Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00548 010951 7499545 na godz. na dobę w sumie
Nocnik. Wypełniana forma bardziej pojemna - ebook/pdf
Nocnik. Wypełniana forma bardziej pojemna - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 264
Wydawca: Biblioteka Analiz Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-63879-59-4 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

'NOCNIK Wypełniana forma bardziej pojemna' to powieść zwodnicza i wielopłaszczyznowa, pełna ironicznej, wyrachowanej gry z literackimi konwencjami, z fromalistycznymi ograniczeniami powieści jako tworzywa, przesycona aluzjami i nawiązaniami do innych tekstów kultury.

Narrator bawi czytelnika swoją barwną historią, swobodnie skacze od jednej kalki narracyjnej do drugiej, przemieszcza się między tekstami kultury, zaczepia o aluzje do filmów, książek, piosenek, legend i mitów, prowadząc równocześnie bezpardonową walkę z autorem o prymat władzy nad tekstem.

Na płaszczyźnie fabularnej swojej opowieści główny bohater wtłoczony jest w popadanie w coraz to większy obłęd i obsesję, nie stroni od filozofowania i używek, stopniowo traci przyjaciół i wszystkich swoich bliskich, próbując pojąć całokształt funkcjonowania i mechanizmy własnego świata. Chcąc nie chcąc wplątuje się w tworzenie legendy, miejskich mitów, by podjąć daremną próbę ocalenia wszystkiego.'

Znajdź podobne książki

Darmowy fragment publikacji:

W O J C I E C H Ł A B Ę D Ź N O C N I K WOJCIECH ŁABĘDŹ, urodzony w kraju, któ- rego już nie ma, walczący o rzeczy, idee i sprawy, których nigdy nie będzie i które nikomu nie są potrzebne. Podobno nie istnieje, bo nie ma go na facebooku, instagramie i twitterze. Podstępnie prześlizgnął się przez polonistykę na Uniwersy- tecie Jagiellońskim, mieszka w Krakowie, tamże pracuje, i jest wielkim fanem własnej żony, świe- żo wyciskanych soków i pasteis de nata. Wszystko co uważałeś za swoje, nagle okazuje się być czyimś. Twoje wspomnienia to w najlepszym wypadku wspomnienia kogoś innego, ale bardziej prawdopodobnie jeszcze są to wytwory jego cynicznej i złośliwej wyobraźni. Bo raczej nie twojej, skoro nie jesteś pewien czy w ogóle ją masz. Jesteś zbiorem nieakceptowanych przez kogoś cech, zepchniętym w cholerną nieświadomość. Tylko tym i niczym więcej. We wszelkich miejscach, w których byłeś, był za ciebie ktoś inny, kogo niby znasz a nie znasz. Wszystko kim jesteś, kim byłeś i jak umrzesz, ktoś sobie wymyślił i dokładnie zaplanował. Twój świat to dekoracja, scenografia ustawiona z dykty przeczytanych przez kogoś książek, wysłuchanej przez kogoś mu- zyki, obejrzanych przez kogoś filmów. Klisze. Kurwa. (FRAGMENT) ISBN 978-83-63879-59-4 9 788363 879594 WYPEŁNIANA FORMA BARDZIEJ POJEMNA NOCNIK WOJCIECH ŁABĘDŹ NOCNIK WYPEŁNIANA FORMA BARDZIEJ POJEMNA Jirafa Roja Warszawa 2016 © Copyright by Jirafa Roja, 2016 © Copyright by Wojciech Łabędź, 2016 Korekta i redakcja: Adam Mrowczyk Łamanie: TYPO 2 Druk i oprawa: Sowa Sp. z o.o. www.sowadruk.pl ISBN 978-83-63879-59-4 Wydanie I Warszawa 2016 www.jirafaroja.pl Sobie. A co. Kiedy już nie będzie nic, ze szczątków połamanego nocnika (…) wyobraźnia odbuduje światy. G. FLAUBERT Kiedyś na jakiejś kretyńskiej rozmowie kwalifika- cyjnej musiałem odpowiedzieć na pytanie, jak wyobra- żam sobie coś meta, metaoniryczność na przykład. Przydarzyło ci się kiedyś coś takiego? Metaonirycz- ność, oczywiście, nie rozmowa kwalifikacyjna. Śnić o tym, że śnisz. Albo gorzej – potem śnić jeszcze, że z jakiegoś nie- znanego ci powodu, być może zbiegu okoliczności lub czegokolwiek innego, budzisz się właśnie nie gdzie in- dziej, tylko w śnie właśnie i masz tego pełną świado- mość. Koszmar. Sen już sam w sobie jest przecież pew- nym rodzajem schizofrenii. A to i tak jeszcze byłoby nic. Naprawdę przesrane jest obudzić się i  otworzyć pierwszy raz własne oczy, aby zobaczyć otaczającą głę- boką czerń snu. Ale snu czyjegoś. 7 I oto stało się. Jakoś tak nagle, kompletnie nieprzewidywalnie, nie- spodziewanie dla nikogo. Niby tak całkiem po cichu, a jednak z wrzaskiem, wśród głuchego milczenia mu- rów, przerywanego od czasu do czasu tępym dudnie- niem odpadającego tynku. Naskórka blado gnijących ścian. Stało się właśnie tam, gdzieś w  brzęczącym ja- zgocie wrogich myśli, zwielokrotnionych przemiesza- niem zwalczających się osobowości. Na kojącym szu- mie pełzającego dywanu w kolorze zepsutej krwi, pod wyjaśniającym niektóre wątpliwości i rzucającym cień na wiele innych, oświetleniem (żeby nie powiedzieć – oświeceniem) rdzewiejącego żyrandola – po prostu stało się. Nic już tego nie odwróci; nic w  żaden sposób nie jest w stanie tak potoczonego rozwoju wypadków po- wstrzymać. I dobrze. Niektóre wydarzenia, zbiegi okoliczności, a  nawet wypadki, po prostu muszą się wydarzyć. Albo przy- najmniej wydarzyć się powinny. Ostatecznie – niektó- re wydarzają się na przekór wszystkiemu, a zwłaszcza wszystkim, ale to w  zasadzie nie dziwi i  jest w  jakiś sposób normalne. A raczej – naturalne. I nieuniknione. Możesz oczywiście w tym momencie z hukiem za- trzasnąć książkę. Nikt nie powoła z tego tytułu komisji sejmowej. Albo rozetrzeć nogą, dajmy na to, czarny pył. 8 Możesz gromko powiedzieć sobie, że to, co ja oferu- ję, co chcę sprzedać za cenę twojej duszy, nie jest ci do niczego potrzebne i nigdy nie będzie. Być może miał- byś nawet i rację. Możesz zadecydować, pomijając ra- dośnie zdanie twego zadławionego winami sumienia, że ta opowieść w  najmniejszym szczególe cię nie do- tyczy. Pewnie, w końcu to całkiem możliwe, a i nawet w  jakimś tam stopniu prawdopodobne. Możesz sobie wreszcie wmówić, że zanurzenie się w tej historii w ża- den sposób cię nie obchodzi. No jasne, że możesz. Nie zmieni to jednak faktu, że ta opowieść – czy tego ludzkość chce, czy nie – wydarzyła się, w jakiś sposób się zapisała i  będzie świadomie istnieć, sama o  sobie decydować; będzie dalej wypaczała sny. Choćby i da- leko poza twierdzą twojej hermetycznie pozamykanej świadomości. Będzie istnieć własnym, nieprzymu- szonym i w pełni wolnym bytem, choćby i na kartach szczelnie, bądź nawet bezczelnie zamkniętej księgi. Albo dajmy na to, na przykład w czarnym pyle. I będzie się głośno śmiać, rechotać histerycznie, bę- dzie kruszyła zmurszałe pałace twojej jaźni, aż kiedyś zapali w  tobie żagiew zwątpienia, a  później strachu. Potem wydłubie ci oczy i  całkiem ślepy pójdziesz na rzeź. Bo opowieść przedarła się przez lustro o złotych ramach, aby pojawić się po twojej stronie. Opowieść bowiem, jak zostało powiedziane, już się stała i stawać wciąż się będzie na nowo. Choć to prawda, że nikt do końca nie zdaje sobie sprawy z tego, czym to grozi. I nikt pewnie nawet nie 9 potrafi powiedzieć, co taki stan za sobą przyniesie, do czego w efekcie może doprowadzić i jak zgubne mogą być skutki takiego zbioru wzajemnie siebie determinu- jących sytuacji. Być może, gdyby ktoś kiedyś wcześniej się zoriento- wał, gdyby ktoś się zatrzymał i dokładnie temu przyj- rzał, gdyby odpowiednio i  stanowczo zadziałał, nie miałoby to nigdy miejsca. Gdyby ktoś w porę zainte- resował się złymi, cyklicznie pojawiającymi się omena- mi, gdyby ktoś w porę odczytał i zinterpretował poja- wiające się na murach anonimowe, pisane jakby krwią przepowiednie, gdyby ktoś był w  stanie przewidywać na taką skalę, pewnie ta historia nigdy nie miałaby okazji się wydarzyć. Ale jest już za późno. Bo spełniło się. I będzie spełniać się nadal. Pewnie przyszło ci kiedyś do głowy, że całkiem moż- liwym jest, iż to właśnie chaos jest prawdziwym, na- turalnym uporządkowaniem wszechświata, z  tą całą swoją nielinearnością, dziką zmiennością form, spon- tanicznością i  nieprzewidywalnością. Mnie przyszło, więc każdemu mogło przyjść. Początek i koniec to dwie cechy dystynktywne po- rządku. Jak dwa końce każdego normalnego kija. Albo jak dwie strony ruskiego medalu. Chaos tego nie ma. To co – Bóg też jest chaosem? Bo chyba nie chaos jest Bogiem? Bzdura. 10 Krawczyk na festiwalu w  Opolu powiedział, że nie widać na nim siwych włosów, bo robi sobie balejaż. Bzdura numer dwa. Bo niestety nie każdy, kto kła- dzie jakąkolwiek farbę na łeb od razu sobie balejaż ro- bi. Tak jak nie każdy, kto ma tupet, nosi perukę. Ale Bóg to niezły pretekst do tłumaczenia istnienia. Nawet przypadkowego. I  dokonał się wreszcie, pośród ogłuszających gro- mów burz i  demonicznego wycia wichur, chtonicznie mroczny akt stworzenia, przeklęte słowo przeklętym ciałem się stało. A ciało nazwano Mateuszem. I  w  tym miejscu zapewne powinienem zwyczajnie zapalić nad wyraz normalnego, przeciętnie długie- go i średnio drogiego papierosa, wygodnie rozsiąść się w średnio wygodnym i bardzo skórzanym fotelu, popa- trzeć w twoje nie do końca płonące ciekawością oczy i na wpół rozdziawione usta, po chwili dłuższej lub całkiem krótkiej wziąć ceremonialnie głęboki oddech, przymru- żyć spojrzenie i wreszcie coś ci o sobie powiedzieć. Być może wtedy powinienem przyznać, że to całkiem skąd- inąd piękne imię – Mateusz, jest zupełnie nieprawdziwe i wybrane tylko w celu pełniejszego opowiedzenia tejże historii. A jak brzmi prawdziwe? Ano, nie brzmi. Chole- ra wie, mówiąc jaśniej. Możliwe, że nie pamiętam, choć bardziej prawdopodobne, że nigdy nie wiedziałem. Tak więc, niech będzie Mateusz i tyle. Imię to – dobre w koń- cu jak każde inne, zwłaszcza na potrzeby tejże opowieści 11 – wybrane jest więc w pełni przypadkowo i bez większe- go celu. Nie widzę przeszkód, aby po rozpatrzeniu racjo- nalnie uwarunkowanych protestów lub zażaleń, w tym miejscu nie mogłoby się pojawić jakiekolwiek inne imię męskie. Albo nawet żeńskie, w końcu sprawa płci w mym wypadku to także kwestia daleko idącej umow- ności. W zasadzie to przecież i tak nikogo nie obchodzi. Co nie zmienia jednak faktu, że imię to, mimo całej swej przypadkowości, zawiera w  sobie stare, dobre, greckie słowo, które w sposób niemalże doskonały określa to, co tkwi w samym centrum mej osobowości, i jest jej inte- gralną częścią. Jest jej szkieletem, ociekającą krwią ko- ścią. Niezgody. Pewnie także, aby choćby zasugerować ci ułudę szczerości własnej osoby, jej wiarygodności i prawdzi- wości, których z takim utęsknieniem zapewne wyglą- dasz, powinienem czuć się w  obowiązku przywdziać jakieś nazwisko – równie fałszywe jak i  imię – które do polskiej ziemi jak pies do budy byłoby przywiązane od najstarszych pokoleń. Może nawet gdzieś i kiedyś, jakby się któryś przodek po pijaku w jakąś zawieruchę wojenną zaplątał, krwią i potem by służyło, choć jest to równie prawdopodobne, jak przypuszczenie, że ja sam mógłbym służyć. Całkiem możliwe, że powinienem opowiedzieć ci również o swej nieistniejącej i do końca zmyślonej prze- szłości, abyś mógł wypchać mnie szczelnie wypełniają- cymi trocinami przeżyć, wcisnąć do ręki ciążący bagaż doświadczeń, abyś mógł się tym samym lepiej ze mną 12 integrować, może nawet ze mną utożsamiać i  w  pełni albo nawet i w nowiu ze mną identyfikować. Być mo- że zdrowe wdrażanie wątku fabularnego wymagałoby, abym zechciał w tym miejscu opowiedzieć o swych wy- ssanych z czyjegoś palucha mglistych planach na przy- szłość, pomijając fakt, iż od co najmniej lat kilku planów takowych – podobnie jak i przyszłości – nie posiadam. Możliwym jest, że powinienem ci przedstawić po- krótce pełny opis swego, a  jakże, wielce ciekawego i  niesłychanie złożonego charakteru, może nawet i  olśniewającego wyglądu, żeby stać się bardziej pla- stycznym i w jakiś sposób pełnym, abyś wiedział, spra- gniony wiedzy łakomy czytelniku, z kim masz do czy- nienia. A w najgorszym wypadku, abyś mógł bez większe- go wysiłku walnąć w miarę sensowną charakterystykę szkolną na potrzeby dodatkowego zadania domowego. Bardzo możliwe, że zostałem zobligowany samym tylko faktem bycia do przedstawienia powyższych in- formacji w  sposób wyczerpujący i  niepozostawiający wątpliwości. Być może zatem, nawet dokładnie i zgrab- nie uczyniłbym to tutaj, konfabulując skrzętnie to, o czym nie mam zielonego pojęcia, gdyby nie fakt, że cholernie mi się nie chce. Tak w  gruncie rzeczy to chyba każdy jest w  sta- nie w  pewnych okolicznościach doświadczyć obecno- ści czegoś, o nieistnieniu czego jest całkowicie, ale to całkowicie przekonany. I  być może nawet przemknie 13 mu myśl, że właśnie to, co wtedy zobaczy, poczuje czy usłyszy należałoby, mimo wszystko, nazwać tym praw- dziwym – że tak powiem – bytem. Dobra. A co, jeśli jedno jest tylko dzienną, a drugie nocną stroną tego samego? Nic. Na końcu, jak zwykle, jeden aspekt zrepresjonuje drugi. Jasność stłamsi Ciemność, Dobro pokona Zło, Cnota zagóruje nad Ułomnością, Prawda nad Fałszem, Umysł opanuje Ciało, Podmiot (rzecz jasna biały, hete- roseksualny mężczyzna) podporządkuje sobie Innego, Uczucia Żądze, Idee ich Realizacje, i tak z całym baj- zlem. Przecież uwaga ludzkości przez całe wieki skupiała się wokół bytu i odbytu, ale publicznie nawet dziś mó- wi się bez skrępowania tylko o tym pierwszym. Niejaki osobnik, zwany dalej panem Autorem, choć bardzo by chciał (i ty też zapewne jego relację wolałbyś przeczytać), nie może opowiedzieć ci tej historii. Nie może opowiedzieć, bo on nigdy nie był jej czę- ścią. Przynajmniej – nie bezpośrednio. To po prostu nie mogło się mu przytrafić. Za to mogło przytrafić się mnie. On tak naprawdę nie istnieje tu, gdzie ta opowieść miała, bądź ciągle ma – nigdy nie jestem pewien – miejsce. Podobno ktoś, gdzieś, kiedyś o  nim słyszał, ktoś go może nawet i  widział, ktoś krzyczał, że jego 14 szwagier, będąc na przepustce, pił z nim wódkę, a ktoś nawet podobno dał mu w pysk. Być może. Ale zapew- niam, że nikt, ale to najzupełniej w  świecie nikt nie może stwierdzić, że pan Autor, jakby to powiedzieć, istniał. Być może – a ręczę, że całkiem sporo, wręcz prze- rażająco wiele na to wskazuje – Autor jest wytworem mojej chorej i nad wyraz w niektórych kwestiach wy- bujałej wyobraźni. Może być majakiem, skutkiem upo- jenia alkoholowego. Taką jakby białą myszką. Nie za- przeczam, nie potwierdzając przy tym także. Bardzo prawdopodobnym jest, że pojawił się wraz z  dymem trawki wydalanym powoli z  nosa prosto w  paskudne me oblicze zatopione w zimnym krysztale lustra w ubi- kacji. Wykluczyć tego niestety nie mogę. Równie możliwym jest, że przeświadczenie o  ist- nieniu jego osoby jest jakąś zbiorową psychozą, w któ- rej, chcąc nie chcąc, uczestniczę, skutkiem społecznej hipnozy, produktem popkultury albo cząstką podstaw wiary utkwionej dogmatami i  niewyjaśnianymi od wieków magicznymi symbolami w sercach społeczeń- stwa już z  dziada pradziada, a  która wybuchła obja- wieniem w sposób tyleż niekontrolowanej, co błędnej pewności o jego istnieniu, w skutek mniej lub bardziej nienaturalnego zbiegu okoliczności. Cudu na przykład. Przecież na dobrą sprawę, dowodów w  miarę wiary- godnych w tej sprawie nie przedstawił jeszcze nikt, za to wątpliwości co do istnienia, a zwłaszcza istnienia je- go osoby, jest cała masa. 15 Teraz, kurwa, ja tu rządzę. I chuj. Oglądałem Szansę na sukces z Bayer Fullem. Wtedy pojąłem, że wszystko jest już relatywne: szan- sa, sukces, sztuka, śpiewanie. Podobno koń, jaki jest, każdy widzi. Ślepców, rzecz jasna, w to nie wliczając. Tylko jak to zorganizować, że- by wszyscy zawsze widzieli i czuli dokładnie tak samo? Dokładnie to, co trzeba? Można jeszcze dokonać czegoś podobnego w ogóle? Pewnie można. Tylko po kiego wała. Powstałem zatem po to, aby opowiedzieć ci pewną historię. Taką całkiem zwykłą i niespecjalnie odkryw- czą, którą słyszałeś już pewnie wiele razy. W końcu literatura się skończyła, co nie? Prostą historię, która niczego nie zbawi, raczej ni- czego nie zmieni, która żadnym sercem nie wzruszy – a  i  innymi narządami pewnie także nie wstrząśnie. I  choć historia jest ponoć nauczycielką życia, to chy- ba wyjątkowo kaprawą, bo mnie niczego nie nauczyła, a i ciebie zapewne niczego nowego nie nauczy. Historię, która wydarzyła się wtedy, kiedy nie istniałem. Albo ra- czej – kiedy nie wiedziałem, że istnieję. Bądź wiedzia- łem, a raczej sądziłem, że nie istnieję. Nie ważne, rzecz jasna, nie o  to tu przecież idzie, chodzi raczej o  to, że historia ta nigdy się nie wydarzyła, choć miała miejsce co najmniej kilka razy. W tej czy innej czasoprzestrzeni. 16 Na tej czy innej płaszczyźnie sensu i znaczeń. W tej czy innej świadomości postaci zaplątanych w tę lub zupełnie inną intrygę i umieszczoną tu bądź koniecznie i w peł- ni świadomie, bądź mniej świadomie lub wręcz całkiem przypadkowo, a czasem – bo i takie persony się zdarzą – z całą pewnością świadomie, przy czym z całą pewno- ścią na siłę. To przecież też nie jest tutaj ważne. Ważne natomiast jest tu miejsce. Miejsce, gdyż wydarzyła się w tym samym mieście. Nie podobnym, nie utożsamionym, nie stworzonym na potrzeby tej opowieści na jego wzór lub jego podobień- stwo. Historia ta miała miejsce w tym dokładnie mie- ście i w żadnym innym. Bo ta historia jest opowieścią prawdziwej twarzy te- go miasta. Bo ta opowieść, mój drogi czytelniku, to jest kore- spondencja z  drugiej strony. Korespondencja kiero- wana przez drugą stronę do twojej drugiej strony. Aż chciałoby się dopisać dużymi, tłustymi literami: mu- sisz to mieć! Podsumujmy (ja wiem, że to dopiero siedemnasta strona, ale kiedyś słyszałem jak nieoceniony Darek Szpakowski podsumowywał mecz po piętnastu mi- nutach spotkania, więc nie czuję się jakoś specjalnie winnym): tak czy inaczej, choć nie istnieję, powstałem po to, aby opowiedzieć historię, która nigdy się nie wy- darzyła i która nigdy nie miała się wydarzyć. Ale mia- ła miejsce w  tym mieście. I  niepowstrzymana będzie 17 zabijać, skazując na chorobę, gnicie i potępienie zaklęte w zimnej samotności. I zaprawdę powiadam ci, nie jest ważne, że – obiektywnie rzecz biorąc – historia ta nie istnieje, czyli nigdzie nie trwa. Podobno. Jaka to różnica, skoro ty zapewne też jesteś wytwo- rem czyjejś chorej wyobraźni? Hasło jak z reklamy: Obudź się wreszcie, obudź, bo to wcale nie jest sen… OBIEKTY ODBITE W LUSTERKU SĄ BLIŻEJ NIŻ SIĘ WYDAJE Instrukcja naklejona na wstecznym lusterku samo- chodów osobowych niektórych marek. Opowieść w zasadzie mógłbym zacząć tak: Znów zapadałem się w łóżko. Leżałem całkiem bezwładnie, nieświadomie podzi- wiając imponująco złożone pajęczyny nierównomier- nych pęknięć na suficie, przypominające nieco jakieś fraktale, malowane na szybie potężnie ścinającym mrozem. Miały w  sobie to, czego brak wszystkim, idealnie równym, nudnym płaszczyznom. Były ciekawe. I pięk- ne, na swój sposób. A piękno to wynikało właśnie z ich deformacji. 18 Tak więc, zapadałem się. Rozkminiałem przez chwilę, czy to aby nie jest już moje doświadczenie inicjujące. Ale nie, po prostu zapadałem się i tyle. Odniosłem nawet wrażenie, że całe ciało, które bądź co bądź należało przecież do mnie, postanowiło w jed- nej chwili zaprotestować i w zaostrzonej formie strajku odmówić wykonania poleceń woli. To jedno wiedzia- łem w tamtym momencie na pewno: jeśli wykonałbym jakikolwiek gwałtowny ruch, skutki tego występku od- czuwałbym przez cały dzień, a może nawet i dłużej. Pomijając fakt, że nie miałem zielonego pojęcia, czy nadchodził teraz ranek czy zmierzch. Powoli przymknąłem oczy – na to tylko było mnie stać w tym momencie. Od razu jednak je otworzyłem, gdyż blask świetlistych miraży i migocących wzorów, nachalnie wrzucających się pod powieki, okazał się nie do zniesienia. Pomyślałem, że w  takiej właśnie chwi- li sięgnąłbym po papierosa, gdyby nie to, że nie palę. W  zasadzie. Ruszyłem końcami palców, czemu towa- rzyszyło świetnie znane uczucie mrowienia. Jak już wspomniałem, zapadałem się. Usilne próby przypomnienia sobie wydarzeń, jakie zaszły w ciągu kilku ostatnio ubiegłych godzin, spełzły, rzecz jasna, na niczym. Czułem się, żeby nie przekląć za ostro, kurewsko podle. Choć nie był to kac. Nie była to też grypa, ani żadne inne wirusowe cholerstwo (cho- ciaż w sumie – kto wie?), nie był to skurcz, nie była to nawet depresja, na którą cierpi każdy porządny Polak. Tyle, że ja nie jestem porządny. 19 Zresztą, żaden Polak nie jest porządny. Nie była to też melancholia, nostalgia, chandra, ani nawet efekt wycieńczenia organizmu uprawianiem jed- nego z  ulubionych sportów współczesnej młodzieży – zajechaniem szybkiego numerka w  niewiarygodnie ciasnej i niewygodnej klubowej ubikacji. Po prostu – zapadałem się w łóżko. Powoli, aczkolwiek z niesłychaną konsekwencją, któ- rą porównać można chyba tylko do wprawnych gestów kolesia, który pracując dwadzieścia lat przy taśmie, przykręca jedną tylko i tę samą śrubkę, łóżko wciągało mnie w siebie. Najpierw zaczęło się skromnie, nieśmia- ło i wyjątkowo powoli. Było błogo, ciepło, w zasadzie miękko, przyjemnie i piekielnie usypiająco. Najgorsze było usypianie. To osłabia czujność. Zaczęło się, jak zwykle, od dłoni. Zrobiły się na- gle niesłychanie ciężkie, a  czerwony jedwab pościeli ochoczo przyjmował ich ciężar. Potem przyszła pora na nogi. Pięty zdawały się przebijać równą powierzch- nię prześcieradła. Niedługo potem jedwab zalewał ni- czym spokojna woda me plecy, ramiona, brzuch, całe ciało. Zapadałem się. Coraz niżej. W głąb. W jakąś niesły- chanie nienasyconą głębię. Gdy łóżko wciągnęło mnie na tyle głęboko, że jego krawędzie sterczały nade mną zajebiście wysoko, prawie nieosiągalnie, gdy nabrałem sporej perspektywy do sufitu, zauważyłem coś. To, czemu przyglądałem się od bliżej nieokreślone- go czasu, wcale nie było sufitem, choć wszystko na to 20 wskazywało. Było wieloczęściową mozaiką zbitego lu- stra. A to, co rysowało się w jego złotych, zniszczonych ramach było spękanym, rozbitym obliczem zapada- jącego się w głąb trupa. I nie miało znaczenia, że trup był żywy. Równie nieważnym było, że za grób służyło jedwabnie pościelone łoże, stare i wielkie jak siedziby komitetów centralnych. Nie miało znaczenia, przynajmniej w obliczu faktu, że wciąż się zapadałem. A łóżko najwyraźniej nie było moje. Klara stała przy kuchni, ostry zapach zdradzał, że coś pichciła. Miała na sobie tylko starą, nieco już zniszczoną, pobrudzoną farbami koszulę. Zawsze malowała tylko w niej, nawet w zimie. Czasem bez niej. Kruczoczar- ne, opadające niechlujnie i nierównomiernie półdłu- gie, bądź półkrótkie – jak kto woli – włosy, odsłaniały kilka wąskich pręg, przebiegającego po jej karku czar- nego tatuażu, zakręcającego koło prawego ucha i zni- kającego w  gąszczu na głowie. Nigdy nie zdążyłem mu się dokładnie przyjrzeć. Nikomu zresztą na to nie pozwalała. Cały, potworny wysiłek ogromnej koncentracji swych zmysłów i  – tak wrodzonej, jak i  nabytej – inteligencji poświęciłem odnalezieniu spodni. Z  dumą, od której kraśnieją mi policzki, mogę dziś stwierdzić, że rozwiąza- nie tego zadania udało mi się wtedy osiągnąć w czasie nie dłuższym niż kwadrans. Nawet akademicki. 21 Potykając się o  cały szereg rupieci, płócien, przed- miotów bliżej nieskalibrowanych rozmiarów, zasto- sowania i  kształtu, dobrnąłem do szczupłej, smukłej i pachnącej wanilią postaci Klary. Pocałowałem ją delikatnie w ucho, po czym leniwie opuściłem zawsze tajemnicze mieszkanie na poddaszu przy pokręconej ulicy Krętej, konstatując równocze- śnie, iż mam potwornie nieświeży oddech. Poranek, wdzierający się szturmem zza swojsko znisz- czonych, odrapanych i cuchnących moczem drzwi starej kamienicy zaatakował mnie wrogiem każdego rozkła- dającego się mięsa – rannym słońcem piekielnie gorące- go dnia. Było jedno miejsce w tym zawsze wrogim, nieustająco osaczającym i ciągle duszącym mieście, które przez całe życie, może nawet i wbrew sobie, a już na pewno wbrew opinii większości kaprawych sąsiadów, nazywałem cał- kiem miłym domem. Miejsce to wyrastało ponurą, kanciastą kupą cegieł na ulicy Krasińskiego, tak mniej więcej w samym jej środku. Miejsce to było starsze niż większość okolicznych budynków, a  przynajmniej bu- dynków na tejże ulicy. O ile nie było nawet najstarsze. Kamienica ta zbudowana została ponoć przez jakie- goś rzutkiego człowieka interesu, który – jak to przed wojną bywało najczęściej – Żydem był z pochodzenia, a i pewnie z zamiłowania. Wojnę owa kamienica prze- trwała w stanie średnio naruszonym (czego nie da się 22 powiedzieć o Żydzie), nieliczne usterki można było fu- szerką poratować. Po wojnie, budynkiem tym zajęli się jacyś rzutcy ludzie interesu, tym razem Polacy, którzy – jak to po wojnie bywało najczęściej – zagarniali ocho- czo wszelki po Żydach majątek. Potem jednak przyszli komuchy i majątek wziął w dupę. Budynek socjalistycz- nie uspołeczniono, burżuazyjno-kapitalistycznych właścicieli odciążono od niedogodności posiadania własności, a w wolne mieszkania wciśnięto kwiat klasy robotniczej, tak zwanych lokatorów komunalnych. Jak się szybko okazało, co jest wspólne – najczęściej bywa niczyje. Tak więc rozkład budynku postępował lawinowo, wraz z nieubłaganie mijającymi latami. Aż wreszcie przyszedł rok osiemdziesiąty, gdy to moi ro- dzice, ponaglani rychłym mym na świat nadejściem, postanowili wreszcie kupić mieszkanie. Żeby groteski jednak stało się zadość, mieszkania kupić się nie dało. Chyba, że kupi się całą kamienicę i obejmie pieczę nad administracją. O  zaklętych w  ścianach tamtejszych demonach, nie wspomniano. I  choć rodzice ją kupili, to mieli jej tylko połowę, choć byli właścicielami, to lokatorzy byli komunalni i  podlegali władzy jedynie słusznej. A  że prowadzili administrację, terminowość wykonywania bieżących napraw i remontów egzekwo- wana była z diabelską precyzją. Zupełnie jakby o cyro- graf szło. Miejsce to, choć nie było urocze, miało jednak pe- wien swój koloryt. Otoczone typowym, szaromiejskim architektonicznym przygnębieniem, tkwiąc krzywo 23 pomiędzy rozpychającymi się peerelowskimi blokami, ciężko zionęło zdyszane stęchłym powietrzem zdewa- stowanej klatki schodowej. Klatka ta, skądinąd wielce interesująca, rozpina- ła malowniczo na swych ścianach – niczym puszcza w ściółce – dumnie panoszącego się grzyba. Tatuowała się także sukcesywnie, wraz z rozwojem pseudoeduka- cyjnym mieszkańców, coraz to bardziej wyrafinowa- nymi napisami o treści tyleż obraźliwej, ileż w formie plugawej. Barwne życie miasta dla tejże klatki schodowej wiele nigdy nie zmieniało, a przełom roku osiemdziesiątego dziewiątego zaowocował jedynie zamalowaniem nie- gdyś całkiem bogatych, interesujących zdobień jeszcze pożydowskich pragmatycznie białą farbą. Zamalowa- niem, ale tylko do połowy wysokości budynku. Malo- wanie objęło bowiem tylko półtora piętra. Nikomu to chyba jednak specjalnie nie przeszkadzało, przynaj- mniej nie bardziej niż odpadający z pasją przy każdej okazji stary, siwy tynk. Koloryt klatki schodowej nie miał się jednak nijak do egzotyki mieszkańców, jacy rezydowali w  tymże domu. W zasadzie już na parterze było ciekawie. Z jednej strony mieszkała samotna matka z dwudziestoośmio- letnim niemowlakiem, obciążonym, jak przypuszczam, wieloma dolegliwościami natury psychicznej. Fakt, że dla całego społeczeństwa był on jak najbardziej zdro- wy, dowodzi tylko rażących luk w  naszym systemie 24 opieki medycznej albo grupowego zidiocenia społecz- nego o  zasięgu masowym. Był, jeśli nie wariatem, to kretynem na pewno. Jej samej zresztą też nic nie bra- kowało. Mąż, gdy dowiedział się, że ta oto kobieta jest w ciąży, podjął błyskawiczną, cholernie męską decyzję o  natychmiastowej emigracji w  bliżej nieokreślonym kierunku. Została sama, z  rodzicami, którzy zresztą dość szybko się przekręcili, pozostawiając jej smutne, brzydkie, zagracone, śmierdzące mieszkanie pełne bó- lu, wspomnień i wilgoci. Więc piła. Naprzeciw tego mieszkania znajdowało się mniej- sze, od kilku lat puste. Wcześniej był to lokal o  cha- rakterze rozrywkowo-monopolowym, zwany małym zbawieniem, placówką palcówką, pijalnią, albo normal- nie – metą. Melina prosperowała całkiem sensownie do czasu, gdy stary znajomy gospodarza nie wyszedł z więzienia. Siedział zresztą dlatego, iż wesoły anima- tor działalności rozrywkowej lokalu wsypał go ocho- czo przy pierwszej nadarzającej się okazji, w zamian za odstąpienie od postępowania karnego odnośnie jego własnej osoby, w sprawie mi bliżej nieznanej. Tak więc, jegomość pewien z pierdla wyszedł i po- stanowił kamrata o przydługim języku najzwyczajniej w świecie spalić podczas snu. Pomysł miał iście napoleoński, jednak wykonanie nie za bardzo. Spalił jedynie drzwi wejściowe, zapasku- dził sadzą całą zmordowaną klatkę schodową, a  sam zbiegł. Niedaleko zresztą, gdyż ujęto go jeszcze tej sa- mej doby. Tak czy inaczej, melina wreszcie stała się 25
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Nocnik. Wypełniana forma bardziej pojemna
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: