Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00257 005371 13078725 na godz. na dobę w sumie
Nieujarzmiony - ebook/pdf
Nieujarzmiony - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 153
Wydawca: Harlequin Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-238-8147-6 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Doktor Bentley Rydel jest właścicielem kliniki weterynaryjnej, w której odbywa się nieustanna rotacja personelu. Szef kocha zwierzęta i jest gotów nosić je na rękach, wobec ludzi jednak jest bezwzględny. Żyje według własnych zasad, unika bliższych znajomości.
Pewnego dnia w jego uporządkowane życie wkracza pełna temperamentu, młodziutka Cappie Drake. Cappie próbuje dociec, dlaczego Bentley nieustannie chodzi wściekły. Nieoczekiwanie budzi się w niej sympatia do tego posępnego samotnika. On jednak uparcie zachowuje dystans...

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Diana Palmer Nieujarzmiony Tłumaczyła Julita Mirska Tytuł oryginału: Tough to Tame Pierwsze wydanie: Harlequin Romance, 2010 Redaktor serii: Ewa Godycka Opracowanie redakcyjne: Ewa Godycka Korekta: Urszula Gołębiewska ã 2010 by Diana Palmer ã for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2011 Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie. Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Znak firmowy Wydawnictwa Harlequin i znak serii Harlequin Romans są zastrzeżone. Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25 Skład i łamanie: COMPTEXTÒ, Warszawa ISBN 978-83-238-8147-6 ROMANS – 1058 ROZDZIAŁ PIERWSZY Cappie Drake wsunęła głowę za drzwi i rozejrzała się wokoło. Szukała szefa, doktora Bentleya Rydela, który od kilku dni wyładowywał na niej złość. Czy dlatego, że pracowała w klinice najkrócej? – Wyszedł na lunch. Cappie podskoczyła. Za nią stała uśmiechnięta szero- ko dziewiętnastoletnia Keely Welsh Sinclair, która nieda- wno poślubiła bogatego przystojniaka, Boone’a Sinclai- ra, lecz z powodu ogromnej miłości do zwierząt postano- wiła nie rezygnować z pracy. – Zgubiłam kwit nadania leków. Wiem, że gdzieś tu jest, ale szef zaczął na mnie krzyczeć i wszystko leciało mi z rąk... – Nastała jesień – oznajmiła filozoficznie Keely. – Słucham? – Jesień – powtórzyła Keely, a widząc oczy Cappie, wyjaśniła: – Jesienią doktor Rydel szybciej się irytuje. Czasem bez słowa wyjeżdża na tydzień. Kiedy wraca, nikomu nie mówi, gdzie był. – Doktor King wspomniała, że jestem piątym techni- kiem weterynaryjnym, jakiego Rydel zatrudnił w tym ro- ku. Poprzednich czterech długo nie wytrzymało. – Kiedy szef się nakręca, trzeba się uśmiechnąć. Albo warknąć. 6 Diana Palmer – Nie umiem warczeć. – Naucz się. Bo inaczej... – Do jasnej cholery, gdzie mój płaszcz? Na twarzy Cappie odmalowało się przerażenie. – Mówiłaś, że poszedł na lunch! – Najwyraźniej już wrócił – odparła Keely, zaciskając zęby, gdy doktor Rydel wpadł jak burza do poczekalni, w której siedziały dwie zgorszone staruszki. Bentley Rydel miał co najmniej metr osiemdziesiąt pięć wzrostu, niebieskie oczy, które w gniewie przybiera- ły odcień stali, gęste czarne włosy, zwykle potargane, bo przeczesywał je palcami, duże stopy, wielkie dłonie i nos, który na skutek złamania nadawał twarzy posępny wyraz. Nie odznaczał się konwencjonalną urodą, ale wielu ko- bietom się podobał. One jemu nie. W całym okręgu Ja- cobs w stanie Teksas trudno byłoby znaleźć większego mizogina od Bentleya Rydela. – Gdzie mój prochowiec? – Popatrzył z furią na Cappie, jakby to była jej wina, że wyszedł bez płaszcza na deszcz. Cappie wzięła głęboki oddech. – W szafie, panie doktorze. Tam go pan zostawił. Korciło ją, by coś dodać, ale uznała, że lepiej milczeć, bo a nuż straci pracę? Nagle zauważyła, że Bentley dziw- nie się jej przygląda. Zazwyczaj nosiła włosy upięte lub związane, teraz kilka długich jasnych kosmyków wysu- nęło się spod opaski. Keely uśmiechnęła się do staruszek, które z zafascyno- waniem przyglądały się tej scenie. – Pani Ross, zapraszam panią z Luvvy do zabiegowe- go. Zrobimy kotce zastrzyk. Drobna staruszka wstała z ociąganiem – nie chciała tracić przedstawienia! – i ciągnąc za sobą transporter na kółkach, oddaliła się korytarzem. Nieujarzmiony 7 – Doktorze Rydel? – spytała cicho Cappie, czując na sobie natarczywy wzrok. Mężczyzna skrzywił się. – Leje jak z cebra. – To nie moja wina. Nie odpowiadam za pogodę. – Ha! – Otworzywszy szafę, chwycił płaszcz i ruszył do drzwi. – A żebyś przemókł do nitki! – mruknęła pod nosem Cappie. – Słyszałem! – zawołał. Oblewając się rumieńcem, Cappie przeszła za kontuar; starała się nie patrzeć na Gladys Hawkins, która trzęsła się ze śmiechu. – Nie przejmuj się. – Doktor King, która od lat współ- pracowała z Bentleyem Rydelem, poklepała Cappie po ramieniu. – Doskonale sobie radzisz. Twoja poprzednicz- ka Antonia dwa razy dziennie wybuchała płaczem i nigdy nie odszczeknęła się szefowi. – Nie rozumiem tego. Większość weterynarzy to mili ludzie, którzy nie wrzeszczą na personel. A personel nie wrzeszczy... – Wrzeszczy, wrzeszczy – wtrąciła ze śmiechem Ke- ely. – Ostatnio mój mąż stwierdził, że jestem tylko psim fryzjerem. No i dostało mu się. – Bardzo słusznie – poparła ją doktor King – bo nasi fryzjerzy nie tylko strzygą. Oni cały czas bacznie obser- wują zwierzęta. Uratowali niejedno psie lub kocie życie. – Przystojny ten twój mąż – rzekła nieśmiało Cappie. – Owszem, ale też uparty jak osioł i wybuchowy. – Pewnie niełatwo takiego okiełznać? – spytała dok- tor King. – On to nic w porównaniu z Bentleyem. – Oj, tak. Współczuję tej, która się w nim zakocha. 8 Diana Palmer – Ja, chwalić Boga, jestem szczęśliwą mężatką – stwier- dziła ze śmiechem Keely. – Ciebie akurat doktor Rydel lubi. – Traktuje mnie jak dziecko. – Keely zamilkła. Pomy- ślała o swojej matce, którą zabił przyjaciel ojca. – Przykro mi z powodu twojej mamy – szepnęła Cappie. – Dopiero zaczynałyśmy się poznawać... Mój ojciec dostał stosunkowo łagodny wyrok, ale nie sądzę, żeby po odsiadce wrócił w te strony. Za bardzo boi się szeryfa Hayesa. Cappie pokiwała głową. – Ten to mi imponuje. Przystojny, odważny... – Samobójca. – Słucham? – Ciągle pcha się w ogień walki – wyjaśniła doktor King. – Dwa razy cudem uniknął śmierci. – Nie ma chwały bez ryzyka – skwitowała Cappie. Kobiety roześmiały się. Po chwili zadzwonił telefon, do kliniki wszedł kolejny klient. Późno dotarła do domu. Był piątek, poczekalnia nie pustoszała. Nikt nie wyszedł z pracy przed wpół do siód- mej, nawet Keely, która kilka godzin spędziła na myciu i czesaniu husky. Doktor Rydel jak zwykle warczał na wszystkich, zwłaszcza na Cappie, jakby to ona była od- powiedzialna za niekończący się strumień pacjentów. – Cappie, to ty? – zawołał z sypialni męski głos. – Tak, Kell! Rzuciwszy na krzesło torebkę i płaszcz, weszła do ma- łego pokoju, w którym jej starszy brat leżał z laptopem na zawalonym książkami łóżku. – Ciężki dzień? – spytała, siadając obok na materacu. Skinął głową. Twarz miał napiętą od bólu, który doku- Nieujarzmiony 9 czał mu dwadzieścia cztery godziny na dobę. Kell był dziennikarzem. Przebywając służbowo za granicą, uległ wypadkowi. Odłamek pocisku utknął w jego kręgosłupie. Kell został sparaliżowany od pasa w dół. Lekarze bali się go operować; powiedzieli, że może z czasem szrapnel przesunie się, wtedy operacja będzie możliwa. A do tego czasu... Najdziwniejsze było to, że redakcja go nie ubezpieczy- ła. I że on sam nie uznał za stosowne podać pracodawcy do sądu. Wcześniej kilka lat spędził w wojsku, później zatrudnił się w gazecie. Doskonale zarabiał. Kiedy Cap- pie wspomniała o tym znajomemu, ten się zdziwił: więk- szość dziennikarzy cienko przędzie. Dziś, po opłaceniu rachunków za leczenie, z oszczędności Kella niewiele zostało. Żyli głównie z jej zarobków, a te starczały na żywność i opłaty. – Wziąłeś leki przeciwbólowe? Potwierdził. – Nie pomogły? – Nie bardzo. – Zmusił się do uśmiechu. Był wyso- kim, przystojnym facetem o krótkich gęstych włosach, jeszcze jaśniejszych od włosów siostry, i pięknych sreb- rzystych oczach. Niestety, od czasu wypadku poruszał się na wózku. – Kiedyś cię zoperują. – Oby zdążyli, zanim umrę ze starości. – Och, przestań – skarciła go. – Nie wolno tracić na- dziei. Zjesz coś? – Nie, nie jestem głodny. – Mogłabym ugotować zupę kukurydzianą. Przyjrzał się jej z powagą w oczach. – Tylko ci przeszkadzam, Cappie. Istnieje mnóstwo domów dla byłych żołnierzy, w których mógłbym... 10 Diana Palmer – Nie! – zaprotestowała. – To nie w porządku. Mając mnie na karku, nigdy nie znajdziesz męża. – Już o tym rozmawialiśmy. – Zrezygnowałaś z pracy, żeby przenieść się tu ze mną. Gdyby nasz kuzyn nie zapisał nam w spadku tego domu, nawet nie mielibyśmy gdzie mieszkać. – Nie dramatyzuj! Jesteś moim bratem. I na pewno nie pozbędę się ciebie, żeby prowadzić bujne życie towarzys- kie. Zresztą, jak wiesz, mężczyźni nie bardzo mnie inte- resują. Zacisnął zęby. – Tak, wiem. Ten skurwiel mógł cię zabić! A gdybym nie nalegał, ty byś nawet nie wniosła oskarżenia. Odwróciła wzrok. Frank Bartlett, jedyny chłopak, ja- kiego miała w życiu, pod wpływem alkoholu przeistaczał się w furiata. Za pierwszym razem złapał ją za ramię tak mocno, że zostały jej na ciele fioletowe siniaki. Kell radził siostrze, by z nim zerwała, ale ona, zakochana, zaczęła usprawiedliwiać Franka: że to niechcący, że przecież nic się nie stało. Kell wiedział swoje, ale nie zdołał siostry przekonać. Na czwartej randce Frank zabrał ją do baru, gdzie wy- pił kilka drinków. Kiedy delikatnie zasugerowała, aby więcej nie pił, wyciągnął ją na zewnątrz i zaczął tłuc. Na pomoc przybiegli inni goście. Jeden z nich odwiózł ją do domu. Frank zjawił się po paru dniach skruszony i błagał, by mu dała jeszcze jedną szansę. Kell zdecydowanie się sprzeciwił, ale Cappie znów nie posłuchała brata. Któregoś dnia, oglądając z Frankiem film, poruszyła temat jego picia. Frank wpadł w szał; rzucił się na nią z pięściami. Kell przyjechał na wózku do salonu i pod- stawą lampy huknął Franka w głowę. Oszołomionej Cap- Nieujarzmiony 11 pie polecił związać draniowi ręce na plecach, sam zaś chwycił telefon i wezwał policję. Cappie trafiła do szpita- la, Frank do aresztu. Ze złamaną ręką złożyła w sądzie zeznania. Wyrok, jaki zapadł, nie był zbyt wysoki. Pół roku więzienia, rok kurateli sądowej. Frank poprzysiągł zemstę. Kell potrak- tował jego słowa znacznie poważniej niż Cappie. Mieli dalekiego kuzyna, który mieszkał w Comanche Wells, tuż przy Jacobsville w Teksasie. Kuzyn zmarł po- nad rok temu, ale sprawa spadkowa się przeciągała. Wre- szcie trzy miesiące temu nadszedł list z informacją, że rodzeństwo Drake’ów odziedziczyło mały dom z mikro- skopijnym ogródkiem. Z początku Cappie nie bardzo chciała wyjeżdżać z San Antonio, ale Kell się uparł. W po- bliżu Jacobsville miał kumpla, który znał miejscowego weterynarza. Cappie mogłaby tam dostać pracę jako tech- nik. Zgodziła się. Nie zapomniała o Franku. Był jej pierwszą miłością. Na szczęście dla niej ich związek ograniczał się do poca- łunków i pieszczot, choć Frankowi zależało na większej intymności. Cappie jednak zdecydowanie odmówiła; miała niezłomne zasady moralne. Frank był niepocieszo- ny. Twierdził, że pije przez nią; jest sfrustrowany, sek- sualnie niewyżyty... Potem Cappie dowiedziała się, że kilka jej koleżanek również miało agresywnych chłopaków. Jedne zakończy- ły związki i uwolniły się od brutali. Inne ze strachu nie potrafiły odejść. Zrozumiała wtedy, jak pozory mylą. Nie sposób poznać po wyglądzie, jak mężczyzna się zachowa, kiedy będzie z kobietą sam na sam. Bentley Rydel przy- najmniej nie ukrywał swojego paskudnego charakteru. – O czym myślisz? – spytał Kell. – O moim szefie. To potwór. Przeraża mnie. 12 Diana Palmer Kell zmarszczył brwi. – Przypomina Franka Bartletta? – Och, nie! Nie wierzę, żeby mógł uderzyć kobietę. On po prostu cały czas chodzi wściekły i przeklina. Ale lubi zwierzęta. Kiedyś przyszedł do nas facet z mocno pokiereszowanym kundlem. Twierdził, że psina spadła ze schodów. Bentley Rydel nie uwierzył; wezwał policję. Facet trafił za kratki. – Podoba mi się twój szef. I masz rację; człowiek, który lubi zwierzęta, nie uderzyłby kobiety. – Na moment umilkł. – Frank już na pierwszej randce kopnął twojego kota. – A ja próbowałam go usprawiedliwić. – Zdegustowa- na pokręciła głową. Pamiętała, że niedługo potem kot zniknął. Nie wiedziała, co się z nim stało. Ale wrócił, kiedy rozstała się z Frankiem. – Schlebiało mi, że taki przystojny chłopak mógłby się mną zainteresować. To co z zupą? Kell westchnął. – Nie odmówię. – Świetnie. Biorę się do roboty. Wróciła z tacą, na której stały dwie miski. Poza sobą nie mieli nikogo. Ich rodzice zginęli trzynaście lat temu, kiedy Cappie była dzieckiem. Kell wziął siostrę pod swo- je opiekuńcze skrzydła. Przez wiele lat troskliwie się nią zajmował, przesiadując w domu, zamiast chodzić na rand- ki albo spotykać się z kumplami. Pamiętała go w mundurze oficera. Wyglądał wtedy władczo i dostojnie. Teraz był przykuty do łóżka i do wózka inwalidzkiego. Takiego zwykłego, bo na elektry- czny nie było ich stać. Ale nie leżał do góry brzuchem. Bazując na własnych doświadczeniach i na relacjach ko- legów, którzy pracowali w wywiadzie, pisał powieść – przygodową. Nieujarzmiony 13 – Jak ci idzie pisanie? Roześmiał się. – Nieźle. Rozmawiałem z kumplem z Waszyngtonu o nowych strategiach politycznych i nowych rodzajach broni. – Czy jest ktoś, kogo nie znasz? – Pewnie ktoś by się znalazł. – Westchnął. – Obawiam się, że w tym miesiącu znów przyjdzie wysoki rachunek za telefon. Poza tym musiałem zamówić kilka książek o Afryce... Cappie popatrzyła na brata z dumą w oczach. – Bardzo dobrze. Dużo robisz. Znacznie więcej niż ludzie sprawni fizycznie. – Sypiam mniej niż oni, więc mam więcej czasu na pracę. – Musisz pogadać z doktorem Coltrainem o swojej bezsenności. – Gadałem. Wypisał mi receptę. – Której nie wykupiłeś. Wiem to od Connie z apteki. – Szkoda forsy na leki nasenne. Nie martw się, jakoś sobie poradzę. – Wszystko sprowadza się do pieniędzy. – Cappie też westchnęła. – Żałuję, że nie jestem tak mądra i uta- lentowana jak ty. Może wtedy znalazłabym lepiej płatną pracę. – Przestań. Kochasz zwierzęta i masz dryg do tej ro- boty – powiedział Kell. – To ważniejsze od zarobków. Wiem, co mówię. Ponownie zanurzyła łyżkę w misce z zupą. – Może, ale łatwiej byłoby opłacić rachunki, gdy- bym... – Zobaczysz, jeszcze będziemy bogaci. – Uśmiechnął się szeroko. – Moja książka trafi na listę bestsellerów, 14 Diana Palmer wszyscy będą zapraszać autora na spotkania i wywiady, kupimy sobie nowy samochód... – Optymista. – Trzeba mieć nadzieję. – Skrzywił się i powiódł wzrokiem po sypialni. – Inaczej co nam zostało? Brudne ściany, popękany tynk, auto z przebiegiem prawie cztery- stu tysięcy kilometrów i cieknący dach. Cappie skierowała spojrzenie na żółtą plamę na suficie. – Szkoda, że nas nie stać na gont. – Blacha była tańsza. I ładnie się prezentuje. – Cappie popatrzyła na brata z powątpiewaniem w oczach. – A ten deszcz na dachu? Nie podoba ci się? Mamy za darmo koncert. – Koncert? Raczej dudnienie. – Naprawdę uważam, że powinienem się przenieść do domu dla żołnierzy. – Po moim trupie. Zjadaj zupę. – Dobrze, nie złość się. Uśmiechnęła się czule. Był najwspanialszym bratem, jakiego można sobie wymarzyć. Nie zamierzała go ni- gdzie oddawać. Kiedy nazajutrz rano dotarła do pracy, przestało padać. Dzięki Bogu. Nie miała ochoty wynurzać się spod kołdry. Uwielbiała leżeć przykryta po nos i słuchać bębnienia deszczu. Ale nie chciała, by ją wyrzucono z pracy. Jed- nego z drugim nie da się połączyć. Chowała płaszcz do szafy, kiedy czyjeś długie ramię wysunęło się zza jej pleców i podało własny płaszcz. – Proszę to powiesić. – Dobrze, panie doktorze. – Zamknąwszy drzwi sza- fy, Cappie obróciła się. – Coś się stało? – spytała, bo Bentley Rydel nie ruszył się z miejsca. Nieujarzmiony 15 – Nie. – Wyglądał tak, jakby dźwigał na swych bar- kach wszystkie problemy świata. Znała to uczucie; miała sparaliżowanego brata, które- mu nie mogła pomóc. – Jak plują, czasem trzeba myśleć, że deszcz pada. – Co pani może o tym wiedzieć? Jest pani za młoda. – Nie liczy się wiek, doktorze. Liczy się doświadcze- nie. Gdybym była samochodem, musieliby mi wstawić klamki ze szczerego złota, żeby ktokolwiek chciał mnie kupić. Jego spojrzenie nieco złagodniało. – Gdybym ja był samochodem, trafiłbym na złom. Parsknęła śmiechem. – Przepraszam – zreflektowała się. – Za co? – Trudno się z panem rozmawia – przyznała. Przez chwilę milczał. – Nie jestem przyzwyczajony do ludzi – rzekł w koń- cu. – To znaczy, widuję ich w pracy, ale mieszkam sam. Większość życia spędziłem samotnie. – Nagle zmarsz- czył czoło. – A pani mieszka z bratem, prawda? On nie pracuje? – Jako dziennikarz przebywał na terenach objętych wojną. W pobliżu miejsca, gdzie stał, wybuchł pocisk. Odłamek utknął w jego ciele. Operacja nie wchodzi w grę. Kell jest sparaliżowany od pasa w dół. – Psiakrew. – No właśnie, psiakrew. Wiele lat był w wojsku. W końcu uznał, że nie może mnie dłużej ciągać po całym świecie, więc znalazł pracę w jakiejś gazecie. Powiedział, że więcej czasu będzie spędzał w domu. I tak jest, tyle że żyje w ustawicznym bólu. A mnie boli, jak na niego patrzę. 16 Diana Palmer W oczach Bentleya zobaczyła błysk współczucia. – Tak, łatwiej samemu znosić ból, niż patrzeć na cier- pienie ukochanej osoby. Opiekuje się pani bratem? Uśmiechnęła się. – Na tyle, na ile mi pozwala. On opiekował się mną, odkąd nasi rodzice zginęli w wypadku. Miałam wtedy dziesięć lat. Oczywiście stale powtarza, że jego miejsce jest w domu dla żołnierzy, ale nie zamierzam go nigdzie oddawać. Bentley Rydel zamyślił się. Miał taką minę, jakby bar- dzo chciał z kimś porozmawiać, ale nie miał z kim. – Niekiedy życie bywa paskudne – szepnęła. – Rodzimy się, cierpimy, a potem umieramy. No dob- ra, do roboty, panno Drake. – Zawahał się. – Pani imię, Cappie, to zdrobnienie od...? Przygryzła dolną wargę. – No? – ponaglił. – Od Capelli – przyznała niechętnie. Uniósł brwi. – Tej gwiazdy? Roześmiała się zachwycona. Był jedną z nielicznych osób, które słyszały o takowej. – Pewnie któreś z pani rodziców miało bzika na punk- cie astronomii? – Bzika? Hm, mama była astronomem, a ojciec astro- fizykiem. Pracował dla NASA. Bentley Rydel pokiwał głową. – Musieli być piekielnie inteligentni. – Nie odziedziczyłam po nich inteligencji. Ale Kell... pisze książkę. To będzie bestseller. – Wyszczerzyła zęby w uśmiechu. – Brat zostanie milionerem. Wtedy nie bę- dziemy musieli przejmować się kosztami leczenia. – W tym kraju opieka zdrowotna to kpina – mruknął
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Nieujarzmiony
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: