Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00090 007768 15914239 na godz. na dobę w sumie
O, choinka! Czyli jak przetrwać święta - ebook/pdf
O, choinka! Czyli jak przetrwać święta - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: Self Publishing Język publikacji:
ISBN: 978-83-272-3389-9 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> biznes >> zarządzanie i marketing
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Antologia opowiadań autorów z klubu Tfórca. 22 zakręcone teksty. Gwiazdka inaczej!

Całość ebooka dostępna jest jako bezpłatny fragment
Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

O, choinka! Czyli jak przetrwać święta Alfabetyczny spis autorów: 1. Ewa Bauer 2. Karolina Dyja 3. Witold Klapper 4. Anna Klejzerowicz 5. Monika Knapczyk 6. Antonina Kostrzewa 7. Rafał Kuleta 8. Krzysztof Maciejewski 9. Magdalena Mikoś 10. Magdalena Witkiewicz 11. Katarzyna T. Nowak 12. Anna Pasikowska 13. Kornelia Romanowska 14. Anna Rybkowska 15. Michał Stonawski 16. Marek Ścieszek 17. Agnieszka Turzyniecka 18. Karolina Wilczyńska Redaktor wydania: Agnieszka Turzyniecka Ilustracje: Piotr Olszówka Projekt okładki: http://www.babental.com/ Skład komputerowy: wojPRA Prawa autorskie poszczególnych opowiadań są własnością ich autorów. Wszelkie prawa zastrzeżone. ISBN 978-83-272-3389-9 Spis treści Agnieszka Turzyniecka Drogi Czytelniku ................................................................ 7 Krzysztof Maciejewski Wigilijny K. ......................................................................... 9 Anna Klejzerowicz Bielszy niż śnieg ................................................................ 13 Karolina Dyja Taki czas .............................................................................. 22 Magdalena Mikoś, Witold Klapper O, choinka! (czyli przypadki Romana G.) ...................... 29 Ewa Bauer Cud narodzin ...................................................................... 42 Krzysztof Maciejewski Jingle Bells ........................................................................... 48 Agnieszka Turzyniecka Złodziej świąt ...................................................................... 52 Magdalena Witkiewicz Wszystko będzie dobrze ................................................... 58 Anna Rybkowska Elfy są na świecie ................................................................ 64 Karolina Wilczyńska Ale on o mnie pamięta… ................................................... 70 Michał Stonawski Najcenniejszy prezent ........................................................ 75 Katarzyna T. Nowak Nie zabieraj nam Stefana ................................................... 82 5 Rafał Kuleta Iglaste tęcze we mgle z kwiecistych płatków śniegu .... 86 Marek Ścieszek Dokąd idziesz, dziewuszko? ............................................ 93 Anna Pasikowska Serce w pasterce.................................................................. 96 Katarzyna T. Nowak Wujek ................................................................................... 112 Kornelia Romanowska Gwiezdne życzenie ............................................................ 117 Antonina Kostrzewa Opowieść wigilijna, czyli Święta nie istnieją .................. 125 Ewa Bauer Polowanie ............................................................................ 140 Marek Ścieszek Dziecko ................................................................................ 151 Monika Knapczyk Niebieskie oczy ................................................................... 164 Karolina Dyja Różnice kulturowe ............................................................ 196 6 Drogi Czytelniku To już druga inicjatywa pisarzy zrzeszonych w grupie Tfór- ca. Tym razem osiemnastu znających się w większości jedynie przez Internet autorów postanowiło z okazji zbliżającego się Bożego Narodzenia przedstawić nam swoje wizje tego święta. Raz śmiesznie, raz strasznie, a raz melancholijnie ukazują nam różne oblicza Gwiazdki. Dlaczego e-book, a nie drukowana książka? Bo chcemy promować rynek polskiej literatury elektronicznej, który do- piero się rozwija. Wiele razy dyskutowaliśmy o jej teraźniej- szości i przyszłości. Ale jak wiadomo, samym dyskutowaniem jeszcze nikt niczego nie stworzył, więc postanowiliśmy na sło- wach nie poprzestać i przekuć je w eprezent, który właśnie ofiarowujemy Ci pod choinkę – O, choinkę! Wesołych Świąt! Agnieszka Turzyniecka, redaktor wydania 7 P A T R O N A T Krzysztof Maciejewski Wigilijny K. Ale mieliśmy w tym roku święta, mówię ci, istna padaka! Star- si, jak zwykle, zostawili wszystko na ostatnią chwilę, matka nie wyrabiała się z przygotowaniem potraw, ojciec zapomniał kupić choinkę, więc biegał jak pies z wywieszonym ozorem. Mówię ci – pandemonium! Na szczęście, ja miałem spokój, byli zbyt zajęci, by przejmować się dydaktyką i wychowa- niem latorośli swych nader licznych. Oczywiście, do czasu… Bo w pewnej chwili ojciec nieprzytomnym wzrokiem wyłowił moją skromną osobę z cienia, w którym wiodłem przykładny żywot małego obiboka, wyrwał w moim kierunku co sił, wy- cedził jakieś przekleństwo, którego nie przytoczę, bo jestem zbyt młody i wykrzyknął w kierunku mamy: – Stara! Zapomniałem go ubić! Lekko przerażony próbowałem znów skryć się przed jego wzrokiem, lecz było za późno, ale na szczęście, nie o mnie mu chodziło. Uświadomiłem to sobie, gdy potruchtał z tasakiem w kierunku łazienki. No, oczywiście… Ja też zapomniałem, że w naszej wannie od wielu dni pływał ten na „K”, co to nigdy nie mogę sobie przypomnieć jego pełnej nazwy. Nauczycielka mówiła nam w szkole, pamiętasz na pewno, że po kolejnej re- formie szkolnictwa, nie powinniśmy już obciążać swoich mło- docianych umysłów niepotrzebnymi informacjami. Nazywała to nawet jakimś terminem, którego zgodnie z jej wskazówka- mi nie zapamiętałem. Ale do rzeczy, opowiadałem przecież o świętach… Rodzi- ce kiedyś tłumaczyli mi, że to taka wigilijna tradycja, że poda- 9 je się zwykle tego na „K” w galarecie, że Wigilia bez „K” nie jest prawdziwą Wigilią. Co prawda, babcia kiedyś wspomi- nała, że to stosunkowo nowy obyczaj, bo doskonale pamięta czasy, kiedy tych na „K” nie było, przynajmniej w Polsce. Co do mnie, to w ogóle by ich mogło nie być, stykam się z nimi sporadycznie, świątecznie, odświętnie… I prawdę mówiąc, nie przepadam za ich smakiem, chociaż zgodnie z obyczajem, co roku zjadam kawałek. No więc, ojciec popędził z tasakiem do wanny, w której ta istota się pluskała, po chwili usłyszałem jej przerażający sko- wyt, co było rzecz jasna, złudzeniem, bo te na „K” nie mają głosu. Babcia o tym także kiedyś coś wspomniała, ale nie 10 pamiętam, o co dokładnie chodziło. Acha, za to teraz przy- pomniałem sobie, że nauczycielka mówiła o redundancji in- formacyjnej, ja to dopiero mam łeb! W każdym razie, mama zdążyła na czas z przygotowaniami, jaka z niej wspaniała go- spodyni i kucharka! Więc usiedliśmy w końcu przy świątecznym stole, sian- ko pod obrusem, pierwsza gwiazdka na niebie, kolędowanie na ekranie, no mówię ci! Siedzieliśmy w ciszy spokojnie prze- łykając zakalcowate ciasto opłatków, patrzyliśmy po sobie i oczywiście podziwialiśmy wykwintne potrawy. Na hono- rowym miejscu był ten na „K” w galarecie, który przyciągał spojrzenia całej rodziny. Wszyscy zerkali co chwilę na potra- wę, a potem na mnie. Cóż, podobieństwo było uderzające. Te same włosy, te same oczy (w przypadku tego na „K” zastygłe w galaretowatym bezruchu), ta sama budowa ciała. Nic dziw- nego, że mój widok przypomniał ojcu o tym stworzeniu w na- szej wannie. Tato pochylił się nad wielkim półmiskiem z no- żem do mięsa i jako głowa rodziny odkroił sobie, jak łatwo się domyślasz, głowę. Mama wybrała pierś, moim siostrom przy- padły w udziale udka i podudzia, a bracia rzucili się, by czym prędzej złapać rączki. Dla mnie zostały stopy. Ale zjadłem je jakoś bez przyjemności… Nie przepadam za tym daniem… Ach, ja to dopiero mam łeb! Przypomniałem sobie – chodziło o tradycyjnego, wigilijnego klona w galarecie. Jednak tradycja to ważna rzecz, mówię ci… 11 Krzysztof Maciejewski Krzysztof Maciejewski (ur. 1971 r.) – dziennikarz, recenzent, pi- sarz, którego ulubionymi zajęciami są czytanie i pisanie (miły zbieg okoliczności). Ojciec bliźniąt i osobista ładowarka elektrostatyczna dwóch kotów. Posiadacz niezliczonych regałów z książkami. Ponad wszystko nie cierpi obłudy. Publikował w wielu gazetach i czasopismach. Wyróżniony w konkursie Gildii Horroru za krótkie opowiadanie grozy. Opubli- kował zbiór opowiadań Osiem w Wydawnictwie Forma. Jego opo- wiadania znalazły się także w antologiach: City 1. Antologia polskich opowiadań grozy, City 2. Antologia polskich opowiadań grozy, Bizarro dla początkujących, Śmierć w okopach, 2011. Antologia współczesnych polskich opowiadań oraz 31.10. Halloween po polsku. Blog autorski: http://krzysztofmaciejewski.blogspot.com/ 12 Anna Klejzerowicz Bielszy niż śnieg Śnieg sypał i sypał całą noc, aż całkiem zasypał mój ogród. Gdy rano wyjrzałam przez małe, niskie okienko, zobaczyłam tylko białą puchową pierzynę, przykrywającą wszystko, nie- mal po czubki młodych świerczków, posadzonych wzdłuż ogrodzenia. Sypać przestało, ale cała ta zimna biel przyprawiła mnie o dreszcze. Szybko dorzuciłam do kominka, choć nie tylko chłód był przyczyną. Zbierało mi się na płacz. Poczułam się jeszcze bardziej samotna i zagubiona w tym nowym dla siebie i niezbyt przyjaznym świecie... Niedawno wróciłam do kraju po dziesięciu latach nieobec- ności, w dodatku po krachu dotychczasowego życia osobiste- go. Tam mi się wszystko rozsypało, tu nie zdołałam jeszcze niczego zbudować. Cud, że dostałam etat nauczyciela języka angielskiego w wiejskiej szkole gminnej, i że stać mnie było na kupno tego domku w pobliżu – wydałam na niego wszystkie pieniądze, które udało mi się przywieźć z emigracji. Mieszkałam w nim zaledwie od sierpnia. Dom był malut- ki i drewniany. Otaczał go za to spory ogród, składający się głównie z trawiastej polany i drzew. Latem był mi pociesze- niem, jesienią sycił wzrok swoimi barwami. Ale zimą... Zimą stał się całunem. Nie miałam już żadnej bliskiej rodziny ani przyjaciół. Nie miałam nawet znajomych. Sąsiedzi w wiosce ignorowali mnie, sama zresztą też nie starałam się o nowe znajomości. Wciąż czułam się tutaj obco; bezsilna i zagubiona jak liść rzucony wiatrem w przypadkowe miejsce. 13 Tymczasem dziś przypadała wigilia. Pierwsza całkowicie samotna wigilia w moim życiu. Wczoraj wycięłam z ogrodu maciupeńką choinkę i przystroiłam ją cukierkami i watą. Za- pomniałam o kupieniu lampek. Zamiast nich poustawiałam wszędzie świeczki. Z rozpędu – a może i na przekór wszystkiemu – ugoto- wałam czerwony barszcz z gotowymi uszkami i usmażyłam rybę. Na półmisek wysypałam lukrowane pierniki, kupione kilka dni temu w wiejskim sklepiku, jabłka i parę pomarań- czy. Na więcej się nie siliłam, bo i po co. W radio leciały ko- lędy, a z moich oczu łzy, których nie potrafiłam dłużej po- wstrzymać. 14 Rycząc, nakryłam do stołu w pokoju kominkowym, gdzie ustawiłam też choinkę. Biały obrus, trochę sosnowych gałązek do wazonu... jedno nakrycie. Po chwili wahania dodałam jesz- cze jedno – tradycyjnie, dla niespodziewanego gościa. Choć żadnego się przecież nie spodziewałam. Nagle usłyszałam z ogrodu stłumiony, lecz przejmujący płacz. Jakby dziecko płakało. Podbiegłam do okna, by wyjrzeć przez zaparowaną szybę. I zobaczyłam...ducha? Lecz jeśli był to duch, to koci. Kot-zjawisko. Całkiem biały, bielszy niż śnieg. Piękny. Kuś- tykał i rozpaczliwie wzywał pomocy. Żaden duch, idiotko – mruknęłam sama do siebie z przyganą. Ostatnio coraz częściej zdarzało mi się rozmawiać ze sobą. Niedobrze. To po prostu kot! Coś mu się stało w łapę, bo kuleje. Trzeba pomóc, a nie wymyślać głupoty... Narzuciłam kurtkę i wybiegłam przed dom. Kot spłoszył się i w pierwszej chwili usiłował schować się pod moim sa- mochodem, jednak na wołanie przystanął. Wpatrywał się we mnie czujnie. Wciąż do niego przemawiając, zbliżyłam się powoli i pogłaskałam go za uchem. Zaczął cichutko mruczeć. Nie usłyszałam tego, tylko poprzez gęste futerko poczułam delikatne wibracje. Poczułam też, jak szybko bije jego serce. Przednią łapkę miał mocno spuchniętą, drżał, a na śniegu zostawiał krwawe ślady. Głaskałam go tak długo, szepcząc do niego uspokajające słowa, aż pozwolił wziąć się na ręce. – Chodź, kotku – powiedziałam łagodnie – wejdziemy do środ- ka, tam jest przynajmniej ciepło. Będziesz moim gościem. Zo- baczymy, co z twoją łapką. Pewnie się komuś zgubiłeś, co?... Zabrałam go do domu, obejrzałam łapę. W poduszeczce tkwił kolec, który wyciągnęłam. Łapka krwawiła, więc przemy- łam rankę wodą utlenioną, a potem nasmarowałam specjalną maścią i zabezpieczyłam opatrunkiem. Kocur był widać mądry i domowy, bo pozwał mi na wszystko. Widocznie czuł, że chcę mu pomóc. A ja poczułam się mniej samotna. Miałam gościa! 15 – No popatrz, dobrze, że postawiłam ten dodatkowy ta- lerz dla wędrowca. Będzie w sam raz dla ciebie, bo i tak nie mam kociej miseczki. Już po godzinie opuchlizna zaczęła pomału schodzić. Kot wypił spodeczek ciepłego mleka i zasnął błogo na moim fo- telu, a ja zaczęłam przygotowywać się do kolacji wigilijnej. Trzeba było podgrzać zupę oraz rybę, zaparzyć herbatę... A jednak dręczyły mnie wyrzuty sumienia. Zwierzak nie wyglądał na bezdomnego czy porzuconego. Był czysty, za- dbany, na szyi miał nowiutką, granatową obróżkę ze złotym dzwoneczkiem. Myślałam, że przy obroży znajdę identyfika- tor z adresem lub telefonem, ale tkwiło tam tylko metalowe kółko, zapewne po nim. Identyfikator musiał wypaść, bo kó- łeczko było rozchylone. I co mam teraz zrobić?... Kot ledwo chodzi. Nie wypusz- czę go na mróz. Może ktoś go szuka, rozpacza, a tymczasem ja nie mam pojęcia, jak dotrzeć do opiekuna. Cóż. Nie moja wina. Nie będę przecież w wieczór wigilijny latać po domach i wypytywać obcych ludzi, czy nie zgubili kota!... Poza tym – no cóż, przyznaję – strasznie chciałam, by zo- stał ze mną. Widziałam, że jest smutny, osowiały, że pewnie tęskni do swoich... lecz... lecz ja też byłam, do cholery, smutna! A druga żywa istota w tym pustym domu dodawała mi sił, wnosiła ciepło i radość życia. Bardzo, bardzo pragnęłam go zatrzymać. Dość długo ze sobą walczyłam, jednak w końcu sumienie nie pozwoliło mi na bezczynność. Przypomniałam sobie, że w pobliżu mojego domu, na małym placyku przy ulicy jest tablica ogłoszeń. Wywieszę anons. Przynajmniej tyle mogę zrobić. I tak już w międzyczasie zrobiło się ciemno. Może nikt nie znajdzie mojej kartki, może nie zdoła jej przeczytać o tej porze, w świąteczny wieczór?... Choć tam akurat pali się latarnia... 16 Odblaskowym flamastrem, dużymi, drukowanymi litera- mi nabazgrałam kartkę, podałam numer komórki i uspokojo- na wróciłam do domu. Na dworze było mroźno, cicho, pusto i biało. Tylko z okien i z ogrodów migotały światełka choinek. Niektóre domy, we- randy, a nawet płoty, całe były nimi przystrojone. Zachwyci- ło mnie to. Znowu zaczęło lekko prószyć śniegiem, przez co kolorowe lampki zamieniły się w rozmyte, barwne, świetliste plamy. Zupełnie jak namalowane akwarelą. Aż zanuciłam so- bie pod nosem kolędę. Poczułam się prawie szczęśliwa, szcze- gólnie, że miałam teraz do kogo wracać. Ludzie już siedzą przy stołach. Czas i na nas. – Na pewno nikt się dziś po niego nie zgłosi. Na pewno! – wmawiałam sobie z uporem, bo chciałam w to wierzyć. Było nam razem naprawdę przyjemnie. Sama zjadłam barszcz z uszkami, on zjadł rybę. Potem włączyłam sobie te- lewizję – akurat nadawali jakąś starą komedię romantyczną – a kot mrucząc, zdrzemnął się na moich kolanach. Ogień trza- skał raźno w kominku, płonęły świece, zrobiło się ciepło, na- strojowo i przytulnie. Był już dość późny wieczór, kiedy roz- dzwonił się mój telefon... – Halo? – odezwałam się niepewnie. Jeszcze miałam nadzieję, że to pomyłka, – Dobry wieczór. Wesołych świąt. – Damski głos po drugiej stronie słuchawki także brzmiał jakby nieco niepewnie. – Podobno znalazła pani białego kotka? – Tak – ciężko przełknęłam ślinę. – To prawdopodobnie nasz kotek – kontynuowała kobie- ta. – Od rana go szukamy i przypadkiem sąsiad, wyprowa- dzając psa na spacer, zobaczył ogłoszenie. Czy on ma grana- tową obrożę? – Ze złotym dzwoneczkiem. – Znowu zachciało mi się pła- kać. – A identyfikatorka nie ma?... – Została tylko zawieszka. Pewnie zgubił gdzieś w krzakach. 17 – No tak, teraz rozumiem... Ale to z pewnością nasz Lolek! W okolicy jest jedynym białym kotem. Co za szczęście, że pani się nim zajęła, bardzo dziękujemy. Tak się cieszę... Czy nic mu nie jest? – Ma chorą łapę – powiedziałam. – Ale to nic poważnego, opatrzyłam ją. – Dodałam szybko, speszona niechęcią w swo- im własnym głosie. – Jestem pani niezmiernie wdzięczna, naprawdę. Czy mo- głaby pani podać adres? Przyślę po niego syna. I przeprasza- my za kłopot. – Żaden kłopot – odparłam z rezygnacją, głaszcząc śpiące- go kota. – Przynajmniej dotrzymał mi towarzystwa... Podałam numer domu, wyłączyłam komórkę i przełknę- łam łzy. Cóż, trudno. To przecież w końcu nie mój kot. Spełni- łam obowiązek i już. Dobrze, że wszystko skończyło się szczę- śliwie. – Zaraz ktoś po ciebie przyjdzie – szepnęłam w białe futerko – ale nie zapomnij o mnie, dobrze? Zawsze możesz znowu do mnie przyjść... Wycałowałam mokry nos i mocno przytuliłam mruczącą puchatą kulkę. Nie minął nawet kwadrans, gdy usłyszałam skrzypnięcie furtki, a po chwili dzwonek u drzwi. Koniec świąt, pomyśla- łam z żalem idąc otworzyć. W progu stał uśmiechnięty, młody mężczyzna w rozpiętej puchowej kurtce i luźno narzuconym szaliku, bez czapki, z wiklinowym transporterem w dłoni. Miał szczerą, sympatyczną twarz. – Witam, dobrze trafiłem? – zapytał, a w tym samym mo- mencie, na sam dźwięk jego głosu, kocur zerwał się z kanapy i z radosnym kocim okrzykiem, lekko utykając, lecz z wyprę- żonym ze szczęścia ogonem, wybiegł mężczyźnie naprzeciw, by czule otrzeć się o jego nogi. – Lolek! – zawołał blondyn. – Gdzieś ty bywał, kocie! A myśmy wszędzie cię szukali, powsinogo... 18 – Opatrzyłam mu łapę. Jest nakarmiony i... i wszystko jest z nim w porządku – głos mi się załamał, nie umiałam nad tym zapanować. – Nie narobił pani kłopotu? – Wcale! Jest bardzo grzeczny. I kochany. – Tak, to prawda – znowu uśmiechnął się do mnie pro- miennie. – To wyjątkowe kocisko. Jeszcze raz dziękujemy za opie- kę nad nim. To wielka radość spotkać porządnego człowieka. Pani jest tą nową nauczycielką? – Owszem – odparłam zdziwiona, że ktoś mnie tu jednak kojarzy. – Moja mama była nauczycielką w tej samej szkole. Uczyła polskiego. Kilka lat temu przeszła na emeryturę. Po śmierci ojca zamieszkaliśmy razem, bo z tej jej nauczycielskiej eme- rytury nie byłaby w stanie utrzymać domu. A to nasz dom rodzinny, za żadną cenę nie chcielibyśmy się go pozbywać... ale co ja tu plotę! Przeklęte gadulstwo. Chciałem tylko po- wiedzieć, że słyszeliśmy już o pani sporo od dzieciaków z są- siedztwa, i to same dobre rzeczy. Uśmiechnęłam się tylko, nie wiedząc, co odpowiedzieć. – To co? – facet zapakował kota do koszyka. – Proszę zało- żyć płaszcz i lecimy. – Ja? Dokąd? To znaczy, przepraszam, ale... – Nie ma ale! – roześmiał się. – Mama kazała mi nie wracać bez kota i bez pani. Zapraszamy do nas na spóźnioną kolację wigilijną. Jeszcze nie jedliśmy, bo szukaliśmy Lolka. Dopiero teraz możemy zacząć świętować. – Ale... nie chciałabym sprawiać kłopotu. – Jakiego kłopotu? Sprawi nam pani przyjemność – za- pewnił, podając mi płaszcz, który wisiał obok na wieszaku. – No i jemu też – z uśmiechem wskazał podrygujący na podłodze kosz. 19 Nawet gdybym chciała, nie mogłam odmówić. Poczułam radosne podekscytowanie. Nie byłam już sama, obca i opusz- czona. Znalazłam przyjaciół. – Jestem Lucjan – dodał. – A tobie jak na imię? – Julia... – Pięknie! Gotowa? – Zaczekaj, może ja wezmę coś... choć trochę pierników, owoce... nie mam żadnego prezentu! – tłumaczyłam się, zmie- szana. – Daj spokój. Nic nie trzeba – zaoponował. – Ty już zrobi- łaś nam prezent. No, szkoda czasu, zakładaj buty, wysokie, bo śniegu napadało, i lecimy! Mama czeka z kolacją... A tymczasem śnieg zaczął sypać na nowo, wielkimi, bez- szelestnymi płatkami. Lecz mnie to już nie przerażało. 20 Anna Klejzerowicz Pisarka, publicystka, fotograf, redaktor. Gdańszczanka. Autorka dwóch zbiorów opowiadań z cyklu: Złodziej dusz. Opowieści niesa- mowite; powieści kryminalnych: Sąd Ostateczny, Ostatnią kartą jest Śmierć, Cień gejszy; opowiadań w antologiach zbiorowych, a także licznych tekstów prasowych – beletrystycznych i publicystycznych. Przez wiele lat współpracowała także z teatrem Atelier im. Agnieszki Osieckiej w Sopocie jako fotograf i redaktor publikacji teatralnych. Strona prywatna Anny Klejzerowicz: www.annaklejzerowicz.pl 21 Karolina Dyja Taki czas Jakoś sobie radziła. Nauczyła się nie zwracać uwagi na śnieg, świąteczne ozdoby, bajkowe centrum miasta. Robiła jakieś drobne porządki, udawała, że jest dobrze. Uśmiechała się miło i życzyła wszystkim wesołych Świąt. Dzisiaj siedziała w kuchni. Popijała trzecią kawę i paliła papierosa, starając się nie zwracać uwagi na wszechobecny bałagan. Z mieszkań sąsiadów dobiegały najróżniejsze od- głosy: ktoś piekł ciasto, ktoś mył okna, ktoś wybierał się po choinkę... To wszystko było dalekie i obojętne, bo jej nie do- tyczyło. Zupełnie jakby ktoś wyrzucił ją z normalnego świata, skazując na nieustanne przyglądanie się garstce beztroskich szczęśliwców. Ludzie wokół niej wydawali się odlegli o całe lata świetlne. Jakby należeli do innego rodzaju. Cóż. Są równi i równiejsi. Niektórzy mogą cieszyć się ra- dosnym czasem, a niektórzy muszą milczeć, konsekwentnie udając ślepych i głuchych. Sprawiedliwość znajdziemy tylko w słowniku. Jeśli ktoś myśli, że jest inaczej, jest w błędzie. Ży- cie szybko i bezlitośnie wytknie mu naiwność. Czuła się gorsza. Ułomna. Zmęczona i zniechęcona. Jak co roku zresztą. Znowu nie gotowała, bo po co tracić czas na wymyślne potrawy tylko dla siebie. Kupiła dwa kawałki byle jakiego ciasta, bo przecież każde jest dobre. O prezentach nie pomyślała, bo nie miała komu ich dać. Nie ubrała nawet cho- inki – nie mogłaby patrzeć na nią bez łez w oczach. Chodziła po pustym mieszkaniu, ścierała kurz z półek, przestawiała ukochane bibeloty i płakała. Z żalu, bo znowu 22 czuła się samotna aż do obłędu. Tęskniła za prawdziwymi świętami. Tak zwyczajnie, po ludzku. Kiedyś, dawno temu, też przeżywała Boże Narodzenie w szczególny sposób. Miała córkę bez końca wyśpiewują- cą kolędy, męża, który żartobliwie się z nią przekomarzał, wspólne strojenie choinki, prezenty chowane na szczycie sza- fy, zawieszane na drzewku cukierki... Teraz nie było męża, dziecka, wspólnego świętowania. Rodzina się rozpadła, córka dorosła, a ona nie miała dla kogo piec, gotować i kupować prezentów. Na dobrą sprawę nie po- trzebowała nawet opłatka. Z kim miałaby się nim podzielić? Ze swoim odbiciem lustrzanym? Co roku roztrząsała to wszystko jeszcze raz. Może, gdyby się bardziej postarała, dbała o niego, zauważała, jaki był dobry i wyrozumiały... Może, gdyby doceniła i nie szukała nie wia- domo czego... Może, gdyby była mądrzejsza... Bolało. Zawsze bolało, bo nie miała na kogo zrzucić chociaż części winy. „Dość!”, pomyślała, poprawiając włosy przed lustrem, „Przestań, idiotko! Po prostu przestań myśleć!”. Album ze zdjęciami sam znalazł się w jej ręku. Nie wie- działa, jak to się stało, że położyła go na wierzchu... Powoli zaczęła przeglądać zdjęcia. Okruchy szczęścia, wspomnienie czasu, kiedy wszystko było... Było jakieś. Nie piękne, to zbyt górnolotne, ale na pewno mniej skomplikowane. Kiedyś powiedzieli sobie, że teraz, właśnie teraz wszystko się odradza. Bzdura, banał i komunał. A oni w to wierzyli... Boże Narodzenie. Kilka dni wyróżnionych w kalendarzu i w sercu. Taki czas, że wszystko się odradza: ludzie sobie wy- baczają, są dla siebie milsi, znajdują chwilę na rozmowę i dzie- lą się swoją radością. Oni też powinni świętować, cieszyć się, spędzać czas ra- zem. Jak każda rodzina, tak normalnie. Tylko czy cokolwiek było tu jeszcze normalne? 23 Stała przy oknie, bezmyślnie przypatrując się wirującym na wietrze płatkom śniegu i rozkołysanym gałęziom drzew. Gorzko myślała, że nie tak miało być. Chciała, naprawdę chciała, żeby coś się zmieniło, poprawiło. Wiadomo, co bru- kują dobrymi chęciami. Skończyło się jak zwykle: kłótnią o nic i trzaśnięciem drzwiami. Nawet nie potrafiła zmierzyć się z tym, co wywołała. Ucie- kła przed nagłą pustką i pełnym pretensji spojrzeniem córki. Chodziła tam i z powrotem po pokoju, usiłując sobie wszystko poukładać. Co mu powiedzieć, kiedy już wróci? Przez moment już chciała dać sobie z tym wszystkim spo- kój, skończyć to, po prostu odejść. A jednak coś ją tu ciągle trzymało. Cichy głos sumienia podpowiadał, że prawdziwa miłość nie oznacza wiecznej sielanki; czasem można ją znaleźć w nielubianej pościeli w paski, porannej kawie i tym nudnie dobrym mężu, który wszystko wybacza. Coraz częściej było jej żal tylu wspólnych lat. Może da się jeszcze cokolwiek ura- tować? Drzwi uchyliły się z cichym skrzypnięciem. Nie odwróciła się. Bała się spojrzenia tych przenikliwych oczu, które chodzi- ło za nią wszędzie. Nie zareagowała nawet wtedy, kiedy podszedł do niej i delikatnie objął. Poczuła nagłą złość, denerwował ją ten czu- ły gest. Dlaczego zawsze musiał być taki kochany, dobry, wy- rozumiały i... potwornie nudny? „Nie mam normalnych, ludzkich uczuć”, pomyślała z go- ryczą. Złość przeszła tak szybko, jak się pojawiła. Nieoczeki- wanie nawet dla samej siebie, przylgnęła do niego. – Gdzie byłeś? – Szepnęła z wyraźną pretensją. – Bałam się o ciebie. Kiedyś po prostu nie wrócisz... Nie kłamała. Naprawdę się bała, że już niczego nie wyja- śni, nie powie. 24 – A nie chcesz tego? – Przerwał jej z widoczną irytacją. Jemu też było ciężko. Ona gryzła i drapała, on milczał i znosił. Ona szukała odmiany, on czekał. Bardzo go zraniła, on wszystko wybaczył. Nie poskarżył się nawet słowem na to, że karała go za nic, chociaż tak bardzo ją kochał. Westchnęła cicho, zarzuciła mu ręce na szyję i pocałowała. – Jesteś głupi – wyszeptała między jednym, a drugim poca- łunkiem. – Kocham cię. Mogę się z tobą kłócić nawet tysiąc razy dziennie, ale nigdy nie będę chciała, żebyś odszedł. Rozumiesz? Dziwne to było „przepraszam”, ale nie umiała inaczej. Przecież nigdy nie przepraszała. Nie umiała przyznać się do błędów. To on pierwszy wyciągał rękę na zgodę, nawet jeśli nie zawinił. – Co ci się stało? – Ugryzł się w język o sekundę za późno. Zmarszczyła brwi. Przez chwilę milczała, jakby ważyła słowa. – Nie lubię się z tobą kłócić – wyszeptała łagodnie. – Zwłaszcza teraz... Bo wiesz... Teraz jest taki czas, że wszystko się odradza. Absolutnie wszystko. I ja chcę, żeby między nami też było lepiej. Tak po prostu. – Będzie – obiecał. – Ja też cię kocham, wiesz? Teraz, po prawie trzech latach, chciało jej się z tego wszyst- kiego śmiać, chociaż byłby to raczej śmiech cyniczny. Wielka Prawdziwa Miłość okazała się pomyłką, mąż nie wytrzymał i odszedł, a córka nie potrafiła wybaczyć błędu. Od prawie trzech lat święta wyglądały tak samo. Łzy popłynęły, zanim zdołała je powstrzymać, ale nie miała zamiaru ich ocierać albo udawać, że nie płyną. Nikogo tu nie ma. Nikt nie zobaczy tej chwili słabości. Raz do roku to i księdzu wolno... Telefon. Widocznie zapomniała go wyłączyć. Odebrała najzupełniej odruchowo – przywykła już do bycia na każde zawołanie kogokolwiek. 25 Głos, który usłyszała po drugiej stronie linii sprawił, że słuchawka prawie wypadła jej z ręki. – Wiem, że nie będziesz zadowolona – znajomy, spokojny i nawet radosny ton sprawił, że trzęsła się jak chora na febrę. – Mimo wszystko stary nudziarz ośmiela się złożyć ci życzenia. – Dlaczego...? – Nie dokończyła. Nie mogła. Roześmiał się pogodnie. – Uwierz, że to taki czas, że wszystko się odradza... Gdyby przypadkiem znalazł się w pobliżu, chyba rzuci- łaby się mu na szyję. Pamiętał o niej i o tych słowach, które miały być początkiem zupełnie nowego rozdziału. – Dziękuję – szepnęła zdławionym głosem. – Ty nawet nie wiesz jak... – Wiem. Wesołych Świąt, moje serduszko. 26 Karolina Dyja Urodzona w Wejherowie, rocznik ’93. „Książkowy potwór”, pasjo- natka historii (szczególnie XVII wieku), oraz polityki w wydaniu na- szych wschodnich sąsiadów. Pisze powieści i opowiadania obyczajo- we oraz dramaty „o lekkim zabarwieniu politycznym”. Jeden z nich – Uwaga, pani polityk za kierownicą! – ukazał się w czerwcu 2011 roku w wydawnictwie RW2010. Link do utworu: http://www.rw2010.pl/go.live.php/PL-H6/przegladaj/SODY- 3D/uwaga-pani-polityk-zakierownica.html?title=Uwaga, 20 pani 20polityk 20za 20kierownic C4 85! 20 ref=28 27 28 Magdalena Mikoś Witold Klapper O, choinka! (czyli przypadki Romana G.) W sumie wszystko zaczęło się od mojej Starej, jak któregoś dnia przez przypadek zajrzała do kalendarza. A może to nie był przypadek – wszak baby są nieprzewidywalne i równie dobrze mogła to być od dawna zaplanowana akcja dywer- syjna. Taka z premedytacją. W każdym razie Stara wczytała się w ten francowaty kalendarz i stwierdziła, że wkrótce będą Święta. Tak, Święta. Takie przez duże „Ś” na początku. No i się zaczęło. A raczej skończyło. Baba zabrała mi pi- lota od telewizora i zamiast oglądać moje ulubione Discovery (w przerwach między produkcją bimbru a jego konsumpcją), zostałem zagoniony do roboty. W tym wypadku do konkret- nej, szczególnej roboty… – Nawet mi się nie pokazuj bez ładnej choinki, zramolały leniu jeden!! I ma być zielona, zrozumiałeś?! ZIELONA!!! No to założyłem moje gumofilce, kufajkę i ulubioną czapkę uszankę, wziąłem siekierę i ruszyłem w las czegoś jej poszu- kać. Czegokolwiek, byleby już nie krzyczała. Przed wyjściem zajrzałem jeszcze do piwniczki i zabrałem na drogę flaszkę bimbru. Ot, tak na wszelki wypadek. Wszak strzeżonego i Pan Bóg strzeże, prawda? Znalezienie odpowiedniego drzewka zajęło mi prawie dwie godziny. Tak mi się wydaje, bo zegarka nie noszę, od- kąd mi wpadł do sławojki, jak po papier sięgałem. Znaczy 29 po gazetę, bo Stara oszalała ostatnio na punkcie recyklingu. W każdym razie wpadł i już nie wrócił. Szkoda, bo dobry był. Poniemiecki. Ojciec go na jakimś Szwabie zdobył, jak Berlin szturmował. A może to były Studzianki? Nie ważne. Zwykle moja bardzo silna wola pozwala mi na nie otwie- ranie flaszki bimbru przez godzinę. Jak znalazłem odpowied- nią ZIELONĄ choinkę, w butelce została raptem połowa dro- gocennego płynu, więc to musiały być co najmniej te dwie francowate godziny. Jestem tego więcej niż pewien. Zakasałem rękawy i zacząłem ścinać drzewko. Byłem już w połowie, gdy nagle za plecami usłyszałem dziwny, niski głos: – Przepraszam, którędy do Betlejem? Opuściłem narzędzie i się obejrzałem. Za mną, w śniegu stał… Osioł. Prawdziwy, najprawdziwszy osioł. Miał cztery ko- pyta, ogon i głupi ryj. Znaczy łeb, znaczy… Cokolwiek, co tam osły z przodu mają. W każdym razie było głupie i patrzyło na mnie z zaciekawieniem. – No, do Betlejem. Miasto takie, na wschodzie. – Dodał po chwili, widząc moje zaskoczenie. Szybko spojrzałem na etykietkę na butelce, sprawdza- jąc, czy wychodząc z domu czegoś nie pomyliłem. Ale nie. Wszystko było w porządku. Zacier odpowiedni, data się zga- dzała. A więc skoro to nie wina bimbru, to… – Ty gadasz? – spytałem z rosnącym zdziwieniem, celując na wpół pustą butelką w zwierzę. – No, tańczyć nie będę. Co ja Cichopek z Tańca z gwiazda- mi jestem, czy co? – Ale… Ty gadasz! – To już nie było pytanie, lecz stwier- dzenie. Miałem przed sobą najprawdziwszego gadającego osła. Jezu Chryste! Białe myszki to bym jeszcze zrozumiał… Ale osła?? Za jakie grzechy?? 30 – No, gadam, gadam. Dzisiaj przecież jest Wigilia, nie? No to gadam. To powiesz mi, którędy do Betlejem? – Ale… Co ty tu robisz? – Kolejne pytanie ledwo przeszło mi przez gardło. Nadal byłem w szoku. Na wszelki wypadek łyknąłem sobie z flaszki potężnego strzała. Tak dla kurażu. Wszak nie co dzień zdarza się rozmawiać z osłami gadającymi ludzkim głosem. – Zabłądziłem. W giepeesie baterie od mrozu szlag tra- fił, a Gwiazdy nie widać, bo się zachmurzyło. No, same kło- dy pod nogi, mówię ci… To wiesz, gdzie to Betlejem jest, czy nie? Zastanowiłem się. Najbliższe wsie na pewno nazywały się inaczej. Na Discovery był kiedyś program o tym całym Betle- jem, ale wtedy jakoś byłem zajęty zacierem, więc mi umknęło, gdzie ono leżało. No szlag by to trafił… Nagle przypomniałem sobie, że w Leśnych Odpadkach (wioska taka większa, parę kilometrów dalej) był kiedyś bar, co się nazywał właśnie „Be- tlejem”. Może o to chodziło temu osłowi? – No, wiem gdzie to jest – odparłem. – Ale nie masz tam już po co iść. Potężne zdziwienie pojawiło się na pysku zwierzęcia. – Jak to… Nie mam…? – Stary, już po wszystkim. Tam już nie ma nikogo. – Mach- nąłem ręką. – Nalot był i zamknęli wszystko. CBŚ, antyterro- ryści, Policja… W gazetach o tym nawet pisali. Ponoć tam ja- kaś melina była czy dziupla.. Osioł stał jak oniemiały. Szokująca wiadomość pomału docierała do jego świadomości. – Chyba stajenka… – poprawił cicho z rosnącym przera- żeniem. – No jakoś tak. W każdym razie ktoś sypnął i pozamykali wszystko w cholerę. – Wszystko? – próbował się upewnić osioł. 31 – Absolutnie. Pokazałbym ci nawet gazetę, ale… Jakby to powiedzieć, uległa recyklingowi. – Wierzę ci… – odparł smutno zwierzak, po czym zwiesił łeb i zaczął płakać. – Wszystko na nic… I po co ja tyle szedłem? Wiedziałem, że tak będzie. Pewnie baterie w giepeesie nie były alkaliczne i to dlatego. Bez sensu… I co ja mam teraz zrobić? No co? – Masz, strzel sobie łyka – wypaliłem pierwsze, co mi przyszło na myśl, podsuwając osłowi butelkę prosto pod pysk. Ten spojrzał na mnie smutno, po czym pociągnął potęż- nie z gwinta. Myślałem, że mi cały bimber wychleje, ale na szczęście trochę zostawił. – Dobre… – odparł. – Tylko nie wiem, czy ja mogę takie coś pić, bo wiesz, mam słaby żołądek i w ogóle jak coś, to mnie zacznie zaraz boleć. Albo jeszcze… – Roman jestem – wtrąciłem wyciągając rękę, zanim skoń- czył swój długi monolog. – Giewont Roman. Osioł popatrzył na mnie przez chwilę, po czym klepnął ją swoim kopytem. – Zenon, miło mi. Usiadłem koło niego na jakimś wystającym ze śniegu ko- rzeniu. – Nie przejmuj się, stary, może nie jest tak źle? – Jak to nie jest? Przecież to był cel mojego życia. Dotrzeć tam w tej szczególnej chwili i uczestniczyć w tak ważnym i podniosłym wydarzeniu, a ty mi mówisz nagle, że to koniec? Że nie mam po co dalej iść? I co ja mam teraz zrobić? – Osioł westchnął głęboko i ponownie zaczął jęczeć i biadolić. Zastanowiłem się przez chwilę. Po jaką cholerę w środku zimy łazić po kolana w śniegu do jakiegoś podrzędnego baru, który i tak okazał się być dziuplą. Przepraszam – stajenką, oborą, komórką, czy jak to tam ten zwierz powiedział. Byłem 32 tam zresztą kilka razy i muszę powiedzieć, że nic ciekawego tam nie było, naprawdę… Piwo też mieli marne. – Oj tam, oj tam… – Poklepałem zwierzaka po grzbiecie. – Nie becz już. Nie teraz, to kiedy indziej. Będziesz jeszcze miał to swoje Jeruzalem. – Betlejem – poprawił Zenon. – No właśnie, Betlejem. Słuchaj, szkoda czasu na jęczenie. Wigilia dzisiaj. Chodź do mnie, to coś przekąsimy, bo tu wi- dzę, że butelka już pusta. Zenon spojrzał na mnie i pociągnął nosem. – Zapraszasz mnie do siebie? Na Wigilię? – zapytał z nie- dowierzaniem. – No, ale jak to tak? Przecież będę ci tylko przeszkadzał i w ogóle… Po za tym ja nie jadam wszystkiego, bo mam słaby żołądek i do tego kopytko coś mnie zaczyna boleć, o tu… Widzisz? – Wiesz, Wigilia to taki czas, że zagubionemu wędrow- cowi trzeba pomóc, a ty biedaku ewidentnie jesteś zagubio- ny. Więc powinienem cię poratować. Tylko musimy na moją Starą uważać, bo to cholera jedna i kto wie, jakby cię potrak- towała. Osioł wytrzeszczył oczy. – To może jednak… – Spokojnie. Nie bój się. Pójdziemy do mojej małej piw- niczki. Spodoba ci się tam, mówię ci… – Myślisz? – No, ba! Na miejsce udało się dotrzeć bez problemów. Chyłkiem wślizgnęliśmy się do piwniczki, tak, aby Stara nic nie zauwa- żyła. Gdy tylko weszliśmy do środka, zapaliłem światło i po- kazałem Zenonowi moją małą kolekcję. – Jasny gwint! – Osioł aż gwizdnął z zachwytu, widząc półki pełne równo poukładanych butelek z bimbrem. – I to wszystko ty zrobiłeś? – zapytał z niedowierzaniem. 33 – Ano, ja. – Przytaknąłem ucieszony. – Patrz, każda ma etykietkę, z jakiego zacieru i kiedy zakorkowana. Wiesz, tak, żeby było profesjonalnie. – No, stary… Jestem pod wrażeniem. Zwierzak usadowił się na małym krzesełku na środku piwnicy, ja tymczasem pełen dumy podszedłem szybko do regału i zacząłem grzebać między butelkami. W końcu kilka z nich wyjąłem i postawiłem na stole koło Zenona. – Proszę bardzo. – Eeee… Nie za dużo ich? – zapytał zdziwiony osioł. – No, co ty. Wigilia jest, to dwanaście potraw musi być, nie? Zenon zastrzygł uszami, po czym odparł: – No niby tak… Ale wiesz, różnych. – Przecież są różne! – Pokazałem etykietki. – Patrz – ten ma dwa miesiące i jest… – Dobra, dobra… wierzę ci, wierzę… Ale wiesz, jak to ma być tak oficjalnie, to jeszcze jakimś opłatkiem by się trzeba było chyba połamać… I w ogóle stół jakoś nakryć i kolędy… O cholera, tego nie przewidziałem. Skąd ja mu teraz opłat- ki wezmę? Niby Stara na górze tam coś miała. Z zeszłego roku chyba jeszcze. W każdym razie, wiem, że były. Ale teraz się do nich nie dostanę. Trzeba było wymyślić coś innego. Nagle coś mi się przypomniało. Podszedłem do jednej z szafek i wy- ciągnąłem z dumą mały przedmiot, po czym postawiłem go na stole. – Musztarda?? – zdziwiony osioł wybałuszył oczy. – Przepraszam, ale nic innego nie mam. A kolęd mało co znam. Za to jak chcesz, to mogę ci zaśpiewać coś partyj… par- tri... Coś innego – odparłem, po czym zaintonowałem najład- niej jak umiałem – „Wszywyli uani fodokienko”. – Eeee… Może jednak pozostańmy przy kolędach, wiesz? Albo nie, otwórz… Znaczy… Rozpocznijmy pierwsze da- 34 nie. Mnie kopytkami będzie ciężko ten korek… Więc jakbyś mógł… Spojrzałem z wyrzutem na Zenona. Myślałem, że doceni moje starania wokalne, powie jakiś komplement, albo jeszcze lepiej – dołączy się do śpiewu. Niestety… Ale czegóż można oczekiwać od osła… Za to propozycja rozpoczęcia wieczerzy wigilijnej była niezwykle kusząca, więc czym prędzej otwo- rzyłem pierwszą butelkę. A potem drugą… Trzecią… Czwartą… I piątą… Przy szóstej osioł był już nieźle wstawiony. Do tego cza- su dowiedziałem się, jak uniknął przerobienia na kabanosy i salami, jak brał udział w rajdzie Paryż – Dakar, przepłynął samotnie Atlantyk, skakał na spadochronie, służył w brytyj- skich siłach specjalnych jako tajny agent oraz odbijał irańską ambasadę w Londynie z rąk terrorystów. Ale to było dawno. Potem przeszedł w stan spoczynku i jakiś czas temu dowie- dział się, że w Betlejem jest oferta pracy dla emeryta. – Na pół etatu, co prawda, bo drugą połówkę ma wół, ale jest. Praca nawet spokojna, niemęcząca – przy klimatyzacji – wyjaśnił pomiędzy daniami. – I za to ci płacą? – No właśnie nie płacą, bo wychodzi, że to już nieaktual- ne. Zresztą ja już sam nie wiem. Szliśmy do Betlejem większą grupą – ja, wielbłądy i ten wół. Ale przyszła śnieżyca i się zgu- biłem po drodze. A potem ten głupi giepees przestał działać. Ja wiedziałem, że tak będzie. W ogóle to wszystko było bez sensu. Trzeba było w domu zostać, a nie łazić gdzieś jak osioł! Zenon złapał flaszkę i jednym haustem skonsumował pra- wie pół. Przeraziłem się, że dla mnie nic nie zostanie i całą tę tradycję szlag trafi, ale na szczęście tak się nie stało. Na wszel- 35 ki wypadek przysunąłem butelkę bliżej siebie i sam co nieco upiłem. – Oj tam, nie becz. Zenon pociągnął nosem. – Jestem do niczego… Humor poprawił mu się dopiero przy siódmym daniu. A raczej praktycznie pod jego koniec. Mniej więcej w mo- mencie, gdy udało nam się dojść do tego, że bar „Betlejem” z Leśnych Odpadków nie jest tym Betlejem, do którego zdążał osioł. Jak zwykle wyszło to przez przypadek. W każdym ra- zie podekscytowany zwierzak prawie rozbił z radości flaszkę a potem próbował wstać, co przy ilości wypitego bimbru nie było takie znowu łatwe. – O, cholera. – Osioł w końcu podniósł się z miejsca i za- czął energicznie oblizywać szary pysk. Jakoś żałośnie to wy- glądało. – Masz może miętówkę? – Wiśniówka to by się może znalazła, ale miętówki w tym roku nie robiłem – odparłem, przyglądając mu się z niepokojem. Czyżby mu zaszkodziło? Potraw jednak trochę się uzbierało... – A cukierki miętowe albo gumę do żucia?! – wycharczał Osioł. – Rozumiesz, moja praca w Betlejem polega na chucha- niu... Podrapałem się w głowę. W takim stanie to on tam wszyst- kich zachucha na śmierć. – No, to faktycznie masz problem – rzekłem ze współczu- ciem i poklepałem kłapoucha po grzbiecie. – Mówię ci stary, rzuć tę robotę. Ekscytacja Zenona opadła na chwilę. Zwierzak siadł z po- wrotem na krześle. Znaczy za trzecim razem dopiero, bo wcześniej jakoś tak nie bardzo mu się udało w nie trafić, ale w końcu, jak to mówią „orzeł wylądował”. Nawet wydawało mi się, że zauważyłem coś na kształt telemarku. 36 – A miało być tak pięknie – jęknął smutno osioł, kładąc łeb na blacie. – Nawet do Egiptu mieliśmy jechać... Chciałbym zobaczyć piramidy... – Daj spokój. Tam są teraz sami… turyści i terroryści. – Wypowiedzenie tych ostatnich, dość skomplikowanych słów kosztowało mnie sporo wysiłku. Aż się spociłem normalnie. Sięgnąłem więc szybko po ósme danie. – Lepiej opowiadaj dalej. Nagle usłyszałem dyskretne pukanie w szybę i spojrzałem w tamtym kierunku. W oknie zamajaczyła jakaś dziwna po- stać. Zwróciłem się do osła. – A to kto znowu? Renifer świętego Mikołaja? Osioł skinął łbem w stronę okna, omal się nie przewraca- jąc. Jego mętne spojrzenie wyostrzyło się w jednej chwili. – Nie, to wielbłądy Trzech Króli! Jestem uratowany! Przeraziłem się nie na żarty. Na Discovery mówili o tym, ile taki wielbłąd może wypić. A tu od razu trzy garbusy! Im starczy na miesiąc, ale ogołocą mi piwniczkę jeszcze przed Sylwestrem. W mojej głowie włączył się alarm – ratować swo- je skarby przed tymi opojami! Miałem właśnie wstać, gdy Zenon zatrzymał mnie kopyt- kiem. – Nie martw się, oni tylko wpadli po mnie – uspokoił mnie. Następnie skierował się chwiejnie ku wyjściu. – Wybacz, kolego, ale muszę iść. Obowiązki wzywają. Dzięki za kolację! – powiedział, po czym zniknął w drzwiach. Siadłem ponownie przy stole, po czym dokończyłem ósme danie. Przecież nie mogłem dopuścić, aby się zmarnowało. Po- dumałem chwilkę, po czym w końcu wstałem i poszedłem do domu. Stara pewnie zaczęła się już martwić, czemu tak długo nie wracam. Ledwo przeszedłem próg, gdy spostrzegłem swoją babę z jakąś patelnią w ręku. Ewidentnie czekała na mnie i nie była 37 zadowolona. Jasny gwint, tylko żeby nie poznała, że coś tam popiłem. Zebrałem się w sobie, zmobilizowałem i wydusiłem z siebie najbardziej słodko jak potrafiłem: – Szsześść kochaaniee… – Po jej minie wywnioskowałem, że chyba mi to nie wyszło, tak jak miało. A tak się starałem… – No, ładnie… A drzewko gdzie? To było podchwytliwe pytanie. Na szczęście byłem na nie przygotowany. – Naa zewnąszszsz… Juszsz przynoszszę… Myślała, że mnie zaskoczy, ale byłem sprytniejszy. Wra- cając z Zenonem z lasu, o mało co nie zapomniałbym zabrać drzewka, ale przypomniałem sobie o nim w ostatniej chwili i z pomocą nowego znajomego przytargałem je do piwniczki. Szybko (choć w moim obecnym stanie, było to pojęcie bar- dzo względne) przyniosłem choinkę i pokazałem Starej. – Łaaallaaa! – powiedziałem z dumą, prezentując moją zdobycz wojenną. Myślałem, że baba doceni jakoś mój wysi- łek, powie coś miłego albo pochwali, ale chyba się przeliczy- łem. – Cztery godziny spóźnienia, nierobie jeden! I znowu coś piłeś!! Stanąłem najprościej, jak umiałem. Całe szczęście, że wciąż trzymałem się choinki, więc miałem nieco ułatwione zadanie. – Nigdy w szczyciu, kochanie… Pszszecieszsz wieszsz, szsze nie piję… – Piłeś, nie piłeś – odparła żona – ale choinkę za to ubie- rzesz. Ja nie mam czasu, bo pierogi trzeba skończyć lepić! – powiedziała stanowczym głosem, po czym znikła w czelu- ściach kuchni. Jasny gwint. Ubrać choinkę. To akurat była jedna z tych rzeczy, jakich nigdy nie lubiłem. Pędzenie bimbru było cie- kawsze. Po za tym na Discovery nigdy nie widziałem progra- 38 mu o tym, jak to zrobić. Wiedziałem, że mają być jakieś ko- lorowe ozdóbki i światełka. Pomyślmy… Kolorowe ozdóbki i światełka… Po chwili znalazłem sporą kupkę różnobarwnych pisemek dla kobiet, które były zbyt śliskie, by nadawały się do recyklin- gu. W ruch poszły nożyczki i taśma klejąca i po chwili miałem już dość pokaźną kolekcję ozdóbek. I to jak najbardziej kolo- rowych. Na moim ulubionym kanale leciał kiedyś program poświęcony origami, więc wiedziałem, jak je wykonać. Nie wiem, czy gwiazdka z częścią twarzy Wojewódzkiego oraz napisem „Mam ochotę udusić …” była najbardziej pożądaną dekoracją bożonarodzeniową, ale obok był kawałek dekoltu Kingi Rusin i to akurat mi się bardzo podobało. Kiedy skoń- czyłem robótki ręczne umiejscowiłem choinkę na trójnogu, po czym zacząłem wieszać przygotowane wcześniej ozdoby. Ostrożnie wspiąłem się na taboret, bo po wieczerzy moje po- czucie równowagi stało się nieco chwiejne, niemniej obyło się bez wypadku i choinka została owinięta łańcuchem sklejonym z przepisów na potrawy świąteczne. Wkrótce skończyłem. Te- raz trzeba było zamocować jakieś światełka. W kredensie było trochę świeczek, na wypadek gdyby znowu prądu nie było, więc szybko po nie poszedłem i zacząłem instalować na gałę- ziach. Stara pęknie z zachwytu jak zobaczy drzewko. Takiego jeszcze w domu nie było. Kiedy wszystkie pozaczepiałem wy- ciągnąłem zapałki. Jeszcze tylko ostatnia rzecz i można wo- łać babę. Niech zobaczy, że jeszcze potrafię coś dobrze zrobić. Zapaliłem pierwszą świecę. Potem drugą i trzecią. A potem chuchnąłem, aby zgasić dopalającą się zapałkę… Najbliższa gałąź w jednej chwili stanęła w ogniu. Nagły wybuch spowodowany połączeniem moich wigilijnych wy- ziewów oraz płomienia zapałki zaskoczył mnie całkowicie. Cofnąłem się oniemiały, patrząc jak jedna od drugiej zapa- lają się kolejne gałęzie. Tego nie było w planach! Wkrótce cała 39 choinka stała już w ogniu. Płomienie sięgały pod sufit i lizały ściany. Zaniepokojona swądem spalenizny z kuchni przybie- gła stara i od razu zaczęła coś krzyczeć. – O, choinka… – Podrapałem się niepewnie po głowie, ob- serwując cały ten galimatias. – No, takich świąt to jeszcze nie mieliśmy. Roman Giewont – mieszkaniec Siar Wielkich gm. Leśne Odpadki, bimbrownik-artysta, homofob oraz najzagorzalszy fan kanału Di- scovery to bohater serii zakręconych opowiadań, w których w siel- ską codzienność sennej wioski raz po raz wkrada się niesamowite. Niezwykli goście, m.in. krasnoludki z Al Kaidy, zombie-partyzanci, emo-wampiry, duchy i kosmici tłoczą się u progu, przyciągani nie- zwykłą aurą emanującą z tajemniczej piwniczki. Deliryczne przy- gody Romana pełne surrealistycznego humoru i nagłych zawrotów akcji zapierają dech w piersiach, niczym haust jego legendarnego bimbru „Czak Noris”. Zapraszamy do lektury. 40 Magdalena Mikoś Urodzona w 1985 roku w Krakowie, absolwentka Uniwersytetu Ja- giellońskiego, z zawodu językoznawca. Miłośniczka Szkocji, mili- tariów i węglowodanów. Członek zespołu Celtica Scottish Country Dance. Witold Klapper Urodzony w 1978 roku w Tuchowie. Z wykształcenia plastyk. Miło- śnik Szkocji, gór oraz starego, dobrego rocka. Kolekcjoner militariów i rekonstruktor. 41 Ewa Bauer Cud narodzin Siedzieliśmy z Szymonem przy wigilijnym stole, w tym roku wcześniej, bo mój mąż miał dyżur. Jako młodszy stażem po- licjant nie miał zbyt wiele do powiedzenia, kiedy szef oznaj- mił mu, że w te święta będzie potrzebny na posterunku od godziny osiemnastej w Wigilię do rana następnego dnia. Nie zamierzał nawet dyskutować, wiedział bowiem od starszych kolegów, że tylko pokorą i zgodą można zasłużyć na awans i lepsze godziny pracy. Pogodziliśmy się więc z tą myślą, a ja przygotowałam elegancki posiłek, bo nazwać tego kolacją nie można było, na godzinę piętnastą. Zasiedliśmy uroczyście do stołu, przy dźwiękach kolęd dochodzących z radia w kuchni. Połamaliśmy się opłatkiem, złożyliśmy so- bie życzenia, przede wszystkim tego, aby nasze dziecko, które za miesiąc miało się narodzić, było zdrowe. Choć na niebie nie było jeszcze pierwszej gwiazdki, świętowaliśmy Wigilię i de- lektowaliśmy się naszą bliskością. W tym roku nie pojechali- śmy ani do moich rodziców ani do rodziców męża, to miały być ostatnie święta tylko we dwoje, tak chcieliśmy, a dodat- kowo decyzja szefa Szymona i tak pokrzyżowałaby nam pla- ny wyjazdowe. Umówiliśmy się jednak, że wieczorem pójdę do przyjaciółki i spędzę resztę dnia z jej rodziną, żebym nie siedziała w domu sama. Prezenty otworzymy z Szymonem rano, w Boże Narodzenie, tak jak jest to w zwyczaju na ca- łym świecie, tylko nie u nas w Polsce, gdzie zaraz po wigilijnej wieczerzy wszyscy rzucają się pod choinkę, by wyłowić jakiś podarek dla siebie. 42 Szymon wyszedł dwie godziny temu, ja przygotowywa- łam się do wyjścia. Mój wielki brzuch trochę przeszkadzał mi, kiedy zapinałam kozaki, nie mogłam jednak pozwolić sobie na półbuty, bo zamierzałam pokonać drogę do koleżanki na piechotę, mieszkała raptem kilka ulic dalej. Włożyłam płaszcz puchowy, wełnianą czapkę i ciepłe rękawiczki. Do torby spa- kowałam ciasto dla gospodarzy i byłam gotowa do drogi. Na zewnątrz ściemniało się, sporadycznie tylko można było zoba- czyć jakieś postacie śpieszące się do domu. Ulica w zasadzie była pusta, ale czułam się bezpiecznie. Atmosfera świąt, pu- szysty, skrzący się śnieg i światło latarni dawały mi poczucie bezpieczeństwa. Minęłam pierwszy zakręt, musiałam jeszcze przejść obok placu zabaw, minąć szkołę i już byłam na właści- wej ulicy. Nagle zobaczyłam, jak świat wiruje przede mną, la- tarnia wywraca się, ziemia zbliża coraz bardziej. Poślizgnęłam się na lodzie przysypanym śniegiem w miejscu, gdzie nieroz- ważnie postawiłam nogę. Upadłam na brzuch, krzyknęłam, oczy zaszły mi łzami z bólu i przerażenia. Co stało się moje- mu dziecku? Kto mi pomoże? Na ulicy nadal nie było nikogo, sięgnęłam z wysiłkiem do torebki w poszukiwaniu telefonu komórkowego, jednak nie mogłam go znaleźć. Wtedy przy- pomniałam sobie, że nie odpięłam go od ładowarki, która zo- stała w kontakcie. Nie mogłam się podnieść, byłam sama na ulicy, przerażona, bezsilna. W pewnym momencie poczułam, że moje spodnie są mokre, modliłam się, żeby było to od śnie- gu, ale intuicja podpowiadała mi, że to co innego. Odeszły mi wody. – Ratunku! Pomocy! – krzyczałam ile sił w płucach. Całą siłą woli panowałam nad sobą, żeby nie stracić przytomności. W pewnej chwili zobaczyłam, że w moim kierunku zbliża się jakaś zakapturzona postać. Chyba był to mężczyzna, rozma- wiał przez telefon komórkowy. Nic więcej nie zapamiętałam. Pochłonęła mnie ciemność, straciłam przytomność. 43 – Proszę otworzyć oczy! Czy pani mnie słyszy? – jak zza mgły docierały do mnie krzyki kilku osób, rozchyliłam powie- ki, próbowałam ustalić co się ze mną dzieje. Jechałam karet- ką… Była to ostatnia myśl, jaka przyszła mi do głowy zanim ponownie nie zemdlałam. Ocknęłam się na dobre w szpitalu. Nie wiem, kto mnie tu przywiózł, kto wezwał pogotowie, co się ze mną działo. Miałam jednak poczucie, że jestem w dobrych rękach, że oni z pewnością pomogą mi, a przede wszystkim mojemu dziec- ku. Myślałam o Szymonie, który zapewne nudzi się w pracy, nie zdając sobie sprawy, co się ze mną dzieje. Pewnie zazdro- ści mi, że spędzam miło czas w towarzystwie przyjaciółki, podczas gdy on musi czekać na zgłoszenie o jakimś wypadku, włamaniu czy napaści. Tak bardzo chciałam do niego zadzwo- nić, ale w głowie miałam pustkę. Nie potrafiłam przypomnieć sobie numeru jego telefonu. To był nowy numer, założony za- ledwie przed dwoma tygodniami, a ja nie miałam potrzeby uczenia się go na pamięć, był przecież wpisany w komórce. Tyle że ta pozostała na stole w domu. Czułam narastające skurcze, bolało mnie podbrzusze i w krzyżu, to co miało zda- rzyć się za miesiąc, właśnie się działo. Moje dziecko pchało się na świat. Nie miałam przy sobie ani torby z rzeczami osobi- stymi, ani nic dla dziecka. Pielęgniarka uspokoiła mnie, że nie ma problemu, pożyczą mi wszystko, a jutro na spokojnie, mój mąż przyniesie nasze rzeczy. Teraz najważniejsze było to, by sprawnie przeprowadzić poród. Kiedy skurcze były już bar- dzo silne zaprowadzono mnie na salę porodową. Za chwilę miałam przenieść się na fotel położniczy, gdzie siłami natury miało urodzić się moje dziecko. Tymczasem położyłam się na leżance, a położna opasała mnie gumową taśmą, pod którą wpięła dwie głowice. Jedna mierzyła częstotliwość skurczów, a druga tętno dziecka. Urządzenie nie chciało działać, kilka- krotnie przekładała głowicę w innym miejscu mojego brzu- 44 cha, ale ciągle zapis KTG nie był właściwy. Zauważyłam u po- łożnej coraz bardziej nerwowe ruchy, w pewnym momencie wychyliła się na korytarz i krzyknęła: – Zawołać mi tu natychmiast Doktora Kosińskiego. Serce przyśpieszyło mi, pomyślałam, że mamy jakieś kło- poty. Położna nie chciała mi nic wyjaśniać, ponaglała tylko pielęgniarkę, żeby pobiegła po doktora. – Co się dzieje? Coś z dzieckiem? – nie dawałam za wy- graną. – Nie wyczuwam tętna dziecka – położna zwróciła się do wchodzącego na salę lekarza. Oboje przysiedli na moim łóż- ku, pielęgniarka z głowicą od KTG, lekarz ze stetoskopem. Badali mnie, a ja czułam, że z nerwów znów robi mi się słabo. – Niech pani głęboko oddycha, trzeba dać dziecku tlen – spokojnym głosem przemawiał do mnie mężczyzna, ale ja nie potrafiłam być spokojna. Nie tak miał wyglądać mój poród, nie w tym dniu, nie w tym szpitalu, nie z tymi ludźmi. Miał być przy mnie mąż, miałam mieć znieczulenie zewnątrzopo- nowe i salę do porodów rodzinnych. Tymczasem wszystko było na opak. Starałam się głęboko wciągać powietrze, przy- pominając sobie nauki ze szkoły rodzenia, że dziecko w ten sposób można dotlenić, zwłaszcza podczas skurczów. – Rozwarcie na trzy palce, wody odeszły dwie godziny temu, zapis KTG w karetce prawidłowy, teraz nie wyczuwam tętna – wyrecytowała położna, odpowiadając na pytania doktora. – Właśnie przygotowaliśmy salę do porodu cesarskiego dla pacjentki na umówiony termin, przesuwamy ją, a tę panią natychmiast przygotować do zabiegu. Chwycono mnie pod ramiona i przetransportowano na blok operacyjny. Myślałam tylko o oddechu, o tlenie dla dziec- ka, o tym, że mogę je stracić, o Szymonie, o Wigilii, o tym, co się stanie, jeśli dziecko umrze. Łzy ciekły mi po policzkach, wszyst- ko migało przed oczami. Położono mnie na stole operacyjnym, 45 w jednej chwili kilka osób zajęło się mną. Nałożono mi maskę z gazem usypiającym na twarz, moje uda i podbrzusze wymy- to środkiem odkażającym, w rękę wbito mi igłę i założono we- nflon, na ciele rozłożono zieloną płachtę. Więcej szczegółów nie zarejestrowałam, bo odpłynęłam w niebyt. Ostatnia moja myśl była taka, że nawet jeśli urodzę żywe dziecko, to będzie ono umysłowo niedorozwinięte wskutek niedotlenienia… – Bóg się rodzi, moc truchleje, Pan Niebiosów obnażony… – Najpierw zaczęły do mnie docierać dźwięki. Pomyślałam, że jestem w domu, z Szymonem, obchodzimy święta. Kolej- ny włączył się jednak zmysł zapachu i tu zaniepokoiłam się nieco, bo w powietrzu wyczuwalny był zapach środków de- zynfekujących, a nie słodkiego świątecznego ciasta i świeżej choinki. Wtedy wróciła pamięć. Z przerażeniem otworzyłam oczy i zobaczyłam, że leżę w łóżku szpitalnym, jestem podłą- czona do kroplówki i różnych monitorów rejestrujących moje funkcje życiowe. Bolało mnie gardło, nie mogłam przełykać. Przypomniałam sobie, że miałam operację, cesarskie cięcie, że wyjmowano ze mnie dziecko, byłam w pełnym znieczuleniu, pewnie musiano mnie zaintubować, stąd ten ból gardła. Po- czątkowo nie mogłam odwrócić głowy, ale wzrok zaczął mi się wyostrzać. Zobaczyłam pielęgniarki w pobliskiej dyżurce nucące tekst kolęd dochodzących z radia. Nie zdawały sobie sprawy, że obudziłam się, dlatego nie odrywały się od swoich zajęć. Poza tym wokół panowała cisza. Poruszyłam ręką. Na- gle tuż za mną zrobił się ruch, ktoś wstał z krzesła i zbliżał się w moim kierunku. Odwróciłam głowę i zobaczyłam Szymo- na z zawiniątkiem w ręku. Podszedł do mnie i uchylił becik, w którym ujrzałam najpiękniejszą twarz pod słońcem. – Wszystkiego najlepszego kochanie. Dziękuję za najpięk- niejszy prezent świata – odezwał się mój mąż, a na dźwięk jego głosu, otworzyły się maleńkie oczka naszego syna. Ślicz- nego. Zdrowego. Żywego. 46 Ewa Bauer Prawnik z wykształcenia, psycholog z zamiłowania. Choć zawsze mówiła, że pisanie książek pozostawia sobie na emeryturę, posta- nowiła przyśpieszyć ten proces, czego efektem jest wydana w 2011 roku przez wydawnictwo Radwan debiutancka powieść W nadziei na lepsze jutro. Włada kilkoma językami obcymi, uwielbia podróże w nieznane ale korzenie zapuściła w Krakowie. Przygotowuje kolej- ne dwie powieści, których wydanie planuje na 2012 rok. Blog autorski: www.ewabauer.pl Profil facebook: http://www.facebook.com/profile.php?id=100002139903201 47 Krzysztof Maciejewski Jingle Bells Te cholerne dzwoneczki! Co roku doprowadzają mnie do szewskiej pasji, zamieniają w pałającego żądzą mordu demo- na! Jak sobie pomyślę, że gdybym był człowiekiem, to praw- dopodobnie dawno już uległbym niszczycielskiej mocy tych dźwięków... Na szczęście, pochodzę z nieludzkiego wymiaru, chociaż wielu z was widzi we mnie istotę niemalże człowie- czą... Klauzula ujawnień. Zresztą dość oczywistych – to ja jestem tym ubranym na czerwono, brodatym grubasem, który co roku przez kilka miesięcy naprzykrza wam się w reklamach, centrach handlowych, programach telewizyjnych. Święty Mi- kołaj – c’est moi! Prezentacja wymaga jednak dodatkowych wyjasnień. Nie jestem inkarnacją jakiegoś biskupa z Myry, konstruktem myślowym Disneya i marketingowców Coca- -Coli. Nie jestem nawet personifikacją świąt Bożego Narodze- nia. Stanowię bowiem byt konceptualny zrodzony w innym wymiarze. Czy to jasne? Może niezbyt trywialne, ale przynaj- mniej tłumaczy wszelakie paradoksy, jak chociażby ten, że odwiedzam w ciągu milisekund setki tysięcy kominów. Byty konceptualne nie mają z tym żadnych problemów, zapew- niam was, moi drodzy. Ho ho ho! 48 Pieprzone, supermarketowe melodyjki... Cóż, trzeba od- służyć swoje, poprawić sztuczną brodę i czarne, skórzane rę- kawice. Uśmiecham się do przechodniów, wykrzykuję w ich stronę swoje „Ho ho ho!!!”, lecz żaden z nich nie zatrzymuje się. Nawet dzieciaki, które w takich sytuacjach wymuszają na rodzicach krótki postój, tym razem jakby przyspieszały kroku na mój widok. Ach, no tak... Zapomniałem zdjąć ciemne oku- lary... A wokół święta w pełni (te cholerne dzwoneczki), ludzi- ska kupują prezenty, wszystkim udziela się atmosfera nad- chodzących wydarzeń. Czyli mamy do czynienia z normalną niedzielą handlową podniesioną do sześcianu, a może nawet przeniesioną na wyższe rejestry. Zatem świątynia konsumpcji zatłoczona ponad wszelką miarę, a kupujący jacyś tacy bar- dziej nerwowi, bo zamiast kolędowych uśmiechów ciskają w kierunku bliźnich zabójcze spojrzenia. Nie umieją nawet powściągnąć się w obliczu tajemnicy, ale czemu ja się właści- wie dziwię? Świętowanie ma u nas ryt raczej obrzędowy, niż religijny w tym na wskroś katolickim społeczeństwie... Gdy sobie tak spaceruję, pozwalam wędrować także swym ws
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

O, choinka! Czyli jak przetrwać święta
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: