Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00218 004651 14988881 na godz. na dobę w sumie
Niewyjaśnione dolegliwości? Zrozumieć i uleczyć chroniczne bóle. - ebook/pdf
Niewyjaśnione dolegliwości? Zrozumieć i uleczyć chroniczne bóle. - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 563
Wydawca: Vital Język publikacji: polski
ISBN: Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> poradniki >> zdrowie
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Jeśli cierpisz z powodu bólu, którego żaden lekarz nie może zdiagnozować, teraz otrzymujesz gotową receptę, jak samodzielnie odkryć jego przyczynę i ją wyeliminować. Ta autorska metoda jest skuteczna przy przewlekłych bólach pleców, szyi i brzucha. Możesz również pozbyć się szumów w uszach, zawrotów głowy, „guli” w gardle, arytmii serca, chorób żołądka czy pęcherza. Poznasz ćwiczenia, które skutecznie oddalą lęki, depresję czy ataki paniki. Nauczysz się metod pracy z punktami spustowymi oraz na tkance łącznej i podskórnej. W uwalnianiu bólu pomogą Ci również ćwiczenia ruchowe, terapia powięzi oraz trening świadomości ciała. Dzięki połączeniu tych metod pozbędziesz się także długotrwałych skurczy. Znikną chroniczne bóle i złe nawyki. Każdy ból można wyleczyć.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Redakcja: Irena Kloskowska Skład: Anna Płotko PRojekt okładki: Anna Płotko tłumaczenie: Piotr Lewiński konSultacja meRytoRyczna: Michał Herba Wydanie I BIAŁYSTOK 2019 ISBN 978-83-8168-188-9 Original title: Unerklärliche Beschwerden? Chronische Schmerzen und andere Leiden körpertherapeutisch verstehen und behandeln Copyright © 2010 Knaur Verlag. An imprint of Verlagsgruppe Droemer Knaur GmbH Co. KG, München © Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Vital, Białystok 2016 All rights reserved, including the right of reproduction in whole or in part in any form. Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być powielana ani rozpowszechniana za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych bez pisemnej zgody posiadaczy praw autorskich. Ważna informacja: Niniejsza książka nie zastąpi lekarskiej diagnozy ani terapii. Niejasne dolegliwości powinny zostać najpierw koniecznie wyjaśnione metodami medycyny akademickiej. Treść książki dotyczy tylko takich dolegliwości, w których przypadku gruntowne badania medyczne nie pozwoliły stwierdzić żadnych istotnych zmian chorobowych (poza nadmiernym napięciem mięśniowym). Opublikowane w książce rady zostały przez autorkę i wydawnictwo z największą starannością przygotowane i sprawdzone. Nie gwarantują oni jednak sukcesu ani nie biorą odpowiedzialności za skutki ich stosowania. 15-762 Białystok ul. Antoniuk Fabr. 55/24 85 662 92 67 – redakcja 85 654 78 06 – sekretariat 85 653 13 03 – dział handlowy – hurt 85 654 78 35 – www.vitalni24.pl – detal strona wydawnictwa: www.wydawnictwovital.pl Więcej informacji znajdziesz na portalu www.odzywianie24.pl PRINTED IN POLAND Z wyrazami wdzięczności niniejszą książkę poświęcam moim pacjentom, od których dane mi było tak wiele się nauczyć. Spis treści O książce .............................................................................. 9 Część I Jak lepiej zrozumieć własny organizm i jego dolegliwości 1. Jak to wszystko się zaczęło i co z tego wynikło Historia moich cierpień i sukcesów ....................................... 2. Wszystko to sprawa psychosomatyczna? Jak można cierpieć mimo postawienia wielu diagnoz – a zarazem nie otrzymać żadnej .............................................. 3. Pojąć ciało zmysłami Odkrycia na nieznanym lądzie .............................................. 4. Odczuwać i poruszać Psychosomatyka człowieka zdrowego .................................... 15 31 51 85 5. Jak powstają choroby wywołane przez nadmierne napięcie Długotrwałe skurcze powodują chroniczne przykre odczucia 121 6. Co można zrobić Wiele dróg prowadzi do szczęścia – przede wszystkim te, na które wkroczy się w końcu samemu ................................. 143 Część II Poszczególne dolegliwości od głowy do stóp 7. Głowa i kark Nie zwieszaj głowy – ale tym bardziej nie odchylaj jej do tyłu! 8. Twarz i szyja Nie wykrzywiaj twarzy, jakbyś miał kamień u szyi ................ 167 219 9. Klatka piersiowa i brzuch Główne siedlisko duszy – to znaczy oddechu, postawy i uczuć 263 10. Rejon moczowo-płciowy Wstydliwie przemilczane, lecz szeroko rozpowszechnione: dolegliwości „tam na dole” ................................................... 11. Plecy i pośladki Odwrócić się plecami do bólu i wypiąć na niego................... 339 367 12. Barki, ręce i dłonie Nie wszystko masz w ręku – wiele zależy też od barków i ciała 419 13. Biodra, nogi i stopy Co ma się w głowie, trzeba też mieć w nogach ...................... A jak może dalej iść? .............................................................. 491 547 Literatura ............................................................................. 549 O książce Drogi czytelniku! Możliwe, że wziąłeś do ręki tę książkę, ponieważ ty sam lub ktoś z twoich bliskich od dawna doświadcza jakiegoś cierpienia: nie- znośnych bólów pleców, karku, głowy czy jakiejś innej części ciała, dokuczliwych trudności w połykaniu, oddychaniu, a może dolegliwości ze strony serca, żołądka, jelit czy pęcherza, chronicz- nych zawrotów głowy albo szumów w uszach, dręczących lęków, depresji, wypalenia zawodowego czy wyczerpania, osobliwych przykrych odczuć, których nikt nie potrafi wyjaśnić. Może twoje dolegliwości są też aż tak indywidualne, że nie ma dla nich nawet nazwy. W każdym razie dałeś się gruntownie przebadać lekarzom (jeśli nie, powinieneś to jak najprędzej nadrobić!), ale nawet naj- lepsza aparatura medyczna nie pozwoliła podać żadnej organicz- nej przyczyny twojego cierpienia. Może powiedziano ci, że to sprawa czysto psychosomatyczna, czyli istniejąca tylko w twojej głowie albo psychice, w co nie możesz uwierzyć, gdyż dolegliwo- ści odczuwasz w ciele całkiem wyraźnie. Orzeczenie, że wszystko to jest tylko uwarunkowane stresem, tak naprawdę wcale ci nie pomogło. Albo też sprowadzono twoje dolegliwości do takich 11 nieodwracalnych przyczyn jak wiek, zużycie organizmu czy też ugruntowana w  twoim mózgu pamięć bólu, co z  góry skazuje na niepowodzenie wszelkie próby wyleczenia. A może wreszcie powiedziano ci: „No cóż, musi pani/pan z tym żyć!”. Musi ci się to wydawać dziwne wobec dzisiejszych możliwości nauki i terapii. Może wciąż uważasz się za przypadek wyjątkowy, ale gdy już raz zaczniesz opowiadać historię swoich cierpień in- nym, to stwierdzisz, że istnieje mnóstwo podobnych tobie ludzi. Nikt zapewne nie ma dokładnie takiego samego zestawu dolegli- wości jak ty, ale w dzisiejszych czasach prawie każdy cierpi na coś, co wymyka się standardowym kategoriom diagnostyki i terapii. Twoje dolegliwości to coś, na co my, ludzie krajów rozwiniętych, w mniejszym lub większym stopniu cierpimy prawie wszyscy. Mimo kiepskich perspektyw wypróbowałeś zapewne wszystkie dostępne środki lecznicze, musiałeś jednak sam doświadczyć, że przeciw twoim dolegliwościom nie pomoże chyba tak naprawdę ani medycyna, ani psychologia, ani ezoteryka. A wówczas z bie- giem czasu albo kompletnie dałeś za wygraną, albo, jak wielu in- nych, w ostatnim przebłysku nadziei wyruszyłeś na poszukiwania: wyjaśnienia i zrozumienia, wyleczenia i uwolnienia od udręki. Niniejsza książka ma na nowo podsycić twoją nadzieję. Przede wszystkim ma pomóc ci zrozumieć, dlaczego cierpisz, co ci dolega i jak funkcjonuje twoje ciało, a także wyrwać cię z dręczącego krę- gu myśli i uwolnić od panicznego przekonania, że dręczy cię jakaś nieznana dotąd, okropna choroba. Ta wiedza przywróci twojemu myśleniu i działaniu jakąś intencję, kierunek w świecie i może stanowić pierwszy krok na drodze wyjścia z nieszczęścia. Ponadto dowiesz się, że twoje odczucia wcale cię nie zwodzą: twoje dole- gliwości są rzeczywiście związane z zauważalnymi reakcjami so- matycznymi (cielesnymi) i to nawet wtedy, gdy w pierwszym rzę- dzie reagujesz na obciążenia psychiczne. Te zmiany fizyczne nie są 12 NIEWYJAŚNIONE DOLEGLIWOŚCI? O książce jednak przejawem żadnej choroby organicznej, lecz tylko stanów nadmiernego napięcia, czyli nieuświadomionych, zakorzenio- nych nawyków. A te można zmienić. Dowiesz się, w jaki sposób. Z lektury tej książki odniesiesz największe korzyści, jeśli nie tylko przyswoisz sobie jej treść na poziomie języka i intelektu, posługując się przodomózgowiem, ale bezpośrednio cieleśnie dzięki własnemu postrzeganiu i działaniu za pośrednictwem tych obszarów mózgu, dzięki którym świadomie odczuwasz i poru- szasz się. Z tego powodu w tekst główny wplotłam sugestie, abyś wykonał na sobie samym pewne obserwacje i próby. Z ich po- mocą nauczysz się rozumieć siebie w nowy sposób bezpośred- nio jako jedność ciała i duszy. Dodatkowo na końcu większości rozdziałów zachęcam cię do wykonywania ćwiczeń ruchowych i  ćwiczeń odczuwania. Tekst główny został wprawdzie napisa- ny w taki sposób, abyś mógł go zrozumieć także z pominięciem części praktycznej, ale dopiero gdy rzeczywiście wykonasz te ćwiczenia, pojmiesz ciałem i  duszą, o  co tu właściwie chodzi. A  wówczas nie tylko będziesz rozumieć ciało w  nowy sposób, ale też zaczniesz całkiem konkretnie odczuwać we własnym ciele źródło swoich dolegliwości. Znaczy to, że przypuszczalnie doj- dziesz do przekonania, iż dolegliwości te nie są czymś, co masz (płaszczyzna medyczna) ani też wyrazem tego, czym jesteś (płasz- czyzna duchowa), ale czymś, co bezwiednie robisz, i to całkiem konkretnie w życiu codziennym: prawdopodobnie utrzymujesz – nie chcąc sobie tego uświadomić – pewne partie swoich mięśni w  stanie ciągłego napięcia. Jest to płaszczyzna psychofizyczna, czyli płaszczyzna twojego obdarzonego duszą ciała. Stwierdzisz może, że nie jesteś w stanie wykonać niektórych ruchów z rozdziału, który cię akurat zainteresował, więc uznasz je za niemożliwe. Tak jednak nie jest. Prawdopodobnie twój mózg tylko przejściowo zapomniał, jak może odczuwać określone mię- 13 śnie i jak nimi poruszać. W ramach „pierwszej pomocy” spróbuj przyjrzeć się, jak taki ruch wykonują inni, najlepiej małe dzieci. Chodzi tu o całkiem normalne codzienne ruchy i postawy jak od- dychanie, chodzenie, stanie, siedzenie, chwytanie czy rozglądanie się, czyli o to wszystko, co stale robimy, nie zauważając tego ani o tym nie myśląc. A jednak właśnie stąd bierze się wiele naszych dolegliwości. Stwierdzisz może, że w porównaniu do naturalnych i swobodnych ruchów i postaw dzieci są w twoim ciele miejsca, które nieświadomie napinasz, nie mając takiego zamiaru. Wów- czas możesz się nauczyć, jak w życiu codziennym mniej cierpieć, poruszając się odtąd z dziecinną swobodą. Aby zrozumieć swoje poszczególne dolegliwości, nie musisz czy- tać całej książki od deski do deski. Równie dobrze możesz zacząć od rozdziału omawiającego tę część ciała, która ci szczególnie dokucza. Potem jednak dla zrozumienia całości dobrze byłoby, abyś zapoznał się z częścią ogólną, to znaczy pierwszymi sześcioma rozdziałami. Wówczas twoje zainteresowanie twoim obdarzonym duszą ciałem zostanie tak rozbudzone, że z chęcią poświęcisz uwagę rozdziałom omawiającym pozostałe obszary ciała. Gdy przeczytasz uważnie niniejszą książkę, dowiesz się wielu rzeczy, które w głębi duszy zawsze wiedziałeś. To żaden problem. Chodzi tu o ukrytą wiedzę cielesną o sobie i własnych nawykach, której przypuszczalnie nie poddałeś dotąd świadomej refleksji. Dlatego dla twojej świadomości będzie to czymś zupełnie no- wym. Wydobyłam dla ciebie tę wiedzę na światło dzienne. Gdy przyswoisz ją sobie w sposób świadomy, zaczniesz kierować uwa- gę na swoje doznania zmysłowe i ruchy fizyczne, co pozwoli ci inaczej postrzegać i odczuwać zarówno świat, jak i samego siebie. Tego życzę sobie i tobie. Helga Pohl 14 NIEWYJAŚNIONE DOLEGLIWOŚCI? Część I Jak lepiej zrozumieć własny organizm i swoje dolegliwości 1. Jak to wszystko się zaczęło i co z tego wynikło Historia moich cierpień i sukcesów Jak to wszystko się zaczęło Wiele lat temu jechałam samochodem do mieszkających w Dol- nej Bawarii przyjaciół. Po drodze zaskoczyła mnie gwałtowna bu- rza. Przebiłam się przez nią, a kiedy wysiadłam z auta, pierwszy raz w życiu poczułam, że bolą mnie plecy. Rozciągałam się i prze- ciągałam, sądząc, że szybko mi przejdzie. Ale w  nocy zbudziły mnie nasilające się bóle. Odtąd ból już mnie nie opuszczał: tępo świdrujący, wszechobecny. Pierwszy raz w życiu zgłosiłam się do ortopedy i dostałam zastrzyk. No i po kłopocie, pomyślałam. Ale był to dopiero początek: przez następne miesiące dostałam jeszcze wiele zastrzyków o nieznanej mi zawartości. Jednak to albo wcale nie łagodziło bólów, albo pomagało tylko na chwilę. Zbie- rałam informacje, zmieniałam ortopedów i pozwalałam leczyć się każdą metodą, jaka tylko była dostępna: kolejnymi zastrzykami, lekarstwami, błotem leczniczym fango, masażami, gimnastyką leczniczą, łóżkiem rehabilitacyjnym, zabiegami kręgarskimi, nastawianiem od wewnątrz kości guzicznej, podwieszaniem, rozciąganiem, wkładkami ortopedycznymi i podwyższaniem ob- casów. Na koniec otrzymałam nawet wykonany na miarę gorset. 17 Odwiedzałam miejscowych koryfeuszy medycyny, a dodatkowo stosowałam się do uzyskanych poufnie wskazówek. Nikt i nic nie pomagało. Bóle nasilały się, zamiast słabnąć. Wieczorami często już tylko płakałam. Stopniowo ból zawładnął mną całkowicie. Opanował wszyst- kie moje myśli i działania. Oglądając film, na którym ktoś wska- kuje na konia, wzdragałam się bezwiednie, gdyż myślałam, ba!, nawet czułam: jak można robić coś takiego swoim plecom! Rano po przebudzeniu czułam się, jakby przytłaczał mnie ciężki kap- tur. Nic mnie już nie bawiło, nikt i nic już mnie naprawdę nie interesowało. Codzienne sprawy załatwiałam jak automat. Jed- nym słowem: miałam depresję. Taką diagnozę mogłam postawić sama, bowiem byłam psy- choanalityczką. Jako osoba prywatna byłam przekonana, że moje dolegliwości muszą mieć charakter czysto fizyczny, więc dalej chodziłam po lekarzach. Jako przedstawicielka swojej profesji zaczęłam niebawem podejrzewać, że moje bóle pleców mają w rzeczywistości charakter psychosomatyczny. Było to dla mnie niezmiernie przykre. Na Boga, po siedmiu latach zgłębia- nia siebie w ramach psychoanalizy szkoleniowej powinnam być psychicznie zdrowa. Jako profesjonalistka dzielnie próbowałam rozeznać się w swojej psychice, uświadomić sobie rzeczy, które mogły się za tym kryć. Ale ilekroć pytałam moje plecy, co właści- wie chcą mi powiedzieć, jedyna odpowiedź brzmiała: „Ból!”. Nie mogłam też odkryć żadnej zmiany w  mojej sytuacji życiowej, na którą mogłabym reagować w ten sposób duchowo–cieleśnie. Aluzje moich kolegów dały mi jednak do zrozumienia, że stop- niowo przesuwają mnie na „szynę psychiczną” – co nie wydawało mi się sprawiedliwe. Czułam się gruntownie niezrozumiana. Mimo to poddałam się terapii u wrażliwego kolegi, by celo- wo poszukać zagrzebanych uczuć, które mogły kryć się za bó- 18 NIEWYJAŚNIONE DOLEGLIWOŚCI? Jak się wszystkO zaczęłO i cO z tegO wynikłO lem pleców i depresją. Niestety także to zakończyło się fiaskiem. Niekiedy sądziłam wprawdzie, że coś znalazłam, ale nie miało to wpływu na moje bóle. W owym czasie na skutek jakiegoś nieostrożnego ruchu mu- siałam dodatkowo nabawić się przepukliny jądra miażdżystego (zwanej potocznie wypadnięciem dysku). Niczym prąd w prze- wodzie ból biegł teraz w dół nogi aż do palców stóp. Niebawem doszło do tego, że nie byłam już w stanie siedzieć. Wsiadanie do samochodu stało się zupełnie niemożliwe. Zaokrąglenie pleców, by założyć buty, wydawało się czymś całkowicie nieosiągalnym. To wszystko było straszne: dzięki wypadnięciu dysku miałam teraz przynajmniej oficjalne orzeczenie lekarskie; uznano, że cierpię na chorobę organiczną, ustały podejrzenia choroby na tle psychicznym. Zauważyłam, że zwykłe chodzenie nieco łagodzi ból. Za to dłu- gie leżenie czyniło go nieznośnym, rano nie mogłam wstać z łóżka. Dlatego co noc nastawiałam budzik na trzecią rano i przez godzinę czytałam, chodząc tam i z powrotem. Także w dzień chodziłam, ile mogłam. Nawet swój zawód wykonywałam, stojąc i chodząc – to właściwie niemożliwe dla psychoanalityka. Błyskawiczne traciłam na wadze. To nie mogło tak dłużej trwać. Odwiedziłam neurochirurga. Doktor postawiła gruntowną diagnozę i usilnie doradzała niezwłoczną operację uszkodzonego krążka międzykręgowego L5/S1. W  przeciwnym razie miałam liczyć się z najgorszymi następstwami, łącznie z nieodwracalnym porażeniem nogi i pęcherza moczowego. To mnie przeraziło. Nie wyobrażałam sobie, że może być aż tak źle. Tuż potem miałam wizytę u  ortopedy (chyba szóstego z  kolei). Usilnie odradzał operację i przestrzegał przed możliwymi następstwami, łącznie z porażeniem poprzecznym. Napędziło mi to jeszcze większego stracha aniżeli groźby neurochirurga. Dlatego wolałam, żeby or- 19 topeda zrobił mi zastrzyk w kanał kręgowy (co nie uchodzi za ogromnie niebezpieczne). Przez pewien czas noga była jak spara- liżowana, poza tym nic to nie dało. Jako środek ostateczny zalecono mi kurację na wyspie Ischia. Podczas lotu samolotem w tamtą stronę z trudem udało mi się przekonać stewardesy, by pozwoliły mi odbyć podróż na stojąco. W trakcie kuracji dałam się leczyć wszystkim, co proponowano: zastrzykami kortyzonu, masażami, naturalnym błotem fango, za- sypywaniem w gorącym piasku, pływaniem w ciepłych źródłach termalnych, elektrostymulacją, gimnastyką leczniczą, naturalną sauną z gorącą parą ze źródeł. Podczas każdej przerwy w progra- mie trzymałam się mojej prywatnej terapii chodzeniem. Po czte- rech tygodniach rzeczywiście poczułam się lepiej: lot powrotny mogłam już odbyć na siedząco. Próbowałam możliwie wiele ele- mentów odbytej kuracji wprowadzić do codziennego życia, speł- zło to jednak na niczym z powodu miejscowej pogody (nadszedł już październik) oraz tego, że miałam co innego do roboty poza dbaniem o własne plecy. Po trzech tygodniach wszystko wróciło do stanu poprzedniego: nie byłam w stanie siedzieć. Teraz jednak pozwoliłam sobie operować uszkodzony dysk – mimo iż był to już inny neurochirurg, który mnie raczej uspo- kajał. Operacja przyniosła poprawę: nie odczuwałam już bólów i  mogłam znów siedzieć. Jednakże noga pozostała nieco zdrę- twiała i jakoś dziwnie się z nią czułam. Plecy także były raczej sztywne. Dowiedziałam się, że już nigdy nie będę mogła nisko się pochylić. Ale w porównaniu ze stanem poprzednim były to drobne bolączki, z którymi dało się żyć. Byłam bardzo wdzięczna chirurgowi. Dziewięć miesięcy później nadeszło wielkie rozczarowanie. Po długim okresie siedzenia na przyjęciu u kolegi poczułam, jak w  moich plecach zagnieżdża się znany tępy świder, a  ból nie- 20 NIEWYJAŚNIONE DOLEGLIWOŚCI? Jak się wszystkO zaczęłO i cO z tegO wynikłO spiesznie, lecz pewnie znów bierze mnie w posiadanie. Teraz sy- tuacja wydawała się jeszcze bardziej beznadziejna niż poprzed- nio, bo nie pozostała mi już żadna opcja leczenia. Popadłam w skrajne zwątpienie, mimo to nie opuszczała mnie wizja, że gdzieś na tym świecie musi istnieć rozwiązanie mego problemu. Rozpoczęłam poszukiwania terapii alternatywnych. Początkowo trafiłam tam na niedorzeczności, aż natknęłam się na metodę Feldenkraisa. Chodzi w niej o świadome odczuwanie ruchu i raczej zabawowe badanie własnego ciała. Wydało mi się to interesujące. Pochłonęłam książki Feldenkraisa, wykonywałam zalecane w nich ćwiczenia, chodziłam na indywidualne sesje lecz- nicze. Nagle nabrałam nadziei, że dzięki zrozumieniu własnego ciała znajdę drogę wyjścia z labiryntu cierpienia. W gruncie rze- czy nie zrozumiałam nic z tego wszystkiego, co lekarze opowiadali mi o mojej „lumbalgii” (o ile w ogóle coś opowiadali). Dzisiaj wiem też, że trudno to było zrozumieć. Zaczęłam wówczas studiować samą siebie. Jako że mam w so- bie żyłkę badacza, podejście to bardzo mi odpowiadało. Potem odkryłam książki i  artykuły amerykańskiego terapeuty stosują- cego pracę z ciałem, Thomasa Hanny, i poznałam go osobiście. Hannę rozumiałam nawet lepiej niż Feldenkraisa. Od niego do- wiedziałam się, że rodzaj dolegliwości, na jakie cierpiałam, jest wynikiem bezwiednego napięcia mięśni, co często daje się zauwa- żyć od zewnątrz jako nieprawidłowa postawa ciała. Nieustanne podtrzymywanie napięcia mięśni pochodzi z dolnych (starszych ewolucyjnie), niedostępnych dla świadomości „pięter” mózgu. W części mózgu, dzięki której możemy się świadomie poruszać i odczuwać, czyli w korze sensomotorycznej, występuje „amnezja sensomotoryczna”. Znaczy to, że świadoma część mózgu „zapo- mniała”, jak odczuwać dotknięte mięśnie i jak nimi poruszać. Na skutek tego człowiek przestaje zauważać bezwiedne nadmierne na- 21 pięcia i nie może ich tak po prostu rozluźnić. Istnieją jednak moż- liwości, by przejrzeć samego siebie i ponownie uwolnić te napięcia dzięki tzw. pandykulacjom (ruchom wykonywanym wspólnie z te- rapeutą; patrz: rozdział 6) oraz specjalnym ćwiczeniom. Nareszcie wszystko stało się jasne. W owym czasie bóle w dol- nej części pleców mniej mi dokuczały, za to gdy podawałam komuś prawą rękę, bolała mnie od przedramienia aż do barku. Nie mogłam już też całkowicie wyprostować prawego łokcia. A na dodatek coraz częściej cierpiałam na tak zwany ostry zespół kręgosłupa szyjnego. Oznacza to, iż często chwytał mnie nagle taki ból szyi, że praktycznie nie byłam w stanie poruszać głową. Pewien specjalista medycyny niekonwencjonalnej ratował mnie co prawda zabiegami kręgarskimi i stawianiem baniek, ale takie ostre ataki przytrafiały mi się coraz częściej. W  końcu musia- łam go odwiedzać raz na dwa tygodnie. Wówczas poszłam też siódmego z kolei do ortopedy. Prześwietlił rentgenem, pomierzył wszystkie stawy prawej ręki i oznajmił, że mam początki choro- by zwyrodnieniowej. Miał to być objaw zużycia, które z biegiem czasu będzie coraz bardziej postępować. W takim przypadku nie da się zrobić niczego poza łykaniem środków przeciwbólowych. Lekarz co najwyżej mógł mi zalecić wieszanie ciężarków na pra- wej ręce, żeby ją znowu trochę naprostować. Zaprzeczył, jakoby historia z szyją miała cokolwiek wspólnego z ręką. „Ostry zespół kręgosłupa szyjnego” miał być zupełnie niezależny od zwyrod- nienia ręki i barku. Kompletnie zdeprymowana, powlekłam się z  gabinetu lekarskiego do domu. Zwyrodnienie stawów koło czterdziestki! Jak to będzie wyglądać za dziesięć lat? A za dwa- dzieścia? Za trzydzieści? W pewnym momencie do głosu znów doszedł mój odurzony chwilowo rozum. Zaczęłam się zastanawiać: Jakim cudem, pra- cując jako psychoterapeutka, mogłam zużyć prawą rękę? I czy 22 NIEWYJAŚNIONE DOLEGLIWOŚCI? Jak się wszystkO zaczęłO i cO z tegO wynikłO mogłam coś zrobić, by jej dalej nie zużywać? Wieszać na niej cię- żarki, żeby ją naprostować? Mieszkaliśmy podówczas na czwar- tym piętrze starej kamienicy bez windy. Jak wie każda kobieta, trudno się w tej sytuacji narzekać na brak obciążenia ręki. Coś tu nie pasowało w całej tej historii. Położyłam się na kanapie i  poruszyłam najpierw lewą ręką, a  potem prawą. Lewą mogłam bez wysiłku ruszać i  prostować. Prawa była jakaś niezdarna i oporna. Niespiesznie, wczuwając się, spróbowałam wykonać wszelkie ruchy ręką. Wreszcie to odkry- łam: Gdy poruszyłam kilkakrotnie prawym barkiem do przodu i do tyłu, prawa ręka bardziej się wyprostowała! I trochę łatwiej było nią poruszać! Osłupiałam. Ale to nie wszystko. Zauważyłam, że gdy poruszam prawym barkiem, porusza się też moja miednica! Do tego obraca się ona w lewo w stronę podłoża. Jednocześnie poruszała się też moja lewa noga, tak że czubek stopy nie był już skierowany prostopadle do góry, tylko jak u lewej na zewnątrz! To było niewiarygodne! Nagle mi zaświtało: może wcale nie jest tak, że mam krzywo ustawioną miednicę (co stwierdzali u mnie zawsze ortopedzi), a tylko trzymam ją krzywo!!! Podniecona podbiegłam do lustra: rzeczywiście mogłam wpływać na ustawienie miednicy! A  to odbijało się na całym moim ciele! Trzymałam się krzywo. Miednica była z lewej stro- ny wysunięta do przodu, za to górna część ciała wraz z barkiem była bardziej wysunięta do przodu z prawej strony. A to miało coś wspólnego z moją prawą ręką! Kiedy poruszałam miednicą do przodu i do tyłu, czułam to też całkiem wyraźnie w dolnej części pleców! Co z  kolei wiązało się jakoś z  moim karkiem! Miejsce, które tak często mnie bolało (z prawej strony na sa- mym dole), było tym samym, gdzie tułów obracał się w jedną stronę, a głowa w drugą, tak że mimo skręcenia wciąż patrzyłam przed siebie. 23 Już nieraz zauważałam w lustrze, że zrobiłam się jakaś krzywa, nie mogłam jednak bezwarunkowo stwierdzić, o  co dokładnie chodzi. Listwa guzikowa bluzki zawsze układała się nierówno. Ale dlaczego? Jedna nogawka spodni była zawsze dłuższa niż druga. Ale dlaczego? Pasek z jednej strony wydawał się położony wyżej niż z drugiej. Ale dlaczego? Teraz wreszcie zrozumiałam: byłam skręcona i wykrzywiona. Utrzymywałam – wcale tego nie chcąc – część moich mięśni w stanie ciągłego napięcia. Przez to miałam skrzywioną miednicę i wygięty kręgosłup. Im dłużej i częściej spo- glądałam w lustro, tym bardziej oczywisty stawał się ten wzorzec: górna część tułowia i barki były zawsze skręcone do przodu z pra- wej strony, natomiast miednica wysunięta do przodu z lewej. A na dodatek była ona z lewej strony podciągnięta do góry, więc stałam bardziej na lewej nodze. Lewa stopa była skierowana do przodu, za to prawa na zewnątrz. O to więc chodziło! Wszystkie moje defekty wynikały z nieprawidłowej postawy. Cała moja choroba nie była czymś, co miałam, ale czymś, co robiłam! Kiedy to zrozumiałam, przez trzy dni pozostawałam w stanie euforii. Zaświtało mi: skoro jest to coś, co – choćby bezwiednie – robię, to mogłam to też kie- dyś zmienić. Dawało mi to nadzieję! Zapamiętale i z wielką uwagą obserwowałam siebie i odkrywa- łam coraz więcej nieświadomie napiętych miejsc i osobliwych co- dziennych nawyków. Kiedy na przykład ręką zamykałam za sobą drzwi, to z lewej strony bark uczestniczył w tym ruchu, ale z prawej nie. Podczas pracy siedziałam skręcona. Stopniowo zaczynałam też odczuwać, że postawa ciała wpływa z kolei na moje samopoczu- cie psychiczne. I na odwrót, w chwilach psychicznego obciążenia mocniej napinałam niektóre mięśnie. Przez wiele miesięcy wczu- wałam się w moje nadmiernie napięte mięśnie i poruszałam nimi (Thomas Hanna był hen, daleko w Ameryce). Wtedy poczułam się zarówno fizycznie, jak i psychicznie lepiej niż kiedykolwiek. 24 NIEWYJAŚNIONE DOLEGLIWOŚCI? Jak się wszystkO zaczęłO i cO z tegO wynikłO co z tego wynikło Od ponad dwudziestu lat nie cierpię na żadne bóle pleców. Moja ręka prostuje się znów bez zarzutu. Nogę odczuwam normalnie. Ponownie mogę wykonać pełny skłon w  przód. Nigdy więcej nie miałam „ostrego zespołu kręgosłupa szyjnego”. Znów jestem prosta. (Jeśli chcesz się dowiedzieć, dlaczego stałam się taka krzy- wa, przeczytaj o tym na stronie 192). Jestem teraz wprawdzie znacznie starsza, ale czuję się młodsza, sprawniejsza ruchowo i bardziej witalna niż przed moją chorobą. I chociaż zabrzmi to może osobliwie, cieszę się, że kiedyś dostałam tych okropnych bólów. Dzięki nim zdobyłam wiedzę, która odmieniła moje my- ślenie i działanie, całe moje życie. Bez owego bolesnego doświad- czenia nigdy nie zajęłabym się zawodowo tym, czym się obecnie zajmuję i co najwyraźniej stanowi moje powołanie. Wówczas ogarnęło mnie detektywistyczne uniesienie: co w takim razie robią inni, że odczuwają dolegliwości? Gdzie się usztywniają? W których miejscach nie poruszają się? Jak mogę ich uwolnić z wię- zienia ich ciał? Odbyłam szereg szkoleń w dziedzinie terapii pracy z ciałem – przede wszystkim kurs somatyki według Thomasa Hanny. Spojrzałam na moich pacjentów nowymi oczyma. Przecież oni wszyscy byli jacyś przygięci, pokrzywieni, powykręcani, sztywni i ograniczeni w ruchach – każdy na swój sposób. A ja mogłam zaobserwować oznaki takich zmian fizycznych także u ludzi na ulicy. Tyle że wcześniej nie rzucało mi się to w oczy, dokładnie tak jak u mnie samej. Jak to się dzieje w przypadku wielu psychoana- lityków, realne ciało z jego odczuciami i czynnościami stało mi się raczej obojętne. Interesował mnie co najwyżej tworzony przez każdego obraz własnego ciała. Jeśli przedtem w ogóle zauważa- łam u moich pacjentów zmiany w ciele lub głosie, stanowiły dla mnie jedynie wyraz ich wewnętrznego samopoczucia, które dla 25 mnie było właściwie czymś najistotniejszym. Teraz natomiast za- częłam myśleć: może wewnętrzne samopoczucie pacjentów dla- tego jest tak zmienione, że są wypaczeni i zesztywnieli cieleśnie? Zaczęłam więc badać ich i leczyć także na płaszczyźnie soma- tycznej. Na początku musiałam się przemóc, by dotykać pacjen- tów. W psychoanalizie uchodziło to za błąd w sztuce, a każdy kontakt fizyczny łatwo mógł nabrać posmaku napaści seksualnej. W gabinecie jednak bardzo szybko zauważyłam, że tabu związa- ne z takim kontaktem istnieje tylko w mojej głowie. Pacjenci nie widzieli w tym żadnego naruszenia zasad metody leczenia. To, że ich dotykałam, traktowali jako rzecz zupełnie normalną. Początkowo w mojej pracy największy nacisk kładłam jesz- cze na analityczne zrozumienie i interpretację, ale z biegiem lat coraz istotniejsza stawała się terapia przez ciało, a coraz mniej ważne podejście werbalne. Zjawiało się bowiem coraz więcej pacjentów cierpiących na poważne dolegliwości fizyczne, na- wet jeśli z punktu widzenia medycyny akademickiej uchodzili za zdrowych. Nie byli skłonni wnikać w swoje odczuwane cie- leśnie problemy w sposób wyłącznie intelektualno-werbalny, czy wręcz doszukiwać się ich początków we wczesnym dzie- ciństwie. Podejście psychoterapii przez ciało okazało się tu- taj dobrodziejstwem. Zmieniło też mój sposób patrzenia na psychosomatykę. Wcześniej uważałam, że dolegliwości fizyczne są zawsze tyl- ko objawem leżących u ich podłoża poważnych zaburzeń psy- chicznych spowodowanych przez złe doświadczenia psychiczne okresu dzieciństwa. Dzięki „somatyzacji” miały się one tylko za- manifestować, to znaczy ból cielesny pojawił się zamiast jeszcze trudniejszego do zniesienia bólu psychicznego, który w trakcie wieloletniego, uciążliwego procesu należało odkryć i  przepra- cować. Z  trudem przychodziło mi wyrwanie się z  tych kolein 26 NIEWYJAŚNIONE DOLEGLIWOŚCI? Jak się wszystkO zaczęłO i cO z tegO wynikłO myślowych, ale potem zdałam sobie sprawę, że w  przypadku wielu pacjentów wcale nie muszę brnąć przez długi padół łez. Przeważnie wystarczyło uwolnić ich tu i teraz od bólu i napię- cia, bez względu na to, kiedy i w jaki sposób się one pojawiły. Nie dochodziło do żadnego „przesunięcia objawów”, to znaczy nie pojawiały się nowe dolegliwości, czego można by oczekiwać w myśl teorii psychoanalitycznych. Wręcz przeciwnie: zdarzało się często, że kiedy usuwałam problem somatyczny, to jakby ktoś rozwiązał węzły sieci. Także pod względem psychicznym pacjen- ci czuli się potem znacznie lepiej. Nawet przeniesienia lęków z dzieciństwa na osoby z teraźniejszości rozpuszczały się, kiedy pozbawiało się je podstawy fizycznej. Krok po kroku żegnałam się z większością moich dawnych poglądów na temat psychoso- matyki. Coraz częściej brałam po prostu dosłownie wszystko, co mi pacjenci opowiadali o swoim cierpieniu. W przypadku zabu- rzeń oddechowych nie zadawałam już sobie pytania, jakie może być ich znaczenie symboliczne (nieuświadomiony krzyk za mat- ką?), ale co pacjent aktualnie przy tym odczuwa, które mięśnie bezwiednie utrzymuje w stanie stałego napięcia, co mu utrudnia oddychanie i  niekorzystnie wpływa na jego nastrój. Ponieważ wychodziłam pacjentom na spotkanie tam, gdzie się ze swoimi przeżyciami znajdowali, to znaczy na płaszczyznę somatyczną, czuli się rozumiani lepiej niż dotychczas. A ja mogłam im pomóc znacznie skuteczniej. Często opuszczali mój gabinet rozpromie- nieni, a nie jak dawniej zadumani. Czasem po godzinie terapii ktoś rzucał mi się na szyję albo długo ściskał z wdzięcznością rękę. Robiło mi się od tego ciepło na sercu. Tymczasem także w krę- gach psychoanalizy odchodzono stopniowo od symbolicznego postrzegania dolegliwości psychosomatycznych. Stawało się bo- wiem coraz bardziej jasne, że związki między ciałem, uczuciami 27 i mózgiem zarówno u osób zdrowych, jak i chorych są znacznie bardziej bezpośrednie. Wówczas – uskrzydlona moimi doświadczeniami – poszerza- łam psychoterapię przez ciało na coraz bardziej zróżnicowane obrazy kliniczne. Także w przypadkach zaburzeń, które na po- czątku uważałam jeszcze za czysto psychiczne, na przykład de- presji, mogłam wyczuć, zobaczyć i leczyć zmiany cielesne. Nawet u pewnej pacjentki z anoreksją uzyskałam dzięki metodom pracy z ciałem ogromny sukces. W przypadku niektórych dolegliwości początkowo wahałam się. Leczyć lęk, zajmując się ciałem? Wy- dawało mi się to bardzo spekulatywne. Czy w oczach moich ko- legów nie stanę się ostatecznie niepoważna? I czy moi pacjenci nie uznają mnie za pomyloną, kiedy przy ewidentnie psychicz- nych dolegliwościach zaproponuję im postępowanie kładące nacisk na ciało? Ale i tu nie doceniłam pacjentów. Okazali się znacznie bardziej ode mnie otwarci na nowe podejścia. Pewna kobieta zapytała mnie, czy mogę też coś zrobić z jej zaburzeniami koncentracji. Kiedy pojawiały się, odnosiła ona zawsze wrażenie, jakby jej głowa była całkiem „zatkana”, a kark nadmiernie na- pięty. Z wahaniem zgodziłam się zająć jej szyją i głową oraz ich nieprawidłowym ustawieniem, a potem sama byłam zaskoczona uzyskanym sukcesem. Zaburzenia koncentracji faktycznie znik- nęły. Mógł to być naturalnie efekt placebo, ponieważ pacjentka tak bardzo na to liczyła. A może tak jej się tylko wydawało? Nie- mniej uznałam to za rzecz niezwykłą. Niedługo potem zgłosiła się do mnie przyjaciółka tamtej ko- biety i opowiedziała o swoim przytępionym słuchu. Jako czter- dziestoparolatka była jeszcze na to o wiele za młoda. Wyraźnie odnosiła wrażenie, że jest za bardzo napięta. Ponadto zauważyła, że jej zaburzenia słuchu nie zawsze są jednakowo nasilone. Kiedy czuła się bardzo napięta, słyszała zdecydowanie gorzej. W takich 28 NIEWYJAŚNIONE DOLEGLIWOŚCI? Jak się wszystkO zaczęłO i cO z tegO wynikłO chwilach była też subiektywnie wyczerpana i w złym humorze. Nie chciałam stać się cudowną uzdrowicielką, więc powiedzia- łam jej bardzo niepewnie, że mogę tylko spróbować. Właściwie w to nie wierzyłam, ale pomyślałam, że jeśli ona pozbędzie się swoich napięć, to też już będzie jakaś korzyść. Po jakimś cza- sie niedosłuch wprawdzie nie minął, ale wyraźnie się zmniejszył, co zostało też potwierdzone badaniem u laryngologa. Pacjentka znów mogła słyszeć gwizdanie czajnika, a w większym towarzy- stwie rozumiała poszczególne głosy. Jednocześnie zauważalnie poprawił jej się nastrój, czuła się teraz, jakby mogła przenosić góry. Byłam niezmiernie zdziwiona, lecz nauczyło mnie to, by coraz bardziej polegać na wypowiedziach pacjentów. Wprawdzie do dziś nie czuję się kompetentna, by zajmować się większością postaci niedosłyszenia, ale ten przypadek natchnął mnie odwagą, by brać pod uwagę nadmierne napięcia mięśni i zabiegi psycho- terapii przez ciało także w dolegliwościach, przy których jeszcze nikt dotąd o  tym nie pomyślał. Moje sukcesy w  przypadkach wszelkich możliwych cierpień nabierały rozgłosu: coraz więcej pacjentów zgłaszało się specjalnie z uwagi na psychoterapię przez ciało. Najczęściej zjawiali się cierpiący na chroniczne bóle. Naturalnie zgłębiałam też ortopedię. Początkowo sądziłam, że występują dwa rodzaje zaburzeń: czynnościowe (funkcjonalne), którymi powinni się zająć specjaliści od terapii pracy z ciałem, oraz czysto organiczne, pozostające domeną lekarzy medycyny (jak moje wypadnięcie dysku). Z czasem zauważyłam, że przy- najmniej w początkowej fazie wszelkie zaburzenia mają charakter czynnościowy. W końcowym stadium zwyrodnienia stawów, kie- dy na skutek ustawicznego nadmiernego napięcia mięśni również kości ulegają zużyciu, może pomóc tylko medycyna akademicka poprzez wszczepienie endoprotezy. Ale terapeuta stosujący pracę z ciałem może nie dopuścić do tego, by ten proces w ogóle zaszedł 29 tak daleko. Medycyna akademicka jest częścią naszego uwarun- kowanego kulturowo sposobu myślenia, a on jest – przynajmniej w odniesieniu do ciała – redukcjonistyczny (w przeciwieństwie do całościowego) i statyczny. Kiedy występuje chroniczny ból ko- lana, uważamy, że jest ono zepsute i można je w prosty sposób naprawić niczym jakąś część naszego samochodu. A że kolano ma coś wspólnego z tym, co wyprawiamy ciągle sami ze sobą, to już nam do głowy nie przyjdzie. Specjaliście również nie. W ogóle nie zwraca on uwagi na to, jak się ktoś porusza i jaką utrzymuje po- stawę w polu siły ciężkości. Czynnościami układu nerwowo-mię- śniowego interesuje się medycyna tylko w przypadku poważnych zaburzeń i niedomagań, jak udary mózgu i inne choroby neuro- logiczne. Są wprawdzie lekarze sportowi, ale nie ma specjalistów od codziennego poruszania się, a większość ortopedów martwi się w pierwszym rzędzie o kości. Uważają oni przeważnie, że na podstawie nieruchomego zdjęcia rentgenowskiego mogą orzekać o „aparacie ruchu” pacjenta. Ale człowiek nie ma żadnego „aparatu ruchu”. Ruch nie pro- wadzi do zużycia się organizmu, ale utrzymuje go w zdrowiu. Nie chodzi o to, że poszczególni ortopedzi nie mają racji, to le- żący u podstaw akademickiej ortopedii sposób widzenia wymaga moim zdaniem uzupełnienia, przynajmniej w przypadku chorób przewlekłych. Statyczne, redukcjonistyczne myślenie przenika całą naszą kulturę, jest częścią zaburzenia, które w  mniejszym lub większym stopniu dotyka nas wszystkich. Sama myślałam w ten sposób i bardzo prawdopodobne, że przyczyniło się to do mojej choroby. Dziś uważam, że w rzeczywistości człowiek sta- nowi żywą jedność funkcjonalną, w  której wszystkie części ze sobą współdziałają. I również jako całość nie jest on izolowany: pozostaje zawsze w interakcji zarówno ze środowiskiem fizycz- nym, jak i społecznym. A przede wszystkim: jest układem samo- 30 NIEWYJAŚNIONE DOLEGLIWOŚCI? Jak się wszystkO zaczęłO i cO z tegO wynikłO organizującym się. Może sam siebie postrzegać, poruszać sobą, kontrolować się, rozumieć i zmieniać. Przyjąwszy taką perspektywę, wkroczyłam na nieznane tery- torium, niepodzielone na ciało i  duszę, względnie: medycynę i psychologię. Jest to terytorium sensomotoryki, doznań zmy- słowych i ruchu, przeżywanego i ożywionego ciała. Nie jest to skostniałe ciało medycyny akademickiej, wobec którego można się zdystansować jak wobec przedmiotu, by go „bezstronnie” i  „obiektywnie” obejrzeć, zmierzyć i  ostatecznie wpływać nań środkami chemicznymi albo oddać do naprawy u chirurga. Nie jest to też ciało psychologii, które jako pewien konstrukt, symbol czy przedstawienie wiedzie nędzną, bezczynną i bezkrwistą egzy- stencję w umyśle lub mózgu, zamiast odczuwać i działać w real- nym życiu. Nie jest to też ciało sportu, z którego można uczynić supersprawną maszynę, hartować je, poddawać dopingowi i bez opamiętania męczyć. Nie jest to blade i przezroczyste ciało astral- ne ezoteryki, podporządkowane monstrualnemu duchowi obda- rzonemu nieograniczoną mocą rozkazywania, ani abstrakcyjnym świętym naczyniem nadprzyrodzonej mocy. Jest to natomiast powszechne ciało dnia i nocy, dni powsze- dnich i  świąt, pracy i  czasu wolnego, ciało podległe sile przy- ciągania ziemskiego, mające swoją część górną i dolną, przednią i tylną, prawą i lewą. Jest to ciało ożywione, odczuwane, porusza- ne, obdarzone umysłem, dręczone i zażywające rozkoszy, zdrowe i poszkodowane, cierpiące i wybawione od cierpienia, marznące i pocące się, smutne i radosne, wpadające w gniew i kochające. To jest „moje” ciało. To ciało jest doskonale znane nam wszyst- kim z codziennego doświadczenia, mimo to prawie nic o nim nie wiemy, ponieważ go nie obserwujemy. Thomas Hanna nazwał je „somą”, ciałem doświadczanym od wewnątrz. Ten ożywiony organizm wzbudzał odtąd moje zainteresowanie. Pełna zacieka- 31 wienia zaczęłam go badać u siebie i u innych. Nie mogłam przy tym sięgnąć po żaden podręcznik. Musiałam się za to nauczyć wykorzystywać własne zmysły: intensywnie i  dokładnie obser- wować, przysłuchiwać się i odczuwać dotykiem – stawać się bez reszty okiem, uchem, wczuwającą się dłonią. Tymczasem od wielu lat prowadzę gabinet psychoterapii przez ciało. W oparciu o inne procedury opracowałam własną metodę: sensomotoryczną terapię pracy z ciałem według dr Pohl (niem. Sensomotorische Körpertherapie nach Dr. Pohl)), w której szkolę też innych. Z biegiem lat bardzo wiele dowiedziałam się o obdarzonym du- chem ciele ludzkim i mogących go dotykać zaburzeniach: trochę z książek i czasopism fachowych, więcej podczas praktycznych szkoleń, jeszcze więcej na podstawie osobistych doświadczeń, najwięcej jednak od własnych pacjentów. Zdobytą w ten sposób wiedzą chciałabym podzielić się z czytelnikiem. 2. Wszystko to sprawa psychosomatyczna? Jak można cierpieć mimo postawienia wielu diagnoz – a zarazem nie otrzymać żadnej Przeczytałam niedawno w gazecie, że doszło do tego, iż „scho- rzenie psychosomatyczne” to w Niemczech najczęściej stawiana diagnoza lekarska. „Pięknie” – powie na to światły obywatel – „a zatem teraz medycyna zaczyna wreszcie brać pod uwagę rolę, jaką w powstawaniu chorób ciała odgrywają czynniki psychicz- ne”. „Wcale nie tak pięknie” – uważają natomiast ci, którym po- stawiono taką diagnozę. Bowiem podobnie jak niegdyś ja samak, każdy z nich odczuwa swoje dolegliwości jako całkiem realnie fizyczne. To plecy bolą, nie dusza, czują to całkiem dokładnie. Kiedy ktoś skręca się od bólu brzucha, słysząc, że to wszystko kwestia psychiki, ma wrażenie, jakby z niego kpiono. Inny, cier- piący na takie zawroty głowy, że ledwie trzyma się na nogach, ma sobie to wszystko „tylko wyobrażać”? Nie może tak być, te do- legliwości muszą mieć jakieś przyczyny somatyczne. Dokładnie tak przyjmuje to kobieta cierpiąca na zatrzymanie moczu i męż- czyzna z nadmiernym parciem na mocz, kobieta z gałką histe- ryczną w gardle i mężczyzna z kłuciem w okolicy serca, kobieta z bólem głowy i mężczyzna z zaburzeniami oddychania. Musi się 33 za tym kryć jakaś fizyczna choroba – i to przypuszczalnie całkiem poważna, w przeciwnym razie nie mieliby oni tak intensywnych dolegliwości. Dany lekarz po prostu jeszcze jej nie odkrył, idzie się więc do następnego. Tak rozpoczyna się „latanie po dokto- rach”, trwająca przeważnie latami odyseja lekarzy i szpitali. zewnętrzny punkt widzenia Problem ten znałam od dawna z  literatury fachowej: chorzy z  niejasnymi dolegliwościami często całymi latami są niewła- ściwie leczeni, aż wreszcie ktoś stawia diagnozę: „psychosoma- tyczne”. Jednak właśnie pacjenci z  ciężkimi zaburzeniami nie akceptują tego orzeczenia i dalej ciągają się od lekarza do lekarza. Pacjenci bez rozpoznania organicznego uchodzą skutkiem tego za osoby „częściej korzystające z usług służby zdrowia”. Według niemieckiego badania Hessla i współpracowników z 2004 roku pacjenci mający tak zwane dolegliwości somatoformiczne (cho- roba bez podstaw organicznych) w okresie dwóch lat przeciętnie osiemnaście razy odwiedzają lekarza i przez dwadzieścia dni są na chorobowym. Koszty medyczne, jakie generują, przewyższa- ją czternastokrotnie (według pewnego amerykańskiego bada- nia) przeciętne wydatki medyczne na osobę (Smith, 1994). Nie uwzględniono tu jeszcze ekonomicznych kosztów nieobecności w pracy i dalszych następstw choroby. A zatem akurat ci, którym oficjalnie „nic nie jest”, najczęściej angażują służbę zdrowia i naj- bardziej obciążają budżet. Jest to problem nie tylko poważny, ale też kosztowny. Z punktu widzenia lekarzy wygląda to tak: żeby nie przeoczyć jakichś kwestii medycznych, badają oni pacjen- tów szczególnie drobiazgowo, podejmują próby leczenia wszel- kimi znanymi im metodami, kierują ich do specjalistów. Gdy 34 NIEWYJAŚNIONE DOLEGLIWOŚCI? wszystkO tO sprawa psychOsOmatyczna? to wszystko zawodzi, wbrew najlepszym chęciom nie mogą już stwierdzić żadnej podstawy organicznej, która pozwoliłaby wyja- śnić obraz kliniczny choroby. Toteż oznajmiają pacjentowi: „Nic panu nie jest. Z punktu widzenia medycyny jest pan zdrowy. To tylko sprawa psychosomatyczna”. I oczekują, że tą wiadomością ucieszą chorego. Bynajmniej! Pacjenci reagują raczej oburzeniem: „Nie jestem przecież pomylony!” – odpowiada większość. Leka- rze są rozczarowani. Z ich punktu widzenia zrobili wszystko, co mogli. To nie ich wina, że terapia nie dała efektu. Maksymalne dolegliwości pacjentów rzeczywiście nie pasują do ich minimal- nego orzeczenia dotyczącego wykrytych zmian chorobowych. Często zmieniające się objawy w  chaotycznych zestawieniach mimo najlepszych chęci nie dadzą się zaklasyfikować jako żadna konkretna choroba. A więc najwyraźniej choroba istnieje tylko w głowie pacjenta. Jeśli pacjenci nadal zgłaszają się do lekarzy, ci stopniowo przestają traktować ich całkiem poważnie. Niekiedy uważają wręcz, że rozmyślnie wodzą ich za nos, symulują, uchy- lając się od pracy albo chcąc uzyskać rentę. Z uwagi na brak cza- su i reglamentację świadczeń częste wizyty tych pacjentów stają się dla lekarzy coraz bardziej uciążliwe. Ponieważ diagnoza „psychosomatyczne” zyskała sobie w między- czasie w kręgach lekarskich sporą popularność, często jest stawiana także na początku „medycznej kariery” pacjenta, kiedy rutynowe badania nie pozwoliły niczego stwierdzić. Jako że „psyche” nie była w ogóle badana, jest to raczej diagnoza świadcząca o zakłopotaniu. Można ją tłumaczyć jako: „Ja też nie wiem, co panu dolega”. Ba- dania potwierdzają, że w przypadku bardzo wielu pacjentów z ga- binetów lekarskich i szpitali nie da się stwierdzić żadnej konkretnej choroby. Aplikuje im się zwykle słowa pokrzepiania oraz środki uspokajające lub naturalne. Jednak tylko pacjenci z lżejszymi do- legliwościami dają się tym zadowolić (i nawet oni nie na długo). 35 Jeśli zostaną odesłani do specjalisty od psychiki, tylko niewie- lu tam idzie, jak to wykazano w opublikowanym w 2007 roku badaniu Sammeta i współpracowników z kliniki uniwersyteckiej w Getyndze. Spośród 126 hospitalizowanych (i zapewne ciężko cierpiących) pacjentów, którym na oddziale psychoterapii po- stawiono diagnozę „schorzenie o podłożu psychosomatycznym” i zaproponowano psychoterapię, po dwóch czy trzech latach tyl- ko około 50 odesłało wypełnione kwestionariusze. Wśród nich tylko mniej więcej 40 skorzystało z propozycji psychoterapii. Często jest ich jeszcze mniej. Ta reakcja na diagnozę „psychosomatyczne” jest tak typowa, że w międzynarodowej klasyfikacji chorób ICD 10 została już wymieniona jako kryterium diagnostyczne zaburzeń „somatofor- micznych”, jak się dziś oficjalnie nazywa choroby psychosoma- tyczne bez podstaw organicznych. Czytamy tam: „Główną cechą zaburzeń tej kategorii jest powtarzające się występowanie obja- wów somatycznych z uporczywym domaganiem się badań lekar- skich pomimo negatywnych wyników takich badań i zapewnień lekarzy, że dolegliwości nie mają podstaw somatycznych”. Już styl tego tekstu wyraźnie pokazuje, że zachowanie pacjenta uważa się ostatecznie za niestosowne i aroganckie. W podpunkcie Zabu- rzenia somatyzacyjne pod nagłówkiem Wytyczne diagnostyczne już jako punkt drugi mamy kryterium: „uporczywa odmowa ak- ceptowania porad i zapewnień lekarzy w sprawie nieobecności schorzeń somatycznych warunkujących objawy”. Innymi słowy: kiedy osoby dotknięte jakąś przypadłością obstają przy soma- tycznym charakterze swojego cierpienia, uchodzi to za dowód na to, że mają one zaburzenia psychiczne. Pacjenci, którzy się temu przeciwstawiają, uchodzą za użalających się nad sobą, wymagają- cych i upartych. Naturalnie można by też dojść do wniosku, że w teoriach fachowców coś się chyba nie zgadza, skoro znajdują 36 NIEWYJAŚNIONE DOLEGLIWOŚCI? wszystkO tO sprawa psychOsOmatyczna? one tak małe potwierdzenie u osób chorych. Niestety także naj- bardziej empatyczni, prowadzący prywatną praktykę psychotera- peuci muszą swoje wnioski do kasy chorych formułować zgodnie z kryteriami ICD 10, na skutek czego oni sami zostają coraz bar- dziej wtłoczeni w ten schemat myślenia. Autorzy zorientowani psychologicznie wciąż piszą, że pa- cjenci mają „fiksację organiczną” i mówią tylko o aspekcie fi- zycznym. Ma to być psychiczny proces obronny utrudniający dostęp do nich. Tak pisze Schors (2003): „Zachowanie prefe- rowane przez pacjentów to rozmowa o bólu. Tylko z trudem, jeśli w ogóle, dają się skłonić do tego, aby podejmować inne tematy… Reakcje przeciwprzeniesienia (reakcje emocjonalne – przyp. aut.) psychoterapeuty na to mogą obejmować zniecier- pliwienie i znudzenie, uczucie działania na jałowym biegu i wy- czerpania lub bezsensowności, ponieważ jego zainteresowanie kieruje się przecież na relacje i konflikty, a nie na monotonię samego objawu”. Stąd też ciężko cierpiący „psychosomatycy”, zwłaszcza pacjen- ci z chronicznym bólem nie są szczególnie lubiani przez psycho- terapeutów. Uchodzą za osoby w  wysokim stopniu zaburzone i słabo poddające się terapii. Ukuto nawet wyrażenie „syndrom pogromcy koryfeuszy”. Ma to znaczyć, iż choroba pacjentów polega na tym, że wyszukują sobie wielkich koryfeuszy psycho- terapii, by ich potem skazać na przegraną. Odpowiednio słabo w takich przypadkach wypadają statystyki sukcesu psychotera- pii. W wyżej wspomnianym badaniu Sammeta 90 pacjentów w dwa do trzech lat po postawieniu diagnozy nadal cierpiało na swoje dolegliwości. Większość z tych, którzy uczęszczali do psy- choterapeuty, miała podczas badania kontrolnego nie mniejsze dolegliwości niż ci, którzy nie skorzystali z zalecenia. Potrafili je tylko lepiej znosić. U tych, którzy chodzili do psychiatry, dole- 37 gliwości nawet się nasiliły. Nie stwierdzono, niestety, ilu pacjen- tów szybko przerwało terapię i z tego powodu nie mogło odnieść z niej korzyści. Musiała to być większość. W wielu przypadkach dochodzi do załamania się dialogu terapeutycznego i kończy na wzajemnych oskarżeniach i rozgoryczeniu. Dlatego wypowiedzi fachowców na temat tego rodzaju pa- cjentów mają charakter raczej teoretyczny. Prawie nikt nie zna ich bliżej. Nie pojawiali się w moim gabinecie, gdy byłam „czy- stym” psychoanalitykiem. Koncepcja psychosomatyki cieszy się dziś wielką popularnością w  szerokich kręgach społeczeństwa – wprawdzie nie w  mocno skomercjalizowanej wersji fachowców, ale w tej popularnej, którą przyswoiło sobie wielu laików i psychologów amatorów. W takich książkach jak Krankheit als Symbol („Choroba jako symbol” – do- stępna jedynie w języku niemieckim) Rüdigera Dahlke można dla prawie każdej choroby przeczytać, jakie ma mieć znaczenie sym- boliczne. Wiele osób uważa dzisiaj, że znajomość tej symboliki i  zrozumienie postulowanych zależności wewnątrzpsychicznych może istotnie przyczynić się do wyzdrowienia. Dlatego wierzy się, że znaleziono w końcu drogę wyjścia z jednostronności medycyny akademickiej i zaradzono konieczności wyjaśnienia problemu. Ale także w tym przypadku osoby cierpiące pozostają oso- bliwie „uparte”. Sam Dahlke stwierdza, że szeroka aprobata jego pracy dotyczyła zawsze tylko obrazów klinicznych choro- by innych osób, a  nie własnej. Uważa się, że są one słuszne przede wszystkim w  przypadku „trudnych” członków rodzi- ny, w  żadnym razie we własnym. Wynika to moim zdaniem nie tyle z występowania „plamki ślepej” w naszej psychice, ile z tego, że także w wersji popularnej chodzi o psychosomaty- kę postrzeganą od zewnątrz. Można się wprawdzie cieszyć, że 38 NIEWYJAŚNIONE DOLEGLIWOŚCI? wszystkO tO sprawa psychOsOmatyczna? dzięki symbolicznym interpretacjom chorób uda się lepiej ro- zumieć innych, ale w przypadku silnych własnych dolegliwości czytanie takich książek pomogło równie mało co komentarze fachowców, o  czym świadczą bolesne doświadczenia moich pacjentów. Gdyby symbolicznymi interpretacjami posługiwali się ich bliscy, zareagowaliby raczej alergicznie. Nawet podej- mowane w dobrej wierze próby tego rodzaju pomocy odrzucali nierzadko jako ignoranckie mędrkowanie („Nie masz pojęcia, jak ja się czuję!”). Dziś uważam, że chodzi o to, iż te dolegliwo- ści nie mają żadnego symbolicznego znaczenia, a w przypadku własnych doświadczeń odpowiednie interpretacje okazują się chybione. wewnętrzny punkt widzenia Dzięki własnej chorobie, a jeszcze bardziej dzięki zmianie profilu mojej praktyki na psychoterapię przez ciało, miałam możność spoj- rzeć na sprawę z drugiej strony. Teraz bowiem zjawiali się u mnie tłumnie właśnie ci, których nikt już nie chciał i którzy sami nigdzie już nie chcieli chodzić. Teraz poznawałam ludzi, o których istnie- niu wiedziałam wcześniej tylko z literatury fachowej i podobnie jak moi koledzy uważałam, że rokowanie w ich przypadku jest bardzo niepomyślne. Przychodzili tacy, którzy spróbowali już wszystkiego, tacy, którzy z punktu widzenia medycyny akademickiej uchodzili za niepoddających się terapii, oraz tacy, którzy mieli już za sobą bezskuteczną psychoterapię. Ich maraton po lekarzach, jak się do- wiedziałam, wynikał z czystej konieczności. Rekordzistą wśród moich pacjentów był 42-letni samodzielny technik dentystyczny. W  ciągu dwóch lat odwiedził bez rezultatu 39 czterdziestu lekarzy (i dodatkowo niezliczonych specjalistów medy- cyny niekonwencjonalnej, fizjoterapeutów i masażystów). Głównym motywem w  jego przypadku była obawa, że nieznośne problemy z barkiem, ręką i karkiem pozbawią go możliwości zarobkowania. (Jego historię znajdziesz na stronie 481). Najgorsze, jak mówiła większość pacjentów, było nie wie- dzieć, co im jest. Orzeczenie „Wszystko z panem/panią w po- rządku!” wszyscy odbierali jako druzgocące, bowiem czuli całkiem dokładnie, że to nie odpowiada prawdzie. Im czę- ściej niczego się nie stwierdza, tym bardziej pacjenci wpada- ją w  panikę. Rodzi się w  nich jakaś absurdalna tęsknota za diagnozą choroby organicznej. Często są wręcz zachwyceni możliwością operacji, ba!, nawet ponaglają lekarzy do tego, by dzięki poważnej interwencji chirurgicznej pozbyć się po- ważnych dolegliwości. „Często żałowałem nawet, że nie mam raka” – opowiadał mi zrozpaczony młody człowiek – „bo wte- dy przynajmniej wiedziałbym, co można zrobić. Nawet gdy szanse nie są zbyt duże. Ale zawsze byłoby to lepsze niż mój przypadek, gdzie nie było widać końca cierpienia, a ja nawet nie wiedziałem, co mi jest”. Dowiedziałam się, jak sam chory przeżywa swoją „karierę” w systemie opieki zdrowotnej jako – ogrom cierpień oraz spi- ralę lęku, gniewu i zwątpienia. Naturalnie w moim gabinecie mam do czynienia ze specjalnie odsianymi pacjentami. Ci sku- tecznie wyleczeni nie mają powodu, by się do mnie zgłaszać. Ale przebieg leczenia wydaje się jednak typowy. 40 NIEWYJAŚNIONE DOLEGLIWOŚCI? wszystkO tO sprawa psychOsOmatyczna? Przebieg leczenia z punktu widzenia pacjentki „Od dwunastu lat boli mnie cały brzuch od pępka do kości łonowej, prócz tego jeszcze przednia część dna miednicy. Zupełnie tak, jakby ktoś mnie dźgał nożem. Kiedy jest bar- dzo źle, dostaję od tego depresji. Także jelito jest chore. Bardzo często dostaję biegunki. Toleruję tylko to, co niezdrowe, jeszcze najlepiej ryż i chleb, ale żadnych warzyw i owoców. Od tego czasu przytyłam dwadzieścia kilo. Nie mogę daleko chodzić ani uprawiać żadnych sportów z powodu tych bólów, są jak więzienie. Również pęcherz jest chory. Muszę wciąż biegać do toalety, w nocy prawie co godzinę. Zaczęło się to jak zapalenie pę- cherza. Niczego nie stwierdzono. Wziernikowanie brzucha wykazało endometriozę (choroba, w której fragmenty błony śluzowej macicy występują poza macicą). Dałam to sobie zoperować, ale sytuacja się nie poprawiła. Najpierw odwiedziłam wszystkich lekarzy: lekarza do- mowego i urologa, ginekologa, internistę, neurologa, endokrynologa, gastroenterologa, wszystkie specjalno- ści. Potem wypróbowałam wiele terapii alternatywnych: homeopatię, diety, oczyszczanie jelita, biorezonans, leki roślinne, kręgarstwo, infuzje laserowe. Nic nie pomogło, także żadne środki przeciwbólowe. Od roku dostaję pla- ster z morfiną. Dzięki temu przez pół roku sytuacja była do zniesienia, ale od Bożego Narodzenia znowu jest bardzo źle. Biorę też leki psychotropowe, ale one tylko otępiają. Przez siedem lat przechodziłam psychoterapię, spędzi- łam też kilka miesięcy na oddziale psychosomatycznym. 41 Osobiście wiele mi to dało, ale jeśli chodzi o ból i depresje to niestety nic a nic. Jedyne, co trochę pomaga, to reiki. Jestem nauczycielką i kocham mój zawód. Mam teraz czterdzieści trzy lata i boję się wcześniejszej emerytury. Nie chcę siedzieć w domu. Ale coraz częściej muszę. Wtedy nie mogę już spać, tylko beczę. Ostatnio byłam na oddziale leczenia bólu, ale tamtej- sza psycholog wciąż chciała mi tylko wmówić, że muszę żyć z tym bólem. Łatwo powiedzieć. Nie mogę już z tym dłużej żyć!”. (Wcale nie musiała. Mogliśmy jej pomóc, ponie- waż miała rozległe obszary nadmiernego napięcia w obrębie podbrzusza). Ponieważ zaczęłam zagłębiać się w fizyczną stronę dolegliwości pacjentów, pojawiali się także ci, którzy zdecydowanie wzbra- niali się przed psychoterapią werbalną. Poza samymi dolegliwo- ściami dokuczało im też odrzucenie, jakie ich dotąd spotykało. Nawet jeśli nie akceptowali diagnozy „psychosomatyczne”, czuli wewnętrzną niepewność i dręczyło ich zwątpienie w siebie. Dla niektórych określenie „psychosomatyczne” oznaczało, że są teraz ruiną nie tylko pod względem fizycznym, ale też psychicznym. Większość czuła się poniżona i kompletnie niezrozumiana. „Sło- wo »psychosomatyczne« to dla mnie określenie pogardliwe – po- wiedział jeden z moich pacjentów. – „To znaczy, że człowiekowi nie powinno nic być, choć prawie kona z bólu”. Jak większość ludzi wierzą oni dzisiaj, że stres zawodowy czy prywatny może czasem odbić się na żołądku albo wywołać bóle pleców. Ale wy- raźnie czują, że w  ich przypadku kryje się za tym coś więcej. Podzielają przekonanie lekarzy, że: psychosomatyczne = nie takie 42 NIEWYJAŚNIONE DOLEGLIWOŚCI? wszystkO tO sprawa psychOsOmatyczna? dokuczliwe. Jednak podczas gdy lekarze uważają, że cierpienia tych pacjentów nie mogą być tak dokuczliwe, ponieważ są „tyl- ko” psychosomatyczne, zdaniem samych pacjentów ich choro- ba w żadnym razie nie może być „tylko” psychosomatyczna, bo przecież wiedzą, jak jest dokuczliwa. Lekarz i  psychoterapeuci, którzy sami zaczynają cierpieć na dolegliwości nieujęte w  oficjalnym katalogu diagnostycznym medycyny, czują się dokładnie tak samo niezrozumiani przez swoich kolegów po fachu jak inni pacjenci. Lekarka jako pacjentka Pracująca w szpitalu lekarka po operacji jelita zaczęła cier- pieć na bóle dna miednicy i trudności w oddawaniu stolca. Bóle były tak silne, że tylko z trudem mogła na pół etatu wykonywać swoje obowiązki zawodowe. Naturalnie dawno za sobą miała wszelkie badania i terapie medyczne. Pró- bowała ukrywać dolegliwości przed kolegami. Zbyt dobrze pamiętała ich uwagi o „gównianej neurozie” pacjentów mających podobne jak ona problemy. Cielesność swoich dolegliwości ci pacjenci przeżywają jako bez- pośrednie, obezwładniające doświadczenie zmysłowe, którego nikt nie jest w stanie im wyperswadować. Jeden z nich ujął to tak: „Kiedy odczuwa się tak silne bóle, a ktoś tłumaczy, że nic nam nie jest i że wszystko to tylko psychika, to tak, jakby ktoś nam powiedział: »Drzew, które tam widzisz, wcale tam nie ma«. Nie sposób w to uwierzyć. Człowiek myśli sobie: co on tam wie, i  idzie gdzie indziej”. To straszne doznanie zmysłowe potrafi 43 w takim stopniu zawładnąć psychiką, że wszystko inne przestaje być ważne. Człowiek ma wrażenie, jakby znajdował się w stanie alarmowym, który bezwarunkowo powinien zostać natychmiast zakończony, nieważne w jaki sposób. Świetnie to opisuje wiersz Wilhelma Buscha o bólu zęba. Ból zęba (dosłowny przekład niepoetycki) Ból zęba, patrząc subiektywnie. Jest bez wątpienia niemile widziany; Ma jednak tę dobrą stronę, Że przy tym siła życiowa, Którą często trwoni się na zewnątrz, Kieruje się do punktu wewnątrz I tu się energicznie skupia. Ledwie doświadczy się pierwszego ukłucia, Ledwie poczuje się znane świdrowanie, Poruszenie, szarpnięcie i poszumy, Wylatuje z głowy historia powszechna, Zapomina się o sprawozdaniach giełdowych, Podatkach i tabliczce mnożenia, Słowem, wszelkie formy zwykłego istnienia, W innej sytuacji tak realne i ważne, Stają się raptem błahe i bez znaczenia. Owszem, nawet stara miłość rdzewieje, I nie wie się, w jakiej masło jest cenie, Bo dusza mieści się już W ciasnej dziurze zęba trzonowego, I wśród szumu i świstu Dojrzewa decyzja: Precz z nim! 44 NIEWYJAŚNIONE DOLEGLIWOŚCI? wszystkO tO sprawa psychOsOmatyczna? To jest właśnie „fiksacja somatyczna” postrzegana od wewnątrz. Każdy, kto miał kiedykolwiek tak silne dolegliwości, zna to zja- wisko, towarzyszy o
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Niewyjaśnione dolegliwości? Zrozumieć i uleczyć chroniczne bóle.
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: