Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00112 009257 11760019 na godz. na dobę w sumie
Nocturn - ebook/pdf
Nocturn - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: E-bookowo Język publikacji: polski
ISBN: 978-8-3785-9402-4 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> nowele
Porównaj ceny (książka, ebook (-25%), audiobook).
„Nocturn” to kontynuacja „Liści” w stylu nieco radośniejszym. To książka o sprawach błahych i poważnych, o miłości i przyjaźni, o starych kamienicach i kafejkach. I jak każdy nokturn przedstawia klimat nocy i nadzieję rodzącego się nowego dnia. A wszystko to ukazane na tle nieustannie zmieniającej się przyrody i wyciszonych dźwięków muzyki. To również spotkanie z subtelną poezją Małgorzaty Hillar, która przenosi Czytelnika w niezwykły świat.

Marcin Rabka, ur.1985, z wykształcenia przyrodnik, miłośnik lasów, który już na studiach w chwilach wolnych od białego fartucha i laboratorium, rozpoczął swoją przygodę z piórem. Aktualnie, poza sprawami zawodowymi i dalszymi studiami (zgłębianiem tajników fascynującej farmacji), próbuje napisać trzecią książkę.
Autor dwóch powieści:
„Nocturne” , wydawnictwo Nowy Świat, Warszawa 2012,
„Liście” wydawnictwo E-bookowo, A3M, Będzin 2013.
Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

MARCIN RABKA NOCTURN © Copyright by Marcin Rabka e-bookowo Zdjęcie na okładce: fotolia.com Projekt okładki: e-bookowo ISBN e-book 978-83-7859-402-4 ISBN druk 978-83-7859-403-1 Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo www.e-bookowo.pl Kontakt: wydawnictwo@e-bookowo.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione Wydanie II 2014 1. Dzwony na wieży katedry wybiły osiemnastą. Kocie łby starówki tonęły w kałużach deszczu, który padał już od wczesnego popołudnia. Woda bulgotała w rynnach, stukała w okna oświetlonych kamienic, dudniła w blachę pa- rapetów, tu i ówdzie przeciekała przez nieszczelne dachówki położone jeszcze w czasach powojennych. Krople oczyszczały pokryte wielkomiejskim kurzem reklamowe billboardy, pla- katy i ogłoszenia poprzyklejane do walcowatych słupów, mu- rów, płotów. Strugi zimnej deszczówki spływały po szybach, rzeźbionych bramach, filarach, pomnikach, mknęły wartko poprzez kamienne drogi, deptaki, uliczki, zaułki i z tajemni- czym szmerem znikały w podziemiach. Chłodne listopadowe powietrze uderzyło Wiktora Kraszczewickiego w twarz, kiedy wyszedł z ciepłej kawiarni Awangarda, gdzie właśnie dobiegł końca kolejny wieczór li- teracki. Był to dwudziestotrzyletni młodzieniec, chociaż każdy przechodzeń na pierwszy rzut oka mógłby o nim powiedzieć, że jest już mężem i ojcem po trzydziestce. Ciemny płaszcz, wyprasowane na kant spodnie, czapka z pomponem i długi szal powiewający na wietrze podkreślały powagę niebieskich, przenikliwych oczu studenta. Rozłożył parasol i szybkim krokiem ruszył w kierunku Bramy Wysokiej, w której kilku przechodniów schroniło się przed ulewą i w skupieniu słuchało gry brodatego skrzypka. Muzyka smyczkowa, w połączeniu z szumem ulewy i wiatru, układała się w zmysłową symfonię. 4 wydawnictwo e-bookowoMarcin Rabka Nocturn Wiktor minął Stary Ratusz i groblę prowadzącą ku zam- kowi, którego strzeliste wieżyczki piernikowego koloru tonę- ły w rzęsistym świetle latarni. To właśnie z tych murów, gdzie teraz powiewały dostojnie flagi narodowe, Kopernik obser- wował niegdyś planety od niepamiętnych czasów wędrujące po swoich eliptycznych orbitach, gwiazdy i komety podró- żujące w próżnej przestrzeni. Wyrośnięte lipy nad Łyną stały nagie i wydawały się tajemnicze w tych ciemnościach listo- pada. W ich ogromnych koronach krzyczały stada kruków. Deszcz padał i padał, zupełnie jakby matka natura chciała spłukać ze świata całe zło, a ludzie przemykali szybko pod parasolami. Przed kościołem ewangelickim zbudowanym z czerwo- nej cegły, ogromne kasztany przygotowane już do zimowych chłodów, traciły ostatnie liście ze swoich powykręcanych ga- łęzi – całe dywany wilgotnego listowia piętrzyły się przed tą starą budowlą. W świątyni odbywał się koncert. Po chwili wsłuchiwania się w muzykę, Wiktor rozpoznał nuty Haydna. Piano sonata in Eb płynęła poprzez listopado- we powietrze. Młodzieniec minął wylot ulicy Dąbrowszczaków i przez moment zastanowił się, czy może nie wpaść by na ciepłą her- batę z rumem do rodziny mieszkającej w secesyjnej narożnej kamienicy. W związku z tym jednak, że jutro miał spędzić w tym starym domu całe popołudnie, porzucił ostatecznie tę myśl. Wicher nagle uderzył z taką siłą, że aż szprychy od para- sola zgrzytnęły i wygięły się ku górze. Na przystanku auto- busowym przy Piłsudskiego nie było żywej duszy, nie licząc czarnego kota, który siedział skulony na ławce, tuż przy roz- kładzie jazdy i wpatrywał się świecącymi ślepiami w zmarz- 5 wydawnictwo e-bookowoMarcin Rabka Nocturn niętego Wiktora. wyglądały jak igły. Deszcz zacinał z ukosa, krople w świetle gazowej latarni Tymczasem ów kot wskoczył Wiktorowi na kolana i w ża- den sposób nie chciał się oderwać od niego. Był to czysty, młody, kilkumiesięczny kocur, który najpewniej zabłądził w mieście, bo na szyi miał metalową opaskę z wyrytym imie- niem Jacek. Wierzchołek ogona był biały, podobnie dolne części łapek i szyja, co wyglądało jakby kot miał na sobie skarpetki i szalik. – Jacku, jesteś tak ładny, że nie mogę cię zostawić same- go w tym deszczu – powiedział Wiktor i delikatnie włożył kota do szerokiej kieszeni swojego płaszcza. – Nakarmię cię w domu, a potem zobaczymy. Nadjechała trzynastka, rozpryskując brudną kałużę i ha- mując ze zgrzytem. Co można zobaczyć z brudnego okna autobusu? Ano wiele. Oprócz banków, oczywiście, bogate centra handlowe, chociażby słynną w mieście „Alfę”. Gmaszysko całe migotało gwiazdami i świecidełkami, które podkreślały nazwy skle- pów firmowych, zachęcających do robienia świątecznych za- kupów, chociaż listopad jeszcze się nie skończył. Kilkanaście metrów dalej autobus osiągnął skrzyżowanie, przy którym rozpościerał się Nowy Ratusz uwieńczony wieżą z zegarem przykrytą kopułą. Duże, ciemne wskazówki informowały właśnie, że była osiemnasta trzydzieści. Wiktor westchnął i rozejrzał się dookoła. Naprzeciwko siedziała starsza kobieta w bufiastym płaszczu i intensywnie pachnąca perfum. Jacek wyłonił się niespodziewanie z kie- szeni, na co sąsiadka zareagowała z entuzjazmem: – Kici, kici… – wyciągnęła swoją pulchną rękę i zaczęła głaskać kota za uchem. – Pan ma kota? – zwróciła się do Wik- 6 wydawnictwo e-bookowoMarcin Rabka Nocturn tora. Ten zrobił poważną minę i kiwnął głową. Kiedy wreszcie nieznajoma zakończyła zachwycać się Jac- kiem, rozejrzała się z uśmiechem na twarzy po innych pasa- żerach i zaczepiła kobietę z sąsiedniej strony: – Co za piękne, rude włosy... – To nie rudy, a kasztanowy, wczoraj właśnie naniosłam hennę... – Czuć jeszcze zapach lawsonii... – stwierdziła ze znaw- stwem i pociągnęła nosem. – Ja tam wolę już siwe, zresztą nie ma dla kogo się stroić, mąż umarł zeszłej wiosny, dzieciaków odchowałam i wszystkie rozjechały się w świat… – westchnę- ła tęsknie. – Złociutka, masz też ładne futro, a nie za gorąco w nim? – A no trochę... – przyznała uczciwie pani wiewiórka. – Ale, wiesz kochana, boję się choroby... – Powiadają, że przegrzanie jest najgorsze... – Pierwsze słyszę! – rzekła oburzona właścicielka futra. – Pani, ja tam już nikomu nie wierzę! Jak mam, to noszę! Autobus z piskiem opon skręcił w prawo i mknął w stronę Dajtek, gdzie Wiktor mieszkał od początku studiów pośród lasów pachnących żywicą i lśniących jezior. 2. Dom przy ulicy Działkowej, otoczony z jednej strony roz- rośniętymi brzozami, utrzymany był w jaskrawym kolorze różu. Przed wejściem rozciągał się szeroki taras z pochyłym daszkiem; teraz prawie cały zajęty przez drewno przezna- czone na opał. Wąskie przejście pomiędzy kratą porośniętą dzikim winem, a klocami drewna prowadziło prosto do ele- ganckich, dębowych drzwi wejściowych z witrażem. Cała po- 7 wydawnictwo e-bookowoMarcin Rabka Nocturn siadłość sprawiała wrażenie, że jest zamieszkana raczej przez bogatą rodzinę, a nie przez skromnych studentów i właścicie- li plastyków rezydujących na poddaszu z dużą liczbą sztalug, kubełków z farbami, albumami i dwoma kotami kroczącymi dostojnie po domu. Państwo Michalkiewicz – młode mał- żeństwo dwa lata po ślubie – byli odpowiedzialni za tę posia- dłość, która formalnie należała do ich rodziców, lekarzy pra- cujących obecnie w prywatnej klinice w Szwajcarii. Od czasu bowiem, kiedy Polska stała się członkiem Unii Europejskiej, zaczęła narastać fala emigracyjna. „Kto tu pozostanie w przyszłości?” – zastanawiał się cza- sami Wiktor. Teraz szybkim krokiem przeszedł przez taras i wszedł do środka. Nareszcie ciepło. Korytarz był w całej swojej okaza- łości obrazem luksusu: podłogę i ściany zdobiły białe kafle ze złotymi wzorkami w kształcie karo, sufit zaś został zaopa- trzony w liczne lampy i lustra. Wszystko razem sprawiało naprawdę duże wrażenie, niemniej, Wiktorowi zawsze wyda- wało się, że czegoś tutaj brakuje, czegoś poza tą błyszczącą złotem materią. Może to po prostu wynikało z faktu, że od dziecka lubił stare budowle, fascynowały go przede wszystkim kamienice ze skrzypiącymi podłogami, rzeźbionymi drzwiami. Bardzo często spacerując po starówce, zatrzymywał się przed róż- nymi domami, przyglądał się wmurowanym sztukateriom, kariatydom, zaglądał do klatek schodowych, choćby po to tylko, żeby dowiedzieć się, z jakiego drewna lub ile lat może liczyć dana brama. Czterokondygnacyjny dom państwa Michalkiewiczów posiadał liczne korytarzyki, zakamarki, kuchnie, łazienki i oczywiście – pokoje – Wiktorowi przypadł mały, jedyne dziesięć metrów kwadratowych na drugim piętrze, ale za to 8 wydawnictwo e-bookowoMarcin Rabka Nocturn z balkonem i z widokiem na las. Kiedy tylko zdarzyło się mu przebywać dłużej wśród ludzi, tęsknił mocno za swoją samot- nią. Jedna ze ścian tego przytulnego pokoiku była zabudowa- na solidnym regałem wypełnionym książkami, głównie przy- rodniczymi, ale sporą część tej pokaźnej biblioteki stanowiła też beletrystyka. Oczywiście, wszystkie dzieła ukochanego Prusa (eleganckie, stare, szyte wydania PIW-u), Hessego, czy Rilkego kupione w antykwariatach. Wiktor wszedł do pokoju, pozapalał lampy, spuścił rolety w oknach, tak żeby odciąć się od mroków listopada. Nakarmił Jacka; kocisko wyraźnie zadowolone, najpierw zwiedziło cały pokój, wskakując nawet na najwyższą półkę regału, po czym ułożyło się w wiklinowym koszyku i szybko zasnęło. Mężczy- zna, podśpiewując cicho, odwiesił odzież do szafy i udał się do łazienki, gdzie włączył płytę Mozarta. Wszedł do wanny, która zaczęła wypełniać się gorącą wodą, zamknął oczy i na- gle zatęsknił za błogim dzieciństwem na wsi, za przyjaciółmi ze szkolnych lat: Kasią i Agnieszką. Wiedział, że kocha Katarzynę całym sercem, ale ona cią- gle traktowała go jako dobrego kompana. Kiedy dawał jej do zrozumienia, że bardzo mu na niej zależy, Kasia stawała się chłodna i mówiła, że chce jeszcze pozostać wolnym ptakiem. „Będę czekać cierpliwie i nigdy cię nie opuszczę” – po- stanowił i wsłuchał się w dźwięki fortepianowego nokturnu. Sam nie wiedział, kiedy zasnął. 3. Śniło się mu, że spaceruje razem z Kasią po Mazurach. Widział czerń jej rozpuszczonych włosów, błękit oczu, słyszał jej ciepły głos, gdy nagle ten obraz przerwał strumień wody 9 wydawnictwo e-bookowoMarcin Rabka Nocturn dostający się do buzi. Wiktor zerwał się z krzykiem, wyrzuca- jąc w powietrze sporą ilość piany i dopiero po chwili uświa- domił sobie, o zgrozo, że przysnął. Z westchnieniem wyszedł z wanny, wytarł mokre ciało grubym ręcznikiem. Nagle dały się słyszeć czyjeś kroki, ktoś szybko zbiegł po schodach, stukając głośno obcasami i zanim zdążył krzyknąć choć jedno słowo, ktoś szarpnął za klamkę. Drzwi otworzyły się z rozmachem i stanęła w nich subtelna Ewelina Piórkow- ska, studentka piątego roku muzykologii. – Do licha – rzekł Wiktor zaskoczony, gdyż był nagi. – Ooo... – zmieszała się Ewelina. – Przepraszam, już wy- – Wskazane! – oznajmił, zakładając, czym prędzej szlafrok. – Na przyszłość, zanim wejdziesz, to należy pukać... – Przepraszam, ale myślałam, że w domu nie ma nikogo... – Ja też, do diabła, dlatego nie zamykałem dokładnie – Idę dzisiaj na bal, będę śpiewać na scenie, nie wiem, czy chodzę... drzwi. pamiętasz? – Nie pamiętam – odpowiedział Wiktor. – Nie mam ocho- ty teraz na zakrapiane zabawy. – Nie przesadzaj, może pojechałbyś tylko posłuchać mo- jego wystąpienia, jeśli dobrze wypadnę, to będę miała szan- sę nagrać swój utwór na płycie w studio tutejszego radia... – mówiła z korytarza. – Byłoby mi raźniej, widząc twoją twarz w tłumie. – Nie raz już widziałaś i szczęścia ci nie przyniosłem – stwierdził Wiktor. – Zabierz z sobą swojego męża. – Gdy tymczasem on jest na stażu w Holandii – rzekła z westchnieniem Ewelina. – Trudno, przecież nie zmuszę cię. – To sprowadź go sobie – zasugerował, wychodząc z ła- zienki. 10 wydawnictwo e-bookowoMarcin Rabka Nocturn
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Nocturn
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: