Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00367 006195 14677147 na godz. na dobę w sumie
Niewiarygodne przypadki Victora Holmersa - ebook/pdf
Niewiarygodne przypadki Victora Holmersa - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 150
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-272-3945-7 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> kryminał, sensacja, thriller >> kryminał
Porównaj ceny (książka, ebook (-8%), audiobook).

Victor Holmers to organiczny racjonalista i sceptyk. Gliniarz z zamiłowania i urodzony detektyw. Los bezustannie płata mu figle, obarczając zdumiewającymi przypadkami śledztw, podczas których jego zdrowy rozsądek zostaje wystawiony na próbę. W ostatecznym rozrachunku rozsądek zwycięża, wbrew zauroczonym irracjonalnością współpracownikom oraz na przekór poglądom młodej żony pogrążonej w oparach filozofii orientu.

Dziesięć historii z życia Holmersa stanowi krótki przegląd kilku lat jego zawodowej kariery: od błyskotliwego żółtodzioba, do pogodzonego z losem rutyniarza. W tym okresie, na przełomie lat 80-tych i 90-tych, zmaga się ze sprytnymi przestępcami, jak również z zawiłościami teorii prawdopodobieństwa.

Opowiadania zostały napisane i opublikowane w 1992/93 roku w czasopismach, o których nikt już nie pamięta. Internet jeszcze wtedy praktycznie nie istniał; nie było w powszechnym użyciu telefonów komórkowych, esemesów, empetrójek i innych gadżetów wyznaczających klimat obecnej epoki. PeCety ledwie rozpoczynały swoje panowanie, a papierosy można było palić gdzie dusza zapragnie. Polskę tamtych czasów charakteryzowało piętno politycznych przemian i przepychanek. Aby uniknąć odniesień do tej atmosfery, akcję umieściłem gdzieś w Ameryce. Nie tej rzeczywistej, lecz tej znanej z seriali, filmów i literatury, fascynująco odrealnionej.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Niewiarygodne przypadki Victora Holmersa (Fragmenty) Andrzej Seget Karince, mojej inspiracji nieustającej i niestrudzonej © Copyright by Andrzej Seget ISBN 978-83-272-3945-7 Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części publikacji zabronione bez pisemnej zgody autora. OD AUTORA: Victor Holmers to organiczny racjonalista i sceptyk. Gliniarz z zamiłowania i urodzony detektyw. Los bezustannie płata mu figle, obarczając zdumiewającymi przypadkami śledztw, podczas których jego zdrowy rozsądek zostaje wystawiony na próbę. W ostatecznym rozrachunku rozsądek zwycięża, pomimo zauroczonych irracjonalnością współpracowników oraz młodej żony, pogrążonej w oparach filozofii orientu. Dziesięć historii z życia Holmersa stanowi krótki przegląd kilku lat jego zawodowej kariery: od błyskotliwego żółtodzioba, do pogodzonego z losem rutyniarza. W tym okresie, na przełomie lat 80-tych i 90-tych zmaga się z chytrymi przestępcami, jak również z zawiłościami teorii prawdopodobieństwa. Opowiadania zostały napisane i opublikowane w 1992/93 roku w czasopismach, o których nikt już nie pamięta. Internet jeszcze wtedy praktycznie nie istniał; nie było w powszechnym użyciu telefonów komórkowych, esemesów, empetrójek i innych gadżetów, wyznaczających klimat obecnej epoki. PeCety ledwie rozpoczynały swoje panowanie, a papierosy można było palić gdzie dusza zapragnie. Polskę tamtych czasów charakteryzowało piętno politycznych przemian i przepychanek. Aby uniknąć odniesień do tej atmosfery, akcję umieściłem gdzieś w Ameryce. Nie tej rzeczywistej, lecz tej znanej z seriali, filmów i literatury, fascynująco odrealnionej. Spis treści 6 W POZYCJI LOTOSU ............................................................................ PORACHUNKI PANA BOGA .............................................................. 20 36 BLISKIE SPOTKANIA III STOPNIA ....................................................... 51 PRAWO DO ROZTARGNIENIA ........................................................... ŚLUBU NIE BĘDZIE ........................................................................... 71 BEZSENNOŚĆ ................................................................................... 83 97 BILARDZISTA .................................................................................... 111 MAŁE PIWO ................................................................................... 122 DOBRANOC MISIU ......................................................................... OSTATNIA LITERA ........................................................................... 134 W POZYCJI LOTOSU (dostępne w wersji pełnej) Strona | 6 PORACHUNKI PANA BOGA (dostępne w wersji pełnej) Strona | 7 BLISKIE SPOTKANIA III STOPNIA Jason Tallkopf plasował się gdzieś w górnych granicach zamożności statystycznego członka klasy średniej. Jako oszczędny szef nieźle prosperującej firmy marketingowej nie narzekał na dochody, a tym bardziej na mnogość cyfr zasiedlających jego osobiste konto. W wolnych chwilach zaś namiętnie prezesował Stanowemu Klubowi Poszukiwaczy UFO. Gdyby nie to nieszkodliwe zamiłowanie, konto Jasona Tallkopfa ociekałoby gęstym tłuszczem. Nachodziły go czasem gorzkie refleksje w powyższym guście. W dniu, gdy usłyszał Głos, wątpliwości prysły jak bańka mydlana. Zjawisko to nastąpiło pod koniec kwietnia, przed południem, w obszernym biurze, które wynajmował na piętrze dostojnej kamienicy. — Jasonie Tallkopf — niesamowity Głos przemówił w łamanej angielszczyźnie. — Jasonie Tallkopf, czy mnie słyszysz? Prezes Stanowego Klubu Poszukiwaczy UFO rozejrzał się zaniepokojony. Jego osobisty sekretarz siedział obok, zestawiając szeregi cyfr na komputerze. — Jeremy, mówiłeś coś? Jeremy Peepshaw podniósł nieprzytomny wzrok. — Pan pytał, szefie? — Tak. Zdawało mi się, że coś mówiłeś. Sekretarz zrobił zdziwioną minę. — Nie. Nic takiego. Głos odezwał się ponownie. Strona | 8 — Jasonie Tallkopf, proszę o potwierdzenie wezwania. Szef podniósł się zza biurka. — O! Znowu! Nic nie słyszałeś? Jeremy zaprzeczył patrząc nań podejrzliwie. — Nie. A pan? Talkopf zerknął na niego krzywo. — Peepshaw! Nie rób ze mnie durnia! Na pewno słyszałeś, że ktoś wygaduje tu jakieś brednie! — Jasonie Tallkopf — wtrącił zniecierpliwiony Głos. — Proszę o potwierdzenie wezwania. Nikt, prócz ciebie, nie może mnie słyszeć. Mamy niewiele czasu. Tallkopf przełknął ślinę. — Potwierdzam wezwanie — rzekł bez przekonania, patrząc z ukosa na zdziwionego sekretarza. — Kto mówi? — Mamy synchronizację! — kwiknął Głos, jakby do kogoś obok, po czym znowu do Jasona: — Panie Tallkopf, może najpierw nas przedstawię, bo tego ponoć wymaga wasza etykieta. Pochodzimy ze świata, orbitującego wokół słońca, które wy nazywacie Sigmą konstelacji Smoka. Jesteśmy członkami gwiezdnego patrolu poszukującego obcych cywilizacji. — O Jezu! — jęknął Tallkopf. — W rzeczy samej — podjął Głos. — I mamy pewien problem. Potrzebujemy pomocy. Nie ma pan pojęcia jak bardzo. Wysiadły nam głowice hiperprzestrzenne i do ich naprawy jest nam niezbędna pewna ilość chemicznie czystej platyny. Inaczej nie wrócimy do macierzystej bazy. Strona | 9 Prezes spurpurowiał aż po owalny placek łysiny, opinającej czubek okrągłej niczym melon głowy. — To dlaczego nie zwrócicie się z tym do naszego rządu? Jestem przekonany, że wam pomogą! Jeremy spoglądał na szefa szeroko otwartymi oczami. — Nasza misja jest ściśle poufna. Nie możemy podejmować żadnych kroków na szczeblu dyplomatycznym, dopóki władze naszych planet nie wymienią oficjalnych not. A nie zrobią tego na pewno, dopóki nie dowiedzą się o istnieniu waszej cywilizacji. Musieliśmy się zwrócić do kogoś spoza sfer rządzących i nasz wybór padł na pana, jako najbardziej kompetentnego mieszkańca tej planety w sprawach związanych z naszym przybyciem. Tylko pan może nam pomóc. — Ale w jaki sposób? — zapytał mile połechtany w ambicję Tallkopf. — Niezbędna ilość tego pierwiastka kosztuje czternaście i pół tysiąca dolarów i o taką sumę ośmielamy się pana prosić. Wąż w kieszeni prezesa syknął ostrzegawczo. — To dużo pieniędzy. — Oczywiście — odparł Głos. — W przeciwnym wypadku sami uporalibyśmy się z tym problemem. W zamian otrzyma pan nasze poparcie, gdy przyjdzie czas wyboru pełnomocnika naszego rządu na teren Stanów Zjednoczonych. To będzie bardzo lukratywne stanowisko. Jasona zatkało. Nawet wąż zamilkł zaskoczony. — Co mam zrobić? — Przede wszystkim wypisać czek na okaziciela. Z oczywistych względów nie dysponujemy kontem bankowym, Strona | 10 więc przelew nie wchodzi w rachubę. Spotkamy się dzisiaj o północy w podmiejskim lesie... Tu głos dokładnie wyjaśnił jak dotrzeć w umówione miejsce. — ... Nie muszę chyba dodawać, że powinien pan przyjść W przeciwnym wypadku będziemy zmuszeni sam. zrezygnować z pańskiej pomocy. — Możecie być spokojni! — zapewnił szybko Tallkopf. — W takim razie do zobaczenia. Głos umilkł. — Z kim pan rozmawiał, szefie? — zapytał zaniepokojony Jeremy. Spojrzenie jakim go mierzył mówiło samo za siebie. — Nie twój zasrany interes! — warknął Tallkopf. — Zajmij się lepiej robotą. Po czym, mocno wzruszony, opadł z powrotem na krzesło. Nocą, zaopatrzony w latarkę, wyruszył na umówione spotkanie. Najtrudniej było wytłumaczyć żonie powody swojej nocnej eskapady, bo za żadne skarby nie chciała mu uwierzyć, iż wyjeżdża o tej porze w interesach. O kosmitach nawet nie wspomniał, bo jaka baba dałaby wiarę, że jej mąż udaje się na nocną schadzkę z małymi, zielonymi ludzikami? W najlepszym przypadku skończyłoby się to interwencją sanitariuszy od czubków. Głęboko w leśnej przecince natknął się na kolorowy znak szlaku turystycznego i zatrzymał samochód. Przeszedłszy kilkanaście metrów w głąb lasu dotarł do niewielkiej polany. Wybiła północ. Strona | 11 Jason Tallkopf omiótł latarką okoliczne drzewa. — Halo! Sigmianie! ... — zawołał teatralnym szeptem. Serce biło mu jak szalone. Oto spełniają się jego najskrytsze marzenia. Za chwilę weźmie udział w bliskim spotkaniu III stopnia. Nad wierzchołkami drzew zapłonął nagle równiutki krąg niebieskich świateł. Zabrzęczało coś tajemniczo. — Jezus Maria! — szepnął zachwycony. Zza grubych pni wyszły sztywno trzy postacie. Pojawiły się nagle, jakby ktoś znienacka zrzucił czarną kurtynę. W świetle reflektorów latającego spodka dostrzegł, że przejawiają cechy gadzie. Ich skóra w miejscach odsłoniętych pokryta była łuskami. Oczy duże, czarne, bez źrenic — wszyscy mieli po cztery palce u rąk i nóg — na głowie koguci grzebień. Odzienie Obcych składało się jedynie z krótkich, srebrnych trykotów. Podeszli do niego człapiąc niepewnie w grząskim po niedawnym deszczu gruncie, — Witamy cię Jasonie — przemówił środkowy głosem, który Talkopf znał z przedpołudniowej pogawędki w biurze. Chciał powiedzieć coś stosownego na tę okazję, ale wzruszenie odebrało mu mowę. Wybełkotał tylko kilka nieartykułowanych dźwięków i przełknął ślinę. Kosmici od razu przeszli do interesów. — Czy przyniosłeś czek? — Oczywiście — wykrztusił odchrząknąwszy uprzednio, a w oczach zakręciły mu się łzy. — Przyjaciele w rozumie, doprawdy nie wiem, co powiedzieć. Jestem zbyt szczęśliwy... Środkowy kosmita uniósł rękę. Strona | 12 — Nie oczekujemy przemówień, przyjazny Ziemianinie. My również jesteśmy wzruszeni tą chwilą oraz bezinteresownością przedstawiciela młodej rasy zamieszkującej tą planetę. Jeszcze przyjdzie czas na oracje. Tallkopf sięgnął drżącymi rękami po portfel. — Proszę, oto czek na 15 tysięcy dolarów amerykańskich — kwotę zaakcentował przeciągając samogłoski. — Za resztę możecie kupić jakieś drobiazgi dla małżonek, na pamiątkę gościnnej Ziemi... — Dziękujemy ci z całej wątroby — odparł kosmita odbierając karteczkę od Jasona. — U nas to najważniejszy organ — dodał. — Aha — chrząknął Tallkopf i nagle coś go tknęło. — Zaraz... Ale w jaki sposób zamierzacie kupić potrzebny wam pierwiastek? Przecież rozpoznają was natychmiast! W banku albo w... sklepie! Kosmici milczeli długą chwilę, przestępując z nogi na nogę. — To stanowi pewien problem — odpowiedział ostrożnie Środkowy natomiast ten z lewej zrobił kilka kroków wstecz, rozcapierzone łapy pośliznęły mu się w błocie i wyrżnął szerokim zadem prosto w kałużę. — Kurwa mać! — zaklął całkiem po ludzku głosem, który wydał się Jasonowi bezczelnie znajomy. Wszyscy zamarli nagle. Kosmita siedział nadal w wodzie, jakby go siły opuściły. W mózgu Tallkopfa zaskoczyła odpowiednia zapadka. — Jeremy?! — zawołał. — To ty? — I nagle ryknął śmiechem. Strona | 13 — Chłopaki! — wołał krztusząc się przez łzy. Aleście mi numer wykręcili! Żeby wam zadki popękały! ... Zadudniły niepewnie śmiechy dwóch stojących kosmitów: jednego normalnie, po ludzku — śmiech drugiego był elektronicznie zniekształcony. — No już dobra, chłopaki — zaskrzeczał po długiej chwili Jason Tallkopf i otarł łzy. — Udał się wam kawał jak wszyscy diabli. Możecie mi już oddać czek. Śmiech zamilkł jak ucięty nożem. Kosmici spojrzeli po sobie. Ufoludek Jeremy wstał, otrzepując trykot z błota. — Tego nie było w planie — rzucił Środkowy, ten ze zniekształconym głosem. — Ty zasrałeś robotę, Jerry, więc teraz coś wymyśl! Tallkopfowi zrobiło się nagle gorąco. — Hej! Co wy wygadujecie! Żarty żartami, ale... — tu umilkł, bo milczący dotychczas kosmita zdusił mu usta żelaznym uchwytem. Środkowy zdjął z twarzy maskę i przemówił już zwykłym głosem. — Musimy go wykończyć. Jason Tallkopf wybałuszył oczy jeszcze bardziej i zabełkotał niewyraźnie. — Nie możemy tego zrobić — szepnął przestraszony Jeremy Peepshaw. Jego maska dyndała już u pasa. — Zamknij się dupku! — warknął Środkowy. — Przynieś foliowy worek, a potem spuść powietrze z balonu... I wyłącz te cholerne żarówy! — dorzucił za biegnącym Peepshawem. Strona | 14 Potem trzymali Tallkopfa we trójkę, uprzednio uszczelniwszy mu wokół szyi plastykową torbę. Worek na głowie wierzgającego się prezesa od latających talerzy wydymał się z coraz większą częstotliwością, aż zamarł przytulony do jego szeroko otwartych ust. Położyli go na ziemi, a Środkowy zbadał mu puls. — Po wszystkim — powiedział zadyszany, i do Jeremy ego: — To twoja wina, palancie! Gdybyś nie wywinął orła facet resztę życia spędziłby w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku! — Kurcze felek! — szepnął łamiącym się głosem Jeremy i dodał: — Nie myślałem, że to się tak skończy! — Z myśleniem zawsze było u ciebie nie za bardzo, fajtłapo! — Dobra! — szczeknął najbardziej dotychczas małomówny kosmita. — Dość gadania! Spływamy! Na polanie ucichło. Po kilku minutach wyłoniła się zza drzew jakaś chuda sylwetka. Mężczyzna podszedł powoli do leżącego Tallkopfa i przyłożył mu ucho do piersi. Potem zerwał się nagle i pobiegł w kierunku szosy. * * * Przejeżdżając obok leśnej przecinki spostrzegłem podejrzane, niebieskie światło nad drzewami w głębi. Chwilę obserwowałem to zjawisko, po czym wjechałem ostrożnie do lasu. W połowie drogi punkt świetlny rozpadł się na krąg koncentrycznie usytuowanych reflektorów. To było na pewno UFO. Zanim dotarłem do tego zaparkowanego w lesie samochodu światła zgasły. Minęło trochę czasu nim odnalazłem tę polanę, na której trzej kosmici szamotali się z tym facetem... Za żadne skarby bym tam nie poszedł. Bałem Strona | 15 się nawet poruszyć, bo diabli wiedzą jakimi zmysłami dysponują te istoty... Dopiero gdy oddalili się w pośpiechu, zostawiając człowieka na ziemi odważyłem się podejść do niego. Nie żył już. Z początku to nie chciałem zawiadamiać policji w obawie przed zemstą kosmitów, ale przemyślawszy całą sytuację zdecydowałem się, po trzech godzinach, przyjechać na posterunek. Nie użyłem telefonu, ponieważ bałem się, że jest na podsłuchu . Holmers, który zaledwie przed chwilą przybył na miejsce, spoglądał podejrzliwie na zeznającego. Słońce dopiero wstawało i w lesie panował półmrok. Przecinka zastawiona była samochodami i sprzętem. Niezmordowana ekipa Krantza dokonywała oględzin okolicznego terenu i na wyniki trzeba było poczekać. Dwóch funkcjonariuszy z psami oddaliło się z ujadaniem głęboko w las. Sanitariusze wnieśli do ambulansu ciało opatulone czarnym workiem. Przyszedł doktor Stern. — Cześć, Vic — zagadnął ściskając mu dłoń. — Znowu ci nie dali pospać? Holmers wzruszył ramionami. — Znalazł pan coś? — Został uduszony, ale jeszcze nie wiem jak. Nie ma prawie żadnych śladów oprócz paskudnego wyrazu twarzy i zsinienia. Będę wiedział wszystko, kiedy go wezmę na stół. Im prędzej tym lepiej. I doktor Stern wsiadł do swojego samochodu. Potem przyszedł Krantz z wstępną relacją. Nieboszczyk nazywał się Jason Tallkopf — szef firmy marketingowej. W jego portfelu znaleziono również legitymację prezesa Stanowego Klubu Poszukiwaczy UFO. Żonaty, bezdzietny, 55 lat. Strona | 16 — Jak to wygląda w kontekście relacji świadka? — zapytał Holmers. Krantz podrapał się w głowę. — Widzisz — rzekł niepewnie. — Wygląda, że facet nie łże. Znaleźliśmy mnóstwo śladów czteropalczastych istot — grunt jest lekko podmokły, więc niektóre zachowały się doskonale. Wykonaliśmy kilkanaście niezłych hologramów. Holmers sapnął ze złością. — Więc załatwili go Obcy, tak? W dodatku na bosaka! A co w tym czasie robił jego anioł stróż? Krantz rozłożył ręce. — To są wyraźne ślady. Ja znam swoją robotę. Zaszeleściły kroki. Z zarośli wyszło dwóch smutnych funkcjonariuszy z nie mniej smutnymi psami. — Dotarliśmy po okręgu do szosy — powiedział funkcjonariusz Spotmayer. — Tam psy straciły orientację. Z odcisków stóp Obcych i śladów opon wywnioskowaliśmy, że wsiedli do jakiegoś pojazdu i wyjechali na drogę... — ...Po czym pojazd uniósł się w powietrze i odleciał w niewiadomym kierunku — burknął pod nosem Holmers. Policjant Spotmayer nadstawił uszu. — Nie dosłyszałem, inspektorze. Co pan mówił? Holmers machnął ręką. — Wyślę tam chłopców ze sprzętem — powiedział Krantz. Holmersowi przypadł niemiły obowiązek zawiadomienia żony. Po drodze wstąpił do domu na śniadanie. Sandra przygotowała mu jakieś wegeteriańskie świństwo z badylami, Strona | 17 które przełknął w pokornym milczeniu. Nie miał teraz ochoty na filozoficzne dysputy z nawiedzoną połowicą. Ubrał świeżą koszulę, wrzucił na grzbiet swoją stalowoszarą marynarkę i wyszedł. W pobliżu willi Tallkopfa kupił sobie hamburgera, którego popił zimną colą. Potem, solidnie beknąwszy, nacisnął dzwonek. Pani Teresa Tallkopf, miła, korpulentna osoba, na wieść o śmierci małżonka najpierw spojrzała na niego z niedowierzaniem, a następnie rozryczała się w niebogłosy. Nie mogąc dojść z nią do porozumienia wezwał panią psycholog z posterunku i udał się do biura zamordowanego. Tam już wszyscy wiedzieli, że szef kopnął w kalendarz i teraz trwała burzliwa dyskusja wśród kłębów tytoniowego dymu. Przesłuchał przede wszystkim osobistego sekretarza Tallkopfa — Jeremyego Peepshawa. Młody człowiek był roztrzęsiony i nie powiedział nic ciekawego. Rano pracowali razem i nic nie wskazywało na to, żeby szef obawiał się czegoś... Nie, nic nie wie o jego życiu prywatnym, prócz tego, że szef z uporem maniaka wierzył w latające spodki. Po bezowocnej rozmowie z kilkoma innymi pracownikami, Holmers wrócił na posterunek. Czekał tam na niego Krantz. — Miałeś racje, Vic — powiedział jakby trochę rozczarowany. — Tallkopfa nie wykończyli Obcy. Chodź, coś ci pokażę. — Kamień z serca — burknął z przekąsem Holmers. — Bo już miałem wysłać rodzinę gdzieś w bezpieczne miejsce. Podeszli do terminalu komputera. Krantz wyświetlił na ekranie przestrzenny obraz odcisku czteropalcej stopy i wykonał płynne powiększenie. — Tu mamy wyraźnie odbity rozmiar szewski oraz nazwę Strona | 18 producenta. — Johnstones Gadget Shop — Holmers z wysiłkiem odczytał odwrócony napis — Znalazłeś adres firmy? — Na przedmieściu. Ulica Różana. Po pół godzinie rozmawiali już z właścicielem sklepu. Szef, obejrzawszy dokładnie hologram odcisku stopy stwierdził, że to nie jest but. Takie ślady mogły zostawić gumowe kostiumy gadów, które wykonał kiedyś na święto Helloween i zostało mu do teraz parę sztuk. Tydzień temu pewien młody człowiek wziął aż trzy egzemplarze. Zapamiętał go, ponieważ o tej porze roku mało kto kupuje takie bajery. Ruch zaczyna się dopiero w połowie października. Właściciel zgodził się pojechać z nimi do laboratorium, gdzie przy pomocy specjalisty zestawiono na komputerze portret pamięciowy mężczyzny, który zakupił gumowe kostiumy. Holmers zmarszczył brwi, wpatrując się uporczywie w ekran. — Chyba znam tego cwaniaka — zawołał w nagłym olśnieniu. — Wygląda trochę jak Jeremy Peepshaw, czy coś takiego. Osobisty sekretarz Jasona Tallkopfa! — Jesteś pewien? — Krantz podrapał się w głowę. — Niczego nie możemy być pewni. Trzeba zdobyć jego zdjęcia. Rozpoznałby go pan na fotografii? Zagadnięty właściciel sklepu skinął głową twierdząco. Krantz wysłał swoich agentów żeby śledzili Peepshawa oraz ludzi, z którymi się kontaktuje. Kilka godzin później pan Johnstone od gadżetów bezbłędnie wskazał na wizerunek Jeremyego Peepshawa spośród kilku podsuniętych mu zdjęć. Strona | 19 — To ten gość kupił u mnie kostiumy — powiedział pewnym głosem. Potem przyszedł doktor Stern. — Nadal nie bardzo wiem w jaki sposób uduszono Tallkopfa. Wygląda na to, że zmarł z braku tlenu w atmosferze o dużej zawartości ce-o-dwa — tak jakby go ktoś zamknął w szczelnej komorze bez dopływu powietrza. — Albo wsadził mu łeb do nylonowej torby — wyraził przypuszczenie Holmers. — Też możliwe. Ponadto znalazłem za jego paznokciami strzępy ludzkiej tkanki skórnej. Musiał przed śmiercią nieźle kogoś podrapać. Krantz wyszczerzył zęby. — Ciepło, ciepło... Po południu otrzymali informację, że tego dnia, tuż po otwarciu banku, ktoś podjął 15 tysięcy dolarów z konta Tallkopfa, posługując się czekiem na okaziciela. Pojechali tam natychmiast Krantz z Holmersem. Panienka z okienka, która wypłaciła powyższą kwotę, zapamiętała tylko, że mężczyzna miał plaster na przegubie dłoni. Na szczęście kamera, usytuowana nad stanowiskiem, kierowała do pamięci komputera wizerunki wszystkich klientów pobierających większe sumy. Po rozmowie z prokuratorem dyrektor banku zgodził się im pokazać to nagranie. — Mamy chyba drugiego — stwierdził Holmers, bo mężczyzna na ekranie nie zdradzał podobieństwa do Peepshawa. Zabrawszy wydruk najwyraźniejszej klatki wrócili na posterunek. Tutaj okazało się, że agenci Krantza też nie próżnowali. Na kilku z szeregu zdjęć podrzuconych w Strona | 20 międzyczasie można było rozpoznać mężczyznę z banku w towarzystwie Jeremyego Peepshawa. Agenci wyniuchali, że nazywa się Alan Ashawl i mieszka kilka ulic od domu osobistego sekretarza Jasona Tallkopfa. Trzeci osobnik, który również przewijał się na fotografiach to Harry Pigtable, mieszkający wspólnie z Ashawlem — od niedawna członek Stanowego Klubu Poszukiwaczy UFO. Krantz spojrzał na zegarek. — Jest szósta po południu. Możemy sobie pogratulować. 12 godzin i wszystkie ufoludki wylądowały w naszym worku. Wystarczy zacisnąć rzemień. * * * Godzinę później węzeł został zaciągnięty na amen. Szanowni ufoludkowie byli tak zaskoczeni, że nie stawiali oporu. W furgonetce Ashawla znaleziono trzy gadzie kostiumy ze śladami błota, opróżniony balon meteorologiczny oraz aluminiową obręcz z konstrukcji namiotu, wyposażoną w kilkanaście żarówek podłączonych długim przewodem do akumulatora. Oto nasz latający spodek — skwitował Holmers. Przybysze z zaświatów zaczęli zwalać winę jeden na drugiego, ale najbardziej gadatliwy i szczery okazał się ufoludek Peepshaw. — To ja zainstalowałem małą stację nadawczo-odbiorczą w gabinecie pana Tallkopfa — mówił przez łzy — i ustawiłem cztery głośniki, żeby dźwięk koncentrował się dokładnie w miejscu, gdzie zawsze siedział szef. Ashawl nadawał z budynku obok, a pluskwa z mikrofonem tkwiła pod aparatem telefonicznym na biurku Tallkopfa. Chcieliśmy go uszczęśliwić i przy okazji zarobić trochę pieniędzy. Nie macie pojęcia jak pan Jason marzył o bliskim spotkaniu III stopnia z istotami z innego Strona | 21 świata... To Ashawl zadecydował, że trzeba go zabić po tym, kiedy szef poznał się na naszym podstępie. Wcale tego nie planowaliśmy — byłem przeciwny... Holmers uderzył pięścią w stół. — Dość tego, Peepshaw! — warknął po czym dodał, znienacka filozoficznie nastrojony: — W końcu dopięliście swego. Spełniły się marzenia pana Tallkopfa. Jeśli się nie mylę, to pewnie obcuje sobie teraz ze skrzydlatymi istotami nie z tego świata i dobrze mu się dzieje. Być może spotkacie się tam z nim niebawem — zakończył ze złym błyskiem w oczach. Jeremy Peepshaw wybuchnął głośnym płaczem. Strona | 22 PRAWO DO ROZTARGNIENIA (dostępne w wersji pełnej) Strona | 23 ŚLUBU NIE BĘDZIE (dostępne w wersji pełnej) Strona | 24 BEZSENNOŚĆ Prąd popłynął — Wiemy już prawie wszystko — powiedział Bernard Krantz. — Wanna z zawartością stanowiła istotny element obwodu elektrycznego. przewodem pociągniętym z rozdzielki w piwnicy, poprzez szyb instalacyjny, do metalowego uchwytu przy wannie. Uchwyt, jak widzisz, biegnie na całej długości ściany i służy do bezpiecznego wychodzenia z wody. Końcówkę przewodu umocowano tuż przy grzejniku tak, że na pierwszy rzut oka jest niewidoczny. Został założony najwyżej kilka dni temu, bo świeżo odizolowana żyłka nie zdążyła w najmniejszym stopniu zaśniedzieć. Po złapaniu uchwytu nastąpił skurcz mięśni lewej ręki. Prąd popłynął przez ciało i wodę, stanowiącą niezły, elektrolityczny przewodnik, do wspaniale uziemionej kanalizacji. Filip Manson, podłączony do takiej instalacji, pobrał błyskawicznie parę kilowatogodzin energii zanim umarł. Potem wybiły korki i denat zanurzył się w wodzie. Już martwy, bo w płucach miał tylko zatęchłe powietrze. Holmers słuchał relacji Krantza, usiłując bez powodzenia stłumić ziewanie. Była druga rano i szef ściągnął go do willi Mansona prosto z łóżka oraz czułych ramion pogrążonej w beztroskim śnie Sandry. Zdążył wrzucić na siebie tylko stare dżinsy, biały podkoszulek i skórzaną kurtkę. Dokumenty wepchnął do tylnej kieszeni spodni. Było mu zimno i był niewyspany. (reszta dostępna w wersji pełnej) Strona | 25 BILARDZISTA Filip Stern zgrabnie odbezpieczył koszyczek na szyjce i podważył kciukiem korek. W uśpioną ciszę posterunku wdarł się przytłumiony huk otwieranej butelki bezalkoholowego szampana. Drzemiący przy swoim biurku Holmers zerwał się na równe nogi celując nerwowo to tu, to tam wyszarpniętym z kabury na szelkach dużym, żółtym bananem. — Niespodzianka!! — usłyszał kilkugardłowe zawołanie dobiegające z otaczającej go mgły. Przetarł załzawione snem oczy i przyjrzał się ściskanemu kurczowo bananowi. — Co się stało? — wykrztusił na wpół przytomny. Bernard Krantz ustawił przed nim baterię plastykowych kubków, a doktor Stern napełnił je musującym płynem. Otaczający ich wianuszkiem współpracownicy, szczerzyli do kupy jakieś 400 zębów, co miało wyglądać na uroczysty uśmiech. Doktor Stern zabrał Holmersowi banana i uścisnął jego spoconą prawicę. — Pomyślności – rzekł wyjmując z ust długą, babską cygaretkę — Dzisiaj skończyłeś 29 lat, jak sądzę. (reszta dostępna w wersji pełnej) Strona | 26 MAŁE PIWO (dostępne w wersji pełnej) Strona | 27 DOBRANOC MISIU Ojeju! Tak mi się chce spać, a mama wrzeszczy i wrzeszczy. Małe dziewczynki, takie jak ja, powinny się wysypiać, żeby były zdrowe. Każdy przyzna, że przecież nie można spać spokojnie w takich warunkach! Kiedy dorosnę, to jej wypomnę! Mama już chyba zachrypła bo z góry dochodziło ledwo ciche kwilenie. Nim wygramoliłam się z łóżka zdążyła zamilknąć. Założyłam czym prędzej kapcie i pobiegłam na górę. Stała oparta o framugę drzwi pokoju sąsiadującego z łazienką. Miała podkrążone oczy. Zawsze tak wygląda, gdy poprzedniego dnia wypije, albo za dużo pociągnie koki. Albo wszystko naraz. Wrzasnęła ujrzawszy mnie wynurzającą się z korytarzyka. Utwierdziłam się w przekonaniu, że nerwy jej wysiadają. Drzwi do łazienki były uchylone; paliło się światło i ciurkoliła woda. Ściany pokrył czerwony ornament w smugi i grochy. Tuż przy progu leżał wujek Harold w szlafroku ojca i w kałuży krwi — zwinięty jak robak trzymał dłonie kurczowo zaciśnięte na szyi. Na twarzy, w otwartych szeroko oczach i rozdziawionej gębie zastygło przerażenie. Spośród bieli uchylonych drzwi krzyczała czerwona smuga jego posoki. Widać osunął się po nich na podłogę i tak już pozostał — doskonały w swej martwocie trup... (reszta dostępna w wersji pełnej) Strona | 28 OSTATNIA LITERA (dostępne w wersji pełnej) Strona | 29 Strona | 30
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Niewiarygodne przypadki Victora Holmersa
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: