Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00822 012603 17857804 na godz. na dobę w sumie
Noe kontra MABBUL. Przeciw upadkowi i zepsuciu - ebook/pdf
Noe kontra MABBUL. Przeciw upadkowi i zepsuciu - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: Paganini Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-89049-77-3 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> religia i rozwój duchowy >> religia
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Czy nie jesteśmy świadkami „modernizacji nieba”? I czy to nie oznacza jego końca? Jak mam czcić Boga, który ewoluuje? Jak mam czcić Boga, którego kroją mi na miarę najnowszej mody? Czy naprawdę trzeba czuć lęk przed metką zacofania?

o. Adam Czuszel (fragment książki)

Polecam lekturę książki wszystkim, którzy uważają, że nie ma już czasu ani na poezję, ani na romanse czy kryminały, a nawet na klasykę, a zastanawiają się poważnie nad zbawianiem siebie.

o. Augustyn Pelanowski (fragment wprowadzenia do książki)

Wydawca: paganini

Rok wydania: 2018

ISBN: 978-83-89049-76-6

Ilość stron: 209

Format: 123 x 195 mm

Okładka: miękka, lakier

Cena detaliczna: 29,90 zł

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

„Urielowi, Dorocie i rodzinie z Małej Łąki, dzięki którym, w dużej mierze, te rekolekcje zostały spisane.” NOE kontra Mabbul Rysunek na okładce: Noe Augustyn Pelanowski OSPPE Projekt okładki, skład i łamanie: Anna Smak-Drewniak Korekta: Barbara Gąsiorowska-Panek © paganini 2018 © o. Adam Czuszel OSPPE 2018 ISBN 978-83-89049-76-6 druk ISBN 978-83-89049-77-3 pdf ISBN 978-83-89049-78-0 epub ISBN 978-83-89049-79-7 mobi Księgarnia internetowa: Dział handlowy: tel.: 577 134 277 dystrybucja@paganini.com.pl paganini www.paganini.com.pl o. Adam Czuszel OSPPE przeciw upadkowi i zepsuciu NOE kontra Mabbul W P R O W A D Z E N I E o. Augustyn Pelanowski Ojciec Adam jest moim przyjacielem, a słowa przyjaciela są jak pneumatyczna tratwa dinghy, która w czasie wojny ratowała zestrzelonych nad oceanem lotników. Można się było cieszyć w cia- snej dinghy, że się jest uratowanym, i jednocześnie, obserwując tonący wrak samolotu, czuć się prze- granym w powietrznej walce. Niezwykle ambiwa- lentne uczucie: być uratowanym, by obserwować katastrofę. Przeczytałem tą książkę z uczuciami, które dają się wyrazić tylko oksymoronami – ra- dosny smutek, kojący ból, obnażenie zwracające wstyd.Czy jednak można się cieszyć ze zbawienia, gdy się widzi, że inni toną? Jezus nie miał radości z cho- dzenia po wodzie, dopóki nie wyciągnął z paszczy fal tonącego na jeziorze Piotra. Tak myślę… Ile kosztuje zbawianie? Przypomina mi się historia okrętu „Wilhelm Gustloff” płynącego z uciekinierami wojsko- wymi i cywilami z Gdyni do Kilonii i Flensburga. 5 Wieczorem 30 stycznia 1945 roku, na Morzu Bałtyc- kim, został on storpedowany przez sowiecki okręt podwodny S-13. Płynęły na nim tysiące uchodźców z Prus Wschodnich i Pomorza. Każdy metr statku był zajęty przez pasażerów. Jednak na ich twa- rzach widać było radość, mieli nadzieję, że zdołali wyrwać się z piekła. Większość z nich zapłaciła for- tunę, by wykupić choćby najnędzniejsze miejsce. Gdy torpedy sowieckie uderzyły w statek, rozległ się jęk wyginanego kadłuba i wycie ludzi, krzyki i płacz, a także wołanie do Boga. Na morzu szalał mroźny sztorm, przenikliwy wiatr chłostał ludzi wydobywających się na pokład. Panowała noc, padał śnieg, ludzie tonęli, niektórych wyrzucano z szalup, inni na darmo wyciągali ponad wodę ręce. Większości nikt nie uratował, zbyt wielu było toną- cych. W jedną noc, radość wybawienia zamieniła się w rozpacz katastrofy. Jakby zostali okradzeni z życia. O katastrofach się zapomina, nie chce się nawet ich prawdopodobieństwa dopuścić do myśli, są raczej tematami filmów, które się ogląda, kon- sumując popcorn w wygodnym fotelu kina. Czy będą czasy, kiedy ktoś zrobi dokumentalny film o widzach kinowych sal oglądających katastro- ficzne ekranizacje, którzy nagle zatonęli w niespo- dziewanej zagładzie? Dlaczego katastrofa? 6 głębia nieprawości, przyzywa głębię miłosierdzia Ojciec Czuszel cytuje słowa Psalmu 42.: „Głę- bia przyzywa głębię” (Ps 42,8),i pisze: „Tak, moja Bożego”. Ale pozwolę sobie dopisać: głębia grze- chu, grzechu ukrytego, nieuznanego i niewyzna- nego przyzywa inną głębię, głębię otchłani. Ojciec Czuszel wskazuje palcem tuszowane nieprawości, niekiedy boleśnie i irytująco, ale najważniejsze, że prawdziwie. Jest niewygodny. Uwierać będą jego słowa szczególnie tych, którzy mają duże dywany służące nie do ozdoby, ale do podmiatania pod nie śmieci. Pisze: „Zanim nadszedł potop, Biblia mówi, że ziemia uległa skażeniu wobec Boga i napełniła się gwałtem. Zwróciłem uwagę na stwierdzenie: wo- bec Boga. Można to też tłumaczyć: przed obliczem Boga. Księga Rodzaju nie podaje, że ziemia uległa skażeniu, bo to by mogło sugerować rzeczywistość powszechnie dostrzegalną. A przecież ten fakt nie był znany wszystkim, nie był może znany nikomu, oprócz Noego”. Wszyscy jesteśmy zaprawieni w nie- zauważaniu swego sumienia, im usilniej dbamy o to, by się pokazać innym; im bardziej jednak taimy zło w sobie, tym bardziej staje się ono wi- doczne przed Obliczem Boga. Ilekroć czytam książki rozczulające się nad złem tego świata, doznaję rozczarowania, ponieważ poza jeremiadami nie ma w nich pocieszenia. Ale tym razem, po potopie zapisanych słów, zobaczyłem 7 Ararat z arką – górę Pańską wznoszącą się ponad innymi, a na niej Maryję. Szczyt Araratu do dziś znajduje się na Wyżynie Armeńskiej niedaleko je- zior Wan i Sewan, wznosząc się ponad pięć tysięcy metrów nad poziom morza, bieląc się niepokala- nym śniegiem. Nazwa nie jest hebrajska, ale komuś, kto zna ten język, przywodzi na myśl słowo ARAR, czyli przekleństwo, i może skojarzyć wybawienie Noego z przeklętego świata dzięki okrętowi skon- struowanemu z unikatowego drewna GOFER. Arką jest Maryja, choć zarówno święty Hipolit Rzymski, jak Orygenes czy święty Augustyn widzieli w niej obraz Chrystusa i Kościoła. Świat jest ciągle zale- wany ohydą grzechu, ciągle jesteśmy podtapiani niegodziwością, a na ulicach ludzie przeklinają, nawet dla rozrywki i zaimponowania innym. Nikt się dziś już publicznie nie pozdrawia błogosławieństwem typu: „Szczęść Boże”. Ludzie w ukryciu czynią znak krzyża, mijając kościół albo wsiadając do pociągu. Czas jest względny - to truizm, ale na pewno nasz czas ma swoisty, kurczący się przebieg, obser- wuje się w naszej epoce jakieś zintensyfikowanie znaków zapowiadających katastrofę. W tej chwili nie chodzi o to, że zniknie jakiś naród, lecz zagro- żona jest cała ludzkość. W linii CHRONOS, czyli zwykłego monotonnego czasu, pojawiają się coraz częściej punkty KAIROS, czyli oznaki wyjątkowej 8 interwencji Boga, chwile, które nazwałbym szansą zbawczą wobec szalejącej otchłani. Ktoś powstrzy- muje wściekłość zła, niczym tama w górach, która wzbiera w sobie żywioł piętrzący się niebez- piecznie, jakiś KATECHON, by dać nam szansę na wieczny bezkres, przybliżając ESCHATON, który pozwoli spędzić pozaczasowość przy Bogu, a nie poza Nim. Podczas Rzymskiego Forum Życia w 2016 roku, nie brakowało dyskusji nad gorącym tematem ko- munii świętej dla osób rozwiedzionych żyjących w ponownych związkach, adhortacji apostolskiej Amoris Laetitia oraz strategii obrońców życia i rodziny. Referat Johna Smeatona, wieloletniego działacza pro-life i prezesa brytyjskiego Society for the Protection of the Unborn, zrobił jednak na wszystkich największe wrażenie. Stwierdził on, że rzeź nienarodzonych to barbarzyństwo na niespo- tykaną w historii ludzkości skalę. Krew tych dzieci woła głośniej niż krew Abla z ziemi o sprawiedli- wość. Ich krew mogłaby stać się rzeką, potopem zalewającym niejedną metropolię. Smaeton we- zwał do odrzucenia ustępstw i usilnego dążenia do całkowitego zakazu aborcji. Prawdopodobnie storii ludzkości – przekonywał wówczas John Sme- aton. Katastrofy? Tak katastrofy, a katastrofa to powódź, potop. Według powściągliwych szacunków, doświadczamy największej katastrofy w pisanej hi- 9 od 1966 roku, na całym świecie, około 2 miliardy dzieci stworzonych na Boży obraz i podobieństwo, zostało zabitych wskutek aborcji. W samej Wiel- kiej Brytanii od 1990 roku, w związku z praktykami in vitro, unicestwiono 2 miliony dzieci w stadium embrionalnym. W całej historii ludzkości zginęło według historyków około miliarda osób. Ostatnie półwiecze skumulowało w sobie śmiercionośne na- silenie zbrodni, jakiej nie znała cała historia. W tym samym okresie, wyzywająca edukacja seksualna zraniła niewinność dzieci. Młodzież ma dostęp do aborcji i antykoncepcji, a rządy państwowe przejęły kontrolę nad wychowaniem dzieci. Za- stanówmy się: czy Bóg może to znieść? Czy może być obojętny na ten niemy krzyk miliardów dzieci zabijanych w łonach matek, tonących we własnej krwi? Jeśli teraz nie zareaguje, to za dziesięć lat tych zamordowanych będzie 4 miliardy, ponieważ po cichu zmienia się kwalifikacja grzechu aborcji – dawniej była to ekskomunika, teraz każdy ka- płan może odpuścić ten grzech na równi z upiciem się alkoholem! Można tolerować taką hekatombę w imię Szatana? Czego więc mamy się spodziewać? Czy tego, że cała ta krew wybuchnie wulkaniczną lawą i zaleje jedynie wszystkie kliniki aborcyjne? A może rozleje się szerzej, na tych, którzy byli obo- jętni na to, co tam się dzieje? Czy krzywdy pozo- staną bez odpłaty? 10 Jeśli ktoś rozsądnie myśli, będzie szukał nie tylko sposobów uratowania niewinnych dzieci albo ekspiacji za taką rzeź, ale też będzie szukał arki, w której nie tyle życie doczesne, ale nade wszystko – wieczne, będzie uratowane. Arka Noego jawi się, jako łono, w którym można się czuć absolutnie bezpiecznym, jak embrion. W niej jesteśmy poza zbrodnią i poza skalaniem. Arka to Maryja. W Niej jesteśmy bezpieczni, jak sam Jezus, w Niej stajemy się Nim. Dlatego o. Czuszel wskazuje Ją jako na- dzieję na beznadziejność położenia, w jakim zna- lazł się świat. Mamy zadziwiającą intensyfikację objawień maryjnych w ostatnich dwu stuleciach. Pierwszym objawieniem maryjnym, o którym wspomina hi- storia chrześcijaństwa, jest to, którego świadkiem miał być Grzegorz Cudotwórca (213–273). Maryja ukazała mu się w towarzystwie Jana Ewangelisty, któremu nakazała wyjaśnić zagadnienia dotyczące tajemnicy Trójcy Świętej. Przez kilka kolejnych stu- leci objawienia maryjne były rzadkie, naliczono ich zaledwie około trzydziestu. Ale już w XII wieku liczba ich wzrosła do 275, a w XIV wieku wyniosła 6131. Relacje z tych objawień nie były jednak zbyt wiarygodne i większość nie została potwierdzona przez Kościół. Najbardziej znanym z przeszłości jest objawienie z Guadalupe, które miało miejsce w 1531 roku. Maryja ukazała się Indianinowi jako 11 brzemienna Panna. To znamienny znak, ciąża! W XIX wieku liczba objawień nagle wzrosła, ale Ko- ściół w większości przypadków nie potwierdził ich autentyczności, a nawet niektóre zakwestionował. XX stulecie stało się jednak wyjątkowe: mamy po- twierdzone jako autentyczne objawienia w Fatimie, Beauraing, Banneaux, Akicie, Syrakuzach, Zeitoun, Manili, Betanii (Wenezuela) i Kibeho. Jest Jej coraz więcej i jest Ona coraz bliższa nam. Nikt nie musi budować promu ratunkowego, on sam się ujawnia spoza ulewy i ryku złowieszczego tsunami. Można oczywiście bawić się, jak skandynawscy seksturyści na plażach Indonezji, Sri Lanki i Indii i zostać zaskoczonym tsunami, jak zdarzyło się to 26 grudnia w 2004 roku, ale czy warto być po takich ostrzeżeniach na tyle spokojnym, by pozwo- lić sobie na bezmyślne przebywanie w salonach demoralizacji? żyć się jak lew na salonie demoralizacji – napisał Czuszel. Oczywiście nie będę się zastanawiał, na ile idiom „trącić myszką” ma związek ze słomianym zapachem starego wina, którym jednak upił się Noe. Raczej interesuje mnie, przy lekturze książki Noe kontra mabbul unaocznienie jeszcze raz, po raz kolejny, w sposób oryginalny i nieściśnięty gor- setem poprawności literackiej, pewien schemat wybawczy, wypłynięcie ponad powierzchnię tego, Wolę „trącić myszką” przy Chrystusie, niż prę- 12 wierzył Jej swój największy skarb? Jakim cudem co zalewa naszą cywilizację. Chodzi o wypłynięcie w górę albo nawet zakotwiczenie na górze, ponad czeluścią. Jest to możliwie, według ojca Czuszela, dzięki Maryi, w Niej, w kajutach modlitwy do Niej: „Kim musiała być ta Kobieta, skoro Bóg Ojciec po- stworzenia była Maryja?”. W Niej wznosimy się ponad wszystko, co po- woduje runięcie na dno. W Niej sam Syn Boży czuł się bezpiecznie w naszym świecie; w Niej każdy z nas może bezpiecznie wybić się w górę, na wy- żyny w Chrystusie. Ona jest Arką Ocalenia. Przy lekturze Biblii, spotykamy się z podobnym pona- gleniem do ucieczki w góry, jedynie w sytuacjach przełomowych. W proroctwie Jezusa dotyczącym Jego paruzji (uobecnienia) zapisanym w Ewange- lii Mateusza, w dwudziestym czwartym rozdziale, Chrystus, nakreślając horyzont zdarzeń, jaki bę- dzie miał miejsce na końcu świata, wskazuje, by uciekać w góry. Zatrzymam się nad tym pójściem w góry. Szukając dosłownego znaczenia Jego ostrzeżenia, znajdujemy odpowiedź w historii - Jezus przewi- dział ucieczkę chrześcijan przed 70 rokiem do Pelli, miasta w skałach, znanego nie tylko archeologom. Ale w głębszym znaczeniu, podążając żydowskim tokiem myślenia, należy to odczytywać w zestawie- niu ucieczki Lota przed zagładą z Sodomy w góry 13 z biegiem Maryi w góry do brzemiennej Elżbiety – w obydwu miejscach biblijnych pojawia się Gabriel, wykonawca sądu Boga. A sięgając do Listu do Kolosan, otrzymujemy zrozumienie pójścia w góry: „Jeśli, więc razem z Chrystusem powstaliście z martwych, szukajcie tego, co w górze, gdzie przebywa Chrystus, zasia- dający po prawicy Boga. Dążcie do tego, co w gó- rze, nie do tego, co na ziemi. Umarliście, bowiem i wasze życie jest ukryte z Chrystusem w Bogu. Gdy się ukaże Chrystus, nasze Życie, wtedy i wy razem z Nim ukażecie się w chwale” (Kol 3,1–4). Chodzi więc o jeszcze większą zażyłość z Chry- stusem w czasach, gdy wiara milionów oziębnie. Nie ma już czasu, moim zdaniem, na zwlekanie; kto teraz odwleka zbliżenie się do Chrystusa, może żałować niebawem, że się urodził. Katechizm zaś uczy: „Przed przyjściem Chry- stusa Kościół ma przejść przez końcową próbę, która zachwieje wiarą wielu wierzących. Prześladowa- nie (…) odsłoni tajemnicę bezbożności pod postacią oszukańczej religii, dającej ludziom pozorne rozwią- zanie ich problemów za cenę odstępstwa od prawdy. Największym oszustwem religijnym jest oszustwo Antychrysta, czyli oszustwo pseudo-mesjanizmu, w którym człowiek uwielbia samego siebie zamiast 14 bujemy układać się z duchem tego świata” - pisze ojciec Czuszel. Istnieje prawda i jej pozór. Nie dać się oszukać! „Od wielu lat noszę nieodparte wra- żenie, że ktoś mnie oszukuje. Że ktoś nie mówi mi Boga i Jego Mesjasza, który przyszedł w ciele” (KKK 675). Istnieje więc arka i statek widmo. Można się pomylić, kupując bilet. Istnieje zbawcza przestrzeń i wabiący pozór zbawienia. Jest arka i antyarka, Chrystus i Antychryst, miłość i jej złudzenie, Nie- wiasta z dwunastego rozdziału Apokalipsy, ale też niewiasta z siedemnastego rozdziału objawienia Jana, Kościół i anty-Kościół. „Biada nam, gdy nie głosimy Ewangelii, lecz pró- całej prawdy, ale przedstawia mi prawdy rozmyte”. Oto czujność ducha, która nabiera ostrożności do wszystkiego, co oferuje świat nawet na brzegu po- bożności i morza bezbożności. „Będą okazywać pozór pobożności, ale wy- rzekną się jej mocy. I od takich stroń”(2 Tm 3, 5). Ów pozór – MORFOSIS – to powierzchowne podobieństwo do religijności bez wewnętrznej obecności Boga. Arcybiskup Fulton Sheen, pisząc o Antychryście, zwracał uwagę w swej proroczej intuicji, że jego religią będzie braterstwo bez ojco- stwa Boga, będzie to pozór wiary, który zwiedzie nawet wybrańców. Antychryst założy anty-Ko- ściół, który będzie naśladować Kościół. Anty-Ko- ściół będzie posiadał wszystkie cechy Kościoła, 15 ale w wypaczonej postaci, będzie też wyzuty ze swej boskiej treści. Będzie on mistycznym ciałem Antychrysta, które z wyglądu będzie bardzo przy- pominać Mistyczne Ciało Chrystusa. Wystarczy odwrócić kolejność przykazania mi- łości: kochaj siebie z całego serca, ze wszystkich sił, a bliźniego jak siebie samego, a Boga pozostaw sobie samemu, by już być wewnątrz tego okrętu widma.Polecam lekturę książki wszystkim, którzy uważają, że nie ma już czasu ani na poezję ani na romanse czy kryminały, a nawet klasykę, a zasta- nawiają się poważnie nad zbawianiem siebie. 16 1. Kiedy Pan widział, że wielka jest niegodziwość ludzi na ziemi i że usposobienie ich jest wciąż złe, żałował, że stworzył ludzi na ziemi i zasmucił się. Wreszcie Pan rzekł: „Zgładzę ludzi, których stwo- rzyłem, z powierzchni ziemi: ludzi, bydło, zwierzęta pełzaj ące i ptaki podniebne, bo żałuję, że ich stwo- rzyłem”. Tylko Noego Pan darzył życzliwością. Oto dzieje Noego: Noe, człowiek prawy, wyróżniał się nieskazitelnością wśród współczesnych sobie ludzi: w przyjaźni z Bogiem żył Noe (…). Ziemia uległa skażeniu wobec Boga i napełniła się gwałtem. Gdy Bóg widział, iż ziemia jest skażona, że wszyscy lu- dzie postępują niegodziwie, rzekł do Noego: Posta- nowiłem położyć kres istnieniu wszystkich ludzi, bo ziemia przez nich jest pełna gwałtu; zatem zniszczę ich wraz z ziemią. Ty zaś zbuduj sobie arkę z drzewa żywicznego… (Rdz 6, 5 n.) W tamtych czasach nie było jeszcze Izraela. Syn Noego Sem dał początek Semitom, z których wywodzą się Hebrajczycy, a z nich wyodrębnił się Izrael. Jean Danielou nazywa więc Noego świę- tym poganinem. Jego imię w języku hebrajskim 17 tłumaczy się jako: odpocznienie (NOAH od NUACH – odpoczynek, osiąść). Szczegółowych informa- cji na temat jego życia, zachowań czy pracy Biblia nie podaje. Zostaje imię, które może nam na temat tego człowieka coś powiedzieć. Można by pójść po żartobliwej linii interpretacyjnej i zasugerować, że Noe lubił wypoczywać. Ale odpoczywać lubią wszyscy, choć nie wszyscy potrafią. A może był tym, który uczynił z wypoczynku sztukę lub był pełen tęsknoty za relaksującą inercją, marzył o dolce far niente na długo przed mieszkańcami Włoch? Odpo- czynek nie jest lenistwem, to znaczy nie musi być nim być, bo jest konieczny, by normalnie funkcjo- nować. Sam Bóg odpoczął dnia siódmego, po stwo- rzeniu świata. Są czasy i chwile, które wymagają od nas pozostawienia biegu spraw i stanięcia obok jak dyrygent, który słucha muzyków bez ruchu batutą. Jednakże w kontekście odpoczywania dostrze- gam pewną dysfunkcję związaną z tym elementem codzienności: nieumiejętność albo nawet niezdol- ność do niego. Oczywiście odpoczynek nie zawsze jest nicnierobieniem, czasem to nicnierobienie może zresztą być gorzkie i degenerujące, jako że kultura miliona bodźców wprawia człowieka w ruch (mam tu na myśli ruch umysłu), który działa chaotycznie, uniemożliwiając prawdziwy odpoczy- nek. Nie chodzi tylko o ciało, na które czeka mnó- stwo relaksujących atrakcji w postaci sportu, saun, 18 masaży i tak nielubianych przez papieża Franciszka kanap, otoman czy wersalek (swoją drogą, można by w Polsce użyć hasła postkrakowsko-światowo- -młodzieżowego: Wstajemy z wersalki!, Francuzi zaś by powiedzieli: Wstajemy z szezlongu, i tak mielibyśmy prawdziwą inkulturację słów papieża, choć wersalka, jeśli jest od Wersalu, też przynależy do „szykownej” francuskiej kultury). O ciało się dba, to pewne w naszych czasach. Można niestety powiedzieć, że ciało i zdrowie stało się głównym bożkiem, idolem1. Ale jak odpoczywa umysł? Jak odpoczywa serce? All inclusive na Korfu jako re- medium na problemy? Troskami jednak obłożone jest nasze serce, a nie tylko czas i przestrzeń i może okazać się, że otwierasz walizkę w pokoju hotelo- wym, a problemy wyskakują i mówią: Dzień dobry. Próbujesz uciec, ale czy przed samym sobą możesz uciec? Wtedy zostaje bar z napojami typu „mózgo- trzepy” bez limitu. Zresztą picie „do odcięcia” dla wielu jest odpoczynkiem umysłu. Mam znajomego, który pracuje w jednym z lochów warszawskiego „Mordoru” na Domaniewskiej. Opowiadał mi ostat- nio, że większość jego korpokoleżkowców tak funk- cjonuje. No cóż. Odcięcie a odpoczynek to jednak nie to samo. Por. M. Lutz, Szczęście w pigułce. Kiedy troska o zdrowie staje się 1 chorobą. Wydawnictwo M, Kraków 2008. 19 A co z literaturą? Spotkałem kiedyś w War- szawie tak zwanych młodych potentatów prawi- cowego intelektu, którzy dzięki „dobrej zmianie” znaleźli zatrudnienie w… łatwo się domyślić gdzie. Otóż ci, którzy sami się określają jako warszawscy bon vivanci i chyba mają dość wysokie mniemanie o swoich rozumach, wiele czasu spędzają w roze- drganym sercu miasta. Z warszawskim przyjacie- lem, który zna ich lepiej, zastanawialiśmy się, kiedy ci młodzi „intelektualiści” mają czas, żeby dorzucać drwa słowa pisanego do pieca umysłu? Nie mam tu na myśli treści z Twittera czy portali interneto- wych. A może wcale nie mają czasu? Bo krążą ube- rem z miejsca na miejsce? W Polsce czyta się mało, tony literatury-makulatury zalegają księgarnie, coraz trudniej na tym wysypisku znaleźć coś war- tościowego, a czasu na lekturę i amatorów lektury coraz mniej. Fajnie opisuje połączenie odpoczynku z czytaniem Andrzej Bobkowski w opowiadaniu Alma: Po sutym obiedzie porozkładaliśmy się w cie- niu i zaczęła się wolna, przedsjestowa pogawędka. Wyciągnąłem z plecaka kilka zabranych książek i rozcinałem jedną, dorzucając od czasu do czasu ja- kieś słowo do ogólnej rozmowy. Enrique zaczął znów ze mnie pokpiwać, że i tu, w tym rajskim otoczeniu, nie mogłem żyć bez zadręczania się książkami2. A. Bobkowski, Zmierzch. Biblioteka Więzi, Warszawa 2007, s. 47. 2 20 Odpoczywać, obcując z kulturą, odpoczywać, czytając? To na pewno bardzo rozwijające! Nie- stety, to sporadycznie występująca forma odpo- czynku, coraz powszechniejsze jest nieczytanie i utyskiwanie nad tym – obecnie bowiem żywimy wręcz niechęć do słowa pisanego. A nawet jeśli za- głębieniu się w literaturę poświęca się kilka chwil, często są to chwile porwane. Nierzadko obserwuję, szczególnie w pociągach, jak ktoś wyjmuję książkę, czyta dwie strony i zasypia albo wyjmuje telefon, a do książki już nie wraca. Inną sprawą jest po- ziom literatury – moim zdaniem, zdecydowanie nie eksperta, lecz zwykłego czytacza, odtwórczej, a zarazem, paradoksalnie, wykorzenionej z dobrej tradycji. Jeden ze znajomych księży, wiedząc, że nie mam Internetu w swojej celi i nie oglądam telewi- zji, zdziwiony zapytał mnie, co w takim razie robię w czasie wolnym i jak odpoczywam. Odpowiedzia- łem, że czytam książki. Na szczęście ciągle wydaje się dużo dobrej literatury, a każda książka, po- wieść, opowiadanie czy poezja, może być dobrym komentarzem do Biblii. Tego rodzaju konstatacja może nasuwać wniosek o czytaniu utylitarnym, czyli takim, podczas którego nie zatrzymuję się nad dziełem, ale chcę je od razu wykorzystać, co bynajmniej się nie dzieje, zatrzymuję się bowiem nad dziełem, ale staram się je traktować jako an- cilla, służącą, podprowadzająca mnie pod sens, pod 21 to, co najważniejsze. Jeśli sztuka staje się jedynie zabawą formą, ekwilibrystyką języka, to przestaje mnie interesować, bo traci swój wymiar metafi- zyczny. Owszem, sztuka i literatura może być baro- metrem duchowej skorupy świata, jak pisał o tym ksiądz Szymik, ale może być też zaledwie ładnym ćwierkaniem w pustce (co w zasadzie też wiele mówi o twórcach i o świecie). Tadeusz Gadacz, ekspijar, a obecnie mąż i fi- lozof, pisał, że droga do mądrości jest naprawdę długa, my zaś żyjemy za krótko, by móc nabyć wła- ściwego doświadczenia, a przez to mądrze roze- znawać. Dlatego tak istotną rolę odgrywają dzieła literackie. Dzięki lekturze możemy przeżyć wiele rodzajów egzystencji. Cóż moglibyśmy wiedzieć o miłości, nienawiści, o uczuciach etycznych, gdyby nie zostało to sformułowane przez literaturę? To prawda, literatura niesamowicie rozwija, wyczula na detale rzeczywistości, umożliwia wni- kliwsze obserwacje i uczy opisywać świat. Bogu dzięki za literaturę, jednak chcę z całą mocą zło- żyć hołd Pismo Świętemu! Trawestując pewnego francuskiego filozofa, co tak naprawdę wiedział- bym o Bogu i człowieku, o miłości i odkupieniu, gdyby nie Biblia? Czym byłaby literatura, gdyby nie słowo wypowiedziane przez Pana i spisane przez natchnionych autorów? 22 Nie wiem, czy Noe czytał (zapewne nie było jeszcze bibliotek w jego zdegenerowanym świe- cie), ale na pewno jego serce było słuchające! Serce gotowe przyjąć słowo Boga. Biblia mówi, że w przyjaźni z Bogiem żył Noe. Nie mam dużej ilości przyjaciół, ale wiem, że aby przyjaźń mo- gła zaistnieć, potrzeba sporo czasu i wielu wypo- wiedzianych słów. Oczywiście niebełkotliwych i trywialnych, choć i takie są składnikiem godzin dialogów. Jednak przez to, co banalne, musi prze- bijać wnętrze odkryte przed przyjacielem. Myślę o jednym takim człowieku i o tym, że z nikim tak jak z nim nie mam tylu odniesień do naszej przeszło- ści, do literatury, do wydarzeń, w których braliśmy udział, z nikim nie mam tylu wspólnych kodów kul- turowych, pojęć, za którymi stoi konkretna historia. Jeśli więc Noe był przyjacielem Boga, to znaczy, że wiele czasu musiał z Nim spędzać i wielokrotnie wsłuchiwać się w Jego głos, jeszcze niespisany, ale przecież przemawiający we wnętrzu, przemawia- jący przez natchnienia i pragnienia. Serce bliskie sercu Boga intuicyjnie poznaje Jego pragnienia i plany. Takie serce miał Noe. Abraham Heschel pisał, że to, co charakteryzowało proroków, ludzi bliskich Bogu, słuchających Go (większość z ksiąg prorockich rozpoczyna się od zdań typu: Słowo Pańskie skierowane do…), to uczuciowe doświad- czenie będące centralnym punktem pojmowania 23 Boga. Prorok, pisze Heschel, słyszał głos Boga i czuł bicie Jego serca. Piękne zdanie. Bardzo mnie ono porusza i przypomina mi świętego Jana, który spoczywał na piersi Jezusa podczas Ostatniej Wie- czerzy. Umiłowany uczeń czuł bicie Bożego serca. Jeśli więc Noe był przyjacielem Boga, a jego imię tłumaczy się jako „odpocznienie”, to może był tym, w którym Bóg chciał odpoczywać, z którym Bóg odpoczywał? W jego obecności odpoczywał? Myślałeś kiedyś o tym, że możesz być tym, w któ- rym Bóg zechce odpoczywać? Człowiekiem, w któ- rym Bóg przebywa? Przecież jesteś Jego świątynią, w której On chce mieszkać i nie chce być w niej nieproszonym gościem, ale przyjacielem, Bogiem bliskim i czułym. On nie jest tylko Stwórcą i prawo- dawcą, ale Emmanuelem – Bogiem z nami. Masz na pewno takie przestrzenie w których chętnie przeby- wasz, miejsca, gdzie po prostu odpoczywasz, czujesz się dobrze. Mój brat ma mieszkanie w Toruniu z du- żym salonem, z balkonem z którego można obserwo- wać kamienice Bydgoskiego Przedmieścia. Bardzo lubię spędzać tam czas, siedzieć w fotelu, pić kawę i patrzeć na stare zabudowania, które cieszą, w od- różnieniu do architektonicznych potworów ze stali i szkła, wznoszonych przez panów deweloperów. Piszę o tym dlatego, że tak jak ty masz swoje miejsca odpoczynku, tak dla Boga upragnionym miejscem odpoczynku jest twoje serce. Dusze sprawiedliwych 24 to właśnie te, w których Bóg chce odpoczywać, w których sercach Bóg czuje się dobrze. Przyjaciel z przyjacielem, będąc razem, odpoczywają. Nie mu- szą udawać, zważać na to, jak siedzą, czy może nie do końca poprawnie trzymają dłonie na udach, czy rozstaw nóg nie jest aby nieobyczajny. Nie muszą składać rąk jak pogodynka czy polityk po kursie mowy ciała. Przyjaciel w towarzystwie przyjaciela czuje się swobodnie. Gdy przychodzi do ciebie ktoś obcy, to trzeba się nim zająć, ciągnąc czasem na siłę tematy, które być może żadnej ze stron nie in- teresują. Nad wyraz zaangażowana mimika i całe ciało chcą stworzyć atmosferę wzajemnego zainte- resowania, nierzadko przy tym tłumiąc ziewanie. W takich spotkaniach jest wiele napięcia, mięśnie twarzy zaczynają pobolewać, nadwyrężone uśmie- chem nieadekwatnym do uczuć i sytuacji. Z przyjacielem jest inaczej. Chodzisz sobie po domu, czujesz się swobodnie, parzysz sobie her- batę, zaglądasz do lodówki, kroisz palcówkę czy ser, polegujesz na kanapie czy urzędujesz na balkonie. Z przyjacielem i u przyjaciela czujesz się jak u sie- bie. I w takiej relacji chce być z nami Bóg, w taki sposób chce z nami przebywać Pan, bez napinania się, chce być obecnym, kochającym przyjacielem. Tym, który jest oczekiwany, Tym, za którym się tę- skni, Tym, którego obecności się pragnie. Prostota obecności! 25 W polskim tekście jest napisane: w przyjaźni z Bogiem żył Noe. Ale można to trochę inaczej prze- tłumaczyć: z Bogiem chodził Noe. Słowo HALACH – chodzić, występuje w Biblii wiele razy, między innymi w opisie raju, gdy Bóg chodzi po ogrodzie Eden, spaceruje sobie. Henoch, wielki patriarcha, który został wzięty do nieba (bo może Bóg chciał mieć go jak najszybciej u siebie, tak im było razem dobrze?), też chodził z Bogiem. Przypominam so- bie teksty z głębokiej podstawówki, kiedy chłopcy pytali dziewczęta, i na odwrót: będziesz ze mną chodzić?. Czy nie jest to ciekawe, że takie słowa charakteryzowały wyjątkową bliskość małych ado- ratorów? Chodzimy ze sobą za rękę, chodzimy ra- zem na bujaczki. No właśnie, ja chcę tak chodzić z Bogiem, patrzę na Niego i pytam: Boże, będziesz ze mną chodzić?. Brzmi to może niepoważnie, dzie- cinnie, ale mnie ten motyw przyjaźni, bliskości w prostocie bardzo porusza. Chcę chodzić z Bo- giem. Chcę jeździć z Bogiem, chcę z Nim spędzać spacery i pić kawę, siedząc na klasztornej ławce. Łapać momenty, wykorzystywać czas, by posyłać Mu moje myśli, pełne tęsknoty za prawdziwym szczęściem i wiecznym spełnieniem. Przypominam sobie, jak kiedyś jechałem samochodem na reko- lekcje wielkopostne. Samochód był pożyczony, bo w klasztorze mieliśmy epidemię motoryzacyjną. Jechałem więc dwudziestoparoletnim, prawie że 26 zabytkowym nissanem sunny w wersji hatchback (zadbany srebrny metalik, w dość dużym kontra- ście do nowych maszyn), a słońce zachodziło nad drogą S8. Modliłem się różańcem, słuchałem Biblii, słuchałem trochę muzyki, ale w pewnym momencie miałem dość dźwięków, dość mówienia. Wyłączy- łem wszystko i do głowy przyszła mi myśl: „Boże, chcę podróżować w Twojej obecności, usiądź obok mnie w fotelu i jedźmy tak, nic nie mówiąc, ale ze świadomością bliskości”. I tak jechałem, jechałem pożyczonym nissanem sunny z Bogiem na miejscu pasażera. To była bardzo miła podróż. Prostota… Obcowanie z Tym, który jedyny prawdziwie JEST, a wtedy i ja mogę prawdziwie być! Nieraz przed snem patrzę na ikonę Jezusa, którą mam przy łóżku, tak by ostatnia twarz, którą widzę, była Jego twarzą, i myślę sobie o tylu zmarnowa- nych momentach w tym dniu, o tylu bezpłodnych myślach, które nie znalazły swego ujścia w Nim, o rojonych pragnieniach, które od samego zarania były skazane na niezrealizowanie. Czuję, jak moje serce jest głodne Jego obecności, jak bardzo potrze- buje czasu spędzanego z Nim. Moje serce tęskni. Święta tęsknota w nieświętym mnichu. Czyli może trochę mnie uświęca? Tak. Tęsknota za Bogiem, je- śli jest właściwie skanalizowana, jest uświęcająca. Dlatego mam propozycję albo raczej przedstawiam pragnienie Bożego serca względem ciebie: nie bądź 27 tym, który „uwięził” Boga w kościele czy zamknął go w rezerwacie modlitw wieczornych. Bo On tam może być niczym dobry dziadziuś w domu pomocy społecznej, z którym od czasu do czasu się zoba- czysz. Mam dla ciebie propozycję, byś nie chodził „do Boga”, ale chodził „z Bogiem”, czyli wznosił ku Niemu swoje myśli i pragnienia. Psalm 87 mówi: W Tobie są wszystkie me źródła (Ps 87, 7) , to znaczy, że wszelkie pragnienia, jakie trawią moje serce, są związane z Jego świętą obecnością, z przeby- waniem z Nim. I w Jego obecności moje serce się uspokaja, zawsze się uspokaja, choćbym nie wiem jak wzburzony szedł na modlitwę, zawsze wracam uspokojony, wyciszony. Chcę być przyjacielem Boga jak Noe, nie Jego przedstawicielem handlowym, ale przyjacielem. Nie muszę się Go bać. Bojaźń, o której mówi Biblia, jest lękiem przed obrażeniem, zdradzeniem Jego miłości, a nie paraliżującym stra- chem. Jezus nie jest dyktatorem. Dyktator ma wła- dzę nieograniczoną, a Jezus – ograniczoną. Wiesz, co Go ogranicza? Twoja wolność. Święta Katarzyna ze Sieny usłyszała: Stworzyłem cię bez ciebie, ale nie zbawię cię bez ciebie. Chodzi o twoją zgodę. Zgodę na Niego. Proroctwo Izajasza zapowiadające nadejście Mesjasza, czyli nadejście bliskości Syna Bożego, która zrealizowała się we wcieleniu Jezusa, mówi tak: Albowiem dziecię się nam narodziło, Syn został 28 nam dany, na Jego barkach spoczęła władza. Na- zwano Go imieniem: Przedziwny Doradca, Bóg Mocny, Odwieczny Ojciec, Książę Pokoju. Wielkie będzie Jego panowanie w pokoju bez granic (Iz 9, 5). Mesjasz przyszedł, a obietnica Jego panowania bez granic chyba jednak wciąż się nie zrealizowała. Po lekturze Biblii i wnikliwej obserwacji świata, niestety, wnioskuję, że historia jest koszmarem, a skala ludzkiej korupcji moralnej jest znaczenie większa, niż wielu się wydawała. Można nazywać proroków fanatykami prochu i poetami klęski, któ- rzy przepowiadali katastrofy, bo nie umieli przy- wiązać się do uspokajającej teraźniejszości ani do żadnej przyszłości, ale to nieprawda. Bo teraźniej- szość nie daje ukojenia, wręcz przeciwnie – napawa lękiem. Historia jest łańcuchem wojen i zwycięstw, niepoliczonych śmierci i łez, dziwnym połączeniem odrobiny żalu z ogromem strachu. Nasz świat jest przesiąknięty krwią. Czy w takim razie powyższe proroctwo Izajasza jest proroctwem od czapy, proroctwem niespełnio- nym? Patrząc na nasz świat nakręcony spiralą chci- wości i egoizmu, można przekręcić słowa Juliana Apostaty i powiedzieć: Galilejczyku, przegrałeś. Szumne proroctwo zapowiadające nadejście Księ- cia Pokoju może wywołać pełen goryczy uśmiech. Zabójstwa, śmierć, wojna… Ale proroctwo się nie myli, to są pozorne porażki, inwazja Mesjasza nie 29 dotyczy ustrojów czy społeczeństw, ale serc ludz- kich. Bo Jego panowanie jest wielkie w sercach, które Go przyjęły. Ta obietnica pokoju bez granic dotyczy duszy człowieka, która nie stawia barier Panu, nie blokuje Go szlabanami. Możesz Bogu wy- znaczyć rezerwat w postaci wieczornej modlitwy, a przez resztę dnia o Nim nie myśleć, nie szukać Go i nie pragnąć. Niedzielna msza święta i chwila modlitwy, a reszta to mój prywatny czas, w którym nie ma miejsca na kogoś innego, bo szczelnie wy- pełnia go moje ego. Od wielu lat mam nieodparte wrażenie, że ktoś mnie oszukuje. Że ktoś nie mówi mi całej prawdy, ale przedstawia mi prawdy rozmyte. Ideał zakonny, ideał chrześcijański jest brutalnie zaniżany. Tak rzadko można usłyszeć o ogniu Ducha, o radykal- ności w pójściu za Panem, o mentalnym kopniaku wymierzonym w kompromisy, o świętości czło- wieka, która jest przecież upragniona przez Boga Ojca! Jakiś czas temu rozmawiałem z proboszczem, który opowiadał o diecezjalnym spotkaniu i na tym spotkaniu padły słowa z ust kościelnego ważnego ktosia, słowa w obecności pasterza tej diecezji, które miały być odpowiedzią na pewne przebąki- wania mediów o kryzysie kapłanów. Słowa, które zostały wypowiedziane w kontekście wielu ka- płańskich odejść, i to odejść młodych księży. Pa- rafrazując, brzmiało to mniej więcej tak: Ważne, 30 by księża odmawiali brewiarz i modlili się różań- cem. I to miało być duchowe lekarstwo. Powyższe praktyki są jak najbardziej ważne i błogosławione, ale czy to naprawdę wystarcza? Czy wystarczy po prostu wypełniać modlitewne prawo? A co z żar- liwą i zazdrosną miłością Pana o moje serce, a co z wołaniem o to, by nie dać się przeciętności i nie wejść w szarzyznę ducha, która nikogo nie może zaspokoić? Gdzie ogień? Joseph Ratzinger pisał, że Kościół nie potrzebuje reformatorów, ale świę- tych. Tak, Kościół potrzebuje świętych kapłanów i zakonników, świętych małżonków i świętych sa- motnych! Święci nie tylko pracują dla Pana, ale też odpoczywają w Panu, chodzą z Panem. Nawet coś tak prozaicznego jak spacerowanie można przeży- wać w Nim. Jak Noe. Od lat proszę Boga o świętość, a im dłużej Go o to proszę, spotyka mnie coraz więcej upokorzeń i więcej cierpień. Moja karta chorobowa się roz- rasta, może taka droga, droga przez cierpienie, ścieżka utraty zdrowia dla Boga? Niemniej jednak chcę płonąć, nawet jeśli będzie to płomień na pu- styni, płomień, który będzie jedynie mnie bole- śnie wypalał. Uważam, że do Kościoła wdarła się „drobnomieszczańska Ewangelia”. Począwszy od postrzegania tego, kto jest dobrym katolikiem. Ile razy słyszałem z kapłańskich czy świeckich ust, że ten czy tamta to porządny katolik, bo w niedzielę 31 jest w kościele na mszy i przychodzi nawet na nabożeństwa majowe. Ale przecież za tym może stać zupełne NIC. Nasze społeczeństwo jest już od wielu lat społeczeństwem konsumpcyjnym, spo- łeczeństwem na wskroś drobnomieszczańskim. Dotyczy to tak samo chrześcijan. Pisząc „drobno- mieszczaństwo”, nie mam na myśli małych mia- steczek, bo drobnomieszczaninem można być w Warszawie czy w Katowicach i w Wągrowcu czy w Drobinie. Wartości typu drobnomieszczańskiego są następujące: w pracy i poza nią być uczciwym, mieć mieszkanie, może nawet dom, samochód (naj- lepiej toyotę w systemie hybrydowym – modna, mało pali, elegancka, numer 1 w kosmosie), być wiernym żonie, nie kraść i nie zabijać, mieć uło- żone dzieci po studiach (córka i syn, komplecik). No i oczywiście zdrowie, bo to jest najważniejsze. Byle nie chorować. I to jest Dobra Nowina wielu matek i ojców dla swoich dzieci. Rzeczywiście, piękna i głęboka i do tego jeszcze utożsamiana z chrze- ścijaństwem. Ale to nie jest chrześcijaństwo. Jak często można spotkać ojca czy matkę, którzy mó- wią swoim dzieciom: słuchaj, ucz się, pracuj, to jest nieszczęściem jest grzech, szczególnie grzech ciężki. ważne, ale najważniejsze jest, byś trzymał się Jezusa, nieważne, kim będziesz w życiu: lekarzem, robotni- kiem, ważne, byś żył z Jezusem, słuchał Jego słowa i żył w łasce uświęcającej, pamiętaj, że największym 32 Słyszałeś to w domu? Jeśli tak, to znaczy, że mia- łeś chrześcijański dom. Niestety, z doświadczenia wiem, że taki przekaz stanowi rzadkość. Kościół w wielu miejscach, w wielu przestrze- niach stracił ogień Ducha Świętego, stracił gorli- wość, przestał żarliwym sercem zabiegać o Boga. Ilekroć słyszę, jak niektórzy „ludzie Kościoła”, którzy bardziej niż głosicielami Dobrej Nowiny są socjologami albo, co gorsza, politykami, w któ- rych ustach jest pełno okrągłych, nic nieznaczących słów o uprzejmości, szeroko rozumianej dobroci, tolerancji i łagodności, tylekroć irytuję się. Co to znaczy? Co w ogóle oznaczają te hasła, wypowia- dane ciepłym, zatroskanym głosem? Czy za nimi coś stoi, czy może są tylko pustosłowiem, które uspokaja ludzi jeszcze nie do końca pozbawionych sumienia? Czy nie jest to tylko filantropiczny mora- lizm, będący kpiną z ostrza Ewangelii, ośmieszający krzyż Chrystusa? Czy naprawdę głównymi pro- blemami świata są ekologia i globalne ocieplenie? Czy nie jesteśmy świadkami „modernizacji nieba”? I czy to nie oznacza jego końca? Jak mam czcić Boga, który ewoluuje? Jak mam czcić Boga, którego kroją mi na miarę najnowszej mody? Czy naprawdę trzeba czuć lęk przed metką zacofania? Wolę „trącić myszką” przy Chrystusie, niż prężyć się jak lew w salonie demoralizacji. Wiele zamie- szania wynikło w związku z jednym fragmentem, 33 właściwie przypisem, do adhortacji Amoris La- etitia odnośnie komunii świętej w sytuacji osób rozwiedzionych, będących w ponownych związ- kach. Wiele diecezji na całym świecie, bez jasnej aprobaty papieża, wprowadziło do swych lokal- nych praw grzeszne reguły. To skandaliczne! Jak zrozumieć Boga, Jego wolę i Jego mądrość, jeżeli coś, co przez wieki było wielką świętością, święto- ścią nierozerwalną, teraz ktoś wysoko postawiony w Kościele zaczyna podważać? Gdzie my jesteśmy? Wczoraj to był grzech, ale dziś już grzechem nie jest? Kościół musi nadążyć za światem, towarzy- szyć mu, a skoro dziś niewierność i ilość rozwodów jest zatrważająca, to trzeba trochę nagiąć reguły? Zmodernizować niebo? Tłumacząc przy tym, że Chrystus nie był i nie jest wielkim kazuistą? Nie jest, ale prawda jest prawdą, a termin postprawda nie dotyczy Ewangelii. Aktualizacja Dobrej Nowiny, czyli uwspółcześnianie jej, przekaz Kościoła, cała tradycja, zgodnie z tym, co stwierdził Bernard Sesboue realizuje się we zwrocie: to znaczy. To Ewangelia przełożona na problemy dzisiejszego człowieka, tak jak listy świętego Pawła były reak- cjami na zamieszania w młodych gminach chrze- ścijańskich. Nigdy jednak nie wiąże się z negacją prawdy zawartej w Biblii. Ona, odczytywana od wieków, nie może się nagle zdezaktualizować. Kościół musi być stanowczy w wielu sprawach, 34 a stanowczość nie oznacza wcale braku czułości ani delikatności. Kościół potępia grzech, nigdy jednak grzesznika, głosząc mu niestrudzenie, że zbawienie jest łaską, a nawrócenie jest możliwe dla każdego! Kiedyś toczono boje z herezjami, narażając przy tym swoje życie, a teraz mielibyśmy płynnie i swo- bodnie przejść do nieprawdy z błogosławieństwem niektórych hierarchów? Całe pokolenia kobiet i mężczyzn, nierzadko w ciemnościach i zmaganiu, walczyły o wierność sakramentowi małżeństwa, aby teraz usłyszeć, że to w sumie nie ma więk- szego znaczenia? Czy to nie jest przypadkiem ten cholerny relatywizm, przed którym przestrzegał nas papież Benedykt XVI? Zachwianie prawdy przy akompaniamencie diabelskiego śmiechu? W Pierwszej Księdze Królewskiej jest bardzo przejmujący fragment, kiedy Eliasz staje naprze- ciw wielkiej grupy pogańskich proroków i woła do swojego ludu: Jak długo będziecie się chwiać w obie służcie, a jeżeli Baal, to służcie jemu (1 Krl 8, 21). Chcę być jak prorok Eliasz i wobec wielu proroków, tysięcy proroków Baala we współczesnym świecie, także proroków w sutannach i habitach, tych, któ- rzy uspokajają lud, nie głosząc mu Ewangelii, tylko filantropię, tych, którzy odwrócili się od Jezusa, by wchodzić w relatywizm i głosić ewangelię kompro- misów. Precz z paktowaniem z diabłem. Święty Jan strony? Jeśli Jahwe jest prawdziwym Bogiem, to Jemu 35 Paweł II pisał: Dziś mamy do czynienia z największą walką, jakiej kiedykolwiek ludzkość doświadczyła. Nie sądzę, by wspólnota chrześcijańska zdawała sobie z tego w pełni sprawę. Dziś znajdujemy się w obliczu ostatecznej batalii między Kościołem i Anty-Kościołem, pomiędzy Ewangelią i Anty-Ewan- gelią. Z kolei kardynał Sarah głosił, że prawdziwym zgorszeniem jest pomieszanie dobra i zła z winy katolickich pasterzy. Biada nam, gdy nie głosimy Ewangelii, lecz próbujemy układać się z duchem tego świata. Paweł do Galatów pisze bardzo mocno: Innej Ewangelii nie ma: są tylko jacyś ludzie, którzy sieją wśród was zamęt i którzy chcieliby przekręcić Ewangelię Chrystusową. Ale gdybyśmy nawet my lub anioł z nieba głosił wam Ewangelię różną od tej, którą wam głosiliśmy – niech będzie przeklęty! (Ga 1, 7–8). 36
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Noe kontra MABBUL. Przeciw upadkowi i zepsuciu
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: