Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00592 008945 10733430 na godz. na dobę w sumie
Nigdzie teraz, teraz tutaj - ebook/pdf
Nigdzie teraz, teraz tutaj - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 142
Wydawca: Biblioteka Analiz Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-63879-47-1 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Mały bazar na warszawskim Żoliborzu daje na dwa lata schronienie zmęczonemu życiem punkowcowi. Zostaje sprzedawcą w sklepie z papierosami, prasą i książkami.

Na otwarcie sklepu chcę założyć koszulkę z jakimś napisem. Chcę coś zamanifestować. Tyle że nic nie mogę wymyślić. Nie udało się. Dwie godziny za zamkniętymi drzwiami i nic. Okazuje się bowiem, że nie mam światu nic do przekazania.

A jednak Grzegorz Bartos daje w swojej prozie głos ludziom, którym głosu nikt inny nie daje. Z jednej strony to pastisz reportażu, a z drugiej literatura protestu, kontestacji, literatura rebelii – nie przypadkiem słychać tu w tle punkowe kapele.

'Podobają mi się w tej książce nawiązania do punkowych zespołów, których sama słucham. A sam bazar przedstawiony jest bezpretensjonalnie, swojsko' - Sylwia Chutnik

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

GRZEGORZ BARTOS NIGDZIE TERAZ, TERAZ TUTAJ punkowa dusza na warszawskim bazarze „Rozdział zamknięty”, GRZEGORZ BARTOS (1976), pisarz i dramaturg z ra- domskich Plant. Autor powieści „Czapki z głów”, „Anarchiści”, „Opowieść o dwóch meczach i morderstwie”, sztuk teatral- nych „Wszyscy jesteśmy grubasami”, „Hazardziści” oraz „Nadzy i martwi”, zrealizowanej jako słucho- wisko przez Teatr Polskiego Radia i wystawianej w teatrach w Hadze. Mały bazar na warszawskim Żoliborzu daje na dwa lata schronienie zmęczonemu życiem punkowcowi. Zostaje sprzedawcą w sklepie z pa- pierosami, prasą i książkami. Na otwarcie sklepu chcę założyć koszulkę z jakimś napisem. Chcę coś za- manifestować. Tyle że nic nie mogę wymyślić. Nie udało się. Dwie godzi- ny za zamkniętymi drzwiami i nic. Okazuje się bowiem, że nie mam światu nic do przekazania. A jednak Grzegorz Bartos daje w swojej prozie głos ludziom, którym głosu nikt inny nie daje. Z jednej strony to pastisz reportażu, a z dru- giej literatura protestu, kontestacji, literatura rebelii – nie przypadkiem słychać tu w tle punkowe kapele. Podobają mi się w tej książce nawiązania do punkowych zespołów, których sama słucham. A sam bazar przedsta- wiony jest bezpretensjonalnie, swojsko Sylwia Chutnik N I G D Z I E T E R A Z , T E R A Z T U T A J G R Z E G O R Z B A R T O S Partner Wydania ISBN 978-83-63879-47-1 9 788363 879471 NIGDZIE TERAZ, TERAZ TUTAJ GRZEGORZ BARTOS NIGDZIE TERAZ, TERAZ TUTAJ punkowa dusza na warszawskim bazarze Jirafa Roja Warszawa 2015 © Copyright by Jirafa Roja, 2015 © Copyright by Grzegorz Bartos, 2015 Zdjęcie na okładce: Che (Wiki Commons) Zdjęcia autora: Piotr Czyż Korekta i redakcja: Adam Mrówczyk Łamanie: TYPO 2 ISBN 978-83-63879-47-1 Wydanie I Warszawa 2015 www.jirafaroja.pl INTRO Wchodzę w krajobraz po bitwie, pomiędzy spalo- ne i poprzewracane bazarowe budy. Dookoła zgliszcza, sterty kartonów, żelazne elemen- ty „szczęk” i stelaży. Dalej maź rozdeptanych warzyw i owoców, strzępy ubrań i zasłon, sprzętu elektronicz- nego i Bóg wie co jeszcze, bajzel ze sklepu „wszystko za złotówkę”, a  nawet wrak starego żuka handlarzy jabłek i żółta budka telefoniczna bez szyb. Pod buda- mi poniewierają się kartony skitranych przez Ormian papierosów, ohydnych faj o nazwie Classic, które pali- ła jedynie biedota osiedlowa, pijacy i emeryci, którym pozwalały na to żony na tyle cwane aby trzymać łapę na skromnym budżecie. Wszystkie te stare babcie, któ- re płaciły u mnie większość swych rachunków, co to posiadły mądrość, że skoro mężów nie zabiło tyle lat 5 palenia, najgorsze ścierwo również ich nie wykończy. Na coś trzeba umrzeć – mawiały, na coś, tak, trzeba umrzeć, choć niektóre najwyraźniej nie mogły. Nie by- ło już wielu bazarów, nie było „stadionu”, a one wciąż dreptały po warszawskich chodnikach. Zrywam policyjną taśmę i przechodząc alejką, która była moją alejką przez ostanie dwa lata, wiążę miejsca nie ze sklepowym asortymentem, ale z ludźmi. Nie- ważne, że damskie fryzjerki zmieniały się co pół roku. Mijając zakład fryzjerski myślę właśnie o jednej z nich, która zaszła w ciążę i jej ponętny kuper stał się dwa- kroć bardziej ponętny. Z kolei obuwniczy był dla mnie emanacją Lucjana, przez którego często myślałem, jak to jest sprzedawać buty przez całe życie i napraw- dę przypominał fizycznie Ala Bundy’ego ze „Świata według Bundych”. Dalej była pasmanteria Czesława, którego synowie byli kibicami Legii i mojito. Chemia Zbigniewa, odstręczającego alkoholika, klasycznego pięćdziesięciolatka, który twierdził, że zdał rok wcze- śniej test sprawnościowy do policji z najlepszym wy- nikiem, ale nie wiedzieć czemu go nie przyjęli. Dalej mydło i powidło Karema, Ormiańca z porażającą bli- zną przez całe gardło. Meble Zdzisława, chama, który najbardziej z nich wszystkich chciał być totolotkowym milionerem i powiedział mi, że gdy któregoś dnia wy- gra, to mnie uwolni od mojego sklepu – i zrobi swo- im kierowcą! Bar wyznawczyni Jehowy, która kiedyś zatruła cały bazar świątecznym tradycyjnym bigosem 6 z pieczarkami. Ciuchy starej Wietnamki, która tak źle mówiła po polsku, że gdy przyszła zapytać o „miejsce” na bazarze, wszyscy zrozumieli, że pyta o  „mięso”, zatem wysłali ją do drugiej alei, gdzie były tylko sto- iska z wieprzowiną i kurczakami, przez co załamana chodziła między nimi, kręciła głową i płakała: ajajaj! Jej brat był podejrzanym typem, którego Witek swoim paranoicznym zmysłem uznał za agenta wietnamskiej bezpieki, ale o Witku nie chcę teraz myśleć. Jeszcze nie. Były też dwie męskie fryzjerki i pokręcona krawcowa, skórzane kurtki, karma dla psa i kota, a wszystko mia- ło swoją twarz – cycatej blondynki bądź małego Or- miańca, którego nazywali Krzyś i którego żona była od niego pięć razy większa, a mimo to można było pomy- śleć, że dwadzieścia lat temu była najpiękniejszą kobie- tą na wsi, z której przybyli. Dalej wietnamski krawiec i naprawa rowerów, garnitury i ryby, galanteria i meble, wszystko ze swoją twarzą, czy to opalonego cwaniaka, czy mistrzyni krzyżówek, absolutnej szczęściary, która wygrywała każdy konkurs, w jakim brała udział. Boję się podejść do miejsca, które było mi przypi- sane, dlatego zatrzymuję się naprzeciw, na pustym placu po piekarni tłustej flądry, która paliła jak smok, miała beznadziejne amatorskie tatuaże, niemal żad- nych zębów, za to wyrok na koncie, brata kryminalistę, troje dzieci, właściwie to sama już była babcią, a mi- mo to była namiętna w rozmiarze XXXL. Miała mę- ża i dwóch kochanków – kiedyś to odkryłem, widząc 7 z ukrycia jak migdali się z jednym z nich w piekarni, oparta plecami o półki z razowym chlebem. Mój Boże, naprawdę byłem zdumiony. Nie chcę jeszcze myśleć o swoich klientach. Jak so- bie poradzą bez bazaru? Beze mnie, który organizował bardzo ważną część ich życia? Czy ja miałem dla nich jakiekolwiek znaczenie? Czy człowiek może mieć zna- czenie? Właśnie! Jakie było tutaj moje miejsce? Jaka była moja twarz? Ruszam dalej i nagle staję, bo oto dotarłem do placu po „szczękach” Omara. Dokładnie tam, gdzie na sa- mym końcu leżał trup afrykańskiego „handlarza”. *** DODO Wyobraźcie sobie ptaka dodo, który postanowił zostać człowiekiem. To była właśnie ona. Czło- wiek dodo. Przechadza się dostojnym krokiem wzdłuż alei i za każdym razem mijając mój sklep, zapuszcza ukrad- kiem żurawia przez żaluzje, za którymi się ukrywam, całkiem załamany. Dodo zapuszcza żurawia. Nie wiedzieć czemu, człowiek dodo ma na nogach modne na ten czas gumowe kalosze, które pasują jej równie dobrze, jak sutanna hydraulikowi. Koty wyłażą spod szaf i kłębią się dookoła, tak że mo- gę słyszeć niemal ich gardłowy mruk, jakby domagały się ode mnie mleka albo raczej jakiegoś syfu w płynie. Nie mam pojęcia, jak sobie poradzić z tym stadem, skoro włączając odkurzacz za każdym razem powoduję 9 wybicie bezpieczników. Konserwator z bazaru, starszy jegomość z  wąsami, mały i  pękaty, kiedy się skarżę bierze drabinę, podstawia ją pod ścianą i pnie się do skrzynki z  bezpiecznikami, pod nosem komentując, kto i na co może mu skoczyć i po kiego wała na tar- gowisku tyle sprzętu komputerowego, o kasie fiskalnej nie wspominając. Rację ma, bo też z  rekonesansu, którego dokona- łem kilka dni wcześniej, nie przyznając się do niczego, w ukryciu, niby glina undercover, wyszło mi, że kasy fiskalne są bodajże w dwóch sklepach i nigdzie więcej. A u mnie? Komputer. Kasa fiskalna. Terminal lot- to. Terminal kart płatniczych – na szczęście nie dzia- ła. Żoliborskie staruchy nie płacą kartą. Czajnik elek- tryczny i grzejnik. Pod sufitem kamera – oczywiście też nie działa. Odstraszać ma. Nie wiem, czy odstra- sza. Kradną pewnie i tak, tylko że nie ma potem jak sprawdzić, bo jak przejrzeć taśmy z kamery, która jest atrapą? Ja też jestem atrapą. Sprzedawcy. – Ty, Grzegorz, patrz, ktoś siedzi na twojej cholernej skrzynce! – woła Witek. – Znowu – jęczę w duchu. – I hate people. Żółta skrzynka też jęczy, pod gigantycznym, dwu- stukilowym grubasem. Jego również już znam. Często tu przysiada, bo trudno o lepszy przystanek na drodze od kładki po Marymont. Czasem jest rozchełstany, widać, że pije i że może pić, a czasem znów elegancki 10 snuje się po chodniku z potężnym aparatem fotogra- ficznym. – Magazynował tłuszcz na zimę stulecia, ale nie za- uważył, że się zmieniła strefa klimatyczna – komentuje Witek, pisarz i reżyser filmowy, który wpada do mnie na długie godziny i puszy się za każdym razem, kiedy Marylka ze straganu naprzeciw chwali jego grecki pro- fil. Dodo znów wsadza swój wścibski nos w szybę, pró- bując między opuszczonymi żaluzjami dostrzec, co też znajduje się na półkach sklepu. Na razie niewiele tego, ale dostawcy z Firmy podjeżdżają co dwie, trzy godzi- ny i zostawiają mi paki wraz z fakturami, do których rozpakowania zabieram się mozolnie, bez wielkich chęci. Bo też kiedy po raz pierwszy zobaczyłem ten swój sklep, to miałem chęć odwrócić się na pięcie i uciec. Zrozumiałem wreszcie, dlaczego menadżer z  Firmy, kiedy umawialiśmy franczyzę znikał jak najszybciej się dało. Kilka zdań, tu podpis, tu podpis, raz zapomniał kluczy, drugim razem było już za późno i na bazarze wyłączyli prąd, i tak zeszło, że po raz pierwszy prze- kroczyłem próg sklepu już z podpisaną umową najmu, bez możliwości wycofania. To, co tam zastałem… Jakby kiosk w  centralnym punkcie Powstania Warszawskiego. Zgliszcza i  syf. Cztery metry kwadratowe syfu. Opakowane w  bla- chę z drewnianą, dziurawą podłogą. Zardzewiałe ste- laże, wygięte półki, zszarzała pleksiglasowa osłona 11 i jarzeniówki, gołe jarzeniówki pod sufitem. Zeszło mi dobrych kilkanaście godzin, żeby dojść z tym do ładu, a i tak efekt był niewiele lepszy. Mój sklep to też atrapa. Trafika, dobre sobie. – Patrz, Grzegorz, patrz tutaj! – woła Witek i rozpo- ściera mi przed nosem płachtę drukowanej na brud- noszarym papierze Oferty. Nie mogąc się doczekać aż znajdę o co mu chodzi, sam wciska palec w ogłoszenie i czyta: – Pracownik biurowy! Słuchaj dalej. Pracownik biu- rowy! Zatrudnię zabójcę, który zabije mojego męża, zapłacę zaliczkę w wysokości 70 tys. złotych, a po ro- bocie 330 tysięcy, dam dane kiedy wraca do domu, jak się ubiera, mogę też dać broń (myśliwską). Warszawa, telefon… Dzwonimy? Z  niedowierzaniem sięgam po gazetę. Faktycznie, stoi jak byk. Zatrudnię zabójcę i jeszcze dam broń my- śliwską. – Czy to byłoby dużo, 400 tysięcy? – zastanawia się Witek. – Ile by dała twoja żona za ciebie? Moja raczej by nie dała czterysta. Dzwoń, Grzegorz, sprawdzimy. Posłusznie wystukuję numer na komórce. Nieak- – Żart – mówię, ale Witek kręci głową. – Za późno zadzwoniliśmy – mówi. Z refleksją do- daje: – Oto nasza rzeczywistość, Grzegorz. Samotność i pożądanie. tywny. 12 Milknie, rzuca gazetę na stojak i wychodzi na próg. Zapala papierosa bez słowa i nie odzywa się już tego dnia ani razu. Witek przychodzi coraz częściej. Miarą jego sym- patii jest osiem godzin dziennie na bazarze. Spędzam z nim więcej czasu niż kiedykolwiek spędzałem z ro- dziną. Znacznie więcej. Przychodzi dwie, trzy godziny po otwarciu i siedzi do zamknięcia. A teraz milczy. Gazety, książki, tytonie i papierosy, mydło i powi- dło, karty telefoniczne, baterie, akcesoria, kondomy, napoje, namiastka chemii i słodycze. Z czasem Firma wstawia mi tak absurdalny towar jak żele dla młodych mężczyzn, prowadzących sportowy tryb życia. Aku- rat tutaj nie widziałem takich przez dwa lata. Wysokie obroty zapewnia mi możliwość przyjmowania rachun- ków, sprzedaż doładowań do telefonów i  totalizator, który mogę prowadzić, zaliczywszy najpierw śmieszny kurs w siedzibie Totalizatora na Targowej. Z czasem, z nudów wciągam się w czytanie wszyst- kiego, co leży na półkach z  prasą. Zaczynam od dzienników drukowanych na najgorszym papierze, przechodzę przez kolorowe tygodniki, których łamy zapełniono plotkami z  życia gwiazd i  kulinariami, później sięgam po miesięczniki, z  nadzieją, że znaj- dę w nich coś, cokolwiek, co by mi mogło się przydać w  przyszłości (choć powoli przestaję wierzyć, że bę- dzie przyszłość) i wszystkie te specjalistyczne pisma, 13
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Nigdzie teraz, teraz tutaj
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: