Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00021 005238 15690035 na godz. na dobę w sumie
OJCOWIZNA - ebook/pdf
OJCOWIZNA - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 444
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-272-3607-4 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> dla dorosłych, erotyka >> erotyka
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

We dworze szykuje się wesele. Najstarszy, dziedzic wielkiego majątku ziemskiego, ma poślubić piękną, aczkolwiek dość nieśmiałą Justynę. Ludwik Podlaski jest bogaty, przystojny i bardzo miły, więc dziewczyna nie potrafi oprzeć się jego urokowi, mimo iż on sam nie okazuje jej należytego zainteresowania. Zdawać by się mogło, że nie kocha jej wcale a jedynie udaje uczucie, żeby sfinalizować małżeństwo z rozsądku, do którego skłonili go rodzice. Kawaler nie do końca pewien czy już gotów jest się ustatkować, przywykły do pewnego rodzaju posłuszeństwa, nie sprzeciwia się woli despotycznej matki. W związku ze zbliżającym się ślubem Ludwik nie zmienia swoich starych przyzwyczajeń. Lubi zabawy, alkohol bez umiaru, a i obce, ładne dziewczyny nie są mu obojętne. Ignorancja młodego mężczyzny doprawadza do wielu nieszczęść i choć on sam poznaje smak prawdziwej miłości, zbyt późnio zaczyna o nią walczyć. W międzyczasie przyjaciółka Justyny Helena potępia małżeństwa z rozsądku i przedkłada studia oraz karierę zawodową ponad miłość do mężczyzny. Czy nie będzie tego żałować? Czy można zaplanować sobie przyszłe życie i znaleźć receptę na szczęście? Przekonasz się czytając Ojcowiznę. Opowieść o miłości i nienawiści, o zemście i zdradzie, zakończona zaskakującym wyjaśnieniem rodzinnej tajemnicy.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

1 Katarzyna Wituła OJCOWIZNA 2 © Copyright by Katarzyna Wituła Projekt okładki Piotr Nalepa Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie cało\ści lub części publikacji zabronione bez pisemnej zgody autora. ISBN 978-83-272-3606-7 3 ROZDZIAŁ 1 Kwiecień rok 1950 Tydzień po Świętach Wielkanocnych, w Goleszowie, największej i najważniejszej wsi, ze względu na status Gminy odbywała się zabawa. Udział w niej brali mieszkańcy całej okolicy. Impreza dawała kawalerom możliwość poznania panien na wydaniu, była to jedyna okazja by młodzi z odległych miejscowości mogli zawierać znajomości. Żartobliwie mawiano, że kościół i gospoda to dwie przednie instytucje, które świadczą o wartości wsi. W Goleszowie, zaraz po wojnie utworzono posterunek Milicji Obywatelskiej, przy którym znajdował się areszt. Zakupy można było zrobić w sklepie wielobranżowym Gminnej Spółdzielni, do której należała także piekarnia. W każdy ostatni wtorek miesiąca odbywał się targ, gdzie handlowano: wszelkimi produktami rolnymi, artykułami gospodarstwa domowego, trzodą chlewną, drobiem, a nawet bydłem. Wokół Goleszowa położone były wsie, które wchodziły w skład jednej parafii, do nich należały małe miejscowości takie jak: Zawiść, Bory, Dębowiec, Lipnie i Studziany. Liczyły one od zaledwie pięćdziesięciu do najwyżej trzystu mieszkańców. Na pierwszą muzykę po Wielkim Poście do karczmy w Goleszowie przybyły tłumy. Choć salę przewidziano na cały okręg, nie każdy dziś mógł usiąść. Dla braci Podlaskich znalazł się jednak stolik, ponieważ ludzie nie zapomnieli, że rodzina Antoniego, dumnego, choć przybranego ojca trzech kawalerów, była jedną z najbogatszych i najbardziej liczących się dynastii w całym okręgu. Antoni wziął sobie za żonę Franciszkę, wdowę z trzema małymi chłopcami, których zaraz po ślubie zaadoptował. Ich włości rozciągały się od Borów po Goleszów, a we dworze na stałe zatrudniano służące, oraz kilkunastu robotników. Oczywiście, w obecnych czasach, nikt już nie mógł być, ani wielki, ani bogaty, jednakże gospodarstwo to, choć pomniejszone o połowę, nadal było jednym z największych, jeśli chodzi o areał i inwentaż, po Państwowym Gospodarstwie Rolnym w Goleszowie. Garstka młodzieży z okolicznych wsi, dorabiała u nich sezonowo przy wszelkich pracach polowych, za pomoc otrzymywali zapłatę w naturze. Grono przyjaciół zasiadało, więc razem: Ludwik z narzeczoną Justyną Frysz, Edward, Wincenty i Helena Lapus z sąsiedztwa. Obie dziewczyny były dość urodziwe, każda jedyna w swoim rodzaju. Helena wysoko trzymała głowę, odważnie spoglądała piwnymi oczyma i co chwila odrzucała przez ramię warkocz koloru ciemny blond. Justyny włosy o 4 niespotykanym odcieniu kasztanu często przyciągały spojrzenia ciekawskich, a niebieskie, szczere oczy ufnie spoglądały przed siebie. Bawili się świetnie, a że wódki nie brakowało, humor dopisywał wszystkim. – Ludwik, czy zatańczysz z dobrą znajomą? – Do stolika, podeszła, okrągła blondynka o długich warkoczach i pokaźnym biuście. Na sobie miała czerwoną spódnicę do kolan i haftowaną, mocno wydekoltowaną, płócienną bluzkę z falbankami. Nie zwracając uwagi na zdziwione i pogardliwe spojrzenia znajomych, usiadła temu pierwszemu na kolanach. Trzeba wiedzieć, że w latach pięćdziesiątych było nie do pomyślenia by dziewczyna zapraszała do tańca mężczyznę, a co dopiero publicznie decydowała się na jakiekolwiek intymne gesty. Wyzywające zachowanie świadczyło o tym, że nie jest ona porządną panną, a raczej latawicą. Oczywiście takie istniały już od wieków, nie były one jednak pierwszorzędnym materiałem na żonę. Nieoficjalnie, męskie zwyczaje przyzwalały dyskretnie z nimi obcować, ale żenić się nakazywały z szanowanymi. Gdyby zdarzyła się ciąża, dziewczyna przy złej reputacji, którą łatwo było zszargać, nie mogąc często skłonić sprawcy do poślubienia jej, zostawała w położeniu nie do pozazdroszczenia. Prawo pozwalało przyszłym tatusiom wypierać się ojcostwa w bardzo prosty sposób – wystarczyło, że inny mężczyzna zeznał, iż również miał kontakty seksualne z oskarżającą panną i na tej podstawie sąd zwalniał delikwenta od odpowiedzialności. „Latawica” zostawała sama z brzemieniem samotnego macierzyństwa i wstydu, zaś bękart był na zawsze napiętnowany przez ludzi jako dziecko grzechu. Ludwik, pijany, albowiem już po paru głębszych, ku niezadowoleniu narzeczonej i zgorszeniu towarzystwa, w szczególności damskiego, z wyrazem uwielbienia na twarzy, wziął Jolę na ręce i zaniósł na środek parkietu. Urażona przyszła panna młoda, nie mogąc znieść upokorzenia, postanowiła opuścić imprezę. – Hela, idziemy do domu! – Daj spokój, Justyna, zaczekaj chwilę, zatańczę jeszcze jeden kawałek. – Ktoś ciągnął Helenę za rękę, ta jednak zbliżyła się do przyjaciółki przekrzykując hałas: – Nie bądź głupia!...On się upił!...Jola też, i nie wie, co robi! Nie daj jej satysfakcji!... Bądź rozsądna! W końcu jednak siła odciągająca Helenę na parkiet zwyciężyła. Justyna wściekła na widok narzeczonego nieprzyzwoicie obściskującego inną dziewczynę, długo się nie zastanawiając porwała swój płaszcz i 5 wyszła. Myślała, że ukochany zauważywszy to, pobiegnie za nią z przeprosinami. Im bardziej oddalała się od budynku, tym realniej uzmysławiała sobie, iż samotny spacer jest nieunikniony. Choć bała się niemiłosiernie, duma nie pozwalała jej tam wrócić. Do domu trzeba było iść miedzą, pośród pól, i skrajem lasu, jakieś trzy kilometry. Niezbyt cieszyła ją ta perspektywa. Gniew jednakże, nakazywał, przyśpieszyć kroku, więc zdjęła swe niedzielne buciki i nie bacząc na chłód kwietniowej nocy ruszyła do domu. Oby tylko nikt na nią nie czekał, nie miała ochoty tłumaczyć swego samotnego powrotu. Doznała przed chwilą największego upokorzenia w swym dotychczasowym życiu, nie potrafiła przełknąć tej gorzkiej pigułki, więc popłakiwała cicho. Tak czekała na tę zabawę, pragnęła chwili sam na sam z ukochanym. Mieli iść przytuleni, pocałunki, odrobinę pieszczot. – Ludwik, nie tak ostro, ludzie patrzą. – Szeptem doświadczonej uwodzicielki, która wie, czego chce i nie boi się po to sięgnąć, mruczała mu wprost do ucha. Para ta, dla bezstronnego obserwatora sprawiała pozór dobranej. Ona blondynka, dość tęga, z bujnym biustem, który podczas podskoków próbował uwolnić się z ciasno opinającego go gorsetu. Poruszała się jak kocica, świadoma swej kobiecości i bardzo pewna słuszności swych poczynań. Partner wysoki, dobrze zbudowany, choć raczej szczupły. Ciemne włosy zaczesane w tak zwaną wellę jak sugerowała moda, oczy niebieskie, nieco zamglone, być może z powodu spożytego alkoholu lub też oznaka wzburzenia zmysłów. – Helcia, nie patrz tak groźnie, napij się – czyjś łokieć pchnął ją w żebro. – Justyna poszła sama do domu. Przeze mnie może się jej coś przytrafić. Miałam jej nie zostawiać – desperowała Helena w poczuciu winy. – Nie jesteś jej matką – odrzekł Edward, krytykując niepotrzebną jego zdaniem nadopiekuńczość. Edward Podlaski, cztery lata młodszy od Ludwika był bardzo podobny do starszego brata. Te same ciemne włosy, niebieskie oczy, tylko odrobinę niższy wzrostem i może trochę solidniej umięśniony. Zasadniczo różnili się jednak charakterem i sposobem bycia. Ludwik bardziej skryty, poważny, trochę tajemniczy, miał duże powodzenie u kobiet, z czego chętnie korzystał. Edward zaś niepoprawny żartowniś, otwarty i gadatliwy o jednej dziewczynie tylko marzył. Ludwik, choć starszy chwiejny i 6 niezdecydowany, Edward zaś konkretny, miał ściśle określone i niezmienne poglądy na każdy temat. – Edek, odprowadzisz mnie do domu? – poprosiła Helena. – Kiedy tylko sobie życzysz o pani – skłonił się dwornie, po czym oboje wybuchnęli śmiechem. Tylko z nim czuła się swobodnie, nie żeby było to coś głębszego, po prostu dobry przyjaciel. Edek Podlaski to jedyny przedstawiciel rodzaju męskiego, oprócz ojca oczywiście, którego Helena naprawdę szanowała. Mogła mieć pewność, że cokolwiek od niego usłyszy będzie to rzeczowe i szczere, choć może nie zawsze zadowalające. – Wiem, o czym myślisz, nie przejmuj się tak, to tylko zabawa – zagadnął i usiadł na krześle obok. – Jak mam się nie przejmować, kiedy mojej najlepszej przyjaciółce przyszły mąż przyprawia rogi, zobacz co oni wyprawiają! – Ostatni raz zabójczym wzrokiem przeszyła Ludwika i jego partnerkę. Ten szeptał właśnie coś do ucha dziewczyny, która dostrzegłszy spojrzenie Heleny tryumfalnie się uśmiechnęła. Helena odczuwała ból jakby to ją samą ktoś upokorzył. – To nic poważnego – tłumaczył obojętnie Edek widząc bladą ze zgorszenia twarz towarzyszki – dziś ma trochę w czubie, a jutro będzie mu głupio i na skrzydłach poleci do „twojej podopiecznej.” – I co z tego? Nie rozumiem dlaczego chce się z nią żenić, skoro lubi inne? – Było jej żal Justyny. Od razu, kiedy Ludwik Podlaski zaszedł do Fryszówny w zaloty coś jej nie pasowało, nie dostrzegła między dwojgiem narzeczonych charakterystycznego iskrzenia, jakie jej zdaniem emanować powinno z dwojga zakochanych ludzi. Domyśliła się, że ma być to bardziej małżeństwo z rozsądku niż z miłości. Sama Helena czegoś takiego nie akceptowała. Na myśl o żeniaczce bez głębokiego uczucia dostawała mdłości. Nie mogła jednak wtrącać się w tak osobiste sprawy przyjaciółki, ani jej rodziny. Słyszała, iż wiele kojarzonych małżeństw przemieniało się w zakochane pary. Oczywiście mężczyzna dokonując takiego wyboru powinien przynajmniej zachować pozory, a nie oficjalnie tak jak Ludwik, upokarzać przyszłą żonę. – Już niedługo ślub, nie powinna była go zostawiać. Widzisz – przerwał na chwilę jakby coś ważąc w myślach – ona jest jeszcze taka młoda, taka naiwna, gdy wejdzie do naszej rodziny wiele będzie musiała się nauczyć. – Co ty gadasz? Obie skończyłyśmy po dziewiętnaście lat. Uważasz, że ja też jestem dziecinna? – spiorunowała go swymi piwnymi oczyma i charakterystyczny gestem odrzuciła warkocz do tyłu. 7 – Nie, nie! Nie to chciałem powiedzieć. Ty po prostu jesteś wyjątkowa. Pojmujesz, co mam na myśli? – Nie spierała się więcej, gdyż zrozumiała. Helena uważała siebie za osobę twardo stąpającą po ziemi, Justyna zaś nadal wierzyła w księżniczki i rycerzy z bajki. Najprawdopodobniej, hipotetycznie, gdyby znalazła się w takiej sytuacji, jak dziś Justyna, choć to raczej niemożliwe, bo jak do tej pory wcale nie myślała o małżeństwie, zapewne obojgu otłukłaby gęby i kazała się odwieźć do domu. – W porządku – szepnęła Helena na znak pojednania. Nie rozumiem tylko jednej rzeczy. – Słucham? – nadstawił ucho. Tak byli zajęci rozmową, że nie zauważyli, kiedy orkiestra przestała grać. – Powiedz mi, jakim cudem w tej właśnie rodzinie znalazł się ktoś taki jak ty? – Edward zwierzył się kiedyś Helenie, że tak naprawdę to są oni jedynie przybranymi synami Podlaskiego, ponieważ dziedzic we dworze nie mógł mieć własnych dzieci, wziął sobie wdowę z chłopcami. Zdarzyło się to tak dawno, że nawet nie wszyscy w okolicy o tym wiedzą, niektórzy nieraz odnajdują cechy fizycznego podobieństwa któregoś z synów do Antoniego. Helena odwdzięczyła się Edwardowi tym samym opowiadając historię własnej rodziny. – O najpiękniejsza, czy to miał być komplement, czy też obelga? – Sam powinieneś się tego domyślić, proszę cię Edek, chodźmy już. – Zdecydowanie ruszyła z miejsca. –Czyżby groziły ci rózgi? – Musiał prawie biec. Żartował, aby poprawić jej humor. Dobrze wiedział, że Helena jest nie tylko piękną ale i inteligentną, dobrze ułożoną panną z nie byle jakiego domu. Ojciec Heleny, Feliks, obecnie emerytowany dyrektor kolei to człowiek wykształcony, a jego żona Gertruda, kiedyś była nauczycielką. Rodzina pochodziła z Krakowa, na Śląsk sprowadzili się w 1922 r., kiedy to Feliks Lapus otrzymał kierowniczą funkcję w Katowicach. Sytuacja finansowa Lapusów nigdy nie była zła, można by powiedzieć, że niegdyś należeli do elity. Helena miała brata, Aleksandra, o dziesięć lat starszego od siebie, zginął wraz z innymi młodymi ludźmi podczas obrony Katowic. Jeszcze tego samego roku Feliksa aresztowało Gestapo, Gertruda zaś wraz z ośmioletnią córeczką trafiły do Borów, tam mieszkały przez cały okres wojny. Przygarnęła je rodzina Sobików. Maria i Józef Sobikowie, zostali sami na niewielkim gospodarstwie, gdyż ich dwaj wnukowie, których po śmierci rodziców wychowywali, wcieleni do niemieckiej armii, nigdy nie powrócili. Feliks przebywał w obozie koncentracyjnym, a jego żona udawała wieśniaczkę w Borach, połączyli się dopiero, w 1946 r. Willę w 8 Katowicach przejęli najpierw Niemcy, a potem władze państwowe, nie mieli, więc, do czego wracać w tej nowej rzeczywistości. Postanowili zostać u Sobików, z czego Maria była bardzo zadowolona, ponieważ dwie kobiety, choć dzieliła je przepaść wiekowa, a przede wszystkim kulturowa w tych ciężkich czasach zżyły się ze sobą jak matka i córką, Helena zaś została najukochańszą wnuczką. Najpierw śmierć Aleksandra, potem rozłąka, kiedy żadne z nich nie wiedziało czy drugie żyje, to przejścia, po których nic nie mogło już być takie samo. Oboje rodzice podupadli na zdrowiu, i choć pragnęli wykształcić wybitnie zdolną córkę, trudno im było rozstać się z jedynym dzieckiem. Młodzież obecnie spotykała się często przy różnych pracach polowych, począwszy od pielenia zboża, po wykopki. Edward zawsze starał się znaleźć na tym samym polu, co panna Lapusówna, a że mieli ze sobą wspólny język czuli się świetnie w swoim towarzystwie. Odkąd pamiętał, podkochiwał się w Helenie, lecz nie śmiał tego okazać, ponieważ, choć znali się od dawna, choć zawsze doskonale radziła sobie w polu, wiedział, że pewnego dnia ona powróci do swojej sfery. Ukończyła właśnie liceum, ma zostać nauczycielką. Edwardowi także nie podobało się zachowanie Ludwika, znał jego pociąg do kobiet i było mu wstyd. Do tego jednak nie miał zamiaru się przyznawać, a z resztą to nie jego sprawa. Podał Heli płaszcz i pożegnali się ze zdrowo podpitym towarzystwem. Nie zauważyła, w którym momencie opuścili remizę Ludwik z Jolą, ale na sali, już ich nie było. Całą drogę powrotną Edek zabawiał ją rozmową, więc ani się obejrzała a już trzeba było się rozstawać. – Kolorowych snów kochanie – żegnał ją pół żartem, pół serio, gdy zatrzymała się przed furtką swego domostwa. – Czy mogę liczyć na całusa? – Chwileczkę. – nagle spoważniała. – Odpowiedz mi na jedno pytanie. – Co znowu? – Udał zniecierpliwienie. – Ty wiedziałeś, że oni wyszli razem, dlatego mnie tak zagadałeś? – Wymierzyła oskarżycielsko palec. Przez moment przemknął mu po twarzy wyraz zakłopotania, ale zaraz uśmiechnął się czule. – Dobranoc – i już go nie było. Teraz nadeszła jej chwila. Nie mogła wprost uwierzyć we własne szczęście. – Mateczka bydzie się cieszyć, jo ji jeszcze pokoża – radowała się w myślach dziewczyna przytulając do swej zdobyczy. – Jolanta Podlaski. Ślub bydzie w sierpniu, a ta szmaciora niech se idzie do diobła – spekulowała Jolanta Mazur. 9 uda. Ogólnie we wsi mówiono gwarą, ale część młodzieży używała w miarę poprawnej Polszczyzny, szczególnie ta, która uczęszczała do szkoły. – Kochanie masz ochotę się przewietrzyć? – Kolano wcisnął jej między – Rzeczywiście. Ale gorąco, uff… – dało się słyszeć tłumiony chichot. Wyszli na spacer. Gdy znaleźli się za osłoną krzewów złapał ją w silnym uścisku, przyciskając do pnia brzozy, podniósł jej spódnicę. – Ach…..Jaka jesteś ciepła, muszę cię mieć, zbyt długo mnie kusiłaś. – Powiydz, że mie kochosz zażądała. – Szaleję za tobą! – Był już taki twardy, że chciało mu się krzyczeć z rozpaczliwego pragnienia. Rozpiął spodnie, uwalniając członka i przycisnął do krocza dziewczyny. Jej przyśpieszony oddech był za zgodę. Przez sekundę pomyślał o Justynie. Jej cnota czekała do ślubu, a on nie mógł dłużej wytrzymać, pił, a teraz już nie ma odwrotu. Nie bawiąc się w pieszczoty zdarł majteczki z okrągłej pupy i wtargnął w cudowne, pulsujące wnętrze. – Ał..! Boli.! – poskarżyła się. Ludwik, jednakże nie mógł przerwać, galopował w dzikiej namiętności, aż wytrysnął. Po chwili odsunął się od niej, wciągając spodnie. stwierdził ukontentowany. – Było mi z tobą wspaniale, szkoda, że nie spotkaliśmy się wcześniej – – Teraz, momy przed sobom całe życi, Ludwiku – wyszeptała. – Oszalałaś? Za dwa miesiące się żenię! – Po tym coś mi zrobił możesz się łożynić ino zy mnom. Terazki jo je twoja dziołcha – oznajmiła. – Ja mam już narzeczoną, ale nie ciebie. – skwitował oburzony, że w ogóle coś takiego mogło jej przyjść do głowy. – Ty, jij nie kochosz, jesteś mój, nie zostawisz mie teraz na lodzie!? – Zaczęła szlochać w nadziei, że łzy coś tutaj zmienią. – Ależ kocham. Kocham i sza-nu-ję – ostatnie słowo zaakcentował. – A, jak byda w ciąży?! Zabija, sie! Ni moga bez ciebie żyć! – krzyczała spanikowana. Wiedziała, że jeśli tym razem znów zaszła w ciążę matka jej tego nie podaruje. – Dobra, dobra, spokój, no już. Ciii. – Pomógł jej zapiąć spódnicę. – Moji majtki! Kaś je wyciepoł?! Szukej, Boże, mama mnie zabije! Już drugo! Przinajmij mie łodkludź – żebrała. 10 – Naprawdę tak późno? Leć do domu, nie mogę dłużej z tobą zostać, widzisz rano do obory. – Sprytnie się wykręcał. – Krowy trzeba doić, świnie nakarmić. Ja nie będę się wysypiał tak jak ty do dziesiątej. Nadal żałośnie pochlipywała. – Daj buziaka i już nie rycz. Ty nie nadawasz się na gospodarke, szkoda twoich rąk do roboty w oborze. Mam obowiązki wobec rodziny, jestem najstarszy. Muszę mieć babę stworzoną do roboty, a nie tylko do miłości. – Rozsądnie tłumaczył. Nigdy nie poślubiłby takiej słodkiej i naiwnej idiotki, choć musiał oddać godność jej kształtom i chętnej naturze. Wiedział jednakże dobrze, iż taka rozwiązłość u kobiet to nic dobrego. – Rozumiesz mnie, prawda? – Jo, by robiła, byłabych dobrom panią, ni możesz mnie tak łostawić po tym, co było miyndzy nami - uwiesiła mu się desperacko u szyi. – Nie chciałem być niemiły, – w jakie gówno ja się wpakowałem – przebiegło mu po głowie. Dwudziestosześcioletnia pannica powinna wiedzieć, że to tylko skok w bok, niczego jej przecież nie obiecywał. – Wieszałaś się po mnie jak suka w cieczce, wiedziałaś, że mam narzeczoną, to ty mnie opętałaś. – Ty też żeś tego chcioł! Czy jo cie zmuszała? Kaj mosz teraz te narzyczonom, co jom tak kochosz? Łostawiła cie! – Tymi słowami tylko pogłębiła wściekłość Ludwika, gdyż przypomniały mu one ile szkód dzisiaj wyrządził. – Radzę ci nie rozgłaszać wszędzie tego, że ze mną byłaś! – W tym momencie poczuł się zagrożony i już zupełnie wytrzeźwiał. – Sama sobie zaszkodzisz, jak się ludzie dowiedzą, że każdemu dajesz. Cześć. – Odwrócił się na pięcie i zniknął. – To świnia, drań, nawet nie zrobił mi dobrze. Zadowolił się i polecioł – złorzeczyła:, – co jo teraz powiem starej, a jak zrobił mi bachora? Przeklęci, panoczkowie, myślom se, że som jacyś lepsi! Matula oszczegała mie przed takimi. Ło jo nieszczynśliwo. 11 ROZDZIAŁ 2 Niedzielny poranek był dla Justyny wybawieniem. Choć nie zawsze chętnie wstawała do obory o piątej rano, tego dnia szybko się ubrała i wyślizgnęła się z pokoju, cichutko by pozwolić jeszcze pospać młodszym siostrom. Tak naprawdę to nie była w nastroju do słuchania ich paplaniny z samego rana. W sieni zderzyła się z Benkiem, swym szesnastoletnim bratem. – Zakochana, czy co? – Nie piernicz Beno, musimy się pośpieszyć, bo dziś niedziela. – Mama już doi, pewnie myślała, że po wczorajszych harcach dziś nie wstaniesz. Ukochany Ludwoszek nosił cię na rękach? – Zaczął udawać dżentelmena, który kłania się swej wybrance. Nie wzbudził w siostrze ani krzty wesołości swymi żartami. – Czy coś się stało, żeś taka markotna? – Nie, nic, po prostu jestem jeszcze zaspana. Wczorajszą porażkę wolała zachować dla siebie, czuła się zawstydzona i upokorzona tym, jak została potraktowana przez narzeczonego. Nie chciała również martwić brata, gdyż sama jeszcze nie wiedziała, co ma o tym myśleć, Benek zaś miał wyjątkową antypatię do przyszłego szwagra. Razem pobiegli do obory, Justyna zajęła się dojeniem następnej krowy, miała nadzieję, że nie widać jej rozstrojenia. – Córuś, jeżeś tam? – zawołała Marta. – Ja mamo, już dojem Krasule. – Godosz po naszymu, to zły znak. Nic mi ni mosz do powiedzynio? – A, co bych miała godać? – Justyna daremnie próbowała zrobić obojętną minę i jakby zbyt pośpiesznie zaczęła ściskać krowie sutki. – Czymuś prziszła sama? – Marta nie dała się zwieść nieporuszoną miną córki. – Wcale nie…– przerwała, gdyż na twarzy matki, ujrzała sygnał ostrzegawczy. Nie było, więc sensu kłamać. – Wytłumacz mi czymu, panna, co mo za dwa miesiące weseli, szwyndo się samiuteńko w środku nocy? Zwłaszcza, żeś pojechała z kawalerem. Godej prowde! – Nie bydzie żodnego wesela! – Coś ty powiedziała?! Taki wstyd zrobić całej rodzinie!? Chowałach cie na porządną dziołche, a ty chcesz odwoływać ślub?! Tyś chyba z byka spadła! 12 – Mamuś nie nerwuj się, niech się wygodo. – Rozsądnie przemówił Benek i wyszedł, nie chcąc krępować siostry. – Dobra, nie złość się wszystko ci opowiem. Łon już mo inną. Miżdżył się z niom na zabawie, a mnie osmolił. – Wreszcie zrzuciła to z siebie. – Co z tego? Pewnie się łożar, a ty zamiast jom odegnać to uciekłaś? – A co miałach zrobić? Spolić się ze wstydu? Skoro łoglondo się za innymi to widać mie tak nie kocho, jak wom sie zarzekoł. – Ależ dziołcho, bydź żyż mondrzejszo. – Chyba żech je gupio. Ino taki lotajom za synkami co ich nie chcom. Zawsze tak mi godałaś. – Przypomniała matce jej własne słowa. – Terazki, to już inkszo sprawa. Jak żeś je narzyczono, to je tako próba do żony, a tyś nawaliła – przekabacała córkę. Musiała ją jakoś przekonać, bo jeśli nie wyda Justyny za mąż, zmuszona będzie wysłać ją na służbę. To dla dziewczyny jedyna szansa by wyrwać się z tej straszliwej biedy, której przyszło im doświadczać już od wojny. Kiedyś wraz z mężem radzili sobie całkiem nieźle, przeżyła z nim kilkanaście dobrych lat, najlepszych, jak zdążyła to dziś ocenić. Józef był człowiekiem wielkiego serca i przede wszystkim kochał Martę. Sam fakt, że wziął ją za żonę i szanował po tym, co się zdarzyło świadczyło o jego szlachetności. Urodziła czwórkę zdrowych dzieci. Nigdy nie byli bogaci, ale jakoś sobie radzili. Niestety, zaczęła się wojna i poszedł do wojska, tam zginął. Sama musiała chronić rodzinę przed głodem, zimnem i wieloma niebezpieczeństwami, o których chciałaby zapomnieć. Będzie szczęśliwa, gdy uda jej się zapobiec niedoli biedy u swych dzieci. W czasach powojennych wielu przymierało głodem. W lutym 1945 roku mieszkańcy Borów ewakuowani byli, przez wojsko radzieckie do miejscowości położonych dalej od linii frontu, po powrocie do swych domostw zastali puste obory i spiżarnie. Nie łatwo było podźwignąć się z nędzy, szczególnie bez mężczyzny. Nauczyła się pewnego rodzaju bezwzględności. Nie dla nich amory, liczyć się musi przetrwanie. Miała powody, aby wierzyć, że Podlascy jej nie skrzywdzą, choć jak to w życiu bywa takie ryzyko zawsze istnieje. Tego jednakże nie chciała dosadnie oznajmić córce. – Mosz zostać paniom, musisz pokozać, że się na niom nadosz. Ludwik ci pszaje, ty głuptasie, jeżech tego pewno. Niedługo skończysz dziewiytnoście lot, mosz chyba już swój rozum. – Po, czym to poznać? – Mimo całej złości, której słuszności nie była już taka pewna, w głębi duszy pragnęła słuchać o widocznych oznakach miłości Ludwika do niej. 13 – Widzisz Justysiu, kie już prziszło ku tymu, czas bych ci pedziała, że po ślubie to już ni ma grzych, a właściwie byłoby nim jakbyś mu tego odmawiała. – Mamuś jo już to wiym, przecież nie jestem dzieckiem. – Teraz, jakżeś jest zarynczono nie musisz już tak fest przed nim uciekać, bo se pomyśli, żeś jest oziymbło. Wpajała córce powściągliwość, czyżby przesadziła? Dwudziestoośmioletni kawaler musi mieć wiadome potrzeby i na pewno nie może się doczekać. Pojęła przyczynę całego, jak ufała niewinnego zajścia. – Skoro to wiysz, nie bydymy już teraz się zagadywać, kończymy gibko, bo trza do kościoła – popędziła Marta ucinając temat, który uznała za wyczerpany. Zlały mleko do konwi. Wracając z obory nic nie mówiły, szły, każda zatopiona w własnych myślach. Słońce stało już wysoko, gdy we dworze Podlaskich zaczęła się gorączkowa krzątanina. – Wincek, Ludwik stowejcie wreszcie, wy lyniuchy! Krowy podojone, świnie odbyte, a wy se spicie i spicie! Do pokoju młodzieńców wpadła Franciszka Podlaski, zaczęła zdzierać pierzyny ze śpiących mężczyzn. – Ranek panek, wy lebry łoklęte! Do kościoła trza iść! – Zlituj się matuś, jak mi się chce spać – zamruczał Ludwik. – Wiysz, co synu? Jeżeś najstarszy! Niedługo się żynisz! Co to, za gospodorz, co stajni nie pilnuje?! – rzekła z wyrzutem. Nigdy wcześniej tego nie robiła. W niedzielne poranki zawsze byli zwolnieni z pracy w oborze. – Przecież dzisiaj niedziela. Wiesz, że po muzyce jestem do niczego. Na sucho, to nie mieli dużo roboty – wyjęczał półprzytomny Ludwik. – Dobry pan wszystkigo som doglądo. No, ruszać się do kościoła! Co by ludzie powiedzieli, jakbyście nie poszli? – Franciszka zawsze dbała o pozory. – Teodor już, zaprzęgo! – Zaraz po tym szepnęła Ludwikowi do ucha: – Pamiyntej, jeszcze ni mosz zapisane. – No dobra, nie pieklij się. Już wstaję. – Zareagował na ostrzeżenie matki. Ludwik, choć czasem po przepiciu, nie był w stanie normalnie funkcjonować i zdarzało mu się na kacu nie zejść do stajni, bardzo chciał zostać gospodarzem. Kochał pole i nie mógłby robić niczego innego. – Andzia przyniesie wom wody! Umyjcie się porządnie, bo śmierdzicie samą bryną! – wołała jeszcze z klatki schodowej. – Wincent wstajesz? – Rozbudzony Ludwik począł szturchać brata. 14 Ania przyniosła wodę. – Jak się masz koteczku? – powiedział do służącej. Ludwika bawiła płochliwość dziewczyny. Zwykle nie zwracał na nią uwagi, ale kilkakrotnie odnotował, że gdy tylko jakiś mężczyzna przemówi do niej czule od razu wpada w panikę. – Podejdź no tu bliżej, no…, nie wstydź się. Nie mogę go dobudzić. Może ty dasz radę? Taka śliczna z ciebie panienka. Pomożesz mi? – Ludwik nieświadom przykrości jaką sprawia Andzi naigrawał się z niej. Obecnie niespełna szesnastoletnia dziewczyna przybyła do dworu jeszcze jako dziecko, gdy podczas wojny radzieccy żołnierze zastrzelili na jej oczach ojca, który stanął w obronie matczynej czci. Kobietę i tak zgwałcono w bardzo brutalny sposób i porzucono na pewną śmierć. Andzia roztrzęsiona przybiegła do Podlaskich i tam już została. Małomówna, zalękniona, wychudzona istota zaczęła przeistaczać się w dorodną pannę. Z zaognioną twarzą podeszła bliżej, szepcząc: – Panoczku, wstowejcie jest niedziela. Trza na msze. – Andzia? Nie słyszałem podejdź bliżej. – Wincenty Podlaski otwarł jedno oko. – Spóźnicie się… – urwała, porwana przez mężczyznę do łóżka. – Puśćcie mnie to się nie godzi. – Szarpała się z plątaniną rąk i pościeli. – Puszczę, jak dostanę buziaka – żartowniś szeptał płaczącej dziewczynie do ucha. Tak zastał ich Edward, który jako jedyny z braci pracował dziś w oborze. Przyszedł się przebrać do kościoła. – Co tu się dzieje!? Andzia! Nie powinnaś być w kuchni?! – Dziewczyna zawstydzona, ze łzami w oczach, uciekła z pokoju. – Wincent, co ty sobie myślisz?! – wrzeszczał wściekle Edward. On jeden nie widział w całej tej zabawie niczego śmiesznego. – Śmierdzące pazury przy sobie! Od Andzi z daleka! – A, co może dla siebie byś ją chciał? – Wincenty nie lubił, kiedy zwracano mu uwagę. dostaniesz! – Ty świnio! Jak jeszcze raz zobaczę, że się do niej przystawiasz to – Od, kogo, od ciebie? – Zaraz muter tu przybiegnie, koguciki, przestańcie, już jesteśmy spóźnieni. Znowu Teodor będzie musiał przeganiać konie – załagodził konflikt Ludwik. 15 Nie spotkali się już tej niedzieli. Niepocieszona Justyna wypatrywała kawalera przez cały dzień, co chwilę spoglądając przez okno. – To moja wina – rozpaczała w myślach – on się rozmyślił, a może odwrócił się do tamtej? – Narzeczony wystawił cie do luftu? – Chichotały siostry. – No, już się nie smuć, poszukosz se inkszego. Biegały wokół stołu śmiejąc się i przekrzykując. Starsza, Marysia skończyła właśnie trzynaście lat, wesoła i skłonna do niewinnych psikusów, wszędzie jej było pełno. Jadwisia zaś, o rok młodsza, poważna i bardzo zdyscyplinowana. Minął pracowity tydzień, Ludwik pojawił się dopiero następnej niedzieli. Wolał pozwolić Justynie zatęsknić niż odpowiadać na kłopotliwe pytania. Gdy wszedł do sieni zaraz okrążyły go młodsze panienki. – Witej narzeczony, kaś tela czasu bywoł, że my cie tak downo nie widziały? – Miałem dużo pracy. Niedługo zatańczycie. Zobaczycie, jakie huczne będzie moje weselisko. Gdzie wasza siostra? Pewnieście ją pożarły wy smoki – zaczął ryczeć i ganiać za nimi udając, że chce je zjeść. Dziewczynki biegały wokół niego chichocząc. Tak właśnie zastała ich Marta. – Te, dziołchy jeszcze niy som na wydaniu. Musisz se poszukać starszom – zagadnęła. pannę na wydaniu? – Witam was pani Marto – podał kobiecie rękę. – Gdzie ukrywacie tę – Poszła z krowami, idź se jom poszukej – przeszyła go wzrokiem świadczącym, że wie o wszystkich jego występkach. Ludwik nerwowo przeczesał włosy, wdzięczny za brak jakichkolwiek wymówek. Spojrzenie przyszłej teściowej wystarczyło jednak za wszystkie słowa świata. Poszedł we wskazanym kierunku szukać narzeczonej. Poczuł lekki niepokój, gdyż odkąd starał się o rękę Justyny, zawsze w niedzielę w najlepszej sukience czekała na niego w domu. Te popołudnia i wieczory wyjątkowo miała wolne od wszelkich obowiązków. Wiedział, że u nich straszna bieda, cała rodzina utrzymywała się z dwóch krów, których Marcie udało się dorobić przez tych pięć lat po wojnie. Wesele wyprawiali jego rodzice, a Franciszka zgodziła się nawet zrezygnować z wiana, tak bardzo Justyna przypadła jej do gustu. Ludwik, choć żenił się z obowiązku podziwiał u narzeczonej skromność, pracowitość, oraz pociągała go niewinność dziewczyny. Obawiał się jednakże, iż głęboko zakorzeniona, przesadna powściągliwość w gestach i słowach mogą okazać się nieco nudne. Rodzice naciskali jednakże by się ożenił i ustatkował, zważywszy 16 na swe ukończone dwadzieścia osiem lat, postanowił ten krok uczynić, biorąc sobie za żonę córkę z biednego, ale porządnego domu. Martę Frysz szanowano za zaradność i pracowitość, pamiętano jak radziła sobie sama podczas wojny i nigdy nie odmawiała pomocy potrzebującym, choć sama się do nich zaliczała. Czasy nadal były ciężkie, kobieta powoli dźwigała niewielkie gospodarstwo z ruiny. Wszystkie swoje dzieci posyłała do szkoły, co było godne podziwu. Gdy przechodził front, wojska zarówno okupanta jak i wyzwoliciela rekwirowały wszelką żywność oraz zwierzęta, całe rodziny głodowały. Po wojnie wiele lat minęło zanim gospodarstwa zaczęły karmić swych właścicieli. Pola były zjeżdżone, zaminowane, wielu jeszcze później zginęło próbując orać i siać. Po wojakach zostało również kilkoro niechcianych pociech, których zgwałconym i sponiewieranym matkom przyszło urodzić i wychować. – Hej, Justyś! Dzień dobry! – zawołał z daleka. – Dzień dobry – odpowiedziała z niezwykle poważną miną, choć serce trzepotało jej jak listek na wietrze. Nie wiedziała, co ze sobą zrobić, więc jeszcze raz sprawdziła mocowanie łańcucha jednej z krów. – Teraz on powie, że to koniec – pomyślała. Nie było więcej nic do roboty, więc przestała improwizować, wyprostowała się i spojrzała narzeczonemu w oczy. – Daj buziaka, tęskniłem za tobą, za sześć tygodni będziesz moja, nie mogę się już doczekać. – Pocałował ją namiętnie w usta i odsunął się pozostawiając po tym wrażenie: oszołomienia, szczęścia, złości i straty. Wpojona powściągliwość i duma nakazywały dziewczynie stłumić żar, jaki ten gest u niej wzniecił, więc tylko stała w miejscu, nie mogąc wydobyć słowa, jakby jej ciało straciło harmonię z rozumem. – Przejdziemy się? – zapytał. Wziął ją pod rękę i poprowadził w stronę lasu. Szła sztywna jakby była kawałkiem drewna. Jedna część jej istoty czuła się słusznie obrażona, a druga zaś wszystko co złe zapominała i za wszelką cenę pragnęła romansowej miłości. Szli wolno zazielenioną młodą trawą ścieżką, każde zatopione w własnych myślach. – Justyna? – Ludwik pierwszy przerwał milczenie. – Czy ty jesteś na mnie zła? Może już mnie nie kochasz? – zadał pytanie tak jakby nigdy nic. W tym momencie walkę wygrała ta pierwsza, rozsądna część Justyny i wybuchnął z niej potok słów: – A, nie powinnam być zła?! Zabrałeś mnie na muzyke, żebym musiała patrzeć jak oglądasz się za innymi?! Wracałam sama w środku nocy, mógł mnie ktoś napaść! Wielki narzeczony! Jak śmiesz mi mówić o miłości! 17 – Do mnie masz o to pretensje? Uciekłaś, bo zatańczyłem z inną dziewczyną. Ty wiesz jak się o ciebie martwiłem? – Ludwik postanowił odwrócić kota ogonem. – Nieprawda, nawet nie zauważyłeś, kiedy wyszłam, bo byłeś schlany i tańczyłeś, a jakże – próbowała nie dać się zbałamucić, ale przypominając sobie słowa matki tak do końca nie była już pewna swoich racji. – Dobra wypiłem za dużo inaczej nie gadałbym nawet z taką. Jeśli mamy się ożenić nie możesz nigdy uciekać. Musisz zawsze być pewna, że tylko ciebie pragnę. Objął silnymi ramionami i po raz pierwszy namiętnie pocałował narzeczoną. Przez parę sekund wyrywała się, po chwili jednak całkowicie poniosły ją dotąd nieznane uczucia. Wszystko się zatraciło, cały gniew i wątpliwości odeszły gdzieś daleko, została tylko ona i obejmujący ją mężczyzna. Zupełnie zapamiętała się w pocałunku, a gdy delikatnie ręką dotknął jej pośladka była zgubiona. – Dzieci...! Jaadźkaa...! Maryysiaa..! Chodźcie na babówke! – Przezorna Marta Frysz postanowiła przerwać młodym zbyt długie sam na sam. Pierwsza na głos matki zareagowała Justyna. – Ludwik, nie wolno nam. – Z całej siły odepchnęła mężczyznę. Potem przez chwilę jeszcze tkwiła w miejscu speszona i zaskoczona własnym zachowaniem, narzeczony spoglądał na nią z źle skrywanym tryumfalnym półuśmieszkiem. Był zdumiony niebywałym odkryciem, które być może nie tak czarno wróżyło jego przyszłość jak wcześniej sądził. Ludwik wracając z zalotów spotkał po drodze Wincentego, ten namówił go na wyprawę do karczmy w Goleszowie. Od czasu zabawy, nie chodził do szynku, co bardzo cieszyło Franciszkę. Jako przyszły gospodarz ukończywszy dwadzieścia osiem lat skłoniony został do ożenku. Bez sprzeciwów udał się w zaloty do wskazanego przez matkę domu, ponieważ taki postawiono mu wymóg, co do zapisu ojcowizny. Chociaż byli jeszcze dwudziestoczteroletni Edward i dwudziestotrzyletni Wincenty, to właśnie Ludwik wychowany został na rolnika. Po jego ślubie młodsi bracia mieli szukać pracy zarobkowej. Wieczór był niezwykle ciepły, jak na ostatnie dni kwietnia, więc usiedli na zewnątrz i zrelaksowani popijali piwo. – Słuchaj. Ta dziewka od Mazurowej… – zagadnął Wincenty przerywając ciszę. – Zapomniałem jak ona ma na imię. Ej! Słuchasz mnie!? – Trącił zamyślonego brata w ramię. 18 – Co mówiłeś? – Ludwik udawał, że nie dosłyszał. Wolałby nie rozmawiać na temat tej kobiety. Na samo wspomnienie o tym, że kiedykolwiek miał z nią coś wspólnego czuł niesmak. Lubił szaleć z dziewczynami, które wiedziały czego chcą, ale nie pokroju Jolanty Mazur, córki meliniary. Oczywiście wszystkie musiały znać reguły gry. – Nie śpij! Pytałem o imię tej blondyny…No… Ta coś z nią baraszkował na muzyce. Fajne ma cycki nie? – Nie wiem o czym mówisz? – zaparł się Ludwik. – Widziałem jak migdaliliście się na zabawie – przerwał napawając oczy konsternacją brata. – Wszyscy widzieli. – Zadał ostateczny cios, po czym zrobił minę niewiniątka. – Jolanta – oznajmił beznamiętnie Ludwik. – Wcale z nią nie baraszkowałem i nigdy nie uważałem jej za atrakcyjną. Chciała hasać toż jej nie odmówiłem. Tańcowałem z wieloma, jak zawsze, poza tym, byłem pijany. – Mnie nie musisz kłamać, przecież widziałem jak lecieliście na siebie. Jakbyś mógł to wlazłbyś na nią przy ludziach. – Aż tak źle to wyglądało? – Ludwik nadal udawał niewiniątko. – Jak dla mnie, aż za dobrze – zarechotał. – Jeżeli baba cię nie obchodzi mógłbym w niej zamoczyć, jak jest taka chętna? Dobrze byłoby ją załapać. Wincenty nie należał do mężczyzn bawiących się w konwenanse. Nawet najbardziej nieprzyzwoite myśli wypowiadał prosto z mostu. Ludwik nie mógł pojąć, po kim Wincenty odziedziczył wygląd, a tym bardziej charakter. Najmłodszy był niższy i szczuplejszy od swoich braci, włosy jasne, naznaczone przedwczesną łysiną, chyba tylko niebieskie oczy łączyły ich ze sobą. – Skoro mówisz, to widocznie tak było. Przeholowałem z gorzałą. – No Ludwa, nie mów mi, że nie pamiętasz. Zbyt dobrze cię znam. Ty nigdy nie tracisz kontroli. Choćbyś wypił całe może, wiesz, co się dzieje, a jaki masz wtedy apetyt na te rzeczy. Muszę przyznać, że zawsze ci tego zazdrościłem. – Nie ma, czego. Gdy korzystasz czujesz się bosko, ale potem paskudnie. Wiesz? – Po czwartym piwie stał się mniej ostrożny. – Wielu zrobiłem sobie wrogów. – Jo ciee obronia! O popatrz no się idą dziewki! Ale mamy szczęście!– Wincenty zacierał ręce. Zdrowo podchmielony nagle stał się odważny.– Podejdźcie no tu do nas! Napijecie się piwa? – zapraszał. 19 Ludwik aż zbladł ujrzawszy, kto nadchodzi. Jola i Monika we własnej osobie. Te panny nie krępowały się dosiąść do chłopów, spacerowały w pobliżu karczmy w nadziei, że ktoś ich przywoła. – Witejcie! O, kogo my tu momy, panicze Podlascy! No Ludwik nie przedstawisz mnie swojimu bratu? – Przysiadły na ławkach, Monika obok Ludwika, a Jola przy Wincentym, ta druga bez ogródek przystawiła kufel do ust. – To jest Wincent, mój braciszek – Jola Mazur. – Ludwik niechętnie dokonał prezentacji. – Nie gniywej się, Wincynt, ale już tak chciało mi się pić – zamruczała Jolanta odkładając od ust kufel. Wypiła calutkie piwo jednym haustem. – Nie będę się gniewał, jak mi to wynagrodzisz. – A, co byś chcioł? – Wyraźnie prowokowała Winca. Ludwik przeklinał w myślach. Żałował, że dał się namówić na przyjście tutaj. – Teraz pewnie omota Winca. Już sobie wyobraża taką latawicę za bratową – zachodził w głowę, wspominając jak niedawno bezceremonialnie mu się oświadczyła. Najchętniej już w tej chwili czmychnąłby do domu, ale stwierdził, że nie może zostawić brata bez opieki. Wypili jeszcze po kilka piw, gdy dochodziła dwudziesta trzecia Ludwik pierwszy ogłosił, że czas się zbierać. – Wincynt, odkludzisz mie? – zapytała Jolanta. Na tak jawną zachętę biegiem ruszył za dziewczyną. – Jutro musimy wcześnie wstać, lepiej chodź ze mną do domu. – Starszy brat próbował ratować młodszego. Wołał jednak najpierw do jego pleców, a za chwilę już w czerń nocy. Zrezygnowany, pożegnał się i odszedł. Monika nieco urażona, gdyż miała nadzieję na towarzystwo przystojnego Podlaskiego dosiadła się do innych znajomych mężczyzn. – Dej mi, co obiecałaś! – zażądał. Z niecierpliwością pośpiesznie ciągnął Jolę w ustronne miejsce. Gdy oddalili się od domów, bez wstępów przewrócił ją na trawę i ściskając boleśnie piersi popchnął w krzaki. Następnie zdarł z niej spódnicę i bluzkę. Nie mogła się opierać tak gwałtownemu atakowi, pozostała jej tylko współpraca. Spożyty alkohol potęgował tylko nieprzyjemne wrażenie. – Jola! No! Ściągaj majtki! Szybko! Już go tu masz! – Dumny, wypchnął swój organ do przodu. 20 Wykonała polecenie i czekała na jakąś pieszczotę. Po paru sekundach zrozumiała, że gra wstępna zakończona, ponieważ za moment Wincenty Podlaski już ujeżdżał jej pulchne ciało. Wbijał się gwałtownie i wycofywał, tak jakby uprawiał seks sam ze sobą ograniczając się do własnych doznań. Jolanta spragniona rozkoszy zaczęła sama pieścić swoje piesi, dzięki temu również wyruszyła. Zapomniała, z kim jest i skupiła się tylko na tym, by dojść do celu. Po chwili i jej spodobało się to szaleńcze tempo, zapragnęła jeszcze więcej. – Jeszcze, och, jeszcze – szerzej rozłożyła nogi, Wincent sapał teraz głośno, co oznaczało zbliżający się koniec zabawy. Wyobraziła sobie Ludwika i wtedy ogień zapłonął. Ludwik zawsze jej się podobał, niestety, kiedy doszło między nimi do zbliżenia wcale nie doznała rozkoszy. – Winc…och…błagam…jeszcze…och…tak…ach…! – Wybuchnął w niej jak wulkan i padł wyczerpany. – Zejdź ze mnie – poprosiła. Teraz dopiero poczuła ciężar boleśnie przygniatającego ją ciała do lodowatej ziemi. Nie zareagował, więc Jolanta zmuszona była jakoś sama się wydostać. Wincenty chrapał w najlepsze. – Nie śpij, no obudź się! Boleśnie zdarła plecy uwalniając się spod mężczyzny. Doprowadziła do porządku swój strój i odeszła. – Widać nie pora na rozmowę o ewentualnych zaręczynach. Dzień wesela zbliżał się milowymi krokami toteż dwie przyjaciółki nie miały okazji, lub też nie potrafiły, tak jak kiedyś, rozmawiać ze sobą szczerze. Choć Helena bardzo często odwiedzała Justynę, widząc ją tak szczęśliwą i podnieconą nie potrafiła zdobyć się na to, by poinformować ją o prawdopodobnej zdradzie narzeczonego. – Tyle mam roboty, że nie wiem gdzie ręce wsadzić – Justyna niosła dwa pełne wiadra z mlekiem. – Zaczekaj! Pomogę ci! – Podbiegła do przyjaciółki. – Nie, zostaw. W jednej ręce to jeszcze gorzej. Jak chcesz możesz nanieść wody ze studni. – Helena pomogła Justynie uporać się z obowiązkami. Siedziała teraz na ławie w kuchni i czekała aż ta się umyje. Nie po raz pierwszy kolizyjne myśli zaczęły krążyć po głowie Heleny, odkąd w życiu przyjaciółki pojawił się mężczyzna straciły ze sobą 21 siostrzaną łączność. Kiedyś mówiły sobie wszystko, zwierzały się z nawet najskrytszych myśli i każda wedle własnych pragnień planowała przyszłość. Helena miała zostać nauczycielką, Justyna zaś pragnęła tylko wyjść za mąż i mieć dzieci. Choć tak różne, zawsze się dogadywały przysięgając przyjaźń do grobowej deski. – Może jednak powiedzieć? Nie, nie – to by ją skrzywdziło. Nie zrobi tego. Ciągle rozdarta, między słusznością zarówno jednej jak i drugiej opcji, zmęczona ciągłym udawaniem, nie raz nosiła się z zamiarem wyznania Justynie, co wie o grzeszkach jej narzeczonego. Możliwe, że po takiej wiadomości odwołała by nawet ślub. Czy byłaby zadowolona i wdzięczna? – Zapewne nie. Raczej wściekła i urażona. Jeśli zaś utrzyma język za zębami, przyjaciółka do końca życia może cierpieć przy niewiernym mężu, a Helena będzie mieć wyrzuty sumienia. Z drugiej strony, sama przecież, na własne oczy widziała poczynania Ludwika na zabawie, a jednak nie wyciągnęła żadnych wniosków, ani też konsekwencji. Skoro tego nie zrobiła, to widać nie chciała, lub też dokonała jakiegoś masochistycznego, niemieszczącego się w głowie Heleny wyboru. Ilekroć razem przebywały Justyna ani razu nie wspomniała o tamtej nocy, tak jakby nigdy jej nie było. Helena z trudem przyjęła, że jednakowoż musi pozwolić fortunie czynić swą powinność. Ciągle nękana wątpliwościami po raz pierwszy w życiu miała taki dylemat. Niestety ani jedna z opcji nie wypadała w efekcie, ani czarno, ani też biało. Nie potrafiła cieszyć się szczęściem Justyny, gdyż sądziła, iż jest ono fikcją. Trzymała jednak buzię na kłódkę zgodnie z wnioskiem, do którego doszła po wielokrotnych przemyśleniach. – Helka pójdziesz ze mną do krawcowej?! – Justyna zawołała przez drzwi. spodobam. – Dobrze. A będę mogła cię zobaczyć?! – Jasne! – Wymyta i przebrana usiadła obok. – Chyba mu się nie – Nie rozumiem? – No wiesz, ten materiał na suknię, to tylko najtańsza żorżeta. Helena już chciała wybuchnąć, że i tak nie jest jej wart nawet gdyby do ślubu szła w worku, ale zrezygnowała. Wcześniej, kiedy to Ludwik dopiero, co zaczął zaloty u Fryszów Justyna zwierzała się ze swoich obaw i wprost wynajdywała różne wady u kawalera. Teraz zaś niepewna własnej wartości potrzebowała o niej zapewnień. 22
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

OJCOWIZNA
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: