Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00657 009103 10440449 na godz. na dobę w sumie
Nauki Barona - książka
Nauki Barona - książka
Autor: , , Liczba stron: 240
Wydawca: Onepress Język publikacji: polski
ISBN: 83-246-0340-9 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> poradniki >> twoja kariera
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Narodziłeś się, by panować nad światem.
Sięgnij po swoje odwieczne prawo do przywództwa

To opowieść o trzech adeptach, którzy zgłębiają tajemnice najbogatszego człowieka na świecie. Na swojej drodze uczniowie poznają sekrety władzy i dobrobytu oraz uniwersalne zasady etyki. Akcja toczy się przed wiekami, lecz prawdy i nauki, jakie uzyskują adepci, są ponadczasowe. Przyłącz się do inspirującej wyprawy po złote runo i odkryj mądrości zapomniane przez współczesny świat.

W tej książce znajdziesz serię niebanalnych przypowieści o innych ludziach, żyjących w innych czasach, lecz mających podobne dylematy jak my. Każda z opisanych tu historii niesie głębokie przesłanie i skłoni Cię do refleksji nad sekretami władzy. Autorzy, prowadząc z Tobą grę intelektualną, naprowadzą Twój umysł na nowe tropy:

Jasny cel, gorące pragnienie i przenikliwy umysł -- oto pochodnie, które od stuleci wskazują ludziom drogę w ciemnościach. Dostrzec ją mogą tylko odważni i natchnieni. Bądź jednym z nich.


'Ponadczasowa książka o przywództwie, ludzkich żądzach, ambicjach i metodach działania.'
John L. Jacobs
dyrektor generalny Nasdaq Financial Products Services, Inc.
Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Nauki Barona Autorzy: Vicky Therese Davis, William R. Patterson, D. Marques Patton T³umaczenie: Ewa Borówka ISBN: 83-246-0340-9 Tytu³ orygina³u: The Baron Son: Vade Mecum 7 Format: A5, stron: 240 Narodzi³eœ siê, by panowaæ nad œwiatem. Siêgnij po swoje odwieczne prawo do przywództwa (cid:129) Zasady w³adzy znane od stuleci najbardziej wp³ywowym ludziom (cid:129) Nowy model etyczny przywództwa w biznesie (cid:129) Sekrety trwa³ego panowania — odpowiedzialne i m¹dre korzystanie z bogactwa To opowieœæ o trzech adeptach, którzy zg³êbiaj¹ tajemnice najbogatszego cz³owieka na œwiecie. Na swojej drodze uczniowie poznaj¹ sekrety w³adzy i dobrobytu oraz uniwersalne zasady etyki. Akcja toczy siê przed wiekami, lecz prawdy i nauki, jakie uzyskuj¹ adepci, s¹ ponadczasowe. Przy³¹cz siê do inspiruj¹cej wyprawy po z³ote runo i odkryj m¹droœci zapomniane przez wspó³czesny œwiat. W tej ksi¹¿ce znajdziesz seriê niebanalnych przypowieœci o innych ludziach, ¿yj¹cych w innych czasach, lecz maj¹cych podobne dylematy jak my. Ka¿da z opisanych tu historii niesie g³êbokie przes³anie i sk³oni Ciê do refleksji nad sekretami w³adzy. Autorzy, prowadz¹c z Tob¹ grê intelektualn¹, naprowadz¹ Twój umys³ na nowe tropy: (cid:129) jak pokonaæ lêk przed odrzuceniem i strat¹ — pierwszy krok w obranym kierunku, (cid:129) jak odnaleŸæ si³ê tworzenia i przekazaæ innym swoj¹ wizjê, (cid:129) jak zbudowaæ zal¹¿ek przysz³ego imperium, maj¹c ograniczone zasoby, (cid:129) jak poszerzaæ strefê wp³ywów i pozyskiwaæ sprzymierzeñców, (cid:129) jak porzuciæ rêczne sterowanie organizacj¹ na rzecz wydajnoœci i wzrostu, (cid:129) jak zamieniaæ pora¿ki w filary przysz³oœci. Jasny cel, gor¹ce pragnienie i przenikliwy umys³ — oto pochodnie, które od stuleci wskazuj¹ ludziom drogê w ciemnoœciach. Dostrzec j¹ mog¹ tylko odwa¿ni i natchnieni. B¹dŸ jednym z nich. „Ponadczasowa ksi¹¿ka o przywództwie, ludzkich ¿¹dzach, ambicjach i metodach dzia³ania.” John L. Jacobs dyrektor generalny Nasdaq Financial Products Services, Inc. SPIS TREŚCI SŁOWO OD WYDAWCY SŁOWO WSTĘPNE PIERWSZA NADRZĘDNA ZASADA: PRZEMOŻNA SIŁA DRUGA NADRZĘDNA ZASADA: NIEZWYCIĘŻONA TARCZA TRZECIA NADRZĘDNA ZASADA: ZALĄŻEK MOCARSTWA CZWARTA NADRZĘDNA ZASADA: SIEDEM ODDECHÓW PIĄTA NADRZĘDNA ZASADA: BLASK SZÓSTA NADRZĘDNA ZASADA: SPLENDOR LUB ZNISZCZENIE 9 13 15 39 57 95 117 137 N A U K I B A R O N A SIÓDMA NADRZĘDNA ZASADA: WNIOSKI ZE STRATY ÓSMA NADRZĘDNA ZASADA: WSPÓLNY WYSIŁEK DZIEWIĄTA NADRZĘDNA ZASADA: POTĘGOWANIE DZIESIĄTA NADRZĘDNA ZASADA: NAGRODA JEDENASTA NADRZĘDNA ZASADA: NIECH SIĘ STANIE 151 169 183 197 213 - 8 - R O Z D Z I A Ł 1 . PIERWSZA NADRZĘDNA ZASADA: ył niegdyś człowiek, którego zwano Baronem. Wymowny w zachowaniu, miał niebywałą charyzmę podbudowaną latami życiowych doświadczeń. Rozumne jego usposobie- nie czyniło go niechętnym wszelkim konwencjom. Roztropność jego była wielka; nawet najwięksi myśliciele pragnęli posiąść je- go nieskończoną mądrość. Jako najbardziej majętny i wpływowy mieszkaniec krainy Mh’ki, Baron był wysoko ceniony przez każ- dego, kto znał jego przymioty. Trzeciego dnia każdego tygodnia o brzasku Baron przebywał w gabinecie swojego rozległego pałacu. Ceramiczne ściany i sufit pomieszczenia inkrustowane były szlachetnymi kamieniami, któ- re w świetle pochodni okazywały się mapą nocnego nieba. Baron najbardziej jednak napawał się tym widokiem o świcie, gdy ga- binet powoli wypełniało światło wschodzącego słońca, rzucając wokół miliony maleńkich refleksów. W centralnym punkcie kom- naty, wśród wystawnych poduch, przesiadywał Baron w pozy- cji lotosu, rozważając treść swoich pism, do których tak często N A U K I B A R O N A odwoływali się inni myśliciele. Pewnego poranka właśnie w ta- kiej chwili do gabinetu wkroczył Wali, wierny sługa Barona, rap- townie wyrywając mędrca z głębokiej zadumy. „Wybacz mi to najście, panie. Od wschodu zbliża się troje wędrowców. Czyżbyś oczekiwał gości?”. Baron zmarszczył brwi, poderwał się z siedziska i podszedł do okna. W oddali, na tle wschodzącego słońca, ujrzał trzy drobne zarysy postaci. Wielce zaintrygowany, zalecił słudze zatrzymać orszak i zapytać podróżnych o ich zamiary. Wali pokłonił się z szacunkiem, pospiesznie oddalił i wezwał dwóch wartowni- ków, zlecając im osiodłanie wierzchowców. Tymczasem Baron obserwował, jak jego pomocnicy, wśród tumanów pyłu wznieca- nych przez końskie kopyta, galopują przez pustynię na spotkanie z przybyszami zbliżającymi się do jego posiadłości. W odległości około dwustu kroków od intruzów Wali dobył swojego lśniącego bułatu, gestem nakazał wędrowcom wstrzymać marsz i zamienił z nimi parę słów. Następnie nakazał im pozo- stać w tym samym miejscu, po czym powrócił do kwatery, aby zdać relację z przebiegu spotkania. Stanąwszy ponownie przed obliczem Barona, Wali oznajmił zdyszanym głosem: „Trzech mężczyzn, którzy spędzili wiele dni w podróży, stanowczo domaga się spotkania z tobą, mój panie”. Nie odrywając wzroku od okna, Baron zapytał: „Czyżby byli na tyle bezczelni, aby nawiedzać moje włości, nie uprzedzając wcześniej o swoim przybyciu?”. Zrobił krótką pauzę, poszuku- jąc rozwiązania. „Skoro odważyli się pojawić tu bez zaproszenia i ostrzeżenia, niechże tak będzie”, rzekł. „Przyprowadźcie ich do mnie. Spełnię ich prośbę”. Po chwili jednak odwrócił się do wier- nego sługi i dodał: „Niech poczekają w salonie, gdyż nie mogę - 16 - P R Z E M O Ż N A S I Ł A pozwolić, aby przeszkodzili mi w mojej codziennej medytacji”. Oddany kamerdyner ukłonił się i opuścił Barona, aby ten mógł w skupieniu kontynuować swoją codzienną praktykę. Wali odprowadził strudzonych wędrowców do posiadłości Ba- rona. Nakazano im obmyć się z pyłu, namaścić ciała wonnymi olejkami i przyoblec świeże szaty. Wali poprowadził ich do go- ścinnej części głównej sali i nakazał im oczekiwać na spotkanie. Gdy podróżni przekroczyli próg przedsionka i ujrzeli wnętrze sa- li, ich oczy szeroko otwarły się z podziwu. Ściany pomieszczenia pokryte były bogato zdobionymi, osobliwymi kilimami, przedsta- wiającymi idylliczne sceny. W czterech rogach sali znajdowały się misy z egzotycznymi kwiatami, idealnie współgrające z pływają- cymi w sadzawkach tropikalnymi rybami. Miękkie, arcydelikatne tkaniny w kolorze zieleni i złota wydymały się łagodnie pod po- dmuchem zefiru wiejącego przez wielkie okno usytuowane po- środku ściany. Tak oto wyglądała scena powitania trzech cu- dzoziemców, którzy spędzili trzy długie dni w bezlitosnym żarze wśród palących piasków pustyni Bunzir. Przemierzywszy bezkres- ną, jałową krainę, nagle poczuli się ożywieni bogactwem kolorów i deseni. Przybysze rozkoszowali się delikatnym powiewem wiatru, oczekując, aż Baron zakończy swoje poranne czynności i zechce ich przyjąć. Tymczasem mijała godzina za godziną i światło dzienne za- czynało już gasnąć, a Baron nie nadchodził. Wili przypieczętował nadejście nocy, zapalając kandelabr w alkowie. Trzej przybysze posłusznie stali w kącie komnaty. Języki ognia oświetliły ich zmę- czone twarze i Wali zachichotał pod nosem, zapalając kolejne świece. Wkrótce w drzwiach sali stanął Baron, syty po wieczor- nym posiłku. Był odziany w olśniewające szaty utkane z kaszmiru - 17 - N A U K I B A R O N A w odcieniu sierści wielbłąda, chroniące go przed chłodnym, pu- stynnym wiatrem, który nocami dawał się we znaki mieszkańcom krainy Mh’ki. Baron badawczo przyjrzał się gościom, zwracając uwagę na ich młodzieńcze twarze i ciężkie sakwy złożone u ich stóp. Naj- wyraźniej podróżni byli znużeni, oczekując na jego przybycie niemal przez cały dzień. Rozbawiony, Baron polecił słudze, aby przyniósł siedziska. Bacząc na gości stojących w kącie, Wali zlecił służącym ułożenie jedwabnych poduszek w taki sposób, aby Ba- ron siedział naprzeciw wejścia, a młodzi przybysze byli zwróceni w stronę gospodarza. Spełniwszy to polecenie, lokaje dyskretnie wymknęli się z komnaty. Pan domu zajął swoje miejsce i gestem nakazał przybyszom, aby również spoczęli. Kiedy wszyscy zasiedli na stosownych miej- scach, poważny wzrok Barona ośmielił jednego z wędrowców, który zabrał głos: „Najjaśniejszy panie”, zaczął najodważniejszy. „Oto staje przed tobą szlachetny Tunde. Pochodzimy z Hamady, gdzie sława twoja stała się już legendarna. Pomimo że wiemy doskonale, jak cenny jest twój czas, zwróciliśmy się z prośbą o audiencję, gdyż cenimy wielce twój majestat. Twoja sława opiewana jest w dalekich kra- inach, to ty jesteś człowiekiem, którego majątek przekracza bo- gactwa najbardziej majętnych mężów w historii świata. Przybyli- śmy tu, gdyż ogrom twojej fortuny świadczy o twej niezmierzonej wiedzy. Niech cię nie zwiodą pozory, mój panie. Nie pragniemy twego złota, lecz mądrości, która je zrodziła”. Baron, którego twarz nie zdradzała żadnych widocznych uczuć, zbył tę przemowę milczeniem. - 18 - P R Z E M O Ż N A S I Ł A Tunde, usiłując za wszelką cenę ukryć drżenie głosu, mówił dalej: „W zamian za tę mądrość, przywieźliśmy z sobą dary, nie- podobna wszak domagać się nagrody bez poświęcenia. W zamian za naszą przyszłą wiedzę pragniemy zaoferować Ci najcenniejsze skarby przekazywane w naszych rodzinach z pokolenia na po- kolenie. Pokornie błagamy cię o zgodę, o łaskawy, gdyż w razie odmowy będziemy musieli udowodnić naszą wytrwałość. Potra- fimy godnie znieść ciężkie próby, na które zostaniemy wystawie- ni, podążając drogą do mądrości. Nasza determinacja jest niczym wąska strużka wody, która z czasem staje się wartkim potokiem drążącym skały”. Kończąc tę mowę, młodzieniec wydobył z sakwy ciężką tarczę ozdobioną herbem rodzinnym. Wiele stuleci wcześniej rodzina otrzymała ten skarb od ówczesnego króla Hamady dla uczcze- nia zasług przodka Tundego w jednej z bitew i jego poświęcenia dla ludu. Tunde z dumą spojrzał na pamiątkę rodzinną i złożył ją u stóp Barona. Następnie wstał młodzieniec o imieniu Khalif, który, spuściwszy wzrok, wręczył Baronowi laskę pasterską, wy- rzeźbioną w hebanie i zwieńczoną uchwytem w kształcie baraniej głowy, wykutym w szczerym srebrze. Laska była dziełem proto- plasty rodu, rzemieślnika żyjącego wiele pokoleń wstecz, i prze- chodziła na ręce kolejnych pierworodnych synów, którzy kon- tynuowali rodzinny kunszt. Mbolaji, trzeci wędrowiec, ofiarował Baronowi zdobioną szkatułę, z której po otwarciu wydobywały się dźwięki muzyki, wygrywane przez ukryty pod dnem przemyślny mechanizm. Ta drogocenna zabawka była dziełem ojca ofiaro- dawcy, znanego artysty. „Cóż każe wam sądzić, że mądrość moja godna jest takich za- szczytnych darów?”, zapytał Baron. - 19 - N A U K I B A R O N A „Zaiste, hojne wsparcie, którego udzielałeś, panie, wielu kra- inom, zasługuje na zaszczyty większe niż wartość naszych po- darunków. Widząc takie zasługi, bogowie nie opuszczą cię na twej drodze”, rzekł Tunde. „Ufamy, że również te dary zaskarbią nam łaski niebios”. Jednak Baron nie dawał za wygraną: „Jakież to kroki poczy- niliście osobiście, aby pozyskać tę wiedzę?”. „Długo gotowaliśmy się na chwilę, gdy staniemy przed twym obliczem. Przez długie dni i noce studiowaliśmy prawa rządzące pozyskiwaniem fortuny, lecz lektura ta nie odcisnęła na nas na- leżytego piętna. Manuskrypty nie przemawiają do nas, najłaskaw- szy panie, ani nie obejmują trudnych doświadczeń, które z po- wodzeniem przeszedłeś na swej drodze”. Odpowiedź rozmówcy spotkała się z wyraźną aprobatą Baro- na. „Pomimo waszego młodego wieku wykazujecie mądrość wła- ściwą tym, którzy przeżyli wiele wiosen. Zgadzam się, abyście zostali moimi uczniami, pod warunkiem że uznacie za święte trzy obietnice”. Zamilkł, dostrzegając nagłe ożywienie na twarzach gorliwych rozmówców. „Po pierwsze, nigdy nie będziecie tracili wiary w nauki waszego mistrza. Po drugie, nie będziecie strzę- pili języka, by szerzyć tę mądrość wśród tych, którzy nie pragną tej nauki lub nie są wystarczająco zdyscyplinowani, by ją posiąść. Wreszcie zawsze będziecie żyli podług tych nakazów, bez wzglę- du na to, czy los się do was uśmiechnie, czy też ciężko was do- świadczy”. Młodzieńcy skwapliwie przyjęli narzucone zobowiązanie i za- siedli z powrotem na swoich miejscach. „Składamy ci dzięki, nasz szlachetny dobroczyńco”, rzekli. - 20 - P R Z E M O Ż N A S I Ł A „Nadejdą chwile, gdy odczujecie leczniczą moc moich nauk. Pragnąłbym, abyście właśnie w takich momentach słuchali mo- ich słów z jeszcze większą atencją. Nie lekceważcie prostoty życia, w niej bowiem tkwi prawda poszukiwana od wieków”, oświadczył Baron. „Ignoranci poszukują odwiecznych prawd osnutych mgiełką tajemnicy. Wybrańcy zaś poszukują truizmów zawartych w słowach zrozumiałych dla większości, o ile nie dla wszystkich. To, co niepojęte jest dla mas, niechybnie mniejszej jest wartości”. Uczniowie chciwie chłonęli słowa mistrza, pochy- lając się w jego stronę, by lepiej go słyszeć. „Omawiajcie wspólnie moje nauki, a przed moje oblicze przynoście wyłącznie przemy- ślane wnioski. Rzetelnie przyswajajcie wiedzę, aby przygotować grunt pod zasianie w waszych umysłach ziarna szczerego pra- gnienia”. „Zaiste, Światły, z całego serca pożądamy twych nauk i dekla- rujemy nasze oddanie działaniu w prawdzie”, rzekł Khalif, naj- drobniejszy i najniższy spośród trzech przybyszy. „Jeśli domagacie się nauk rodzących wszelakie bogactwo, mu- sicie mieć ściśle określony cel i silne pragnienie, płonące niczym ogień”, powiedział Baron, wskazując na płomień jednej z won- nych świec. Przesunął nieco siedzisko i pochylił się do przodu, jak gdyby chciał powstać. „Zrozumcie przeto, że ta centralna zasada przy- niosła mi obfitość wszelakiej miary i stała się źródłem dostatku rzeszy ludzi. Wszelakie dobra, które posiadłem, zawdzięczam wła- śnie tej odwiecznej prawdzie. Przenieśmy się teraz do wygodniej- szych pokoi. Opiszę wam dzieje wytyczonego przeze mnie celu, który przywiódł mnie do tak niezwykłego bogactwa”. - 21 - N A U K I B A R O N A *** Jestem jedynym spadkobiercą człowieka o imieniu Kahar Sem. Matka moja zmarła w połogu, a ojciec nie ożenił się powtórnie. Był on podskarbim na dworze królewskim. Królewscy podskar- biowie byli wysoko wykwalifikowanymi pełnomocnikami i straż- nikami monarszego skarbca. Całymi dniami studiowali księgi dobrobytu, próbując dokonać przeobrażenia metali nieszlachet- nych w złoto i przyrządzając eliksiry długowieczności. Powiadano, że podskarbiowie nawet popiół potrafią przekształcić w wielkie bogactwa, a sama ich myśl buduje całe imperia. Wiedza ich była tak ogromna, że mogli pomnażać sztabki srebra samą siłą woli. Pewnego dnia ojciec mój i jego przełożony, Adnan, odbywali regularną podróż po krainie, gromadząc datki dla władcy. Wspie- rani przez zastęp zbrojnych, przemierzali całe terytorium króle- stwa, pobierając trybut od ludu. W trakcie podróży Adnan napo- mknął z zadowoleniem: „Nauki podskarbich umocniły zasadność Praw Złota i szczel- nie wypełniły moje szkatuły. Dzięki nim mój żołądek nie zna gło- du, a moje kielichy nie mają dna. Nie ma w mym sercu współ- czucia dla nędzarzy, to uczucie bowiem godne jest jedynie chłopa pańszczyźnianego. Zasługują oni na ubóstwo, które dotyka ich niczym zaraza”. „Adnanie, czyż wdzięczność za błogosławieństwo niebios, któ- re na ciebie spadło, nie nakazywałaby współczuć twoim braciom w ich niedoli?”, zapytał mój ojciec, zadziwiony. „Nic podobnego, mój Kaharze. W życiu swym nie przelewa- łem z pustego w próżne. Poszukiwałem strawy, gdy mój żołądek się jej domagał, napitku, gdy mój kubek był pusty, i wiedzy, gdy dni moje naznaczone były brakiem dojrzałości i rozwagi. Lud - 22 - P R Z E M O Ż N A S I Ł A wieśniaczy nie poszukuje wszak wiedzy, lecz wyłącznie uciech. Często przedkładają oni natychmiastowe potrzeby nad roztrop- niejsze czyny. Nie poszukują Drogi, lecz utwierdzenia w samoza- dowoleniu. Nie dążą do bogactwa, lecz myślą zaledwie o prze- trwaniu. Narodzili się niewolnikami i takimi odejdą z tego świata. Bacz, co czynię, bracie. Ukażę ci powagę tych słów przy okazji pierwszego poboru daniny”. Ojciec mój i Adnan zatrzymali się przy sklepiku z papirusem, prowadzonym przez urodziwą kobietę, jej chromego brata i do- rastającego syna. Adnan warknął surowo: „Gdzie jest danina dla króla?” „Błagam, oszczędź mnie panie, skarbiec mój jest wszak pusty. Plony cibory były ubogie tego roku. Towary są na wyczerpaniu. W całym regionie zapanowały trudne czasy. Nikt nie kupuje tego, co nam pozostało, i nikt nie zostawia złota”. Adnan odparł: „Moje uszy są głuche na takie słowa obrony. Króla naszego nie obchodzi zły los handlarzy papirusem, a ty, kobieto, nie powinnaś przyznawać się do biedy przed tymi, któ- rzy spełniają jego rozkazy. Zajęłaś królewskie terytorium, zubo- żyłaś plony i zalegasz z dwukrotną daniną. Tym samym na własne życzenie pozbawiłaś się wolności i wszelkich dóbr, które odtąd przechodzą na własność tronu”. I podskarbi rozkazał trzem żoł- nierzom: „Zabrać ją!”, po czym odwrócił się do swego towarzysza i zapytał: „Kaharze, czy nadal nie dostrzegasz prawdy w moich słowach? Każdy z nich zawsze znajduje jakieś powody, aby uchy- lić się od płacenia daniny, czyż nie?”. Bezwzględny ton Adnana zbił ojca z tropu. Adnan zalecił dwóm strażnikom, aby w ramach daniny zajęli trzy ćwierci majątku kobiety i rozdzielili resztę między sobą. Kiedy zbrojni wyprowadzali kobietę ze sklepu, ta wyrwała się - 23 - N A U K I B A R O N A nagle i upadła na kolana u stóp Adnana. Pochwyciła go za rąbek szat, błagając, by dał im więcej czasu. Rozsierdzony podskarbi przeklął i zdzielił niewiastę. „Jak śmiesz kalać strój szlachetnie urodzonego!”, syknął. Zanim jednak wymierzył kolejny cios, oj- ciec mój zdołał go powstrzymać. Młody chłopiec podbiegł, aby obronić matkę, ale zatrzymał go kaleki wuj. Adnan wydał rozkaz, aby pojmać całą trójkę i oddać na posługę królowi. Ojciec mój, ogarnięty współczuciem, poprosił swego przełożonego, aby raczył okazać łaskę chłopcu i ułomne- mu mężczyźnie. „Roztropny Adnanie, czyż proste pacholę i ka- leka nie staną się li tylko ciężarem dla naszego pana, otrzymując wikt i opierunek za darmo?”. Adnan zgodził się oszczędzić ro- dzinę handlarki, choć nie bez sprzeciwu. Ojciec mój podał rękę kobiecie i pomógł jej podnieść się z kle- piska. „Jak cię zowią?”, spytał. „Laika, panie”, odrzekła cicho. „Niewiasto, choć ocaliłem skórę twego brata i dziecka, pra- wo wymaga, abyś gwoli rozgrzeszenia z długu służyła naszemu władcy”. „Niech bogowie cię błogosławią, szlachetny panie, za to, że okazałeś miłosierdzie mojej rodzinie. Wdzięczność moja będzie trwała na wieki. Poddam się ustanowionym prawom, choć oce- niam je jako niesprawiedliwe”. „Pojmać ją!”, zakrzyknął Adnan, a żołnierze bez wahania speł- nili jego rozkaz. Gdy Adnan i ojciec mój opuścili sklepik, aby zbierać kolejne daniny, zbliżyła się do nich grupa wyrostków. Jeden z chłopców zwrócił się do Adnana z nieśmiałym pytaniem: „Czy możliwe jest, że gdy dorośniemy, staniemy się tak dostojnymi panami jak wy?”. Żołnierze wybuchli gromkim śmiechem. - 24 - P R Z E M O Ż N A S I Ł A „Głupcze, czyż nie wiesz, że jesteś zwykłym pachołkiem?”, warknął Adnan. „Jedyne, co cię czeka, to niedola, głód, ubóstwo i mieszkanie pod gołym niebem. Zejdź mi z drogi, nieuku!”. Żołnierze ruszyli w drogę, naigrawając się z naiwnego wie- śniaka. Ojciec mój zwiesił głowę, zakłopotany wielce szorstkim tonem podskarbiego i niepotrzebną demonstracją siły. Dowódca uśmiechnął się kwaśno: „Duch twój, bracie, bardziej przystoi nie- wieście. Czyżby serce twoje krwawiło na widok tego śmiesznego prostaka?”. Ojciec mój zbył go milczeniem. Wyzywający ton Adnana mógł zwieść go w pułapkę, której pragnął uniknąć. Powrócili więc do pałacu, nie zamieniając ani słowa. Wieczorem tego samego dnia ojciec przechadzał się tam i z po- wrotem po swoich komnatach. Zdarzenia dnia sprawiły, że na- gle poczuł odrazę do swej pozycji. Kiedy udał się na spoczynek, długo leżał wpatrzony w sufit, rozważając zasadność metod i praw królewskich. Czy on sam jest prawym człowiekiem, czy raczej jest skazany na powielanie zachowań innych dostojników? Te sprzeczne myśli wywołały w nim pragnienie dokonania czynów niezgodnych z wolą monarchy, lecz taka postawa oznaczałaby zdradę. Jednak ignorowanie głosu serca, które tak wyraźnie pod- powiadało mu, co powinien zrobić, byłoby naruszeniem wyzna- wanych przez niego wartości. Właśnie wówczas ojciec mój zdał sobie sprawę, że jedynym rozwiązaniem jest ucieczka. Gdyby pozostał na swoim stanowi- sku, nadal byłby panem swoich myśli, lecz zdradziłby serce. Czyż nie są to sidła, o których mówili prorocy? W jaki sposób mógłby jednak ulżyć swoim braciom w ich cierpieniu? Przecież jest osa- motniony w swym przemożnym pragnieniu nauczania metod po- prawy jakości życia wśród poszukujących prawdy. - 25 - N A U K I B A R O N A Następnego dnia ojciec mój odwiedził swojego starego przy- jaciela, Ikleela, i zdradził mu swoje plany opuszczenia królestwa, aby nauczać Praw Złota każdego, kto zechce je poznać. „Zauważyłeś zapewne, drogi przyjacielu, że czyny przedstawi- cieli królewskiej świty sprzeczne są z wolą ludu i jako takie ska- zują braci naszych na wieczną niedolę”, rzekł ojciec. „Ścieżka, którą kroczy król, zmierza do zagłady ludu i ostatecznie może zniszczyć całe mocarstwo. Rozważ na przykład terytorium kró- lestwa. Król korzysta z naturalnych bogactw naszej ziemi, aby toczyć niesprawiedliwe wojny, które dalej ograniczają nasz do- statek. Powiększa się grono niewypłacalnych kupców, a miesz- kańcom brak złota, które pozwoliłoby im zdobyć pożywienie i lekarstwa”. Przerwał, rozglądając się bacznie, czy nikt ich nie podsłuchuje, i ciągnął dalej: „Wiesz przecie, że gdy zwykły czło- wiek się bogaci, dobrobyt spływa też na władcę. Kiedy zaś lud cierpi niedostatek, taki sam los niechybnie spotka i monarchę. Król nasz dał się zwieść zmysłom — postrzega niedostatek jako obfitość. Zna doskonale Prawa Złota; wielkie bogactwo mogłoby równie dobrze stać się udziałem wszystkich poddanych. A jed- nak w umyśle tego żywiącego się pozorami władcy zrodziła się myśl, że nauczanie Praw Złota mogłoby narazić na szwank jego własny dobrobyt”. Ojciec przerwał, złapał przyjaciela za rękę, spojrzał na niego z powagą i zwrócił się do niego tymi słowy: „Każdy, kto rozważa opuszczenie królestwa, aby nauczać tych praw, niechybnie ska- zuje się na śmierć. Ikleelu, czy wziąwszy pod rozwagę moje sło- wa, jesteś gotów zaryzykować głową, aby stanąć u mego boku?”. „Nie lękaj się, przyjacielu mój, jako że głęboko w sercu dźwi- gam ten sam ciężar”, odparł uroczyście Ikleel. „Nie od dziś od- czuwasz brzemię zaborczych czynów swych towarzyszy. Kto nie - 26 - P R Z E M O Ż N A S I Ł A jest gotów, aby mężnie umrzeć dla sprawy takiej wagi, nie jest godzien wraz ze słońcem powitać kolejnego poranka. Kaharze, tyś jest człowiekiem honoru i każdym czynem swym dajesz dowód swej odwagi i prawości. Wielkim darzę cię zaufaniem i gotów je- stem podążać za tobą bez względu na konsekwencje. Czy przez życie swoje, czy przez śmierć, poniosę światu kaganek wiedzy. Niechaj dopełni się przeznaczenie”. Słysząc te słowa, ojciec mój odetchnął z ulgą i z wdzięczno- ścią uśmiechnął się do wiernego przyjaciela. Odwaga Ikleela zna- lazła uznanie w jego oczach. „Poczynię przygotowania i zgroma- dzę nasze manuskrypty. Zorientuj się, czy inni mężowie pragną wyruszyć z nami w drogę. Musisz działać z największą dyskrecją, zamysły nasze nie mogą bowiem dotrzeć do dworskich uszu”. Następnego dnia o wchodzie słońca Ikleel nawiedził kilku do- stojników w ich siedzibach, zwracając się do nich z apelem Kaha- ra. Każdy z nich poprosił o trochę czasu na rozważenie tej pro- pozycji. Następnie Ikleel złożył wizytę kilku przedstawicielom starszyzny, którzy zadeklarowali chęć pomocy, lecz Ikleel odniósł wrażenie, że ich intencje nie są do końca szczere. Taka misja niechybnie zakończyłaby się śmiercią mojego ojca — oferując mu swoje wsparcie, każdy z nich również musiałby liczyć się z podobnym losem. „Zaiste, niemłodzi jesteśmy, i otoczeni zaszczytami przeżyli- śmy długie i owocne lata”, rzekł jeden ze starców. „Nasz czas jeszcze nie nadszedł i nie nadejdzie wkrótce. Dalecy jesteśmy od pragnienia, by dopełnić żywota w taki sposób. Jako współautorzy księgi prawa, zdradzając króla, przynieślibyśmy hańbę naszym następcom. Sława o naszych czynach rychło poszłaby w zapo- mnienie. - 27 - N A U K I B A R O N A Minęło kilka dni. Ikleel doniósł mojemu ojcu, że pomimo jego usilnych próśb żaden z dostojników nie zgodził się zwrócić prze- ciwko władzy monarszej. „Lękają się utraty zaszczytów właściwych ich pozycji. Na- wet jeśli w głębi serca podzielają nasze uczucia, uznają, że ta- ka nielojalność jest niedorzeczna. Ryzyko utraty poparcia za- równo władz, jak i mas jest zbyt realne. Jak było powiedziane, lud nie zjednoczy się z tobą, nie będzie bowiem walczył w spra- wie, co do której nie ma żadnej wiedzy. Nie zdołasz pozyskać względów szlachetnych mężów, przyjacielu. Zbyt duża mogłaby być ich strata i zbyt nieznaczny zysk. Podjęcie takiej pozornie bezsensownej próby byłoby równoznaczne z wielce niepożądaną degradacją”. „Najwyraźniej nie stoją oni po stronie sprawiedliwości”, od- rzekł ojciec mój. „Co więcej, musimy teraz czym prędzej spełnić nasze zamiary, wszak bezpieczeństwo nasze jest zagrożone”. Kiedy jeden ze szpiegów Adnana doniósł mu, że ojciec mój planuje opuścić swe stanowisko, przełożony natychmiast zawia- domił króla i wezwał do uwięzienia nielojalnego sługi. O zmierz- chu król omawiał sprawę z radą zgromadzenia. „Srodze ukarzemy obóz zdrajców jednym stanowczym ru- chem. Domagam się głowy Kahara, jak i członków jego rodziny oraz wszystkich, których nagabywał, trzymali bowiem język za zębami, miast ostrzec monarchę. Taka zdrada zasługuje na naj- cięższy wyrok”, nakazał władca. „Wasza Wysokość, liczba poddanych zamieszanych w to zaj- ście niemożliwa jest do oszacowania”, odparował Adnan, powsta- jąc z trzeciego rzędu zgromadzonych. - 28 - P R Z E M O Ż N A S I Ł A Król uniósł się na tronie. „Liczebność nikczemników świad- czy o zagrożeniu, jakie niosą ich występki. Róbcie, co wam roz- kazuję!”. Opuściwszy zgromadzenie, Adnan natknął się w krużganku na dowódców swojego oddziału i wydał rozkaz natychmiasto- wego odcięcia wszystkich możliwych dróg ucieczki z terytorium Yunanti. Jeden z oficerów straży przybocznej indagował: „Cóż to skło- niło władcę do takiej brutalności? Mamy zgładzić dziesiątki miesz- czan i dostojników?”. Adnan odpowiedział pytaniem: „Czyż mógłbyś spać spokoj- nie, wiedząc o knowaniach zdrajców?”. „Bynajmniej, panie. I ja byłbym zaniepokojony takim nieroz- strzygniętym dylematem. Jak jednak proponujesz rozpoznać do- stojników, którzy zataili spisek?”. „Niepodobna tego dokonać. Rozkazuję zgładzić ich wszyst- kich. Doprawdy, wolę być nadto ostrożnym i chronić swoją pozy- cję w hierarchii, niźli darować życie któremuś ze zdrajców. Nie palę się do tego, by przypieczętować swój własny los. Roztrop- ność nakazywałaby podjęcie skrupulatnych działań, aby usunąć wszelkie możliwe zagrożenia”. Stanowczość Adnana najwyraźniej zrobiła wrażenie na ofice- rze. „To rozważna decyzja, panie”, rzekł. Podskarbi ciągnął dalej: „Pod żadnym pozorem nie ujawniaj naszych zamiarów. Rozgłoś wśród dostojników informację, że oto wydajemy ucztę na ich cześć. Powiadom ich najbliższych, że rów- nież oni są mile widziani, takie bowiem jest życzenie władcy. - 29 - N A U K I B A R O N A Zapowiadaj tę ucztę jako uroczystość dla wszystkich mieszkań- ców, którzy powiązani są z dostojeństwem. Schwytamy wszyst- kich i nim słońce wzejdzie po raz siódmy, nie będzie już rozła- mu w królestwie”. Laika, teraz jedna z niewolnic króla, szorowała na kolanach kamienistą posadzkę w tym samym krużganku, w którym od- bywała się rozmowa. Kiedy Adnan i oficer przechodzili obok niej, przypadkowo podsłuchała ich plany. Przy pierwszej nadarzającej się okazji Laika wymknęła się, aby znaleźć mojego ojca i uprze- dzić brata. Kahar był jedynym dworskim dostojnikiem, który kie- dykolwiek okazał jej łaskę. Czuła, że ma wobec niego dług, który teraz może spłacić. Przerywając mozolną pracę i ryzykując życiem, trafiła wreszcie do mojego ojca i błagała go, aby opuścił pałac, w przeciwnym bowiem razie czeka go najstraszniejszy los. „Szlachetny Kaharze, zaklinam cię, schroń się u mojego brata, Vasu, którego owego dnia ocaliłeś przed niewolą. Już go uprze- dziłam, aby ukrył cię przed tymi tyranami”. „Dzięki ci za twoją życzliwość, Laiko. Teraz to ja zostałem twym dłużnikiem”. Ojciec mój odwiedził Ikleela i oznajmił mu, że tajemnica zo- stała naruszona. „Wybacz mi, przyjacielu”, odparł Ikleel. „Nie…”… Ojciec mój przerwał mu w pół słowa: „Pewnego dnia prze- prosiny twe mogą być uzasadnione, nie podejmuj jednak pochop- nych kroków i teraz daruj sobie tę mowę. Zbyt mało mamy czasu. Dokonało się”. „A co z dostojnikami? Czyż nie zasługują na ostrzeżenie?”. „Wedle twego osądu, jakże moglibyśmy ocenić, jak wielu z nich złamało dane nam słowo?”. - 30 - P R Z E M O Ż N A S I Ł A „Trudne to zadanie, Kaharze”. „Nie możemy narażać się na dodatkowe ryzyko. Musimy za- chowywać się, jak gdyby wszyscy, jak jeden mąż, dopuścili się zdrady, i nie rozmawiać z nikim. Tę podróż musimy odbyć sami”. Wkrótce potem ojciec wrócił do domu, a wyraz jego twarzy zdumiał mnie i przestraszył jak nigdy wcześniej. Oblicze jego za- snute było mgłą melancholii. Kiedy spojrzałem w jego oczy, ogar- nęły mnie najgorsze przeczucia. „Ojciec twój wybrał drogę, która narazi na niebezpieczeństwo wszystkich drogich jego sercu. Bądź gotów, mój synu, gdyż musimy uciec pod osłoną nocy”. Kiedy pakowałem swoje rzeczy, do mojego ciemnego pokoju niepostrzeżenie wemknął się człowiek w zdobnych szatach. Prze- rażony, instynktownie sięgnąłem po bułat i wykrzyknąłem: „Ktoś ty, przyjaciel, czy wróg?”. „Jam jest Nazir, wasz przewodnik”, wyszeptał. „Nazir? A gdzie jest…”… „Zamilcz! To ostatnie chwile naszej wolności. Musimy czym prędzej zbiec”, rzekł przybysz. Oszołomiony, pochwyciłem tylko kilka najpotrzebniejszych przedmiotów i wybiegłem, podążając śladem mojego towarzy- sza. Kiedy dotarliśmy na dziedziniec, dostrzegłem ojca i Ikleela, ukrytych po przeciwnej stronie, w cieniu kolumn. Czułem, jak ze strachu serce kołacze mi w piersi. Kiedy skradaliśmy się w pod- cieniach, nie odważyłem się rzec ani słowa, wiedziałem bowiem, że mogę zapłacić głową. Dały się słyszeć kroki pułku żołnierzy, otaczających dziedziniec. „Król spodziewa się, że zbiedzy będą usiłowali wydostać się przez bramę, spróbujemy więc przejść przez mur”, powiedział ojciec. - 31 - N A U K I B A R O N A Ojciec i Ikleel usiłowali przebić się przez zwarty szyk żołnie- rzy. Po krótkiej szarpaninie w mgnieniu oka przedostaliśmy się przez mury pałacu, wskoczyliśmy na niewielką tratwę, którą ukrył w wysokiej trawie Ikleel, i popłynęliśmy na niej z prądem rzeki. Po paru kilometrach porzuciliśmy prowizoryczną tratwę, wydo- staliśmy się na brzeg i pieszo podążyliśmy w dalszą drogę, która zdawała się nie mieć końca. Wreszcie dotarliśmy do miasta. W splądrowanym sklepie Laiki odnaleźliśmy Vasu, który za- oferował nam strawę i schronienie. Ojciec mój obdarzył go pokornym uśmiechem. „Jesteśmy ci głęboko wdzięczni za twą pomoc”. Świadom ułomności gospo- darza, objął go delikatnie. „Pozostaniemy w ukryciu przez dwa tygodnie — zapewne wszędzie aż roi się od szpiegów. Kiedy Ad- nan zaniecha pościgu, rozpoczniemy głoszenie naszych nauk”. Słońce już siedmiokrotnie powędrowało po nieboskłonie, a ósmego dnia królewscy posłańcy ogłosili publiczną egzekucję dwulicowych dostojników dworskich. Obwieszczono, że winni zostaną ścięci o zmierzchu. Ponieważ ojciec mój uznał wyjście z kryjówki za zbyt niebezpieczne, w zamian wysłano Vasu. Póź- nym wieczorem gospodarz powrócił i opowiedział, co zobaczył. „Jako żyję, nigdy jeszcze nie widziałem takiego lęku wśród moich braci. Czcigodny Adnan nadzorował egzekucję, nieustan- nie powtarzając: »Nikt, nawet sami sędziowie, nie stoi ponad prawem ustanowionym przez monarchę«. To wstrząsające, gdy król jest zdolny do tego, by zgładzić tłum ludzi i wziąć do nie- woli ich rodziny”. „Dlaczego król miałby więzić także kobiety i dzieci?”, zapy- tałem ojca. - 32 - P R Z E M O Ż N A S I Ł A „Miał w tym dwojaki cel. Po pierwsze, chciał wzbudzić lęk wśród ludu, gwarantując, że już nigdy nie odważy się wystąpić przeciwko niemu. Po drugie zaś, chciał być pewien, że nikt nie zechce pomścić swego ojca lub męża. Wolność twa, mój synu, również jest zagrożona. Jeśli kiedykolwiek cię odnajdą, niechyb- nie czeka cię ten sam los”. Rozumiałem wagę ojcowskich słów. Od tego dnia stale uświa- damiałem sobie możliwe zgubne konsekwencje moich czynów. Mijały kolejne kwarty księżyca, zmieniła się pora roku i ojciec pragnął już rozpocząć nauczanie Praw Złota. Pewnego dnia wrę- czył Vasu garść monet, które dobył ze swej sakwy. Dzięki temu wsparciu Vasu mógł uiścić zaległe opłaty celne, wznowić handel papirusem i postawić przybudówkę, w której miała mieścić się akademia Kahara. Gdy ktokolwiek dopytywał o źródło jego nie- oczekiwanego dostatku, Vasu odpowiadał, że przywiózł złoto z odległej krainy, gdzie wygrał je, grając w kości. Ponieważ był znanym w okolicy spekulantem, poddani króla dali wiarę jego słowom. Niektórzy, ze względu na jego kalectwo, cieszyli się, że nagle spotkał go tak pomyślny los. Wydawało się, jak gdyby ułom- ność działała na jego korzyść w sytuacjach, gdy zdrowy czło- wiek nie mógł liczyć na współczucie. Wielu wierzyło, że kalectwo w połączeniu z dostatkiem gwarantuje lepsze życie niż zdrowie i ubóstwo. Akademia cieszyła się ogromnym zainteresowaniem. Wieści niosły się szybko i wkrótce Adnan dowiedział się, że ojciec mój przeżył i para się nauczaniem Praw Złota. Niedługo potem los ojca był już przesądzony. Król rozkazał przypuścić szturm na akademię, uwięzić ojca wewnątrz i spalić budynek na proch. - 33 - N A U K I B A R O N A Tego samego dnia ojciec wysłał Ikleela i mnie na zakupy, aby uzupełnić zapasy. Po powrocie zobaczyliśmy, że budynek aka- demii i sklep z papirusem stoją w płomieniach. Pożar uwięził kilkadziesiąt osób, nikt nie miał szans na przeżycie. „Muszę powstrzymać płomienie!”, wykrzyknął Ikleel. „Panie, nie pokonasz takiego ognia! Wszyscy już dawno spa- lili się na proch!”. „Ojciec twój i ja poświęciliśmy wszystko dla naszej sprawy. On sam i inni męczennicy zasługują na to, abym ocalił, co jeszcze zostało do ocalenia, lub poprzez swoje czyny połączył się z nimi”. Po tych słowach Ikleel zniknął w płomieniach. Upadłem na kolana i zaniosłem się płaczem. Wtedy poczułem na ramieniu czyjąś dłoń. Był to Nazir. Ze łzami w oczach lamen- towałem wniebogłosy, zapominając o należnym szacunku: „Cóż teraz pocznę? Straciłem wszystko, co drogie mojemu sercu. To już koniec!”. „Człowiek prawdziwie wolny jest dopiero wtedy, gdy straci wszystko. Wiąże się z tym konieczność wyboru właściwej dro- gi”, rzekł Nazir. Przejęty swym losem i rozżalony brakiem współczucia ze stro- ny Nazira, zakrzyknąłem: „Co to za brednie? Nie widzę żad- nej drogi!”. Nazir odrzekł: „Posłuchaj mnie uważnie, chłopcze. Dom twój, twoi bliscy i wszelkie zaszczyty odeszły z tego świata. Oto mu- sisz obrać cel swojego życia. Aby wyruszyć w tę drogę, musisz wykazać się odwagą, a aby dotrzeć do celu — oddaniem. Możesz wybrać wieśniacze życie, lecz wiedz, że nie pochwalam takiego biernego rozwiązania. Gdybyś miał pozostać u mego boku, razem moglibyśmy zbudować królestwo, którego dach sięgnie niebios. - 34 - P R Z E M O Ż N A S I Ł A Los twój leży w twoich rękach. Nikt nie wyręczy cię w poszu- kiwaniu celu. Mogę ukazać ci światło wiedzy, ale jeśli pragniesz zrobić użytek ze swego potencjału, powinieneś pozostać wierny swym pragnieniom. Rozważ moje słowa głęboko w sercu, a gdy będziesz gotów, wybierz ostateczny cel”. „Nie wiem, jak rozstrzygnąć tę sprawę. Od czego miałbym zacząć?”, zapytałem przez łzy. Nazir pomógł mi podnieść się z klęczek, otarł moje oczy rąb- kiem szaty i rzekł zniecierpliwiony: „Rozważ każdą możliwą dro- gę. Niech serce twe nie zna strachu, a myśli nie krążą wokół niepowodzeń. Dopiero wtedy wolno ci będzie zapytać, co powi- nieneś uczynić”. „Pragnę dopełnić dzieła mojego ojca i szerzyć wśród ludu Prawa Złota”. „Na własne oczy widziałeś konsekwencje jego czynów”, odparł Nazir i znacząco zawiesił głos. „Nie minie sześć nocy, jak przy- będą tu królewskie oddziały, aby pozbawić cię głowy… Czy nadal pragniesz nauczać?”. „W rzeczy samej”, odrzekłem. Otarłem łzy i wyprostowałem się, aby należycie złożyć śluby. „Pragnę przekazać tę wiedzę jeszcze liczniejszym rzeszom, by szansa, że mądrość ta przetrwa kolejne pokolenia, stała się jeszcze większa”. „Czyżby brakowało ci instynktu samozachowawczego, chłop- cze? W jakich to wartościach pokładasz nadzieję?”. „Nauczono mnie, że najcenniejsze są więzy krwi, powodzenie i osobista wolność”. Kiedy odchodziliśmy od pogorzeliska, byłem już w pełni pochłonięty powziętym postanowieniem i strata nie zdawała się już tak dotkliwa. - 35 - N A U K I B A R O N A „Moją misją będzie dostarczanie ludowi narzędzi inspiracji. Pragnę także pomóc im w odnalezieniu stale odradzającej się, wewnętrznej mocy, dzięki której będą zdolni do realizowania swoich celów”. „Czego będziesz potrzebował, aby wypełnić tę misję?”. „Muszę być przenikliwy niczym wyrocznia, wytrwały niczym woda i cierpliwy niczym ziemia”. Po tych słowach zatrzymałem się i spojrzałem w oczy mojemu towarzyszowi. „Doszło do mych uszu, że zalecany jest zapał i określenie ostatecznego celu, przy czym w obu przypadkach nieodzowna jest niezachwiana pew- ność. Zdolność do stanowczych czynów i do działania dla dobra innych okazała się owocna, a tym bardziej mądrość pozyskana w wyniku porażki. Ojciec mój swoim życiem udowodnił praw- dziwość tego sądu. Na swej drodze będę potrzebował wsparcia mężów rozważniejszych i bardziej utalentowanych niż ja, a także środków, które mógłbym pomnażać, a których zdobycie wykra- cza poza moje możliwości. Jednakowoż współczucie dla moich braci i poznanie własnej duszy pozwoli mi pozyskać wszystkie te narzędzia”. *** Młodzieńcy chłonęli każde słowo opowieści Barona. Choć wy- czerpani, błagali mistrza, aby nie przerywał nauk. „Na dziś to wystarczy. Pragnę, abyście wspólnie rozważyli znaczenie ostatecznego celu. Jeśli potraficie wykazać bezzasad- ność tej idei, udowodnijcie mi to jutro”. Wali odprowadził uczniów do przydzielonej im komnaty. Na odchodnym podkreślił, aby próbowali zgłębiać ideę ostateczne- go celu i pragnienia także we śnie. „Tuż obok mat znajdziecie - 36 - P R Z E M O Ż N A S I Ł A gliniane tabliczki. Wyryjcie na nich swoje ostateczne cele i czy- tajcie je głośno, by co dzień je afirmować”. Układając się do snu, młodzieńcy powrócili do tematu nauk. Tunde, młodzian szczupły i proporcjonalnie zbudowany, wnio- skował: „Obrana misja i wola jej urzeczywistnienia składają się na przemożną, wewnętrzną siłę człowieka. Cóż ty na to, Mbolaji?”. Mbolaji, mąż słusznej postury, rozochocił się, słysząc takie przeformułowanie tej kwestii. „Należy starannie dobierać myśli i pielęgnować je, by rozkwitły w całej krasie. Ogród umysłu do- maga się uważnej uprawy i należy nauczyć się czynić to nieświa- domie. Pierwszym krokiem jest przygotowanie rozsądnego planu. Khalifie, proszę, mów dalej”. Wielce znużony, Khalif nie potrafił opanować krążących po głowie myśli. Wreszcie, wpatrując się w nocne niebo za oknem, dodał: „W umyśle i w sercu należy nosić prawowity cel, skupiając na nim wszelkie swe myśli i urzeczywistniając je. Cel ów winien stać się najwyższym priorytetem i należy poświęcić mu całą uwa- gę, na jaką zasługuje, nie rozpraszając umysłu zbędnymi rozwa- żaniami. „W trakcie nocnego spoczynku, gdy myśli skoncentrowane są na jednym celu i pragnieniu, umysł skwapliwie korzysta z ob- razu, który mu podsunięto, tak jak kamieniarz polega na swoich planach. Raz zasiane myśli formują świadome czyny w drodze do obranego celu. A teraz spocznijmy, przyjaciele, aby przygotować silny fundament pod jutrzejsze rozważania”. - 37 -
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:


Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: