami innych metali. Ze swą wagą ponad 50 ton jest największym kawałkiem żelaza rodzimego znajdującym się na Ziemi. Nie wiadomo kiedy dokładnie postanowił do nas wpaść, naukowcy szacują, iż było to jakieś 80 tysięcy lat temu. Spłaszczony, nietypowy kształt sugeruje, iż prawdopodobnie meteoryt ten odbijał się kilkakrot- nie od atmosfery naszej planety (niczym kamyk puszczony po wodzie), dzięki czemu wytracał swą prędkość. Zapewne dlatego też nie roz- padł się na drobne kawałki, przekraczając atmosferę i nie zagłębił się w ziemi, tworząc krater (jak miało to miejsce w przypadku innych zna- lezionych meteorytów), lecz był schowany stosunkowo płytko. Obecnie miejsce, gdzie leży meteoryt, jest udostępnione do zwiedzania. 15 się przewróci? – pytał poważnie zaniepokojony). Teraz z namiotu dochodzą nas piski radości i okrzyki: – Tata! Mamy wędkę! – (Dobrali się do odciągaczy namiotu). – Tata! I miecze mamy! – Hm, chyba metalowe pałąki podtrzymujące wej- ście są w niebezpieczeństwie! Ja tymczasem patrzę na wyposażenie i oczom nie wierzę. Niby wiedzie- liśmy, że tutaj dostaje się auto z całym sprzętem campingowym, praktycz- nie gotowe do wyruszenia w drogę. Ale co innego wiedzieć, a co innego zobaczyć ten stos klamotów, absolutnie niezbędnych do cywilizowanego podróżowania. W namiocie czekały na nas materace do spania, śpiwory i malutkie poduszeczki (bo wiadomo przecież, że bez poduszeczki śpi się znacznie gorzej), ale było to niczym w porównaniu z zawartością bagaż- nika! Ciemnoskóry pracownik Camping Car Hire przy nas robił pobieżny przegląd, sprawdzając na swojej liście kontrolnej, czy dostaliśmy wszystko co trzeba: krzesła, stół (z obrusem w afrykańskie zwierzęta!), butla gazowa z palnikiem i kompletem garnków, kanister dwudziestolitrowy na wodę, grill (zamiłowanie do steków i frankfurterek to kulinarna pozostałość po niemieckich osadnikach), duża lodówka (gdzieś przecież trzeba chłodzić wino i piwo!), talerze (płaskie, głębokie i dwa rodzaje miseczek), szklanki i kubki, sztućce, noże, myjki i płyn do zmywania, obieraczki, otwieracz do puszek (i do wina – ten nawet bardziej był potrzebny!), deska do krajania, chochla do zupy, termos, miska na pranie, miska do sałatek, kilka różnej wielkości pojemników na jedzenie, siekiera, łopata… Nie zapomniano nawet o apteczce wyposażonej w podstawowe leki i środki opatrunkowe oraz sznurku do suszenia prania ze spinaczami. Spinacze wydawały mi się ekstrawagancją, dopóki pierwszy raz nie powiesiłam prania. W Namibii zwykle tak wieje, że trzeba rzeczy czymś przymocować, by nie odleciały! Przez kilka pierwszych dni co chwila odkrywaliśmy w bagażniku kolejne skarby, których byśmy sami nigdy nie spakowali na wyjazd. Jak widać, siermiężny tramping zastąpiony został przez eleganckie safari w stylu Pożegnania z Afryką. Trzeba przyznać, że miało to swój urok, choć obie- raczka do szparagów i tłuczek do ziemniaków okazały się jednak zupełnie zbyteczne… 16 Zakupy, które pomagają W centrum Windhuk w dawnym budynku browaru znajduje się Craft Centre. To doskonałe miejsce na zakupy pamiątek nie tylko dlatego, że są tu rzeczy wytwarzane przez miejscowych artystów (nie znajdziemy tu niczego, co by przypłynęło kontenerem z Chin!), lecz także dlatego, że wiele sprzedawanych tu towarów jest oryginalnych i bardzo dobrej jakości. Wśród dziesiątek przedmiotów warto zwrócić uwagę na świeczki w dekorowanych połówkach jaj strusia, ręcznie malowane sukienki i tka- niny oraz guziczki z wypalanej gliny w kształcie afrykańskich zwierząt. Nalepki na odwrocie często informują, że kupując ten produkt, dajesz zatrudnienie afrykańskim kobietom lub nawet podają, w której dokład- nie wiosce dany przedmiot został zrobiony. Podobny sklep znajduje się w Swakopmund, na parterze wieży widokowej w Woermann Haus, którego właścicielka od lat jeździ po namibijskich wioskach, zbierając przedmioty wytwarzane przez lokalnych rzemieślników. Każda rzecz w jej sklepiku ma swoją historię, a wiele z nich to prawdziwe dzieła sztuki. Co istotne, pieniądze ze sprzedaży towarów trafi ają bez dodatkowych pośredników do ich twórców. Windhoek, Namibia Craft Centre, Old Brewery Building, 40 Tal Street. Swakopmund, Swakop Info (sklep jest jednocześnie informacją turystyczną) w Woermann Haus, 10 Bismarck Street, tel +264 (64) 405 488, www.swakop-info.com 17 Pierwszy biwak. Dzieci najbardziej lubiły jeść obiad „po trapersku”, czyli na klapie bagażnika. Kulisy niepodległości Namibii Namibia, nazywana najmłodszym niepodległym państwem Afryki (obec- nie najmłodszym stał się Południowy Sudan), przeszła długą drogę do wol- ności. W 1884 roku została niemieckim protektoratem zwanym Niemiecką Afryką Południowo-Zachodnią (Deutsch-Südwestafrika). Podczas I wojny światowej tereny te przejął Związek Południowej Afryki (obecnie RPA). Po II wojnie światowej ONZ postanowiło zmienić status Afryki Południowo -Zachodniej na terytorium powiernicze ONZ, jednak RPA nie uznała tej decyzji i bezprawnie włączyła cały obszar w granice swego terytorium jako piątą prowincję Republiki Południowej Afryki. Przez wiele lat sytuacja wyda- wała się patowa, aż wreszcie rok 1987 przyniósł przełom, choć początkowo nic nie zapowiadało sukcesu. Rozmowy dotyczące zaprowadzenia pokoju w Afryce między Stanami Zjednoczonymi, Kubą, RPA i Angolą utknęły w martwym punkcie. Kuba ani myślała opuszczać towarzyszy w Angoli, choć po czternastu latach walk kraj był na skraju bankructwa, a kontynu- owanie wojny nie miało żadnego sensu. Wieczorem, gdy skończyło się ofi - cjalne spotkanie, w hotelowym barze minister spraw zagranicznych RPA Roelof „Pik” Botha podszedł do przedstawiciela kubańskiej delegacji. – Czy brał pan pod uwagę, że wszyscy możemy być zwycięzcami? – zapytał. Kubańczyk aż się zakrztusił z wrażenia. – Jeśli będziemy kontynuować tę walkę, wszyscy będziemy przegrani, jeśli jednak wy wycofacie się z Angoli, my opuścimy Namibię. Castro będzie mógł ogłosić światu, że wywalczył wolność dla Namibii, a my powiemy naszym wyborcom w RPA, że pozbyliśmy się Kubańczyków z Angoli. Zobaczył zdumione oczy. Kubańczykom, nastawionym na walkę do końca, to rozwiązanie nie przyszło do głowy. Rok później, 22 grudnia 1988, w Nowym Jorku podpisano układ pokojowy zawierający klauzulę gwarantującą pełną niepodległość Namibii i wycofanie wojsk kubań- skich z Angoli. Fidel Castro mógł z dumą uznać się za ojca namibijskiej niepodległości i człowieka, który zakończył okres kolonializmu w Afryce. 20 Rzeczą najważniejszą była skrzynia na jedzenie. – Czy ona jest szczelna? – pytałam w mailu jeszcze przed przyjazdem. – W tym kraju nic nie jest tak szczelne, by do środka nie dostał się kurz – dostałam rozbrajająco szczerą odpowiedź. Bo też będąc tu nie masz wyboru, z kurzem musisz się zaprzyjaźnić. Aby jednak nie mieć go w nad- miarze, auta terenowe mają w tylnej pace malutkie okienko, które w trak- cie jazdy powinno być zawsze otwarte – dzięki temu podczas jazdy kurz nie jest zasysany do wewnątrz. Tak nam to tłumaczono w wypożyczalni, my oczywiście wiedzieliśmy lepiej, więc dopiero trzeciego dnia, gdy ilość pyłu w środku osiągnęła stan krytyczny, zaczęliśmy stosować tę metodę i o dziwo okazała się skuteczna! Wreszcie nadchodzi upragniona chwila, gdy Krzysiek bierze kluczyki, wsia- damy do auta i… ruszamy! Już jadąc do wypożyczalni, czujnie stwierdzi- liśmy, że powrót powinien być łatwy, żadnego większego skrzyżowania. Nie żeby Krzysztof był słabym kierowcą, ale nigdy jeszcze nie miał okazji jeździć lewostronnie. Jak twierdzi, nie jest to duży problem, tyle że w tym samochodzie nie tylko kierownica jest umieszczona odwrotnie: ze trzy razy włącza wycieraczki zamiast kierunkowskazów. No i musi uważać, by nie wje- chać na rondo pod prąd! Dlatego też na początek dobrze jest pojeździć po ruchliwym (jak na tutejsze warunki) centrum, bo przynajmniej czło- wiek trzyma się poprzednika. I tak jadąc na zderzaku miejscowych kierow- ców, docieramy do sklepu, gdzie robimy zapasy na następnych kilka dni. Nie obywa się bez drobnej awantury, gdy Krzycho pakuje do kosza trzeci bochenek chleba. – Oszalałeś? Gdzie my to pomieścimy! Przecież mamy po drodze kilka miasteczek! – usiłuję powstrzymać jego rozszalały konsumpcjonizm. – Nie będę się co chwila zatrzymywać na głupie zakupy – słyszę w odpo- wiedzi. Zamierzam się demonstracyjnie obrazić (a mam w tym sporą wprawę!), gdy spostrzegam Amarulę, najpyszniejszy pod słońcem likier. Zapakowanie 2 butelek do koszyka znakomicie poprawia mi humor (choć nadal nie mam pojęcia, jak my się z wszystkimi bagażami zmieścimy!). Wieczór upływa nam na układaniu rzeczy do skrzyni i odpowiednich toreb, potem cały ranek wciskamy je gdzie się da i w końcu – ruszamy przed siebie! 21 DROGI NA BEZDROŻACH Tylko drzewa nie mogą się spotkać p r z y s ł o w i e n a m i b i j s k i e Pierwsze kilometry po wyjechaniu z Windhuk pokonujemy z niepewnością nowicjuszy na lewostronnym szlaku. Wkrótce za miastem widzimy dziwny znak: „Koniec asfaltu, wjeżdżasz na szuter!”. Południe kraju to głównie takie drogi. Na początku jedzie się szutrem ostrożnie. Sześćdziesiąt na godzinę, jak nakazuje rozsądek i brak wprawy. Potem noga sama dociska gaz coraz moc- niej. Bo wokół nas – pustka. Po horyzont – nic. Krajobraz bezkresny, bezludny, bezdrzewny. Jako przestrogę, by jednak gazu nie dociskać, wypożyczalnie do każdego z aut dodają ulotkę ze zdjęciami zdemolowanych dachowaniem wraków i informacją, że 25 procent wypadków klientów spowodowanych było nadmierną szybkością. Wystarczy trochę piasku na drodze i przy gwał- townym hamowaniu jedzie się jak po lodzie. O powód do hamowania nader łatwo: a to żyrafa lub guziec wyjdzie na drogę, a to antylopa wyskoczy. Tego dnia chcemy dotrzeć do Solitaire, od którego dzieli nas 270 km. Przy okazji przekonuję się, że to, co brałam za osady wzdłuż całej drogi, to w rzeczywistości… farmy, których często nawet nie widać z drogi. – No i masz swoje zakupy w interiorze – ironizuje Krzysiek, a ja z ciężkim sercem muszę przyznać mu rację i ogłosić publicznie, że „tata ma zawsze rację. Jeśli nie ma racji, patrz punkt pierwszy”. Koło czternastej zaczynamy szukać miejsca na obiad, ale to pustko- wie dookoła nie zachęca by się zatrzymać. W końcu trafiamy idealnie: 24
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:


Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: