Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00055 003415 18772997 na godz. na dobę w sumie
Nim nadejdzie świt - ebook/pdf
Nim nadejdzie świt - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 260
Wydawca: Wydawnictwo Inanna Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-7995-508-4 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> kryminał, sensacja, thriller >> sensacja
Porównaj ceny (książka, ebook (-16%), audiobook).

Podobno pierwsza miłość nie może trwać wiecznie. Podobno wypali się przy pierwszym podmuchu pędzącego życia… Czy na pewno?

Theo pragnie by rodzice byli z niego dumni. Uprawia kick-boxing, jak niegdyś jego ojciec. Gra na skrzypcach, spełniając marzenie matki. Jego życie wydaje się poukładane.

Vera chce tylko normalnego życia, lecz jej relacje z matką wykraczają daleko poza te panujące w zdrowej rodzinie. Żyje w stresie i spędza dni na spełnianiu wygórowanych oczekiwań matki.

Czy rodzące się pomiędzy Theo i Verą uczucie wystarczy, by przetrwać wszystko, co zgotował im los? I, co najważniejsze, czy zdążą nim nadejdzie świt?

 

Alicja Wlazło udowadnia, że wystarczy jedno przypadkowe spotkanie, aby wywrócić czyjś świat do góry nogami i sprawić, że życie bez tej drugiej osoby wydaje się pozbawione sensu. „Nim nadejdzie świt” to wprawiająca w szybsze bicie serca, dająca nadzieję na lepsze jutro opowieść, która trzyma w napięciu do ostatnich stron, a dźwięk skrzypiec już zawsze będzie kojarzyć się tylko z Theo i Verą. Uwielbiam!
Aleksandra Bienio, Demoniczne książki

„Nim nadejdzie świt” to powieść o relacjach rodzinnych, w których dzieci starają się być idealne, aby spełniać oczekiwania rodziców. Uczucie, które pojawia się między głównymi bohaterami, może ich ocalić, o ile nie będzie za późno…
Agnieszka Nikczyńska-Wojciechowska, Książki takie jak ty

Słowo za słowem, niczym nuty na pięciolinii, tworzą historię równie porywającą i nieprzewidywalną, jak muzyka wymyślana wciąż na nowo. Miłość rodzi się niespodziewanie, między wersami lub z siłą pioruna. Alicja Wlazło zaskakuje i porywa nasze dusze w rytm muzyki dwóch serc. Czy jesteś w stanie złapać jej skrawki „Nim nadejdzie świt”? Polecam.
Marta Daft, Marta wśród książek

 

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Bywają takie dni i noce, które zmieniają wszystko. Bywają takie rozmowy, własne lub zasłyszane, które są w stanie wywrócić do góry nogami cały nasz świat. Nie możemy ich przewidzieć. Nie możemy się na nie przygotować. Czyhają na nas gdzieś, zapisane w łańcuchy pozornych przypadków, nieuchronne jak świt po ciemności. „Hera moja miłość”, Anna Onichimowska Część pierwsza: Gdy cię spotykam… Rozdział I Theo Dźwięki rezonowały w moim wnętrzu. Nęciły raz ciszej, raz głośniej, szarpiąc struny duszy. A ja, kuszony ich słodkimi obiet- nicami, zanurzałem się coraz głębiej w elastycznej strukturze nowo poznanej melodii. Za każdym pociągnięciem smyczka odkrywałem nieco więcej, choć świat doznań nadal pozostawał częściowo ukryty w bezpiecznej sferze niedopowiedzeń. Pochyliłem się, ugiąłem kolano, a stopę wysunąłem do przodu – nie potrafiłem dłużej utrzymać wrzących w moim wnętrzu emocji. Niczym nitki niewidzialnej energii przenikały do in- strumentu, wydobywając na powierzchnię największe sekrety. W miarę jak dźwięki się wznosiły, myśli krążyły wokół przy- szłości, a ta zbliżała się z prędkością nawałnicy. Pragnąłem tak wiele, a zarazem wystarczyłby mi okruch szczęścia. Jaką drogę obrać? Iść za głosem serca, czy pójść w ślady ojca? Smyczek szarpał struny, gryf drżał, wyprostowałem się, próbo- wałem ukryć niepewność tak bezczelnie ujawnioną. Krople potu spływały po czole, znaczyły twarz i szyję, a koszula przylgnęła do ciała. Na horyzoncie zamajaczyła odpowiedź na nurtujące py- tania; zagrałem szybciej, chciałem ją dogonić, lecz gnała na zła- manie karku. Zamknąłem oczy, skupiłem się na tym jednym punkcie, który pogrywał ze mną w ciuciubabkę. Obraz zama- jaczył, dźwięki stały się ostre, niecierpliwe, próbowałem nadać im łagodniejszych tonów, ale na próżno. Za bardzo, za szybko chciałem poznać odpowiedź, która... – Theo! Ręka ze smyczkiem zamarła, dźwięki ucichły jak od cię- cia nożem. W pokoju zaległa cisza, jednak nie cieszyłem się nią długo. – Theo. Obróciłem głowę w kierunku, z którego dobiegał łagodny głos i otworzyłem oczy. Na mojej twarzy pojawił się uśmiech. – Tato! – sapnąłem i podszedłem bliżej. – Nie wiedziałem, że wróciłeś. Uśmiechnął się szeroko i zamknął mnie w uścisku. Odnio- słem wrażenie, że nie chce, aby ten moment przeminął. Spró- bowałem się wyswobodzić, ale on tylko szepnął: – Jeszcze chwila, Theo. – No okej, ale wiesz, że mam już niemal osiemnaście lat? Tata zaśmiał się, ścisnął mocniej, a zaraz potem wypuścił i przyj- rzał mi się uważnie. Przeczesałem włosy, poczułem się nieswojo. – Czemu tak mi się przyglądasz? – spytałem. – Bez przyczyny – odparł. – Po prostu cieszę się, że cię widzę. Chodź na lunch, mama zrobiła tosty. Odłożyłem skrzypce do futerału, a po chwili zeszliśmy na par- ter. W kuchni krzątała się mama, właśnie kończyła nalewać sok do szklanek. W pomieszczeniu rozchodził się zapach przypieczo- nego sera, szynki, a także ciasta drożdżowego dochodzącego w pie- karniku. Przystanąłem w progu i obserwowałem, jak tata pochyla się do matki i całuje ją w policzek, a ona się uśmiecha. Nie mo- głem się na nich napatrzeć, tak rzadki widok, a tak miły. Ojciec musiał poczuć na sobie moje spojrzenie, gdyż zaraz powiedział: – Co tak stoisz? Lepiej usiądź i opowiadaj, co słychać u mistrza. – Jaki tam ze mnie mistrz – mruknąłem cicho, lecz zają- Rodzice również usiedli. – Myślisz, że mama nie wspomniała o wygranych zawodach w kick–boxingu juniorów w zeszłym tygodniu? – kontynuował łem miejsce. ojciec. – Albo o konkursie muzycznym, w którym brałeś udział w piątek? – Nie rozpędzaj się tak, staruszku – przerwałem. – Nie wy- grałem. – Staruszku, co? – ojciec się obruszył, lecz w jego oczach bły- snęły wesołe ogniki. – I nie myśl, że odwrócisz moją uwagę. Może nie wygrałeś, ale tylko przez to, że za bardzo zmieniłeś interpretację utworu i odbiegłeś od oryginału, czyż nie? Sięgnąłem po tosta, mimowolnie unosząc kącik ust. – Niby tyle cię nie ma w domu, a wiesz o wszystkim – odpar- łem. – Szpiegujesz nas, czy co? – Byłoby dziwne, gdyby agent FBI nie czuwał nad własną rodziną – powiedział ojciec i puścił oko, a potem ugryzł chru- piącego tosta. Przymrużył oczy z zadowolenia i zwrócił się do matki: – Caroline, pycha! trójkę, prawda Brandon? – Więc lepiej się nie spóźnij. Matka uśmiechnęła się, a zaraz potem pacnęła się w czoło. – A właśnie! – przypomniała. – Wieczorem zjemy kolację we – Dokładnie – potwierdził ojciec, po czym spojrzał na mnie. – Nie zamierzam. Rodzice jeszcze o czymś rozmawiali, lecz nie słuchałem, wystarczyło mi przebywanie w ich obecności. Widziałem ich ukradkowe spojrzenia, bijącą od nich radość, i sam też czułem się szczęśliwy. Chociaż oprócz szczęścia poczułem coś jeszcze, nie- określoną tęsknotę za czymś, czego nigdy wcześniej nie pragną- łem. Chciałem być zrozumiany, znaleźć osobę, z którą mógłbym porozmawiać o wszystkim. Mieć kogoś, jak moi rodzice mieli siebie. Upiłem łyk soku. Tylko czy mi się to uda? Ojciec klepnął mnie w ramię i wyrwał tym samym z zamy- ślenia. – Lepiej się pospiesz, młody – powiedział. – Jeszcze się spóź- nisz na lekcję gry. Zerknąłem na zegarek, odsunąłem z piskiem krzesło i pogna- łem na górę po skrzypce. – Na razie! – krzyknąłem jeszcze na pożegnanie, a następnie wybiegłem na zewnątrz. Szedłem szybko, planowałem udać się prosto na zajęcia, jed- nak wtedy dostrzegłem pierwszą linię drzew, która znaczyła granicę Parku Forsyth. Przystanąłem, spojrzałem raz jeszcze na zegarek i zawahałem się. Nie wiedzieć czemu, miałem wra- żenie, jakby park mnie wołał, a ja nie potrafiłem mu się oprzeć. Zarzuciłem futerał na ramię i ruszyłem w kierunku rysującej się między budynkami zieleni. Vera Krople deszczu opadały na szerokie rondo kapelusza Very i nadawały mu wygląd przemoczonego liścia. Uniosła głowę i wystawiła twarz do chmur, pozwalając, by woda spadała prosto na skórę i przynosiła orzeźwienie. Vera chciała poczuć cokol- wiek, nawet jeśli miałoby to być coś tak prozaicznego jak deszcz. Od dawna nie pamiętała, czym są uczucia. Nie pamiętała… czy może nie chciała pamiętać? Wszystko jedno. Owinęła się ciaśniej cienkim płaszczem z dzianiny i poprawiła przewieszony przez ramię pokrowiec. Nowe skrzypce spoczywały w nim spo- kojnie, czekając na pierwszy występ. Vera ścisnęła pasek od fute- rału i przełknęła zgromadzoną w ustach ślinę. Tak naprawdę to będzie również jej debiut. Co sobie myśleli? Posłać ją do szkoły muzycznej tylko po to, aby zbliżyła się do celu? Absurd. Światło na przejściu dla pieszych zmieniło się na zielone i Vera ruszyła wraz z innymi na drugą stronę ulicy. Przeszła kolejnych kilka przecznic, aż dotarła do parku Forsyth. Znalazła to miejsce w pierwszych dniach pobytu w Savannah i od tej pory zaglądała tu niemal codziennie. Oczywiście, o ile pozwalała jej na to praca. Vera spojrzała na zegarek - ósma trzydzieści. Zostało jeszcze trochę czasu do rozpoczęcia zajęć, mogła więc spokojnie cieszyć się pięknem parku. Alejki wydawały się mniej tłoczne niż zazwyczaj, a nieliczni odwiedzający ukrywali się pod para- solami oraz rozłożystymi koronami dębów. Gałęzie rosnących po obu stronach alejki drzew łączyły się i tworzyły baldachim, który dodatkowo chronił przed chłodem deszczu oraz częstymi porywami wiatru. Vera szła dalej niepomna na otoczenie. Nie zadała sobie na- wet trudu, by omijać kałuże. Weszła w jedną, woda rozprysła się, a brudne krople wsiąkły w muślinowy materiał spódnicy wystającej spod płaszcza i kontrastowały z bielą tkaniny. Dziew- czyny to nie obchodziło. A w głowie, nie wiedzieć skąd, pojawiły się słowa: Życie to nieustanna gra – przeżyją najbardziej wytrwali. Gdy Vera przypomniała sobie, kto je wypowiedział, obręcz bólu ścisnęła serce. Pamięć nie zamierzała jednak jej tym ra- zem odpuścić. Matka – dostojna, a raczej wyniosła, zawsze zaciskała usta, jakby przed chwilą wychyliła duszkiem szklankę soku z cytryny. Choć nieskazitelnej twarzy nie znaczyła nawet jedna zmarszczka, a azjatyckie rysy, okrąglejsze policzki i łagodna linia podbródka powinny nadawać jej przyjazny wygląd, Vera nigdy nie pomyślała o niej w ten sposób. Co więcej, wiedziała, że matka zrugałaby ją za każde miłe słowo dokładnie tak, jak robiła to w przeszłości. Tak samo było tego dnia. Sophia stała przed balkonowym oknem i spoglądała na ulicę. Verze zawsze zdawało się, że przeczesuje wzrokiem otoczenie w poszukiwaniu niebezpieczeństw, które widziała na każdym kroku. Vera natomiast przeciwnie – nigdzie ich nie dostrzegała. Chwyciła skrzypce i zapakowała je do czarnego futerału. Za- nim zamknęła wieko, przejechała dłonią po ciemnym drewnie, jeszcze lśniącym od niedawnego lakierowania. W pomieszcze- niu unosił się gęsty dym papierosowy, jednak Verze wcale nie przeszkadzał; a raczej – dawno przestał. Chociaż przed Sophią nigdy by tego nie przyznała. Matka zakaszlała, a ręka Very za- wisła w powietrzu w napiętym oczekiwaniu. Właściwie cała zdawała się w nim zawisnąć. – Nie spóźnij się – wychrypiała Sophia, po czym zapaliła kolejnego papierosa. – Nie zamierzam. Dobrze wiem, jak ważne jest dla ciebie to zadanie – odparła córka oschle. Powietrze w salonie stężało od napięcia. Vera wiedziała, że za- raz pożałuje swych słów. Sophia zerknęła przez ramię, a od tego spojrzenia dziewczynę przeszedł lodowaty dreszcz. Czarne jak węgiel oczy przeszywały ją i wydzierały sekrety na powierzchnię, nie pozostawiając nic do ukrycia. – To zadanie stanowi jednocześnie twoją inicjację – powie- działa spokojnie Sophia, choć jej głos ciął niczym sztylet. – Nie schrzań tego. Vera nie mogła znieść więcej. Zatrzasnęła wieko futerału, po czym zacisnęła dłonie na delikatnej tkaninie spódnicy. – Nie pomyślałaś czasem, że nie chcę w to brnąć? – zapytała córka podniesionym głosem. Matka machnęła lekceważąco dłonią. – Bzdura – prychnęła. – Nie przekonamy się, jeśli nie pozwolisz mi zadecydować! Mam siedemnaście lat, do cholery! Sophia odwróciła się i podeszła do córki. Powoli, ostrożnie, a zarazem z pewną dozą nonszalancji. Przypominała Verze ja- guara podchodzącego świadomą zagrożenia ofiarę, która jedno- cześnie nie jest w stanie się poruszyć – zbyt oślepiona pięknem drapieżnika. Ostra woń anyżu oraz ambry przedzierała się przez odór tytoniu i tworzyła przyprawiającą o mdłości mieszankę. Matka stanęła przy córce i wolną dłonią chwyciła jej nadgarstek, po czym uniosła go na wysokość oczu. Rękaw swetra zsunął się niżej i odsłonił bladą skórę, tak nienaturalną na tle wiecznej opa- lenizny Sophii. Matka przysunęła drugą rękę, w której trzymała dopalającego się papierosa; końcówkę przystawiła do nadgarstka Very. Zatrzymała ją milimetry od skóry, dziewczyna ani drgnęła. – Życie to gra, przetrwają najlepsi aktorzy – powiedziała So- phia. – A ty jesteś taka jak ja, Veronico. I radzę ci o tym nie za- pominać. Vera prychnęła. – Bo mnie ukarzesz? Matka uniosła kącik ust, a potem przystawiła papierosa do skóry córki. Pieczenie przyprawiało Verę o dreszcze, a krople potu wstąpiły na czoło. Próbowała uwolnić rękę, ale matka trzy- mała mocno, dopóki papieros całkiem nie zgasł. Sophia przysunęła się jeszcze bliżej i ze słodkim uśmiechem wymruczała wprost do ucha córki: – Nie, kochanie, nie ukarzę cię… Wyeliminuję. Silny podmuch wiatru przyniósł zapach frezji i ocucił przytę- pione zmysły. Vera potrząsnęła głową i odegnała wspomnienie, chociaż nadgarstek nadal palił. Zupełnie jakby ktoś stale pod- grzewał go zapalniczką. Przytrzymała pasek futerału i rozejrzała się po parku. Podeszła niespiesznie do wolnej ławki i przetarła mokre deski znalezioną chusteczką, a potem usiadła. Znajdu- jąca się nieopodal fontanna koiła nerwy miarowym szumem spadającej wody i przywodziła na myśl górski strumień, niejako przenosząc Verę w błogi stan niebytu. Dziewczyna żałowała tylko, że nie będzie jej dane w nim pozostać. Chyba nawet uni- cestwienie byłoby lepsze niż obecne życie. Alejką przebiegła grupa ludzi. Ich przylegające do ciała stroje przesiąkły deszczem. Mieli cel i dążyli do niego bez względu na przeciwności losu. Vera drgnęła i potrząsnęła głową. Czy i ona znajdzie kiedyś swoje przeznaczenie? Telefon w kieszeni zawibrował. Rozejrzała się, jednak w za- sięgu wzroku nie dostrzegła niczego podejrzanego. Wyjęła więc aparat i odczytała wiadomość: 906 Jefferson St. Szkoła Muzyczna 10.30 Droga Nathalie Taylor, zgłoś się do George’a H. Miltona. Vera przeczytała wiadomość dwukrotnie, zapamiętała infor- macje, a następnie wyjęła z telefonu kartę i przełamała na pół. Podniosła się z ławki i ruszyła w kierunku Jefferson St., po dro- dze wrzucając telefon i kartę do kosza. Dobrze znała okolicę, a cel podróży mieścił się niedaleko od parku. Naprawdę korzyst- nie się złożyło, pomyślała w duchu z przekąsem. Szkoda tylko, że nie wierzę w zbiegi okoliczności. Przez gęsto porośnięte gałęzie przebiły się nieśmiałe promienie wiosennego słońca i przego- niły przygnębiającą atmosferę. Vera przystanęła, zdjęła kapelusz, a następnie strząsnęła z niego resztki wody. Słońce grzało tak mocno, że dziewczyna miała wrażenie, iż usilnie pragnie po- prawić jej nastrój i stara się przypomnieć dobre chwile. Problem w tym, że ona takich nie pamiętała. Już matka tego dopilnowała. Vera chciała ruszyć dalej, gdy nagle z kimś się zderzyła. Kape- lusz wyślizgnął się z dłoni, a ona z pewnością by upadła, gdyby przechodzień jej nie podtrzymał. Silna ręka otoczyła ją w talii. Palce Very oparły się na torsie nieznajomego, jednak gdy zdała sobie sprawę z sytuacji, zaraz cofnęła ręce. Chłopak uśmiechał się i nie wyglądał, jakby zamierzał szybko ją wypuścić. Roz- czochrane jasne włosy oraz błękitne oczy przyciągały wzrok, a wesołe iskierki, które w nich rozbłysły, wydawały się Verze co najmniej nie na miejscu. – Nic ci nie jest? – zapytał. Głos miał niski, jednak jego brzmienie przyjemnie drażniło uszy. – Nie, dziękuję – powiedziała Vera. – Możesz mnie już wypuścić. – A może jakaś mała nagroda? – ciągnął blondyn, rozciąga- jąc twarz w zawadiackim uśmiechu. – W końcu gdyby nie ja, z pewnością byś upadła. Gdy nadal jej nie puszczał, Vera zacisnęła pięści. Z chęcią by go uderzyła, lecz w porę dostrzegła futerał na skrzypce przewie- szony przez jego ramię i się opanowała. Czarny, z widocznymi śladami użytkowania, a mimo to zadbany. Zapragnęła uchylić wieko i sprawdzić, jaki skarb znajdował się w środku. Cholera, co to za myśli? Skup się, skup! Próbowała uczepić się rzeczywistości. – Nagroda? – warknęła Vera. – Za to, że na mnie wpadłeś? – O, wypraszam sobie. Nigdy bym na ciebie nie wpadł, gdy- byś nie stała na środku alejki niczym statua wolności. – Lepiej udawać posąg niż strusia pędziwiatra. Przynajmniej nie biegam bezmyślnie w kółko. Sądziła, że chłopak się zdenerwuje, ale tylko się roześmiał, a później ją uwolnił. Wyminęła go niemal od razu, jednak chwilę potem zorientowała się, że ma puste ręce. Odwróciła się w kierunku intruza. Stał w rozkroku, całkowicie rozluźniony – w dłoniach ob- racał jej kapelusz i oglądał go z każdej strony niczym rzadki okaz. Złość wypełniła żyły, a instynkt kazał mieć się na baczności. Szybkim krokiem podeszła do chłopaka. Wyciągnęła rękę i już miała złapać kapelusz, kiedy nieznajomy w ostatniej chwili uniósł go i założył sobie na głowę. Vera zatrzymała się i spojrzała na niego spod przymkniętych powiek. Słońce świeciło coraz bardziej, raziło w oczy i utrudniało klarowne widzenie. Zasło- niła ręką oczy i dopiero wtedy w pełni zdała sobie sprawę z nie- dorzeczności sytuacji, a także absurdalnego wyglądu chłopaka w damskim kapeluszu. Mimowolnie uniosła kąciki ust, a wargi uformowały się w uśmiech. – Czyli potrafisz się uśmiechać – powiedział chłopak, po czym złożył szarmancki ukłon. Prędko się jednak wyprostował, ręką przytrzymawszy kapelusz, aby nie mogła go zabrać. – Zdziwiłabym się, gdyby ktoś nie zaśmiał się na twój widok – odparowała. Skrzyżowała ręce na piersiach i obrzuciła go uważnym spoj- rzeniem. Na razie wydawał się niegroźny. – Oj, to prawda, zdziwiłabyś się – powiedział dziwnie poważ- nie. Zaraz jednak dodał równie wesoło: – To jak z moją nagrodą? Mocny powiew powietrza poruszył jej włosami, a pojedyn- cze pasma, które wymsknęły się z ciasnego warkocza, nawiał na twarz. Jednak przyniósł również silny zapach drzewa sanda- łowego. Aromat, który pobudził zmysły i postawił nerwy w stan gotowości. Zamrugała kilkakrotnie, zmieszana nowym dozna- niem, lecz po chwili wrócił jej zdrowy rozsądek. Nie mogła się rozpraszać, nie teraz. Zacisnęła szczękę, usta ponownie ułożyły się w prostą linię. – Oddaj moją własność, bo inaczej… Nagle przysunął się blisko, ich twarze dzieliły zaledwie cen- tymetry. Na policzku poczuła jego ciepły oddech, gdy szeptał: – Bo inaczej co? Ukarzesz mnie? Umysł zalała fala wspomnień; matka, papieros, eliminacja. Inicjacja i zadanie. Uniosła spojrzenie, próbowała nie dać po so- bie znać, że ta bliskość coś znaczy. Bo nic nie znaczyła, nie mo- gła. Ukłucie bólu gdzieś w okolicy serca. Zaraz… To ja jeszcze mam serce? – Nie drażnij mnie – ostrzegła i sięgnęła po kapelusz, jedno- cześnie zbliżając się jeszcze bardziej do chłopaka. Ich policzki otarły się o siebie, a Verę przeszedł elektryzujący dreszcz. Odskoczyła na bezpieczną odległość, w dłoniach ści- skając właśnie odzyskany kapelusz. Policzki paliły ją do żywego, lecz mimo to nie spuszczała spojrzenia z chłopaka. A ten wyglą- dał na równie zaskoczonego. Zaraz jednak ponownie przybrał rozluźnioną postawę, lekko niechlujną, i uśmiechnął się szeroko. Ale tym razem Vera nie dostrzegła w tym uśmiechu nic dziw- nego. Był szczery, a ze szczerością nieczęsto miała do czynienia. – Nazywam się Theo. A ty? – zagadnął. Zdawało jej się, czy głos mu drżał? W głowie zapanował mę- tlik, jakiego jeszcze nie zaznała, a przecież już nie raz stykała się z mężczyznami. Właśnie, mężczyznami, a ten tutaj nadal spra- i zamarła. wiał wrażenie niewinnego dzieciaka, ledwie opierającego stopę na progu dorosłości. Wyprostowała rondo kapelusza, po czym założyła go, ukrywając twarz w cieniu. Przytrzymała dłużej krawędź, jakby tylko w nim mogła znaleźć oparcie. – Wiesz, ja… – zaczął Theo zrezygnowanym, nieco onie- śmielonym głosem. – Vera – powiedziała ledwie słyszalnie. Dopiero potem zdała sobie sprawę z możliwych konsekwencji Theo zrobił krok w jej stronę i wyciągnął rękę. – Miło mi cię… Obróciła się na pięcie i uciekła. Potrąciła jakąś kobietę, któ- rej krzyki niosły się jeszcze za nią długo, tak długo, zanim nie wydostała się z parku. Odetchnęła dopiero na Whitaker St. Za- trzymała się i oparła ręce o kolana, by wyrównać oddech. Co się z nią działo? Dlaczego, do cholery, zdradziła swoje imię? Dosko- nale wiedziała, że jeśli ktokolwiek ich śledził, mogła sprowadzić na chłopaka wyrok śmierci. A prawdopodobieństwo wynosiło jak zwykle pięćdziesiąt procent. Za dużo, by je lekceważyć, za mało, by zaprzątać myśli. Zresztą nie miała na to teraz czasu. Zerknęła na zegarek, wskazówki wskazywały kilka minut po dziesiątej. Prędko przebyła resztę drogi. Przemoczone buty i skarpetki przyprawiały ją o dreszcze, jednak tym razem od- czucie zimna było dobre, odwracało uwagę od niespodziewanego spotkania w parku. Kilka minut później Vera stała przed gmachem Szkoły Mu- zycznej. Ściany pociągnięto żółtą farbą o ciepłym odcieniu, a ce- glane dachówki wyróżniały budynek spośród reszty. Wysoki. smukły i ponadczasowy – właśnie takie pierwsze wrażenie wy- warła na dziewczynie budowla. Weszła po kamiennych stopniach prowadzących do dwu- skrzydłych drewnianych drzwi i przystanęła przed nimi. Wzięła kilka głębszych oddechów i zaśmiała się w duchu. Życie to gra, tak, matko? W takim razie… Kurtyna w górę, niech przedstawienie się rozpocznie! Uniosła dłoń do kołatki w kształcie paszczy lamparta i za- stukała trzykrotnie. Drzwi się otworzyły, a pracownik placówki wpuścił Nathalie do środka. Szkoda, że pod maską nieśmiałego uśmiechu nie rozpoznał błyszczących kłów lisa. Theo Zająłem to samo miejsce, co zwykle. Gdy krzesło skrzypnęło pod ciężarem, oparłem się wygodnie i wyciągnąłem skrzypce. Ich biel przyciągała nie tylko mój wzrok. Lecz wiedziałem, że bardziej od lśniącego drewna wszyscy interesowali się moją osobą. Koledzy zazdrościli, koleżanki szukały sposobu, by choć przez chwilę ze mną porozmawiać. Jednak w ich gestach, oczach, postawie - we wszystkim wyczuwałem silne pożąda- nie, by uszczknąć choć kawałka otaczającej mnie aury. Zaci- snąłem usta. Nie tego chciałem, nie takiego zainteresowania. Wystarczyło, że byłem zmuszony znosić je w przeszłości, teraz nie musiałem się na to godzić. Mogłem wytyczać własne ścieżki, a przynajmniej próbować. Prychnąłem w duchu na wspomnienie nieoczekiwanego spo- tkania w parku Forsyth i uśmiechnąłem się do własnych myśli. Dziwna dziewczyna z tej Very, a mimo to zapragnąłem poznać ją bliżej. Przewieszony przez jej ramię futerał na skrzypce przewa- żał szalę, zbliżał. Intrygowała, chciałem ją spotkać raz jeszcze, lecz wiedziałem, że los rzadko spełnia nasze zachcianki. Stłu- miłem westchnienie, gdy nagły ruch po prawej przywrócił mnie do rzeczywistości. Siedząca obok dziewczyna o imieniu Clarise nachyliła się, a ściśnięte w zbyt małym staniku piersi sprawiały wrażenie, jakby miały zaraz wyskoczyć przez głęboko wycięty dekolt. Spojrzałem jej w oczy. Uśmiechnęła się i założyła płowe włosy za ucho, jednocześnie przechylając głowę na bok. – Słyszałam twoją improwizację – zagadnęła. – Tak? I co sądzisz? – Wiedziałem, że nie powinienem bawić się w podchody, a jednak nie potrafiłem się oprzeć. – Och, strasznie mi się podoba lekkość, z jaką grasz! – za- szczebiotała i założyła nogę na nogę. Krótka spódniczka zsunęła się, odsłaniając udo do połowy. – Może mógłbyś mi udzielić kilku… dodatkowych lekcji? Przesunęła się na skraj krzesła, a ja czekałem, aż spadnie i rozkwasi twarz. Przezornie cofnąłem się i odsunąłem skrzypce poza prawdopodobny obszar rażenia. Byłem do nich zbyt przy- wiązany. – Uważam, że świetnie sobie radzisz – powiedziałem spo- kojnie. Nie spuszczałem wzroku, badając zmieniający się wyraz twarzy: z podziwu w zaskoczenie. – Nie potrzeba ci nauczyciela. Drzwi otworzyły się i do sali ćwiczeń wszedł George H. Mil- ton, nauczyciel muzyki. Sztywny jak tyka, zawsze w gotowości, z ciętą ripostą i odpowiedzią na każde zadane pytanie. Okulary półksiężyce opierały się na samym krańcu haczykowatego nosa. Za każdym razem, gdy nauczyciel się schylał, dziwiło mnie, że nie spadały. Szary dopasowany garnitur leżał na nim idealnie, a wyprasowana na sztywno koszula wprost raziła bielą. Łysina na środku głowy powiększyła się od ostatniego razu, kiedy go widziałem. A przynajmniej tak mi się wydawało, choć ostatnio w szkole byłem dwa tygodnie temu. Ta przerwa wynikała z na- piętego planu zajęć. Nikt nie rozumiał sposobu, w jaki żyłem, a z każdym kolejnym dniem spędzonym wśród normalnych ludzi coraz bardziej zdawałem sobie sprawę, że nikt z nich nigdy tego nie zrozumie. Treningi karate, kick–boxingu oraz samoobrony, na które zapisał mnie tata, gdy skończyłem osiem lat, trwały po dziś dzień i wypełniały każdą wolną chwilę w napiętym mu- zycznie grafiku. Ale mimo wszystko to lubiłem. Dobrze pamiętałem, jak ojciec towarzyszył mi przy pierw- szych treningach. Uwielbiałem walczyć. Jednak w momencie, gdy oberwałem naprawdę mocno od starszych kolegów, zwąt- piłem. Wbiegłem na piętro do swojego pokoju. Zignorowałem wołania ojca docierające z kuchni, rzuciłem się na materac i przy- kryłem głowę poduszką, by ukryć łzy. Złość, a także zażenowa- nie zapanowały nade mną. Nie chciałem nikogo widzieć, z nikim rozmawiać, a w szczególności z nim. – Można? – Tata zatrzymał się w progu, jak robił za każdym razem, i czekał, aż pozwolę mu wejść. Nie odpowiedziałem, a w takich przypadkach zazwyczaj uznawał, że brak odmowy równa się zgodzie. Słyszałem, jak jego lekkie kroki odbijają się od desek. Przysiadł na skraju łóżka, materac ugiął się tak, że moje ciało przesunęło się bliżej ojca. Usłyszałem, jak wzdycha, a następnie poczułem na plecach jego dłoń i pokrzepiające klepnięcie. – Jeśli chcesz porozmawiać, jestem – pamiętaj o tym. A nawet jeśli wyjadę na misję, dzwoń. Odpowiedziała mu cisza, której tak nie lubił – nie w momen- cie, gdy pojawiały się problemy. Nie pamiętam, jak długo siedział i gładził moje plecy, ale wreszcie przestałem płakać, a ciężar na sercu jakby zelżał. – Dobrze, to ja już pójdę do mamy – powiedział nagle. Chciał wstać, lecz odwróciłem się i chwyciłem go za rękaw. Uśmiechnął się, sięgnął do nocnej lampki i zapalił światło. Do- piero, gdy jeszcze raz na mnie spojrzał, uśmiech zszedł z jego twarzy. Gdy dotknął mojego policzka, odwróciłem wzrok. – Kto to zrobił? – zapytał poważnie. – Przysięgam, że jeśli to te gnojki z szóstki… – Tato? Ojciec umilkł, wziął kilka wdechów i dopiero wtedy odezwał – Tak? – Czy to wszystko ma sens? Te treningi? Skoro udało im się mnie pokonać, ja… nie chcę cię zawieść, a czuję się jak gówno. się nieco spokojniej. – Tama pękła i jednym tchem wyrzuciłem wszystkie obawy, a do oczu ponownie napłynęły łzy. Ojciec przyciągnął mnie i przytulił. Poczekał, aż się uspokoję, a potem delikatnie się odsunął. Uniósł mój podbródek i tym samym zmusił, bym patrzył mu w oczy. – Theo, jedna porażka nie czyni cię przegranym. Siłę i umie- jętności nabywa się latami. Głowa do góry, jeśli tylko chcesz, w najbliższym czasie skupimy się bardziej na obronie i podsta- wowych ciosach. – Dobrze – przytaknąłem. – No, a teraz poczekaj, przyniosę coś, żeby cię opatrzyć. Wstał i podszedł do drzwi. Zatrzymał się jednak w progu i dodał przyciszonym głosem: – I nigdy nie wątp w swoją wartość, Theo. Jesteś moim synem, a ja zawsze będę z ciebie dumny, niezależnie od wyniku walki. Uśmiechnąłem się na tamto wspomnienie. Pamiętałem, że po kilku miesiącach jeszcze intensywniejszych treningów ponownie dorwali mnie ci sami chłopcy – tylko że tym razem to oni uciekali w popłochu. To były dobre czasy, kiedy ojciec aż tyle nie pracował i nie znikał na całe tygodnie. Profesor Milton odłożył futerał oraz grubą brązową teczkę na biurko. W niektórych miejscach skóra popękała, a materiał postrzępił się na krawędziach. Nauczyciel otworzył zapięcie z ci- chym trzaskiem, szmery na sali ucichły. Każdy wiedział, że od tego momentu zaczynają się prawdziwe ćwiczenia. A z Milto- nem nikt nie chciał zadzierać. Jego przeciągłe spojrzenie, któ- rym obrzucał uczniów, przywodziło na myśl wilka oceniającego zwierzynę. Kursanci natychmiast wyciągali instrumenty i spraw- dzali, czy są dobrze nastrojone. Na kurs uczęszczało dziesięć osób, ale wymiennie. Część za- jęć odbywaliśmy w mniejszej grupie, jak ta dzisiaj; część, głów- nie teoretyczną, w całości. Natomiast kilka razy w tygodniu wykładowcy znajdowali czas, by udzielać nam dodatkowych indywidualnych lekcji. Tylko Milton stanowił wyjątek – nigdy nie godził się na prywatne zajęcia. A przynajmniej ja nic o tym nie wiedziałem. – Dzisiaj przećwiczymy ostatni fragment symfonii, nad którą ostatnio rozpoczęliśmy pracę – zaczął profesor. – Jeśli ktoś z was był nieobec… Drzwi ponownie zaskrzypiały i do sali wdarł się zapach świeżo skoszonej trawy oraz porannej bryzy. Głowy wszystkich odwróciły się w kierunku wejścia. Ja natomiast nic sobie z tego nie robiłem, bo i po co? Salę wypełnił stukot miarowych kroków. Nieco nieśmiałe, choć silnie zaznaczone. Brzmiały zupełnie tak, jakby ich wła- ściciel chciał się zakraść, lecz robił to na tyle nieudolnie, że z ła- twością mógłbym przejrzeć jego intencje. Sięgnąłem po smyczek i wyjąłem go z wnętrza futerału. Za oknem zaszczekał pies. – W czym mogę pomóc? – odezwał się Milton. – Ja… Przepraszam, że przeszkodziłam, ale sekretarka kazała mi się udać prosto na salę ćwiczeń. Zatrzymałem rękę w powietrzu. Ten głos… Podniosłem wzrok i… zdębiałem. Przed profesorem stała dziewczyna, na którą wpa- dłem w parku. Ciemnogranatowe, niemal czarne oczy i proste krucze włosy splecione w warkocz sięgający aż do pasa przyciągały wzrok. No i ten dziwaczny kapelusz o zbyt szerokim rondzie; prze- moczony, zupełnie jak reszta ubrania. Luźny sweter mógł skrywać zarówno ciało modelki, jak i płaskie kształty. Vera. Nachyliłem się i oparłem łokieć na kolanie, w napięciu czekając na rozwój sytuacji. Dziewczyna zdjęła kapelusz i kurczowo ściskała rondo w dło- niach. Czyżby aż tak się denerwowała? Nie takie sprawiała wra- żenie w parku. Zmrużyłem oczy. – Ach tak, powiedziano, że przyjdziesz, jednak spodziewa- łem się ciebie dopiero na kolejnej lekcji – wymamrotał zbity z tropu Milton. Przeszukiwał leżące na biurku dokumenty, lecz najwyraźniej nie znalazł zguby, gdyż zaraz ponownie odezwał się do dziewczyny: – Przypomnisz swoje imię, dziecko? Uśmiechnęła się delikatnie i odpowiedziała: – Jestem Nathalie. Nathalie Taylor. Zamrugałem gwałtownie, prostując się na dźwięk oczywi- stego kłamstwa. – Dobrze, zajmij miejsce i na razie przysłuchuj się próbie – odparł Milton, a potem zwrócił się do nas: – Zaczynamy! Inni ponownie unieśli skrzypce, przygotowali nuty, oparli instrumenty o ramiona, lecz ja się ociągałem. Nie mogłem ode- rwać wzroku od dziewczyny. Usiadła w drugim rzędzie na lewo ode mnie, z dala od wszystkich, jakby nie chciała przeszkadzać. A może wolała się odizolować? Nieważne, nie teraz. Teraz li- czyła się muzyka. Uniosłem skrzypce, a po chwili salę przepeł- niły pierwsze dźwięki symfonii. Jednak pomimo usilnych starań ciągle myślałem o tajemni- czej Verze. Czy może raczej o Nathalie Taylor? Rozdział II Vera Co on tu robi? Śledził mnie? Po sali ćwiczeń rozchodziło się brzmienie pięciu instrumen- tów i tłumiło każdy inny dźwięk. Vera niby skupiała się na ko- lejnych fragmentach symfonii, lecz tak naprawdę rozglądała się w poszukiwaniu czegokolwiek, co mogłoby wydać się choć odro- binę podejrzane. Nie zamierzała zostać wykluczona z gry już pierwszego dnia. Sophia i tak jej nie odpuści – nie, dopóki nie wypełni zadania. Tymczasem pojawiły się nieoczekiwane kom- plikacje. Dziewczyna złożyła ręce razem i oparła je na rozkładanym stoliku. Miała nadzieję, że nikt nie dostrzeże ich drżenia, ale Verze ciężko było się opanować. Obróciła głowę i spojrzała za siebie. Zaraz jednak tego pożałowała. Theo wpatrywał się w nią nieustannie spod lekko przymkniętych powiek, a jego wyprostowana sylwetka, pełna spokoju, przeczyła poprzedniemu wrażeniu wyluzowanego chłopaka. Vera otworzyła szeroko oczy i nie mogła odwrócić wzroku. Z każdym niższym dźwiękiem ramiona Theo opadały, jakby się kurczył, by po chwili prostować się wraz z wyższymi tonami wydobywanymi z instrumentu. Śpiewne, nieco płaczliwe, czasem oscylujące na granicy rozkoszy i cierpienia, a jednak urzekające w jego wykonaniu. Kolejne wy- ciszenie. Theo na moment opuścił skrzypce i zamknął oczy; prze- krzywił głowę. Wyglądał, jakby wsłuchiwał się w muzykę. Vera wiedziała, że nie musiał tego robić – on był muzyką. Ponownie uniósł lśniąco biały instrument i oparł o ramię, przyłożył smy- czek do strun. Inne skrzypce przycichły w jednej zgranej melo- dii, natomiast Theo rozpoczął podróż po kolejnych misteriach osiągalnych jedynie na poziomie dźwięku. Ostatnie pociągnięcie smyczka… włoski na ciele Very stanęły dęba, a wzdłuż kręgo- słupa spływały krople chłodnego potu. A potem nastała wypełniona napięciem cisza. Vera miała wra- żenie, że niedawno usłyszane dźwięki wibrują echem w umyśle, przenikają przez kolejne komórki i docierają prosto do zmy- słów; przepełniają serce i przyśpieszają jego bicie. Poczuła ucisk w klatce, jednak nie dała tego po sobie poznać. Para przenikli- wych błękitnych oczu wpatrywała się w nią czujnie. Już po raz kolejny tego dnia poczuła się niczym zwierzyna, ale tym razem wypełnił ją inny rodzaj strachu. To był strach o siebie, gdyż tym razem z chęcią dałaby się złapać w sidła zastawione przez Theo. Wszyscy usiedli, a Vera z trudem odwróciła wzrok i przeniosła go na innych, równie oszołomionych jak ona. Jednak na ich twarzach zauważyła pe- wien stopień rozżalenia i zazdrości. Racja, nikt z nich nie dostał solówki. Tylko Theo. Dziewczyny wpatrywały się w chłopaka z nadzieją i pewną drapieżnością – szczególnie blondynka sie- dząca obok niego. Nachylała się, jakby chciała go złapać na ha- czyk w postaci cycków wielkości arbuza. Lecz Theo zdawał się nie dostrzegać jej nachalnego zachowania, skupił się na skrzyp- cach. Odłożył je starannie, przejechał z czułością po smyczku, a następnie schował go wraz z instrumentem do futerału. Verę przeszła kolejna fala przyjemności na ten widok. Rozległy się oklaski tuż obok niej. Wzdrygnęła się na ten dźwięk. – Brawo, Theodorze! Proponuję solowy kawałek dla tego, kto choć spróbuje powtórzyć jego wyczyn – zakrzyknął Milton, wciąż nie przestając klaskać. Rzucał spojrzenia na prawo i lewo, jakby pragnął wyzwać uczniów na pojedynek na śmierć i życie. Vera uniosła kącik ust. Może niedługo jego życzenie się spełni? Przynajmniej po części. Wtem rozłożył ręce, a na jego twarzy pojawił się wyraz dobrze wyćwiczonego zaskoczenia, jakby uczniowie go zawiedli. Jed- nak błysk w oczach zdradzał, że tak naprawdę właśnie tego się spodziewał. Uczniowie natomiast odwracali wzrok. Wiedzieli, że nie mogli równać się z wirtuozerią Theo. Oni nie mogli. Vera zaczerpnęła powietrza. Otworzyła futerał, który jęknął cicho, i wyciągnęła skrzypce. Krzesło zaszurało po wyłożonej kafelkami podłodze. Oparła instrument o ramię. I pozwoliła, by pochłonęły ją dźwięki. Theo Melodia porwała mnie w wir niedoskonałości. Pozwoliłem jej szarpać zmysły, mogła robić ze mną, co tylko chciała. Mogła mnie upodlić, wznieść na szczyt, poturbować, zabić. Rozkochać. I nie tylko ona. Vera kołysała się w rytm dźwięków utworu, którego nigdy wcześniej nie słyszałem. Wspinała się na palce, by za chwilę przywołać na myśl uchylającego się przed ostrzałem uciekiniera. Czarny warkocz uderzał o plecy rytmicznie, krótka spódnica falowała – jedynie babciny sweter zdawał się nie pasować do całości. Lecz miałem to gdzieś. Sekwencja wysokich tonów, po- ciągłych niczym włókna jedwabiu na lśniącej szacie, mieniącej się wszystkimi kolorami tęczy. Nie! Słońca, księżyca! Zawibro- wałem, a potem runąłem prosto w przepaść, w odmęty. Pewnie bym się roztrzaskał, jednak Vera ściągnęła wodze dzikiego ru- maka, który stanął dęba, niemal wyrzucając nas z siodła. Bryza morska osiadła na twarzy, a krople słonej wody wdzierały się do oczu. Wtem fala wzniosła się i z hukiem opadła. A następnie wszystko zalała cisza. Próbowałem się uspokoić, jednak nie potrafiłem. Mogłem się tylko tępo wpatrywać w czarne włosy i czarne skrzypce dziew- czyny. I już wiedziałem, że nie pozwolę jej ponownie uciec. Vera Oddech przyśpieszył, klatka piersiowa unosiła się równo, a Verze wydawało się, jakby przebiegła co najmniej milę i to w zawrotnym tempie. Zawsze tak czuła, gdy tylko pozwalała porwać się muzyce. A nie powinna. Obiecała sobie to lata temu. Czy historia się powtórzy? Miałam się nie wyróżniać. Wystarczy wykonać zadanie. Zacisnęła dłoń na smyczku nieco za mocno, zraniła skórę. Kropla krwi popłynęła po włosiu, a gdy dotarła do żabki, zatrzymała się na moment, po czym opadła z gracją na brudnoszare kafelki. Wspomnienia gnały niepomne na nieme protesty dziewczyny, by ponownie zalać ją lawiną nie do opanowania. Nie chciała ich, nie chciała tego wszystkiego. To wina tego chłopaka! Pozwoliła, by muzyka wypełniła umysł, uwolniła serce spod stałego nad- zoru i dała mu trzyminutową przepustkę. Tylko czy ta chwila słabości nie będzie jej słono kosztować? Wokół wrzało, jednak Very to nie obchodziło. Zerknęła na leżące na kolanach skrzypce i ścisnęło ją w żołądku. Wiedziała, że kolejnych nie dostanie… Czy i tym razem zmuszą ją, by patrzyła, jak ogień pochłania lśniące drewno? By ponownie poczuła, jak wraz z czarną parą skrzypiec traci samą siebie? Ktoś szarpnął ją za ramię i przywołał do rzeczywistości. Pod- niosła głowę i spojrzała prosto w oczy profesora Miltona, który stał tuż obok i potrząsał jej ramieniem z przesadnym wigorem. Wyciągnął rękę. Chwyciła ją machinalnie, nawet się nie za- stanowiła, czy Nathalie powinna zachować się w ten właśnie sposób. Milton zamknął jej dłoń w mocnym uścisku. – Gratulacje! Podjęłaś wyzwanie, a to rzadkie na moich zaję- ciach. Doprawdy, doprawdy – powiedział, ostatnie słowa mamro- cząc jakby do siebie, zaraz jednak dodał: – Co więcej, podniosłaś rękawicę rzuconą przez Theodora, a to niemały wyczyn, niemały! Jednak musisz ćwiczyć, dużo ćwiczyć. – Dlatego tu jestem – odparła Vera. Próbowała wyjąć dłoń z uścisku, ale profesor trzymał mocno i pocił się przy tym. Uwa- dze dziewczyny nie uszedł fakt, że wzrok mężczyzny przejechał niżej na jej biust i talię. Więc o to chodzi. W głowie od razu zaświtała rada matki: – Znajdź jego słabość – nakazała, gdy tylko otrzymała wia- domość o pierwszym zadaniu Veroniki. Córka zmrużyła oczy. – A co, jeśli takiej nie ma? – zapytała. Matka obrzuciła ją pogardliwym spojrzeniem. – Każdy ma – odparła. – A jeśli nie, złap go za jaja i poświeć tyłkiem. Przecież wiesz, jak to się robi. Wiedziała. I to aż za dobrze. Przełknęła ślinę, próbując od- pędzić wspomnienie. Milton wwiercał się w nią niecierpliwym spojrzeniem. Spuściła wzrok, policzki spłonęły rumieńcem. Za- uważył. Poczuła, jak jego ręka zadrżała z podniecenia i zrobiła się jeszcze bardziej mokra. – Chciałabym, żeby nauczył mnie pan, profesorze, wszyst- kiego, co potrafi – powiedziała nieśmiało. – Matka będzie na- prawdę wdzięczna. Milton puścił jej dłoń i rozejrzał się po sali, jednak większość studentów zdążyła już opuścić pomieszczenie, a drzwi zamy- kały się właśnie za ostatnim. Przynajmniej tak sądziła Vera. Milton chciał coś odpowiedzieć, usta układały się w grymas, który zapewne miał imitować uśmiech, lecz wtedy w sali roz- brzmiały kroki. – Pan profesor niestety nie daje prywatnych lekcji. Ten głos… Vera zacisnęła pięści, próbując opanować złość, ale wiedziała, że każde kolejne słowo oddala ją od celu. Uniosła głowę i już wiedziała, że tę bitwę przegrała z kretesem. Milton odchrząknął i potarł dłonie o marynarkę. Jego twarz ponownie przybrała maskę uprzejmej powagi i lekkiej obojętności. Jedynie w oczach przebłyskiwało echo niedawnego pożądania. – Tak, tak, racja! Święta racja, Theodorze – powiedział gor- liwie Milton, a po chwili pstryknął palcami. – Ale przecież ty możesz. Nawet jeśli twoje umiejętności, Nathalie, osiągnęły na- prawdę wysoki poziom, powinnaś sporo zyskać z tej współpracy. Co o tym sądzisz, Nathalie? Vera zamarła, a potem powoli odwróciła głowę. Theo stał tuż obok z radosnym uśmiechem błąkającym się na ustach. Oparł się o krzesło i przysunął bliżej, tak że jego palce niemal stykały się z jej ramieniem. Zapach drzewa sandałowego otoczył ciasno zmysły dziewczyny. Miała ochotę krzyczeć, jednak tego nie zrobiła. Spuściła wzrok i założyła luźne pasmo za ucho, odsłaniając nagą szyję. Milton zakaszlał, a gdy ciągle nie odpowiadała, Theo nachylił się i wyszeptał: – Właśnie. Co o tym sądzisz… Nathalie? * * * * * Vera zatrzasnęła drzwi od domu. Wiedziała, że Sophia wy- szła, więc chwilowo nie musiała kontrolować każdego gestu czy słowa. Od razu ruszyła do pokoju, wyjęła skrzypce i pozwoliła, by dźwięki przeniknęły ją do granic. Próbowała oderwać się od rzeczywistości, znaleźć zapomnienie w melodii, jednak myśli uparcie wracały do niedawnych wydarzeń. Wreszcie Vera ode- rwała smyczek od strun. Oddychała ciężko, nie mogąc się uspo- koić. Próbowała uczepić się czegoś spojrzeniem, jakiejś błahostki pozwalającej odsunąć myśli, lecz wewnątrz nadal się miotała. Odłożyła instrument na biurko i rzuciła się na łóżko. Sprężyny zaskrzypiały. Chwyciła się za włosy – nadal ciasno zaplecione w warkocz wprawiały Verę w stan irytacji – zerwała gumkę, zrzuciła ją gdzieś w pościel, po czym rozplotła fryzurę. Włosy spłynęły falami na ramiona i plecy. Zazwyczaj proste, dziś po- skręcane od wymuszonego splotu. Vera westchnęła, rozłożyła ręce i wpatrywała się w bladoniebieski sufit. Jak do tego doszło? Odkąd opuściła budynek przy Jefferson St., myśli zataczały coraz ciaśniejsze koła wokół zdroworozsądkowej części umy- słu. Kiedyś bez wahania stwierdziłaby, że poradzi sobie w każ- dej sytuacji, nad każdą zapanuje. Kontrola? To jej drugie imię. Opanowanie? To maska, wręcz druga skóra, spod której nie widać emocji. Jednak tym razem sprawy przybrały obrót całko- wicie niezależny od niej i pędziły na łeb na szyję niczym głazy po równi pochyłej. Vera nie mogła się pozbyć wrażenia, że zna- lazła się w wybitnie niekorzystnym położeniu. Wydawało jej się, że weszła w rolę pionka w starej grze na pierwsze wersje Play- Station. To tam główne zadanie postaci polegało na uskakiwaniu przed nadlatującymi przeszkodami. Szkoda, że te przeszkody mogły ją zgnieść na miazgę niczym karalucha. Na myśl o zgni- łozielonych wnętrznościach wypływających z odwłoku insekta Verze zrobiło się niedobrze. Usiadła i podciągnęła nogi pod brodę. Włosy spłynęły na ko- lana i osłoniły je całkowicie. Co powinna teraz zrobić? Gdyby Theo się nie wtrącił, może nawet dzisiaj udałoby się jej załatwić sprawę i mogłaby zasnąć tej nocy spokojnie. Jednak musiał się wtrącić, a tym samym nie dał jej większego wyboru. Pozwoliła się wciągnąć do jego rozgrywki. Tylko o co mogło tak naprawdę chodzić? Wykrzywiła twarz w grymasie i sięgnęła po zapasowy smyczek – zawsze trzymała jeden obok łóżka – po czym odru- chowo włożyła go między zęby i zaczęła gryźć. Czemu ten chło- pak tak się uparł? I to w dodatku musiał być właśnie on – uczeń najbardziej rzucający się w oczy, wybitny, który nie pozostaje w cieniu innych. Choć właściwie… możliwe, że dzięki temu nadal pozostanie blisko Miltona i uda jej się nieco zbliżyć do profesora, skoro Theo najwyraźniej jest jego ulubieńcem. Warto spróbować. Stukanie w szybę przerwało bieg myśli. Odwróciła głowę i wyjrzała przez okno. Na parapecie dostrzegła niewielkiego ptaka w niespotykanych jak na faunę Savannah barwach – żółty łebek oraz gardziel przechodziła w błękit; ogon tonął w od- cieniach obu tych kolorów. Ptaszek przekręcał szybko główkę, jakby próbował zarejestrować całość otoczenia, żywe czarne oczy błyskały ciekawie. Wtem znieruchomiał, rozłożył skrzy- dła, machnął nimi kilka razy i wzbił się ku niebu. Vera pa- trzyła za nim jeszcze długo po tym, jak zniknął na horyzoncie. Chmury z wolna przysłaniały południowe słońce, pokrywając okolicę wszystkimi odcieniami szarości. Chciałaby… – Veroniko, jesteś już. Sophia weszła do pokoju córki bez pukania. W palcach ści- skała zapalony papieros. Dlaczego Vera nie usłyszała, jak matka otwiera drzwi wejściowe? Czyżby tak bardzo pogrążyła się w myślach? Wysokie obcasy stukały głucho o parkiet, a Vera wiedziała, że niedługo pojawią się w nim kolejne wyżłobienia. Jednak jak wcześniej, tak i teraz nie odważyła się sprzeciwić. Stłumiła westchnienie. – Spotkanie się udało? – spytała. Matka zatrzymała się dopiero przy oknie, zasłaniając widok i rzu- cając na córkę cień. Vera uniosła głowę i spojrzała dokładnie w mo- mencie, gdy Sophie wypuściła w jej stronę dym z papierosa. Kiedy owionęła ją chmura duszących oparów, siłą powstrzymała kaszel. – Tak – odpowiedziała Sophie. – A u ciebie? Vera wzruszyła ramionami. – Nie obyło się bez komplikacji – powiedziała. Spojrzenie matki świdrowało. – Coś poważnego? – spytała. – Nic, z czym sobie nie poradzę. Sophia przytaknęła, a kąciki ust jakby się uniosły. Jednak trwało to zaledwie mgnienie, więc Vera nie mogła stwierdzić, czy jej się nie przywidziało. Matka wyjęła z tylnej kieszeni spodni telefon i rzuciła go w stronę córki. Vera złapała urządze- nie w locie, po czym zmarszczyła brwi. – Powinnam spodziewać się kolejnych instrukcji? – zapytała. Matka wzruszyła ramionami, naśladując gest córki. – Spodziewaj się wszystkiego, a istnieją szanse, że nic cię nie zaskoczy – odparła zdawkowo Sophia. Wypaliła niespiesznie papierosa, po czym podeszła do drzwi. Przystanęła na progu i odwróciła się do córki. Dłoń oparła o białą framugę drzwi, krwista czerwień lakieru na jej paznokciach ostro kontrastowała z bladym tłem. – Nie schrzanisz tego, Veroniko – w jej głosie zabrzmiała nutka niepewności. Czyżby właśnie ją o to pytała? Vera uniosła podbródek i wy- prostowała się, a potem odparła najspokojniej jak potrafiła: – Nie. Po tych słowach Sophia wyszła z pokoju, zamknęła nawet drzwi, co wprawiło Verę w dziwny stan. Matka jeszcze nigdy z własnej woli tego nie zrobiła, przeciwnie, kiedyś całkiem za- broniła je zamykać, aby córka wiedziała, że nie decyduje o wła- snym życiu, że ono już na zawsze zostało złożone w czyichś rękach. Zazwyczaj bogatych i bardzo wpływowych. Dzisiaj sprawy wyglądały inaczej. Już od samej świadomości zmiany Verze zakręciło się w głowie. Co oznaczało zachowanie matki? Czy chciała jej coś tym przekazać? Z pewnością w inny sposób poza znakami i niespójnymi gestami nie potrafiła porozumiewać się z córką. Vera zadrżała, gdy naszła ją kolejna myśl. Chyba już wiedziała, dlaczego matka zachowała się inaczej niż zwykle. Tym razem Vera mogła polegać tylko na sobie. Otu- liła się grubą kołdrą w kwiatowy wzór. Mimo coraz cieplejszych nocy zawsze marzła, powoli nawet traciła nadzieję, że kiedy- kolwiek będzie w stanie się naprawdę ogrzać. Może takie prze- świadczenie miało źródło zupełnie gdzie indziej? Położyła się do łóżka, nawet nie założyła piżamy, nie widziała potrzeby. Ponadto pragnęła jak najszybciej uciec w sen, który jako jedyny wydawał się być sprzymierzeńcem w nierównej walce z rzeczywistością. Ale tej nocy sen nie przychodził tak szybko jak zwykle. A kiedy nareszcie pozwolił Verze zanurzyć się w swoim świecie, w umyśle pojawił się niechciany obraz parku Forsyth, a także para błękitnych oczu. Śmiejących się wyłącznie dla niej. Theo Wracałem do domu zamyślony. Myśli zjeżdżały na niewła- ściwe tory, jakby na przekór mnie. Z całej siły próbowałem zmusić umysł do skupienia się na czymś prostym jak chociażby stawia- nie kroków czy liczenie kolejnych mijanych drzew. Jednak mimo wysiłku co kilka minut gubiłem się i wracałem do punktu wyj- ścia. Wiatr zawył przeciągle, prześmiewczo, jakby przejrzał mnie na wskroś i drwił ze szczeniackiego zauroczenia. Bo czy Vera nie rzuciła na mnie uroku? Może nawet teraz skrywa się gdzieś w cie- niu, głaska czarnego kota, a na jej idealnie prostym nosie wyra- sta kurzajka wielkości przepiórczego jaja. Zatrzymałem się i za- cisnąłem dłonie na pasku od futerału. Próbowałem powrócić do stanu obojętności, lecz najwyraźniej dzisiaj nie miało to nastąpić. – Co się ze mną dzieje? – spytałem w przestrzeń, po czym roześmiałem się w głos. Ruszyłem dalej, po drodze mijałem kolejne zabudowania, a gdy skręciłem w Anderson St., na prawo dostrzegłem chińską restaurację Egg Roll King. Zdarzało się, że kupowałem w niej je- dzenie na kolację. Jednak dzisiaj mieliśmy zjeść domowy posiłek i to w komplecie. Uśmiechnąłem się na samą myśl. Gdy prze- chodziłem obok restauracji, poczułem zapach ostrych przypraw oraz pikantnego kurczaka i zaburczało mi w brzuchu. Przyśpie- szyłem, w końcu nadal zostawał mi kawałek drogi do przebycia. Pokonałem następne ulice, aż po kilku minutach znalazłem się na 32nd St. Przeszedłem nią jeszcze kilkaset metrów, aż do- tarłem do białej furtki prowadzącej do domu. Otworzyłem ją, a gdy zamek szczęknął, usłyszałem ujadanie psa. Odwróciłem się dokładnie w momencie, kiedy długowłosy owczarek niemiecki skoczył na mnie, brudząc koszulę grudkami ziemi. – Rasty! Stęskniłeś się, co? Rasty zaszczekał w odpowiedzi, jakby chciał potwierdzić. Zakręcił się dwa razy wokół ogona, zastrzygł uszami i pobiegł w stronę podwórka za domem. Poprawiłem uchwyt futerału i ruszyłem na ganek. Wytarłem buty o wycieraczkę z napisem: Home, sweet home, a następnie otworzyłem drzwi. Od progu przywitał mnie odgłos radia grającego w kuchni – stacja nieco gubiła sygnał i brzęczała, co wśród nierównych szumów znie- kształcało dźwięki muzyki. – Mamo, tato – zawołałem. – Już jestem! Cisza. Dłoń zadrżała, lecz odsunąłem niepokój na bok. Prze- cież ojciec obiecał, że spędzi z nami trochę czasu. Odłożyłem futerał i oparłem go o ścianę przedpokoju, a następnie przekrę- ciłem zasuwę drzwi i skierowałem się w głąb budynku. Kroki zaburzały ciszę tego miejsca; czułem się intruzem we własnym domu. Atmosfera zdawała się cięższa niż podczas ostatniej kłótni rodziców, kiedy ojciec wyjechał na trzymiesięczną misję. Może matka lepiej by to zniosła, gdyby nie dowiedziała się o wyjeździe dzień przed wylotem. Jednak ojca chyba nic nie przekonałoby do odrzucenia zadania. Przełknąłem ślinę. Wszystkie myśli, którymi zawracałem sobie głowę w trakcie drogi powrotnej do domu, straciły jakąkolwiek wagę w ułamek sekundy. Gdy dotarłem na sam koniec korytarza, skręciłem w przejście na lewo i znalazłem się w kuchni. Przystanąłem. Stos piętrzą- cych się w zlewie naczyń smętnie przypominał o niewykona- nych obowiązkach domowych, zupełnie jak przepełniony kosz na śmieci. Odruchowo podszedłem do śmietnika, opróżniłem go i założyłem nowy worek, zaraz potem jednak zamarłem i zda- łem sobie sprawę z obecności matki. Siedziała tyłem do mnie, w dłoniach ściskając coś kurczowo. – Mamo, co się stało? – spytałem ostrożnie. Worek zaszele- ścił, gdy odkładałem kosz na miejsce. Nie odpowiedziała. Podszedłem bliżej i położyłem ręce na jej ramionach, delikatnie, żeby jej nie spłoszyć. Zadrżała pod doty- kiem, lecz gdy odwróciła głowę i zobaczyła, że to ja, uśmiech- nęła się. Opuchnięte od płaczu oczy nie zwiastowały niczego dobrego. Otoczyłem matkę ramieniem i przytuliłem. Trwaliśmy tak bez słów, a ja usilnie starałem się ignorować rosnący w oko- licy serca ból. Ból, ale także i złość. – Dobrze, że jesteś – wyszeptała. Ścisnąłem ją mocniej. – Co się stało? – zapytałem raz jeszcze. – Nic niezwykłego – odparła i wzruszyła ramionami. – Wy- jechał. Po tych słowach odsunęła krzesło i wstała, a ja ją wypuściłem. Stanęła przy zlewie i jakby nigdy nic zabrała się za napełnianie zmywarki. Talerze trzaskały o szklanki, sztućce brzdękały prze- raźliwie, a matka skupiła na nich całą uwagę. Jakby właśnie one najbardziej jej teraz potrzebowały. Zamek zmywarki szczęknął i usłyszałem charakterystyczne pikanie oznajmiające rozpoczęcie programu. – Mamo. – Chciałam, by również przy tym był – powiedziała cicho. – Przy czym? Odwróciła się i oparła o szafki. Po chwili sięgnęła do kieszeni luźnego swetra i wyjęła test ciążowy. Przybliżyłem się, a potem zamarłem. Matka rozciągnęła usta w nieśmiałym uśmiechu, czekając na reakcję, a ja… Przyciągnąłem ją i uścisnąłem. – To wspaniale! Tak się cieszę, mamo – bełkotałem. – Trzeba to uczcić, pójdę do chińczyka i kupię dobre jedzenie. Możesz jeść chińszczyznę? Odsunąłem się i niemal pobiegłem do wyjścia. Chłodne powietrze wdarło się do środka, zarzuciłem szal i kurtkę. Ściemniło się? Kiedy? – Theo – głos matki zatrzymał mnie w miejscu. – Wiesz, że ojciec cię kocha, prawda? Spojrzałem spod półprzymkniętych powiek. Przycisnęła za- mkniętą w pięść dłoń do serca, jej oczy zdawały się takie czujne i zmartwione. Pamiętałem jeszcze dni, kiedy najczęściej go- ściła w nich radość. A może to tylko złudzenie? Zdjąłem dłoń z klamki, a potem podszedłem bliżej i pocałowałem matkę w czoło. – Wiem, mamo – powiedziałem, po czym ruszyłem do wyj- ścia i wybiegłem na zewnątrz. Zwolniłem, szedłem szybkim krokiem, próbując odgonić dziwny niepokój rodzący się w podbrzuszu. Nie mogłem jednak zapomnieć o słowach, których nie wypowiedziałem. Słowach tak doskonale znanych, jak znienawidzonych, które brzmiały: Ale ojczyznę kocha bardziej. Nim nadejdzie świt Copyright © Alicja Wlazło Copyright © Wydawnictwo Inanna Copyright © MORGANA Katarzyna Wolszczak Copyright © for the cover photo by Samatcha/Adobe Stock Copyright © for the Raustila Font by Altdesign Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved. Wydanie pierwsze, Bydgoszcz 2020 r. druk ISBN 978-83-7995-507-7 epub ISBN 978-83-7995-508-4 mobi ISBN 978-83-7995-509-1 Redaktor prowadząca: Ewelina Nawara Redakcja: Bożena Walewska Korekta: Monika Halman Adiustacja autorska wydania: Marcin A. Dobkowski Projekt okładki: Aleksandra Bartczak Skład i typografia: www.proAutor.pl Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jaki- kolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, foto- optycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy. MORGANA Katarzyna Wolszczak ul. Kormoranów 126/31 85-432 Bydgoszcz sekretariat@inanna.pl www.inanna.pl Książka najtaniej dostępna w księgarniach www.MadBooks.pl www.eBook.MadBooks.pl Spełniacze Małgorzata Falkowska Spełniając marzenia innych, spełniasz się i Ty! To miał być zwyczajny projekt na studia. Dominika, Maciej i Julian mieli pomysł, by spełniać marzenia. Zaczęło się od listów dzie- ciaków z pobliskiego Oratorium, jednak dzięki determinacji trójki przyjaciół i z pomocą pro- fesora Kellera, swoją działalność rozpoczęła Fundacja Spełniacze. Dwanaście miesięcy w roku – dwanaście ma- rzeń do spełnienia. Małgorzata Falkowska zaprasza czytelników w niezwykłą podróż pełną do- bra, miłości i wzajemnej tolerancji. Dwanaście wyjątkowych listów, dwana- ście wyjątkowych historii, wielu naprawdę życzliwych ludzi. Poznaj Fundację Spełniacze, jej założycieli i dzieciaki, którym pomogli. Niektóre marzenia spełniają się same, innym trzeba trochę pomóc. Małgorzata Falkowska Zaskocz mnie Daria Skiba ONA ma pasję, za którą skoczyłaby w ogień. Ma marzenia. ON wymarzoną pracę i życie, które wydaje się innym niemal idealne. Antek i Jagoda są niczym ogień i woda. Ona, bez planów na przyszłość, żyjąca „tu i te- raz”. On, poukładany, planujący przyszłość i zako- chany w swojej dziewczynie. Czy tych dwoje może się wzajemnie zrozumieć? Parkour jest ich odpowiedzią. Uparta nauczycielka i uczeń, który nie chce się poddać. Wspólne ćwiczenia pokazują obojgu, że mimo wielu różnic, są do siebie bardziej podobni, niż mogli się spodziewać. Co się stanie, gdy światy i poglądy tych dwojga się zderzą? Tylko seks Mira Gross Błażej jest zwyczajnym studentem, który le- dwo wiąże koniec z końcem. Gdy kumpel wprowadza go w szczegóły jego dostatniego życia, dla Błażeja kończy się pewien etap życia. Lilianna to rozkapryszona i znudzona żona biznesmena. Jej małżeństwo nie należy do ty- powych, więc gdy na horyzoncie pojawia się Błażej, kobieta proponuje mu układ. Jednak życie to nie bajka i Liliana będzie mu- siała ponieść konsekwencje własnych wybo- rów. Czy pociągnie Błażeja za sobą na dno? To, co miało być zwykłą zabawą, przeradza się w coś, czego żadne z nich nie mogło przewidzieć… „Tylko seks” to tak naprawdę nie tylko seks. To powieść pełna emocji, pożądania i prawdziwych uczuć. Jestem przekonana, że miłośniczki gorących romansów na pewno znajdą w tej historii coś dla siebie. Serdecznie polecam! K.N. Haner, autorka bestsellerowych powieści dla kobiet Światła w jeziorze Gosia Lisińska Gdy po dwóch latach kompletnej uczuciowej suszy, dopadnie cię klęska urodzaju, możesz mieć problem z wyborem. Karolina jest zabawną i błyskotliwą dziewczy- ną, od roku zakochaną bez wzajemności w ko- ledze z pracy. I oto któregoś dnia spotyka go nad jeziorem, a wszystko się zmienia. Że jed- nak świat bywa złośliwy, na drodze Karoliny staje nie tylko Kuba, ale i pewien nieprawdo- podobnie seksowny Włoch… Przezabawne perypetie miłosne i rodzinne głównej bohaterki są tematem pierwszej obyczajowej powieści Gosi Lisińskiej z serii Miłość w Tychach. „Światła w jeziorze” to idealne połączenie doskonałego humoru oraz seksownego romansu. Będzie gorąco, zmysłowo i zabawnie. Historia Karoliny pochłonie Was w mgnieniu oka i nie pozwoli odłożyć książki, dopóki nie poznacie zakończenia. To życiowa, ale posypana odrobiną magii powieść, która umili długie zimowe Meg Adams, blogerka Niegrzeczne Dziewczyny Recenzują wieczory. Pikantnie po włosku Gosia Lisińska Czy szalony romans ma szanse przerodzić się w coś trwałego? Zwłaszcza szalony romans z własnym szefem? Życie Magdy nigdy nie było poukładane czy zwyczajne, a związek z Roberto bynajmniej tego nie zmienia. Przynosi za to mnóstwo namiętno- ści, ale i pytań, których dziewczyna dotychczas sobie nie zadawała. Jak potoczą się jej losy? Jakie ostatecznie podej- mie decyzje? Tego dowiecie się z tej zabawnej i bardzo erotycznej powieści. W tej książce jest pikantnie między bohaterami na kilka różnych sposobów – pikantne kłótnie, pikantny seks, a przede wszystkim pikantny uśmiech na twarzy czytelnika. Grażyna Wróbel – Czytaninka Gosia Lisińska ma talent do tworzenia lekkich, pozytywnych i przy tym nie- zwykle zabawnych historii. Koniecznie musicie poznać Magdę i jej pikantne włoskie perypetie. Kasia Olchowy – Kulturantki.pl Zakręcona i śliczna Polka, plus ponętny i seksowny Włoch — duet idealny?! A może mieszanka wybuchowa? Czeka na Was dużo śmiechu i dużo gorących emocji! Druga część “Świateł w jeziorze” jest, jak sam tytuł wskazuje, bardziej pikantna, bardziej niegrzeczna, ale wciąż tak samo zabawna! Agnieszka Rybska – Blonderka.pl Ja ciebie mocniej Małgorzata Lisińska Kiedy wydaje ci się, że masz wszystko i naraz tracisz grunt pod stopami… Jasiek zdobywa miłość swego życia, ale czy zdoła ją utrzymać? Czy potrafi oprzeć się po- kusom? I czy miłość wystarczy, by odbudować to, co wydawało się utracone? Wróć do Tychów, by poznać losy brata Karo- liny, przebojowej bohaterki Świateł w jeziorze, i kolejny raz zakochać się w tym mieście. Popularne przysłowie mówi, że milczenie jest złotem. Jednak w małżeństwie Janka i Anki, borykających się z nową, niełatwą codziennością, milczenie doprowadza do katastrofy. „Ja ciebie mocniej” Gosi Lisińskiej w piękny sposób pokazuje, jak ważnym elementem każdego związku jest szczera rozmowa. To mocno dająca do myślenia historia niełatwej miłości, po przeczytaniu której, zaczynamy zastanawiać się, co w naszym życiu powinno stanowić największą wartość: kariera, pieniądze, małżeństwo, dzieci? Gorąco polecam. Izabela Grabda, autorka Przypadek Lidki Joy Hermia Stone Joy jest przeciętną dziewczyną. Ma zwyczajną pracę, kilku w miarę normalnych znajomych i nie wyróżnia się niczym poza tym, że mieszka z mężczyzną idealnym, który zawsze spełnia jej marzenia. Prawdopodobnie dlatego, że jest wymyślony… No, może nie do końca. Ory- ginał istnieje. To wokalista znanego zespołu Sundance, otoczony tłumem fanek, zarabia- jący miliony i odnoszący sukcesy playboy. W życiu jednak różnie bywa. Być może ta dwójka zetknie się w świecie jak najbar- dziej rzeczywistym. Joy, będąc w trudnej sytuacji życiowej, zatrudnia się u managera Sundance. Prawdziwe kłopoty zaczną się, gdy spotyka swojego idealnego faceta i pozna go bliżej. Dowie się wiele nie tylko o swoich uczuciach ale też o prawach rządzących rynkiem muzycznym i o panujących w nim stosunkach między- ludzkich. Wkrótce Joy, jej znajomi i wszyscy członkowie zespołu Sundance przekonają się, co się stanie, gdy spełnią się czyjeś marzenia. To nie jest prosta romantyczna opowieść o namiętnej miłości nieśmiałej dziewczyny i gwiazdy rocka. To nie jest kolejna odsłona bajki o kopciuszku. Ta opowieść może zaskoczyć. Wyspa Mgieł Maria Zdybska Czasami dwie dusze łączy więź silniejsza niż śmierć. Ona – przybrana córka pirata, uratowana z morskiej kipieli. W jej przeszłości ukryty jest klucz do potężnej mocy, która może przynieść wybawienie lub zgubę. On – potężny mag, wyrzutek, arogant i syba- ryta. Od lat poszukuje, choć sam nie wie, czego i dlaczego. Kiedy jednak ich drogi się spotykają, przejmują nad nimi kontrolę siły potężniejsze od nich samych. Bogowie i demony, nie- umarli i czarnoksiężnicy, zapomniana magia i stracone życia – droga do ich poznania zaczyna się na tajemniczej Wyspie Mgieł. “Wyspa Mgieł” to powieść young–adult fantasy przesiąknięta zapachem morza, pełna przygód, barwnych opisów i fantastycznych istot. Poznaj losy wyrzuconej przez morze Lirr i daj się oczarować tajemniczemu magowi o imieniu Raiden. Melissa Darwood, autorka Pryncypium, Larista i Luonto PIERWSZY TOM SERII KRUCZE SERCE Jezioro Cieni Maria Zdybska Lirr i Raiden muszą uciekać z Ysborga nie tylko przed gniewem jego władczyni, ale również przed podążającymi ich tr
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Nim nadejdzie świt
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: