Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00321 006055 13099212 na godz. na dobę w sumie
Naród, historia i ... dużo kłopotów - ebook/pdf
Naród, historia i ... dużo kłopotów - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 407
Wydawca: UNIVERSITAS Język publikacji: polski
ISBN: 97883-242-1493-8 Rok wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

W minionych latach często myślałem o problematyce narodów. Sprzyjało temu przeżycie przemiany w naszym rejonie świata. Także moje wieloletnie zainteresowanie Trzecim Światem, praca nad historią migracji, kwestiami Polonii, czy też zagadnieniami diaspory żydowskiej. Sprzyjało jednak także - nie ukrywajmy - poczucie obawy. Zbyt wiele wiedziałem z historii i bieżącej obserwacji o tym, jakie nieszczęścia mogą przynieść nacjonalizmy, by o tym zapomnieć. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że w swojej dwoistości zjawisko narodowe nie jest szczególnie oryginalne. Choćby nóż może - jak wiadomo - służyć zarówno do krojenia chleba, jak i do mordowania. Niektóre rezultaty moich przemyśleń pomieściłem w niniejszym tomie.
- Marcin Kula

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Marcin Kula Naród, historia i... dużo kłopotów universitas Naród, historia i... dużo kłopotów Marcin Kula Naród, historia i... dużo kłopotów Kraków Publikacja dofinansowana przez Akademię Leona Koźmińskiego w Warszawie © Copyright by Marcin Kula and Towarzystwo Autorów i Wydawców Prac Naukowych UNIVERSITAS, Kraków 2011 ISBN 978-83-242-1493-8 TAiWPN UNIVERSITAS Opracowanie redakcyjne Wanda Lohman Projekt okładki i stron tytułowych Ewa Gray www.universitas.com.pl Spis treœci WSTÊP . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . ZAMIAST ILUSTRACJI . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Naród ZOSTAÑ MOIM BRATEM, A JAK NIE, TO CIÊ ZABIJÊ...? Refleksje nad ewolucj¹ dystansu miêdzy ludŸmi w dziejach . . . CZYM JEST NARÓD? . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . OBYWATEL KRAJU I ŒWIATA . . . . . . . . . . . . . . . . . . MY, NARÓD BRAZYLIJSKI... . . . . . . . . . . . . . . . . . . . NIC NIE JEST Z GÓRY DANE. NARÓD POLSKI TE¯ NIE BY£ . . . . . . . . . . . . . . . . . . DLACZEGO POLSKA SIÊ NIE ROZSYPA£A? BO HISTORIA NIE TAK CHCIA£A . . . . . . . . . . . . . . . D£UGA DROGA POLSKI DO EUROPY . . . . . . . . . . . . . SWÓJ DO SWEGO... PO CO? . . . . . . . . . . . . . . . . . . NIEZNOŒNY CIʯAR KOMPLEKSÓW Uwagi o wychowaniu patriotycznym – z przesz³oœci¹ w tle . . . . POROZMAWIAJMY JAK NIEWIERZ¥CY Z WIERZ¥CYM . . . Historia narodowa i ponadnarodowa HISTORIA JAKO GOR¥CY KARTOFEL . . . . . . . . . . . . . INSTRUMENTALIZACJA HISTORII W POLSCE . . . . . . . . MÓWI¥C O WCZORAJ, MYŒLIMY O DZIŒ Historia we wspó³czesnym dyskursie politycznym w Polsce . . . HISTORIA WYSZ£A NA ULICE . . . . . . . . . . . . . . . . . 7 11 19 59 64 82 93 106 114 130 143 152 167 195 207 223 5 NASZE AUDYTORIUM Komentarz spisany przez historyka na marginesie badañ nad pamiêci¹ wojny . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . BÊBENEK HISTORII PLEMIENNEJ . . . . . . . . . . . . . . . CO ZBUDOWAÆ, CO ZBURZYÆ? O œwiadectwach pamiêci w Polsce w 2007 r. . . . . . . . . . . . DEKOMUNIZACJA SYMBOLIKI ULIC WARSZAWSKICH . . . HISTORIA W£ASNEGO PODWÓRKA . . . . . . . . . . . . . . PAMIÊÆ O JANIE PAWLE II JAKO FRAGMENT TRADYCJI LOKALNEJ . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . GROSS JAK GROSS, ALE CZÊŒÆ JEGO KRYTYKÓW... . . . . . AMNEZJA – CHOROBA TYLKO CZÊŒCIOWO ZAWINIONA . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . REPORTA¯ O PAMIÊCI . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . KULTYWOWANIE HISTORII W SPO£ECZEÑSTWACH WIELOETNICZNYCH . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . POROZMAWIAJMY O „MARCU” W NIECO SZERSZEJ PERSPEKTYWIE . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . CO CHCIA£BYM ROZWA¯YÆ W WYK£ADZIE O HOLOKAUŒCIE? . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . HISTORIA NARODOWA W PONADNARODOWEJ PERSPEKTYWIE . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . NO TO SIÊGNIJMY DO (cid:143)RÓDE£... A POTEM SPÓJRZMY NA WSPÓ£CZESNOŒÆ . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Post scriptum D(cid:143)WIÊK DZWONÓW NIESIE SIÊ NIE CA£KIEM CZYSTO Komentarz historyka do tragedii . . . . . . . . . . . . . . . . . Noty bibliograficzne . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 240 250 256 274 286 300 307 319 327 338 344 356 369 379 391 403 6 WSTĘP By³em wychowany w czasach, gdy problematyka narodowa zdawa³a siê bledn¹æ. W komunizmie, przynajmniej nominalnie, k³adziono nacisk na historiê rozumian¹ jako walka klas. Faktycz- nie, jak w wielu sprawach w tamtym ustroju, realia ró¿ni³y siê od tego, co g³oszono. Komunizm permanentnie odwo³ywa³ siê do idei narodowej – czy to dla selekcji ludzi do wywózek, czy dla legitymizacji w³adzy. Niekiedy stawa³ siê wrêcz szowinistyczny. Na winietach partyjnych gazet widnia³o jednak has³o zaczerpniê- te z Manifestu Komunistycznego: Proletariusze wszystkich krajów, ³¹czcie siê! Potem zaœ proletariusze obalili komunizm pod has³a- mi wyzwolenia narodowego. Prawda, ¿e po trochu sam siê zawa- li³. Prawda te¿, ¿e przebieg przemiany paradoksalnie, przynajmniej w Polsce, wype³nia³ przes³anki modelu marksowskiego (wielko- przemys³owa klasa robotnicza zbuntowa³a siê przeciwko jeœli nie w³aœcicielom, to przynajmniej dysponentom œrodków produkcji). Pozostaje jednak faktem, ¿e czynnik narodowy i spo³eczny by³y w tym buncie œciœle splecione, dyskurs narodowy by³ przemo¿ny, a z perspektywy przemiany skonsumowanej wiêkszoœæ z nas de- finiuje j¹ jako wyzwolenie Polski. Swego czasu Rosjê carsk¹ nazywano „wiêzieniem narodów”. Upadek ZSRR najczêœciej te¿ postrzegany jest jako upadek si³y niewol¹cej narody – a ZSRR popru³ siê po szwach narodowych. Nawet narodowe elity komunistyczne same ostatecznie pomog³y go popruæ. Jego upadek w samej Rosji te¿ wyzwoli³ b¹dŸ podtrzy- ma³ myœlenie w kategoriach narodowych, chocia¿by w braku in- nych ideologii. 7 Równie¿ na Zachodzie swego czasu pojawia³o siê domnie- manie, ¿e zjawisko narodowe zaniknie, a przynajmniej zmniejszy swoj¹ wagê wraz z modernizacj¹. Narody rysowa³y siê trochê jako resztki plemion, które przecie¿ stopniowo zanik³y; narody, po- strzegane jako ich resztki, te¿ mia³y na to szanse. Tak siê przy- najmniej czasem zdawa³o. Ujednolicanie siê cywilizacji material- nej oraz powstawanie ponadnarodowych ca³oœci politycznych sugerowa³o myœlenie w tym samym kierunku. Tymczasem nic takiego nie nast¹pi³o i ma³a szansa, ¿eby nast¹pi³o. Przez minione lata czêsto myœla³em o problematyce narodów. Sprzyja³o temu prze¿ycie przemiany w naszym rejonie œwiata. Tak¿e moje wieloletnie zainteresowanie Trzecim Œwiatem, gdzie dekolonizacja i emancypacja narodowa by³y, a nieraz wci¹¿ s¹, zagadnieniami fundamentalnymi. Ku tej problematyce prowadzi³a mnie równie¿ praca nad histori¹ migracji, kwestiami Polonii, kwestiami diaspory ¿ydowskiej. Sprzyja³a w koñcu tak¿e – nie ukrywajmy – pewna obawa. Zbyt wiele wiedzia³em z historii i z bie¿¹cej obserwacji o tym, jakie nieszczêœcia mog¹ przynieœæ nacjonalizmy, by nie odczuwaæ obawy. Ka¿dy kij ma – jak wiado- mo – dwa koñce. Zjawisko narodowe te¿. Propaganda lansuj¹ca ideê narodow¹ w najgorszym stylu, jak¹ dane mi by³o obserwo- waæ bezpoœrednio, wi¹za³a siê z dintojr¹ marca 1968 r. To, ¿e lansowano j¹ w ramach ideologii nominalnie internacjonalistycz- nej oraz ustroju, w którym mia³o nie byæ „Greczyna ani ¯yda”, dodawa³o sprawie smêtnej pikanterii. Zbyteczne dodawaæ, ¿e inne pokolenia oraz ludzie ¿yj¹cy w innych miejscach na ziemi nieraz doœwiadczali nieporównanie gorszych wyrazów idei narodowej. Prawda, ¿e w swojej dwoistoœci zjawisko narodowe nie jest specjalnie oryginalne. Chyba wiêkszoœæ zjawisk spo³ecznych mo¿- na z jednej strony podziwiaæ, a z drugiej mo¿na siê baæ jakichœ ich potencjalnych, groŸnych aspektów. Niektóre rezultaty moich przemyœleñ znalaz³y siê w niniej- szym tomie. Zawiera on artyku³y, publikowane w niedawnych latach, o zjawisku narodowym oraz o podejœciu do historii w jego kontekœcie. Jest to oczywiœcie wybór tekstów, wynikaj¹cy z ko- niecznoœci zachowania rozs¹dnej objêtoœci. Z tego samego powo- du nie wesz³y tu moje artyku³y, które, choæ pasowa³yby tematycz- 8 nie, znalaz³y siê ju¿ w innych wyborach1. Przedrukowywanych tekstów nie zmienia³em – poza wprowadzeniem kilku drobnych poprawek w wypadku oczywistych pomy³ek, poza przywróceniem wersji pierwotnej w wypadku zniekszta³cenia jej przez niektóre nadgorliwe redaktorki i redaktorów oraz poza skróceniem paru w¹tków dla unikniêcia dos³ownych powtórzeñ. Podobnie nie ak- tualizowa³em tekstów. Dodawanie dziœ informacji o naros³ej literaturze b¹dŸ uwzglêdnianie nowych przemyœleñ by³oby sztucz- ne, a niekiedy nawet myl¹ce. Gdy w kilku wypadkach doda³em jednak przypisy, zaznaczy³em datê ich dopisania. Warszawa, 28 marca 2010 r. M.K. 1 Marcin Kula, Historia inaczej, Biuletyn Stowarzyszenia Nauczycieli Historii, 1998, nr 1; ten¿e, Historia moja mi³oœæ (z zastrze¿eniami), Wydaw- nictwo UMCS, Lublin 2005; ten¿e, O co chodzi w historii?, Wydawnictwa UW, Warszawa 2008. 9 .. ZAMIAST ILUSTRACJI I.J., w liœcie z 11 IV 1946: Specjalnie teraz, przed świętami, odczuwam swoją bezdomność i samotność. I swoją paskudną dwuznaczność. Nie jestem Żydówką, nie jestem chrześcijanką, nie jestem Jabłońską, nie jestem Brzozowską. Przecież przez pół wieku byłam przywiązana do pięknej tradycji Wielka− nocnej. Teraz depczę swoją godność. Udaję. Wzięłam macę dla swoje− go dziecka u krawcowej z taką miną, jakbym nigdy jej nie jadała. Dużo przykładów jeszcze mam. I.J. do mê¿a, lekarza wojskowego, w liœcie z 16 IX 1946, w od- powiedzi na wiadomoœæ, ¿e m¹¿ zostanie przeniesiony z Koszali- na do Krakowa: Kraków zdaje mi się jeszcze dalej od Łodzi niż Koszalin. Poza tym zawsze się będę martwić o Ciebie. Bo Kraków to siedziba najczarniej− szej reakcji. Miało to być bliżej Łodzi, bliżej nas. J.J. do ¿ony, 25 IX 1946, w odpowiedzi na jej niepokój: A teraz o Krakowie. Antysemityzm, jak Ci wiadomo, jest wszędzie, przyzwyczaiłem się do niego i zżyłem się z nim. W Krakowie pod tym względem nie jest lepiej ani gorzej. Czekają mnie inspekcyjne wyjazdy, tak znowuż niebezpieczne nie są. Dowiedziałem się, że trzeba odby− wać podróże pociągami, i to w dzień, jazdy będą dotyczyć większych miast (Przemyśl, Tarnów, Sanok, Sącz), a w nich panuje spokój i bez− pieczeństwo. Na wszelki wypadek postaram się o cywilny strój i legity− mację lekarza PCK, czy też Izby Lekarskiej lub Związku Lekarzy. N.K. w liœcie z 9 XII 48, pisz¹c o znajomych: Srulki b. mnie rażą, więc posługuję się ich nowym imieniem. 11 B.W., w liœcie z 26 X 1953: U mnie nic nowego. Pracuję i nadal jestem zadowolona. Pracy mam bardzo dużo, ale ja tak lubię. Myślę tylko ciągle, że przed wojną nawet marzyć nie mogłabym o posadzie w Kuratorium (Wydział Oświaty – to jest dawne Kuratorium). Tak, wiele się zmieniło na lepsze. Szkoda tyl− ko, że nie wszyscy dożyli tego. Wiesz, gdy słyszę, jak niektórzy żałują dawnych „dobrych” czasów, to mnie formalnie złość dusi. I.M., w liœcie z 13 lub 15 XII 1957: Nie wiem, czy będę zadowolona ze swojej decyzji, mimo wszystko jednak bardzo chcę jechać. Już wyzbyłam się pesymizmu, jestem w tej chwili – po słowach otuchy – pełna wiary i nadziei, że już niedługo wyja− dę. Ciągle teraz myślę tylko o tym. Najbardziej boję się trudności języ− kowych, chętnie uczyłabym się hebrajskiego, tylko że nikt tu nie wie, kim jestem i mogłabym narazić się na nieprzyjemności, których jednak chciałabym uniknąć. Właśnie najbardziej przykre jest to, że muszę kła− mać, że w momentach, gdy mówią coś o Żydach, nie mogę wypowie− dzieć, co myślę, co czuję i jak bolą mnie te słowa. Ale stale pocieszam się, że to już niedługo. A.E. w liœcie z Tel Awiwu, 15 VII 1958: Zacznę z pytania. Dlaczego chce ta dziewczyna jechać do Izraela? Czy tylko dlatego, że ją ktoś namawia? Mówisz, że ona środowiska żydowskiego nie ma, z żydostwem nic wspólnego nie ma – więc po co? Chyba że atmosfera jest taka, że Żyd, nawet zupełnie zasymilowany, nie może w Polsce żyć. Jeśli tak, to wszystkie inne pytania żadnego znaczenia nie mają. A jeżeli to tak nie jest, to cała rzecz wydaje mi się zbyteczną. Tu będzie dla niej przez pewien czas kraj obcy. Nieznajo− mość języka to drobnostka. W tym wieku ludzie się języków uczą bar− dzo szybko. Tu nawet są specjalne zakłady do szybkiego nauczania hebrajskiego. Co się tyczy pracy, to w tym zawodzie nie jest to trudne. Jest nawet brak dobrze przygotowanych pielęgniarek. Dostać się na medycynę tu− taj nie jest łatwo. To jest związane z egzaminem konkursowym. Uczyć się medycyny i jednocześnie pracować zarobkowo to wszędzie rzecz niełatwa. W Polsce jest to chyba prostsze niż tutaj. Maturę w każdym razie powinna zrobić w Polsce. Tutaj będzie to trudne przez hebrajski, angielski itd. Ale co najważniejsze: niech się dobrze zastanowi, czy chce rzeczy− wiście do Izraela emigrować. Dokładniej: czy musi? [...] Możliwe, że moje odpowiedzi was zadziwią. Chcę, żebyście mnie dobrze zrozumieli. Nie jestem tego gatunku syjonistą, który a` tout prix 12 i w każdym wypadku gotów jest wymagać od każdego Żyda, żeby do Izraela jechał. Jestem raczej herclistą. Herzl uważał, że „Palästina ist für dienigen Juden notig, die sich nicht assimilieren können oder wol− len”1. Widzi się tu czasem imigrantów, którzy w Polsce pozostać nie mogli – są to przeważnie ludzie starsi – a tu się czują na obczyźnie. Jak się taki człowiek czuje, nie jest mi to zupełnie – wewnętrznie – jasne. Ja już dawno imigrantem nie jestem. A z drugiej strony, sytuacja Żyda w Polsce z górą trzydzieści lat temu – gdy ja wyjechałem – mimo anty− semityzmu itd. była inna niż teraz. Trudno mi się więc w tę sytuację wczuć – zwłaszcza że nigdy zasymilowanym nie byłem: całe życie spę− dziłem w środowisku żydowskim. I.B. w liœcie z Rehovoth (Izrael), 17 VIII 1958: Dziękuję Ci w moim i Z. imieniu za list i „dobre słowo”. Jedno i dru− gie jest nam bardzo potrzebne. Pomimo rozliczne kontakty naukowe i inne biznesy to się wciąż czujemy tutaj jak na wizycie i jakoś wciąż nie możemy przyjąć do wiadomości, że to już koniec, że już tu zostać mamy na stałe. Rzecz w tym, że oboje już teraz (ja też) uważamy, że to był największy błąd w naszym życiu, żeśmy w ogóle z Polski wyjechali. W drodze do Izraela byliśmy tydzień w Wiedniu i tam nas przyjaciele namawiali do zostania tam. Mógłbym prawdopodobnie stosunkowo łatwo dostać tam pracę. Ponieważ ja nie lubię zmieniać raz powziętej decyzji, nie zostaliśmy tam, a pojechaliśmy tutaj. Nie wierzę, że będąc w Wied− niu, bylibyśmy szczęśliwsi (w każdym razie nie Z.). Ze mną jest pół bidy, bo moja praca jest raczej pracą z rzeczami, z martwą naturą, i w gruncie rzeczy w samej pracy mało się odczuwa różnic szerokości geograficz− nych, ale... nie samym chlebem żyje człowiek. Poza tym Z. jest, okazuje się, naprawdę w sposób organiczny związana z Polską; ona w żadnym innym kraju nie mogłaby i nie chciałaby żyć. To samo było przecież w Anglii, gdzie z punktu widzenia mojej „kariery” jako pracownika nauko− wego miałem jeszcze ogromne i niewyczerpalne możliwości (w żadnym innym takich nie miałem i prawdop[odobnie] nie będę miał), a jednak Z. nastawała, żebyśmy jak najszybciej wyjechali stamtąd do Polski. Jej jest ciężko poza Polską, i nie tylko Ludową. Pamiętam przed wojną, jakeśmy żyli w Wiedniu, to jej też bardzo to przeszkadzało – choć wiedziała do− brze, że jej w Polsce grozi wieloletni wyrok sądowy. Sprawa więc, jak widzisz, nie jest taka, że jej szczególnie przeszkadza pobyt tutaj. Jej przeszkadza „niebyt” w Polsce, a w tej sytuacji jest niezmiernie trudno 1 Palestyna jest potrzebna dla tych ¯ydów, którzy nie mog¹ lub nie chc¹ siê asymilowaæ. 13 coś robić. Miałem niedawno ofertę wyjazdu do Australii, odrzuciłem, bo wiem, że się tam tak samo nędznie będzie czuła, choć widoki pracy (mojej) byłyby szersze tam. Czy zostaje otwarty powrót do Polski? Obawiam się, że nie. Co in− nego Andersowcy różnego rodzaju, co 20 lat byli w Brazyliach, Angliach i Kanadach. Ich powrót chętnie się widzi, choć przyjęli inne obywatel− stwo w międzyczasie. Inaczej jest z nami. Bylibyśmy „outcasts”. Mówio− no by, że B. zlękli się narodu, a jak znowu naród wzięto „za mordę”, to wracają. Mówiono by jeszcze wiele innych różnych rzeczy. Przede wszystkim nie miano by do nas zaufania. Poza tym jest jeszcze aspekt prawny. Podobno ludziom, co wyjechali do Izraela (tylko do Izraela!), odebrali obywatelstwo. Mnie już raz odebrano obywatelstwo. To było bezpośrednio przed wojną, kiedy odebrano wszystkim uczestnikom walki w Hiszpanii obywatelstwo. Wygląda więc na to, że w przeciwieństwie do niektórych, „którzy pod każdym reżymem etc.”, my tyż [!] „pod każ− dym reżymem”, tylko na odwrót! Być może, że w tym jest jakaś prawi− dłowość. W.K., z Natanii (Izrael), 11 VIII 1966: Polski słyszy się często. Już parę razy słyszałem żale, że się z Pol− ski wyjechało. Sabry – to dopiero nowy naród. W.K., z Tel Awiwu, 19 VIII 1966: Wrażenie z Jerozolimy duże. Tel Awiw jest brzydki, w sumie mało− miasteczkowy. Jerozolima – mimo przecięcia granicą i niedostępności Starego Miasta2, ma miejsca piękne i w ogóle robi wrażenie. Cała jest z pięknego, żółtawego kamienia. Zwiedziliśmy ją w błyskawicznym tem− pie dzięki pomocy T., I. (zięć S., bardzo nam się podobał) i innych. Wi− dzieliśmy wiele rzeczy, których turyści zazwyczaj nie widzą. Byliśmy w dzielnicy ortodoksów. Wrażenie straszne: średniowiecze w pełni. Nie da się opisać. I to w mieście, w którym jednocześnie jest ultra−nowoczes− ny uniwersytet. W.K., z Tel Awiwu, 31 VIII 1966: Ogólne wrażenie: muszę chyba powiedzieć, że gorsze niż się spo− dziewałem. Dawny idealizm, duch pionierski, kibuce itd. (które mogły się podobać lub nie, ale zasługiwały na szacunek) pozostały tylko jako dekoracja dla państwa kapitalistycznego, gorszego niż Anglia, Francja czy Skandynawia, państwa b. brutalnej walki wszystkich ze wszystkimi. 2 Przed Wojn¹ Szeœciodniow¹ (1967) Jerozolima by³a rozdzielona pomiêdzy Izrael i Jordaniê. 14 Nawet pod względem turystycznym raczej rozczarowanie. Wraże− nia z dziedziny przyrodniczej (pustynia, Morze Martwe etc.) silne – ale zabytki... drugorzędne. Rzymianie, Arabowie i Turcy przez 2000 lat do− brze pracowali i wszystko niszczyli. Pozostały wykopaliska, respecta− bles, certes, ale zawierające mało elementów estetycznych. M.K., ze Sztokholmu, 12 III 1976: U nas życie jakoś biegnie, przeżywamy kolejny etap emigracji. Eta− pów tych było kilka: uzyskiwanie zezwoleń na pobyt, potem sprawy za− trudnienia i... zarobków, potem osiedlenia, teraz obywatelstwa i wresz− cie – temat en vogue – odejścia na emeryturę. Jest w tych problemach skrócona i zniekształcona historia normalnego życia ludzkiego, ale ten przedostatni etap jest raczej smutny. Emerytury są bardzo niskie – gros wysługi lat pozostawiło się przecież gdzie indziej; łączność ze społe− czeństwem słaba lub żadna, pozostaje więc poza chorobami niewiele. I u nas coraz częściej pojawiają się te tematy, dzwon bowiem już dzwo− ni. Toteż J. snuje coraz nowe plany wyjazdowe (ja trochę ochłodłem), gdyż, jak twierdzi, niewiele już pozostało czasu. M.K., ze Sztokholmu, 18 VI 1978: Podczas bez mała 10−letniego pobytu w Szwecji przekonaliśmy się oboje, że okres ten wystarczy do utraty dawnej „identity” (nie wiem czy ten wyraz istnieje i u Was i jak się tłumaczy), ale jest zbyt krótki do nabycia nowej – ściśle mówiąc do nabycia nowej nie wystarczy żaden okres. U wielu ludzi, z którymi się stykamy, wywołuje to uczucie frustra− cji, przejawiające się bądź w agresywności, bądź w zniechęceniu i apa− tii. Osobiście staram się kierować jakimś w miarę możności łagodnym rozsądkiem, natomiast mojej J. nie zawsze to chyba wychodzi. Są to specyficzne problemy emigracyjne, które z racji Waszych zaintereso− wań3 nie powinny być Wam obce. Powy¿sze fragmenty prywatnych listów ludzi o ró¿nym za- pleczu nieŸle ilustruj¹ sprawy, o których mowa w ksi¹¿ce. Imio- na i nazwiska zosta³y zast¹pione inicja³ami przez szacunek dla prywatnego charakteru dokumentów. Niektóre z tych fragmen- tów publikowa³em ju¿ wczeœniej4. 3 Nawi¹zanie do: Listy emigrantów z Brazylii i Stanów Zjednoczonych. 1890–1891, opr. Witold Kula, Nina Assorodobraj-Kula, Marcin Kula, LSW, Warszawa 1973. 4 Marcin Kula, ¯ydzi po wojnie o swoich losach, Gazeta Wyborcza, 16–17 II 2008. 15 . Naród . ZOSTAŃ MOIM BRATEM, A JAK NIE, TO CIĘ ZABIJĘ...? Refleksje nad ewolucją dystansu między ludźmi w dziejach Wielkim, historycznym procesem, któremu podlega³y kolej- ne pokolenia, by³ proces indywidualizacji ludzi. Dawniejsze epo- ki, a w gruncie rzeczy ca³a cywilizacja agrarna, cechowa³y siê sil- nym kolektywizmem. ¯ycie ludzi najczêœciej przebiega³o w ma- ³ych spo³ecznoœciach, gdzie z grubsza wszyscy siê znali i wszyscy wiedzieli wszystko o wszystkich. Koœció³ i dom miejscowego po- tentata stanowi³y centralne punkty takich spo³ecznoœci. Pra³o siê w nich we wspólnym dla wszystkich miejscu nad rzek¹, mieszka- ³o siê najczêœciej w parê osób w jednej izbie, za potrzeb¹ chodzi³o siê za stodo³ê. Wspólne izby i wyrka, nocniki u¿ywane przy nie- uniknionej obecnoœci innych, mycie siê w prymitywnych warun- kach, utrudnia³y nawet zachowanie tajemnicy naszego cia³a, któr¹ dziœ najczêœciej dzielimy siê jedynie z wybran¹ (wybranym) – na- wet jeœli, byæ mo¿e, jedynie czasowo wybran¹ (wybranym). Mimo wszystkich niuansów, jakie mo¿na by wprowadziæ do tego ostat- niego stwierdzenia, sytuacjê najpewniej w³aœnie typow¹, naj- czêstsz¹, przedstawia ciekawy obraz jednego z najwybitniejszych polskich malarzy wspó³czesnych, Jerzego Nowosielskiego, zaty- tu³owany Tajemnica narzeczonych (1962; dziewczyna ods³ania siê przed tym, którego wybra³a). W dawniejszych epokach nie dysponowano osobnymi tale- rzami i widelcami, które s¹ narzêdziami bardzo nas indywiduali- zuj¹cymi. W³adza pañstwowa czêsto nak³ada³a podatki nie na kon- 19 kretnych ludzi, lecz na spo³ecznoœci. Klientelizm by³ zjawiskiem normalnym. Nawet okresowe odpchliwanie siebie i innych ro- biono zbiorowo. Przemys³owa i kapitalistyczna modernizacja by³y i s¹ zwi¹za- ne z indywidualizacj¹ ludzi. Cz³owiek choruje czêsto daleko od rodziny, w szpitalu. Umiera najczêœciej wœród obcych, podczas gdy rodzina na ogó³ nawet boi siê œmierci danej osoby w domu, wœród bliskich. Oczywiœcie, w wielu wypadkach oddaje siê cho- rego do szpitala dla podjêcia prób ratowania go czy dla ul¿enia mu w cierpieniach, ale nawet w sytuacjach beznadziejnych rzad- ko pozwala siê dziœ cz³owiekowi umrzeæ w domu. W krajach rozwiniêtych i w grupach znoœnie sytuowanych wspóln¹ izbê zast¹pi³o wieloizbowe mieszkanie. Wspólne miej- sce do spania zast¹pi³o ³ó¿ko – dziœ indywidualne czêsto nawet w wypadku ma³¿onków. Rodzina wsiad³a do samochodu, który izoluje j¹ od innych. Gdy podczas któregoœ z kolejnych kryzysów na Bliskim Wschodzie w Pary¿u zabrak³o benzyny i w weekend pary¿anie znów, jak kiedyœ, wyszli pospacerowaæ po ulicach, wszy- scy sobie jakby przypomnieli, ¿e ¿yj¹ miêdzy ludŸmi i nie kon- taktuj¹ siê z innymi jedynie dla za³atwiania rozlicznych spraw. Obecnie mo¿e zepsucie siê poczty elektronicznej, czego sk¹din¹d trudno sobie ¿yczyæ, uœwiadomi³oby nam, ¿e mo¿na kontakto- waæ siê bardziej zgodnie z natur¹ ludzk¹. Nowoczesne œrodki ko- munikacji masowej oraz ³¹cznoœci przecie¿ tyle¿ ³¹cz¹, ile fak- tycznie izoluj¹ ludzi miêdzy sob¹. Bêd¹c w kontakcie z ca³ym œwiatem, de facto pozostajemy sami przed telewizorem lub moni- torem komputera. W œwiecie rozwiniêtym obejmowanie siê mê¿czyzn w sytu- acjach pozaerotycznych, czêste w Ameryce £aciñskiej, wchodzi w grê tylko po, powiedzmy, uratowaniu kogoœ z niebezpieczeñ- stwa lub dla uczczenia zwyciêzcy (np. po zawodach sportowych). Tymczasem kiedyœ w Polsce szlachta obejmowa³a siê i ca³owa³a na powitanie. W krajach rozwiniêtych rzadko podaje siê dziœ na- wet rêkê drugiej osobie. Podanie rêki sta³o siê gestem ceremo- nialnym, a w ¿yciu codziennym zast¹pi³ je gest powitalny. Odkurzacz zast¹pi³ w naszym ¿yciu trzepak, gdzie okoliczni mieszkañcy spotykali siê dla trzepania dywanów, rozmawiali, plot- kowali. Pralka zast¹pi³a wspólne pranie w okreœlonym miejscu 20 nad rzek¹, w której wodzie najczêœciej dziœ zreszt¹ niczego nie da³oby siê wypraæ. We wspólnej ³aŸni cz³owiek k¹pie siê jedynie w wyj¹tkowych okolicznoœciach. Nawet gdy, jeœli jest mê¿czyzn¹, stoi przed pisuarem, czyli pozostaje ma³o izolowany jak na czyn- noœæ uznawan¹ w naszej kulturze za intymn¹, to jednak najczê- œciej jest os³oniêty od innych zas³onk¹ na potrzebnej wysokoœci. Tradycyjne, œmierdz¹ce i silnie zarazem kolektywistyczne pisu- ary zniknê³y z ulic paryskich. Nawet na relatywnie ma³o zmoder- nizowanej polskiej wsi za stodo³ê ju¿ chodzi siê bardzo rzadko. W tym wypadku ju¿ „s³awojka”, masowo budowana w okresie miêdzywojennym za spraw¹ premiera S³awoja Sk³adkowskiego1, by³a wa¿nym instrumentem indywidualizacyjnym. Premier uwa- ¿a³ j¹ zreszt¹ za instrument modernizacyjny polskiej wsi (nawet jeœli najpewniej nie u¿ywa³ jeszcze wówczas terminu „moderni- zacja”). Z czasem by³ nawet dumny, ¿e taki baraczek-toaleta zo- sta³ powszechnie nazwany od jego osoby. Dziœ w najbardziej zat³oczonym metrze jesteœmy osamotnie- ni. Nawet gdybyœmy, dajmy na to, zas³abli, to w dobrym wypad- ku ktoœ z tego t³umu wezwa³by pogotowie – marz¹c o tym, by zajê³a siê nami wyspecjalizowana s³u¿ba, a on sam móg³ pójœæ dalej w³asn¹ drog¹. Eugéne Ionesco okreœli³ kiedyœ wspó³czesne wielkie miasta jako pustyniê. Mówi³ do rozmówcy, niemieckiego dziennikarza: „Tylko z rzadka odkrywamy coœ nowego w pejza¿u miast, któ- re strasznie siê do siebie upodabniaj¹. Pañski wspania³y kraj, Niemcy, mia³ takie piêkne miasta, na szczêœcie niektóre z nich przetrwa³y, ale wiêkszoœæ to ju¿ ma³e Nowe Jorki, kopie Nowego Jorku. Kiedy przespaceruje siê pan po pustyni, coœ pan tam od- kryje. Pustynia to coœ nowego. Gdy kiedyœ by³em w Izraelu, tam- tejszy minister gospodarki, który walczy³ z pustyni¹, zapyta³ mnie: «Co najbardziej podoba siê panu w Izraelu?». Dosyæ g³upawo mu odpowiedzia³em: «Pustynia». Chcia³bym znaleŸæ pustyniê. Mo¿- 1 Gen. Felicjan S³awoj Sk³adkowski, ur. 1885, zm. 1962, z zawodu lekarz, minister spraw wewnêtrznych w 1929 i 1930 r., premier 1936– 1939. 21 na j¹ znaleŸæ w wielkich miastach, ale jest to inna pustynia – sa- motnoœci. Le solitaire”2. Badacze spo³eczni ró¿nych specjalnoœci potwierdzaj¹ tê opi- niê pisarza, intuicyjnie wra¿liwego na sytuacje ludzkie. Psycholog spo³eczny Serge Moscovici wyrazi³ siê kiedyœ, ¿e jednostka ¿yj¹ca we wspó³czesnej cywilizacji zachodniej wyeman- cypowa³a siê oraz wyzwoli³a, ale jednoczeœnie sta³a siê jednostk¹ anonimow¹, wtopion¹ w masê ludzi3. Antropolog Louis Dumont zestawi³ wspó³czesnego cz³owieka i œredniowiecznego pustelni- ka; pierwszego, który uczestniczy w œwiecie wspó³czesnym, oraz drugiego, który usi³owa³ uwolniæ siê od œwiata – jednako wszak¿e samotnych4. Socjolog David Riesman scharakteryzowa³ nowoczes- ne spo³eczeñstwo jako „the lonely crowd”. Na polski przet³uma- czono ten tytu³ dos³ownie jako „Samotny t³um”5. Intencjê autora chyba lepiej oddawa³oby t³umaczenie „T³um samotnych”. Oczywiœcie pojawi³y siê w naszym spo³eczeñstwie mechani- zmy maj¹ce zaradziæ tej sytuacji – ale o nich ni¿ej. * * * Powy¿szy obraz trzeba zniuansowaæ chronologicznie, teryto- rialnie, narodowo i spo³ecznie. Jak by³a mowa, spo³eczeñstwo modernizuj¹ce siê nie od razu przybra³o dzisiejsz¹ formê. Nawet w dzisiejszym mieœcie najczêœciej istniej¹ œrodowiska ludzi bar- dziej i mniej zindywidualizowanych. Generalnie „kultura biedy”, w klasyczny sposób opisana przez Lewisa, jest bardziej stadna ni¿ zachodnie spo³eczeñstwo klasy œredniej6. Istniej¹ kraje, gdzie 2 Cyt. za: Ulrich Wickert, I Bóg stworzy³ Pary¿, t³um. Antoni Baniu- kiewicz, Uraeus, Gdynia 1996, s. 72–73 (tytu³ orygina³u: Und Gott schuf Paris). 3 Cyt. za: Jacques Le Goff, Michel Lauvers, La Civilisation Occidentale, w: Histoire des Moeurs, III (Enciclopédie de la Pléiade), s. 1203. 4 Ibidem. 5 David Riesman oraz Nathan Glazer i Reuel Denney, Samotny t³um, prze³o¿y³ i wstêpem opatrzy³ Jan Strzelecki, PWN, Warszawa 1971 (tytu³ orygina³u: Lonely Crowd). 6 Oskar Lewis, Nagie ¿ycie, PIW, Warszawa 1976; ten¿e, Rodzina Martinezów. ¯ycie meksykañskiego ch³opa, PIW, Warszawa 1964; ten¿e, San- chez i jego dzieci. Autobiografia rodziny meksykañskiej, PIW, Warszawa 1964. 22 ludzie ¿yj¹ ¿yciem ma³o lub relatywnie ma³o zmodernizowanym. W kolektywistycznym nastawieniu rosyjskiego komunizmu mo¿- na dostrzec „po prostu” odbicie nik³ej modernizacji stosunków miêdzy ludŸmi w Rosji. Te wszystkie poca³unki przywódców, te toalety, gdzie nie by³o prywatnoœci do tego stopnia, ¿e nieprzy- zwyczajonemu trudno by³o z nich skorzystaæ, te spotkania na- wzajem u siebie po domach, a najlepiej w kuchni... mog³y byæ wspomo¿one przez komunizm, podtrzymywane przez jego gene- ralnie ma³¹ ewolucyjnoœæ, tak¿e przez fizyczn¹ niemo¿noœæ zna- lezienia innych rozwi¹zañ nawet w wypadku ludzi, którzy by ich chcieli – ale taki stan rzeczy mia³ te¿ swój g³êbszy, cywilizacyjny podk³ad. W to, ¿e ludzie lubili „ko³chozowe” mieszkania, oczywiœcie trudno uwierzyæ – nawet jeœli pewno wielu z nich uzna³o je za rzecz naturaln¹, a we wzajemnym podgl¹daniu siê znalaz³o przy- jemnoœæ porównywaln¹ z siedzeniem na przyzbie na wiejskiej uli- cy. Dominacjê spo³ecznoœci nad rodzin¹ oraz jednostk¹ ludzie radzieccy mogli ju¿ jednak traktowaæ tak, jak tradycyjna wieœ trak- towa³a objêcie wszystkich przez gromadê uœciskiem nie do odrzu- cenia. Mo¿e rozbite przez komunizm, ale ma³o zmodernizowane spo³eczeñstwo ZSRR tym ³atwiej akceptowa³o „braterskie” objê- cie go „opiek¹” przez w³adzê. Mo¿e sowiecki plakat z 1940 r., zatytu³owany „O ka¿dego z nas troszczy siê Stalin na Kremlu”7 by³ czymœ naturalnym dla wielu, a w ka¿dym razie dla wiêkszej liczby ludzi, ni¿ nam siê to dziœ zdaje? Mo¿e znaczna czêœæ so- wieckiego spo³eczeñstwa wcale nie aspirowa³a do indywiduali- zmu oraz samoorganizowania siê jako wolnych jednostek? Wspólne i pozbawione cienia prywatnoœci ³aŸnie w moskiew- skich blokach mieszkalnych mog³y byæ czymœ normalnym dla wielu ludzi. Gdy mój kolega z Polski, przebywaj¹cy tam z wizyt¹ u znajomych, po paru dniach uzna³, ¿e musi jednak umyæ siê, a w zwi¹zku z tym zejœæ do wspólnotowej ³aŸni, os³oni³ siê rêcz- 7 Plakat pokazany na wystawie „Oblicza totalitaryzmu”, zorganizo- wanej w Domu Spotkañ z Histori¹ w Warszawie na prze³omie 2009 i 2010 r. DSH otrzyma³ go dziêki uprzejmoœci moskiewskiego „Memo- ria³u”. 23 nikiem. Wywo³a³o to nieukrywane zdziwienie innych k¹pi¹cych siê – jakby pytanie: „Co, on inny?”. W krajach Europy Wschod- niej studenci przed egzaminem, a czêsto tak¿e niestety podczas egzaminu, na swój sposób jednocz¹ siê w „niebezpieczeñstwie”: przygotowuj¹ œci¹gaczki, podpowiadaj¹ sobie nawzajem. Na Za- chodzie raczej patrz¹ na wspó³egzaminowanych jako na poten- cjalnych konkurentów. W poszczególnych krajach istniej¹ te¿ ró¿ne œrodowiska. Ró¿- nicê stopnia indywidualizacji ludzi dobrze widaæ w krajach o lud- noœci rekrutuj¹cej siê z wielu grup etnicznych. Andrzej Walicki zaobserwowa³ na przyk³adzie Australii, jak to tamtejsi W³osi, Grecy i S³owianie s¹ znacznie bardziej powi¹zani ró¿nymi wiêza- mi miêdzy sob¹ (klientystycznymi, mafijnymi, rodzinnymi) ni¿ Anglosasi. Ci pierwsi s¹ znacznie bardziej wspólnotowi ni¿ dru- dzy, ich wiêzi s¹ bezpoœrednie, ca³oœciowe i nieformalne, pod- czas gdy wiêzi Anglosasów mo¿na raczej charakteryzowaæ jako uspo³ecznienie, nie zaœ jako uwspólnotowienie8. W niektórych krajach i grupach tradycja, przekazywana przez mechanizm dziedziczenia kulturowego, modyfikuje mechanizm procesu modernizacyjnego. Trudno powiedzieæ, ¿e Finlandia jest dziœ ma³o zmodernizowana, a przecie¿ ludzie biegaj¹ tam do wspólnotowej sauny jak do tradycyjnej rosyjskiej „bani”. Stopieñ modernizacji Japonii czy Korei Po³udniowej jest dziœ ogromny, a styl indywidualizacji ludzi jest tam bardzo ró¿ny od Europy Za- chodniej. Widaæ to nawet w sk¹din¹d nie najwa¿niejszej sprawie formy k³aniania siê ludzi. Szybko trzeba siê tam nauczyæ siê k³a- niaæ, nawet w sklepie, g³êbiej ni¿ przez byle machniêcie rêk¹ lub przez minimalne pochylenie g³owy. W krajach jêzyka angielskie- go, czêsto silnie zmodernizowanych, zwracanie siê do siebie per „ty” (you) niewiele znaczy, podczas gdy w innych krajach jest najczêœciej oznak¹ bliskoœci oraz instrumentem zbli¿enia zara- zem. Pewne sytuacje spo³eczne mog¹ przeciwdzia³aæ indywiduali- zacji ludzi. Dzieje siê tak np. w wypadku mniejszoœci narodo- 8 Cyt. za: Pawe³ Koz³owski, Szukanie sensu, czyli o naszej wielkiej zmia- nie, PWN, Warszawa 1995, s. 94. 24 wych lub wygnañców (czyli nieraz ludzi w pewnej mierze odrzu- conych lub znajduj¹cych siê w jakimœ wymiarze „pod kresk¹”). W okresie miêdzywojennym funkcjonowa³o w Polsce powiedze- nie, ¿e jak ¯yd w Warszawie kichn¹³, to inny ¯yd w Gdañsku odpowiada³ mu „na zdrowie”. Jak wiêkszoœæ takich powiedzo- nek, tak i to wynika³o z pewnego stereotypu. Jest oczywiœcie bzdur¹, ¿e wszyscy ¯ydzi zawsze siê kochali nawzajem; mo¿na wskazaæ nawet takich, którzy siê nawzajem wykañczali. Z sytua- cji mniejszoœci narodowej, przez innych czêsto deprecjonowanej, nieraz wynika³a jednak pewna jej „stadnoœæ”. Podobnie migranci czêsto i d³ugo utrzymuj¹ uprzywilejowane stosunki miêdzy sob¹. Mo¿e tak trzeba w Polsce t³umaczyæ zwartoœæ spo³ecznoœci Wro- c³awia – po wojnie, jak wiadomo, zasiedlonego przez migrantów. Ich zwartoœæ zdaje siê relatywnie wiêksza ni¿ w innych polskich miastach. Jeœli mo¿na powo³aæ osobiste doœwiadczenie, to wspo- mnê w tym kontekœcie, jak to kiedyœ zapyta³em kogoœ z rodziny, przesiedleñca ze Lwowa, czy zna jakiœ przyzwoity warsztat samo- chodowy. Zapytany wskaza³ mi taki warsztat bez chwili wahania – z komentarzem: „Wiesz, on u nas, we Lwowie, mia³ warsztat na ulicy...” (tu pad³a nazwa ulicy, która mnie oczywiœcie nic nie mówi³a). Grupy m³odzie¿owe nieraz te¿ s¹ bardzo „stadne”. Nie przy- równuj¹c, grupy przestêpcze bywaj¹ silnie kolektywistyczne. * * * W pewnych sytuacjach chcemy choæ trochê wyizolowaæ siê od innych, ale bywa to czasem nieosi¹galne. S¹ to sytuacje wiê- zienne, obozowe, rekruckie w wojsku. W pewnych sytuacjach odczuwamy wielk¹ bliskoœæ, wrêcz braterstwo z innymi, ale nie jest to rodzaj braterstwa, który czy to na spokojnie, czy patrz¹c z zewn¹trz, pochwalilibyœmy. Czêsto w t³umie, niestety zw³asz- cza w t³umie ludzi nienawidz¹cych, przezwyciê¿a siê poczucie izo- lacji. To jest jeden z psychologicznych mechanizmów pogromów czy np. brutalnego zachowania kibiców na stadionach. Prawda, ¿e mo¿e siê zdarzyæ wspólnota zbli¿aj¹ca ludzi, organizuj¹ca siê przeciw komuœ czy przeciw czemuœ tak¿e w bardziej chwaleb- nych celach. Taki charakter mia³y parokrotnie odbyte we wspó³- czesnej Polsce „czarne marsze” przeciw chuliganom, którzy za- 25 mordowali niczemu nie winnych, przypadkowych m³odych ludzi. W ¿yciu codziennym mo¿emy siê zupe³nie banalnie jednoczyæ np. przeciw uci¹¿liwemu s¹siadowi czy dla ratowania siê w wypadku awarii hydraulicznej w bloku mieszkalnym. Czasem klêski ¿ywio- ³owe te¿ tak dzia³aj¹ – choæ one najczêœciej dzia³aj¹ ró¿nie: po- woduj¹ zbli¿enie ludzi, ale nieraz oddzia³ywaj¹ te¿ przeciwnie (jak wojny). Niekiedy uwa¿a siê, ¿e ¿ycie w trudnych warunkach natural- nych zbli¿a (a przynajmniej kiedyœ zbli¿a³o) ludzi. W tym kon- tekœcie wskazuje siê ¿ycie wœród pó³nocnej przyrody w Norwe- gii, w Kanadzie czy w warunkach takich, jak kiedyœ na Dzikim Zachodzie. Bardzo ciekawym socjologicznie (choæ smutnym!) zja- wiskiem s¹ klêski g³odu. Bywa, ¿e jednoczy nawet jeszcze nie sam g³ód, ale jego perspektywa. W historii znane s¹ bunty g³odowe. Znane s¹ demonstracje g³odowe – jak choæby marsze kobiet w Polsce, w £odzi w 1981 r. Ich uczestniczki, pracuj¹ce na ró¿ne zmiany w zak³adach w³ókienniczych, w drodze do domu nie mo- g³y ju¿ zrobiæ ¿adnych zakupów w najczêœciej pustych wówczas sklepach. Prawd¹ jest jednak tak¿e, ¿e wielokrotnie w historii g³ód potê¿nie dezintegrowa³. * * * Pewne sytuacje ¿ycia codziennego zbli¿aj¹ ludzi. Np. wspól- ne jedzenie na ogó³ zbli¿a wspó³biesiadników. W ró¿nych kra- jach powsta³y nawet ca³e ceremonie zwi¹zane z jedzeniem, które w gruncie rzeczy s³u¿¹ ³¹czeniu ludzi. Jedzenie jako instrument integracji funkcjonuje jednak ró¿nie. Przy ograniczonej jego ilo- œci posi³ek wcale niekoniecznie zbli¿a. Szybkie jedzenie w sto- ³ówce czy w barze szybkiej obs³ugi, gdzie wbiega siê jedynie dla przek¹szenia czegoœ, najczêœciej nie ma nic wspólnego ze zbli¿e- niem. Podarunki na ogó³ zbli¿aj¹ ludzi – pod warunkiem wszak¿e, i¿ nie bêd¹ to podarunki demonstracyjne i uzale¿niaj¹ce, jak np. Pa³ac Kultury w Warszawie, ofiarowany Polakom przez „narody Zwi¹zku Radzieckiego”. Taniec – zarówno klasyczny, jak grupowy, mo¿e funkcjono- waæ jako instrument zbli¿enia. Pub angielski, karczma, knajpa, piwiarnia, gra w boules we Francji – podobnie. W spo³eczeñstwie 26 wspó³czesnym, w miarê indywidualizacji, pojawiaj¹ siê coraz nowe instrumenty o analogicznym oddzia³ywaniu. * * * Niektóre instytucje w dziejach stara³y siê spajaæ ludzi – co im siê udawa³o lepiej lub gorzej w zale¿noœci od okresu historyczne- go i sytuacji. Takimi instytucjami bywa³y i bywaj¹ instytucje ¿ycia religijnego. Wiele ruchów religijnych (œwieckich parareligijnych zreszt¹ te¿) akcentowa³o braterstwo uczestników. Nie przypad- kowo w zakonach mówi siê o wspó³zakonnikach „bracia”. K³o- pot tylko w tym, ¿e instytucje religijne najczêœciej stara³y siê jed- noczyæ swoich wyznawców, podczas gdy innych nie uwa¿a³y na- wet za „braci od³¹czonych”. Dzia³ania Koœcio³a katolickiego na rzecz zbli¿enia do innych religii to rzecz relatywnie nowa, acz ciekawa. Z punktu widzenia dzia³ania na rzecz zbli¿enia miêdzy ludŸmi interesuj¹ca jest nowa, posoborowa liturgia Koœcio³a ka- tolickiego oraz wspó³czesna architektura koœcielna – akcentuj¹ca jednoœæ spo³ecznoœci, a nie tylko jej zwi¹zek z Bogiem. Symbolem tych zmian jest padaj¹ce obecnie w czasie nabo¿eñstwa wezwa- nie ksiêdza, by ludzie przekazali sobie „znak pokoju”; oczekuje siê, ¿e wierni wymieni¹ wtedy uœcisk d³oni ze stoj¹cymi blisko nich, choæby zupe³nie obcymi. Sam ksi¹dz jest traktowany obec- nie znacznie bardziej ni¿ dawniej jako jeden z cz³onków spo³ecz- noœci wiernych, czego symbolem jest jego zejœcie z ambony na poziom wszystkich obecnych i odprawianie mszy twarz¹ do nich. Jest to akcent jeszcze do niedawna wystêpuj¹cy raczej w prote- stantyzmie ni¿ w Koœciele rzymskim. Niektóre idee pojawia³y siê najpewniej jako remedium na roz- sypywanie siê powi¹zañ ludzi funkcjonuj¹cych w ramach struk- tur feudalnych. Tak¹ ide¹ by³ naród, tworz¹cy – jak to okreœli³ Jerzy Jedlicki – wspólny dom dla wszystkich uczestników zbioro- woœci9. Wchodzili oni do tego „domu” nawet bez szczególnego wysi³ku, niejako automatycznie, na skutek urodzenia. Prawda, ¿e skoro mia³ to byæ dom dla jednych, to niezbyt móg³ byæ do- 9 Jerzy Jedlicki, O narodowoœci kultury, Res Publica, 1987, nr 2, s. 54. 27 mem dla innych. Wa¿ne pytanie sprowadza³o siê zatem do kwe- stii, kto mia³ wstêp do tego „domu”. Jego ekskluzywnoœæ, w nie- których sytuacjach bardzo du¿a, te¿ umacnia³a poczucie blisko- œci wybranych. Ciekawe, ¿e obecnie, chyba w³aœnie w reakcji na pog³êbiaj¹c¹ siê atomizacjê spo³eczeñstwa, idea narodowa ponow- nie nasila siê w krajach silnie zmodernizowanych. Wspó³czeœnie wiele rozwi¹zañ socjotechnicznych s³u¿y temu samemu celowi (shopping malls, ulice bez ruchu ko³owego, wiel- kie imprezy plenerowe, parki atrakcji pomyœlane jako miejsce spêdzania wolnego czasu przez wielu ludzi wspólnie w weeken- dy...). Tak¿e sport sta³ siê takim narzêdziem ³amania atomizacji jednostek. Wielkie widowiska sportowe nale¿¹ obecnie do zja- wisk najbardziej skupiaj¹cych ludzi oraz zaliczaj¹ siê do najwa¿- niejszych noœników idei narodowej (nawet jeœli dru¿yny wielu krajów przypominaj¹ teraz raczej dawne wojska zaciê¿ne, z ¿o³- nierzami/graczami wynajêtymi z innych narodów). Sport daje poczucie wspólnoty, szczêœliwie mimo wszystko mniej dziel¹c narody ni¿ starcia wojenne. Jednoczeœnie nie da siê ukryæ, ¿e sport mo¿e ³¹czyæ ludzi w stylu jednoœci, nazwijmy to tak, faszystowskiej. Kluby kibiców nieraz przypominaj¹ bojówki, zwracaj¹ce siê przeciw innym. Z braterstwem sportowców nawet w³asnych dru¿yn bywa ró¿nie, a có¿ dopiero z braterstwem gra- czy z ró¿nych dru¿yn. W narodowej mobilizacji sportowej poja- wia siê moment przymusu. Jeœli nie jesteœ entuzjast¹ – zdaj¹ siê mówiæ entuzjaœci – ustawiasz siê poza wspólnot¹. Jeœli jeszcze raz mogê powo³aæ osobiste doœwiadczenie, to wspomnê jak, bêd¹c we Francji, obserwowa³em Mundial w 2006 r. Muszê zaznaczyæ, ¿e dla mnie pi³ka no¿na mo¿e nie istnieæ. Tym bardziej odnosi³em wra¿enie, ¿e Francja wtedy zwariowa³a, od szczytów do do³ów spo³ecznych. 28 czerwca, gdy zwyciê¿y³a Hisz- paniê 3:1, nast¹pi³o szaleñstwo na ulicach. Przez miasto jecha³y samochody i motocykle z francuskimi flagami, oczywiœcie naru- szaj¹c wszelkie przepisy drogowe. Na centralnych ulicach groma- dzi³y siê t³umy, nieraz ca³kowicie blokuj¹ce ruch. Nawet pojedyn- czy ludzie wrzeszczeli. Sk¹din¹d granica wyra¿ania entuzjazmu oraz prostego chuligañstwa by³a bardzo cienka. To wszystko dzia³o siê zaœ dlatego, ¿e o tysi¹c kilometrów dalej paru facetów dobrze kopnê³o pi³kê! 28 Podobnie rzeczy przedstawia³y siê 1 czerwca, gdy Francja zwyciê¿y³a Brazyliê 1:0. Podobnie, a raczej jeszcze mocniej, mia- ³o wygl¹daæ 9 lipca. Francuzi nastawili siê na zwyciêstwo z W³o- chami. Wywieszono flagi. Na Champs Elysées radosna atmosfe- ra panowa³a ju¿ na wiele godzin wczeœniej... a potem t³um przy- pomina³ balonik, z którego usz³o powietrze. Okaza³o siê, ¿e okr¹g³y przedmiot zwany pi³k¹ jest jedyn¹ rzecz¹ (ide¹?), mog¹c¹ zjednoczyæ naród. Jak napisa³a któraœ z gazet, okaza³o siê, ¿e peuple gaulois ma tylko jeden czynnik jed- nocz¹cy go wokó³ potencjalnego celu – pi³kê. Nawiasem: korespondenci z W³och podobnie podkreœlali, ¿e przynajmniej raz, z okazji Mundialu, uczucie narodowe przewa- ¿y³o tam nad siln¹ to¿samoœci¹ regionaln¹. W³adze francuskie oczywiœcie wykorzystywa³y atmosferê i podbija³y bêbenka. Prezydent Chirac przyje¿d¿a³ na podstawo- we mecze, a po wszystkim zaprosi³ dru¿ynê na œniadanie do Pa³acu Elizejskiego. W dniu fina³u na gmachu Zgromadzenia Narodowego wywieszono ogromn¹ flagê narodow¹ i transparent Allez la France, nawi¹zuj¹cy do wszêdzie rozbrzmiewaj¹cego ha- s³a Allez les bleus (bleus, niebiescy, to w³asna dru¿yna). W Pary¿u pojawi³y siê plakaty Paris aime les bleus (zamiast czasownika aimer widnia³o czerwone serduszko). Les bleus byli zreszt¹ w wiêkszo- œci czarni, a kostiumy nosili bia³e – bowiem przy czarnym to ³ad- niej i bardziej wyraziœcie. Liczy³ siê tylko sukces. Gdy ten ostatni mecz Francuzi prze- grali z W³ochami, gigantyczne t³umy zgromadzone na Champs Elysées spuœci³y nosy na kwintê, odpali³y trochê ju¿ do niczego niepotrzebnych petard i rozesz³y siê. Nawet jeœli, jak zauwa¿ono, na dzisiejszy sport mo¿na patrzeæ jako na swego rodzaju œwiatowe esperanto, to jest w nim te¿ jakiœ gigantyczny ³adunek nacjonali- zmu. To „my” mamy zwyciê¿yæ i tylko to siê liczy. Namiêtnoœci Mundialu czy innych igrzysk staj¹ siê narodowym substytutem globalizacji. Sk¹din¹d oczywiœcie lepiej, a¿eby kraje realizowa³y swoje ambicje dziêki bieganiu po trawie paru facetów ni¿ dzia³a- niom wojskowym. Nawiasem: Niemcy w Niemczech te¿ dziko machali swoimi flagami. Francuska telewizja komentowa³a, ¿e przez lata Niemcy byli jakby za¿enowani przy pokazywaniu swojej flagi, choæ ona 29 oczywiœcie nie ma nic wspólnego z hitleryzmem. Teraz ju¿ nie s¹ za¿enowani. Prezydent RFN powiedzia³ nawet w tych dniach, ¿e cieszy siê, i¿ nie jest jedynym, który wywiesza niemieck¹ flagê (na samochodzie). Ten t³um wy³adowywa³ tkwi¹c¹ chyba u ka¿dego potrzebê komunii duchowej z innymi ludŸmi. Zainteresowanie przebie- giem meczu mo¿na by³o doskonale zaspokoiæ, wygodnie siedz¹c w domu przed telewizorem. Ludzie jednak chcieli wyjœæ na ulice, byæ z innymi, wrêcz ogl¹daæ mecz wspólnie na stadionach, gdzie ustawiono wielkie ekrany. Ten t³um cieszy³ siê, ¿e w dany wieczór przestawa³y obowi¹- zywaæ pewne regu³y. Wszêdzie mo¿na by³o wrzeszczeæ i mo¿na by³o chodziæ œrodkiem Champs Elysées. Mo¿na by³o jeŸdziæ na dachu samochodu. Mo¿na by³o wysmarowaæ siê na twarzy naro- dowymi kolorami. Mnie kojarzy³y siê w tym momencie œrednio- wieczne „œwiêta g³upców” i karnawa³ brazylijski. Ten t³um wy³adowywa³ te¿ swoje frustracje, widaæ g³êbokie. Identyfikowa³ siê ze sportowcami, którzy wygrywali – choæ w³a- sna zas³uga ka¿dej z osób z t³umu by³a w tym dok³adnie ¿adna. Ka¿dy przydawa³ sobie te¿ znaczenia, gdy wrzeszcza³ allez les bleus. Jakaœ dziewczyna wsiad³a w wieczór meczu do wagonu metra i sama wrzeszcza³a na ca³y wagon allez les bleus. Mnóstwo ludzi, zw³aszcza m³odych, owija³o siê we francuskie flagi. To by³a taka unia duchowa, która jednoczeœnie pozwala³a ka¿demu czuæ, ¿e sam dzia³a. Manifestuj¹cy na ulicach t³um ¿¹da³ jednomyœlnoœci. W grun- cie rzeczy reprezentowa³ jakiœ straszny potencja³ przymusu. Nie- raz by³ chyba gotów wywrzeæ przymus, aby wszyscy siê cieszyli, gdy les bleus zwyciê¿ali. Wobec kogoœ, kto nie wrzeszcza³ allez les bleus lub nie skaka³ (nie tañczy³) z radoœci, nieraz zwraca³ siê z gestami „Ciesz siê te¿!”. Gdy szed³em ulic¹ bez widocznych oznak radoœci, od razu ktoœ zamacha³ do mnie allez les bleus. Wy- razi³em wiêc radoœæ entuzjastycznym odmachniêciem rêk¹ – bo taka ferajna potrafi byæ groŸna. Samochody, które ugrzêz³y w t³umie, zatrzymywano, ko³ysa- no, walono rêkami po maskach – a jedyn¹ wyjœciem dla kierowcy by³o w³¹czenie siê w ten cyrk, klaksonowanie w odpowiednim rytmie, czy te¿ podzielenie radoœci w jakikolwiek inny sposób. 30 Dobrze jest prze¿ywaæ radoœæ. Có¿ ja jednak poradzê, ¿e przy- pomnia³ mi siê film Kabaret10 – o narastaniu faszyzmu w Niem- czech – gdzie w jednej ze scen m³ody cz³owiek œpiewa³ w knajpie hitlerowsk¹ piosenkê, stopniowo doprowadzaj¹c do podjêcia jej przez wszystkich. * * * Nieraz w dziejach ludzie usi³owali przeciwdzia³aæ procesowi atomizacji spo³ecznej œwiadomymi dzia³aniami. Rewolucja Fran- cuska podnios³a nie tylko has³a wolnoœci i równoœci, ale tak¿e braterstwa. Rewolucjoniœci mieli zwracaæ siê do siebie per „ty”, ¿eby potwierdziæ swoj¹ bliskoœæ. Pytanie oczywiœcie, jak daleko owo braterstwo mia³o siêgaæ. Podobnie jak w USA, równoœæ nie oznacza³a przecie¿ we Francji od razu równoœci niewolników. Francuskie statki, wo¿¹ce afrykañskich niewolników nosi³y na- zwy „Liberté”, „Egalité” i „Fraternité”11. Wrogowie rewolucji, b¹dŸ uznani za takich przez frakcjê dominuj¹c¹, nie mogli byæ braæmi niejako z natury rzeczy. Dla nich by³a gilotyna – o tyle pozostaj¹- ca w linii rewolucji, ¿e stanowi¹ca owoc rozumu oraz przekona- nia o równoœci ludzi w tym sensie, ¿e likwiduj¹ca zró¿nicowanie sposobu wykonywania kary œmierci w zale¿noœci od przynale¿- noœci stanowej skazanego. D¹¿enie do braterstwa, stowarzyszone z d¹¿eniem do stworze- nia przez rewolucjê nowego œwiata coute que coute, jest dobrze oddane w powiedzonku odnoszonym do rewolucji francuskiej, a u¿ytym na tytu³ tego artyku³u („Zostañ moim bratem, a jak nie, to ciê zabijê!”). * * * Faszyzm silnie reprezentowa³ d¹¿enie dezindywidualizacyj- ne. Erich Fromm u¿y³ terminu „ucieczka od wolnoœci”12. Cz³o- 10 W re¿yserii Boba Fosse, 1972. 11 Zwróci³ mi na to uwagê socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego, prof. Stanis³aw Ossowski (1897–1963) w ostatniej rozmowie, jak¹ dane mi by³o z nim odbyæ. 12 Erich Fromm, Ucieczka od wolnoœci, t³um. Olga i Andrzej Ziemil- scy, przedmowa Edmund Wnuk-Lipiñski, Czytelnik 2008 (w pocz¹tko- wych polskich wydaniach autorem przedmowy by³ Franciszek Ryszka). 31 wiek znów mia³ byæ objêty pierwotn¹ gromad¹ wspó³braci, zdefi- niowanych jako swoi. Mia³ byæ zjednoczony z innymi przez oso- bê Führera, cz³owieka rzekomo na tyle dobrego, ¿e nawet p³o- chliwe sarenki pokazywane na zdjêciach nie ba³y siê go – ale za- razem walcz¹cego o sprawy narodu i daj¹cego temu narodowi opiekê. Cz³owiek mia³ byæ objêty przez strukturê partii i pañstwa oraz nakierowany na realizacjê postawionych przez wodza celów. Ludzie mieli jednoczyæ siê w nienawiœci do obcych, a w tym do ludzi naznaczonych jako obcy nawet we w³asnym spo³eczeñstwie. Mieli siê zjednoczyæ w wyidealizowanej wspólnocie narodowej, rasowej, ideowej oraz w zbrodni. Ten proces jednoczenia ludzi w hitleryzmie znakomicie pokazywa³ wspomniany ju¿ wy¿ej film Kabaret. Wiadomo, co z tego wszystkiego wyniknê³o. * * * Komunizm podobnie cofa³ dziejow¹ ewolucjê spo³eczeñstwa w kierunku indywidualizacji ludzi. Ró¿nica z faszyzmem by³a chyba jednak taka, ¿e to nie by³a „ucieczka od wolnoœci” ludzi wspó³tworz¹cych zmodernizowane spo³eczeñstwo i chc¹cych zjed- noczenia w miejsce indywidualizacji. O ile tendencje komunistycz- ne na Zachodzie mo¿na – wœród ró¿nych czynników – t³umaczyæ reakcj¹ na staniêcie ludzi samych wobec trudnoœci zmoderni- zowanego ¿ycia, przy zachowaniu relatywnie du¿ego stopnia ich indywidualnoœci, o tyle w czo³owych krajach komunizmu mecha- nizm by³ inny. W wypadku komunizmu to d¹¿enie pojawi³o siê w krajach, które w³aœnie by³y s³abo zmodernizowane – w Rosji i w Chinach. By³y to zarazem kraje, których tradycyjne struktury zosta³y ju¿ naruszone. Nadto autorami koncepcji byli tam naj- czêœciej ludzie sami wywodz¹cy siê ju¿ z sektora nowoczesnego, którzy chcieli zorganizowania ludzi w³aœnie w imiê moderniza- cji. D¹¿enie do komunizmu by³o wiêc wyrazem d¹¿enia do mo- dernizacji spo³eczeñstwa bez w³aœciwych jej cech negatywnych. Poniewa¿ owe negatywy s¹ jednak najpewniej immanentnymi cechami tego zjawiska (co najwy¿ej mo¿na staraæ siê je ogra- niczaæ!), cel wysuniêty przez wczesne elity komunizuj¹ce w Rosji i w Chinach by³ tym bardziej utopijny. Co z tego wszystkiego wyniknê³o – wiadomo. Warto wszak¿e bli¿ej przyjrzeæ siê, jak 32 komunizm z jednej strony budowa³, a z drugiej strony niszczy³ braterstwo ludzi. * * * Komunizm rós³ wraz z ide¹ walki i nigdy jej nie odrzuci³. W 1923 r. na przystani na Wyspach So³owieckich widnia³o po- noæ has³o: „¯elazn¹ d³oni¹ zagnamy ludzkoœæ ku szczêœciu”13. PóŸ- niej, zw³aszcza w niektórych krajach, Wysp So³owieckich i po- dobnych by³o ju¿ mniej, ale idea pozosta³a. W ramach walki komunizm budowa³ jednoœæ tych, którzy sy- tuowali siê po stronie z jego punktu widzenia w³aœciwej. Na ka¿- dej komunistycznej gazecie by³o wydrukowane zdanie z Manife- stu Komunistycznego: „Proletariusze wszystkich krajów ³¹czcie siê!”. Jako m³odzi ludzie œpiewaliœmy przy ró¿nych oficjalnych okazjach pieœñ masow¹: Naprzód, młodzieży świata, nas braterski połączył dziś marsz. Groźne przeminą lata hej, kto młody, pójdź z nami i walcz! Na lądzie i na wodzie, na wschodzie, na zachodzie, w marszu po szczęście, pokój i radość zgodnie nasz dźwięczy krok. Nie zna granic ni kordonów pieśni zew, pieśni zew, pieśni zew. Więc śpiewamy, nie zamilknie wolny śpiew, wolny śpiew, wolny śpiew! Przez cały świat słowa pieśni tej niech niesie wiatr! Nie zamilknie, nie ucichnie wolny śpiew, wolny śpiew, wolny śpiew! Znamy warkot granatów, w ogniu walki byliśmy nie raz, przelanej krwi szkarłatem w bitwie sojusz pisaliśmy nasz. 13 Nina Mole Bielutin, Wiek XX widziany z Moskwy. Niech jednak bê- dzie pochwalony!, t³um. Walentyna Miko³ajczyk-Trzciñska, Adam Mar- sza³ek, Toruñ [2005], s. 87. 33 Każdy, kto wolność kocha, niechaj zasili pochód! Szczęście narodów, jutro świetlane – to sprawa naszych rąk [...]14 Niezale¿nie od ró¿nych aspektów treœci tej pieœni, istotny dla prowadzonych rozwa¿añ by³ jej akcent wspólnotowy. Obok propagandy tak¿e polowania na wskazanych wrogów i seanse nienawiœci mia³y jednoczyæ wszystkich w³aœciwie myœl¹- cych w postawie przeciw komuœ. W Polsce dobrym dla rozpatry- wania tej kwestii (smutnym!) przyk³adem takiego dzia³ania by³a dintojra 1968 r., skierowana przeciw ¯ydom oraz intelektuali- stom (oficjalnie przeciw „syjonistom” i „rewizjonistom”). Sta- ³ym mechanizmem jednoczenia ludzi w postawie przeciw komuœ by³o kierowanie uwagi przeciw wybranym narodom – w wypad- ku Polski epoki PRL zw³aszcza oczywiœcie przeciw Niemcom z RFN (ci z NRD byli przedstawiani jako dobrzy z definicji). Jest prawd¹, ¿e W³adys³aw Gomu³ka autentycznie ba³ siê o polsk¹ granicê na zachodzie i obawia³ siê ewentualnego porozumienia pomiêdzy ZSRR a RFN ponad g³ow¹ Polski. K³ad¹c nacisk na za- gro¿enie ze strony RFN, realizowa³ jednak tak¿e – mniejsza, czy œwiadomie – swoje cele w polityce wewnêtrznej. Miêdzy innymi tym t³umaczy³a siê ostroœæ jego reakcji na list biskupów polskich do niemieckich z 1965 r. Tym t³umaczy³a siê równie¿ PRL-owska niechêæ do oddawania ho³du tym Niemcom, którym Polacy powin- ni oddawaæ ho³d. W pierwszym wydaniu pamiêtnika W³adys³awa Szpilmana postaæ niemieckiego oficera Wilma Hosenfelda, który w krytycznym momencie pomóg³ autorowi siê ukrywaæ, przed- 14 Pieœñ, pocz¹tkowo znana jako Pieœñ pokoju, zosta³a przyjêta jako hymn Œwiatowej Federacji M³odzie¿y Demokratycznej (na jej kongresie za³o¿ycielskim w Pradze w 1947 r.). Odt¹d by³a powo³ywana jako Hymn ŒFMD. Autor orygina³u rosyjskiego: Lew Oszanin, muzyka: Anatol No- wikow, tekst polski: Krzysztof Gruszczyñski. 34 stawiono jako Austriaka15. U schy³ku ustroju komunistycznego wielkie oburzenie w³adz wywo³ywa³o oddawanie ho³du Ottonowi Schimkowi, ¿o³nierzowi, który poniós³ œmieræ w 1944 r., rozstrze- lany (jak wiele wskazuje) za odmowê udzia³u w mordowaniu Polaków. Oczywiœcie mowy nie by³o o honorowaniu Helmutha von Moltke i Krêgu z Krzy¿owej czy pastora Dietricha Bon- hoeffera we Wroc³awiu (o p³k. von Stauffenbergu ju¿ nawet nie wspominaj¹c!). Choæ RFN by³a oczywiœcie szczególnie uprzywilejowana jako medium jednoczenia nas przez budzenie niechêci do innych, to inne kraje te¿ bywa³y wygodne. Œwiadomie lub podœwiadomie wykorzystywano przy tym istniej¹ce w Polsce negatywne stereo- typy niejednego narodu. Przedstawiano Izrael jako pañstwo agre- sywne. Pos³u¿ono siê nawet wizj¹ „bratniej” Czechos³owacji jako rzekomo id¹cej na rêkê Niemcom w 1968 r. W ogóle nominalna przyjaŸñ z „bratnimi” krajami by³a nieraz w praktyce uprawiana przy „puszczaniu oka” do ludzi, a na pewno bez u³atwiania kon- taktów pomiêdzy Polakami i obywatelami tych krajów. Zachód na ogó³ nie zdawa³ sobie sprawy, jak bardzo „wspólnota socjali- styczna” by³a poprzedzielana granicami. Warto te¿ wspomnieæ, ¿e Stolicê Apostolsk¹ nieraz przedstawiano jako antypolsk¹, licz¹c na dyskredytowanie w ten sposób Koœcio³a katolickiego w Pol- sce. To zjawisko z czasem zmniejszy³o siê. Ostatecznie komuni- styczny establishment parokrotnie zwraca³ siê nawet do Koœcio³a o pomoc w trudnych momentach. Niemniej jednak np. wspomnia- ny list biskupów polskich do niemieckich przedstawiano jako dzia³anie sprzeczne z interesami narodowymi. * * * Narzêdziem, które mia³o s³u¿yæ jednoczeniu ludzi w komu- nizmie, by³o zachêcaj¹ce przedstawianie celów dzia³ania ustroju (powszechna szczêœliwoœæ, œwietlana przysz³oœæ). Tak¿e – rytua- ³y jego dzia³ania, takie jak akademie z ró¿nych okazji, pochody 15 W³adys³aw Szpilman, Pianista. Warszawskie wspomnienia 1939–1945, wstêp i opracowanie Andrzej Szpilman, fragmenty pamiêtnika Wilm Hosenfeld, pos³owie Wolf Biermann, Znak, Kraków 2000. 35 pierwszomajowe czy inne ceremonie parareligijne. Oczywiœcie jednoczyæ mia³a osoba przywódcy, który pokazywa³ siê jako na tyle dobry, ¿e ca³owa³ dzieci i zaprasza³ je na choinkê noworoczn¹ (oczywiœcie nie bo¿onarodzeniow¹!). Nawiasem mówi¹c, sam jeszcze zd¹¿y³em byæ na takiej choince u Bieruta. Przywódca by³ przedstawiany jako bliski ludziom pracy, senior gotowy nawet przyjmowaæ listy ze skargami (byle nie zbiorowe!). W ca³ym systemie nadzwyczajnie rozbudowano paternalistyczne mechanizmy kontaktu z obywatelami. Owe mechanizmy nieraz mo¿e nawet dzia³a³y w sprawach mniej wa¿nych, ale nie zapobie- g³y ostatecznemu wyobcowaniu systemu. Jednoczeœnie, najpierw po to, by wzmocniæ komunistyczne narzêdzia integracji ludzi, a potem by je w ogromnym stopniu zast¹piæ, komunizm odwo³y- wa³ siê praktycznie przez ca³y czas do idei narodowej. W Polsce najpierw k³adziono akcent na wyzwolenie narodu spod okupacji hitlerowskiej, tak¿e na uzyskanie (w ówczesnej terminologii „od- zyskanie”) Ziem Zachodnich i Pó³nocnych, czy te¿ zapewnienie krajowi szerokiego dostêpu do Ba³tyku. Jako korzyœæ przedsta- wiano powojenn¹ etniczn¹ jednolitoœæ kraju – uzyskan¹ najpierw na skutek hitlerowskiej zbrodni pope³nionej przeciw ¯ydom, póŸ- niej dziêki powojennym zmianom granic i wielorakim przesie- dleniom ludzi, a ostatecznie dziêki sprzyjaniu emigracji mniej- szoœci narodowych przez w³adze komunistyczne. W sumie w tym punkcie myœl komunistyczna faktycznie nawi¹zywa³a do zadaw- nionej myœli polskich nacjonalistów, po¿¹daj¹cych pañstwa Pola- ków i praktycznie tylko Polaków. W kolejnych latach, za w³adzy Edwarda Gierka, przedstawia- no Polskê jako jedn¹ z czo³owych potêg gospodarczych œwiata. Rzucono has³o budowy „drugiej Polski” (ju¿ po paru latach lu- dzie mówili: „Mieliœmy zbudowaæ drug¹ Polskê, a zbudowaliœmy Trzeci Œwiat”). Podniesiono projekty inwestycyjne, których cel by³ chyba nie tylko modernizacyjny. Mo¿na odnieœæ wra¿enie, ¿e niektóre z nich mia³y cel podobnie socjotechniczny jak, powiedz- my, program budowy szosy transamazoñskiej w Brazylii rz¹dzo- nej przez genera³ów. Lansowany przez Gierka w 1978 r., giganto- mañski i nierealistyczny projekt regulacji Wis³y mia³ zjednoczyæ Polaków – rzecz jasna wokó³ projektodawcy. O przytoczonym przez jednego z autorów, jakoby rzuconym przez Gierka projek- 36 cie zbudowania na Antarktydzie polskiej wyspy z polsk¹ flag¹, ju¿ prawie nie warto mówiæ. Mia³a ona zostaæ zbudowana z ka- mieni przywiezionych tam polskimi statkami i s³u¿yæ jako baza dla polskich statków ³owi¹cych kryla16. Nie zaniedbywano pokazywania jednoczeœnie Polski jako rze- komej potêgi politycznej czy, po prostu, podbijania narodowego bêbenka. Wys³ano na orbitê polskiego kosmonautê, a Gierek usi- ³owa³ nawet bezskutecznie za³atwiæ z Leonidem Bre¿niewem, a¿eby Polak polecia³ przed Czechem. Nawet wybór polskiego pa- pie¿a i jego przyjazd do Polski Gierek traktowa³ chyba nie tylko jako k³opot, ale – naiwnie – jako czynnik, który móg³ ewentual- nie zbli¿yæ ró¿ne opcje w spo³eczeñstwie polskim oraz, dziêki powszechnej dumie, umocniæ legitymacjê w³adzy. Za Gierka ukuto has³o „moralno-politycznej jednoœci naro- du”, PZPR by³a okreœlana jako „Partia narodu”17. Na zgromadze- niach partyjnych skandowano „Partia – Polska, Polska – Partia”. Ukuto te¿ has³o „Program Partii programem narodu!” – co ju¿ parê lat póŸniej kontestatorzy znakomicie przerobili na has³o „Pro- gram Partii programem Partii!”. Sam Gierek wspomina³ (mo¿e prawdziwie, któ¿ to wie?), ¿e by³ wnukiem powstañca z 1863 r. Kosmonauta polecia³ wprawdzie w kosmos na radzieckim stat- ku, wyposa¿ony m.in. w portret Bre¿niewa. Gierek udekorowa³ Bre¿niewa najwy¿szym polskim odznaczeniem wojskowym (!) i wprowadzi³ zasadê przyjaŸni z ZSRR do polskiej konstytucji. Liczono jednak najpewniej, i¿ naród uzna takie posuniêcia za ceny konieczne wybijania siê na potêgê. Wysy³aj¹c kosmonautê w prze- strzeñ, pomyœlano zreszt¹ oczywiœcie o wyposa¿eniu go tak¿e w symbole polskie – m.in. w plakietkê z ziemi¹ spod Grunwaldu, przypominaj¹c¹ polskie zwyciêstwo nad ¿ywio³em germañskim. 16 Mieczys³aw F. Rakowski, Dzienniki polityczne. 1979–1981, Iskry [2004], s. 250. 17 S³owo „partia” jest tu pisane z du¿ej litery zgodnie z kryteriami czasów, o których mowa. Tak pisane, by³o ono wówczas traktowane jako zastêpcze okreœlenie Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, a zara- zem podkreœlenie, i¿ w kraju jest i mo¿e byæ tylko jedna partia godna tego miana. 37 * * * U schy³ku ustroju gen. Jaruzelski przedstawia³ wprowadze- nie stanu wojennego (1981) jako posuniêcie ratuj¹ce kraj przed anarchi¹, rozpadem, bratobójcz¹ wojn¹ oraz (co ju¿ by³o komu- nikowane ciszej) przed interwencj¹ ZSRR. O samym gen. Jaru- zelskim po wprowadzeniu stanu wojennego dowiedzieliœmy siê, ¿e jest pochodzenia szlacheckiego i wychowankiem gimnazjum prowadzonego przez ksiê¿y oraz ¿e m³odoœæ spêdzi³ wygnany na Syberiê. W sumie dowiedzieliœmy siê, ¿e genera³ ma „mode- lowo” polski ¿yciorys (którego jednak wpierw nie znaliœmy!). W dniu wprowadzenia stanu wojennego na gmachu Komitetu Centralnego partii komunistycznej flaga narodowa zawis³a obok zawsze tam wisz¹cej flagi czerwonej. Wkrótce potem Kompaniê Honorow¹ Wojska Polskiego ubrano w rogatywki, czyli w trady- cyjne polskie wojskowe nakrycie g³owy, swego czasu wyelimino- wane przez komunizm. Bliskim w¹tkowi narodowemu, sta³ym dzia³aniem komuni- zmu by³o podbijanie bêbenka sportowego. Sportowcy z krajów komunistycznych mieli byæ podziwiani; szli zreszt¹ zawsze na pocz¹tku pochodów pierwszomajowych. Mieli odnosiæ sukcesy nie tylko dla wykorzystywania ich w polityce miêdzynarodowej, ale te¿, jak najbardziej, wewnêtrznej. Obok tych wielkich tematów, maj¹cych jednoczyæ ludzi pod egid¹ komunizmu, uruchomiono szereg mechanizmów jednocz¹- cych, a przynajmniej przeciwstawiaj¹cych siê indywidualizmowi mniej lub bardziej na codzieñ. Wychowanie dzieci i m³odzie¿y mia³o byæ kolektywistyczne, a nie zindywidualizowane. W Pol- sce niezbyt siê to uda³o, ale takie by³y intencje (tu zreszt¹ w ogó- le szczêœliwie uda³o siê ma³o z rzeczy przewidzianych w teorii!). Zespo³y badawcze w Polskiej Akademii Nauk mia³y kolek- tywnie pisaæ syntezy uprawianej tematyki (ale nie takie syntezy, do których same by dojrza³y, co
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Naród, historia i ... dużo kłopotów
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: