Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00372 005739 11249520 na godz. na dobę w sumie
Nasz Uniwersytet - ebook/pdf
Nasz Uniwersytet - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-235-2354-3 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> naukowe i akademickie >> historia
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Publikacja, przygotowana z okazji dwóchsetlecia Uniwersytetu Warszawskiego, zawiera wspomnienia kilkudziesięciu pracowników związanych z uczelnią od ponad 50 lat. Każdy z autorów prezentuje swój wydział i jego specyfikę, ale wspólnym elementem wielu opowieści są wydarzenia przełomowe zarówno w dziejach uczelni, jak i w skali całego kraju.

Powstało już wiele opracowań o Uniwersytecie Warszawskim. Jednak w niniejszym tomie zawarte są informacje, których próżno szukać w oficjalnych źródłach: barwne anegdoty, osobiste wspomnienia o wybitnych ludziach i ważnych miejscach – jednym słowem – żywa historia Uniwersytetu.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

NASZ UNIWERSYTET WWWWWssssppppoooommmmnnnnnniiiieeeeeeennnnniiiiiaaaaaaa pppppppprrrrrrrraaaaaaccccccccccoooooooowwwwwwwwwnnnnnnnnniiiiiiiikkkkkkkkkkóóóóóóóóóówwwwwwwwww UUUUUUUUUUUUnnnnnnnnnnniiiiiiiiwwwwwwwweeeeeeeerrrrrrrrrssssssssyyyyyyyyytttttttteeeeeeeetttttttuuuuuuuu WWWW tttt tttttt iiiiikkkkkóóóóóó UUUUUUUU iiiii ii ii WWWWWWWWWWWWaaaaaarrrrrrrrrrsssssszzzzzzzzzaaaaaaaawwwwwwwwssssssskkkkkkkkkkiiiiiieeeeeeeegggggggggggooooooooo ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== NASZ UNIWERSYTET ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== NASZ UNIWERSYTET Wspomnienia pracowników Uniwersytetu Warszawskiego ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== Koncepcja publikacji Zofia Boglewska-Hulanicka Redaktorzy prowadzący Anna Kędziorek Beata Jankowiak-Konik Redakcja Robert Jankowski Elżbieta Morawska Korekta Robert Jankowski Indeks Zdzisława Słuchocka-Ziembińska Projekt okładki i stron tytułowych Krzysztof Stefaniuk Ilustracja na okładce fot. Krzysztof Stefaniuk Skład i łamanie Akces, Warszawa ISBN 978-83-235-2354-3 © Copyright by Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2016 Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego 00-497 Warszawa, ul. Nowy Świat 4 e-mail: wuw@uw.edu.pl Księgarnia internetowa: www.wuw.pl Wydanie 1, Warszawa 2016 ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== Dwóchsetlecie istnienia Uniwersytetu Warszawskiego musiało otrzy- mać swój znak, oddający charakter jubileuszu. W naszym logo liczba „200” jest zarazem dwukropkiem pozwalającym wyliczyć to, co już za nami, a hasło: „Dwa stulecia. Dobry początek” podkreśla wartość naszej dobrej przeszłości, potraktowanej zarazem jako wstęp do świetniejszej jeszcze przyszłości. Wydarzenia na osi czasu wyznaczającej bieg dziejów Uniwersytetu Warszawskiego w dużej mierze pokrywały się z przełomowymi momen- tami w dziejach naszej ojczyzny. Nasza uczelnia, wielokrotnie wzna- wiając swoją działalność, często musiała odradzać się nieomal od zera. Jednak pomimo przerw w formalnym trwaniu Uniwersytet Warszawski nigdy nie utracił swej tożsamości, a sprzyjał temu swoisty genius loci. W ciągu tych dwóch stuleci Uniwersytet Warszawski na trwałe za- pisał się w historii i kulturze naszego narodu. Uczelnia nasza stała się największą i rozpoznawalną w świecie polską szkołą wyższą. Miejscem nie tylko naukowego fermentu, lecz także formowania się sił niepod- ległościowych i obronnych Polski. Kolebką współczesnej opozycji oraz ruchu ideowego, które doprowadziły do upadku komunizmu. Nie byłoby to możliwe bez ludzi Uniwersytetu. To oni – będąc no- sicielami wiedzy, kultury, idei, tradycji i obyczajów – zapewniali konty- nuację dobrych wzorów. Aktywnie uczestnicząc w przełomowych wyda- rzeniach, często nawet je animując, tworzyli lepszą przyszłość. Naszą teraźniejszość. Uniwersytet Warszawski, co naturalne, stał się matecznikiem wybit- nych osobistości życia naukowego i ośrodkiem powstawania prądów na- ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== ukowych. Uczelnia nasza wykształciła także twórców kultury, których dzieła stanowią trwałą część światowego dziedzictwa – utwory Chopina, Prusa, Sienkiewicza, Gombrowicza czy Kapuścińskiego są znane daleko poza granicami Polski. Z naszych murów wyszły nie tylko osoby tak wy- jątkowe jak Janusz Korczak czy Irena Sendlerowa, lecz także późniejsi prezydenci, premierzy (i to nie tylko naszego kraju), marszałkowie, am- basadorowie czy też inne znane osobistości życia publicznego. Szczyci- my się nawet jednym świętym – w dodatku zagranicznym! Tom wspomnień, który właśnie otrzymują Państwo do rąk, jest zapi- sem indywidualnych losów oraz aktywności naszych wybitnych profeso- rów – świadków i uczestników zmian w Uniwersytecie Warszawskim po jego ostatnim „odrodzeniu” w roku 1945. Jest zapisem historii jednost- kowych, ale dającym spójny obraz całej naszej społeczności. Wspomnienia przeważnie spisywano obecnie, a zatem zbyt późno, by usłyszeć jeszcze głos dawnych, przedwojennych mistrzów, a tym sa- mym, w sposób naturalny, połączyć ich czasy z naszą teraźniejszością. A jednak są oni wciąż żywo obecni, i to nie tylko w nazwach instytutów, sal czy pracowni. Karty książki pokazują, że ich uczniowie, a nasi dzi- siejsi mistrzowie, oprócz pamięci o nich, wiedzy czy metodologii pracy naukowej dzięki nim zdobytej, przechowują także zasady, którymi oni kierowali się w życiu i w nauce. To właśnie zapewnia naszej społeczności ciągłość trwania. Łączy Przeszłość z Teraźniejszością, zarazem przeno- sząc je w Przyszłość. Bohaterowie tej książki wybrali różne sposoby narracji: jedne teksty mają formę świadectwa, są podróżą w czasie; inne stanowią rzetelne ana- lizy przeglądowe z bogatym materiałem faktograficznym; są wywiady, fragmenty większych całości; są impresje oddające atmosferę opisywa- nych czasów i zdarzeń; są relacje ze spotkań z przeszłością – z ludźmi i wszystkim tym, co było ważne; są miniatury portretowe i nieodzowne anegdoty. W tych opowieściach wiele jest wspólnych wątków, wynikają- cych choćby ze wspólnoty czasu i doświadczeń pokoleniowych. Jednak tym, co je prowadzi i spaja, jest myśl, że Uniwersytet Warszawski to nie tylko miejsce pracy – to sposób na wyjątkowe życie. Pod tym stwierdzeniem i ja podpisuję się z przekonaniem! Marcin Pałys Rektor Uniwersytetu Warszawskiego Warszawa, wiosna 2016 ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== Spis treści Zofia BOGLEWSKA-HULANICKA, Zamiast wstępu . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Jerzy AXER, Artes Liberales, czyli o wolności . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Wiesław BARCZYK, Uniwersytet Warszawski 1952–1997. Moja praca, doświadczenia, ciekawostki . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Stanisław L. BAŻAŃSKI, Drugi dom na Hożej . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Jan BŁESZYŃSKI, Moje pięćdziesiąt parę lat na Uniwersytecie Warszawskim – uczelni o dwustuletniej tradycji . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 11 13 17 45 53 Andrzej BONASEWICZ, Wspomnienia na 200-lecie Uniwersytetu 69 Warszawskiego . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 81 Eugeniusz CZAPLEJEWICZ, Czas inspiracji i poszukiwań . . . . . . . . . . . . . . . . . . Anna GALSKA-KRAJEWSKA, „Wspominki” z ponad pół wieku . . . . . . . . . . . . . . 89 Zbigniew GALUS, Początki mojej 60-letniej fascynacji elektrochemią . . . . . . . 103 Jerzy GOLIMOWSKI, Wspomnienia z pracy na Wydziale Chemii UW . . . . . . . 115 Renata GRZEGORCZYKOWA, Z dziejów warszawskiej polonistyki w latach 1949–2000 . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 123 Adam HULANICKI, Moja chemia na Uniwersytecie Warszawskim . . . . . . . . . . 133 Danuta KĄDZIELAWA, Jak być szczęśliwą, studiując psychologię i pracując jako neuropsycholog . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 141 Jan KIENIEWICZ, Chroniąc substancję. Wspomnienie uniwersyteckie . . . . . . . 155 Jan KREMPA, Moje relacje z Uniwersytetem Warszawskim . . . . . . . . . . . . . . 167 Marek TADEUSZ KRYGOWSKI, Jak trafiłem do pracy na Wydziale Chemii UW . . 175 ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 8 Spis treści Władysław KUPISZEWSKI, Moja praca na Uniwersytecie. Katedra Języka Polskiego . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 187 Ida KURCZ, Jak psychologia wyprzedziła inne nauki . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 195 Andrzej LAM, Polonistyka warszawska po wojnie . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 199 Stanisław LEWAK, Moja przygoda z Uniwersytetem . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 217 Leszek LINDNER, Pracownicy Wydziału Geologii Uniwersytetu Warszawskiego na budowie Centralnej Magistrali Kolejowej – czyli od Uniwersytetu do Pendolino . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 257 Irena ŁOSSOWSKA, Lata 1956–2007 – Uniwersytet Warszawski w mojej pamięci . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 263 Juliusz ŁUKASIEWICZ, Wspomnienia na dwóchsetlecie Uniwersytetu Warszawskiego . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 275 Jan MADEY, Moja pierwsza dekada na Uniwersytecie Warszawskim, czyli tak to się wszystko zaczęło . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 281 Maria MATERSKA, Podróże z Mistrzem . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 297 Roman MIERZECKI, Moja działalność na Uniwersytecie Warszawskim . . . . . . 309 Stanisław ORŁOWSKI, 200-lecie Uniwersytetu Warszawskiego. Wspomnienia . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 319 Michał PIETRZAK, Ponad pół wieku na Uniwersytecie Warszawskim . . . . . . . 327 Jadwiga PUZYNINA, Wspomnienia . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 333 Zofia ROSIŃSKA, Czas zakochania . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 347 Izabella RUSINOWA, Mój Uniwersytet Warszawski . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 351 Kazimierz RYĆ, W starym Uniwersytecie zawsze rodzi się coś nowego . . . . . 355 Henryk SAMSONOWICZ, Universitas to wspólnota uczących i uczonych . . . . . . 365 Antoni SEMCZUK, Kartki o powstaniu i rozwoju rusycystyki na Uniwersytecie Warszawskim . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 377 Ewa SIATKOWSKA, Moje więzi z Uniwersytetem Warszawskim . . . . . . . . . . . . 389 Ewa SKRZYPCZAK, Wspomnienia ze studiów i pracy na Wydziale Fizyki UW . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 399 Jerzy SOBKOWSKI, Zapomniana radiochemia . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 405 Władysław Bogdan SZTYBER, Wspomnienia . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 413 Roman TABORSKI, Moje związki z Uniwersytetem Warszawskim . . . . . . . . . 429 ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== Spis treści 9 Michał TYMOWSKI, Moje studia na Uniwersytecie Warszawskim 1959–1964 . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 433 Zbigniew WIELOGÓRSKI, To, co warte zapamiętania . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 445 Irena WOJNAR, Uniwersytet to nie „posada”, ale sposób życia… . . . . . . . . . . 451 Krzysztof WROCŁAWSKI Studia geologiczne (1954–1960) . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 463 „Polonicum” w moich wspomnieniach (1965–1978) . . . . . . . . . . . . . . . 481 Instytut Filologii Słowiańskiej (1978–1992) . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 495 Andrzej Kajetan WRÓBLEWSKI, Fragmenty wspomnień . . . . . . . . . . . . . . . . . . 509 Maria ZABŁOCKA, Wspomnienia . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 521 Wanda ZMARZER, 55 lat z Uniwersytetem Warszawskim . . . . . . . . . . . . . . . . 533 Władysław ŻAKOWSKI, O zwycięstwie prawa nad siłą . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 541 Indeks osób . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 545 ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== Zamiast wstępu „Dwa stulecia. Dobry początek”. Pod takim hasłem obchodzimy dwie- ście lat istnienia naszej Alma Mater – Uniwersytetu Warszawskiego. Śmiało patrzymy w przyszłość. Jesteśmy najlepszą uczelnią w kraju i to zaszczytne miejsce chcemy utrzymać. Jednakże, aby mieć prawo do tej przyszłości, powinniśmy pochylić się nad tym, co miało miejsce przed obecną okrągłą rocznicą. Na temat historii Uniwersytetu Warszawskiego powstało już wiele opracowań i publikacji. Archiwum uniwersyteckie ma w swoim zasobie pełną dokumentację dotyczącą studentów, pracowników, a także struk- tur poszczególnych wydziałów. W niniejszej publikacji zawarte są jednak treści, których nie można znaleźć w żadnych oficjalnych ankietach – wspomnienia osób zwią- zanych z Uniwersytetem Warszawskim od ponad pół wieku. To jedna czwarta okresu funkcjonowania naszej Uczelni. Starałam się dotrzeć do wszystkich. Z perspektywy pięćdziesięciu lat nabiera się pewnego dystansu do wielu wydarzeń. Niektóre bardziej się uwypuklają, inne wydają się mniej ważne. Ze wzruszeniem przekazuję wspomnienia z czasów studenckich i późniejszych spisane przez osiemdziesięcio- i dziewięćdziesięciolatków, a także przez pozostałe, trochę młodsze osoby. Każdy autor prezentuje swój wydział i jego specyfikę. Każdy tekst zawiera terminologię charakterystyczną dla danej dziedziny wiedzy. Jed- nocześnie cechą wspólną wielu tekstów są wspomnienia przełomowych wydarzeń na Uniwersytecie i w kraju. A więc jest to różnorodność w jed- ności. ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 12 Zamiast wstępu Wyrażam wdzięczność wszystkim autorom wspomnień za pozytyw- ne odniesienie się do mojej idei tworzenia niekonwencjonalnej historii naszej Uczelni. Jestem ogromnie szczęśliwa, że udało mi się uzyskać pre- zentowane poniżej teksty od wielu znamienitych osobistości. Zofia Boglewska-Hulanicka Zofia Boglewska-Hulanicka (ur. 1937, Warszawa) jest wieloletnim pracownikiem Wydziału Chemii UW, w Pracowni Teoretycznych Pod- staw Chemii Analitycznej. W latach swojej pracy przyczyniła się do popularyzacji i dokumentacji dziejów warszawskiej chemii uniwersyteckiej: prowadziła fotograficz- ną kronikę Wydziału Chemii, napisała wiele artykułów dotyczących historii Wydziału i osób z nim związanych, stworzyła swego rodzaju Muzeum Aparatury Chemicznej, doprowadziła do umieszczenia w Sali Rady Wydziału portretów 25 wybitnych profesorów Wydziału Chemii. Po przejściu na emeryturę ukończyła studia na Wydziale Historycznym UW oraz podyplomowe studia varsavianistyczne. Swoje zainteresowa- nia historyczne realizuje m.in. w projekcie gromadzenia wspomnień wieloletnich pracowników UW z okresu ich studiów i pracy na Uniwer- sytecie. W życiu prywatnym Zofia Boglewska-Hulanicka jest żoną profeso- ra chemii Adama Hulanickiego, dziekana Wydziału Chemii w latach 1981–1984. ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== Jerzy Axer Wydział „Artes Liberales” Artes Liberales, czyli o wolności Kiedy wiosną 1981 roku prof. Jadwiga Puzynina, świeżo wybrana dzie- kanem Wydziału Polonistyki, zaproponowała mi objęcie funkcji swoje- go zastępcy, nie miałem żadnego doświadczenia nie tylko w kierowaniu ludźmi, lecz także w pracy w jakimkolwiek zespole. Pierwsza „Solidar- ność” wyciągnęła mnie z niszy, w której schroniłem się przed współ- czesnością: łacina i Cyceron zapewniali mi azyl i alibi. Nie było czasu wykazać się niekompetencją – normalne urzędowanie trwało zaledwie parę miesięcy, po strajku przyszedł 13 grudnia. Ten okres dał części środowisk akademickich Uniwersytetu Warszaw- skiego silne poczucie wewnętrznej jedności. Dzięki obcowaniu z Jadwigą Puzyniną otworzyłem się na ludzi. Stopniowo zdałem też sobie sprawę z tego, że – z do dziś dla mnie niejasnych przyczyn – mam na ludzi wpływ i łatwo zyskuję ich zaufanie. Uwierzyłem w sens budowania al- ternatywnych wobec tradycyjnych uniwersyteckich podziałów struktur, łączących ludzi ponad tymi podziałami. Nie obudziły się we mnie żadne zainteresowania karierą polityczną – taka droga życiowa nawet dzisiaj kojarzy mi się z wyborem „mniejszego zła”. Przekonałem się natomiast, że można powoływać do życia wspólnotę profesorów i studentów bez względu na przepisy, nakazy i zakazy. Dlatego odmówiłem rektorowi Białkowskiemu tworzącemu swoją ekipę w roku 1985 objęcia funkcji pierwszego prorektora, odmówiłem też przyjęcia ponownego wyboru na stanowisko dziekana Wydziału Polonistyki w roku 1987. Zamiast tego postanowiłem tworzyć własne środowisko. Jeszcze w roku 1981 z pierwszym wybranym w wolnych wyborach rektorem Uniwersytetu Warszawskiego prof. Henrykiem Samsonowi- ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 14 Jerzy Axer czem ustaliłem, że wkrótce złożę projekt powołania centrum badawczego, w którym połączę zainteresowania antykiem i jego recepcją z zaintereso- waniem Polską i jej historią. Ideę tę można było jednak wprowadzić w ży- cie dopiero po przełomie 1989 roku i tak jesienią 1991 powstał Ośrodek Badań nad Tradycją Antyczną w Polsce i w Europie Środkowowschodniej (OBTA)1. Było to pierwsze na świecie (obok powołanego w tym samym roku na Uniwersytecie Bostońskim „The Institute for the Classical Tra- dition”) interdyscyplinarne centrum badań nad recepcją antyku (dzisiaj w tym kierunku ewoluuje wiele filologii klasycznych w Europie). OBTA stała się wkrótce zaczynem organizowania się nowego środo- wiska wykraczającego daleko poza moje plany i oczekiwania. Najpierw, już w roku 1992, rektor Andrzej Wróblewski zwrócił się do mnie z prośbą, żebym „poświęcił rok” na uruchomienie w Uniwersytecie nowego systemu kształcenia w zakresie nauk humanistycznych i społecz- nych. Ten nowy tryb studiowania miał mieć charakter interdyscyplinarny i był adresowany do najambitniejszych kandydatów pragnących praco- wać pod indywidualną opieką tutorską. Tak powstały Międzywydziałowe Indywidualne Studia Humanistyczne (MISH), pierwszy nabór odbył się w czerwcu roku 1993. Ich pełne uformowanie zajęło mi jednak nie rok, lecz lat piętnaście. Działają one do dzisiaj pod nazwą Kolegium Między- obszarowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych i Społecznych2. Kolejnym etapem było powstanie w 1999 roku międzyuniwersytec- kiej struktury pod nazwą Akademia „Artes Liberales”, która połączyła środowiska szukające podobnych do MISH rozwiązań w czołowych pol- skich uniwersytetach. Równolegle utworzyliśmy, również powiązaną z OBTA, Międzyna- rodową Szkołę Humanistyczną, aby zaprosić do współpracy kolegów ze Lwowa, Wilna, Kijowa i Grodna, czyli z terenów dawnej Rzeczypospoli- tej. Do chwili obecnej z tej oferty skorzystało prawie 4,5 tys. przedstawi- cieli młodej kadry akademickiej z regionu Europy Wschodniej. W ostat- nich latach intensywnie budowaliśmy także współpracę z podzielającymi nasz stosunek do wolności akademickiej środowiskami w Rosji. 1 Patrz J. Axer, Antyk i my – perspektywa okresu transformacji, [w:] Antyk i my, koncepcja i red. nauk. K. Marciniak, Warszawa 2013, s. 19–44. 2 Zob. A. Wróblewski, MISMaP – Koń Trojański w systemie szkolnictwa wyższego w Polsce, [w:] Szkolnictwo wyższe w obliczu zmian (Tomaszowice 15–17 listopada 2014), red. Sz. Biliński, se- ria: „Debaty PAU”, t. II, Kraków 2015, s. 75–81, oraz J. Axer, Kiedy wreszcie Troja zostanie zdobyta? – Doniesienia z MISH-owego frontu, [w:] tamże, s. 83–85. ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== Artes Liberales, czyli o wolności 15 Jako ostatnie z naszej inicjatywy powstało w Uniwersytecie War- szawskim w roku 2008 Kolegium Artes Liberales stawiające sobie jako cel wypracowanie polskiego modelu kształcenia w duchu tradycji „sztuk wyzwolonych” (liberal arts)3. W sytuacji, w której OBTA stała się centrum tak rozbudowanej i zróżnicowanej działalności, nieunikniona okazała się ewolucja całej struktury. Od roku 2008 formułą nadrzędną stał się więc Instytut Ba- dań Interdyscyplinarnych „Artes Liberales”, przekształcony po czterech latach w Wydział „Artes Liberales”. To w pewnym sensie paradoks, iż rangę wydziału uzyskało środowisko budowane jako alternatywa wobec tradycyjnych struktur wydziałowych. Uniwersytet Warszawski okazał się miejscem, które umożliwia i wspiera działanie i rozwój środowisk łamiących akademicką rutynę i kierujących się bardziej poczuciem misji niż krótkoterminowym ra- chunkiem ekonomicznym. Można oczywiście taką strategię traktować podejrzliwie, jako utopijną próbę odwoływania się do misji inteligenc- kiej, w którą mało kto dziś wierzy4. W moim przekonaniu działamy jednak w sposób niezwykle pragmatyczny. Inwestujemy w przyszłość pomagając całemu Uniwersytetowi w transformacji. Nie jesteśmy też „klubem elitarnym” żyjącym na koszt innych jednostek organizacyjnych uczelni wykonujących „czarną robotę”. Pieniądze, które otrzymujemy z Uniwersytetu, dopełniamy bardzo poważnymi środkami pozyskiwany- mi poza Uniwersytetem, w kraju i za granicą. Nasze działania mają też szersze znaczenie doceniane przez kolej- nych rektorów Uniwersytetu Warszawskiego: są świadectwem funkcjo- nowania autonomii uniwersyteckiej jako fundamentu pracy nauczyciel- skiej i badawczej i jej przydatności jako punktu wyjścia do sensownych reform5. Jestem bardziej niż kiedykolwiek pewny, iż wobec polskiego 3 Zob. J. Axer, Od humanistycznej Respublica Litteraria do Kolegium Artes Liberales, [w:] Collegium/College/Kolegium. Kolegium i wspólnota akademicka w tradycji europejskiej i amerykań- skiej, red. nauk. M. O’Connor i P. Wilczek, Boston–Warszawa 2011, s. 16–21; por. też The Humanities Today and the Idea of Interdisciplinary Studies, ed. by B. Bokus, Warszawa 2011. 4 Por. J. Axer, Inteligencja Europy Środkowej i Wschodniej po komunizmie, [w:] Narody i historia, red. A. Rzegocki, Kraków 2000, s. 129–135. 5 O potrzebie wykształcenia ogólnego i w obronie autonomii uniwersyteckiej mówiłem i pisałem wielokrotnie. Zob. np. J. Axer, Z tradycją antyczną w XXI wiek (Wykład wygło- szony 16 stycznia 2001 r.), [w:] Uniwersyteckie wykłady na koniec starego i początek nowego tysiąclecia, red. E. Kamińska, Warszawa 2004, s. 31–43; tegoż, Niezależność od Miasta, ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 16 Jerzy Axer doświadczenia historycznego i polskiej tradycji kulturowej „autonomia uniwersytecka jest wartością szczególną i że jej właściwe wykorzystanie może istotnie poprawić zarówno samopoczucie środowiska jak i osiąga- ne przez nie wyniki”6. Uniwersytet Warszawski ma wszelkie dane, żeby być w Polsce wzorem takiego korzystania z autonomii. [w:] Autonomia Uniwersytetu. Jej przyjaciele i wrogowie, red. J. Kieniewicz, Warszawa 2007, s. 17–22, oraz Lekcja łaciny, czyli o wolności (Wykład Inauguracyjny na Uniwersytecie Warszawskim wygłoszony 1 października 2007), [w:] tamże, s. 171–179, a także Autonomia uniwersytetu i innowacyjność (artykuł na podstawie referatu wygłoszonego na Zgromadzeniu Walnym PAN 27 maja 2010), „Nauka” 2010, nr 2, s. 7–10. Zob. też International Perspectives on Liberal Education: An Assessment in Two Parts (R.A. Detweiler and J. Axer), part B: International Perspectives on Liberal Education: Polish Case Example, [w:] Transforming Undergraduate Education. Theory that Compels and Practices that Succeed, ed. D.W. Harward, Lanham–Boulder–New York–Toronto–Plymouth, UK 2012, s. 239–252. 6 Cytat z mojego wstępu do książki J. Axer, M. Wąsowicz, Reguła czy wyjątek? Interdyscyplinarność w polskich uniwersytetach, Warszawa 2015. ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== Wiesław Barczyk Wydział Geologii Uniwersytet Warszawski 1952–1997 Moja praca, doświadczenia, ciekawostki Moje pojawienie się na Uniwersytecie Warszawskim w roli pracowni- ka naukowo-dydaktycznego wiązało się z faktem, że w latach pięćdzie- siątych władze rządowe postanowiły utworzyć scentralizowany ośrodek szkolenia geologów na poziomie uniwersyteckim w jednym miejscu – w Warszawie. Decyzja przeniesienia geologii z Torunia do Warszawy zapadła w 1952 roku. Do Warszawy zostali przeniesieni: prof. dr hab. Edward Passendorfer, asystenci mgr Wiesław Barczyk (autor wspomnień), mgr Zbigniew Kotański i mgr Halina Pugaczewska, a także studenci oraz część zbiorów geologicznych, bibliotecznych i aparatury. W Warszawie z grupy toruńskiej została utworzona Katedra Geo- logii Ogólnej pod kierunkiem prof. dr. hab. E. Passendorfera, który – podobnie jak w Toruniu podczas organizowania Wydziału Matema- tyczno-Przyrodniczego UMK – został powołany na dziekana Wydziału Geologii UW. Zwiększone obowiązki Katedry spowodowały powiększe- nie jej składu osobowego. W Katedrze poza dziekanem pracowali: zast. prof. Stanisław Krajewski i Krystyna Wuttke, asystenci: mgr W. Barczyk, mgr Karol Bielikowski, mgr Maciej Hakenberg, mgr Z. Kotański, mgr H. Pugaczewska. * Mój kontakt z Uniwersytetem Warszawskim, a właściwie z gmachem Szkoły Głównej, nie był pierwszym kontaktem z tą uczelnią. Pierwsze spotkanie nastąpiło podczas okupacji niemieckiej, kiedy to Niemcy za- mknęli dla Polaków wszystkie szkoły powyżej szkół powszechnych. Je- ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 18 Wiesław Barczyk dyny wyjątek stanowiły szkoły zawodowe (rzemieślnicze i kupieckie). Gdy dodatkowo ukończyłem siódmą klasę, rodzice wybrali dla mnie właśnie szkołę zawodową, która dawała dokumenty zabezpieczające przed wywiezieniem na roboty do Niemiec. Zapisali mnie do II Staatli- che Handelsschule für Junge (II Państwowej Męskiej Szkoły Handlowej, przedwojennej Szkoły Kupców) przy ul. Pankiewicza. Zanim zacząłem uczęszczać na lekcje, Niemcy wyrzucili nas z przeznaczonego gmachu. Pierwszym naszym zadaniem – zamiast lekcji – było przenoszenie mebli do nowego pomieszczenia, które mieściło się w prywatnych miesz- kaniach w domu przy Krakowskim Przedmieściu 6. Następnie zostaliśmy przeniesieni do gmachu Szkoły Głównej Uniwersytetu Warszawskiego. Cały teren Uniwersytetu był zajęty przez Niemców, a do Szkoły Głównej, wydzielonej z zespołu uniwersyteckiego, wchodziliśmy od uli- cy Oboźnej przez furtkę obok ruin budynku, w którym przed wojną na pierwszym piętrze znajdowały się pomieszczenia Katedry Geologii i Mineralogii. Dalsza droga odbywała się przez piwnicę do głównej klatki schodowej. Wejście główne było zablokowane, gdyż prowadziło bezpo- średnio na teren zajęty przez Niemców. W tym czasie w naszej szkole już działało harcerstwo. Ponieważ w naszej klasie były digestoria, nasz harcerski zastęp, a właściwie nasi drużynowi doszli do przekonania, że w ramach małego sabotażu będziemy produkować nitroglicerynę – choć mało znaliśmy się na chemii. Zdobyliśmy wszystkie potrzebne składniki i pewnego popołudnia wiosną 1942 roku pozostaliśmy w klasie, żeby rozpocząć produkcję. I może by się udało, gdyby nie to, że coś przedo- brzyliśmy i wszystko wybuchło. Wyleciały szyby w digestorium i czę- ściowo w oknach. Nam na szczęście nic się nie stało. Z nitrogliceryny nic nie zostało – poza wybitymi szybami i okopconą ścianą, reprymendą u dyrektora oraz zakazem zabawy w tego rodzaju produkcję, a także kosztami napraw digestorium i okien. Dyrektor załagodził całą sprawę, gdyż sam był „zamieszany” w nasze harcerstwo (był naszym harcmi- strzem). Po tym wydarzeniu dość szybko przeniesiono naszą szkołę na ul. Długą, do bocznego skrzydła Pałacu pod Wiatrami (w tym budynku mieścił się także Arbeitsamt). I to były pierwsze moje kontakty z Uniwersytetem Warszawskim. Po przeniesieniu z Torunia do Warszawy zostaliśmy ulokowani w bu- dynku Zrzeszenia Kupców Polskich przy ul. Oboźnej. Tam do czasu wy- * ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== Uniwersytet Warszawski 1952–1997. Moja praca, doświadczenia... 19 budowania własnego gmachu przy skrzyżowaniu ul. Banacha i ul. Żwirki i Wigury mieściły się Dziekanat i większość Katedr Wydziału Geologii, między innymi i nasza Katedra Geologii Ogólnej. (Kamień węgielny pod nowy gmach został położony w 1954 roku, a budowę ukończono w 1961.) Wmurowanie kamienia węgielnego pod budynek Wydziału Geologii z udziałem dzie- kana prof. dr. hab. Edwarda Passendorfera w dniu 25 września 1954 r. W październiku 1952 roku w Warszawie – od nowego roku akade- mickiego – rozpoczęliśmy zajęcia z geologii dynamicznej. W Toruniu na Geologii studiowało 20 studentów, zaś w Warszawie na pierwszym roku było ich 80. W tej sytuacji nie wystarczał przywieziony sprzęt. Brakowało wszystkiego – mebli, pomocy naukowych, a głównie miesz- kań. Dlatego asystenci spali w pokojach, w których w dzień pracowali. Dużą część wyposażenia udało się wypożyczyć lub „wyprosić” od innych uczelni. Mnie udało się uzyskać od Uniwersytetu Poznańskiego ławki do urządzenia Sali Śląskiej. Z biegiem czasu warunki się normowały. Aby mieć większe szanse na otrzymanie mieszkania, zdecydowaliśmy się z narzeczoną, Ewą Popiel, na przyspieszenie terminu zawarcia związku małżeńskiego. Istotnie, otrzymaliśmy przydział na wspólne mieszkanie ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 20 Wiesław Barczyk z drugim małżeństwem, tj. kolegą Zbyszkiem Kotańskim i jego żoną Haliną, przy ul. Mostowej 30. Mieszkaliśmy tam do 1956 roku, tzn. do czasu zorganizowania przez pracowników wyższych uczelni Spółdzielni Mieszkaniowej „Oświata”. Założenie spółdzielni mieszkaniowej stało się koniecznością, gdyż wyczerpały się możliwości uzyskania mieszkania kwaterunkowego dla pracowników uczelni. Natomiast można było zapisać się do powstają- cych robotniczych spółdzielni mieszkaniowych. I pod takim szyldem, dzięki pomysłowości i wykorzystaniu kruczków prawnych, udało się po- wołać Komitet Założycielski. Powołano zarząd i radę nadzorczą. Pierw- szym prezesem został prof. A. Strzemiński, a członkami zarządu Zbi- gniew Chrupek (I sekretarz POP PZPR UW), Gustaw Lang z SGGW i Włodzimierz Kowalski z Wydziału Geologii. Do Rady Nadzorczej m.in. należałem również i ja. Po zarejestrowaniu się „Oświata” rozpoczę- ła działalność od zakupienia od miasta domu przy ul. Waszyngtona nr 45/51. Już w 1957 roku przeniosłem się pod ten adres do pokoju z kuch- nią, toaletą i łazienką. „Ciasne, ale własne” – na większy metraż nie było nas stać. W 1959 roku, w drodze wymiany w ramach spółdzielni, po urodzeniu się syna, otrzymałem dwupokojowe mieszkanie przy ul. Kira- sjerów 8 (mieszkam w nim do chwili obecnej). We władzach spółdzielni pracowałem ok. 10 lat, tzn. do czasu, gdy przepisy prawne zmieniły zasadniczo istotę działania tego rodzaju instytucji. W ciągu 45-letniej pracy na uczelni stopniowo awansowałem od asystenta do profesora uzyskując kolejne stopnie w karierze naukowej. W roku 1960 uzyskałem tytuł doktora nauk przyrodniczych, a właści- wie stopień kandydata nauk za pracę pt. Jura sulejowska. Był to począ- tek lat sześćdziesiątych i obowiązywała tytulatura radziecka. Dopiero po jakimś czasie zmieniono mi tytuł na doktora nauk przyrodniczych i już w takiej formie wydano mi dyplom. Sam proces uzyskania tytu- łu doktora nie różnił się bardzo od obecnego. Trzeba było przedłożyć wykonaną przez siebie pracę, którą oceniali recenzenci. W moim przy- padku byli to prof. Henryk Makowski i prof. Henryk Świdziński. Na- leżało zdać odpowiednie egzaminy z dwóch języków obcych, egzamin z filozofii i z geologii. Następnie przeprowadzić publiczną obronę tez swojej pracy przed Radą Wydziału i zgromadzoną publicznością (wcze- śniej był anons w prasie, że określonego dnia odbędzie się taka i taka obrona i że jest ona dostępna dla publiczności), uzyskać zatwierdze- nie na Radzie Wydziału i w Komisji Kwalifikacyjnej w Ministerstwie ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== Uniwersytet Warszawski 1952–1997. Moja praca, doświadczenia... 21 Szkół Wyższych, dodatkowo też urządzić „słodkie” przyjęcie dla Rady Wydziału. Taki panował wtedy zwyczaj na Wydziale Geologii, nawią- zujący do tradycji międzywojennych Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie, skąd wywodził się dziekan i przybysze z UMK. Następnie po pewnym czasie odbywało się wręczenie dyplomu doktorskiego przez J.M. Rektora UW na specjalnej uroczystości, gdzie zarówno Rektor, jak i przedstawiciele Senatu, Dziekani oraz nowo kreowani doktorzy występowali w togach. Podczas tej uroczystości doktorzy składali uro- czyste ślubowanie w języku łacińskim, podkreślające, że nie sprzenie- wierzą się prawdzie w nauce. Ponieważ język łaciński wychodzi już z użycia i nawet niewielu obec- nych profesorów uniwersyteckich go zna, przytaczam tekst mojego ślu- bowania w oryginale: SPONSIO SOLLEMINIS PROMOTOR: Examinibus, Doctorande clarissime, quae ad eorum, qui in scientiis natu- ralibus Doktoris nomen et honores consequi student, doctrinam explorandam lege constituta sunt, cum laude superatis ,nos adiisti, ut te eo honore, quem appetiisti, in hoc sollemni consessu ornemus. Sed prius fides est danda, te talem semper futurum, qualem te esse iubebit dignitas, quam optinebis, et nos te fore speramus. Spondebis igitur: Primum te huius Universitatis, in qua summum in scientiis naturalibus gra- dum ascenderis, piam perpetuo memoriam habiturum, eiusque res ac rationes, quoad poteris adiuturum: Deinde – honorem eum, quem in te conlaturus sum, integrum incolumemque serwantum, neque unquam pravis moribus aut vitae infamia commaculaturum: Postremo – studia naturalia impigro labore culturum et provecturum non sor- didi lucri causa nec ad vanam captandam gloriam, sed quo magis veritas propag- etur et lux eius, qua salus humani generis continetur, clarius effulgeat. Haec tu ex animi tui sententia spondebis ac pollicebere? DOKTORANDUS : – Spondeo ac polliceor Varsovie die 19.XII.1960 W. Barczyk podpis doktoranta ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 22 Wiesław Barczyk PROMOTOR: Itaque iam nihili impedit, quominus honores, quos obtinere cupis, tibi imper- tiamus. Ergo ego Promotor legitime constitutus te: Wiesław Barczyk ex decreto Ordinis Geologorum Doctorem creo, creatum renuntio omniaque Doctoris scientiarum naturalium iura ac privilegia in te confero in eiusque rei fidem hoc diploma Universitatis sigillo insignitum, tibi in manus trado. Varsovie die 5.IV.1962 DECANUS Mikołaj Kostyniuk (prof. dr hab. Mikołaj Kostyniuk) PROMOTOR Edward Passendorfer (prof. dr hab. Edward Passendorfer) RECTOR Stanisław Turski (prof. dr hab. Stanisław Turski) Takie ślubowanie składała jeszcze moja żona Ewa w roku 1967 i syn Grzegorz w roku 1994. Jego ślubowanie było jednym z ostatnich w języku łacińskim, obecnie składane są już jedynie po polsku. Uroczystość wręcza- nia dyplomu doktorskiego kończyła lampka wina stawiana przez Rektora. * Habilitacja na Uczelni również odbywała się zgodnie z wymagany- mi rygorami. Warunkiem było wykonanie i opublikowanie pracy, która wnosiła „trwały dorobek w rozwój danej dyscypliny naukowej”. Ponadto należało przedłożyć Radzie Wydziału pracę habilitacyjną oraz wykaz całego dorobku naukowego. Dwie recenzje dorobku naukowego wykonane przez niezależnych recenzentów, przeprowadzenie kolokwium habilitacyjnego, zgłoszenie trzech tematów wykładu habilitacyjnego, z których jeden zostanie wy- brany przez Radę Wydziału. Następnie wygłoszenie wykładu udostęp- nionego szerokiej publiczności, zatwierdzenie stopnia przez Radę Wy- działu, a w dalszej kolejności przez Centralną Komisję Kwalifikacyjną oraz uroczyste wręczenie dyplomu doktora habilitowanego przez Mini- stra. Uroczystość kończył bankiet wydawany przez Ministra dla nowych habilitantów. ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== Uniwersytet Warszawski 1952–1997. Moja praca, doświadczenia... 23 Dopiero habilitacja nada- wała prawo do wykładania na uniwersytetach – było to tzw. veniam legendi. Habilitowałem się w roku 1968 na podstawie pracy pt. Upper Jurassic Terebratulids from the Mesozoic Border of the Holy in Poland. Cross Mountains Recenzentami byli prof. Ro- man Kozłowski i prof. Adam Urbanek. Zawsze miałem ta- kie „szczęście”, że moje osią- gnięcia naukowe zbiegały się ze zmianami ustaw. W mo- mencie obrony pracy habilita- cyjnej uzyskałem tytuł nauko- wy docenta habilitowanego (tytuł, a nie stanowisko), ale dyplom już po zmianie prze- pisów dostałem jako doktor habilitowany. W tym też cza- sie otrzymałem stanowisko docenta. Tytuł naukowy profesora nadzwyczajnego uzyskałem w roku 1975 po przeprowa- dzonym przewodzie na Wy- dziale Geologii. Po uzyskaniu pozytywnych opinii wyda- nych przez specjalistów (prof. Uroczyste podpisanie aktu przyrze- czenia doktorskiego przez mojego syna Grzegorza w 1994 r. (w zastęp- stwie promotora prof. dr. hab. D. Małeckiej – prorektor prof. dr hab. T. Macioszczyk) ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== Uroczystość podpisywania aktu przyrzeczenia doktorskiego mojej pierwszej doktorantki Mał- gorzaty Siemiątkowskiej w 1972 r. Uroczyste wręczenie dyplomu doktorskiego mo- jej żonie Ewie w 1967 r. (dziekan prof. dr hab. Z. Pazdro, prorektor prof. dr hab. A. Polański, promotor prof. dr hab. A Urbanek) 24 Wiesław Barczyk Marię Różkowską, prof. Wilhelma Kracha i prof. Henryka Makowskie- go), zatwierdzeniu przez Radę Wydziału, Senat Uniwersytetu Warszaw- skiego i Radę Państwa – Przewodniczący Rady Państwa prof. Henryk Jabłoński w sali Pompejańskiej w Belwederze wręczył mi dyplom stwier- dzający nadanie tytułu profesora nadzwyczajnego. Równocześnie wręczono nadania 40 profesorom. Była to wielka feta w Belwederze z udziałem dziennikarzy i kroniki filmowej. Na zakończe- nie uroczystości wystawnym bankietem uhonorowano nowo mianowa- nych profesorów. Wśród życzeń i gratulacji od znajomych i przyjaciół, które to otrzy- małem, zwłaszcza jeden list był dużą niespodzianką. Był to list od ko- legi, Tadka Kukieło, z którym kiedyś studiowałem w Toruniu i który po skończeniu studiów przekwalifikował się na radiotelegrafistę i pływał na statku. Wiadomość o mojej profesurze dotarła do niego w Hongkongu i stamtąd przesłał mi życzenia. Niestety, już wyżej awansować na uczelni nie mogłem i zostałem z tym tytułem do czasu emerytury. Zmieniły się bowiem przepisy i w Pol- sce pozostał i obowiązuje już tylko jeden tytuł naukowy – profesor. * Moja kariera w administracji akademickiej przebiegała inaczej. Do czasu odejścia prof. E. Passendorfera na emeryturę pracowałem cały czas w Zakładzie Geologii Dynamicznej. Po odejściu profesora Zakład przejął doc. Z. Kotański, a ja zostałem oddelegowany do zorganizowania Mu- zeum Geologicznego przy Wydziale. Prace organizacyjne roz- począłem natychmiast, dzię- ki czemu już z początkiem ro- ku akademickiego 1967/1968 Muzeum zostało otwarte. 11 listopada 1971 roku Muzeum wystawiło fragment skały księżycowej przywie- zionej przez kosmonautów amerykańskich z ekspedycji Apollo 11. Było to „kosmicz- ne wydarzenie” dla nauki polskiej i odbiło się szerokim Wręczenie autorowi Krzyża Kawalerskiego Orde- ru Odrodzenia Polski w dniu 18 września 1978 r. ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== Uniwersytet Warszawski 1952–1997. Moja praca, doświadczenia... 25 echem w całym kraju. W trakcie uroczystego rautu w ambasadzie ame- rykańskiej miałem okazję poznać kosmonautę N. Armstronga oraz am- basadora USA w Polsce W. Stoessela. Kolejnym ważnym osiągnięciem Muzeum było wystawienie po raz pierwszy w Polsce szkieletów dinozaurów, przywiezionych z pustyni Gobi przez polską ekspedycję zorganizowaną przez PAN. Następnie przeniesiono wystawę do Pałacu Kultury. Działalność Muzeum była wysoko oceniana przez uczelnię, a zwłasz- cza przez Rektora UW prof. Zygmunta Rybickiego, który większość swoich zagranicznych gości przyprowadzał do niego. Praca w Muzeum nie uwolniła mnie od obowiąz- ków dydaktycznych. Nadal wykładałem, wprawdzie już nie tylko dla studentów geo- logii, ale także geografii, ar- cheologii i geofizyki. Nieza- leżnie od tego prowadziłem również kursy terenowe dla pierwszego, a często i dla trzeciego roku. Z czasem kursy terenowe stały się moją specjalnością. Fragment skały księżycowej przywieziony przez wyprawę „Apollo 11”, wystawiony po raz pierw- szy w Polsce w Muzeum Wydz. Geol. UW w 1971 r. * Pełniłem też funkcje w administracji akademickiej. Przez prawie dwie kadencje byłem prodziekanem do spraw studenckich. (W tym czasie Rektorat organizował dla dziekanów dwudniowe konferencje dydaktyczno-doszkalające, były to konferencje wyjazdowe. Głównie odbywały się w Jachrance. Popularnie nazywano je „dziekańskimi re- kolekcjami”.) Byłem kierownikiem Studium Ochrony Środowiska i Za- sobów Naturalnych oraz brałem wielokrotnie udział w licznych komi- sjach senackich, z których najważniejsze to Komisja do Spraw Badań Umownych (przekształcona następnie w komisję rektorską), w której byłem wiceprzewodniczącym, Komisja Senacka do spraw Archiwum, Muzealna Komisja Senacka oraz Senacka Komisja Prawno-Statutowa. Przez wiele lat byłem także członkiem Rady Naukowej Uniwersyteckie- ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 26 Wiesław Barczyk go Centrum Badań nad Środowiskiem Przyrodniczym. Ponadto od 1985 roku do dziś jestem członkiem, a nawet wiceprzewodniczą- cym Rady Naukowej Tatrzańskiego Par- ku Narodowego. * Dinozaury z pustyni Gobi wysta- wione w 1968 r. w Muzeum Wydz. Geol. UW Przeniesienie Wydziału Geologii z Torunia do Warszawy okazało się wiel- kim wyzwaniem i otworzyło wiele możli- wości. Szereg instytucji w stolicy odczu- wało brak fachowców, w tym przypadku wykształconych geologów. W związku z tym pojawiły się propozycje pra- cy. Pierwszą propozycję i zatrudnienie otrzymałem w Wydawnictwach Geolo- gicznych. Uzyskałem zgodę ministra, co prawda tylko na pół roku, i rozpocząłem pracę jako redaktor. Udało mi się w tym czasie opracować redakcyjnie kilka artykułów i Słownik geolo- gii dynamicznej. Minister nie przedłużył mi jednak zezwolenia na pracę w Wydawnictwach, a zaproponował pracę konsultanta w Zjednoczeniu Robót Wiertniczych i Fundamentowych. Przedsiębiorstwo to wykony- wało dokumentacje geologiczne złóż surowców mineralnych, lecz miało słabe kadry geologiczne. Sekcja geologii opierała się tylko na jednym geologu. Pracowałem tam ponad dwa lata razem z drugim półetatowcem prof. H. Makowskim. Do moich obowiązków należało kontrolowanie, czy to, co przedsiębiorstwo przedkłada do zatwierdzenia, jest dobre, wy- konane prawidłowo i czy złoże nadaje się do eksploatacji oraz zatwier- dzenia w Komisji Zasobów CUG. Po kilku latach i w ramach reorganiza- cji przedsiębiorstwa zrezygnowałem z tej pracy. Trzecią dodatkową pracę zaproponował mi prof. Zdzisław Pazdro w Przedsiębiorstwie Gospodarki Komunalnej Północ w Gdańsku na sta- nowisku hydrogeologa. Zostałem projektantem dokumentacji hydro- geologicznych w rejonie Warszawy. Wykonałem kilka drobnych i parę większych dokumentacji, z których niektóre weszły do realizacji, np. ujęcie wody dla nowej fabryki traktorów w Ursusie, zaopatrzenie osie- dla mieszkaniowego w Ursusie, czy opracowanie gospodarki wodno-ście- ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== Uniwersytet Warszawski 1952–1997. Moja praca, doświadczenia... 27 kowej dla spalarni śmieci w Radiowie. Dodatkowe obowiązki związane z pracą na Uniwersytecie zmusiły mnie do rezygnacji z tej pracy. Jedynie jeszcze przez dwa lata uczyłem w Technikum Ceramicznym chemii or- ganicznej. * Wydział powierzył mi kierowanie geologicznymi kursami terenowy- mi. Kursy te organizowałem w wielu miejscach w Polsce, a w niektórych nawet kilkakrotnie, między innymi: w Górach Świętokrzyskich – w Chę- cinach, Łagowie i Bocheńcu, w Sudetach, w Górach Kaczawskich w Woj- cieszowie, w Tatrach na Groniku, w Jaszczurówce, okolicach Krakowa – w Krzeszowicach. Podczas kursów terenowych w Chęcinach powstała koncepcja wy- budowania własnej bazy naukowo-dydaktycznej u podnóża zalewu nidziańskiego w nieczynnym kamieniołomie na górze Rzepce w Chę- cinach. Co prawda koncepcja zalewu nidziańskiego upadła, ale baza na- ukowa została wybudowana i otwarta w 2015 roku. Na kursie liczba uczestników wahała się od 80 do 120 osób. Uczest- nikami byli studenci, asystenci, personel techniczny, kierowcy i obsługa kuchni. To były inne czasy. Dzisiaj kierownika angażu- ją tylko sprawy studenckie i asystenckie, a resztę za- łatwiają wyspecjalizowane przedsiębiorstwa. Wówczas studentów w teren rozwozi- ło się samochodami cięża- rowymi, a nie – jak obecnie – autokarami. Warto rów- nież zauważyć, że znalezie- nie trzeźwego kierowcy było sukcesem. Kursy trwały mie- siąc lub sześć tygodni. Zaję- cia odbywały się bez względu na pogodę, od godziny 8 rano do godz. 16, potem był czas wolny lub zajęcia kameralne. Utrzymanie młodzie- żowego zespołu, który po raz pierwszy wyrwał się z domu spod opieki rodzicielskiej na wolność, nie było przy tym proste. Niekiedy sprawa kończyła się dla delikwenta wyrzuceniem z kursu. Przyczyna była prze- Kurs Geologiczny w Chęcinach w 1956 r. Rezer- wat geologiczny im. J. Czarnockiego w Ślucho- wicach ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 28 Wiesław Barczyk ważnie jedna – alkohol. Nie było problemu z nauczaniem, ale często były problemy z samochodami, które nadspodziewanie często się psuły lub pijany kierowca był niezdolny do jazdy. Dobrze zapamiętałem problem związany z mapami potrzebnymi dla studentów na kursie kartowania w Wojcieszowie. Zamówiliśmy od- powiednie mapy w skali 1:25.000 Gór Kaczawskich w Sudetach w Woj- skowym Instytucie Kartografii. Otrzymaliśmy je bardzo szybko, gdyż był to przedruk map poniemieckich. Jednakże Urząd Kontroli Prasy i Wi- dowisk nie wyraził zgody na udostępnienie ich studentom, ponieważ w tym czasie były one opatrzone pieczęcią taj- ności. A przecież nie uda się nauczyć studenta kartowania geologicznego bez dania mu podkładu (mapy) terenu, na której ma odwzorować geolo- gię tego terenu. Kurs już się zaczynał, a my nadal nie mie- liśmy map. Postanowiliśmy zatem wykonać je we własnym zakresie. Posiadaną mapę w skali 1:100.000 powiększyliśmy przy pomocy zwykłego epidiaskopu do potrzebnej nam skali, przerysowaliśmy ręcznie na kalkę techniczną, w za- przyjaźnionym biurze projektowym zrobiliśmy odpowiednią ilość odbitek „ozalidowych” (w tym czasie nie było jeszcze w Polsce w powszechnym użyciu kserografów) i rozdaliśmy studentom. Zdając sobie jednak sprawę, że było to pewnego rodzaju przestępstwo, mimo że przepis UKPiW był nielogiczny, po zakończeniu kursu mapy zostały zniszczone. Apel poranny studentów trzeciego roku na kur- sie kartowania geologicznego w Tatrach, Gronik 1953 r. * Oprócz takich „drobiazgów” były także poważne wydarzenia do- tyczące studentów, które głęboko zapadły w mojej pamięci. Najgorsze i najgroźniejsze były wypadki losowe. Na przykład jeden z asystentów odpadł od ściany w odsłonięciu „Szczerba” na Górze Zelejowej i złamał sobie podstawę czaszki. Szczęśliwie szybka pomoc pozwoliła uratować mu życie. Jedna ze studentek spadła z kolei z murów obronnych na zamku w Chęcinach ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== Uniwersytet Warszawski 1952–1997. Moja praca, doświadczenia... 29 – wtedy w szpitalu okazało się, że została na tych murach postrzelona i dlatego spadła. Ponieważ były to lata pięć- dziesiąte, więc od razu do- chodzenie rozpoczął Urząd Bezpieczeństwa. Padały py- tania – kto ma broń i dlacze- go z niej strzelał. Po prostu sprawa polityczna. Okazało się, że sprawcą była milicja obywatelska, która tego dnia urządziła sobie ostre strzela- nie. Pod murami zamku, nie uprzedzając nikogo ani nie oznaczając terenu, stworzyła śmiertelne zagrożenie. Nasza studentka została postrzelona przypadkowo, gdy jeden z milicjantów rozładowywał broń. Kadra kierownicza kursu kartowania geologicz- nego w Wojcieszowie w Sudetach w 1954 r. Od lewej: mgr Otylia Panek, mgr Irena Bobrow- ska, mgr Helena Ozonkowa, prof. Józef Gołąb, mgr Janusz Ansilewski, mgr Andrzej Błaszkie- wicz, mgr Alina Falkiewiczowa, mgr Krystyna Korejwo Inny groźny wypadek miał miejsce w czasie powrotu z Góry Zam- kowej. Na grupę studentów wpadł samochód osobowy. Kierowca zaczął uciekać, gdy zorientował się, że potrącił człowieka. Nie zauważył przy tym, że druga osoba wpadła mu pod samochód. Osobie tej udało się wszakże uchwycić za zderzak, a sprawca, uciekając, ciągnął ją po szosie. Ludzie usiłowali zatrzymać szaleńca, ten jednak, obawiając się samosą- du, jechał dalej. W końcu został zatrzymany i wtedy dotarło do niego, że cały czas ciągnął pod samochodem dziewczynę. Po przybyciu milicji okazało się, że kierowca był pijany. Całe szczęście, że poszkodowana była dostatecznie silna, utrzymała się na zderzaku i że wszystko zakoń- czyło się tylko ogólnymi potłuczeniami, otarciem skóry i parotygodnio- wym pobytem w szpitalu. * Niecodzienny przebieg miał kurs, który odbywał się w stanie wojen- nym w Chęcinach. Poza zwykłym kierownictwem kurs miał przydzielo- nego specjalnego komisarza wojennego. Był to wojskowy w randze ma- jora, mający nas pilnować. Kursu tego nikt z pracowników Wydziału nie chciał prowadzić ze względu na odpowiedzialność polityczną oraz trud- ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 30 Wiesław Barczyk ności aprowizacyjne (brak żywności i benzyny). Ponie- waż lubię ryzyko, podjąłem się tego zadania. Okazało się, że obecność komisarza zmo- bilizowała studentów do sen- sownego zachowania, a mnie ułatwiła starania o żywność. W rezultacie był to kurs uda- ny zarówno pod względem dydaktycznym, jak i apro- wizacyjnym. Po dwukrot- nym zarejestrowaniu kursu (nb. niezgodnie z przepisami), raz jako obozu wypoczynkowego dla stu- dentów w Urzędzie Wojewódzkim i drugi raz jako kursu naukowego w kuratorium, otrzymałem podwójne kartki żywnościowe dla każdego studenta. Ten niezgodny z przepisami zabieg spowodował, że, wbrew przewidywaniom, kurs był dobrze zaopatrzony nie tylko w podstawo- wą żywność, ale i dodatkowo nasi studenci mieli nawet białe bułki na śniadanie, słodycze, papierosy oraz środki czystości. Te ostatnie w takiej ilości, że robili sobie zapasy na przyszłość. Ćwiczenia terenowe studentów w Sudetach – „Komunikacja międzymiastowa” między Tąpa- dłami a Dzierżoniowem w roku 1958 Właściwie można by omawiać każdy kurs osobno, gdyż na każdym działo się coś ciekawego i na każdym dochodziło do wydarzeń, które zostały na stałe w pamięci uczestników. Dla przykładu poniżej przedsta- wiam bardziej szczegółowo kilka wydarzeń. 30 czerwca 1954 roku w Polsce można było obserwować zaćmienie słońca. Najpełniejsze zaćmienie było obserwowane w okolicach Suwałk i Sejn. Wydział na wniosek prof. dr. hab. Józefa Gołąba zorganizował w tym czasie badania nad zachowaniem się wód powierzchniowych i pod- ziemnych w czasie całkowitego zaćmienia. Brałem udział w tych bada- niach w Sejnach. Pod obserwacją miałem trzy studnie. Moje stanowisko obserwacyjne znajdowało się w pobliżu dzisiejszego ujęcia wody pitnej dla Sejn. Obserwowaliśmy zachowanie się wód podziemnych w stud- niach. Były to bardzo ciekawe obserwacje. W momencie, kiedy księżyc zbliżał się i zaczynał przesłaniać słońce, woda w studniach powoli pod- nosiła się. Osiągała apogeum w momencie połowicznego przesłonięcia słońca i ponownie powoli zaczynała opadać. Wahania średnio wynosiły ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== Uniwersytet Warszawski 1952–1997. Moja praca, doświadczenia... 31 około 40 cm. Mieliśmy więc zjawisko pływu wód podziemnych na lądzie pod przykryciem utworów czwartorzędowych wywołane zwiększonym przyciąganiem nałożonych na siebie mas słońca i księżyca na określony punkt na ziemi. Równocześnie zachodziły wyraźne zmiany w przyro- dzie. Słońce zaczęło gasnąć i tracić swój blask, zaczął zapadać zmrok, aż zrobiło się całkiem ciemno. Ustał całkowicie ruch powietrza, ptaki przestały śpiewać, bydło z rykiem rozpoczęło powrót do domów. Za- panowała dziwna cisza, a u mnie pojawiło się jakieś trudne do opisania uczucie grozy. Słońce było całkiem niewidoczne, ciemne, otoczone tylko aureolą świetlną – koroną. Po kilku minutach księżyc zaczął odsłaniać tarczę słońca. Ożywiły się ponownie ptaki i pojawił się wiatr. Zaćmienie słońca skończyło się. Profesor J. Gołąb nigdy nigdzie nie przedstawił i nie opublikował wyników tych obserwacji, gdyż nie miał możliwości ich zweryfikowania (nie doszło za jego życia do drugiego całkowitego zaćmienia słońca w Polsce). Powyższe obserwacje zdają mi się być inte- resujące, więc przytaczam je jako ciekawostkę przyrodniczą. Mój współudział w zorganizowaniu drugiej wyprawy badawczej geo- logiczno-kartograficznej na Kaukaz, w ramach wymiany pracowników i studentów z Moskiewskim Uniwersytetem, miał miejsce w roku 1959. Ze strony polskiej poza mną brali udział: prof. Kazimierz Guzik, mgr Wanda Jaczynowska, doc. Jerzy Lefeld, doc. Piotr Roniewicz, mgr Kry- styna Niemczynowicz, Andrzej Iwanow oraz kilku studentów, których nazwisk już nie pamiętam. Wyprawa zaczęła się od przygotowania nas do korzystania podczas prac terenowych ze zdjęć stereoskopowych i lotniczych. Były to początki stosowania tych metod na szerszą skalę. Wyjazd rozpoczynał się w Moskwie, skąd miała wyruszyć wyprawa na Kaukaz. W tym czasie żadna grupa zagraniczników nie mogła jechać bezpośrednio w teren, lecz musiała być zaakceptowana w Moskwie. Sie- dzieliśmy więc w mieście i nic nie było słychać o naszym wyjeździe. Mieliśmy przydzielonego opiekuna, który oprowadzał nas po mieście i pokazywał wszystkie możliwe do zwiedzania zabytki, a którego rola głównie poległa na obserwowaniu, czy nadajemy się do takiej „tajnej” pracy terenowej jak kartowanie Kaukazu, zwłaszcza obszarów ropono- śnych. Po kilku dniach, gdy już obejrzeliśmy dokładnie gmach MGU, metro ze wszystkimi stacjami, Kreml z jego cerkwiami i muzeami, Muzeum ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 32 Wiesław Barczyk Rosji, operę w Pałacu Zjazdów wraz z przedstawieniem „Borys Godu- now”, gmach Bolszoj Teatru, gdzie obejrzeliśmy przedstawienie baleto- wej „Chopeniady”, rybki w soborze Wasyla Błażennego (w tym czasie był on zamieniony na akwarium), Galerię Trietiakowską oraz Wszech- związkową Wystawkę, postanowiliśmy zwiedzać Moskwę sami, na wła- sną rękę, bez urzędowego opiekuna. Aby to jednak było możliwe, nale- żało go zgubić. Ponieważ bardzo dobrze nam płacili (10 rubli dziennie tylko na wyżywienie, a w tym czasie bilet w metrze kosztował 5 kop., 1 litr benzyny 4 kop., śniadanie w stołówce 1 rb., obiad 1–2,5 rb., ko- lacja 1 rb.) zrobiliśmy składkę – jeden z kolegów poświęcił się i szedł z opiekunem na wódkę, a reszta zwiedzała Moskwę. Nie było to jednak takie znowu proste, aby „urwać” się opiekunowi. Zastosowaliśmy więc chytry zabieg. Metro w Moskwie chodzi po wielkim kole. Wsiadaliśmy do metra i na każdej następnej stacji jeden z nas w ostatniej chwili wy- siadał, czekał na następny pociąg i wsiadał do pierwszego wagonu – i tak spotykaliśmy się razem, ale już bez dyżurnego kolegi i opiekuna. Dość często nam się to udawało, ale nie zawsze. Po kilku dniach takiego in- dywidualnego zwiedzania, teraz już z bardzo pozytywną opinią opieku- na (wolał się nas pozbyć, niż za nas odpowiadać), nastąpił wyjazd do Adleru. W samolocie Moskwa–Adler pasażerowie zachowywali się jak w podmiejskiej kolejce podczas okupacji w Warszawie. Wszyscy z wa- lizami pełnymi artykułów, które można było kupić w Moskwie, a które były niedostępne na prowincji oraz, co było dla nas dziwne, z kosza- mi pełnymi żywego drobiu. Lądowanie też było imponujące. Samolot schodził nad morze i kiedy fale dotykały już prawie podwozia, wchodził na krótki pas startowy gwałtownie hamując, aby nie wjechać w pola na zboczach gór. Zrobiło to na nas ogromne wrażenie. Z Adleru, po zwie- dzeniu miasta i zaliczeniu przedstawienia w miejscowej operze – „Aidy”, wyjechaliśmy w teren. Środkiem transportu był samochód ciężarowy typu Zis-5, który poza nami wiózł cały sprzęt terenowy plus 200-litro- wą beczkę z benzyną, ponieważ w górach nie było stacji benzynowych. Dojechaliśmy do osiedla Krasnowola nad rzeką Laurą, gdzie znajdowała się nasza baza. Nastąpił podział naszej grupy na dwie podgrupy, z któ- rych jedną miał „dowodzić” prof. K. Guzik, a naszą, złożoną głównie z Rosjan – prof. Nikołajew. W skład tej drugiej z Polaków weszły trzy osoby: mgr J. Lefeld, mgr K. Niemczynowicz i ja. Nasza grupa pozostała na miejscu, reszta pojechała dalej. Przewodniczący kołchozu przydzielił nam chałupę, w której mieliśmy mieszkać. Był to magazyn suszonych ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== Uniwersytet Warszawski 1952–1997. Moja praca, doświadczenia... 33 śliwek i orzechów włoskich (według tubylców – greckich), które szyb- ko wywieźli taczkami do innego pomieszczenia, a my wnieśliśmy nasze rzeczy łącznie z polowymi łóżkami. Warunki były bardzo prymitywne. Można się było myć albo przy studni, albo w miedniczkach przeznaczo- nych do szlamowania otwornic. Studnia była płytka, obudowana drew- nem, a wodę wyciągało się żurawiem. Na szczęście dom był zaopatrzony w światło elektryczne, które było automatycznie włączane o zmroku i świeciło się do rana, ponieważ nie było żadnych wyłączników. Radzili- śmy sobie przez wykręcanie żarówek, co było źle widziane przez lokalne władze. Gotowanie odbywało się na ognisku, ale ten problem nas nie dotyczył, gdyż każda grupa miała przydzieloną „powarichę” (kuchar- kę), która doskonale sobie radziła z taką kuchnią (trójnóg z kociołkiem) i zawsze przygotowywała obiad wielodaniowy. Nasza praca polegała na kartowaniu terenowym w oparciu o zdjęcia lotnicze. Po raz pierwszy w życiu mogłem przekonać się, że szklane góry ist- nieją nie tylko w bajkach i u Tomasza Manna, ale i w rzeczywistości. Oglądałem potężne kilkudzie- sięciometrowe zbocza gór zbu- dowane ze szkliwa wulkanicz- nego – obsydianu, ogromne wielometrowe piargi wapienne tworzące współczesne konglo- meraty lub brekcje wapienne, zlepione współczesnym lepisz- czem wapiennym. I właśnie na takim stożku współczesnego wapienia, chcąc odkryć wła- ściwą skałę podłoża, wisząc na linie i odkuwając konglomerat, odpadłem od ściany. Zjecha- łem kilkadziesiąt metrów w dół. Zawiesiłem się na jakimś krzaku, z któ- rego zdjęli mnie koledzy, ale nie odbyło się to bezboleśnie. Zwichnąłem sobie prawą rękę, którą na miejscu przy pomocy kolegów udało mi się nastawić. Uraz został i do końca mojego pobytu na Kaukazie nosiłem prawą rękę na temblaku. Podczas badań terenowych udało mi się tak- że zebrać z doliny rzeki Laury dużą kolekcję jeżowców górnokredowych z rodz. Echinocorys. Niestety nie mogłem ich opracować, ponieważ na granicy podczas powrotu do Polski celnicy radzieccy zabrali wszystkie Kaukaz, „Szklana Góra”. Na zdjęciu: doc. Piotr Roniewicz, prof. N. Nikołajew (MGU), prof. K. Guzik, doc. J. Lefeld, kand. nauk Nina Wa- lentynowna (MGU), mgr K. Niemczynowicz ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== 34 Wiesław Barczyk kartki z podpisami i lokalizacją. W pracy byliśmy jednakże grupą „uprzy- wilejowaną”. Polegało to na tym, że każdy dyplomowany geolog miał do pomocy jeszcze dwóch ludzi – jednego do noszenia plecaka z kamienia- mi i drugiego, z bronią, do ochrony. Mając prawą rękę na temblaku nie mogłem pisać, dlatego w mojej grupie był jeszcze trzeci uczestnik w cha- rakterze pisarza. Praca w terenie odbywała się w systemie trzydniowym. Co trzeci dzień następował jeden dzień odpoczynku w bazie. Polacy pra- cowali w systemie tygodniowym i odpoczywali jedynie w niedzielę. Taki rozkład pracy pozwalał na szybsze wykonanie powierzonego nam zada- nia, zwłaszcza że mieliśmy dostęp do zdjęć lotniczych (które były niedo- stępne dla większości grup rosyjskich ze względu na tajność materiałów) i zyskiwaliśmy w ten sposób kilka dni wolnych. W tych dniach zwiedza- liśmy plaże Morza Czarnego i znane miejscowości, takie jak Soczi, Adler, Afon itp. Zwiedzanie było o tyle ułatwione, że oddano nam do dyspozy- cji samochód ekspedycji kaukaskiej, a nocowaliśmy gdzie popadło, więc głównie na plażach, na łóżkach polowych, czego Rosjanom robić nie było wolno (nam prawdopodobnie też), ale nas wolała straż graniczna nie za- czepiać. Odstraszały ich dwujęzyczne (w języku rosyjskim i angielskim) napisy na samochodzie i namiotach. Jedyny raz, kiedy nocowaliśmy w re- zerwacie w lasku eukaliptusowym nad małym jeziorkiem, dołączyła do nas „grupa turystów”, która nas delikatnie pilnowała, śpiewając z nami pieśni polskie i dumki ukraińskie przy wspólnym ognisku, popijając na- sze wino i dziwiąc się, że wolimy nocować w lesie, a nie w „turbazie”. Na drugi dzień byli całkowicie zaskoczeni, że my wracamy do pracy i nie mamy specjalnego zezwolenia na pobyt w tym lesie. À propos – wino. U naszych gospodarzy można było dostać za darmo suszone śliwki, figi, orzechy czy też granaty, których w żadnym przypadku nie sprzedawa- li. Natomiast wino, które sami produkowali, można było dostać jedynie na suku (targu). Handlowanie winem z naszym gospodarzem wyglądało w sposób następujący: gospodarz brał bańkę z winem, zawiadamiał sąsia- dów i wędrował razem z nami na rynek, gdzie zasiadaliśmy przy straga- nie na ławach i zaczynała się degustacja przyniesionych win gospodarza i jego sąsiadów. A były to dobre gatunki win: słodkie czerwone – Isabella, oraz wytrawne – carskie wino Chwanczkara. Degustacja trwała tak długo, jak byli jeszcze chętni do picia, a potem ze śpiewem i na rauszu wracali- śmy razem do domu. Czasami na rynku kupowaliśmy owoce winogron, granaty, figi, aiwy (odmiana pigwy) i kawony (arbuzy). Raz tylko na sa- mym początku miałem pewne trudności z zakupem arbuza. Podeszliśmy ##7#52#aSUZPUk1BVC1WaXJ0dWFsbw== Uniwersytet Warszawski 1952–1997. Moja praca, doświadczenia... 35 do gospodarza, który miał ich całą piramidę. Kupiec zaproponował cenę 5 rubli, co nam zdawało się bardzo drogo, więc zaczęliśmy się targować. Gdy wywalczyliśmy cenę jednego rubla, gospodarz ustąpił, wziął rubla i odszedł. Natomiast my zostaliśmy z całym stosem arbuzów. Wzięliśmy jednego i chcieliśmy odejść, na co pozostali gospodarze nie chcieli nam pozwolić, gdyż musieliby je sami sprzątnąć. Cóż
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Nasz Uniwersytet
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: