Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00804 010725 7472985 na godz. na dobę w sumie
Namiętność. Opowieści niesamowite - ebook/pdf
Namiętność. Opowieści niesamowite - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 312
Wydawca: Armoryka Język publikacji: polski
ISBN: 978-8-3806-4184-6 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> kryminał, sensacja, thriller >> thriller, horror
Porównaj ceny (książka, ebook (-23%), audiobook).
Zbiór opowiadań znakomitego pisarza, Stefana Grabińskiego, tworzącego przed drugą wojną światową, specjalizującego się w opowieściach niesamowitych, zwanego polskim Edgarem Allanem Poe. Tom zawiera 17 opowieści grozy, które polecamy do czytania ludziom o mocnych nerwach. I ostrzegamy, by ich nie czytać po zmroku! Kto sięgnie po ten zbiorek, na pewno się nie zawiedzie! Mistrzostwo pióra, subtelne wprowadzanie w nastrój, zaskakujące zakończenia opowiadań: Dzieża, Namiętność – L'appassionata, Przypadek, Pojednanie, Znak, Kochanka Szamoty, W domu Sary, Tajemnica hrabiny Maspery, Kruk, Projekcje, Strych, Pani z Białego Kasztelu, Nocleg, W willi nad morzem, Przypławek Jana Mrocha, Porumbica, Wizyta.
Znajdź podobne książki

Darmowy fragment publikacji:

Stefan Grabiński Stefan Grabiński Stefan Grabiński Stefan Grabiński NAMIĘ T N OŚĆ NAMIĘ T N OŚĆ NAMIĘ T N OŚĆ NAMIĘ T N OŚĆ opowieści niesamowite opowieści niesamowite opowieści niesamowite opowieści niesamowite Namiętność Stefan Grabiński Namiętność opowieści niesamowite Armoryka Redaktor tomu: Marta Sarwa Projekt okładki: Juliusz Susak © Wydawnictwo ARMORYKA 2016 Wydawnictwo ARMORYKA ul. Krucza 16 27­600 Sandomierz http://www.armoryka.pl/ ISBN 978­83­8064­184­6 DZIEŻA Zabawa u państwa Zubrzyckich udała się znakomicie. Wandzia wróciła do domu koło dziesiątej wieczór w humo- rze doskonałym, z oczyma błyszczącymi radością, niezatar- tymi śladami świeżo przeżytych wrażeń. Zespół gości był wyborny: parę panienek-rówieśnic, koleżanek z liceum pani d Astre, kilka młodszych kuzynek państwa Zubrzyc- kich i sześciu chłopców. Był między nimi też Władek, we- soły, jasnowłosy piątoklasista; ten sam, który pierwszy na świecie zauważył, że Wandzia ma śliczne, duże oczy i ręce miękkie jak jedwab. Bardzo miły ten Władek! Zabawa przeciągnęła się wyjątkowo do późna, bo chłopcy wymyślili szereg nowych rozrywek i gier, które zajęły bardzo młode towarzystwo. Bawiono się w pytkę, w podróż bez pieniędzy, potem odegrano małą komedyjkę ze śpiewami i tańcami (zwłaszcza ten dodatek z tańcami był bardzo na miejscu) – zbierano miód (bardzo przyjemna i słodka zabawa), a potem urządzono rodzaj cenzury, lecz w formie dotąd Wandzi nieznanej; zwykle bowiem cenzu- ruje się kogoś w jego własnej osobie jako człowieka, na którego wygaduje się rozmaite plotki, czyli tzw. złe i dobre wieści; tymczasem cenzurę u pp. Zubrzyckich przeprowa- dzano w sposób trochę odmienny. Oto osobniki, które mia- ły paść ofiarą osądu, nie zasiadały na ławie oskarżonych we własnej osobie, lecz jako zwierzęta, rośliny lub jako przed- 5 miot martwe. Wynikały stąd bardzo wesołe historie i nie raz śmiano się do rozpuku, gdy padło z ust zbierającego plotki jakieś trafne określenie lub dosadne porównanie. Po- mysł był tym lepszy, że teraz nie krepował się nikt wzglę- dami na osobę, która jako taka przestawała na chwilę ist- nieć, podszywając się w cudzą skórę cierpliwą już na do- cinki i żarty. Tak np. p. Stasia Wysoczańska przemieniła się na pe- wien czas w mrówkę i w tej postaci musiała wysłuchać paru dowcipnych uwag. Ktoś złośliwy (zapewne jeden z chłopców) popisał się przy tej okazji znajomością zoolo- gii, utrzymując, że mrówka ta posiada nader zjadliwe pa- rzydełka. Inny znów niecnota twierdził z przekąsem, że wbrew uświęconej opinii o pracowitości mrówczego rodu jest bezprzykładnie leniwa i gnuśna. I tak bawiono się jesz- cze jakiś czas kosztem Stasi-mrówki. Wandzia zasiadła na cenzurze w roli dzieży. Pomysł przyszedł jej nagle, w ostatniej chwili, pod wpływem wspomnienia z przeżyć tegoż dnia przed zabawą. Idąc mianowicie koło ósmej rano do liceum, przypad- kiem rzuciła okiem we wnętrze jakiegoś zapadłego podwó- rza i tu ujrzała stojącą wśród kupy wiórów i trocin starą, za- błoconą dzieżę, nad którą pochyliła się ciekawie jakaś biedna, obdarta dziewczynka. Obraz utkwił w pamięci wy- raźnie, nie wiadomo dlaczego i teraz zużytkowała go do za- bawy. Plotkował wtedy Władek i zebrał całą wiązankę sprzecznych zdań i często wzajem się wykluczających po- glądów na dzieżę. Jedni utrzymywali, że za wysoka, inni, że jak na zwykłą gospodarską dzieżę za wytworna – ktoś biadał, że to chyba tylko dzieżą od parady, bo użytku z niej żadnego – jakiś złośliwiec podpatrzył kanciastość brzegów – inny rzucił zjadliwą, zresztą całkiem niezgodną z istot- 6 nym stanem rzeczy (Władek poświadczy) uwagę, że trochę kuleje, bo nóżka w stosunku do kubła za mała. Dużą wesołość obudziło spostrzeżenie, że sprzęt będący tematem plotek jest dzieżą dziwnego nabożeństwa i zakra- wa na dziwoląga, gdyż zamiast, jak Pan Bóg przykazał na czterech, wspiera się tylko na dwóch nogach, jakim mimo to sposobem zdoła utrzymywać równowagę stałą, to już jest zagadką trudną do rozwiązania. Najzabawniej wypadła opinia końcowa. Ktoś naiwnie wypadające ze stylu zauważył, że ma bardzo ładną sukien- kę. Proszę państwa, co za komiczne zestawienie: dzieża w sukience! Wandzia wybrała ostatnią plotkę, której autorką, jak się okazało, była mała siedmioletnia Zosia Tenczyńska. Dziewczątko, ogromnie zadowolone z wyboru, usiadło na cenzuralnym krzesełku i na tym grę zakończono. Po cenzorze przyszła kolej na chowankę. Państwo Zu- brzyccy mają duży ogród, więc kryjówek było pełno. Zwłaszcza ta w krzakach bzu pod ścianą domu koło wiel- kiej, pękatej beczki jest znakomitą, można tam siedzieć bezpiecznie przez cały dzień i nikt nie znajdzie, tylko Wła- dek podpatrzył ją z daleka i podkradłszy się znienacka, po- całował w lewe uszko. Trochę się pogniewała, bo ją prze- straszył – zresztą jakoś nie wypada – zawsze to obcy chło- piec; lecz na pożegnanie przeprosili się serdecznie. – Wan- dzia nawet mocno ścisnęła mu rękę... Tak, tak – bardzo dziś było przyjemnie u pp. Zubrzyckich, bardzo, bardzo... a... a... – ziewnęła Wandzia przeciągając się rozkosznie w łóż- ku na miękkiej pościeli pod jedwabną, błękitną kołderką. Obrazy zaczęły się mieszać, zlewać. Światło w sypialni zgasło już i po domu rozlała się jednolita ciemność. Z salo- nu dochodziło ciche tykanie ściennego zegara, z ulicy spieszne kroki spóźnionego przechodnia. 7 Wandzia zamknęła ciężkie powieki i zasnęła... Znienacka, z mroczni snu wysnuło się jakieś ciepłe, za- mknięte szczelnie wnętrze – czeladna lub kuchnia w starym dworze, zupełnie podobna do tej, jaką widziała ubiegłego lata u dziadków w Snowiu Wielkim. Izba była duża, jasna, mocno nagrzana. Musiało być lato i upał, bo przesłoniętych organtyną oknach stało słońce w barwach sytych, gorących. Wzdłuż ścian drzemały ławy, rozgrodzone w kącie du- żym, kuchennym stołem, w głębi na prawo od drzwi zionął czeluścią piec piekarski. Na krześle wyplatanym z oparciem, pod wysokim, dę- bowym kredensem siedziała staruszka i przesuwała w pal- cach paciorki różańca. Między kredensem a piecem, tuż przy ścianie stała ob- szerna, głęboka, żłobiona dzieża. I rzecz dziwna! Wandzia od razu zrozumiała, że właściwie ona jest tą dzieżą – tym grubym, brzuchatym sprzętem na drewnianych nogach. Było to doprawdy śmieszne, ale prawdziwe. Najciekaw- szym wydało się, że sprawa przedstawiła się jej od razu z taką oczywistością, iż poddała się temu, jakby to było samo przez się zrozumiałe. Wkrótce przestała się nawet dziwić i gdyby ktoś kazał jej wydzielić własną istotę z ciała dzieży, poszłoby to z wielką trudnością. Pod ścianą tedy stała Wandzia – dzieża z rozczynionym ciastem w swym pojemnym łonie. Z wierzchu przykrywał ją lekki, przezroczysty muślin, który rozpięty sztywno nad otworem wnętrza przylegał mocno niby błona do jego brzegów – zapewne ochrona przed muchami, których roje uwijały się po izbie. Ciszę czeladnej przerywał brzęk owadów tłukących skrzydełkami w okna lub szept zwiotczałych warg staruszki odmawiającej różaniec. W połowie jakiegoś Zdrowaś pod- niosła oczy od czarnych, z wiśniowego drzewa paciorków 8 i popatrzyła z uśmiechem w stronę dzieży. Wtedy Wandzia poznała matkę dziwnie postarzałą o lat kilkanaście. Chciała coś do niej przemówić, chciała dać się poznać, lecz mimo wysiłków nie mogła – była dzieżą, bezustym przedmiotem. Staruszka opuściła oczy z powrotem na różaniec i dalej przesuwała w palcach wiśniowe kuleczki... Na szybie zahuczała mucha, wpadłszy w matnię zasta- wioną przez dużego pająka, który czyhał na nią już od dłuższego czasu w kącie futryny... Wędrowny klin słońca przepuszczony szparą między firanką a brzegiem okna przesunął się powoli pod ławę i załaskotał gorącym języ- kiem jej nogi. W piecu piekarskim trzaskał świeży chleb, pękał delikatny, wonny jego naskórek... Dzieża uczyła w swym łonie tajemnicze ruchy. Zaczy- nione ciasto podnosiło się z głębi cichym postękiem i roz- padało kolisto; na powierzchni masy tworzyły się małe wydmy, rozwierały otworki, niby pierścieniowate kratery, to znów wyskakiwały półprzeźroczyste, ciaściste bąble i dumały chwilę na miękkiej pościeli. Odzywały się z wnę- trza głuche szmery, jakieś kląskania, poruszały się czyjeś mlaskające usta, jakieś ciągliwe, cmokające smoczki. Roz- czyn rósł, dojrzewał... Wandzia czuła w sobie jego ciepłą, tęgą treść, jak oblepiała jej boki, przywierała lepką, upartą wagą do żeber, wypełniała szczelnie jamę brzucha. Jej cia- sto – zdrowe, jędrne, posytne ciasto. Dzieża dumną była z zawartości swego błogosławionego wnętrza; rosła, dości- gała wraz z nią do plennych celów. Nieznacznie drzwi od wejścia odkryły się i do izby wszedł rosły, przystojny mężczyzna lat około trzydziestu. Wandzia poznała w nim Władka, towarzysza zabaw. Był tylko znacznie starszy i jakiś piękniejszy – właśnie taki, ja- kim go sobie wyobrażała za lat kilkanaście. 9 Dziwnym wydał się jego strój, bo ubrany był jakoś po- spolicie i ubogo, nawet bez tużurka, tylko w kamizelce. Miał biały, płócienny fartuch, fartuch spadający poniżej ko- lan jak u piekarza lub kucharki, rękawy koszuli zawinięte aż pod pachy. Rozglądał się po izbie wesoło i przedsiębior- czo jak u siebie, a spostrzegłszy mamę, ukłonił się zama- szyście. Staruszka odpowiedziała życzliwym skinieniem głowy, wskazując mu dzieżę. Władek widocznie zrozumiał, o co chodzi, bo zrobił gest przytakujący, przy czym nalał z dzbana wodę do mied- nicy stojącej na ławie i zaczął myć ręce. Wszystko to było jakieś dziwne, a niby oczywiste, ja- kieś niby zwyczajne, a przecież nowe, nawet trochę niepo- kojące. Dzieża uczuła lekki dreszcz obawy i wyczekiwania. Tymczasem on wytarłszy ręce w fartuch, zbliżył się kro- kiem stanowczym. Mama odłożyła różaniec i przesłoniła twarz ręką. Wandzi zdawało się, że nieznany rumieniec wypłynął na twarz jej bladą, pomarszczoną – lecz również zauważyła, jak śledzi wszystko ciekawie przez rozsunięte palce. Władek położył palec na muślinowej błonie i przycisnął mocno... Dzieża uczuła rozkoszny ból; nieokreślony strach przejął ją i wstrząsnął do głębi. Nacisk wzmógł się, spo- tężniał, jakby rozjątrzony uporem przepony. Wandzia skurczyła się w bolesnym spazmie; przeszy- wały ją ostrza rozkosznej męki, słodkie a rozdzierające katusze... Nagle wydała krótki, ostry krzyk: palec przebił przegro- dę i mężczyzna zagłębił się w jej wnętrzu. Ból zelżał i zlał bezpowrotnie z uczuciem niewysłowionej rozkoszy. Wła- dek zaczął zanurzać się rytmicznie w jej cieście. Wkładał swe silne, męskie ramię w ciepły, ustępliwy jej miękisz, za- 10 padał się głęboko, głęboko, powoli wydobywał na po- wierzchnię pięść mocną, wnikliwą, słodko-upartą w swym zapamiętaniu i znów grążył ją w tanie wnętrza. Dzieża zaczęła wydawać postęk – wyrzucać z głębi dła- wione odgłosy serdecznej udręki... Nieubłagane męskie ramię wślizgiwało się ruchem równym, miarowym, w rozstępujące się ciasto, parło brutalnie w głąb, łaskotało rozkosznie. Gorące jakieś prądy przenikały ją na wskroś, upalne skwarem żary rozlewały się falami dreszczy i podrzutów szału. Wandzia poddawała mu się pokorna, spragniona, ciągle niesyta, błogosławiąc ruchom ręki, pijaństwu palców, sile pięści... – Jeszcze, jeszcze – szeptała wśród łkań upojenia. – Głębiej, głębiej! Do dna!... Aż wyczerpana bezmiarem szczęścia, cała drgająca, w płomieniach obsunęła się w ciemność bezpamięci. Wszystko zatoczyło się opętaniem, szaleńczym kręgiem i zapadło w bezmiar mroków. * * * Gdy po pewnym czasie otworzyła oczy, był już jasny, słoneczny dzień. Leżała w łóżku w swojej sypialni. Z są- siedniego pokoju dochodził brzęk rozstawianych do śnia- dania szklanek, szczęk łyżeczek i tupot bosych nóg Justysi, służącej. Wandzia popatrzyła na duży ścienny zegar: była siódma rano. Należało koniecznie wstawać i brać się, lekcje w li- ceum zaczynały się o ósmej. Wtedy uczuła się nagle ogromnie znużoną i postanowiła pozostać w łóżku. Bolały ją okropnie krzyże, w ustach miała posmak gorączki. Do tego przyłączyło się szczególne jakieś wrażenie, którego ni- 11 gdy dotąd jeszcze nie doznawała – jakaś dziwna, niemiła sensacja... Mimo woli odchyliła kołdrę, spojrzała i przeraziła się. – Co to? Serce zaczęło bić jej niespokojnie, strach dławił jej piersi: – Mamo! – poskarżyła się. Z jadalni nadbiegła zaniepokojona pani Z.: – Co ci to Wandulko? Możeś chora? Panienka oparła główkę na piersi matki, tuląc się do niej jak skrzywdzone pisklę. – Mamo! Boję się. Co to, mamo? Pani pochyliła się nad nią, całując białe, wyciągnięte spod koszulki nogi córki. Po chwili uśmiech ulgi rozjaśnił twarz matki: – To nic, Wandeczko. Zaczynasz już rok piętnasty. To nic – to tak bywa u dziewcząt w tym wieku. Przycisnęła ją mocno do piersi. – A ty, głuptaku jakiś – przestraszyłaś mnie niepotrzebnie. No nic. Zostaniesz przez trzy dni w domu, a potem znów wszystko wróci do porządku. Kawę poda ci Justysia do łóżka. I ucałowawszy córkę, oddaliła się do jadalni, gdzie ją oczekiwała już ciocia Stasia. Po chwili służąca wniosła śniadanie i Wandzia uspokojona już zaczęła popijać dymią- cy odwar. Z przyległego pokoju dochodziły ją słowa roz- mowy matki z ciotką. Panie widocznie mówiły o niej. Cho- ciaż konwersację prowadzono głosem ściszonym, przecież podchwyciła wyraźnie następujący urywek dialogu: – Tiens! Notre petite a deja ses regles1... mówiła matka. – Hm... – odpowiedział skrzypiący głos starej panny. – Rien d extraordinaire.2 Ja sama miałam już w trzyna- stym roku... 1 Nasza mała ma już swoją regularność. 2 Nic nadzwyczajnego. 12 NAMIĘTNOŚĆ – L APPASSIONATA OPOWIEŚĆ WENECKA Nad sestiere3 di Cannareggio, w samym sercu laguny, wisiała lekka, ledwo dostrzegalna mgła. W blaskach lipco- wego słońca przecedzanych przez ten najsubtelniejszy z woali drzemały senne wody Canal Grande4, a w nich, jak wyczarowane z bajki, nieprawdopodobnie piękne przeglą- dały się pałace, wille, domy i kościoły. I widziało się wszystko niby miraż złocisty, powołany do życia przez przepyszną fantazję, niby obraz senny utkany z marzeń ar- tysty w chwilę dziwnej, twórczej szczodroty. Tylko fala przybrzeżna z cichym chlupotem roztrącają- ca stopnie schodów, tylko piosenka gondoliera, co przeje- chał mimo w żałobnej swej łodzi, budziły z zadumy olśnie- nia i kazały stwierdzać ten ponad wszystko radosny fakt, że jestem naprawdę w Wenecji... Tak to rozkochany w mieście dożów, pijany czarem ar- chitektury i smętkiem czarnych, tajemniczych wód, czeka- łem w ten cudowny poranek na vaporetto5, które miało mię przewieźć na tamtą stronę Wielkiego Kanału. Poza mną był stary, połowy XVIII wieku sięgający kościół S. Marcuola z małym dziedzińcem przed bramą wchodową, po lewej, 3 Dzielnica wenecka. 4 Kanał Wielki. 5 Tramwaj wodny. 13 po drugiej stronie wąskiego rio6 może najwspanialszy po siedzibie dożów pałac Vendramin-Calergi, ten sam, w któ- rym ostatnie swe tchnienie oddał wielki twórca Nibelun- gów7. Właśnie gdy błądząc spojrzeniem po jego fasadzie odczytywałem dewizę: Non nobis – Domine – Non nobis8, rozległ się przeciągły, trochę szorstko rozdzierający ciszę tej godziny gwizd parowczyka. Więc rzuciwszy raz jeszcze na koronkę pałacu, wstąpi- łem na ruchomy pomost i za chwilę siedziałem już na rufie statku. – Avanti!9 – sternik podał hasło przez tubę w czeluście kotłowni i vaporetto wyzwolone z uwięzi zaczęło rozgar- niać sztabą leniwe wody. Podróż moja nie miała trwać długo: wysiadałem na naj- bliższym przystanku, S. Staë. Statek minął były dom patry- cjusza Teodora Correr i założone przezeń Museo Civico, minął stary spichlerz Republiki, pałace Erizzo, Grimani de- lia Vida i Fontana i dotarłszy do linii Palazzo Tron, zwrócił się dziobem w prawo ku brzegowi. – Ferma!10 – spadł rozkaz z wyżki w środku vaporetta. Przycichł warkot śruby, ustała oddenna praca kotła i pa- rowczyk przyciągnięty łagodnie liną do burty pontonu zbratał się znów z przystanią w chwilowym uścisku. Przepchawszy się szczęśliwie przez zastęp pasażerów, stanąłem na bulwarze przybrzeża. Stąd do Galleria d Arte Moderna w pałacu Pesaro, celu mojej wędrówki, było już niedaleko. Przeszedłem krótki, ponad rio di Mocenigo gib- 6 Rodzaj kanału. 7 Ryszard Wagner (1813-1883), kompozytor niemiecki. 8 Nie nam, Panie, nie nam. 9 Naprzód! 10 Stanąć! 14 kim łukiem rozpięty ponticello11 i znalazłem się na Fonda- menta Pesaro. Cicho tu było jakoś o tej porannej godzinie i plusk fali wdzierający się leniwo na omszałe stopnie tarasu roz- brzmiewał wyraźnie w podsieniach pałacu. Wszedłem na pierwsze piętro. U wejścia do galerii spo- tkały mię osowiałe i niechętne spojrzenia funkcjonariuszy, którzy zdawali się mieć mi za złe, że im przerywam dolce far niente12 żądając biletu. Wpuszczono mię do wnętrza. W salonach pustki: tu i tam błąkało się kilku stranieri13 z baedekerami w ręku, a jakaś koścista miss w cwikierze pożerała oczyma ponętny akt męski. Uwagę moją zaprzątnęła grupa Mieszczan z Ca- lais Aug. Rodina14. Gdy po pewnym czasie oderwałem wzrok od rzeźby i spojrzałem w głąb najbliższej sali, spo- strzegłem przed jednym z obrazów młodą piękną damę. Profil jej, subtelny a zdecydowany, z orlikowatym nosem, odcinał się na tle silnie oświetlonej przez słońce ściany wy- raźnie i mocno. Krucze, połyskami metalu grające włosy okalały twarz smagłą, pociągłą, z parą ciemnoorzecho- wych, ognistych oczu. Spojrzenie ich jedyne, niezapomnia- ne łączyło w sposób przedziwny kobiecą słodycz ze stalo- wymi błyskami nieugiętej woli: w momentach gniewu oczy te musiały być straszne. Z tą doskonale piękną, patry- cjuszowską głową harmonizowała wybornie wysmukła i giętka kibić, której linie przeglądały dyskretnie a kusząco przez czarną, pełną spokojnej elegancji i smaku toaletę. A na tle tej wyrafinowanie prostej i skromnej sukni wykwi- 11 Mostek. 12 Słodkie nieróbstwo. 13 Cudzoziemców. 14 August Rodin (1840-1917), rzeźbiarz francuski. 15 tał jak płomień szal pomarańczowy i zlewał się w barwną symfonię z dużą, herbacianą różą wpiętą we włosy. Cudna kobieta! – pomyślałem, przestępując próg sali. Odwróciła się i po raz pierwszy spotkały się nasze spoj- rzenia: jej – trochę roztargnione, potem badawcze, wreszcie zaintrygowane – moje – hołdownicze i podziwem brze- mienne. Na ustach jej zaświtał zarys uśmiechu i zgaszony wolą rozwiał się powoli bez śladu; obojętne, aksamitne oczy przeniosły znów łaskę spojrzenia na obraz Fragiaco- ma15 Kutry rybackie podczas sztormu. I wtedy przyszedł mi w pomoc szczęśliwy przypadek. Gdy już mijałem ją ze ściśniętym sercem i uczuciem zawodu, książka, którą trzymała w ręku, wysunęła się z palców i upadła na posadzkę koło mnie. Błyskawicznym ruchem schyliłem się po nią i odczytałem tytuł: – El secre- to del acueducto16 – por Ramón Gomez de la Serna17. To Hiszpanka – pomyślałem i z ukłonem zwracając jej własność, zapytałem: – Dispence V. – Este libro pertence a V. No es verdad?18 Spojrzała przyjemnie zdziwiona i odbierając książkę, odpo- wiedziała w tymże języku: – Pan mówi po hiszpańsku. Może jest pan moim roda- kiem? – Nie, łaskawa pani – odparłem – jestem Polakiem, lecz nie jest mi obcym język szlachetnych synów Kastylii. Znajomość była zawarta. I potoczyła się między nami rozmowa żywa a malownicza, bo i ona lubiła styl trochę kwiecisty, w kunszt słowa bogaty, i ja urzeczony czarem jej 15 Pietro Fragiacomo (1856-1922), malarz włoski. 16 Tajemnica akweduktu. 17 Ramón Gomez de la Serna (1888-1963), pisarz hiszpański. 18 Wybaczy pani. Ta książka do niej należy. Nieprawdaż? 16 postaci, mimo woli dobierałem zwrotów barwnych, jak motyle skrzydlatych. Donia Inez de Torre Orpega rodem z Estramadury była od kilku lat wdową. Większą część roku spędzała w Ma- drycie u starszej siostry zamężnej za jakimś dworskim do- stojnikiem, a tylko na miesiące letnie przyjeżdżała w od- wiedziny do krewnych w Wenecji. O Polsce i Polakach wiedziała niewiele i z zajęciem słuchała moich informacji. Gdy w pół godziny potem opuściliśmy galerię obrazów i znaleźliśmy się na bulwarze Fondamenta Pesaro, byliśmy już dobrymi znajomymi. – Dokąd się pan teraz wybiera? – zagadnęła. – Pora jeszcze za wczesna na obiad, lecz stosowna na drugie śnia- danie. Czy nie zechciałby go pan spożyć w moim towarzy- stwie gdzieś w jakiejś restauracji z widokiem na Ponte Pi- lalto? Lubię bardzo obserwować go w godzinach poran- nych. Byłem zachwycony. – Najlepiej będzie – zaproponowałem – jeżeli wstąpimy do Corvo Nero opodal przystanku vaporettów. – Wybornie. Proszę zatem podać mi rękę i sprowadzić do gondoli. Spojrzałem trochę zdziwiony: – Na razie nie widzę żadnej. Musimy trochę zaczekać, aż któraś podpłynie. Odpowiedziała srebrzystym śmiechem: – Mój Beppo nie każe nam długo czekać. Oto już po- znał mię z dala po głosie i zbliża się ku nam na swej Ron- dinelli. I rzeczywiście, spoza węgla bulwaru wychylił się dziób Jaskółeczki, która przywarłszy czarnym podbrzuszem do wód kanaliku między pałacem Pesaro a Corner delia Re- gina, przyczaiła się tam na chwilę i tylko czekała na hasło. 17 – Beppo Gualcioni, mój nadworny gondoliere – przed- stawiła mi z miną pół serio, pół buffo swego przewoźnika – stary, długoletni sługa domu Ramorinów, mych krewnych. I wsiedliśmy do łodzi. Gondola donii Inez była istnym cackiem. Smukła, zgrabna i zwrotna jak fryga, z ślicznie rzeźbionym dziobem w kształcie szyi łabędziej, kołysała się na fali jak kolebka królewskiego panięcia. Oparci plecami o poduszki siedzeń z ciemnozielonego pluszu, pod osłoną niskiego, w złote frędzle strojonego baldachimu, który tutaj felze zowią, pły- nęliśmy jakby w nieskończoność, zasłuchani w rytmikę wiosła. Rozwiały się doszczętnie woale mgły i pod turkusowym kloszem nieba rozwinęła się bajecznie kolorowa perspekty- wa Canal Grande. Jej dominantą były trzy barwy: czarna, dżetowa wody, biała domów i pomarańczowa żaluzji i po- zapuszczanych stor. Zmieszane ze sobą te trzy kolory, sto- pione powinowactwem szczęśliwego doboru – były jak dźwięk jedyny i konieczny, jak wyraz tajemny ukrytej gdzieś głęboko duszy tego miasta. I wszystko było prze- siąknięte tym naczelnym, suwerennym tonem, wszystko rozdrganą w bezlik dreszczy jedną struną – złotym mono- kordem, któremu na imię – Wenecja. Jak przez sen przesuwały się mimo naszej łodzi arcy- twory weneckiej architektury, te koronkowe pałace i domy, z których niemal każdy chlubił się dziełami dłuta i pędzla wielkich artystów. Lipcowe słońce wyzłacało miedzią i cy- nobrem dumne, arystokratyczne frontony i przyczółki, roz- świecało mrokiem wieków nasiąkłe podziemia i kolumna- dy, spływało palącą pieszczotą na zielone oazy ogrodo- wych teras i winoroślą otulonych loggij. Przepłynęliśmy mimo pałacu Ca d Oro, najozdobniej- szego gotyku dawnej Republiki, minęliśmy Segredo, Mi- 18 chiel dalie Colonne i Morosini i znaleźliśmy się na linii Ry- biego Targu. Odór wodnej żywizny, płynący z głębi hali targowej, ogarnął nas duszącym wyziewem. Peschiera w pełnym toku porannego ruchu tętniła gwarem i zgieł- kiem. Donia Inez przytknęła do nosa chusteczkę i patrząc na mnie z uśmiechem, wdychiwała zapach perfumy. Gondola była już na wysokości Przystani Jarzynowej. Znużone orgią światła oczy spoczęły z ulgą na zieleni główek kapusty, kalafiorów, selerów, pietruszek i marchwianej naci. – Jaki kontrast między tym prozaicznym, choć tak ożywczym widokiem a wyrafinowanym pięknem pałaców – zauważyła donia de Orpega. – Rzeczywiście – przyznałem – i mnie to zawsze ude- rza, ilekroć mijam Erberia. Trudno, nie może być inaczej; nie można żyć samą kontemplacją dzieł sztuki. Powiedział- bym nawet, że to pomieszanie prozy życia codziennego z poezją sztuki i przeszłości stanowi największy urok tego dziwnego miasta. Skłoniła głowę na znak zgody. W bliskiej już perspekty- wie rozpiął się szary, patyną wieków okryty most Ponte Rialto. Kilku zręcznymi uderzeniami wiosła skierował Beppo łódkę ku przeciwnemu brzegowi i przesunąwszy się lewą burtą mimo Fondaco dei Tedeschi, podpłynął pod łuk mostu. Za chwilę wyskakiwałem już z gondoli na oblepio- ne wodną pleśnią schody nabrzeża i podawałem rękę Inezie. Była godzina 11 rano. Przeszliśmy stację vaporettów Cerva i wciąż trzymając się brzegu kanału, wstąpiliśmy na Riva del Carbon. Ruch był ogromny; nadjeżdżające co kil- kanaście minut parowczyki wyrzucały wciąż nowe zastępy pasażerów. Schroniliśmy się w zaciszny zakątek Corvo 19 Nero, małej ustronnej gelateria19 z widokiem na Rialto. Tu pod skrzydłem płóciennej markizy wydała mi się donia Inez jeszcze piękniejszą; głębokie cienie pod oczyma pod- kreślały ich słodycz i żar. Patrzyłem na nią bez przerwy. A ona, widząc mój zachwyt, uśmiechała się tylko kącikami ust i cedziła przez perły ząbków oranżadę. Spojrzenie jej senne, lekko rozmarzone błądziło bez celu po tamtym brze- gu kanału, potem przerzuciło się na grupę gondol rozkoły- saną w przystani i zatrzymało się na łuku Rialto. – Czy nie przypomina panu trochę florenckiego Ponte Vecchio? – zapytała. – Tamten jest trójdzielny – odpowiedziałem. – Chodzi mi o partie górne. – A tak, oczywiście – przyznałem – oba są zabudowane, zwłaszcza ten we Florencji. – Te sklepy i bazary, te budy jarmarczne rozbite nad wodą mają w sobie coś tak oryginalnego... – Przemawiają do przechodnia wieku XX z lapidarną swadą przeszłości. Może chce pani przejść się tamtędy? – Właśnie chciałam to panu zaproponować; lubię cza- sem taką przechadzkę pomiędzy pierzejami rozkrzycza- nych sklepów. Opuściliśmy nasz cienisty przytułek i niebawem znaleź- liśmy się na łuku mostu. Otoczyła nas atmosfera hali targo- wej. Wąską uliczkę między dwoma rzędami bazarów wy- pełniał skłębiony malowniczo tłum. Przeważały kobiety: smukłe, rasowe mieszczanki w charakterystycznych, czar- nych szalach z frędzlami. Ich zgrabne, często w ogniste wstążki przystrojone główki pochylały się z zainteresowa- niem nad próbkami towarów rozłożonymi na ławkach i ladach, a śliczne o wytwornym rysunku ręce z lubością 19 Lodziarnia. 20 gładziły postawy jedwabiu, satyny i perkalu; kapryśne, wybredne, brakujące ręce. Chaosowi barw wtórzył chaos woni: wśród ich zgiełku wybijał się na powierzchnię zapach tanich perfum, szorstki odór juchtu i wnętliwa symfonia zamorskich korzeni. Szczególniejszymi względami cieszył się bazar z lalka- mi i sąsiadujący z nim sklep z przyborami toaletowymi; zwłaszcza ten ostatni był stale oblężony przez płeć piękną. Właściciel jego, barczysty, średnich lat mężczyzna, z parą melancholijnie opuszczonych ku dołowi wąsów, przynęcał weneckie strojnisie, przesuwając między opierścienionymi palcami sznury fałszywych pereł, korali i bursztynu lub przesiewając z dłoni w dłoń migotliwe przygarście kol- czyków, broszek i manel. – Signor Giuliano robi jak zwykle świetne interesa – zauważyła, mijając bazar, donia Inez. – Umie zachwalać swój towar. – Sama tandeta i surogaty – odpowiedziałem. – Niekoniecznie – zaoponowała – można tu czasem wy- łowić i prawdziwą perłę: trzeba tylko znać się na rzeczy i odróżnić ziarno od plewy. Buda Giuliana – to też rodzaj bric a brac20 starożytności. Powrócimy tutaj jeszcze kiedyś w porze poobiedniej, gdy na Rialto trochę przestronniej. A teraz proszę mnie odprowadzić do gondoli; muszę wra- cać do siebie. Przesyceni gwarem i krzykiem zeszliśmy do łodzi. Beppo, pokrzepiony kilku szklanicami piwa i porcją maka- ronu w przybrzeżnej trattoria21, odwiązywał raźno gondolę od palika na bulwarze. Gdy zdjąłem kapelusz i utkwiłem w dania Orpega oczy pełne niemej prośby o najbliższe spotkanie, pociągnęła mię za sobą w głąb gondoli. 20 Rupieciarnia. 21 Gospoda, traktiernia. 21 – Podwiezie mię pan pod moje mieszkanie. – Jaka pani dobra – szepnąłem, przyciskając ku ustom jej rękę. Gondola pruła już dziobem wody kanału. Płynęliśmy z powrotem w kierunku Cannareggio. Po drodze Inez wy- znaczyła mi schadzkę tegoż dnia po południu. – Pan tu jest nowicjuszem – mówiła, przechylając na ra- mię swą cudną główkę – chcę być pańskim cicerone, chcę pokazać panu wszystkie osobliwości tego miasta. Sama ułożę porządek naszych wędrówek. Zgadza się pan? – Z najgłębszą wdzięcznością. Od czego zaczniemy? Uśmiechnęła się. – To tajemnica. Dowie się pan po południu. Chcę panu zrobić niespodziankę. Proszę zatem oczekiwać mnie o czwartej na Ca d Oro. Do widzenia! Gondola przybiła do brzegu; łabędzia jej szyja położyła się na omszałych stopniach schodów, co wiodły pomiędzy kolumny jednego z tych cudnych pałaców, które odbija tak wiernie ciemna fala Canal Grande. Tutaj Inez wysiadła. Po- dał jej rękę czekający już lokaj, bo schody od pleśni zielone śliskie były i niepewne. – Beppo, odwieziesz pana do S. Marcuola – poleciła na pożegnanie i posławszy mi czarujący uśmiech, zniknęła za kotarą w głębi krużganka. * * * Nie mogłem doczekać się utęsknionej godziny. Stan podniecenia, w który mnie wprawiła radosna przygoda, był tak silny, że zapomniałem o obiedzie i nie wróciłem do swego mieszkania obok dworca kolejowego, lecz wałęsa- łem się nad kanałem w okolicy Złotego Domu; nie mogłem dopuścić do tego, by jakakolwiek banalna czynność prze- 22 rwała mi rozkoszną ciągłość marzenia o niej; nie chciałem pozwolić na to w żaden sposób, by pomiędzy pierwsze a drugie spotkanie z ukochaną wcisnęło się jakiekolwiek prozaiczne zdarzenie. Dlatego wolałem krążyć w pobliżu miejsca wyznaczonego przez nią na schadzkę. Gdy po paru godzinach uczułem dotkliwy głód i zmęczenie, odszedłem na chwilę od przystani Ca d Oro ciemną, ciasną vicoletto22 i dopadłszy jakiejś podrzędnej kawiarenki na rogu ulicy Vittorio Emanuele, wychyliłem duszkiem szklankę kawy. W parę minut potem stałem znów na bulwarze i zapuszcza- łem niecierpliwe spojrzenie w stronę, skąd miała nadpłynąć gondolą Ineza. W końcu nadpłynęła. Słodka, smagława, oszałamiająca. Gdy chciałem jej pomóc przy wysiadaniu, potrząsnęła przecząco głową: – Pojedziemy dalej gondolą. Proszę usiąść tu przy mnie. I wskazała mi miejsce w łodzi. – Beppo, cava in felze!23 – rozkazała gondolierowi. I podczas gdy sługa spełniając polecenie zwijał ponad naszymi głowami jedwabny baldachim, ona opierając się o moje ramię i zaglądając mi filuternie w oczy, zapytała: – Czy też pan choć raz pomyślał o mnie od chwili na- szego pierwszego rozstania? stem panią oczarowany. – Seniora – odparłem, tonąc oczyma w jej oczach – je- – Tak trzeba, tak być powinno. Avanti Beppo! – Dokąd płyniemy? – rzuciłem odruchowo pytanie. – W stronę Fondamente Nuove systemem kanałów po- przecznych. Lubię przesuwać się na gondoli po tych ci- chych ścieżkach wodnych, wijących się pomiędzy starymi, przesiąkniętymi ich wilgocią domami. 22 Uliczka. 23 Beppo, odsłoń kabinę. 23 Odbiliśmy od przystani. Kierowana wprawnym wio- słem gondoleria łódź trzymała się blisko brzegu, by wkrótce, po dokonaniu zręcznego półobrotu w prawo, po- rzucić Canal Grande i wcisnąć się we wąską szyję Rio di S. Felice. – A – oel! – rozległo się ostrzegawcze wołanie wiośla- rza. – A – oel! Sia stali! Gondola prześmignęła popod łękiem mostku łączącego ulicę Wiktora Emanuela z placem św. Feliksa i skręciła znów na prawo w Rio di S. Sofia. Zasłuchani w plusk wiosła, rozkoszowaliśmy się w milczeniu żeglugą. A miała ta przejażdżka pomiędzy kamienicami szcze- gólny urok. Mimo całej życiowej prozy wyzierającej z tych kilkupiętrowych starych, obdrapanych domostw z suszącą się tu i tam na żerdziach i sznurach bielizną było coś tajem- niczego w ich atmosferze. Coś taiło się w tych mrocznych, skąpo rozświetlonych językami gazu podsieniach, coś drze- mało w ciemnych, gdzieniegdzie przeglądających przez wykroje bram podwórzach, czaiło się w brudnych, zatę- chłych od lat basenach. Czasem wychyliła się z okna jakaś ludzka głowa, wyjrzała para oczu namiętnych, południo- wych i znikała jakby spłoszona widokiem obcych; czasem z głębi zagadkowych wnętrz wypłynęła cudna, tęsknotą wezbrana piosenka, zawibrowała między ścianami domów rozełkanym arpeggio24 i milkła zawstydzona niewczesną swą urodą. W czarnej, gęstej, nieruchawej wodzie łączyły się w drżącym uścisku pokraczne odbicia kamienic, snuły się, tęczując pod światło, jakieś brudno-tłuste ściegi i popławy. Miejscami wysuwały się z masywów domostw i budynków nadpowietrzne, kryte galerie, mosty westchnień szarej, smutnej codzienności, i jak dłonie podane nad przepaścią 24 Szybki akord. 24 SPIS TREŚCI DZIEŻA 5 NAMIĘTNOŚĆ – L APPASSIONATA 13 PRZYPADEK 62 POJEDNANIE 85 ZNAK 98 KOCHANKA SZAMOTY 107 W DOMU SARY 125 TAJEMNICA HRABINY MASPERY 152 KRUK 164 PROJEKCJE 174 STRYCH 191 PANI Z BIAŁEGO KASZTELU 202 NOCLEG 215 W WILLI NAD MORZEM 228 PRZYPŁAWEK JANA MROCHA 252 PORUMBICA 267 WIZYTA 286 312
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Namiętność. Opowieści niesamowite
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: