Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00197 004698 14684372 na godz. na dobę w sumie
Nienawidzę was!!! - ebook/pdf
Nienawidzę was!!! - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 250
Wydawca: Biblioteka Analiz Sp. z o.o. Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-62948-36-9 Rok wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Nienawidzę was!!! to historia o emocjonalnych deformacjach braci z patologicznego domu alkoholika. Mimo że dzieli ich dwanaście lat, są tak samo nieprzystosowani i bezsilni wobec życiowych zadań. Nienawidzą rodziców, a uczucie to przenoszą na otoczenie, usiłując obwiniać je za własne porażki.

Akcja powieści toczy się dwutorowo. Paweł wpada na trop tajemnicy - znajduje zapiski starszego brata, buntownika z czasów schyłku PRL, muzyka, który po próbie ocenzurowania występu jego zespołu na festiwalu w Jarocinie postanowił nielegalnie uciec z Polski, lecz przepadł bez śladu. Za pomocą publikacji opartego na faktach opowiadania młodszy brat próbuje znaleźć zaginionego przed laty Piotra. Podąża jego śladami, jednocześnie zmagając się z własnymi słabościami: alkoholizmem i nieudacznością. Nie umie oprzeć się narastającej w nim wściekłości i agresji. Narasta proces demoralizacji młodszego z braci, który chociażby z uwagi na pierwszoosobową narrację wydaje się być głównym bohaterem powieści.

Podobnie jak w przypadku powieści Chaos i świńska skóra autor nie stroni od drastycznych scen, opisów imprez zakrapianych alkoholem, zbliżeń seksualnych. Przedstawia też skrajnie kontrowersyjne poglądy.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

© Copyright by Piotr Stróżyński, 2010 © Copyright by Jirafa Roja, 2010 Redakcja: Korekta: Zdjęcie na okładce: Marta Krause | www.mpracownia.pl Zdjęcie autora: Zbigniew Król | www.mpracownia.pl Łamanie i projekt okładki: Tatsu tatsu@tatsu.pl Druk i oprawa: ISBN 978-83-629488-36-9= www.jirafaroja.pl Wydanie I Warszawa 2010 Spis treści Część 1 ŚLEPCY Rozdział 1 KRWAWA ZADYMA 9 Rozdział 2 JOLKA 29 Rozdział 3 TRIO BEZ NAZWY 39 Rozdział 4 SIŁA CENZURY 54 Rozdział 5 ŚLEPA NIENAWIŚĆ 83 62 Rozdział 6 UCIEKAĆ STĄD 69 Część 2 NIENAWIDZĘ WAS!!! Rozdział 7 TYLKO PRAWDA 83 Rozdział 8 SAMOBÓJSTWO 85 Rozdział 9 KOMORNIK I SANITARIUSZE 91 Rozdział 10 UKOCHANA KOBIETA 100 Rozdział 11 ANONIM 109 Rozdział 12 ŻONOBÓJCA 120 Rozdział 13 PORNOGRAFIA NA ŻYWO 132 Rozdział 14 SROMOTNIK 145 Rozdział 15 NA TROPIE BRATA 157 Rozdział 16 CUDZOŁÓSTWO 173 Rozdział 17 ZEMSTA AGATY 191 Rozdział 18 ZATRZYMANY PRZEZ LOS 199 Rozdział 19 NIE JESTEM PSYCHOPATĄ 209 Rozdział 20 PAMIĘĆ, TRAWA I NIENAWIŚĆ 224 Część 1 ŚLEPCY Rozdział 1 KRWAWA ZADYMA Autobus jechał coraz bardziej niepewnie Toczył się ociężale i co- raz wolniej Pokryty białym, śniegowym puchem, aż sapał pod je- go ciężarem Z rury wydechowej buchały ciemne opary, zbyt gęste i nieregularne, aby silnik mógł uchodzić za sprawny Stłoczeni pa- sażerowie patrzyli w okna z widocznym na twarzach niepokojem Właściwie niewiele mogli wypatrzyć przez te okna Pokrywała je jakaś odmiana szronu, zmarzliny Co niektórzy ledwie zdołali wy- trzeć lub wychuchać niewielkie otwory na świat Panowało pełne wyczekiwania milczenie Ciszę wypełniał tyl- ko warkot silnika W pojeździe śmierdziało spalinami Widocznie część niepotrzebnych gazów przenikała do wnętrza zamiast na- tychmiast zatruwać atmosferę ziemską Milicyjne pojazdy pędziły raz po raz w stronę centrum, najczę- ściej zwyczajne nyski i terenowe gaziki, ale i duże niebieskie sta- ry mknęły chyżo wzdłuż zwałów śniegu przy krawężnikach ulic Chodniki coraz bardziej pustoszały Z rzadka jakiś zagubiony prze- chodzień pomykał szybko Przeważnie w stronę przeciwną niż sa- mochody milicji obywatelskiej oraz ZOMO Autobus stanął Silnik krztusił się i rzęził na wolnych obrotach Smród spalin stawał się coraz bardziej uciążliwy, dusił i tamował oddech pasażerów Zapanował tumult i rwetes Zewsząd dolatywa- ły pytania „Nie jedziemy dalej?” „Wysiadamy?” „Czemu stoimy?” „I co teraz?” „Jeszcze nas zwiną!” W tylnej części brudnego pojazdu komunikacji miejskiej stało dwóch młodych chłopaków odzianych w czarne skórzane kurtki Obaj byli rośli, najwyżsi w autobusie Mimo rysów twarzy charak- terystycznych dla nastolatków ich postury i stroje przymuszały do przynajmniej ostrożnych wobec nich zachowań Zdecydowanie 9 odcinali się od tła tworzonego przez granatowe kurtki, czarne płasz- cze, wysokie kozaczki, czapy ze zwierzęcych skór, jednobarwne, ciemne szale… Niższy popatrzył ciekawie w oczy kolegi, lekko unosząc głowę (mimo swych stu osiemdziesięciu centymetrów wzrostu musiał pa- trzeć w górę, gdyż towarzysz urósł na wysokość dwóch metrów) — Zdaje się, że Krzyki są po drugiej strony zadymy — powie- dział — Trzeba się będzie przeprawić albo wracamy na Psie Pole — rzucił sugestię Olbrzym nie odpowiedział Stał i patrzył w zabrudzone, zaśnie- żone, zalodzone okno, z miną dość obojętną Autobus pustoszał Ludzie wolno wysypywali się na zewnątrz — Panie kierowco! Panie kierowco! Co my tutaj zrobimy!? Jak mam się do domu dostać!? — wołała rozpaczliwie starsza kobieta w wyliniałym płaszczu i wełnianej czapie na głowie W dłoni trzy- mała czarną torbę pęczniejącą od ziemniaków Podobnych, rozpaczliwych krzyków, rozlegało się więcej — Który to dzisiaj? — flegmatycznie zapytał dwumetrowiec — A skąd ja mam wiedzieć? Przecież pijemy już… Sam nie wiem, od kiedy Wiem, że grudzień jest i tylko tyle wiem Święta po- dobno będą niedługo W radiu tak mówili Ale oni wciąż kłamią — A dzisiaj czasem nie jest trzynasty? — Ty! — popatrzył na kolegę z uznaniem — Na pewno! Trzy- nasty grudnia! Rocznica stanu wojennego! Mamy dzisiaj trzyna- stego grudnia 1982 roku! — To ciężko będzie dostać się na Krzyki — westchnął ten, który pierwszy wykazał orientację w kalendarzowej sytuacji — Chodźmy z tego autobusu, dalej nie pojedzie Skurwysyny stoją przed nami — wskazał głową w stronę przedniej szyby i ruszył do wyjścia Stanęli obok autobusu, w małej grupce zdezorientowanych lu- dzi Niedawni pasażerowie rozprawiali na temat rozgrywających się gdzieś w pobliżu wydarzeń Byli i starzy, i młodzi, kobiety i męż- czyźni; ot normalni ludzie, uwikłani w rzeczywistość, przejęci tym, co podesłał los, nerwowo komentujący wydarzenia Niebo zalegała sino-szara, gdzieniegdzie ciemniejąca, chmurna poświata Lada moment mogła spaść kolejna porcja śniegu — Panie kierowco! Pan się zapędził tutaj! Widzi pan, że tu nie ma innych samochodów ani autobusów? Jakiś objazd pan przegapił — tłumaczył tłusty jegomość z czarną teczką — Wsiadamy i niech pan zawraca lepiej — proponował — Nie jest bezpiecznie tutaj so- bie stać! Ja muszę do domu! Żona czeka! A nic dobrego z takiego stania nie będzie! — Patrz pan! Gdzie zawracać? Większość pasażerów zerknęła na drogę Rzeczywiście Ja- kieś sto metrów za autobusem formował się kordon milicyjnych pojazdów Stał nawet jakiś wóz pancerny z potężną lufą sterczącą z wieżyczki Wokół samochodów biegali ludzie w hełmach, odziani w złowrogie, znienawidzone, zielone mundury nazywane potocz- nie moro Zewsząd dolatywały dźwięki milicyjnych syren Miały różne tonacje, rozmaite barwy pisków, a ich źródła przemieszcza- ły się Jednakże większość sygnałów docierała od strony centrum miasta — Chyba nie ma co tak sterczeć Jakoś się wyróżniamy z tego tłumu — zauważył niższy chłopak — Zaraz się do nas ktoś dopier- doli Zgarną nas Wpierdolą nam albą zamkną Albo powieszą na latarni — dodał po chwili namysłu — Nie mam przecież w dowo- dzie pieczątki, że pracuję Grupka przy autobusie przerzedzała się Co jakiś czas ktoś po- mykał w stronę małej, nie zatarasowanej uliczki nieopodal Lu- dzie bali się, a przecież nikt z nich nie wyróżniał się wyglądem Co innego dwaj młodzieńcy Obaj odziani w czarne skórzane kurtki, czarne spodnie i wysokie wojskowe buty Kurtka niższego nie by- ła przynajmniej pomazana, a na głowie miał zwyczajną, czarną czapkę wyglądającą na wełnianą Drugi prawie idealnie świecił ły- są czaszką (przegrodzoną tylko pasmem może trzycentymetrowej szerokości włosów), a jego kurtkę zdobiły metalowe, gęsto nabijane ćwieki oraz kilka białych napisów w rodzaju „No future”, „Sex Pi- stols”, „Discharge”, „SS20”, „The Exploited”, „Anarchy”, „FUCK LOVE”, „I HATE YOU”, „urodzony przed wojną” — Tą ulicą się nigdzie nie dostaniemy Jolka ma kasę, a ja mam kaca — mruczał ten ekscentryczniej wyglądający — Muszę coś wychlać… — To co? Taranem? Ja mam kurwa kaca jak… Że mi gadkę za- tyka Jak, jak… — zająknął się i nie wiedział, jak to określić Z przeciwnej strony ulicy, może około trzystu metrów przed stojącym autobusem, drogę również blokowały niebieskie pojazdy, 10 11 wokół których stali złowrogo wyglądający ludzie w hełmach z prze- zroczystymi tarczami — Osaczyli nas Masz jakieś szlugi? Jesteśmy otoczeni W ko- tle jakimś — skomentował wyższy Zapalili Popularne Kilku pasażerów z rezygnacją wróciło do autobusu, postanowili czekać na rozwój wydarzeń Większość jed- nak poszła w sobie tylko wiadomą stronę, wcześniej nie zapomnieli zwymyślać kierowcy, że wpakował ich w kabałę i przez niego mają teraz kłopoty Kierowca, brodacz w średnim wieku, odziany w moc- no sfatygowany, aż święcący od wytarcia, mundur zachowywał idealny spokój Swobodnie palił papierosa obok drzwi autobusu, nawet uśmiechał się głupkowato czy też ironicznie — I co robimy? — niecierpliwił się mniejszy punk — Nie wiem Stoimy sobie Wszyscy stoją — A kto stoi, ten się cofa Tak mówił jakiś filozof czy ktoś rów- nie mądry Może przez to boisko? — popatrzył z ożywieniem w kie- runku pobliskiego płotu Stali bowiem po prawej stronie jezdni Wiekowe kamienice wid- niały po jej lewej stronie, stały też i po prawej, ale tutaj rozdzielał je ka- wałek zaśnieżonej teraz murawy, dwie pokrzywione bramki; zapew- ne szkolny placyk dla potrzeb sportu Od ulicy boisko odgrodzone było płotem, ale jakimś niepokaźnym, ledwo się kupy trzymającym — Skąd ja mam wiedzieć, czy przez boisko? Nie chodziłem przecież do tej szkoły i nie wiem… Ale popierdalajmy Zobaczymy — stwierdził bez entuzjazmu ten wyższy — Trzeba rzeczywiście nieźle zasuwać Jak nas zobaczą na tym śniegu, to jeszcze pogonią za nami Niektóre psy tak mają Jak się stoi, nie atakują A co tam jest? Jakaś ulica czy co? — wskazał gło- wą teren za odległym gmachem — Gdzie wyleziemy, jak się uda tam dobiec? — Chyba mniej więcej w dobrym miejscu Nagle do chóru i jęku odległych syren, dołączyły odgłosy ni to wybuchów, ni wystrzałów Raz po raz, coś grzmiało gdzieś w górze ulicy Patrzyli ze strachem, ale i z zaciekawieniem Raptem dotar- ła fala ludzkiego krzyku; zupełnie jak ze stadionu piłkarskiego, gdy kotłuje się pod bramką gości Była w tym ryku niezwykła moc, siła tysięcy gardeł, jedność tłumu Fala przebrzmiała niczym echo Zno- wu tylko jęczały syreny i raz po raz coś wybuchało w oddali — Zadyma na maksa — obwieścił wyćwiekowany — Aż by się chciało przyłączyć — Spróbujmy przez to pole Przez to boisko Nie ma co tak stać Znowu do ich uszu dotarł ryk z wielu gardeł Tym razem nie by- ła to chaotyczna wrzawa Dość wyraźnie usłyszeli gromkie, zgod- ne „Solidarność! Solidarność!” I znowu fala dźwięku przetoczyła się, przepadła w dole ulicy — Biegniemy! Tam nas pewnie potrzebują! — wyższy zdecy- dowanie ruszył w stronę płotu — Naprzód! Do boju! Przez morza! — krzyknął zachęcają- co towarzysz — Pierdolona komuna! Nienawidzę ich! Pozabijać skurwysynów! — Gdzie ty, kurwa, widzisz tu morze? Bez problemów przesadzili płotek i ruszyli biegiem w kierunku rosłego gmachu Obaj stwierdzili z przerażeniem, że natychmiast ru- szył za nimi pościg, bo ulicą gnała kawalkada pojazdów migających niebieskimi światłami Ale nyski i stary nie zatrzymały się obok au- tobusu, pomknęły dalej, a na młodzieńców chyba nikt nie zwrócił uwagi Tylko czy na pewno? Obaj odziani na czarno byli teraz dosko- nale widoczni, na płaskiej powierzchni pokrytej śniegiem Biegli dość swobodnie, nie narzucając krańcowego tempa, czujnie oglądając się za siebie Kierowca przy autobusie przyjaźnie pomachał im ręką Wreszcie dobiegli do budynku Wyższy szarpnął jakieś drzwi usytuowane między czerwonymi tablicami na murze, ale te nie ustąpiły Ruszył więc wzdłuż muru i okien Niższy automatycznie za nim Biały plac był pusty, nikt ich nie ścigał Jęk syren nasilał się, narastał Tętniły odległe wybuchy Fale wściekłego wrzasku, rwetes wydawany przez setki gardeł docierał teraz nieustannie Za- nikał tylko na kilka krótkich sekund Wracał jakimś przez chwilę słyszalnym hasłem „Precz z komuną! Precz z komuną!” Wbiegli za węgieł, coraz bardziej zmęczeni Coraz trudniej ła- piąc oddech, wypatrywali azylu dla chwili wytchnienia… * * * Zlani potem stali w bramie kamienicy, podpierali się o ściany i z niepokojem wypatrywali, czy nie wpadną tu rozwścieczeni zo- mowcy? 12 13 — I co? I co dalej? — z trudem wykrztusił niższy, wyglądający na bardziej zmęczonego, niezwykle blady — Otwórz te drzwi i zobacz — Wiesz, gdzie jesteśmy? Sam sobie otwórz! Twoje miasto przecież Ja w ogóle nie wiem, gdzie jestem To Wrocław? — Mniej więcej wiem A takie ono moje jak i twoje Dzisiaj ma je gestapo… Goście mają pierwszeństwo To zobacz — Ja nie jestem dzieckiem Breslau Daleko do Wesołej? — Daleko W zadymie nie przejdziemy — To co robimy? Czekamy? — Chwilę jeszcze, bo zaraz płuca wyrzygam — Może papieroska? — Spadaj! — Zapamiętam sobie Już ci nigdy nie zaproponuję fajki A zresztą… Nie wiem, czy jeszcze mam — Co tam się dzieje? Słyszysz? Trzecia wojna czy jak? — chło- pak w kurtce z napisami, przyłożył ucho do powierzchni starej, mocno sfatygowanej bramy z niewielkimi drzwiami pośrodku Skrzywił się niemiłosiernie, gdyż w przejściu śmierdziało dziwacz- nie i dość nieprzyjemnie Właśnie odczuł to bardzo dosadnie Dotarli tutaj od zaplecza, klucząc po jakiś zaułkach, przej- ściach, podwórzach, ogrodach Byli nawet na jakimś dachu Teraz niechybnie, wypadało wyjść na ulicę albo zaczekać Brama wyglądała na grubą, mimo wielu lat służby także na so- lidną Powinna dobrze izolować od świata dźwięków A jednak coś przenikało do wnętrza, jakieś urywane krzyki, jazgoty, bębnienia, jęki, trzaski, jakiś monstrualny tumult — Chyba lepiej przeczekać — zaproponował niższy — Może zastukamy do któregoś z mieszkań? Ludzie nas przyjmą Przecze- kamy To jest przecież okupacja, a my Polacy Ale oto drzwi pośrodku bramy rozwarły się gwałtownie i do wnętrza wpadł mężczyzna w niebieskiej koszuli, raczej niestosow- nie odziany do panującej aury Zatoczył się i upadł na brukowaną posadzkę Upadkowi towarzyszył dość głośny plask i jęk z gardła Zaraz za nim, wraz z krzykami i wyciem syren oraz wystrzałami, wpadło do środka trzech umundurowanych zomowców z olbrzymi- mi pałkami w rękach, ale bez hełmów i tarcz Błyskawicznie dosko- czyli do leżącego Jeden zaczął go systematycznie kopać w głowę, a pozostali tłukli z wielką siłą pałami, gdzie popadło Ofiara w ogóle nie reagowała Mężczyzna chyba stracił przytomność w momen- cie upadku na bruk Oprawcy bili jednak bez opamiętania, jedno- cześnie złowrogo łypiąc na dwójkę niecodziennie odzianych mło- dzieńców Słychać było teraz odgłosy ulicznej bitwy, a także sapa- nia i uderzenia butów oraz pałek o ludzkie ciało Uciekinierzy stali obok drzwi, doskonale widoczni w świetle z ulicy i podwórza Nikt nie rzucił komendy, ale zomowcy przestali bić równocześnie Widać było, że pastwienie się nad nieprzytom- nym (bądź już martwym) człowiekiem bardzo ich zmęczyło Od- dychali ciężko, a czoło jednego z nich rosił dobrze widoczny pot Młodzieńcy w skórzanych kurtkach i stróże porządku patrzyli teraz na siebie, zerkając też w stronę bramy Coś się paliło i dymiło gdzieś w pobliżu Jeden z zomowców zakaszlał Powietrze stawało się coraz gęstsze od duszących oparów — Zajebane, okurwiałe świry! — krzyknął jeden z munduro- wych i ruszył szybko w kierunku wyższego chłopaka, bo ten stał bli- żej niego Błyskawicznie cofnął rękę, przymierzając się do potężnego ciosu pałką Ofiara napaści stała bardzo spokojnie, patrząc bez wi- docznych z zewnątrz emocji, trzymając dłonie w kieszeniach kurtki Kiedy tamten ruszył naprzód, on też postąpił do przodu Wykonał bardzo szybki ruch ręką wyciągniętą z kieszeni w kierunku twarzy napastnika Coś niemiło zazgrzytało Pałka odsunięta w tył, aby mogła nabrać rozpędu nagle przybrała znacznie na wadze, bowiem pociągnęła nacierającego do tyłu i ułożyła na kamieniach podłoża, twarzą ku górze Zupełnie jakby ten umundurowany człowiek nagle, w ułamku sekundy, stał się bezwolną kukłą, w której nie ma życia Z twarzy zwróconej ku brudnemu sufitowi, a konkretnie z lewego oczodołu, wystawała rękojeść noża, ledwie widoczna z tryskającej obficie krwi Zomowiec nawet nie jęknął, nie wydał żadnego tchnie- nia Tylko nie chciał zastygnąć bez ruchu, drgały mu ręce i nogi, którymi lekko łomotał o bruk Obok dygoczącego ciała leżała biała zomowska pała, nieco skropiona czerwonymi plamkami Przez kilkanaście sekund nie patrzyli na siebie, ale na drgające w agonii ciało, na uderzającą w konwulsjach głowę, wokół której roz- lewała się wciąż rosnąca kałuża w kolorze soczku z czerwonych bu- raków, a pewnie trochę ciemniejsza Wreszcie spojrzenia mężczyzn spotkały się W oczach dwóch młodych przedstawicieli panującego 14 15 wokół prawa uzbrojonych w pałki jarzyła się nienawiść Była tam furia i żądza mordu Można było z dużym prawdopodobieństwem zakładać, że za chwilę rozegra się tutaj nie zwyczajna bójka, lecz walka na śmierć i życie Dwóch na dwóch Tyle, że tamci trzymali w dłoniach ogromne pałki, a ich dodatkowym uzbrojeniem było za- pewne przeszkolenie, jakie odbyli Niespodziewany, potężny łoskot, łomot i trzask, sprawiły że obecni w bramie drgnęli gwałtownie, podskoczyli, by zareago- wać na jakieś nowe zagrożenie Oszołomieni, zdezorientowani nie wiedzieli, co się dzieje Częściowo w mur domostwa, a częściowo w bramę uderzył z impetem jakiś samochód, chyba zwyczajna sy- renka Brama zachwiała się w posadach, jej lewa część z hukiem i trzaskiem dość wolno i majestatycznie opadła, przykrywając po- jazd Teraz ulica stała się wyraźnie widoczna Powietrze gęstniało dymami, tu i tam coś płonęło, biegało kilku ludzi, walały się w nie- ładzie rozmaite przedmioty Na jezdni i chodnikach nie zalegał śnieg, tylko jego niewielkie pozostałości Nieopodal spiętrzono barykadę tarasującą wejście w poprzeczną uliczkę Zbudowano ją z ławek i najróżniejszych mebli Z parterowego mieszkania przez okno wylatywał tapczan wypychany właśnie przez jakieś postacie Zaraz inni pochwycili mebel i przenieśli kilka metrów, dorzucili do innych rupieci zapory Spod przewróconej bramy, gdzie leżał rozbity samochód, zaczął wydobywać się czarny dym Groziło wybuchem Niespodziewana kraksa odwlekła atak Wszyscy przez kilkanaście sekund patrzyli na rozbite auto zakryte szczątkami bramy Ale po kilku chwilach nowy bodziec przestał być istotny Dwaj zomowcy stali, ponownie łypali nienawistnie w stronę młodzieńców, skupiając wzrok na wyższym Ten, na pozór zimno i obojętnie, patrzył na nich Tylko kolega za- bójcy, nerwowo lustrował okolicę, rozglądał się, wyjawiał widoczną ochotę do ucieczki Nogi mimowolnie drobiły niespokojnie, wykazu- jąc tendencję do natychmiastowego przemieszczenia ich właścicie- la U stóp leżały nieruchomo dwa ciała, a wokół nich rozlewały się nieustannie rosnące kałuże krwi Twarz zabitego nożem, całkowicie ginęła w czerwonej posoce Z czerwieni tej, w dość upiorny i maka- bryczny sposób, sterczały oprócz czarnej rękojeści noża, obnażone zęby Młody mężczyzna wydał ostatnie tchnienie z dziwacznym, upiornym grymasem warg, który już tak pozostał… Buchnęło czymś do środka, jakimś oparem dymu Wszyscy za- częli się krztusić, zakrywać oczy rękami, kaszleć Walka chwilowo stała się niemożliwa Ludzie w tunelu bramowego przejścia nie- malże rzygali Równocześnie wybiegli na ulicę, szukając czystego powietrza Dalsze przebywanie w bramie groziło uduszeniem Dwa nieruchome ciała pozostały na kamieniach podłoża Dym buchają- cy z przywalonego połową bramy samochodu, wciąż gęstniał Być może samochód już się palił, a wraz z nim uwięziony wewnątrz człowiek Ale żaden krzyk z tej strony nie dochodził Jeden z zomowców nagle przerwał ściskanie nosa i oczu, natarł na zabójcę swego kompana, usiłując uderzyć go pałką w głowę Ale ten uchylił się zgrabnie i odskoczył na dość znaczną odległość Dru- gi z atakowanych również umknął kilka kroków, równając szereg z kolegą Ludzie z pałkami chcieli błyskawicznie skrócić dystans, ale cywile czujnie odskakiwali, odwróceni twarzami do prześla- dowców Ponieważ znaleźli się nieopodal barykady, zomowcy nie pośpieszyli za nimi Stali i patrzyli, mówiąc coś do siebie — Zabiłeś go, wiesz? — wykrztusił z trudem niższy, bo gaz gryzł w gardło i wyciskał łzy — Jasne, kurwa, że wiem No i co z tego? Żałujesz go? To było w samoobronie Jednego bydlaka mniej Pozostało już tylko kilka tysięcy i milion partyjnych… Pierdolonych pachołków Rosji! Nie- nawidzę ich! Pozabijałbym wszystkich! — Do nas! Tutaj! Odsuńcie się! Odsuńcie się na bok! Chodź- cie tutaj! — krzyczał ktoś bardzo donośnie z tyłu Usiłowali szybko ocenić sytuację Barykada w pobliżu wciąż potężniała bogacona o wyrzucane z mieszkań meble i jakieś dzi- waczne graty, chyba wydobywane z piwnic i podwórek Tama gro- dziła wlot do wąskiej, bocznej uliczki, w miejscu, w którym uli- ca główna znacznie się zwężała W odległości około dwustu me- trów, stały tabuny różnorakich pojazdów, błyskając niebieskimi, alarmowymi światłami Przestrzeń ulicy zaśmiecona do granic możliwości; wszędzie leżało potłuczone szkło W kilku miejscach coś dymiło Jedynymi widocznymi ludźmi między barykadą a wrażym obo- zem byli teraz tylko dwaj młodzieńcy w skórach oraz dwaj zomowcy, wciąż gotujący się do ataku Ulica nagle opustoszała, bo przecież jeszcze niedawno, tu i tam biegało bez ładu i składu kilku ludzi 16 17 — Kurwa! Słyszycie? Odsuńcie się na bok! — w ich kierunku pędził jakiś człowiek z płonącą butelką w dłoni Łysy silnie szarpnął kompana za ramię — Zastawiamy im cel — powiedział Teraz biegło już kilku ludzi z butelkami w rękach Na szyjkach tych butelek błyskał ogień Zomowcy ruszyli do panicznej ucieczki w kierunku swoich pojazdów Umykający stali się łatwym celem Kilka butelek pofru- nęło natychmiast w ich kierunku Biegnący jako pierwszy nawet porzucił pałkę i parł przed siebie, ile tylko miał sił w nogach i płu- cach, próbował lawirować na boki niczym zając Nagle wokół dwójki biegaczy zaczęły wybuchać gejzery ognia Ten, który nie wyrzucił pałki i biegł z tyłu w ułamku sekundy, zamienił się w ognistą ku- lę Widać teraz było tylko nogi do wysokości kolan, reszta stała się żywym ogniem — Jest!!! — usłyszeli radosny wrzask z kilkunastu gardeł Kompan płonącego nie pośpieszył mu z pomocą Nawet się nie obejrzał za siebie Biegł naprzód, jak tylko mógł najprędzej Ognista kula stanęła w miejscu, przemieszczała się trochę, raz w lewo, to znowu w prawo…Urosła w górę Płonący człowiek podniósł ręce — Aaaaaaaaaaaaaaaaaa!!! — to nie był krzyk, raczej jakiś nieartykułowany, nieludzki ryk, skowyt, zupełnie niepodobny do dźwięków wydawanych przez l gardło — Sromotnik! Chodź! Tu trzeba kogoś wyciągnąć z samocho- du! — niższy ruszył w kierunku rozbitego przy bramie auta Ką- tem oka dostrzegł, że rusza ku nim tyraliera kilku pojazdów Środ- kiem ulicy pędziły dwa wielkie zielone wozy pancerne, z czymś na dachu, co mogło być wodną armatką, ale i równie dobrze ciężkim karabinem Za dwoma potężnymi pojazdami gnało kilka mniej- szych samochodów Dopadli do przygniecionego resztkami bramy samochodu Dym wciąż wydobywał się z wraku, ale ognia nie widzieli Naparli na połamane drewno blokujące dostęp Zaraz z pomocą pośpieszyli ludzie wcześniej ciskający butelkami z benzyną A złowrogie, opan- cerzone samochody pędziły ulicą, ku nim Płonący człowiek upadł na chodnik Znad dachu jednego z pojazdów trysnął strumień wo- dy, wprost w niego Był jednak tak silny, że poderwał leżące ciało i cisnął nim o pobliską ścianę domu Automatycznie wykonywali czynności Przy rozbitej syrence znalazło się raptem chyba z dzie- sięciu ludzi Mniejszego punka odepchnięto w bok, ku bramie… Patrzył, jak wyciągają z samochodu bezwładną, skrwawioną ko- bietę, ładną blondynkę w wieku góra trzydzieści lat Raptem poczuł silne uderzenie i ból Nie rozumiał, co się stało i dlaczego leci w powietrzu Został przemieszczony, czymś trafiony, silnie pchnięty do wnętrza bramy, gdzie upadł w bliskim sąsiedz- twie zomowca z nożem w oku Dopiero teraz zorientował się, że jest całkowicie mokry A więc po prostu został zmieciony z jezdni przez strumień wody pod bardzo silnym ciśnieniem Wstał Ulicą przemknęła kawalkada pojazdów tryskających wodą Znowu wy- strzeliwały granaty z gazem Mgła przesłaniała widoczność Coś trzaskało, ludzie krzyczeli — A gdzie Sromotnik? — pomyślał Spojrzał na zwłoki zomow- ca i doznał uczucia obezwładniającego strachu — Jeżeli mnie tu- taj znajdą, to zabiją Chciał wyjrzeć ostrożnie na ulicę, ale grzmotnęło w pobliżu i widok zasnuł obłok gryzącej mgły Nie zastanawiając się więcej nad położeniem, ruszył biegiem w kierunku podwórza Gnając niczym rasowy rumak, szybko znalazł się po drugiej stronie pla- cu i wbiegł do korytarza Pamiętał, że był przelotowy i wychodził pośrednio na inną ulicę Wyjście znajdowało się w sporej, zadrze- wionej wnęce stojących szeregowo kamienic, tworząc zaułek, dość znacznej wielkości wklęsłość w równym szeregu domów Ale na ulicy przy owym zaułku także gromadziły się znaczne siły ZO- MO, kiedy tamtędy wcześniej biegli Dobiegł do wylotowych drzwi W ich górnej części była niewielka dziura na przestrzał Łapczywie przyłożył oko z nadzieją na wolną drogę W niewielkiej odległości, na asfalcie przy chodniku, obok rosłego drzewa, kilka metrów od muru domu bez okien stały dwa wojskowe, czy też zomowskie, samochody terenowe zwrócone ku sobie tyłem Oba miały haki na wypadek potrzeby holowania Do haków tych przykuty był kajdankami jakiś mężczyzna z widocznym na twarzy bezgranicznym przerażeniem Dwie pary stalowych obrączek łą- czyły go z pojazdami; odpowiednio każdą górną kończynę z innym samochodem Leżał więc na ziemi twarzą ku górze z nieznacznie podniesioną głową Miał na sobie tylko spodnie i podkoszulek Stóp nie chroniło obuwie ani nawet skarpetki Grupka zomowców stała 18 19 w pobliżu, coś tam mówiąc do siebie i chichocząc Wokół panował spokój Nic nie płonęło, nikt jeszcze nie krzyczał Ale oto oba te- renowe samochody wolniutko ruszyły naprzód Naprężenie unio- sło skrępowanego człowieka ku górze… Usłyszał taki sam ryk, ja- ki wcześniej wydawała płonąca kula Prawa kończyna mężczyzny oderwała się od korpusu na wysokości barku, tryskając fontanną krwi Ramię wachlując na boki, przebyło kilka metrów wleczone przez samochód Okaleczone ciało wraz z drugą ręką wlekło się nieco dłużej Kierowca później zatrzymał pojazd Ciągnięty czło- wiek zostawiał za sobą ciemnoczerwony ślad, dość dobrze widocz- ny, chociaż śnieg nie przykrywał tutaj asfaltu — Wygrałem! Flacha moja! — wołał ktoś — Zawsze jedna ręka puszcza pierwsza Dwie nigdy nie puszczą naraz! To ścierwo mu- siało być mańkutem, bo słabsza ręka puszcza najpierw… Nie podjął decyzji o ucieczce Po prostu nogi same zaczęły ucie- kać Ale musiał się zatrzymać Dokąd uciekać? Nie wiedział Stał zdezorientowany, bliski obłędu, prawie nieprzytomny z przeraże- nia Nie czuł wilgoci ubrania ani chłodu Nie czuł właściwie nic oprócz wszech ogromnego strachu Tędy! Jak szalony rzucił się w kierunku dość wysokiego, drew- nianego płotu, nie wiedząc, co za nim znajdzie Ważne było tylko to, że kierunek ten nie skazywał na powrót do makabry i dawał ja- kąś szansę Spadł z płotu na głowę, ale ze sprawnością kota stanął na nogach i biegł dalej Do następnego płotu Znalazł się na pra- wie identycznym podwórzu, ale już przecież nieco dalej od ulicz- nej barykady — Może jeszcze kilka takich płotów i będę mógł wybiec na nor- malną ulicę, bez wojny?— łudził się nadzieją Biegł przed siebie dopingowany przerażeniem Zaczepił nogą o wystający korzeń Upadając, grzmotnął czołem w ośnieżony ka- mień… Krew z rozbitego łuku brwiowego zalała mu oczy, ale nie zwrócił na to uwagi Sprawnie przesadził kolejny płot… * * * Nie miał sił Czuł, że jeżeli po drugiej stronie mostu nie znajdzie azylu, upadnie i zatłuką go… Biegł, nie oglądając się za siebie, bo ze zmęczenia nie był już nawet zdolny do patrzenia w tył Bez wzro- kowego postrzegania wiedział, że ściga go około dziesięciu uzbro- jonych w pałki, rozwścieczonych zomowców Zobaczył przed sobą kawalkadę milicyjnych samochodów Nie zastanawiał się, co robić, nie podjął żadnej przemyślanej decyzji Opierając się ręką o balustradę mostu, przerzucił ciało i spojrzał pod stopy, trzymając poręcz prawą dłonią Wahanie trwało bardzo krótko Skoczył Z niezwykłą szybkością zbliżały się ku niemu pły- nące po rzece lodowe oczka Lot trwał może ze dwie, trzy sekundy Przez maleńki ułamek tego czasu słyszał huk rozbryzgiwanej wody i toń zamknęła się nad jego głową Otworzył oczy, zdziwił się, że wcale nie jest zimno; tylko ciemno… W szoku i ogólnej dezorien- tacji zapomniał nawet o strachu — Buty! — z tym impulsem myśli rozpoczął podwodną szamo- taninę — Są ciężkie i pociągną mnie, nie dadzą wypłynąć! — szar- pał za sznurowadła — Aaaaaa! — zawył, zachłystując się wodą Dopiero teraz ciało sparaliżowało zimno Właściwie nie był to żaden chłód ani nic podobnego Ścisnęły go kleszcze na wskroś przenikającego bólu Każda komórka ciała, krzyczała swym wła- snym, krańcowym cierpieniem Tortura nakazała jak najszyb- sze parcie ku brzegowi, bez rozglądania się na boki i baczenia na oprawców Coś uderzyło go w głowę; chyba ciśnięty z mostu ka- mień, ale nie zwrócił na to uwagi, zaciekle szamocząc się i młócąc rękami wodę… Ból wywołany ciosem w głowę był niczym wobec mąk zadawanych przez lód Odry * * * Już nie biegł, nie miał siły Truchtał mocą ostatnich rezerwowych tchnień, obijając się o drzewa przy cmentarnej alei Jakoś wymie- rzał, że nie upadał, bo tam, gdzie niechybnie by legł, rosło drzewo i odbijało go ku przebyciu dalszych kilku metrów Wolno zmierzchało, gasło grudniowe niebo Na bezludny, rozle- gły cmentarz opadała ciemność Stanął i objął drzewo Paraliżujący ból uderzył w okryte tylko mokrymi skarpetkami stopy Śnieg zda- wał się puszysty, nie topniał, a więc niechybnie panował mróz Nie mógł wytrzymać bólu stóp, więc zaczął iść dalej, aby choć na sekundę dać na przemian odpocząć każdej nodze Nie wie- dział nawet, czy jest mu zimno, czy też może ciepło Dygotał, ale 20 21 czy z zimna, skoro oblepiała go nie tylko woda wyniesiona z Odry, ale i gorący pot? Aleja wiodła ku jakiemuś budynkowi, coraz gorzej widocznemu w zapadającym zmierzchu Podszedł zdecydowanie i stwierdził, że musi to być cmentarna kaplica Ze zdziwieniem spostrzegł, że w oknach coś błyska Chwycił za klamkę u drzwi Ustąpiły Bez namysłu wpadł do wnętrza Między dwoma rzędami ławek, obok pustego postumentu dla trumny, wokół ogniska siedziało trzech roznegliżowanych, prawie nagich mężczyzn Dwóch miało na sobie tylko białe gacie, a trzeci — rosły brodacz, żółtawe kalesony Wszyscy trzymali w dłoniach ki- je wyciągnięte nad płomienie, zupełnie jakby smażyli kiełbaski Nie były to jednak żadne spożywcze produkty, lecz spodnie , koszule, swetry i kurtki Przywitali przybysza obojętnymi spojrzeniami — Dobrze trafiłem Też pływałem w rzece — oznajmił z ulgą — A skąd macie te kije? — Tam, stoją drzewce jakiś żałobnych sztandarów — odparł je- den z siedzących, wskazując ręką kierunek — Masz coś zapalić? — Jak się da wysuszyć, to chyba tak… Ale nie wiem Breja się zrobiła z paczki — grzebał w kieszeni kurtki — Szkoda To zdejmuj te łachy i siadaj Ja też nie mam bu- tów A te, które miałem, były moimi jedynymi Przyjdzie mi chyba w trampkotepach popierdalać teraz po śniegu — narzekał Skwapliwie skorzystał z rady Zrzucając z siebie odzież, usły- szał, jak mężczyźni mruczą cicho i zgodnie niczym harcerze przy ognisku „Nie rzucim ziemi skąd nasz ród, nie damy pogrześć mo- wy Polski my naród, polski ród” * * * Serdecznie i szczerze podziękował za pomoc, uścisnął dłoń kierow- cy i wysiadł z samochodu Pojazd natychmiast ruszył Stał w bli- skim sąsiedztwie bloku, który oficjalnie zamieszkiwał niejaki Ma- rek Grzyb, powszechnie nazywany Sromotnikiem Czuł, że uży- czone mu buty są przynajmniej o jakieś dwa numery za małe i pilą niemiłosiernie Wyobraził sobie, że zrzucił trzewiki z nóg i tym raź- niej ruszył w kierunku klatki schodowej Ale okna w mieszkaniu na trzecim piętrze były całkowicie ciemne — Jesteś wreszcie! Już całkowicie zamarzłem Gdzieś się tak długo podziewał? Myślałem, że i ciebie zajebali! Głos był znajomy, ale postać jakaś inna Sromotnik miał na so- bie dziwaczną, tandetną, granatową kurtkę, a na głowę narzuco- ny kaptur — Ja się cieszę, że w ogóle tu dotarłem! — Dawaj do słupa! Szybko! W niewielkiej odległości stał słup ogłoszeniowy Plakatów nie było widać Tylko jakieś nieczytelne, wzajemnie zakrywające się napisy wyryte bezpośrednio na okrągłej warstwie wraz z resztka- mi ogłoszeń, niewielkimi skrawkami papieru Sromotnik odchylił fragment powierzchni słupa, trzymający się doskonale za pomocą prętów zbrojeniowych, i błyskawicznie wskoczyli do pustego wnę- trza Na ziemi stała zapalona świeczka i dwie butelki wina Jedna była prawie pusta Widać tutaj czekał i stąd wyszedł Przybysz usiadł, oparł się plecami o zaokrąglony mur Z ulgą zdjął buty Marek zabezpieczył wejście, umocowując ruchomy ka- wałek muru i również usiadł Chociaż od ziemi niemiłosiernie pa- rzyło mrozem, niewielkie wnętrze, rozświetlane blaskiem świecy, dawało jakieś poczucie bezpieczeństwa i przytulności Raczej ni- kłe to było poczucie, ale zawsze Nawet specjalnie nie śmierdziało moczem Pewnie mróz trochę odkaził to miejsce — Nie mogę iść do domu, nie mam domu — stwierdził spo- kojnie Sromotnik — A papierosy masz? — Nawet kilka paczek — usłużnie podsunął — Ja tu gadam o takim nieszczęściu, a ten tylko o paleniu! Nałóg! Zapalili od świecy, mozoląc się nieco z jej ponownym, piono- wym ustawieniem — Jak to nie masz domu? — Tamten zomol, co uciekł, musiał chyba dobrze mnie opi- sać, bo przyjechali tutaj Zwinęli starego i bracholi, całą drukar- nię i ulotki, wszystko znaleźli Tam jest teraz kocioł i zwiną każde- go, kto przyjdzie Toteż czekałem na ciebie Kurwa! Że też akurat wszyscy musieli tu być! Po chuj akurat teraz tu przyleźli!? Prze- cież czasem nie ma ich tygodniami na Wesołej! Podobno mieli ja- kieś pałki, łańcuchy, petardy, kastety… Mają kompletnie przeje- bane I ja też! 22 23 — A Jolka? — Co Jolka!? Nie było jej Już wie i nie przyjdzie tutaj — I po kiego żeś mu ostrość widzenia naprawiał? Mogłeś mu kosę wjebać w bebechy Też by padł, ale pewnie by przeżył — Daj spokój Piotrek Mnie wcale nie do śmiechu — wyznał poważnie — Łatwo powiedzieć w bebechy W takich chwilach się nie myśli A oni zresztą mają zbroje na sobie i te mora są takie gru- be Niełatwo im się dobrać do dupy przez mundur To był impuls Miałem pozwolić, aby nas wgnietli w bruk jak tego gościa? — I co teraz? Jak mówisz do mnie po imieniu, to czuję, że… Smutno ci chyba Stąd to piotrkowanie Raz chyba do mnie tak mó- wiłeś, jak na Mazurach zgubiłeś szmal — Nie wiem, co teraz Kurtkę zostawiłem u kolesia, żeby tro- chę wizerunek zmienić Dał mi tę Czapkę też mam O! W kiesze- ni — zademonstrował — Z ulgą to słyszę Gdybyś paradował z tym irokezem na gło- wie, daleko byśmy raczej nie zaszli Musisz go zgolić — Wiem, ale nie ma czym Paradować? Dokąd? Gdziekolwiek pójdę, narażę ludzi Jestem jak Żyd, co uciekł z getta Jak parias najgorszego rodzaju! — A Jolka gdzie jest? — Nie wiesz? U tego, swojego… wypierdka — Fajnie, że masz jabola — sięgnął ręką po butelkę — Po ką- pieli w Odrze dobrze mi to zrobi Kurwa mać, Sromotnik! Mówię Tobie! Myślałem tam, pod wodą, że już po mnie Ale udało mi się glany zrzucić i jakoś mnie woda nie chciała Ale butów szkoda Skąd ja teraz takie wezmę? To były glany jugosłowiańskich ko- mandosów! — Pływałeś? — Człowieku! Z mostu musiałem skakać, bo by mnie zajebali I nie mam glanów Zostały w wodzie Dobrzy ludzie podarowali mi buty Tylko, kurwa, za małe! — Chyba trzeba wynosić się z Wrocławia Otwórz to wino! — Ty już swoje wypiłeś — zaprotestował Piotr — Nie pierdol! Otwieraj! Nie chce mi się żartować! — Skąd masz? — Dobrzy ludzie podarowali I kilka paczek fajek też — Trzeba chyba wyrywać z Breslau, najszybciej jak się da — orzekł Piotr, nie mogąc dobrać się do zwartości butelki, czyli usu- nąć plastikowego zamknięcia — Daj! Mam scyzoryk — Sromotnik wyciągnął dłoń po wino Z ulgą oddał flaszkę — Ile ty masz tych noży, co? — Daj spokój Zajebałem psychopatę, a jest mi teraz jakoś dziw- nie… Coś mi się tam roi we łbie, że rodzinę mógł mieć, dzieci, że mo- że jakaś matka chociaż na niego czeka Takie wyrzuty sumienia — wyznał poważnie, skrobiąc nożykiem po zatyczce butelki — Nigdy nie myślałem, że kiedyś zabiję człowieka Bo to przecież niby czło- wiek był Ale się, kurwa, porobiło… I nóż tam zostawiłem, a mendy mają moje odciski palców Jestem skończony! — A ja widziałem, jak zomole przykuli kajdankami faceta do sa- mochodu i rozjechali się, rozrywając go na strzępy I odtąd już nie będę miał wyrzutów sumienia — odparł Piotr — Szkoda, że i ja żadnego nie utłukłem Ty się nie martw, tylko dumny bądź! To jest wojna! Jak ty nie zabijesz, zajebią ciebie! Jeszcze przedtem się dobrze zabawią — Rozerwali? Samochodami? — patrzył przerażony, zaprze- stał manipulacji przy butelce — Jak to? — No Ręka w barku puściła Wyrwali mu ją całą A jeden z nich wygrał przy tym zakład A ten facet, który mnie tu wiózł, widział, jak komuś tam połamali obie ręce w łokciach na moście i wrzucili przez balustradę do rzeki Raz wypłynął i… koniec — Ja widziałem, jak starem gonili faceta i dopadli Przejechali go Stanęli i zawrócili, jeszcze raz do tyłu i do przodu po nim Zo- stała miazga — Sam widzisz, że dobrze jest utłuc gada i nie ma nad czym kwilić Walczymy o wolną Polskę Jakoś tak dziwacznie… Bo z sa- mymi Polakami, ponoć tak się nazywają Tego chyba jeszcze hi- storia nie notowała Taki nowy czas Pokolenia Powstańców War- szawskich i inni, podobni, to już głęboki lamus Teraz mamy ro- dzimych gnojów, zdrajców Okupant nie musi tracić swojej krwi, my wyrzynamy się sami Sromotnik przytknął butelkę do ust Zagulgotało, grdyka pra- cowała rytmicznie Wychylił od razu połowę zawartości i przekazał naczynie Kompan ochoczo przystąpił do konsumpcji — Nie mam dokumentów, pieniędzy, nic nie mam — oznajmił mieszkaniec Wrocławia — Nie mam nawet żadnej koncepcji — 24 25 Jak stad wyjdę, zgarnie mnie pierwszy patrol Zamkną mnie i za- jebią Bez sądu nawet Najpierw przerobią na miazgę — Trzeba stąd iść Tu wcale nie jest bezpiecznie i do rana za- marzniemy — Ale dokąd? — Albo gdzieś u kogoś przekimać do rana, albo wpierdolić się w pierwszy lepszy pociąg i byle dalej stąd — proponował Piotr — Do tego fagasa Jolki bym skoczył i wyciągnął od nich jaką kasę na pożegnanie z siostrą Ale sam nie wiem Tak po prośbie paszportów facetom nie dają dzisiaj A on dostał Nie wiem, kim on właściwie jest Może mnie zakapuje? Jola mówiła tylko, że w woj- sku robi, ale nie nosi munduru To może znaczyć, że to jakaś tajna menda jest, najgorsza kanalia Mnie to śmierdzi — Smutno mi — wyznał nagle Piotrek, czując w głowie rado- sny szmerek, sprawiony siarkowym preparatem — Bardzo, bardzo mi dobrze z twoją siostrą było — Było? A kiedyś ty z nią był? — zdziwił się Marek, przypala- jąc następnego papierosa — Latem przecież, byliśmy wszyscy razem… Na wakacjach — Wszyscy Sam powiedziałeś I daj sobie spokój Szkoda cię, dla takiej pustej zdziry jak moja siostra Nie masz u niej żadnych szans Ona ma pizdę i poznała wartość pieniądza Ty zaś pieniędzy nie masz To pusta lalka jest i nic więcej Daj sobie spokój Ona jak licytacja Lezie tam, gdzie więcej dają — Ale ładna, miła, ciepła… — Zapomnij o niej Misia sobie kup Za kilka dni będzie z tym swoim fagasem za granicą i żegnaj siostrzyczko Może kiedyś za wiele lat się spotkamy? Jak dożyję Jeżeli naprawdę wyjadą Teraz przecież nie puszczają nikogo Jak on jest ważny, to też go nie po- winni puszczać, bo mógłby za dużo wygadać Na ambasadora je- dzie, czy co? — dziwił się Marek — Tak A ja wakacji z Jolką nie zapomnę — wyznał smętnie — Jolka, Jolka, pamiętasz, lato ze snu… — zanucił — Hej głupia Jolka, oja, oja, oja, ja, ja, ja! — przerwał mu bru- talnie — Nie drzyj się! — upomniał go — Usłyszy ktoś — Musimy jakoś przedostać się do nich i zabrać im jakąś kasę — stwierdził Marek — I ja wypierdalam z tego miasta A ty? — A co miałbym tu robić bez ciebie? Też znikam, ale chyba muszę zabrać cię do siebie Bez dokumentów daleko nie zajedziesz A tak właściwie, gdzie masz dowód? — W chacie był —Wychodzisz z domu bez dokumentów tożsamości!? — Zapomniałem Akurat nie zabrałem Jak to zabrać mnie do siebie? — zainteresował się z błyskiem ożywienia w oczach — Dokąd zabrać? — Gadałem tobie o Knocie, co to na wsi mieszka, na zadupiu Tam, cię zamelinuję, na przeczekanie — A co będę żarł? — On ma gospodarę Będziesz u niego zapierdalał w polu — I nie zakapuje mnie? — Dziadka mu w Katyniu zabili Niech to wystarczy za całą odpowiedź — A kochał go? — Na pewno Ale ty łeb masz zryty! — fuknął — Przecież kil- ka razy ci o nim gadałem! — Wiem, wiem — machnął ręką — Ma brata, co gra bam- berską muzę po weselach i mają sprzęt, a próby są u niego Ten jak mu tam… Kikut? — Knot — Gra na perkusji, ty na gitarze, a ja na basie, więc możemy kapelę zmontować Widać Bóg tak chciał Możemy zmontować Mnie teraz wszystko jedno, byle wyrwać z tego miasta — Jeżeli w ogóle stąd wyjedziemy i nie zgarną nas — powie- dział Piotr, usiłując skrzesać wilgotną zapałkę, aby przypalić pa- pierosa Zniechęcony wyrzucił ją i przypalił od świecy — Trzeba iść Robi się kurewsko zimno! — Ja przecież jestem jeszcze na pół mokry Trzeba — zgodził się — Też się z Jolką pożegnam Może będzie to ostatnie pożegna- nie, bo zdechnę niedługo na zapalenie płuc — Ty! — Sromotnik pacnął się w czoło — Przecież ten jej dupek ma samochód! Niech nas zawiezie chociaż do jakiejś bez- piecznej stacji! — Byłoby dobrze Bo jakoś naszego wsiadania na dworcu Wro- cław Główny nie bardzo widzę — oświadczył Piotr — Chociaż do jakiegoś Rawicza Szwagrowi nie odmówi chyba 26 27 Marek zwany Sromotnikiem skrzywił się niemiłosiernie — Szwagrowi? — wykrzywił zniesmaczone usta — Taki pla- stikowy dupek… Gdybym miał więcej czasu, to bym odpowiednio z Jolką pogadał Nawet nie wiem, z jaką szmatą moja siora się za- daje! Chyba ostatnio zbyt dużo chlałem! Podejrzany typek! — Przynajmniej zabierze ją z tego piekła Gdzieś tam w jakiejś Austrii będzie mogła żyć zwyczajnie— westchnął niedawny ado- rator Marka siostry — W Austrii jest tylko obóz przejściowy dla uchodźców Prze- siadka Ale chodźmy stąd Dupa mi przymarza Musimy jakoś bra- mami przeniknąć Rozdział 2 JOLKA Jolka, a raczej jej narzeczony (bo jakże go inaczej zwać?) o imieniu Dariusz dysponował samochodem Fiat 125P Pojazd ten przeszedł solidny remont w minionych dniach, miał bowiem zawieźć dwójkę młodych Polaków aż do Austrii Wyruszyli dość wcześnie, około godziny siódmej Dariusz ze- chciał najpierw podwieźć Piotra i Marka, chociaż nie było to po drodze ku południowej granicy Polski, wręcz przeciwnie Miał jed- nak coś do zrobienia w Poznaniu, więc i tak nie nadkładał drogi Chciał się tam chyba z kimś spotkać Szczegółów nie sposób było od niego wydobyć W samochodzie panowało przygnębiające milczenie Siedzący obok kierowcy Sromotnik początkowo złośliwie docinał Dariuszowi na wszelkie sposoby Ale gdy kupił sobie „Trybunę Ludu” i przeczy- tał głośno relację z wczorajszych wydarzeń, przestał się odzywać, a gazetę podarł i wyrzucił przez okno A przecież raczej powinien wykazać zadowolenie Zamiast doniesień o ofiarach i zabójstwach była tam relacja o ekscesach chuligańskich dość małej rangi We- dług gazety, młodzi wandale wspierani przez zachodnie, imperia- listyczne i kontrrewolucyjne ośrodki zdemolowali centrum miasta „Trybuna” informowała, że zamieszki nie miały nic wspólnego z po- lityką Wywołali je chuligani, którzy lubią udział w burdach, a ich skłonności są wykorzystywane przez zachodnich wrogów z krajów antysocjalistycznych Milczała również zazwyczaj gadatliwa Jolka Mógł to być wy- raz żałoby po aresztowaniu ojca i dwóch braci, również manife- stacja niepewności względem przekroczenia granicy Bo przecież mimo posiadania wizy i paszportu, mogła zostać na granicy Pol- skiej Rzeczpospolitej Ludowej zatrzymana, gdyż nazwisko Grzyb 29
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Nienawidzę was!!!
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: