Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
01270 020450 17747160 na godz. na dobę w sumie
Niedokończona gawęda - ebook/pdf
Niedokończona gawęda - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 241
Wydawca: Literatura Net Pl Język publikacji: polski
ISBN: 83-87342-20-3 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> literatura piękna >> komiks i humor
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).
Książka Kureckiej miała mieć tytuł UFO, czyli mój jedyny garnek i być sentymentalnym powrotem do miasta dzieciństwa i młodości, zwanego tu Miastem, do okupowanej Warszawy i do czasów PRL, czyli świata zdegenerowanego. Taki był zamysł, lecz autorka zmagająca się z chorobą, nie zdołała go zrealizować. Pozostała tylko część pierwsza i fragment drugiej, 'Niedokończona gawęda'... W kliszach przywołanych po latach z pamięci zarówno przedwojenny Gdańsk jak i okupowana Warszawa jawią się niekonwencjonalnie, opisywane z literackim talentem i fotograficzną dokładnością - topograficznie i obyczajowo.
Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Aby rozpocz(cid:261)ć lektur(cid:266), kliknij na taki przycisk , który da ci pełny dost(cid:266)p do spisu tre(cid:286)ci ksi(cid:261)(cid:298)ki. Je(cid:286)li chcesz poł(cid:261)czyć si(cid:266) z Portem Wydawniczym LITERATURA.NET.PL kliknij na logo poni(cid:298)ej. Niedokoƒczona gaw´da Maria Kurecka Niedokoƒczona gaw´da Tower Press Gdaƒsk 2000 Projekt ok∏adki Dariusz Szmidt Opracowanie graficzne Pracownia Graficzna „Linus” Sk∏ad i ∏amanie: Jerzy M. Ko∏tuniak Na ok∏adce wykorzystano zdj´cia Autorki pochodzàce z archiwum rodzinnego Z r´kopisu przygotowa∏a Ewa Czerwiakowska Redakcja Sonia Cynke Antoni Pawlak Korekta Barbara Bukowska-Przychodzeƒ El˝bieta Smolarz Wydanie pierwsze © Copyright by Leszek Szaruga Tower Press, Gdaƒsk 2000 ISBN 83-87342-20-3 Tower Press Gdaƒsk 2000 [ I ] „Noskum prolepija benedikatvirgomaria – s´s an˝ gardj´ veje sjur nu!” Niezrozumia∏y ten okrzyk wydoby∏ si´ pomieszanym chórem z przesz∏o stu m∏odych ust. Dziewczynki, podlotki i doros∏e ju˝ pan- ny tkwi∏y w równo wyciàgni´tych szeregach. Dopiero suchy trzask dwóch niewielkich deszczu∏ek w r´kach wysuni´tych z czarnego za- konnego habitu rozerwa∏ karnà spoistoÊç. Z przesz∏o stu ust wyrwa∏ si´ przeciàg∏y okrzyk ulgi, gromada rozpierzch∏a si´ w mig jak stado sp∏oszonych wron: rozleg∏y si´ krzyki, piski, Êmiechy, nawo∏ywania. O boisko zadudni∏a pi∏ka. Zafurkota∏y granatowe, plisowane spód- niczki. Podskakiwa∏y na plecach szerokie, bia∏à tasiemkà trzykroç la- mowane, marynarskie ko∏nierze. – Et vous, mon enfant?1 – czarna zakonnica odwróci∏a si´ do drob- nej postaci, tkwiàcej ciàgle jeszcze bez ruchu. – Il faut rejoindre les au- tres – jouer, courrir.2 Dziecko w czarnej, brzydkiej sukience nawet nie drgn´∏o. Nie rozu- mia∏o ani jednego s∏owa. Przera˝one i przeraêliwie obce t´po sta∏o w rogu ogromnego placu. Poczàtkowa inwokacja w prawid∏owej ∏acinie brzmia∏a zresztà na- bo˝nie jako akt strzelisty: Nos cum prole pia benedicat Virgo Maria3 z dodanà w poprawnej francuszczyênie proÊbà: Saints Anges Gar- diens, veillez sur nous!4 Ona tego nie rozumia∏a. Nic zresztà prawie nie rozumia∏a z tej ob- cej, u˝ywanej tutaj mowy, która do rozpaczy doprowadza∏a jà ju˝ od paru tygodni. Przywieziona tu, oddana w doÊwiadczone i sprawne r´- ------- 1 Et vous...– (franc.) A ty, moje dziecko? [Wszystkie przypisy pochodzà od redakcji]. 2 Il faunt rejoindre...– (franc.) Trzeba przy∏àczyç si´ do reszty – bawiç si´, biegaç. 3 Nos cum prole...– (∏ac.) Niech Dziewica Maryja wraz z Dzieciàtkiem nam b∏ogos∏awi. 4 Saints Anges...– (franc.) Âwi´ci Anio∏owie Stró˝e, czuwajcie nad nami! - 5 - ce, pojmowa∏a tylko najprostsze, najkonieczniejsze wskazówki, jakich udziela∏a jej – skàpo i szorstko – gruba rudow∏osa i dorastajàca ju˝ dziewczyna, która na samym poczàtku chwyci∏a jà za r´k´ i prowa- dzàc d∏ugim, zimnym, bielonym korytarzem, oznajmi∏a: – Jestem twojà aînée(starszà siostrà). Ale po polsku prawie nam mó- wiç nie wolno. Zresztà nauczysz si´ tamtego i to pr´dko. – Po czym, dotykajàc palcem poszczególnych przedmiotów – by∏y ju˝ w wysokiej sali o licznych rz´dach ∏ó˝ek – rozpocz´∏a pierwszà lekcj´ poglàdowà: – Le lit– ∏ó˝ko, l armoire– szafa. Czarne zakonnice same zresztà kaleczy∏y t´ obowiàzujàcà, obcà mo- w´. Z ró˝nych pochodzi∏y krajów, a rotacyjne cykle doÊç mechanicz- nie przenosi∏y je co par´ lat z jednego paƒstwa do innego, co znosi∏y z chrzeÊcijaƒskà pokorà. S∏awa ich pedagogicznych i dydaktycznych osiàgni´ç nie ponosi∏a zresztà wskutek tych pielgrzymek najmniejsze- go uszczerbku. Internat klasztorny z za∏o˝enia by∏ wysoce ekskluzywny, niewiary- godnie drogi, ale te˝ odpowiednio zorganizowany i niemal stuprocen- towo gwarantujàcy opuszczajàcym – po up∏ywie nale˝ytych lat – jego progi córkom arystokracji, ziemiaƒstwa bàdê sfer bankowo-przemy- s∏owych szlif jak najlepiej u∏o˝onych panien z dobrego domu. Ona nic o tym nie wiedzia∏a. Gdyby by∏a w stanie zrozumieç – pew- no i nie chcia∏aby wiedzieç. Na razie pojmowa∏a tylko tyle, ˝e – mimo zimnej bieli Êcian i korytarzy, jasnych sal i klinicznej czystoÊci – zapa- d∏a, czy raczej wrzucona zosta∏a, do g∏´bokiej, czarnej studni, z której wyjÊcia nie by∏o – byç nie mog∏o. Masywne d´bowe drzwi do g∏ówne- go hallu, pobudowanego w otwarty z jednej tylko strony kwadrat czteropi´trowego budynku, zamykano wieczorem na liczne zamki i zabezpieczano grubà, ˝elaznà sztabà. Drzwi te pozna∏a najpierw. Zapami´ta∏a najdok∏adniej. Przy nich przecie˝ – trz´sàcà si´ z zimna w d∏ugiej, bia∏ej i pod samà szyj´ zapi- nanej koszuli – odnajdywano jà niemal co nocy przez kilka pierwszych miesi´cy. Wzywany lekarz kr´ci∏ g∏owà: – T´skni do domu. Lunatycz- ka? E, nie. Przejdzie. – I zapisywa∏ gorzko-s∏one lekarstwo, które wie- czorem wlewano jej prosto do ust zimnà, po∏yskliwà ∏y˝kà. Radykalniejszy sposób zaaplikowa∏a jedna ze s∏u˝ebnic paƒskich ni˝szego – jak to si´ nazywa∏o – chóru, do którego zaliczano kobiety nieuczone, a zajmujàce si´ sprzàtaniem, praniem, gotowaniem i wszel- kà gospodarskà pos∏ugà: – Misk´ z zimnà wodà daç przed ∏ó˝ko – to b´dzie po k∏opocie! I by∏o. - 6 -  M∏odszym i starszym uczestniczkom tego rojowiska, które z bie- giem lat przekszta∏cone mia∏o zostaç w szeregi des jeunes filles bien rangées1, wolno by∏o w ciàgu dnia pos∏ugiwaç si´ tak˝e mowà ojczy- stà. Ale okazje po temu by∏y ÊciÊle uregulowane: przerwy szkolne, dwugodzinny poobiedni odpoczynek (grande récréation2) i oczywi- Êcie lekcje prowadzone przez panià od polskiego bàdê panià od histo- rii. Ta ostatnia zw∏aszcza budzi∏a postrach w co m∏odszych uczenni- cach niesamowitymi opowieÊciami. Mo˝na si´ by∏o z nich dowiedzieç o legendarnym królu w wielkiej wie˝y nad jeziorem, który niecnym podst´pem zwabi∏ tam swoich licznych stryjów i wytru∏ ich co do no- gi. Poniós∏ potem zas∏u˝onà kar´: ˝ywcem go myszy zjad∏y. Dalej rzecz sz∏a o pi´knej, dziewiczej królowej, o której r´k´ ubiega∏ si´ ry- cerz z sàsiedniej krainy. Powody, dla których odtràci∏a tego konkuren- ta i desperacko rzuci∏a si´ zaraz potem w g∏´boki nurt Wis∏y, nie wy- dawa∏y si´ poczàtkowo jasne. Niebawem jednak konkluzja – i to w po- staci Êpiewno-rymowanej – dost´pna stawa∏a si´ nawet dziecku: Ta opowieÊç jest oWandzie Co nie chcia∏a Niemca – Lepiej zawsze mieç Polaka Niêli cudzoziemca.3 ˚e wszyscy niemal cudzoziemcy godni byli kosza i wzgardy, dobit- nie wyjaÊnia∏o – tak˝e przy tej okazji cytowane – porzekad∏o: „Jak Êwiat Êwiatem nie b´dzie Niemiec Polakowi bratem”. Sprawy rodzinno-matrymonialne zosta∏y tedy historycznie rozwa- ˝one i rozstrzygni´te ju˝ od samych legendarnych poczàtków. By∏y i inne jeszcze potwornoÊci, jak na przyk∏ad ziejàcy ogniem a ˝ar∏oczny smok, rezydujàcy pod królewskim zamkiem i nieustannie domagajàcy si´ od struchla∏ych mieszkaƒców ówczesnej stolicy coraz to nowych ofiar: „a najbardziej smakowa∏y mu ma∏e dzieci i niewinne, m∏ode panienki”... Ale tu w sukurs przychodzi∏ lud: ubogi, lecz dziel- ny a sprytny szewczyk zabi∏ barana, nafaszerowa∏ go smo∏à i siarkà, po czym u w∏azu do smoczej jamy podrzuci∏. Smok poch∏onà∏ smako- wity kàsek, ogniem siarczystym wàtpia mu zap∏on´∏y, ledwo si´ jesz- ------- 1 des jeunes filles...– (franc.) statecznych panien. 2 grande récréation– (franc.) czas odpoczynku, rekreacja. 3 Wszystkie cytaty w ksià˝ce podano tak, jak zapami´ta∏a je Autorka. - 7 - cze, nieborak, do rzeki przyczo∏gaç zdo∏a∏ – ˝∏opa∏ i ˝∏opa∏ wod´ bez pami´ci, a˝ wreszcie rozp´k∏ si´ z hukiem – a szewczyka-wybawiciela nie min´∏a zas∏u˝ona nagroda. Pogodniejsze opowieÊci zdarza∏y si´ tak˝e: o trzech legendarnych braciach („zapami´tajcie: Lech, Czech i Rus!”) i dumnym orle, o anio- ∏ach, pod postacià zwyk∏ych w´drowców zakamuflowanych, którzy odwiedzili chat´ poczciwego ko∏odzieja, akurat w dniu postrzy˝yn je- go syna („... pogaƒski by∏ to wprawdzie obrz´d – no, ale anio∏owie”...), a z wizyty tej b∏ogos∏awione i donios∏e skutki mia∏y wyniknàç dla te- go pachol´cia i ca∏ej wokó∏ krainy. Lecz przewa˝a∏y zdecydowanie barwy ciemne, ponure, g∏´bokim przera˝eniem napawajàce dzieci, przyjmujàce to wszystko za najprawdziwszà – có˝ ˝e odleg∏à ju˝ – rze- czywistoÊç. Szkolny dzwonek oddala∏ wreszcie te upiory – do nast´pnego razu. A dzieƒ lub dwa póêniej do klasy wchodzi∏a czarna zakonnica, siada- ∏a za stolikiem na podwy˝szeniu, zwanym katedrà i, otwierajàc ksià˝- k´, oznajmia∏a: – Et maintenant nous allons lire ensemble...1 – i uczniowska gromadka chóralnie powtarza∏a za nià: – Nos anc˘tres, les Gaulois...2, ...których dzieje te˝ zresztà ocieka∏y krwià.  Pianino by∏o stare, rozstrojone, klawisze szcz´ka∏y w nim niczym rozchwierutane z´by, ale akompaniatorka potrafi∏a wydobyç z nich jeszcze melodi´. – Plié3, mesdemoiselles – voyons donc! – plié – encore – pli-i-i-é!4 – komenderowa∏a mistrzyni taƒca. Gawot, menuet, walc. Uk∏ony, przechy∏y. Takt, takt! I – dla nale˝y- tej równowagi – clou wszystkiego: godny, najmniej skomplikowany polonez. „Plije”, jak na w∏asny u˝ytek zeswojszczy∏y to wezwanie uczennice, dotyczy∏y przede wszystkim g∏´bokiego, dworskiego dygu, wykony- wanego na trzy pas: 1) postawa zasadnicza, 2) przygi´cie lewego kolana, szerokie ko∏o zakreÊlane prawà nogà i pó∏przysiad w tej pozycji niemal do pod∏ogi, ------- 1 Et maintenant...– (franc.) A teraz czytajmy razem... 2 Nos anc˘tres...– (franc.) Nasi przodkowie, Galowie... 3 Plié- (franc.) nazwa figury tanecznej, polegajàcej na uginaniu kolan. 4 Plié, mesdemoiselles...– (franc.) Plié, panienki – próbujemy! – plié– jeszcze raz – plié! - 8 - 3) powrót do pierwszej pozycji – lekko, zgrabnie i z wdzi´kiem. Dy- gi by∏y konieczne – rozpoczyna∏y i koƒczy∏y cotygodniowe lekcje taƒca. Co tydzieƒ tak˝e – zaraz po uroczystej mszy niedzielnej – ca∏a gro- mada wychowanek zbiera∏a si´ w wielkiej sali, gdzie nast´powa∏o imienne odczytywanie stopni ze sprawowania podczas minionych siedmiu dni. Uczennice wzorowe lub oceniane na bardzo dobrze wy- st´powaç musia∏y z szeregu, przechodziç przez ca∏à sal´ i – wykonu- jàc ów przepisowy dyg – odbieraç z ràk prze∏o˝onej nagrod´ – bia∏à (dla najm∏odszych), srebrnà (dla Êredniaczek), z∏otà (dla najstarszych) ró˝´, którà przypinano im tu˝ nad sercem do marynarskiej bluzki. Tak udekorowane wraca∏y wÊród owacyjnych oklasków na swoje miejsce. Ró˝e by∏y jednak wa˝ne tylko za okreÊlony, dawny czas i zdarza∏o si´, ˝e szybko znika∏y z piersi dumnej w∏aÊcicielki. Tote˝ do najcz´stszych – a te˝ najskuteczniejszych – napomnieƒ pedagogicznych nale˝a∏o za- wo∏anie: – Oj, bo stracisz ró˝´! Wyró˝nienie, zaszczyt, nagroda – a gdzie˝ kary? Co grozi∏o czar- nym owcom, których wybryki sumowa∏y si´ z koƒcem tygodnia w op∏akane (najdos∏owniej!) niedostateczne lub najbardziej przera˝a- jàce: – pas de note1? O drobiazgach, takich jak pozbawienie deserów bàdê te˝ nakaz ca∏- kowitego – przez dzieƒ lub i wi´cej – milczenia, nawet i mówiç nie warto. Najbardziej rozbrykane maluchy stawiano równie˝ przy lada okazji do kàta albo kazano kl´czeç poÊrodku klasy – zwyczajnie na pod∏odze lub w powa˝niejszych przypadkach na podsypanym g´sto drobnym grochu. Karà ostrzegawczà by∏o tak zwane oddzielenie. Werdykt wydawa- no zazwyczaj tu˝ po lekcjach, przed obiadem, wobec ca∏ej szko∏y zgro- madzonej w refektarzu. Pojawia∏a si´ dyrektorka – postawna kobieta o drobnej, lisiej twarzy – wywo∏ywa∏a delikwentk´, ka˝àc jej zabraç sztuçce, a tak˝e serwetk´ w nieodzownym kó∏ku z monogramem, i ob- wieszcza∏a: – Mon enfant, vous ˘tes séparée!2 Tak pohaƒbiona siadaç i jeÊç musia∏a odtàd sama, przy ma∏ym sto- liczku, plecami do spo∏ecznoÊci. Rozmawiaç z nià ani zbli˝aç si´ do niej – nawet na przerwach – nie wolno by∏o nikomu. Izolacja taka trwa∏a – w zale˝noÊci od ci´˝aru win – dzieƒ, dwa, a nawet i pi´ç. Dzieci starannie ze swojej strony jej przestrzega∏y. Troch´ z obawy, a te˝ z mniej lub wi´cej skrywanej ulgi, jakà dawa∏o im tak oficjalne usankcjonowanie wrodzonego okrucieƒstwa. ------- 1 pas de note– (franc.) nie ma oceny. 2 Mon enfant...– (franc.) Moje dziecko, jesteÊ oddzielona! - 9 - Karà ostatecznà – dla niepoprawnych – by∏o wydalenie, przed któ- rym przestrzegano wymownym: – Oj, bo wyjedziesz stàd na w∏asnym materacu! (PoÊciel i ca∏à tzw. wyprawk´ szkolnà musia∏y wychowan- ki przywoziç z domu). Ale w szeptanych do ucha najbli˝szych przyjació∏ek pog∏oskach i plotkach uparcie powraca∏a jeszcze jedna, z∏owroga wieÊç: – Po nià przysz∏a komisja i... O tym „i” – z zeznaƒ namacalnego Êwiadka – trzeba b´dzie opowie- dzieç w innym miejscu.  Trzask dwóch niewielkich deseczek, z∏àczonych zawiasami w ro- dzaj por´cznej ksià˝eczki rozpoczyna∏ ka˝dy dzieƒ, wraz z inwokacjà: – Jésus, Marie, Joseph. – Je vous rends mon coeur – mrucza∏ w odpowiedzi chór rozespa- nych g∏osów, ale wezwanie powtarzano – dla wi´kszej jasnoÊci – w mowie rodzimej: – Jezus, Maria, Józef. – Oddaj´ Wam moje serce! Wgryzione w g∏àb mózgu, dos∏ownie weƒ wbite suchym klekotem drewna, na ca∏e ˝ycie zapami´tane s∏owa. Krà˝y∏a anegdota, ˝e pod- rastajàca ju˝ panienka, zaproszona przez kole˝ank´ do arystokratycz- nego pa∏acu jej rodziców i delikatnym pukaniem do drzwi budzona nazajutrz przez lokaja, zerwa∏a si´ z poÊcieli, wo∏ajàc donoÊnie: – Od- daj´ Wam moje serce! – a skonfundowany s∏uga na te s∏owa rzuci∏ si´ do ucieczki, bo przyby∏a w goÊcin´ osóbka by∏a wprawdzie z doÊç znakomitego rodu, lecz zezowata i krzywoz´ba rozpaczliwie. Suchy klekot drewna dzieli∏ czas dok∏adnie – od rana do wieczora. W dni powszednie, niedziele i Êwi´ta. Nigdzie przed nim nie by∏o ra- tunku. Wyl´garnia. Hodowla (pepiniera). Âcis∏a i czujnie strze˝ona izolat- ka. Do perfekcji doprowadzona tresura. Cyrk? Po porannym myciu w emaliowanych, bia∏ych miskach – wod´ zim- nà i goràcà dostarcza∏a przez ma∏e, bia∏o lakierowane kabiny, os∏oni´- te od przejÊcia równie bia∏à zas∏onà, bezszelestnie poruszajàca si´ gro- mada s∏u˝ebnic bo˝ych ni˝szej rangi – zejÊcie parami na msz´ do ka- - 10 - „Na moje rozkazanie: niech Miasto wstanie!” [...] I wstaje Miasto. Wolne Miasto. W do- stojnoÊci swojej gotyckiej i re- nesansowo-barokowym przepy- chu. W dêwi´ku dzwonów nie- zliczonych swoich koÊcio∏ów i niepowtarzalnych zapachach s∏onej wody, smo∏owanych, s∏oƒcem nagrzanych desek, Êwie˝o parzonej kawy i kwaÊno dymiàcych cygar. [...] W z∏oce- niach patrycjuszowskich ka- mienic i kr´tych, ciemnych za- u∏kach. - 11 - ... nade wszystko - misie, ró˝nej wielkoÊci i ma- Êci, których z biegiem lat uzbieraç si´ mia∏o po- nad dwadzieÊcia. One te˝ kolejno - jeÊli tylko si´ mieÊci∏y - wo˝one by∏y w wózku na spacer, budzàc zdumienie dziewczynek z sàsiedztwa... - 12 - plicy. W glansowanych, skórkowych r´kawiczkach i, co gorsza, ciem- nobràzowych welonach, opadajàcych a˝ na plecy, z nieznoÊnie ciasnà obr´czà z szerokiej gumy, uciskajàcà uszy i g∏ow´. Póêniej spieszne pierwsze Êniadanie. Póêniej – klekot: – En classes!1 Póêniej – dzwonek. Lekcje. Dzwonki. Przerwy. Klekot: – Le second déjeune!2 Refektarz. D∏ugie sto∏y ustawione w podkow´. Bia∏e, emaliowane dzbany (kawa z mlekiem, pomarszczone, t∏uste ko˝uchy na po- wierzchni, skupiona uwaga, by nie trafi∏y z kolejnym chlustem do twego akurat kubka), sterty chleba z mas∏em. Kolejny klekot – powrót do klas. Dzwonek. Odnoszenie ksià˝ek i zeszytów do salles des études3. Kle- kot i parami – od najmniejszych do najwi´kszych – zejÊcie na obiad. I przed ka˝dym posi∏kiem – inna ni˝ przed lekcjami, gdy co dzieƒ ra- no przyzywa si´ ku pomocy Ducha Âwi´tego – modlitwa, której jedno zw∏aszcza s∏owo niezmierne sprawia trudnoÊci – szczególnie najm∏od- szym: – Pob∏ogos∏aw Panie nas i te dary, które z Twej (oooch!) szczo- drobliwoÊci spo˝ywaç mamy... Po obiedzie – rozdanie poczty (wszystkie listy rozci´te – poddane uprzednio skrupulatnej cenzurze) i zaraz dwugodzinna grande récréation, rozpoczynana niezmiennie cytowanà na wst´pie inwokacjà – wielki wybieg, „wyszalnia”, sprawnie zorganizowane gry w cache- -cache4, dwa ognie, koszykówk´ lub siatkówk´ dla starszych. Najstar- sze majà nieco wi´kszà swobod´ i wi´kszy wybór: p∏ywanie lub wio- s∏owanie po okràg∏ym, zielonym jeziorze, tenis, a nawet konna jazda. I znów drewniany klekot: – On rentre!5 Spadziste drewniane pulpity (nigdy nie wiadomo, kiedy pojawià si´ kontrolerki, ka˝àc wszystkim wyjÊç na korytarz i kolejno sprawdzajàc, czy nale˝ycie wy∏o˝one sà b∏yszczàcym papierem, a zawierajà tylko porzàdnie u∏o˝one utensylia szkolne: zeszyty z lewej, ksià˝ki z prawej, farby, cyrkle, piórnik – poÊrodku – a nie na przyk∏ad – przemycane z ∏awki do ∏awki rysuneczki albo liÊciki, lub – o zgrozo! – nic z naukà wspólnego niemajàce lektury!), wpuszczone w nie szklane ka∏amarze, wielkie okna, jasne Êciany i stolik, przy którym urz´duje surveil- lance6 – niekoniecznie zakonnica, bywa ˝e i któraÊ z najstarszych ------- 1 En classes!- (franc.) Do klas! 2 Le second déjeune!– (franc.) Drugie Êniadanie! 3 salles des études– (franc.) pracownie (w szko∏ach klasztornych). 4 cache-cache– (franc.) zabawa w chowanego. 5 On rentre!– (franc.) Wracamy! 6 surveillance– (franc.) nadzór, kontrola. - 13 - uczennic. I przepisowe milczenie, przerywane tylko krokami ku te- mu˝ stolikowi, szeptane opowiadanie si´: na lekcje j´zyków obcych (prócz wszechobecnej francuszczyzny udziela si´ tu – prywatnie – nie- mieckiego i angielskiego), muzyki, a tak˝e obwieszczanie pó∏g∏osem: – Je vais au billet!1 Eufemizm ten okreÊla pod∏u˝nà, niewielkà deszczu∏k´, przyczepio- nà do le˝àcego na stole doÊç sporego klucza, którym otworzyç nale˝y drzwi pomieszczenia, s∏u˝àcego do zaspokajania potrzeb naturalnych. Ale w ka˝dym z owych studiów klucz jest tylko jeden. Nic dziwnego, ˝e chwilami – zw∏aszcza w sali najm∏odszych – poniektóre w ∏awkach swoich niespokojnie kr´cà si´ i wiercà, z goràcà nadziejà wpatrujàc si´ w drzwi. Klekot – i znów zejÊcie na podwieczorek, podczas którego wolno podjadaç produkty przys∏ane w paczkach z domów, pilnie przestrze- gajàc przepisowego dzielenia si´ nimi ze swoim sto∏em. Powrót za pulpity. Pomoc w absolutnie nierozwiàzywalnych – zw∏aszcza rachunkowych – zadaniach ze strony surveillance zapew- niona. Ale niech no która oderwie wzrok od pulpitu i zapatrzy si´ w okno lub Êcian´: – Mon enfant – vous ne travaillez pas!2 – napomi- na zaraz karcàcy g∏os dozoru. Klekot. Znowu parami. Znowu refektarz. Kolacja. Jarska przewa˝- nie (nie przecià˝aç ˝o∏àdków przed spaniem!). Kukurydziane kolby z mas∏em. Zsiad∏e mleko z suto kraszonymi kartoflami. Po˝ywny sza- rozielony jarmu˝, którego gàbczaste w∏ókna za∏a˝à za z´by. I récréation du soir3. W du˝ej sali – gdzie odbywa si´ cotygodniowe odczytywanie stopni ze sprawowania i wiele innych uroczystoÊci – k∏apie rozchwierutane pianino, a przy jego dêwi´kach wykonywaç mo˝na weso∏e gry ruchowe, dziarsko maszerowaç, nawet (ale to ju˝ w starszych grupach i nigdy dwa razy tà samà parà) potaƒczyç. Klekot. D∏ugi, karny szereg w´druje na wieczorne modlitwy do ka- plicy. Klekot – wstawaç, wychodziç: – Formez-vous en rangs!4 Klekot – i mozolna wspinaczka po schodach, a˝ na trzecie pi´tro, do „dortoirów”5 w coraz bardziej zziajanym chórze powtarzajàcym co wieczór, nieuchronnie: ------- 1 Je vais au billet!– (franc.) Chc´ do bileciku! 2 Mon enfant...– (franc.) Moje dziecko, nie pracujesz! 3 récréation du soir– (franc.) rekreacja wieczorna. 4 Formez-vous...– (franc.) Ustawcie si´ w rz´dach! 5 Z franc. dortoir- sypialnia. - 14 - Kto si´ wopiek´ Odda Panu swemu, Aca∏ym sercem Szczerze ufa Jemu, Âmiele rzec mo˝e: Mam obroƒc´ Boga, Nie przyjdzie na mnie ˚adna straszna trwoga. Przychodzi∏y przecie˝. I niejedna. Ale to ju˝ nie wina psalmisty.  L´k by∏ podstawà, fundamentem ca∏ej tej edukacji. Od porannego klekotu po wysapane z trudem ostatnie s∏owa Psalmu. L´k przed czar- nymi zawoalowanymi postaciami. Przed starszymi i równolatkami. Przed lekcjami, gdy – z obowiàzujàcym i tutaj dygiem – wychodziç trzeba by∏o na Êrodek klasy i deklamowaç p∏ynnie: Maître corbeau sur un arbre perché, Tenait en son bec un fromage...1; przed dziurà w poƒ- czosze lub – o zgrozo! – podartym r´kawem, przed rygorami, zakaza- mi, nakazami – najcz´Êciej niepoj´tymi ani te˝ wyjaÊnianymi – przed niebosi´˝nà drabinà pochwa∏ i napomnieƒ, nagród i kar, przed klek- sem w zeszycie i oÊlim uchem w szkolnym podr´czniku, nie∏adem w bieliêniano-ubraniowej szafce, opatrzonej w∏asnym numerem, któ- rym znaczono wszelkie osobiste rzeczy i której zawartoÊç kontrolowa- no równie cz´sto i niespodziewanie, jak wn´trza drewnianych pulpi- tów; przed ostrzegawczymi uwagami (Vous voilá de nouveu en re- tard!2),a nade wszystko przed niezrozumia∏ym, wartko turkoczàcym obcym j´zykiem. Ale nie mniejsza zgroza ogarnia∏a i przed rodzimà mowà. Rok ju˝ minà∏. Nawet wi´cej. Wystraszona dziewczynka w czarnej sukience oswoi∏a si´ po trochu z wysokà przezroczystà klatkà, w któ- rà wrzucono jà tak niespodziewanie. Nie nosi∏a te˝ ju˝ czarnej sukien- ki, tylko granatowy, marynarski mundurek. I nie walczy∏a po nocach z masywnymi drzwiami: zimnowodna terapia poskutkowa∏a. Od bie- dy mog∏a si´ te˝ porozumiewaç z obcoj´zycznà gromadà czarnych po- ------- 1 Maître corbeau...– (franc.) Pan kruk siedzia∏ na drzewie i trzyma∏ w dziobie ser... – fragment bajki La Fontaine’a Kruk i lis. W znanym przek∏adzie I. Krasickiego ten sam fragment brzmi: Kruk mia∏ w pysku ser ogromny... 2Vous voilá...– (franc.) I znów spóêniona! - 15 - staci. Ale zaczà∏ si´ nowy etap: przygotowanie do najwi´kszej w ˝yciu uroczystoÊci – specjalny kurs katechizacji przed przystàpieniem do sa- kramentów Pokuty i Komunii Âwi´tej. Sakrament? TreÊç tego s∏owa umieç trzeba by∏o wyrecytowaç z pa- mi´ci absolutnie bezb∏´dnie: – ... jest to znak widzialny ∏aski boskiej niewidzialnej. Nauczy∏a si´ tego i wielu innych formu∏ek. P∏ynnie. Pos∏usznie. Nie rozumia∏a nic. Bo – znak? To mo˝na jeszcze by∏o pojàç. Ró˝nic´ po- mi´dzy widzialnym a niewidzialnym wyt∏umaczy∏ oÊmio- i dziewi´- ciolatkom siwy, podobny do nieco zdziwionego wróbla, ksiàdz kape- lan na swój dobrotliwy, nieskomplikowany sposób: – Lampa, stó∏, ze- szyt, ty sama nawet – to rzeczy i osoby, które widzimy, ale Anio∏ Stró˝, Âwi´ci Paƒscy, Matka Bo˝a, wreszcie Bóg sam widzialni nie sà i byç nie mogà, bo wysoko, w niebie czuwajà nad nami. Zgoda. Ale: ∏aska? Widzialny znak tego niewidzialnego? Konkretny a naiwny umys∏ dziecka wykonuje najdziksze ∏amaƒce, ani rusz dojÊç nie mogàc, o co tu w∏aÊciwie chodzi. Przyswaja sobie wszystkie odpo- wiedzi, wydrukowane tu˝ pod pytaniami w katechizmowej ksià˝ecz- ce, ale niczego to nie daje, prócz rosnàcego poczucia strachu. Sam pro- blem Trójcy Âwi´tej – mimo du˝ego, kolorowego obrazka, który go ilustruje – skomplikowany jest niezmiernie: Bóg Ojciec to siwobrody, dostojny starzec w z∏ocistych szatach; Syn Bo˝y, czyli Pan Jezus – te˝ wprawdzie ma brod´, ale ciemnobràzowà – dobrotliwà twarz okolonà puklami d∏ugich w∏osów, szat´ ma na sobie czerwonà, ale ˝eby bia∏y go∏àb, unoszàcy si´ na tle b∏´kitnego nieba mia∏ byç Duchem Âwi´tym – zgodziç si´ ˝adnà miarà nie mo˝na. Wprawdzie napisano w PiÊmie (i tego uczy∏y si´ na pami´ç od pierwszych lekcji religii, gdy to „na po- czàtku stworzy∏ Bóg niebo i ziemi´”...), ˝e „Duch Bo˝y unosi∏ si´ nad wodami”, ale nigdzie nie stwierdzono tam wyraênie, ˝e by∏ to (wi- dzialny przecie˝!) go∏àb. Akurat go∏àb – to wstr´tne ptaszysko? Od lat mia∏a osobiste porachunki z go∏´biami, których nie cierpia∏a. Ale mo- ˝e nawet sama myÊl tak buntownicza by∏a ju˝ grzechem? Ci´˝kim grzechem? („... pope∏nionym z ch´ci obra˝ania Boga” – no, co to, to nie! i „w materii ci´˝kiej” – tu ogarnia∏y jà znowu dr´czàce wàtpliwo- Êci!). Ledwo wa˝y∏a si´ zresztà na takie myÊli, a wyznaç ich nie Êmia- ∏aby nawet dobrotliwemu kapelanowi. By∏y jeszcze inne zagadki. Oto podczas codziennej mszy przy jaÊnie- jàcym od Êwiec, bogato ukwieconym o∏tarzu odzywajà si´ srebrne dzwoneczki i rz´dy Êrednich, a tak˝e starszych uczennic – przystrojo- nych z tej racji w bia∏e welony – kl´kajà kolejno przy balustradzie, - 16 - przyjmujàc bia∏y op∏atek, który kap∏an wk∏ada im prosto w usta, i wracajà w skupieniu, ze z∏o˝onymi r´kami i spuszczonymi oczami na swoje miejsca do ∏awek. A z chóru dobiega pieʃ – rozlewnie s∏odka, wielog∏osowa: OÊwi´ta Uczto! Tu swoim cia∏em Karmi nas Chrystus Napawa krwià. Awsercu dziecka Biednym ima∏em JasnoÊci Bóstwa Ukryte lÊnià... Cia∏em? Jak˝e to? Dlaczego? Nieustannie przecie˝ t∏umaczà im, jak marne, n´dzne i grzeszne jest w∏aÊnie cia∏o. I ˝e jest tylko jak gdyby naczyniem (garnkiem? miskà?), którego samà obecnoÊç na Êwiecie usprawiedliwia tylko i jedynie dusza – zw∏aszcza dusza w stanie ∏aski. Ale to cia∏o – moje w∏asne, myte starannie co rano i co wieczór z za- chowaniem nale˝ytej skromnoÊci (od pasa w gór´ oraz od pasa w bar- dziej ju˝ przera˝ajàcy dó∏, lecz zawsze z os∏oni´tà – zsuni´tymi odpo- wiednio kawa∏kami bielizny – niemytà w∏aÊnie jego cz´Êcià), kàpane cotygodniowo w wielkiej wannie (i w d∏ugiej, pi´t si´gajàcej, kàpielo- wej koszuli) – niczym przecie˝ nie przypomina bia∏ego, okràg∏ego op∏atka rozdawanego tam, przy o∏tarzu. I czy Pan nasz, Jezus Chry- stus, doprawdy nie mia∏ ju˝ innego wyjÊcia, jak zamknàç si´ w∏aÊnie w ciele, a nie na przyk∏ad we wn´trzu jakiegoÊ pi´knego kwiatu? (W Niedziel´ Palmowà, gdy poÊwi´cono wiàzanki wierzbowych, sza- rych kotków ozdobionych ga∏àzkami tui, ∏yka si´ wprawdzie te mi´k- kie, puszyste kulki, co podobno chroni od chorób przez ca∏y nast´pny rok – no, ale to ca∏kiem inna sprawa). Szczerà zgrozà natomiast przejmujà dziecko nast´pne s∏owa. Napa- wa – to znaczy chyba poi, wlewa – ale co? Krew? Jak to? Krew oczy- wiÊcie jest w ka˝dym cz∏owieku. S∏ona, czerwona. Mo˝na si´ o tym przekonaç, nieostro˝nie ostrzàc o∏ówek albo ∏apiàc pi∏k´ na w∏asny nos. A poza tym wspomnienia z wczeÊniejszych jeszcze lat nieodpar- cie wracajà tu do domowej kuchni, gdzie na stole le˝y kura dopiero co przez tak zwanà dziewczyn´ z targu przyniesiona i w∏aÊnie zar˝ni´ta: krew p∏ynie z jej szyi, du˝o mdlàco pachnàcej krwi. Ale takie myÊli ko- t∏ujàce si´ w dzieci´cej, wystraszonej g∏owie sà z ca∏à pewnoÊcià nie- - 17 - dopuszczalne, mo˝e nawet Bogu uchybiajàce? A Bóg przecie˝ jest wszechobecny i wszechwiedzàcy – wi´c? W snach nawiedzajà jà teraz majaki i koszmary, zrywa si´ z krzy- kiem, spocona, z przylepionà do pleców koszulà. Rankami, przed wy- ruszeniem do kaplicy, dostaje zawrotów g∏owy i d∏ugich, m´czàcych torsji, a˝ zaniepokojone s∏ugi bo˝e sprowadzajà z miasteczka grubego, ci´˝ko posapujàcego lekarza (z tej racji przezywanego Fokà), który – ˝adnych organicznych przyczyn doszukaç si´ nie umiejàc – zaleca naj- skuteczniejszà kuracj´: d∏u˝sze spanie, czyli zwolnienie od koszmaru kaplicy. Ale z czasem i te przypad∏oÊci mijajà. A do kaplicy przecie˝ chodziç trzeba, zw∏aszcza w okresie przygotowaƒ do bliskiego ju˝, najpi´kniejszego dnia ˝ycia. Inny obrz´d – raz tylko wprawdzie do roku odprawiany – sprawia, ˝e dziecko lodowacieje, dr´twieje ze strachu. Oto wieczorem, w mrocznej kaplicy odbywa si´ nabo˝eƒstwo ku czci jednego z licz- nych Êwi´tych Andrzejów. Ten ma byç szczególnie pomocny przy chorobach gard∏a. ¸awka za ∏awkà wychodzà wi´c elewki i równymi rz´dami przykl´kajà u o∏tarzowych balasków. Ksiàdz kolejno do nich podchodzi, niosàc w r´ku skrzy˝owane ukoÊnie (krzy˝ Êw. Andrzeja przypomni si´ wiele dziesiàtków lat póêniej przy uczeniu si´... zna- ków drogowych) i zapalone Êwiece. W ostry szpic owego trójkàta wsu- nàç nale˝y g∏ow´ i wys∏uchaç aktu strzelistego, odmawianego przy ka˝dej. A jeÊli zadrga p∏omyk i zajmie si´ od niego welon i ca∏e w∏osy? G´sia skórka, dr˝àce nogi – ale znikàd ratunku. Szcz´Êliwie zresztà magiczny rytua∏ nigdy nie doprowadzi∏ do ogniowej katastrofy – mi- mo to niektóre g∏owy cofa∏y si´ przed nim.  Les Servantes de Notre Sauveur1, bo takà nazw´ nosi∏ ów zakon, da- wa∏y si´ te˝ z czasem odró˝niaç coraz lepiej. By∏y wysokie i niskie, chude i grube, nieub∏aganie surowe i bardziej wyrozumia∏e. I choç je- dynym ich Oblubieƒcem jest Pan Zast´pów, w liczbie mnogiej mówiç o nich nale˝y mesdames2. A mimo ˝e imi´ poczàtkowe ka˝dej z nich brzmi tak samo: Pia, rozró˝niç je mo˝na od przydanych imion nast´p- nych. Jest wi´c Dame (co pobrzmiewa jeszcze echem dworskim jakby) Pia Angélique i Pia Jeanne, Pia Consolata i Pia Genvure. Grupa naj- starszych dziewczàt, mniej respektujàca ów tytu∏owy ceremonia∏, mó- ------- 1 Les Servantes...– (franc.) S∏u˝ebnice Naszego Zbawiciela. 2 mesdames– (franc.) panie, damy. - 18 - wi po prostu skrótowo o Dame Berthe albo Dame Joséphine – wybie- rajàc si´ na prywatnà lekcj´ muzyki czy te˝ angielskiego. W tym naj- dostojniejszym gronie te˝ jednak istniejà – uchwytne ju˝ po krótkim czasie – ró˝nice i gradacje. Na samym szczycie jest – z rzadka tylko wi- dywana – supérieure1 Dame Thér¯se, najwa˝niejszà – na co dzieƒ – jest la directrice2, tyczkowata Dame Célestine o d∏ugiej, koziej twarzy i suchym, ostrym g∏osie. Sà jeszcze damesde classes, czyli wychowaw- czynie: Dame Claire – Szwajcarka, Dame Ernestine – t∏uÊciutka i sk∏on- na do Êmiechu Holenderka, Dame Jacqueline – ˝ywa, pe∏na tempera- mentu Hiszpanka, zawsze szybkim krokiem, furkoczàc ci´˝kimi sza- tami, przemierzajàca korytarze. I drobna, malutka, przyciszonym, ∏a- godnym g∏osem mówiàca dame infirmiãre3, Mathée, która opiekuje si´ chorymi w dwóch niewielkich pokoikach dla nich tylko przeznaczo- nych, a oddzielonych od reszty pomieszczeƒ, zawsze na klucz za- mkni´tymi, podwójnymi oszklonymi drzwiami. W s∏u˝bie bo˝ej, której poÊwi´ci∏y si´ wszystkie, jeden wspólny cel im przyÊwieca: wychowanie tej gromady, którà ich opiece oddano. I z pe∏nym poÊwi´ceniem wype∏niajà ten obowiàzek, usi∏ujàc nale˝y- cie obciosywaç i kszta∏towaç nie tylko dusze, lecz tak˝e i cia∏a swych elewek. A ile˝ cierpliwoÊci, stanowczoÊci i wytrwa∏oÊci wymaga – zw∏aszcza przy najm∏odszych – ujarzmienie jak˝e niejednolitej, niekar- nej i niesfornej, ha∏aÊliwej, k∏ótliwej, ma∏pio nieraz z∏oÊliwej czeredy.  Najwy˝szy wymiar kar stosowano tylko w ÊciÊle okreÊlonych przy- padkach, a i tak zró˝nicowano go do trzech stopni. Pierwszy stosowa- no bezapelacyjnie w ka˝dà niedziel´: za niedostateczny stopieƒ ze sprawowania. Napi´tnowane nim publicznie maluchy w´drowa∏y po zakoƒczeniu cotygodniowej sesji do tak zwanej ma∏ej kaplicy – puste- go pokoju z niewielkim posà˝kiem NajÊwi´tszej Marii Panny, gdzie starsze elewki chodzi∏y niekiedy odprawiaç chwile skupienia i ciche, krótkie modlitwy w ciàgu powszednich popo∏udni. W Êlad za nimi pojawia∏a si´ egzekutorka – za owych czasów by∏a nià t´ga, przysadzi- sta ToÊka (ze starszych Êredniaczek) o wàskim czole, stale obsypanym czerwonymi krostami – i kolejno podchodzàcym do niej delikwent- kom aplikowa∏a czarnà, graniastà linijkà ∏apy, po trzy na r´k´, a przy krzykach lub piskach – jeszcze po jednej dodatkowo. Za skandaliczny ------- 1 supérieure– (franc.) prze∏o˝ona. 2la directrice– (franc.) dyrektorka. 3 dame infirmiãre– (franc.) piel´gniarka. - 19 - brak stopnia porcja by∏a podwójna. Proceder ten opisa∏ ju˝ dok∏adnie pewien znakomity Irlandczyk wPortrecie artysty zczasów m∏odoÊci, w szczegó∏y wdawaç si´ nie warto. Prawdzie gwoli – i na u˝ytek póê- niejszych pokoleƒ – zaznaczyç tylko trzeba znacznà skutecznoÊç chowa- nia obola∏ych ràk pod w∏asne pachy, co prawie zawsze przynosi∏o ulg´. Wypadki skrajnego niepos∏uszeƒstwa, k∏amstwa, ∏akomstwa, wszelkie fumy i grymasy zbytnio ju˝ obcià˝ajàce sprawnoÊç i karnoÊç najm∏odszej grupy, likwidowa∏a wspominana ju˝ komisja. W sk∏ad jej wchodzi∏y dwie starsze Êredniaczki – obserwatorka i egzekutorka, obowiàzywa∏a te˝ obecnoÊç opiekunki niesfornej maluchy. Ca∏a czwórka schodzi∏a na sam dó∏, do piwnic, gdzie mieÊci∏a si´ rozleg∏a pralnia z szerokimi, drewnianymi ∏awami na wy˝´tà bielizn´. Na ta- kiej ∏awie musi wzd∏u˝ ca∏ej jej d∏ugoÊci po∏o˝yç si´ – twarzà do do∏u – delikwentka. Zadzierajà jej a˝ po szyj´ spódniczk´ i obowiàzkowo noszonà bia∏à halk´ – po czym egzekutorka wymierza w miejsce, na- turà rzeczy do tego przeznaczone, ustalonà iloÊç pasów (w tych cza- sach wesz∏o w mod´ u Êredniaczek noszenie szerokich, skórzanych pasków). Obserwatorka liczy g∏oÊno, a do obowiàzków ainéenale˝y – w razie koniecznoÊci – przytrzymywanie fikajàcych nóg rozwrzesz- czanego i zasmarkanego dzieciaka. KoniecznoÊç taka zachodzi zresztà rzadko: sama przewaga osobowa komisji parali˝uje niczym oko jado- witego w´˝a. A pi´ç do dziesi´ciu pasów przynosi∏o – najcz´Êciej – na- tychmiastowy, po˝àdany skutek. Wykonanie kary ostatecznej (po której groziç móg∏ ju˝ jedynie wy- jazd na w∏asnym materacu) odbywa∏o si´ w rejonach podniebnych: na najwy˝szym pi´trze. Obok strychu mieÊci∏y si´ tam niewielkie pokoiki tak zwanych panien kandydatek sposobiàcych si´ do zakonnego sta- nu. Chodzi∏y zawsze cichutko i pojedynczo, a na g∏owach nosi∏y – nie- co kokieteryjnie wiàzane – Ênie˝nobia∏e chusteczki. Na bielutkie ∏ó˝ko jednej z – nieobecnych wtedy – kandydatek musia∏a sk∏aniaç g∏ow´ i przednià cz´Êç tu∏owia niepoprawna elewka, wypinajàc dolnà i tylnà parti´ w∏asnej osoby. Egzekucji towarzyszy∏a – zapewne wskutek pewnej nieprzyzwoitoÊci – jedynie dame de classe. Obowiàzki jej po- lega∏y nie tylko na zadarciu spódniczki i halki, ale nadto na odpi´ciu z trzech guzików klapy obszernych majtek i podciàgni´ciu wzwy˝ tkwiàcej w nich dziennej koszuli. Na tak obna˝one pole spada∏y – g∏o- Êno odliczane – razy brzozowych, dobrze wymoczonych rózeg, któ- rych spory zapas sta∏ tu˝ obok w wiadrze. Ich dostarczycielkà, a zara- zem i egzekutorkà wyroku, by∏a kierowniczka pralni, zamaszysta pa- - 20 - ni Ogórkowa, a wpraw´ mia∏a znakomità, gdy˝ – jako ˝e mà˝ jà od- umar∏ – wychowywa∏a samotnie trzech podrastajàcych synów. Roz- dzierajàce ryki towarzyszàce tej operacji do ni˝szych pi´ter nie docho- dzi∏y, a po jej zakoƒczeniu pakowano schlipia∏à i schrypni´tà od krzy- ków smarkul´ do ∏ó˝ka. Odpoczàç tam mog∏a jedynie w zakazanej po- zycji – czyli na brzuchu, ale ulga taka by∏a krótkotrwa∏a, gdy˝ nieba- wem budzono jà, ka˝àc obróciç si´ na wznak. W ∏ó˝ku wolno by∏o le- ˝eç tylko i wy∏àcznie na plecach, z r´kami u∏o˝onymi na ko∏drze i na- wet w nocy – przyÊwiecajàc sobie ma∏ymi latarkami – zakonnice sprawdza∏y szeregi Êpiàcych. Wymiar kar – z wyjàtkiem ∏ap – podawano do wiadomoÊci publicz- nej na du˝ej tablicy og∏oszeƒ, umieszczonej w g∏ównym korytarzu – oczywiÊcie ju˝ po egzekucji, choç – chyba wbrew pedagogicznym za- ∏o˝eniom – nie powodowa∏o to odwrócenia si´ rojnej czeredy najm∏od- szych od poszkodowanych. Przeciwnie: chciwie wypytywano je o szczegó∏y, starajàc si´ te˝ zebraç u co bardziej ju˝ w tym wzgl´dzie doÊwiadczonych ró˝ne przydatne na przysz∏oÊç („dziÊ tobie, jutro mnie”) wskazówki: napinaç si´ – czy lepiej le˝eç jak flak, oddychaç g∏´boko czy p∏ytko itp. Przez kilka lat, które dziewczynka w czarnej sukience tam sp´dzi∏a, kar´ ostatecznà stosowano ledwo parokrotnie. Raz – za bieganie po szczycie stromego i wysokiego dachu i zrzucanie z niego dachówek. Innym razem – za pokaz zimnych ogni po wieczornym zgaszeniu Êwiate∏: wywo∏any przy tym niezr´cznà manipulacjà zapa∏kami ca∏- kiem spory po˝ar, strawi∏ po∏ow´ zas∏on w bia∏ej sypialni. Wyczyny – przyznaç trzeba – nieprzeci´tne. Ale któ˝ zdo∏a odgadnàç, co za po- mys∏y l´gnà si´ w ∏epetynach nieustannie musztrowanych ma∏pia- ków?  „Na moje rozkazanie: niech Miasto wstanie!”. Magiczne zakl´cie skutkuje. Bo by∏ to czas magiczny, baÊniowy, ba- jeczny. Rozczytywa∏a si´ wtedy w bajkach, baÊniach, legendach, poda- niach, klechdach. Roi∏o si´ w nich od z∏ych i dobrych wró˝ek, zakl´- tych skarbów, walecznych rycerzy, skrzatów, elfów, krasnoludków. ˚y∏a wÊród nich, zapada∏a w ksià˝ki jak w najg∏´bszy las, przez które- go wierzcho∏ki ledwo przedrzeç si´ potrafià smugi prawdziwego (co jest prawdziwe?) s∏oƒca. Mo˝e wi´c i teraz, gdy koÊci ju˝ ku ziemi skrzypià, spróbowaç tego zawo∏ania raz jeszcze? - 21 -
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Niedokończona gawęda
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: