Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00443 007210 15719487 na godz. na dobę w sumie
Nieoczekiwana hrabina - ebook/pdf
Nieoczekiwana hrabina - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 433
Wydawca: Wydawnictwo BIS Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-7551-391-2 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Zmuszony do opuszczenia armii i skłócony z rodziną Catesby Burgoyne topi smutki w alkoholu, gdy pewnego wieczoru staje się świadkiem napaści rzezimieszków na kobietę. Z ochotą rzuca się jej na pomoc nieświadom, że dama, którą uratuje, odmieni jego życie. Prudence Youlgrave jest ofiarą nie tylko napaści. Jej życie legło w gruzach za sprawą samolubnego brata i narzeczonego brutala. Dziewczyna ma jednak odwagę i ducha walki, którym to cechom Catesby nie jest w stanie się oprzeć – i nim się zorientuje, ratuje damę po raz kolejny, żeniąc się z nią. A gdy niespodziewanie umiera starszy brat Catesby’ego, on zostaje nagle lordem Malzard, a Prudence hrabiną, która nie ma pojęcia o niczym, co wiąże się z tytułem.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Tytuł oryginału: An Unlikely Countess Projekt okładki: Studio KARANDASZ Co py ri ght © Jo Be ver ley, 2011 All ri ghts re se rved Co py ri ght © for the Po lish trans la tion Wy daw nic two BIS, 2014 Książ ka, któ rą na by łeś, jest dzie łem twór cy i wy daw cy. Pro si my, abyś prze strze gał praw, ja kie im przy słu gu ją. Jej za war tość mo żesz udo stęp nić nie od płat nie oso bom bli skim lub oso bi ście zna nym. Ale nie pu bli kuj jej w In ter ne cie. Je śli cy tu jesz jej frag men ty, nie zmie niaj ich tre ści i ko niecz nie za znacz, czy je to dzie ło. A ko piu jąc jej część, rób to je dy nie na uży tek oso bi sty. Sza nuj my cu dzą wła sność i pra wo. Wię cej na www.le gal na kul tu ra.pl Pol ska Izba Książ ki ISBN 978-83-7551-391-2 Wy daw nic two BIS ul. Lędz ka 44a 01-446 War sza wa tel. 22 877-27-05, 22 877-40-33; fax 22 837-10-84 e -ma il: bis bis@wy daw nic two bis.com.pl www.wy daw nic two bis.com.pl Rozdział I Nor thal ler ton, York shi re, ma rzec ro ku 1765 Był pi ja ny, lecz nie na ty le, aby nie wi dzieć, co się dzie je na sła bo oświe tlo nej uli cy. Nie do strzec rze zi miesz ków przy ro bo cie. Lub te go, że ich ofia rą jest ko bie ta. Ca tes by Bur goy ne uśmiech nął się, do był szpa dy i ru - szył, wy da jąc bu dzą cy gro zę bo jo wy okrzyk. Na past ni cy od wró ci li się, wy ba łu szy li oczy i otwar li sze ro ko usta. A po tem ucie kli. Ca te za chwiał się i jął wy ma chi wać szpa dą. – Wra caj cie! – ryk nął. – Wra caj cie, ło try i po sma kuj - cie mo jej szpa dy! – Od po wie dział mu je dy nie od głos od - da la ją cych się kro ków. – Do li cha z wa mi – wy mam ro tał. – Tro chę zdro wej roz ryw ki do brze by mi zro bi ło! Zza ple ców do biegł go czyjś ury wa ny od dech, od wró - cił się za tem, uno sząc broń, lecz by ła tam tyl ko ko bie ta. Sta ła opar ta ple ca mi o ścia nę do mu, wytrzeszczając na nie go oczy. Ja ko że wą ską ulicz kę oświe tla ły wy łącz nie dwie lam - py przy drzwiach, jej po stać zda wa ła się je dy nie mie szan - ką bla do ści i cie nia. Bla da twarz oto czo na roz pusz czo ny - mi, ja sny mi wło sa mi. Ciem na suk nia okry wa ła ją od stóp po szy ję. Suk nia by ła przy zwo ita, fry zu ra nie. Ale czy przy zwo ita ko bie ta włó czy ła by się no cą sa ma po uli cach? Scho wał szpa dę. 5 – Mu sisz być no wa w tym fa chu, skar bie, sko ro ubie - rasz się tak po nu ro. Do li cha, gdzie je go ma nie ry? Nie ma po trze by za cho - wy wać się gru biań sko tyl ko dla te go, że ko bie ta jest dziw - ką, a on na ba kier ze świa tem. Ukło nił się za tem. – Ca tes by Bur goy ne, ma da me, do usług. Mo gę pa nią od pro wa dzić? Po trzą snę ła w mil cze niu gło wą. Pod szedł bli żej, by się jej przyj rzeć. Pró bo wa ła się cof - nąć, ale nie mia ła do kąd. – Pro szę… – wy szep ta ła, przy trzy mu jąc szczu płą dło - nią na pier si szal, jak by by ła to zbro ja. Ca te już miał ją za pew nić, że nie ma się cze go oba - wiać, kie dy drzwi po bli skie go dom ku otwar ły się i głos z pła skim york shir skim ak cen tem za py tał: – Co tam się dzie je? Przy sa dzi sty męż czy zna trzy mał w dło ni świe cę. Oświe tla ła bar dziej je go niż ich, mi mo to ko bie ta od wró - ci ła się, by ukryć twarz. Czyż by po sia da ła re pu ta cję, któ rą oba wia ła się stra cić? – Da ma zo sta ła za ata ko wa na, sir – od parł Ca te, sta ra - jąc się mó wić na ty le wy raź nie, by męż czy zna nie po trak - to wał go jak pi ja ne go. – Ło try ucie kły, a ja od pro wa dzam pa nią bez piecz nie do do mu. Męż czy zna przyj rzał się Ca te’owi, lecz jak na roz sąd - ne go czło wie ka przy sta ło, nie za mie rzał pa ko wać się w kło po ty. A mo że po wstrzy mał go ary sto kra tycz ny ak - cent Ca te’a? – Za tem, do bra noc – po wie dział i za mknął za so bą drzwi. Ca te od wró cił się znów do ko bie ty. Na dal wpa try wa ła się weń prze ra żo na, lecz in ter wen cja ko goś ze znajomego oto cze nia spra wi ła naj wy raź niej, że wró cił jej głos. – Mu szę pa nu po dzię ko wać – po wie dzia ła zdy sza na. – Lecz nie ma po trze by, by tra cił pan wię cej czas. 6 Głos oso by do brze uro dzo nej. I ani śla du ob rącz ki. Gdzie by li jej oj ciec lub brat? Dla cze go po zwo li li jej cho - dzić sa mej po uli cy? – Nie je stem być mo że ide ałem dżen tel me na, ma da me, nie mo gę jed nak po zwo lić, by da ma tak się na ra ża ła. – Miesz kam w po bli żu… – Za tem nie stra cę zbyt du żo cza su, od pro wa dza jąc pa nią. Ge stem na ka zał jej, by ru sza ła. Do wo dził męż czy zna - mi w bo ju. Z pew no ścią po ra dzi so bie ze zwy czaj ną ko - bie tą. I rze czy wi ście, poszła przed sie bie uli cą, sztyw - na z nie po ko ju. Lub gnie wu? In te re su ją ce. Przyj rzał się jej, wy tę ża jąc wzrok. W ciem no ści trud no by ło oce nić ry sy, ale jej twarz i po - sta wa wy ra ża ły… złość. Tak. Złość. Mo że i mia ła po wód, by się go bać, ale nie zło ścić. Po za tym ocią ga ła się, idąc, lecz nie po zwo lił się znie chę cić. – W któ rą stro nę, ma da me? Przy śpie szy ła, jak by pró bo wa ła go wy prze dzić – chu - de, zgorzk nia łe stwo rze nie, ca łe zło żo ne z ostrych ką tów i an ty pa tii. Bez wy sił ku do trzy mał jej kro ku. – To nie roz sąd ne wy cho dzić sa mej o tej po rze, pro szę pa ni. – Chcia łam tyl ko się przejść. – Nie je stem ni gdzie umó wio ny. Je śli chce pa ni po spa - ce ro wać, mo gę pa ni to wa rzy szyć. Go dzi na mi. Jej ry sy jesz cze bar dziej się wy ostrzy ły i to go roz ba wi - ło. Ist ne bło go sła wień stwo w tym po nu rym dniu. Do tar li do głów nej uli cy mia stecz ka. Po za ni mi nie by - ło tam ni ko go, lecz ja ko że prze bie gał tę dy rów nież Wiel ki Pół noc ny Trakt, sta ło przy niej mnó stwo go spód, na dal otwar tych w na dziei na za ro bek. Po wóz za tur ko tał na bru ku i wto czył się za łu ko wą bra mę Zło te go Lwa, naj lep szej oberży w mie ście. 7 Po le wej znaj do wa ła się Gło wa Kró lo wej, nędz na, źle pro wa dzo na knaj pa, gdzie bez suk ce su to pił przez ca ły wie czór smut ki. Uciekł stam tąd, aby za czerp nąć świe że - go po wie trza, lecz w mar cu po wie trze w York shi re, choć świe że, by ło też prze ni kli wie zim ne, a naj bliż szy po wóz do Lon dy nu od cho dził do pie ro wcze snym ran kiem. Po - trze bo wał przyłożyć gdzieś gło wę, lecz mógł so bie po - zwo lić je dy nie na łóż ko we wspól nej izbie. Ko bie ta po pro stu tam sta ła. – Za po mnia ła pa ni, gdzie miesz ka, ma da me? – spy tał kpią co. Od wró ci ła się gwał tow nie i spoj rza ła na nie go. – A dla cze góż to pan włó czy się no ca mi po uli cach? – Męż czyź nie wol no. Zwłasz cza je śli ma przy so bie szpa dę i wie, jak jej użyć. – Męż czy znom wol no wszyst ko, a bied ne ko bie ty nie ma ją żad nych praw. – Któ ryż to męż czy zna tak pa nią skrzyw dził? Mam szpa dę i wiem, jak jej użyć. Za śmia ła się krót ko. – Nie wy zwie pan mo je go bra ta. – Nie chciał by wal czyć? – Tyl ko w są dzie. Jest ad wo ka tem. – Naj gor szy ro dzaj szu mo wi ny. Po wie dział to w sen sie ogól nym, jed nak ko bie ta przy - tak nę ła: – W rze czy sa mej. Czym bra ci szek adwokat tak się jej na ra ził? Zro bił coś, za co on mógł by się w jej imie niu ze mścić? Skoń czył już z wo jo wa niem, jed nak aku rat w tej chwi li tro chę prze mo cy do brze by mu zro bi ło. – Je go na zwi sko i miej sce za miesz ka nia? – za żą dał. – Jest pan śmiesz ny. – Mo że ma po wód, by źle się za cho wy wać, sko ro sma - ga go pa ni na okrą gło ostrym ję zy kiem. 8 – Pan też by to ro bił, gdy by… och! – W jej gło sie brzmia ła czy sta roz pacz. – Przy pusz czam, że ja ko męż czy - zna bę dzie pan chciał po sta wić na swo im. Do brze więc. Prze szła przez uli cę, skrę ci ła w za ułek, przy któ rym sta ły nie wiel kie dom ki i za trzy ma ła się przy czwar tym. – Do bra noc pa nu – syk nę ła ci cho. Nie chcia ła za tem obu dzić są sia dów, by nie za uwa ży li jej nie sto sow ne go za cho wa nia. Je dy ne świa tło do bie ga ło zza kil ku za mknię tych okien nic, do my ślał się jed nak, że w dom ku znaj du ją się za le d wie czte ry po miesz cze nia: dwa na do le i dwa na gó rze. Są dząc po za cho wa niu i spo - so bie wy sła wia nia się ko bie ty, mu sia ła nisko spaść na dra bi nie spo łecz nej. – Czy brat pa ni jest w do mu? – za py tał ci cho. – Nie, Bo gu dzię ki. – Szyb ko wró ci? – Miał by miesz kać tuta j? Aaron? – za śmia ła się, lecz szyb ko za kry ła usta dło nią. Coś by ło nie tak, a je mu za wsze trud no by ło zo sta wić ku la we ka czę wła sne mu lo so wi. Prze kleń stwo je go ży cia. – Je śli mnie pa ni za pro si, mo że mógł bym coś do ra - dzić. – Za pro sić pa na? – Ro zej rza ła się do oko ła, za nie po - ko jo na, że ktoś mo że ich zo ba czyć. – Pro szę odejść. – Nie pla nu ję gwał tu. Po trze bu je pa ni po mo cy, a nie mo że my roz ma wiać tu taj. – I ni gdzie in dziej. Pro szę odejść, bo za cznę krzy czeć. – Na praw dę? – Ty pi ja ny, ża ło sny… – syk nę ła gniew nie. W po bli żu otwar ły się ja kieś drzwi i mę ski głos za py tał: – Kto tam? Co się dzie je? Sta ry męż czy zna mó wił z tak moc nym ak cen tem, że Ca te le d wie go ro zu miał, a prze cież uro dził się i wy cho - wał w York shi re. Nie trud no by ło się jed nak do my śleć zna cze nia je go słów. 9 Na ci snął klam kę i we pchnął ko bie tę do środ ka. A po - tem wszedł za nią i za mknął drzwi. Za mar li obo je na chwi lę, na słu chując. Noz drzy Ca te’a do le ciał słod ki za pach. Za tem ko bie ta za da wa ła so bie trud, aby prze ło - żyć ubra nia zio ła mi. Za skom lił pies. Ca te od wró cił się, go tów sta wić czo ło ko lej ne mu nie - bez pie czeń stwu, jed nak zwierzę oka zało się spa nie lem, ra so wym i ra czej po ko jo wo na sta wio nym. Wy ło nił się z oświe tlo ne go po ko ju w głę bi. Ko bie ta prze pchnę ła się obok Ca te’a i po de szła do psa. – Wszyst ko w po rząd ku, To by. – Po gła ska ła ku dła te uszy i zwie rzak za ma chał ogo nem. We szli ra zem do kuch ni, a Ca te za ni mi, in stynk tow - nie po chy la jąc gło wę. Su fit oka zał się co praw da na ty le wy so ki, że męż czy zna nie się gał be lek gło wą, ale nie wie - le bra ko wa ło. Pod ło gę sta no wi ło kle pi sko, w po wie trzu uno si ła się wil goć, a we fron to wym po ko ju sta ło tyl ko jed no krze sło z za pad nię tym sie dze niem. Czy resz ta me bli zo sta ła wy prze da na, by umoż li wić prze ży cie? O co tu cho dzi? Po chy liw szy się, wszedł do kuch ni i omal nie na dział się na nóż, trzy ma ny sta now czo szczupłą dło nią. Był to je dy nie krót ki nóż ku chen ny, ale za pew ne wy star cza ją co ostry, by za dać ra ny. Pies, tchórz li we stwo rze nie, za skom lił zno wu, jed nak ko bie ta, z no żem w rę ku, zde ter mi no wa nym spoj rze - niem i błysz czą cy mi w świe tle lam py ja sny mi wło sa mi pre zen to wa ła się po pro stu wspa nia le. Ca te uniósł dło - nie. – Nie za mie rzam pa ni skrzyw dzić. Da ję sło wo. – A dla cze go mia ła bym pa nu wie rzyć? Pro szę wyjść. Na tych miast. 10 – Dla cze go? – za py tał, roz glą da jąc się. Ło jo wa świecz ka da wa ła zbyt ma ło świa tła i za wie le smro du, wy star czy ło to jed nak, aby uka zać nę dzę oto cze - nia. W ma leń kiej kuch ni, po dob nie jak w resz cie do mu, pa no wał prze ni kli wy chłód. Je śli w ku chen nym pie cu go - to wa no, ogień daw no już wy gasł. Nie wi dział też ni gdzie je dze nia. Je dy ny mi me bla mi by ły: so sno wy stół, dwa krze sła i by le jak skle co ny kre dens, miesz czą cy ta nie na czy nia. Obok nich sta ło jed nak kil ka sztuk ład nej por ce la ny i szkła. Po zo sta ło ści lep sze go ży cia, wi docz ne w spo so bie wy sła wia nia się ko bie ty i jej peł nym god no ści za cho wa - niu? Jak to się sta ło, że po dob na bo gi ni wy lą do wa ła w tak trud nym po ło że niu? Dla cze go by ła nędz nie ubra - na i prze mo czo na? Suk nię mia ła w nie twa rzo wym od cie niu czer ni, a jej ra mio na okry wał wy jąt ko wo szka rad ny, brą zo wy szal. Czy na praw dę prze mie rza ła uli ce, pró bu jąc za ro bić tro chę gro sza w je dy ny moż li wy spo sób? Jej szczu pła fi gu ra świad czy ła o nie do ży wie niu, twarz mia ła jed nak god ną rzym skiej ce sa rzo wej – wy so kie brwi, dłu gi pro sty nos, pięk nie wy kro jo ne usta i kwa dra - to wa bro da. Nie by ła to twarz, któ ra mo gła by pod bić uro dą mod ny świa tek, ale na Bo ga, jesz cze tro chę, a pod bi je je go. – Pro szę wyjść! – roz ka za ła zno wu, lecz bez uprzed - nie go prze ko na nia. Toby za skom lił, ukry ty bez piecz nie po mię dzy jej spód ni ca mi. Uświa do mił so bie, że je go wzrost i po tęż na syl wet ka mu szą prze ra żać, usiadł za tem i po ło żył dło nie pła sko na sto le. – Po dzi wiam od wa gę pa ni, ma da me – po wie dział, pa - trząc jej w oczy – lecz nie od stra szy mnie pa ni, a gdy by przy szło do wal ki, mo gła by pa ni co naj wy żej mnie za dra - 11 pać. Pro ściej bę dzie, je śli po pro stu pa ni usią dzie i opo - wie mi, co się jej przy da rzy ło. Pró bo wa ła pod trzy mać w so bie de ter mi na cję, lecz drża ły jej war gi. O, do li cha! Wy jął po śpiesz nie z kie sze ni skó rza ną flasz kę i po sta - wił na sto le. – Pro szę się po czę sto wać. – Co to ta kie go? – Ho len der ski spo sób na od wa gę. – Co? – Ja łow ców ka. Dżin. – Dżin?! – Ni gdy go pa ni nie pró bo wa ła? Po pra wia sa mo po - czu cie. Chwy ci ła moc niej nóż. Ca te uniósł się na krze śle, go - tów do obro ny, lecz ona wbi ła ostrze głę bo ko w blat. – No, no – po wie dział po chwi li peł nej uzna nia ci szy. – Pro szę usiąść, na pić się i opo wie dzieć mi o so bie. – Pan wy pił już za du żo, sir. – Pó ki je stem przy tom ny, wszyst ko jest w po rząd ku. Wi dzę, że ma pa ni szkla necz ki. Mo że my na pić się wy - twor nie. Na gle ko bie ta za czę ła się śmiać. Był to brzyd ki dźwięk, lecz roz ła do wał nie co at mos fe rę. Od su nę ła z twa rzy opa da ją ce ko smy ki, się gnę ła po naczynia i po - sta wi ła je z hu kiem na sto le. Po de szła do otwar te go kre - den su i wró ci ła z bu tel ką. – Bran dy – po wie dzia ła. – Le kar stwo mo jej mat ki. Przy nio sę wo dę. – Żal by ło by roz wad niać do bry tru nek. – Ca te pod niósł bu tel kę i od kor ko wał ją. – Ma ma pa ni jest na gó rze? – Mat ka nie ży je. – Wy ra zy współ czu cia. – Zmar ła przed czte re ma mie sią ca mi. 12 Ca te prze klął swój za ćmio ny al ko ho lem umysł. Pod - su wa no mu ka wał ki ukła dan ki, lecz nie po tra fił zło żyć ich w ca łość. Ko bie ta usia dła na prze ciw nie go, wy pro sto wa na dum - nie. – Pro szę na lać i mnie. Nóż ster czał z bla tu i Ca te po my ślał prze lot nie o mie - czu Da mo kle sa. Myśl od pły nę ła jed nak, za stą pio na ko - lej ną, rów nie mgli stą. Po wą chał bran dy. Nie zbyt do bry ga tu nek, ale z pew - no ścią się nie otru ją. Na lał trun ku na cen ty metr i pod su - nął ko bie cie alkohol, a po tem na lał so bie ty le sa mo. Zwy kle na lał by wię cej, ale i cen ty metr mógł spra wić, że dziew czy na osu nę ła by się pod stół. Nie chciał jej upić, ale roz wią zać ję zyk. I wziąć w ra mio na? Nie, w je go ży ciu nie by ło miej sca na po dob ne sza leń - stwa. Po mo że jej wszak że, je śli bę dzie w sta nie. Spa niel otarł mu się o ko la no i za skom lił, do pra sza jąc się uwa gi i ma cha jąc ogo nem. – Zmia taj, tchó rzu. – Nie ma po trze by być okrut nym – zga ni ła go. – Chodź do mnie, To by. Pies umknął i do pie ro te raz Ca te zo rien to wał się, że zwie rzę nie ma tyl nej ła py. No pięk nie, ku la wy pies na do da tek do ku la we go ka czę cia – choć do ko bie ty bar - dziej pa so wa ło by po rów na nie do so ko lę cia. Pod niósł szkla necz kę i upił łyk bran dy, wie dząc, że po wi nien wyjść, nim się w coś wplą cze. Ko bie ta spró bo wa ła trun ku, skrzy wi ła się, lecz po tem wy pi ła spo ry łyk, tym ra zem w peł ni świa do mie. Oto nie - wia sta, chęt na po zna wać no we do świad cze nia. Ko lej - na z cech, któ re mu się w niej po do ba ły. – Po wie mi pa ni, jak się pa ni na zy wa, ma da me? – Nie. 13 – Ja się przed sta wi łem. – Już za po mnia łam, jak się pan na zy wa. Za wa hał się, po nie waż ro do wa sie dzi ba Bur goy ne’ów, Key nings, znaj do wa ła się za le d wie o dwa dzie ścia mil od mia sta, uznał jed nak, że po wi nien być szcze ry. – Ca tes by Bur goy ne, do usług. Ob ję ła szkło, jakby mo gło ją roz grzać. – Dziw ne imię, Ca tes by. – Na zwi sko ro do we mo jej mat ki. Tak, li nia po cho dzi od Ro ber ta Ca tes by’ego, pa pi sty, któ ry prze wo dził spi - sko wi pro cho we mu. Pró bo wa li wy sa dzić w powietrze kró la Ja ku ba I i ca ły je go par la ment. – Spi sek Guya Faw ke sa? To dziw ne prze ka zać sy no wi po dob ne dzie dzic two. – Też tak są dzę, mat ka uwa ża jed nak, że to imię od - po wied nie dla ko goś trwa ją ce go sta now czo przy swo ich prze ko na niach. – Jest pan za tem pa pi stą? – Nie, i ona też nie, po dob nie jak jej ro dzi ce czy dziad - ko wie. Uśmiech nę ła się ką tem ust, a za kry te cięż ki mi po wie - ka mi oczy za bły sły. Ko lej ny wa bik. A ra czej dwa. Bły sko tli - we po czu cie hu mo ru i pięk ne oczy. Czy śmia ła by się w chwi li na mięt no ści, jak obie cy wa ły jej oczy? To też by mu się po do ba ło. – Nie twier dzę, że mat ka jest ko bie tą lo gicz nie my ślą - cą – po wie dział, uno sząc szkla necz kę. – Czy imię pa ni tak że przy wo dzi na myśl po nu re sko ja rze nia? Ju dy ta, któ ra ucię ła gło wę Ho lo fer ne so wi? Bo adi cea wio dą ca do bo ju ar mię prze ciw rzym skie mu na jeźdź cy? Le d wie się uśmiech nę ła. – Na dal mil czy my? Sam nadam więc pa ni imię: He ra. – Żo na Zeu sa? – Kró lo wa bo gów. 14 – Tyl ko za spra wą mał żeń stwa. Już wo la ła bym być Ju - dy tą dzia ła ją cą we wła snym imie niu. – Jest więc gdzieś męż czy zna, któ re go chcia ła by pa ni po zba wić gło wy? Upi ła łyk bran dy, wpa tru jąc się z po nu rą mi ną w nóż. – Brat pa ni? Ad wo kat… i ha zar dzi sta? Spoj rza ła na nie go za sko czo na. – Dla cze go pan tak są dzi? – Ubó stwo. – Aaron nie jest bied ny. – Za tem po zba wio ny uczuć. Upi ła ko lej ny łyk, jed nak nie roz wią za ło to jej ję zy ka. Do lał odro bi nę do szkla necz ki ko bie ty i uzu peł nił swo ją. – Ja też mam bra ta – po wie dział, aby za chę cić ją do zwie rzeń – lecz to naj lep szy z lu dzi. Czu ły syn, od da - ny mąż, ko cha ją cy, cho ciaż sta now czy oj ciec. – Ma pan więc szczę ście. – Na pew no. Prze chy li ła gło wę. – Nie jest do koń ca ta ki, ja ki się wy da je? – Prze ciw nie, jest. – Ale ma mu pan to za złe? Po nie waż nie po sia da pan żad nej z tych cech? Mia ła umysł ostry jak nóż, ale to tyl ko do da wa ło jej uro ku. – A brat pa ni? – po wtó rzył, do ma ga jąc się od po wie - dzi. – Jak mógł do pu ścić, by zna la zła się pa ni w ta kim po ło że niu? Od ra zu wi dać, że uro dzi ła się pa ni do lep - sze go ży cia. – Nie wie, jak ży ję. Nie od wie dził mnie, od kąd umar - ła ma ma, a przed tem miesz ka ły śmy gdzie in dziej. – Upi - ła jesz cze łyk bran dy i utkwi ła wzrok w alkoholu, przy - glą da jąc się, jak pło mień świe cy roz ja śnia płyn i na da je mu bar wę bursz ty nu. – Są dzi łam, że jest czu łym sy - nem. I do brym bra tem. 15 Bran dy za czy na ła w koń cu dzia łać. Ca te nie mógł so - bie przy po mnieć, kie dy tak ma ła ilość trun ku roz wią za ła mu ję zyk. Daw no, daw no te mu. – Aż do? – pod po wie dział. – Wczo raj. Do wczo raj na dal mia łam na dzie ję. Dziś otrzy ma łam ten list. – Spoj rza ła na le żą cy na pod ło dze, roz ło żo ny ar kusz. – Przy słał go przez ja kie goś po dróż ne - go. Mi ło z je go stro ny, gdyż za osz czę dził mi opła ty pocz - to wej, jed nak list przy szedł póź no. Naj gor sze rze czy za - wsze zda rza ją się no cą. – Co jest w li ście? – Oznaj mia, że wy dat ki, zwią za ne z ma ją cym wkrót ce na stą pić ślu bem unie moż li wia ją mu pod nie sie nie kwo ty, ja ką przy sy ła mi na utrzy ma nie. – To nie wy da je się ta kie znów nie uza sad nio ne. – Nie? – Ich spoj rze nia spo tka ły się nad bla tem i ster - czą cym z nie go no żem. – Przy sy ła trzy gwi nee mie sięcz - nie. – To bar dzo ma ło – zgo dził się z nią. – Chwa ląc się jed no cze śnie, że bę dzie miał wkrót ce pięk ny dom, a je go żo na po wóz i pa rę ko ni. – Ach… Po sta wi ła szkla necz kę tak gwał tow nie, że bran dy chlu snę ła na stół. – Jest mi wi nien przy zwo ite ży cie. I mat ce, gdy by jesz - cze ży ła. Wszyst ko, kim jest, co po sia da, za wdzię cza na - szej pra cy i wy rze cze niom. Oby wa ły śmy się bez wy gód i luk su sów, czę sto za do wa la jąc się tym, co ab so lut nie nie zbęd ne. By ła tak roz gnie wa na, że Ca te nie mal bał się od dy chać. – Miesz kam tu taj – po to czy ła dło nią do oko ła. – Kie - dyś mia ły śmy ład ny dom, ale… prze pro wa dza ły śmy się do co raz bied niej szych, że by go wspie rać. Mo ja ko cha - na mat ka umar ła w bie dzie. Wszyst ko po to, że by mój brat mógł zdo być wy kształ ce nie oraz po zy cję w za wo - 16 dzie. Za pew nić mat ce po wrót do przy zwo ite go, wy god - ne go ży cia. A mnie zna le zie nie do bre go mę ża. – A te raz? – Te raz wy rzu ca pie nią dze i mó wi, że mu szę cze kać. – Dziś wie czo rem wy bra ła się pa ni go od wie dzić? – Miesz ka w Dar ling ton. – Upi ła ko lej ny łyk i tym ra - zem tru nek wy raź nie jej po sma ko wał. – Gdy prze czy ta - łam list, nie mo głam uwie rzyć w to, co za wie ra: cze kaj, cze kaj, cze kaj. To miej sce mia ło być tyl ko na chwi lę, za - nim mi nie okres ża ło by, a Aaron nie ukoń czy prak ty ki. Jest praw ni kiem i wkrót ce poj mie za żo nę cór kę bo ga te - go czło wie ka. Dla cze go mia ła bym cze kać dłu żej? By łam za szo ko wa na. A po tem zła. Bar dzo, bar dzo zła. Czu łam się… Cóż, ta bran dy chy ba rze czy wi ście po ma ga. – Utkwi ła wzrok w no żu, jak by roz wa ża ła, w ja kim mor - der czym ce lu się nim po słu żyć. Do li cha! Wie rzył, że prze ży ła szok i łzy by ły by czymś na tu ral nym, lecz ta ki gniew to coś zu peł nie in ne go, zwłasz cza wo bec wbi te go z fu rią no ża. Coś tak nie okieł - zna ne go mo gło za pro wa dzić ją do do mu wa ria tów, a mo - że na wet na szu bie ni cę. – Ale dla cze go pa ni wy szła? Co pa ni za mie rza ła? Za mru ga ła, pa trząc na nie go. – Co za mie rza łam? Po pro stu nie mo głam zo stać w środ ku. Du si łam się oto czo na ciem no ścią, wil go cią, do - wo da mi na sze go ubó stwa. Wspo mnia łam czu łe obiet ni - ce, ja kie czy nił mat ce i łzy przy jej gro bie, po nie waż je go suk ces przy szedł za póź no. Czę ścio wo by ła to wi na mat - ki. Za wsze sta ra ła się ja koś so bie po ra dzić, na wet kie dy… Ca te do lał jej bran dy, ża łu jąc, że nie do koń czy ła zda - nia. Nie usły szał na ra zie nic no we go. Gdzie się ga ły ko - rze nie tej tra ge dii? – Za wsze był tak wdzięcz ny za do dat ko wy grosz, któ - ry uda ło się nam uciu łać – po wie dzia ła – ale nie zda wał so bie spra wy, ja kim kosz tem go wspie ra my. Kie dy przy - 17 cho dził, za kła da ły śmy naj lep sze suk nie i ma ma po da wa ła her ba tę na kil ku oca la łych sztu kach por ce la ny. Mia ły śmy też przy zwo ite me ble, ale mu sia łam je sprze dać, że by za - pła cić za po grzeb. Mat ka zmu si ła mnie, bym obie ca ła, że to nie on po nie sie kosz ty, gdyż po trze bu je każ de go pen - sa, by za ist nieć w za wo dzie. – Za tem wi na nie le ży wy łącz nie po je go stro nie. – Gdy by miał odro bi nę roz sąd ku, gdy by choć raz po - sta rał się do strzec coś po za wła sny mi po trze ba mi… Wie - dzia łam, ja ki jest, nie wy obra ża łam so bie jed nak… Prze - czy ta łam ten list i na gle wszyst ko to mnie prze ro sło. Czu - łam, że się du szę. Mu sia łam wyjść, za czerp nąć po wie trza. Spa ce ro wa łam po pro stu uli ca mi… – Pó ki nie zo sta ła pa ni za ata ko wa na. – Wła śnie. Gniew ją opu ścił. Wy cią gnę ła dłoń i za czę ła ry so wać szczu płym pal cem wzór w roz la nej na sto le bran dy. Spra - co wa nym pal cem ze zła ma nym pa znok ciem. Trzy gwi - nee mie sięcz nie. Wy star czy ło na czynsz, opał i skrom ne je dze nie, lecz na nic wię cej. – I co za mie rza pa ni zro bić? – Zro bić? – Wy pro sto wa ła się. – Na pi szę do nie go po - now nie. Je stem win na te go, że po dą ża łam do tąd śla dem mat ki i nie wy ja śni łam mu na le ży cie sy tu acji. – A je śli nie za re agu je tak, jak pa ni so bie ży czy? – Mu si. Nie mo gła być te go pew na. Nie mia ła dość amu ni cji i z pew no ścią zda wa ła so bie z te go spra wę. Co z oczu, to z ser ca i je śli jej brat ze chce na dal za cho wy wać się sa mo - lub nie, bę dzie ży ła w bie dzie do śmier ci. Mia ła w so bie coś, co spra wia ło, że naj chęt niej za brał - by ją z nędz ne go oto cze nia i za pew nił lep sze ży cie, ale co mógł by za ofe ro wać ko bie cie? Nie miał za wo du. Wy war - to na nie go pre sję, by sprze dał pa tent ofi cer ski i za ko - mu ni ko wa no, że nie bę dzie od tąd w ar mii mi le wi dzia ny. 18 Wszyst kie in ne przed się wzię cia, ja kich się od tam tej po - ry imał, koń czy ły się nie po wo dze niem. Brat za pew nił by mu sta ły do chód, gdy by nie to, że przed kil ko ma go dzi na mi omal się nie po bi li. Nie mógł wró cić te raz do Key nings. Je dy nym wyj ściem zda wa ło się zna le zie nie bo ga tej żo - ny. Nie miał zbyt du żo do za ofe ro wa nia ko bie cie ze swo - jej kla sy, ale być mo że fakt, iż jest dru gim sy nem lor da, zna czył by coś dla bo ga te go kup ca lub ko goś po dob ne go. Nie, nie miał nic do za ofe ro wa nia He rze. – Nie by ło by dla pa ni le piej, gdy by za trud ni ła się pa ni ja ko gu wer nant ka al bo da ma do to wa rzy stwa? – za su ge - ro wał. – Mia ła bym zo stać służ ąc ą? Ni gdy. Do sta nę to, co mi się na le ży. Bę dę żo ną i bę dę mia ła wła sny dom. – Bo adi cea – po wie dział, krzy wiąc się – po pro wa dzi ła ar mię prze ciw ko Rzy mia nom i zo sta ła zgła dzo na, a wraz z nią nie mal ca ły jej lud. – Coś ta kie go ra czej mi nie gro zi, pa nie Bur goy ne. – Mam na dzie ję. Mu si pa ni jed nak wie dzieć, że świat nie by wa ła ska wy dla ko biet, któ re cze goś się do ma ga ją, nie waż ne, słusz nie czy nie. – Do pił bran dy i wstał. – Przy kro mi z po wo du sy tu acji, w ja kiej się pa ni zna la zła, ale nie mo gę zro bić nic, by po móc. Ona tak że wsta ła – odro bi nę chwiej nie i przy trzy mu - jąc się krze sła. – Nie ocze ki wa łam te go, pa nie Bur goy ne. Dzię ku ję, że prze pę dził pan tych ban dzio rów i ży czę wszyst kie go naj lep sze go. Jej dłoń by ła tak szczu pła, a ona ta ka sa mot na. Mógł jed nak coś dla niej zro bić, po móc choć by w nie wiel kim stop niu. Wy jął z kie sze ni dwa szy lin gi. – Mam je dy nie dość pie nię dzy, by do trzeć do Lon dy - nu dy li żan sem pocz to wym, ży wiąc się pod dro dze naj - prost szym je dze niem, ale mógł bym za osz czę dzić te dwa 19 szy lin gi, gdy by po zwo li ła mi pa ni prze spać się tu taj. Za - pew ni ło by mi to pry wat ność i uchro ni ło przed pchła mi, a pa ni po dwo iła by swój dzien ny do chód. Spoj rza ła na szy lin gi i ob li za ła usta. Mo ne ty by ły mu po - trzeb ne, ale w Lon dy nie cze ka ły na nie go pie nią dze, mógł też za ro bić kil ka szy lin gów, a pew nie na wet gwi nei, w ten czy in ny spo sób. Ko bie ta nie mia ła ta kich moż li wo ści. – A je śli ktoś się do wie? Mo ja re pu ta cja le gnie w gru zach. Gdy by był męż czy zną in ne go po kro ju, już to ob li zy wa - nie warg mo gło by skło nić go, aby po zba wił ją re pu ta cji. Do li cha, nie po win na miesz kać sa ma, bez mę skiej ochro ny. Mo że na le ża ło by od szu kać jej bra ta… Sza leń stwo. Nie znał na zwi ska te go czło wie ka, nie wie dział, gdzie miesz ka i nie był w sta nie zmu sić go, że - by po stą pił jak na le ży. Po za tym, nie pra gnął w swo im ży - ciu wię cej kom pli ka cji. – Obie cu ję, że wy śli znę się przed świ tem – po wie dział. Za gry zła war gę, wal cząc z so bą, lecz bran dy po tra fi ła ob ni żyć mo ra le. – Do sko na le. – Wzię ła do rąk świe cę. – Za pro wa dzę pa na do po ko ju mat ki. Nie ste ty, po ściel nie by ła daw no wie trzo na. – Sy pia łem już w gor szych wa run kach. Nim wy szli, Ca te chwy cił rącz kę no ża i spró bo wał go wy cią gnąć. Od su nę ła się na tych miast z lę kiem w oczach, lecz on wy cią gnął po pro stu nóż i go odło żył. – Lek cja dla pa ni, He ro. Prze ko na ła się pa ni, że trud - no mi by ło uwol nić ostrze. Bądź go to wa sta wić czo ło kon se kwen cjom swych gniew nych uczyn ków. Od wró ci ła się i po pro wa dzi ła go na gó rę scho da mi, ema nu jąc nie chę cią. Dro ga ni gdy nie by wa gład ka dla ko bie ty od waż nej i ob da rzo nej bun tow ni czą na tu rą. Po chwi li zna leź li się, ści śnię ci, na ma lut kim po de ście, skąd dwo je drzwi pro wa dzi ło do po ko jów. Otwar ła te 20 po pra wej i we szła, a on mógł zno wu od dy chać. Do li cha, od lat nie od czu wał tak nagłego, trud ne go do okieł zna - nia po cią gu do ko bie ty. Za pa li ła oga rek świe cy i oczom Ca te’a uka zał się ko - lej ny nie mal pu sty po kój. Wą skie łóż ko bę dzie dla nie go za krót kie, ale ja koś so bie po ra dzi. – Dzię ku ję. Je śli wyj dę, za nim się pa ni obu dzi, ży czę wszyst kie go naj lep sze go. – A ja pa nu… Ca tes by. Mi go czą ce świa tło świec wy czy nia ło za dzi wia ją ce rze - czy z jej ry sa mi i je go umy słem. – Przy ja cie le na zy wa ją mnie Ca te – po wie dział. – To pa na nie że nu je? Żeńskie imię? – spy ta ła, ujaw - nia jąc znów bły sko tli we po czu cie hu mo ru. – Mam szpa dę i wiem, jak jej użyć, pa mię ta pa ni? – Szczę ściarz z pa na – od par ła, po waż nie jąc. Chciał cof nąć się wraz z nią ku cza som, gdy by ła bez - tro ska i we so ła. Za nim jej ro dzi na za zna ła klę ski i ubó - stwa. Pra gnął za pew nić jej szczę śli we dni, peł ne ra do ści i fry wol ne go śmie chu. Nie ste ty, po zo sta wa ło to po za je go za się giem. Ocią ga ła się z wyj ściem i Ca te po czuł, że zno wu bra - ku je mu tchu. Stał, na wpół prze ra żo ny, na wpół pe łen na dziei. Po żą da nie na ra sta ło i z tym aku rat mógł zro bić bar dzo wie le, by ła by to jed nak pod wie lo ma wzglę da mi ka ta stro fa, zwłasz cza dla niej. Kie dy unio sła twarz i spoj rza ła mu w oczy, na dal wal - czył z pier wot ną czę ścią swo jej na tu ry. – Po ca łu je mnie pan? Do li cha, Ca te! Nie rób te go. – Są dzi łem, że się mnie pa ni boi. – Je ste śmy te raz kom pa na mi od kie lisz ka – od par ła non sza lanc ko, wpa trzo na w ścia nę. A po tem spoj rza ła zno wu na nie go. – Wi dzi pan, nikt mnie jesz cze nie po - 21 ca ło wał, a sko ro wszyst ko wska zu je, że to się ni gdy nie sta nie, po my śla łam… Jak mógł by się oprzeć ta kiej proś bie? – Męż czyź ni w Nor thal ler ton to głup cy. Wy jął jej z dło ni świe cę i od sta wił, a po tem ob jął pra - wą dło nią twarz dziew czy ny. Chęt nie wsu nął by pal ce w roz pusz czo ne, ja sne wło sy, lecz He ra by ła już bar dzo spię ta, a on owład nię ty po żą da niem. Za tem po pro stu ją po ca ło wał. Chwy ci ła go dło nią za nad gar stek, ale nie za pro te sto - wa ła. Zbyt póź no zo rien to wał się, iż mo że wpaść w pa ni - kę i oskar żyć go o gwałt. Nie miał by wów czas nic na swo - ją obro nę. Nie zro bi ła te go jed nak, a on chciał po da ro wać jej ten po ca łu nek. Nie wie dział, na ile chcia ła się za an ga żo wać, po ca ło - wał ją więc zno wu, mu ska jąc usta mi jej war gi, w na dziei że je roz chy li. Przy ci snę ła moc no usta do je go ust, ewi - dent nie nie ma jąc po ję cia, co ro bić. Mógł po słu żyć się kciu kiem, by skło nić ją do roz chy le - nia warg, lecz za miast te go po pro stu pie ścił je swo imi. Od prę ży ła się, ale nie wi dać by ło, by mia ła ocho tę na wię - cej. W koń cu prze su nął więc usta na po li czek dziew czy ny, za mie rza jąc skoń czyć po ca łu nek. A po tem, pod da jąc się im pul so wi, przy cią gnął ją do sie bie. Mo że po trze bo wał te go rów nie moc no jak ona. Sta ła przez chwi lę sztyw no – po czym opa dła mu na gle na pierś, wy zu ta z sił. Gła dził jej ple cy, wy czu wa jąc ster - czą ce ko ści grzbie tu oraz ło pa tek. Świa do mość, że jest tak chu da, po nie waż no to rycz nie gło du je, doprowadzała go do fu rii. Nie mo żesz nic zro bić, Ca te. Od su nął się de li kat nie, upew niw szy się, że dziew - czy na stoi pew nie na no gach. Unio sła dłoń, jak by 22
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Nieoczekiwana hrabina
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: