Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00517 007664 15714270 na godz. na dobę w sumie
Obłęd w miasteczku X - ebook/pdf
Obłęd w miasteczku X - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 151
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-272-4233-4 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> nowele
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Po raz pierwszy, pod wpływem czytelników - znających brudnopis - zmieniłem zakończenie. Jestem im za to wdzięczny, bo to nowe zakończenie jest mi bliższe, ale nie miałem odwagi by zakończyć opowiadanie w ten sposób. To opowiadanie może kogoś dotknąć, ale może każdy poczuje satysfakcję, że nie jest o nim. Ta opowieść jest jednak o nas, także o Tobie. Książka nie jest filozoficznymi rozważaniami na jakikolwiek temat. Książka jest opowieścią o egzystencji małego miasteczka skazanego na... a może nie skazanego... Tak naprawdę nie jest to opowieść o miasteczku, ale o ludziach. Jest zabawna, zaskakująca. Czyta się szybko i przyjemnie. Uśmiechniesz się niejeden raz i niejeden raz z politowaniem pokiwasz głową. Problem tylko nad kim, czy nad czym. To dobre opowiadanie, choć ilość przekleństw jest trudna do zaakceptowania.  Uroczy erotyzm dopełnia reszty.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

1 2 © Copyright by Antoni Kocela Projekt okładki Antoni Kocela ISBN 978-83-272-4233-4 Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części publikacji zabronione bez pisemnej zgody autora. 3 Wszelkie podobieństwo osób, miejsc i wydarzeń jest przypadkowe. Fabuła stanowi wymysł autora. OBŁĘD. Rynek z pomnikiem Kościuszki nie stanowi elementu wyróżniającego to miasteczko. Rynki małych miasteczek, były przed wojną i zapewne zaraz po wojnie, prawdziwymi rynkami. Miejscami do handlu. Środkiem rynku biegł rynsztok. W zależności od wielkości opadów, niósł różną ilość ścieków. Kończył się w rzeczce. Jak każdy rynsztok w tym miasteczku. Z biegiem lat, kiedy zaczęto budować drogi, kiedy pojawiła się komunikacja zbiorowa, rynki stały się przystankami autobusowymi. Następnie zdecydowano, że nowe musi trafić także na prowincję. Co prawda samochodów prywatnych było kilka, ale te którymi dysponowały firmy czyniły ruch na tyle nieznośnym, że postanowiono wszystko uporządkować. W ten sposób ryneczki małych miasteczek zostały otoczone jezdniami. Wprowadzono ruch okrężny. W środku dawnych rynków powstały wyspy ze skwerkami, ławeczkami, kwiatami i pomnikami. Powstał więc w miasteczku park. Nikt z obcych nie przypuściłby że ta wysepka z ławeczkami , objeżdżana co chwilę przez jakiś samochód, jest parkiem. Biedny Kościuszko wędrował po rynku w różne miejsca. Każda władza starała się znaleźć dla wielkiego Polaka najwłaściwsze miejsce. Pomnik co prawda nie okazały i raczej artystycznie mierny, był elementem wagi prawie państwowej. W tym miasteczku bowiem, w domu na przeciw kina, miał mieszkać na dzień, czy dwa przed bitwą racławicką sam przywódca powstania. Kościuszko najprawdopodobniej nigdy w miasteczku nie był, a już na pewno w nim nie nocował. Nikt jednak do tak drobnego szczegółu nie przywiązywał wagi. Tym bardziej, że w promieniu dziesięciu kilometrów domniemanych miejsc stacjonowania Naczelnika jest tyle, że biedny Kościuszko pewnikiem nawet do walki by nie przystąpił, gdyby odwiedził, tej przedbitewnej nocy, choćby połowę z nich. W którymkolwiek miejscu, leżącego w dolinie miasteczka się znajdziesz, będziesz widział na tle nieba, wyniosłą wieżę kościoła. Kościoły są do siebie podobne i jednocześnie różnią się od siebie znacznie. Ten jest wyjątkowy chyba dlatego, że nie był wybudowany od razu w całości. Z romańskiej zapewne kapliczki, stojącej samotnie na wzniesieniu, przeistoczył się kościół gotycki, a późniejsze przebudowy nadały mu obecny wygląd. Teren kościoła otoczony, miejscami bardzo wysokim murem, sprawia wrażenie obiektu obronnego. Ale to tylko wrażenie, gdyż mur i wieża wybudowane zostały całkiem niedawno. Miasteczko wydawało się być samowystarczalnym. Były młyny i kowal i ślusarze i krawcy i stolarze i szewcy i piekarnia i masarnia i wytwórnia wód i cegielnia i sklepy i płody rolne tuż za granicami miasteczka i przystanek i kolej i szkoły i kościół i bóżnica i kirkut i kino i dom kultury. Było więc wszystko, by funkcjonować niezależnie od otaczającego świata. Jak każde, także to miasteczko miało swoich mędrców i głupków. To bardzo niebezpieczne zestawienie. Należy bowiem odróżnić miejscowego głupka, czyli osobę dotkniętą jakąś większą, lub mniejszą dysfunkcją psychiczną, od głupca. Głupek 4 miejscowy dodaje kolorytu. Jest przyjacielem wszystkich i wszyscy go znają. Uśmiecha się i potrafi rozbawić. W irracjonalności jego zachowań znajdujemy sposób na dowartościowanie siebie. Krążą po miasteczku przedziwne opowieści jak Bolek to, albo tamto. Pojawiają się zdania zaskakujące, mówione prawie z podziwem. - Zobacz taki Bolek a ... – zwykle wtedy, gdy miejscowy głupek nie dał się podle oszukać. takim przeświadczeniu romanse tylko dlatego, że właśnie głupcem Głupiec zaś nie ma przyjaciół, nie tworzy nic pozytywnego wokół siebie, a szkód zwykle wyrządza nad wyraz dużo. Tkwi bowiem w przeświadczeniu, że jest mędrcem. Tkwi w jest najprawdziwszym. Miejscowy Bolek, czy Ryszard nigdy nie udawali mędrców. Byli sobą. Byli przewidywalni i mili. Głupiec nie ma tych cech, dlatego jest niebezpieczny. Miało to spokojne i sympatyczne miasteczko swoje autorytety. Ludzi których szanowano i ceniono. Miało ludzi, którzy nie byli autorytetami, ale i tak ich szanowano. Miało ludzi których los rzucił prawie na dno, ale o dziwo ich też szanowano. Miało miasteczko znane wszystkim, oprócz małżonków osób zaangażowanych w romans. Młody wuefista który budził namiętność u co atrakcyjniejszych koleżanek. Ile ich zdobył, czy ile z nich oddało mu swe ciało bez protestu, trudno powiedzieć, ale kilka było. Miało miasteczko starszego pana, który kochał się na zabój w żonie kolegi, a koledze to zbytnio nie przeszkadzało. Wtedy ktoś po raz pierwszy wspomniał coś o hiszpańskiej muszce. Nikt nie wiedział co to jest, ale mówiło się o tym szeptem, więc... to było coś specjalnego. Czy miasteczko było rozwiązłe? Było, bo być musiało. Powstał mikroświat, w którym dla jego kompletności konieczne były wszystkie elementy. Wierność i zdrada. Miłość i obojętność. Radość i smutek. Miasteczko obfitowało w piękne dziewczyny i kobiety. Może dlatego że dzieci się rodziło dużo, w związku z tym ilość ładnych, przy zachowaniu wszystkich proporcji, była większa. Miało miasteczko swojego geja, choć nikt takiego słowa nigdy nie użył. Może nie było takiego słowa. Gej mieszkał z kobietą, co tworzyło pozory normalności i oczywiście ułatwiało sytuację dorosłym mieszkańcom miasteczka. Dzieciom nikt o tej przypadłości nie mówił. Kobieta była wyjątkowo nieatrakcyjna, przy czym słowo wyjątkowo, nie oddaje do końca charakteru jej nieatrakcyjności. Dla geja chyba to nie miało znaczenia. Ale mówiło się, że uratowała mu życie w czasie wojny i w rewanżu zabezpieczył jej normalną egzystencję. Był w tym zapewnianiu najbardziej uczciwym ze wszystkich. Dziś zostałby określony jako, gej z inklinacjami pedofilskimi, ale chyba nigdy nikogo nie skrzywdził. Czy do tego zmierzał. Zmierzał wielokrotnie. Odnosiło się wrażenie, że każdy zna swoje miejsce w szyku i robi wszystko, by tego szyku nie złamać. Kiedy przyszło nowe i zmienił nam się ustrój na lepszy, zaczęło gwałtownie ubywać masarni i kawiarni i szewców i młynów i kowali i zniknęło kino i rozlewania wód i cegielnia i dworzec kolejowy i autobusowy. Na jego miejsce pojawiło się coś, co nigdy nie występowało, nawet w formie szczątkowej. Pojawiło się żebractwo. Ta forma pozyskiwania pieniędzy nie ma jednak nic wspólnego z ludźmi klęczącymi, ze spuszczona głową, na chodnikach wielkiego miasta. Tu przybrało formy finezyjnej zaczepki, rozmowy wyjątkowo przyjaznej, prawie bratania się. Z uściskami dłoni, z objęciem za ramię i radością na widok człowieka. - Ale to o mnie napisałeś. – słyszę na powitanie 5 - Nic wielkiego. Tak myślałem. Ale nie mam kasy. – dorzucam na wszelki wypadek. - Nie chcę pieniędzy. Ale pięknie to o mnie napisałeś... naprawdę. A twoja siostra? Nie jestem w stanie wyrwać swojej dłoni, z zaciśniętej dłoni rozmówcy. - Zmarła. - Tak słyszałem... – zamyśla się. Widać, że chyba pogrąża się w rozpaczy.- Pożycz kurwa dwa złote. – prosi. Nie żąda. Dwa złote to nic wielkiego. To dwie monety jednozłotowe. Nie kupisz za dwa złote nic sensownego. Jakiś podły batonik. Ale dwa złote, to jedna trzecia ceny złocistego napoju w kartonie. O przecudnym zapachu sfermentowanych owoców. Płynu który wlewa się do gardła rozkosznie i powoli. Ten smak.... Pożycz - słowo klucz. Jak można kumplowi, może przed laty nie tak bardzo bliskiemu, można nawet powiedzieć, że lekko dalekiemu, ale kumplowi, nie pożyczyć tak drobnej kwoty. Nikt nie uwierzy że nie masz takiej monety w kieszeni. - Ja pana nie znałam – mówi nastolatka, kiedy ustaliłem wreszcie czyim jest dzieckiem i czyją wnuczką. – Ale oni wszyscy tu pana znają. Umieranie miasteczka jest powolne i przez to bardzo bolesne. Przychodzi taki moment w którym tubylcy zaczynają się chwalić cudzymi sukcesami. To jest dokładnie ta chwila, w której zaczyna się agonia miasta. - Pamiętasz? Tadek, no ten ze Studniska, jest lekarzem. Kurwa jak go ludzie chwalą. Matkę moją uratował. - A Krzysiek. Tak popierdalał samochodem, że rozpierdolił się pod Kielcami. Ledwo przeżył. Ale oni mają forsę, to go wyleczą. Sławę przynieść może wszystko. Każde medialne wydarzenie. - A Michał to jest kierownikiem... - Chujem nie kierownikiem! Jakim kierownikiem? On jest dyrektorem. - A jak ja powiedziałem? Dla nich, stojących na ulicy ludzi, którym twarze w ciągu ostatnich pięciu lat zmieniły się tak bardzo, że z trudem odczytujesz pierwowzór, stałem się człowiekiem sukcesu. Zresztą każdy obcy, a wywodzący się tych terenów, jest człowiekiem sukcesu. Najprawdopodobniej ma dwa złote. Jeżeli nie ma dwóch złotych, to ma złotówkę lub pięćdziesiąt groszy. Do tego ma fajki - atrybut dostatku. Może sobie w dowolnym momencie, jak jakiś burżuj, wyjąć paczkę, a z niej bieluteńkiego slima i zapalić. Może to zrobić kiedy tylko zechce. Nawet wtedy, gdy mu się nie chce palić. Tak dla kaprysu. Co prawda widok slima u proszących, budzi swego rodzaju dezaprobatę. - Co ty kurwa palisz? Takie gówno. - Jak nie chcesz... - No co ty. Daj. Jakoś wypalę. Najtrudniejsze do zaakceptowania jest jednak to, że potencjalnie taki szczęśliwiec, człowiek sukcesu, mógłby spokojnie pójść do sklepu, wskazać palcem na „stołową” i powiedzieć - Dwie butelki proszę. A ekspedientka uprzejmie poda mu dwie butelki drogocennego płynu i nie przychodzi jej nawet do głowy, żeby zapytać czy ma czym zapłacić. Włoży mu jeszcze, te dwie stołowe do reklamówki. 6 i poczuć się Najgorsze jest to, że mógłby tak zrobić i kiwnąć na chłopców i pójść z nimi za kino i pozwolić się objąć i usłyszeć, że zawsze był najbardziej szanowany i poczuć na policzku usta męskie, otoczone szorstkim zarostem tubylcem najprawdziwszym, synem tej ziemi... a kutas tego nie robi. No co by mu się, kurwa, stało? ( Czuję się bardzo niezręcznie pisząc przekleństwa , nawet te pospolite, ale tak gra w tych głowach rozgrzanych jednym wielkim pragnieniem). Umieranie miasteczka jest powolne i bolesne. Ponieważ trwa długo, zmiany są dla tubylców trudne do zauważenia. Dla przyjezdnych są jednak wyraźne. Miasto żyje smętnie i powoli. Nikomu już nic się nie chce, a napis „trumny” na pierwszej napotkanej miejskiej kamienicy, wieszczy coś nieprzyjemnego. Nie ma szkoły średniej. A jeszcze kilkanaście lat wcześniej była świetna szkoła. Nawet trzy. Tak jak przed wojną, położenie poza głównymi szlakami komunikacyjnymi sprawiło że miasteczko zaczęło się wyludniać, tak teraz ten sam powód staje się przyczyną jego upadku. A może przekleństwo, nawet nie koniecznie rzucone przez tych, którzy odchodzili przerażeni i zginęli okrutnie zabici w czasie okupacji. Przepowiednia głosząca, że takie miasteczka czeka powolna samozagłada, się spełnia. Bo ci którzy powinni tam być koniecznie, odeszli. Nic nie wychodzi, nic się nie udaje, wszystko jest nie tak. Fatum? Każdego wieczora zmęczeni wędrowcy, zdobywcy dwóch złotych, podążają leniwie w stronę swych domostw. Żal odchodzić, bo można przegapić coś ciekawego. Może się przecież zdarzyć tak, że jakiś zabłąkany podróżnik zapragnie towarzystwa i w świetle ulicznej latarni zechce spożyć, odrobinę szlachetnego trunku. Najczęściej zmrok i zimno sprawia, że ci, którzy akurat nie odpoczywają na trawie, ruszają do swych siedzib, gdzie mama z rentą i ciepłą strawą. Każdego wieczora zmęczeni wędrowcy, przed zamknięciem oczu, powtarzają sobie - To już kurwa ostatni raz. Jutro... pierdolić, ogolę się i idę do pracy. Widzą już siebie w pracy. Widzą jak zbierają ogórki, albo sadzą las, albo czyszczą marchewką u bogatego gospodarza. To żadna sprawa. Wystarczy wyjść rano i udać się w kierunku tych, którzy akurat szukają pomocników. Nie jest ich wcale tak mało. Dają jeść i jeszcze płacą. Widzą już siebie jak idą w kierunku poszukujących. Gdzieś w zmęczonych piersiach pojawia się głębszy oddech. Taka dniówka zleci jak z bata strzelił. Ani się obejrzysz, a już południe. A za chwilę wieczór. Wystarczy siedzieć i obierać warzywa. Robota dla dziecka, a co dopiero dla dorosłego. Sześćdziesiąt złotych... Trzy butelki. Kurwa, trzy butelki. To na dwa dni, na spokojnie, albo jeden upojny. - Nie . Dziś było ostatni raz. Nie będę z tymi kutasami, smoluchami, stał na rynku. Tak kotłuje się w głowach. Sen przychodzi nagle. Ranek równie szybko. Jest bardzo wcześnie. Trzeba napić się herbaty i sprawdzić czy banda jest już na rynku. Oczywiście jest. Skulona, zmarznięta i drżąca. Nie podejdziesz do nich. Pójdziesz swoją drogą. Tak myśli każdy z nich. I nie idzie swoją drogą. Staje w grupie, żeby posłuchać kto wczoraj ile wypił i jak był pijany. To najpiękniejsze opowieści. Za chwilę zacznie się prawdziwe życie. Ludzie ruszą na zakupy. Większość z nich będzie miała dwa złote. Dwa złote to zupełnie nie dużo. Nic konkretnego za dwa złote nie kupisz. Najwyżej jakiś podły batonik. Po co ludzie kupują batoniki? To przecież nie ma sensu, kiedy tak okrutnie chce się pić. 7 Kiedy umiera miasteczko widzisz jak okna pozbywają się firanek. Jak drzwi niemalowane od lat, nabierają dziwnych odcieni. Wieczorem ściany pozbawione są radosnych świetlistych prostokątów, które są dowodem, że wśród ścian jest ktoś żywy. Kiedy umiera miasteczko i kiedy pojawia się zbiorowe pragnienie, widok jest straszny i trudny do zrozumienia. * Czasy zmieniły się tak bardzo, że elegancki ciemny, osobowy samochód, z białymi napisami na karoserii, określającymi nazwę wypożyczalni aut, nie budzi w nikim większego zainteresowania. Z samochodu wysiada trzech mężczyzn i kobieta. Są elegancko ubrani. W garnitury. Kobieta ma około trzydzieści pięć lat, ale dziś trudno odgadnąć wiek. Poprawia lekko zmiętą spódnicą, ciasno opinająca uda i pupę. Jest zgrabna. Przypomina sympatyczną, elegancką sekretarkę kogoś bardzo ważnego. Jeszcze kilka lat wcześniej większość ze stojących skomentowałaby jej wygląd. Wyobraźnia zadziałałaby natychmiast. - Jakbym ją kurwa dorwał, to by przez tydzień nie usiadła. - Dupa niezła – dodałby drugi. - Co wy wiecie o waleniu- dorzuciłby trzeci A dziś spoglądają znudzonym wzrokiem. - Ładna , kurwa, jak aktorka. – mówi najmłodszy. - I chuj z tego. – urywa dyskusję najstarszy. Wie co mówi. Jedynie na chwilę miejscowi zatrzymują na nich wzrok. Dziewczyna zakłada ciemne okulary słoneczne na nos. Czarne włosy spięte z tyłu. Pewnie akwizytorzy. A może świadkowie Jehowy. Wszystko jedno. Nie warci zainteresowania. Tacy nie mają dwóch złotych. A nawet jeżeli mają, a widać przecież że mają, na pewno nie dadzą. Tacy już są. Szkoda na nich czasu. Trzech eleganckich mężczyzn i kobieta rozglądają się przez chwilę. Potem bez zastanowienia przechodzą przez jezdnię i nikną w bramie starej kamienicy. Rynek miasteczka otoczony jest wysokimi kamienicami. Wszystkie są piętrowe. To nie jest powszechny widok w pożydowskim miasteczku. Piętrowe kamienice świadczą o zasobności ich budowniczych. To byli kiedyś bogaci kupcy. Stać ich było na wybudowanie budynków piętrowych, w których mieli balkony. Wielkie kamienice miały olbrzymie strychy. Na nich suszono pranie. Na strychy prowadziły schodki, żeby z koszami z mokrą bielizną czy pościelą, łatwo było wejść. Strychy były ciemne i trzeba było dłuższej chwili żeby przyzwyczaić wzrok do półmroku. Walały się na nich przeróżne rzeczy. Piwnica, która znajdowała się pod każdym domem, była spiżarnią, więc tam był inny rodzaj bałaganu. Strych nie był do niczego użyteczny, więc bałagan tam panował permanentnie. Do tego kurz, który dziwnie szybko, grubymi warstwami oblepiał znajdujące się tam przedmioty. Strychów się nie sprzątało, choć co jakiś czas, co bardziej dokładni robi porządek pozbywając się zbędnych rzeczy. O ile strych był obszarem jednorodnym, z kominami, z belkami podtrzymującymi dach, o tyle piwnice miały często fantazyjny kształt. Schodziło się do nich po stromych schodach, czasami nawet trzy metry poniżej chodnika. W ścianach były wnęki, których przeznaczenia nie sposób odgadnąć. Oczywiście zmyślam, żeby tekst był bardziej inteligentny. Te wnęki to miejsca na półki, na których stawiano przetwory w słoikach, czy kamionkowych garnkach. 8 Obiecuję już nie będę! Całość piwnicy to czasami trzy oddzielne podziemne izby. Na węgiel, na beczki z kapustą i ogórkami. Półki na przetwory. Dzieciaki od czasu do czasu lubiły wpadać do piwnicy , żeby stwierdzić, że kompot który mama robiła trzy lata temu, stoi jeszcze na półce. Na strychu można było odszukać nie tylko książki z niezrozumiałym tekstem, starą etażerkę, ale wiele atrakcyjnych przedmiotów z których można było zrobić dzidę, procę, albo wszystko co się tylko chciało. Wokół rynku na wielkim obszarze dominowały niewielkie domki. Były utkane blisko siebie. Stykały się szczytami, ścianami. Wąskie przejścia między domkami prowadziły na niewielkie podwórka pachnące odpadami. Tam mieszkała biedota. Jeżeli nawet nie biedota , to ci mniej zamożni. Po wojnie nastąpił proces wykupu kamienic, od ich pierwotnych właścicieli. Ci którzy przeżyli postanowili po zakończeniu wojny, że wrócą do swych rodzinnych stron. Wrócili na jedną noc. Była ich maleńka grupka, chyba szesnaście osób. Szesnaście osób, które ocalały i się odnalazły, z prawie trzech tysięcy ludzi. Rankiem następnego dnia od powrotu okazało się że jest ich o jednego mniej. Doszli do wniosku że nic się nie zmieniło. Że teraz może być jeszcze gorzej. Odeszli przyrzekając, że nigdy już tu nie wrócą. I nie wrócili. Standardem w miasteczku stało się wynajmowanie mieszkań. Prawie wszystkie mieszkania miały ten sam układ. Składały się z pokoju i kuchni. W zasadzie z kuchni z pokojem. W kuchni toczyło się życie całodzienne i wieczorne, nocne przenosiło się do dużych, czasami bardzo ciemnych pokoi. Współczesny czytelnik, a szczególnie czytelniczka zapyta a... Tak, współżycie było ciche, szybkie i wtedy gdy miało się wrażenie, że dzieciaki już śpią. A orgazm?. Jakie to śmieszne i prawie żenujące. Orgazm jest wymysłem zepsutych feministek. Na orgazm zawsze przyjdzie czas. Tak wtedy sądzono. Seks był uproszczony i tyle. Rodziły się dzieci, czyli wszystko było w porządku. * Grupa miejscowych siedząca w parku słuchała czytającego gazetę. Był ranek i wszyscy byli w stanie gotowości do podjęcia trudu walki o płyny. Byli jeszcze w formie i rozumieli co do siebie mówią. W pewnym momencie czytający aż sapnął. Okazało się, że w jednej z miejscowości zazdrosny kochanek, w akcie desperacji, odciął swej partnerce łechtaczkę. Chłopcy przyjęli to w sposób właściwy. - A to skurwysyn - jęknął jeden, po czym pozostali wybuchnęli śmiechem. W ludzkim organizmie jak się okazuje jest masę niepotrzebnych elementów. Wracano do tematu, jeszcze kilka razy, chichocząc rubasznie. Po mniej więcej pół godzinie, jeden z siedzących na ławeczce, spojrzał w oczy kolegów. Zastanawiał się. - Ale co to jest, kurwa, ta łechtaczka.- zapytał poważnie. To nie działo się przed wojną, ani po zaborami. To raptem kilka lat temu. Facet miał czterdzieści lat i nie był kawalerem. A to się stara zdziwi jak- on - mąż wróci do domu. A to ci będzie niespodzianka, jak się zorientuje że małżonek już wie. Tylko jak on to obciął, jak to takie małe? Nikt nie znał odpowiedzi na takie pytanie, a przecież to, w tym problemie, jest tak naprawdę interesujące. * - Kto tam? – pyta słysząc zdecydowane stukanie do drzwi. 9 Od rana bolą ją krzyże i pani Małgosia z ośrodka przyniosła jej zapewne jakąś maść. Pani Małgosia zwykle przynosi ulgę. Starsza pani idzie powoli, pokrzykując co kilka kroków, że idzie i że już za chwilę otworzy. Otwiera drzwi. Jest mocno zaskoczona, że nie były zamknięte na zamek. Widocznie wieczorem zapomniała. Trochę się przestraszyła, bo przecież jakby złodziej, a te trzysta złotych to prawie na wierzchu, tyko ręcznikami przykryte. Teraz słyszy się takie rzeczy... Z drzwiami stoją cztery osoby. Poczuła ich zapach. Stoją w ciemnym korytarzu. Obcy. Nie wie po co przyszli, ale się ich nie boi. Młoda kobieta uśmiecha się do niej łagodnie. - Pani Natalia ? Mamy przyjemność z panią Natalią? – zaczyna najstarszy z nich. Ma chyba z sześćdziesiąt lat i miły głos. - Kim jesteście. Nie potrzebni mi są tacy, co mnie na starość będą na kocią wiarę nawracać. - Proszę się nie obawiać. Nie jesteśmy świadkami Jehowy. Ja mieszkam w Warszawie. Proszę tu jest moja wizytówka, jakby kiedyś była potrzebna jakaś pomoc, to tam jest telefon. Pani Natalia bierze karteczkę, ale bez okularów nie przeczyta. Jest zagubiona. - Ale czego chcecie. - Moi kuzyni przyjechali z Rahad. To w Izraelu. Odwiedzamy miejsca gdzie żyli ich przodkowie. Mężczyzna opowiedział jej o krucjacie którą podjęli, by odwiedzić miejsca zamieszkania swoich przodków i odmówić stosowną modlitwę. - Pani Natalio. Jeżeli pani pozwoli, to chcielibyśmy zobaczyć miejsce w których żył ich dziadek. Proszę się nie obawiać. Zapłacimy. Sięgnął do portfela i wyjął kilka banknotów. Pani Natalia dolary widziała wielokrotnie, więc rozpoznała walutę natychmiast. Banknoty obok cyferki miały zero. To też dostrzegła. - Proszę poprosić, może sąsiada, żeby widział że pani płacimy. Nie chcemy niedomówień. - No tak będzie najlepiej – dorzuciła z łagodnym uśmiechem młoda kobieta. Natalia poczuła jak ciśnienie jej skoczyło gwałtownie. Jeszcze tego brakowało żeby ten skurwysyn widział, że jej płacą. - Wejdźcie – powiedziała zdecydowanie. Zanim wsunęli się do mieszkania, na schodach zjawiła się Pani Małgosia. - O, widzę że ma pani gości. - Niech pani wchodzi oni tylko na chwilę. - Dobrze że pani przyszła , tak będzie raźniej i bezpieczniej.- powiedział najstarszy z gości. Natalia szybko zwinęła podane banknoty i schowała do kieszeni fartucha. Po co ludzie mają wiedzieć. - Pani Natalio. Pamięta pani coś sprzed wojny. Jakiś Żydów? - Pamiętam. Byłam małą dziewczynką, ale... panie, pamiętam. Było ich tu dużo. Wszędzie mieszkali. Ale Niemcy ich zabrali i pozabijali. - Mój ojciec przeżył dzięki temu, że ktoś mu pomógł. Ktoś z tego domu. Może nawet pani kuzyn. Może brat, albo ojciec. 10 Pani Natalia nie mieszkała w czasie okupacji w tym domu, nie mieszkała nawet w tym miasteczku. Ale gdyby mieszkała, to zapewne jej ojciec zbłąkanemu rodakowi by pomógł. Tak. Pomógłby na pewno. - Ja tam nie wiem, byłam mała. Miałam trochę więcej niż dziesięć lat. Ale Żydy się koło naszego domu kręciły, to wiem. Cieszyła się, że pani Małgosia słyszy ich rozmowę. - Chcielibyśmy w tym pokoju pobyć kilka chwil. Możemy? - Możecie.- powiedziała pani Natalia Dziewczyna podeszła do Natalii i Małgosi. - Ale my tu nie możemy być. Tylko mężczyźni. Nie będziemy zamykać drzwi, ale lepiej żeby zostali sami. Trzy niewiasty wyszły do kuchni. Pani Małgosia zaczęła wyjmować tabletki które przepisał lekarz. Już po chwili ciepła herbata pomogła połknąć lekarstwo. Młoda kobieta w ciemnych okularach stała wpatrzona w okno, za którym znajdowało się podwórko. W pokoju było cicho, choć czasami mężczyźni rozmawiali ze sobą w obcym języku. Pani Natalii słyszała już ten język i była zaskoczona, że potrafi wyłowić poszczególne słowa. Tak jak dawniej. Nie rozumiała tych słów, ale wiedziała kiedy kończy się jeden wyraz, a zaczyna kolejny. Minęło kilka minut milczenia w kuchni. Pani Natalia nie wiedziała czy może się odezwać. Małgośka mówiła szeptem, a potem na migi starała się wytłumaczyć jak zażywać lekarstwo. - Pani Natalio, jeżeli pozwoli nam pani zrobić kilka zdjęć, ale nie mieszkania tylko rynku z balkonu, to my zapłacimy pani. - Nie ma co płacić. Ale na balkon nikt nie wychodził przez piętnaście lat. Przegnity, a nie ma pieniędzy na remont. - To parę groszy się przyda. Zostawimy. Zrobi pani z nimi co zechce. Natalia co chwilę sprawdzała, wsuwając dłoń w kieszeń fartucha, czy włożone tam pieniądze znajdują się nadal. Były ciągle. Mężczyźni robili zdjęcia. Dziewczyna odwróciła się od okna, minęła gospodynię i podeszła do dwóch młodych mężczyzn. Rozmawiali w Jidysz. - Czy tu na podwórku było drzewo. – zapytał najstarszy pochodząc do okna przy którym stała jeszcze przed chwilą dziewczyna. - Było panie, ale baliśmy się że się przewróci na dach i syn ściął. Tylko kłopot z tego był, bo sąsiad doniósł. - A tamte komórki. Ta ostatnia po prawej to pani własność. - Moja, ale tam nic nie ma. - Mój ojciec, a ich dziadek, mówił że właśnie w tej komórce za drzewem był przechowywany. Któryś z pani braci, albo może nawet rodzic tam go ukrył. Możemy tam zejść. Ma pani klucz? - Możecie. Tam jest tylko skobel. Ale tam nic nie ma, trzeba uważać, żeby się dach nie zawalił. - Bardzo byśmy prosili, żeby pani nam pozwoliła. - Idźta, ja pójdę powoli. Goście wyszli niespiesznie, rozglądając się uważnie po mieszkaniu. Małgorzata sprowadzała Natalię po drewnianych schodach. Podwórko z trzech stron otoczone było 11 starymi murami kamienic. Czwarta strona skierowana była na rzeczkę i łąki. Przy ścianach przycupnęły komórki. Komórki to niewielkie przybudówki. Wszystkie, w zasadzie identyczne. Pomieszczenie że skośnym dachem, przymocowanym do ściany dużego domu. Wszystkie brzydkie z pokoślawionymi dachami. Na niektórych papa ze starości porwała się i odsłaniała deski. Większość zamknięta była na kłódkę. Mężczyźni podeszli do komórki i otworzyli drzwi. Trzeba było mocno je szarpnąć, żeby pokonać opór trawy, która wyrosła znacznie tuż przy ścianie komórki. W środku nie było nic oprócz maleńkiej kupki węgla, który został z poprzedniego roku i przykrego zapachu moczu. Młody mężczyzna podszedł pod ścianę boczną komórki, która wspierała się o sąsiedni budynek. Dotykał rękami jednego ze słupków podtrzymujących daszek. - Panie – powiedziała Natalia, zbliżając się do drzwi. – Bo się panu na głowę zawali. Potem jednak stało się coś, czego Pani Natalia nie jest pewna. Jednocześnie jest najpewniejsza, że to się stało naprawdę. Jednak z belek odsunęła się lekko w bok. Dach jednak nie spadł, choć można było odnieść wrażenie, że spoczywa głównie na niej. Młody człowiek powiedział coś w obcym języku. Teraz obaj młodzi podeszli i butami zaczęli rozgarniać głęboki kurz przy ścianie. Potem schylili się i władając dużo wysiłku wyrwali z podłoża dwie płyty. - To dla pani – powiedział najstarszy i podał Natalii kilka banknotów- Proszę przeliczyć. Natalia nie mogła oderwać oczu od tego co działo się w jej komórce i jednocześnie nie mogła pokonać ciekawości, ile tym razem pieniędzy otrzymała za nic. Mężczyźni klęknęli, nie zważając na strój. Dziewczyna gdzieś zniknęła. Po chwili słychać było, że jakieś auto podjeżdża do bramy. Z dołu, spod wyrwanych płyt mężczyźni wyjęli, owinięty w zmurszałą już szmatę, wielki kamionkowy garnek. Był przykryty pokrywką. Musiał być ciężki, bo słychać było ich głośne oddechy, kiedy go wyciągali. Natalia stała oniemiała, z pieniędzmi w dłoni. Zjawiła się dziewczyna. Miała głęboki parciany worek. Garnek w całości ukrył się w worku. Młodzi chwycili za doszyte ucha i spokojnym, choć zdecydowanym krokiem, ruszyli do bramy. Po chwili wrzucili worek do bagażnika. Dziewczyna już siedział za kierownicą. - Jakie szczęście. – powiedział najstarszy z gości. – To pamiętniki dziadka. Tak ich szukaliśmy. Zdrowia pani życzę, pani Natalio. Odszedł bardzo zdecydowanym krokiem, nie odwracając się. Samochód odjechał natychmiast, prawie bezgłośnie. Pani Natalia stała z setką dolarów w dłoni i nie poruszyła się. Minęło kilka minut zanim weszła do komórki. Dotykała ręką odsuniętej belki, jakby chciała umieścić ją z powrotem na miejscu. Nogą wepchnęła na właściwe miejsce dwie wyrwane płyty. Odwróciła się i powoli ruszyła do mieszkania. W oknie na piętrze zobaczyła twarz sąsiada, wpatrującego się w nią z wrogością. Nie miała siły chować dolarów do kieszeni. Weszła do kuchni i usiadła na swoim ulubionym miejscu, przy kuchni węglowej. Minęło pół godziny zanim oprzytomniała na tyle, żeby przeliczyć pieniądze. Położyła je na stole. To było dwieście dolarów. Kiedyś to byłby majątek, że dom można zacząć budować, a dziś... pomyślała. Chyba niewiele. 12 Nie znała kursu walut, nigdy nie wiedziała o co z tym kursem chodzi, ale orientowała się po informacjach od koleżanek, których dzieci wyjechały do Ameryki, że teraz to już nie jest tak jak dawniej. - Mama coś ty najlepszego zrobiła. – krzyczał Witek wbiegając do mieszkania. - Co synu? - Jak co? Jak co? Kurwa mać. Po coś ich wpuściła. No po co? - Tych Żydów? - No tych. - Bo oni tu mieszkali i chcieli sobie przypomnieć. - To trza było po mnie zadzwonić. Wezwać mnie. A jakby to byli złodzieje. - Jakby byli złodzieje, to by mi nie zostawili tyle pieniędzy. Witek usiadł ciężko dysząc. Sięgnął po banknoty. - Mama to siedemset złotych. Co to za pieniądze? Mama coś ty zrobiła. - To tyle ile moja renta. Dużo pieniędzy. - Mama, ty nie rozumiesz, oni skarb zabrali. Skarb! Złoto ! - Ja już o tym myślałam. Ale to było ich. - Jak kurwa ich! Jakie ich? To przecież nasza komórka, ojciec dom kupił. Jak kupił to cały. Z komórką, z placem i wszystkim co na palcu jest. To było i jest nasze. Witek nie potrafił nad sobą zapanować. Podrywał się z krzesła chodził, przeklinał pod nosem, siadał patrzył na matkę z wyrzutem. Uspokajał się, by po chwili wybuchać na nowo. - A jakbyś ty to znalazł, to co byś zrobił? - Co bym zrobił? Co ja bym zrobił? A jakoś Pelczyńscy czy Gawełkowie sobie poradzili. Taka bieda, takie dziady, a teraz domy odnowione, samochody dobre. Tak bym sobie poradził. Sprzedałbym i żyłbym jak człowiek. - Jeszcze by cię zamknęli. - A ich nie zamknęli? Im się nic nie stało, to niby mnie by się miało coś stać. Na moim placu, w mojej komórce, za moje pieniądze. Pani Natalia milczała. Było jest wstyd, że nie potrafiła się właściwie zachować. Gdyby nie pozwoliła im wejść do komórki, być może jej dzieci żyłyby w dobrobycie. Rozumiała jednak, że przez tyle lat nikt komórki nie sprawdził, to skąd nagle mieliby cokolwiek odnaleźć. A może to nie było złoto. Kto wie, kiedy ktoś wyburzyłby komórkę. Może za sto lat. W głębi duszy było jej bardzo ciężko. Czuła ogromny smutek. Była tuż obok fortuny. Może wielkiej, a może mniejszej, ale wystarczająco dużej żeby było przykro. Nie ze względu na nią, lecz na dzieci i wnuki, którym nic nie mogła dać. Jednocześnie miała pełną świadomość, że ten garnek nie był jej. Nigdy nie był. Co by to było gdyby oni dzisiaj przyjechali i zastali puste miejsce. Wstyd tylko. Szarpały nią straszne rozterki. Nie mogła sobie z tym poradzić. Witek siedział, pił herbatę i ciężko sapał. Mruczał od czasu do czasu pod nosem. - Kurwa. Trzeba zawiadomić policję. To przecież kradzież. Tego dnia Pani Natalia powiedziała już tylko to jedno zdanie. Potem poszła się modlić. Leżała w łóżku. Wydawało się, że nic z otaczającego ją świata do niej nie dociera. Zanim jednak położyła się powiedziała to zdanie. - I co im na tej policji powiesz. Że co ci ukradli? 13 Dla Witka, w tej chwili, mądrość tych słów, była jedynie bolesnym policzkiem. Poczuł się zupełnie bezradny wobec tego co się stało. W głowie odbijały się echem słowa ojca, kiedy jeszcze żył. - Trzeba komórki rozebrać. To starzyzna jest. Postawimy nowe, murowane. Będą na zawsze. Tylko że wtedy Witkowi nie było w głowie pomaganie ojcu. Zajęty był czymś zupełnie innym. Zalotami, żeniaczką, wódką i babami. Ojciec powtarzał. - Kto nie słucha ojca, matki ten słucha psiej kołatki. No i co z tego że miał rację. * - Pani Małgosiu, Gośka! – Maryna krzyczała z daleka machając ręką. Małgośka zatrzymała się. Wróciła kilka kroków. - No powiedz co tam u Natalii się stało. - Nic szczególnego, boli ją w krzyżach. Ale doktor dał jej coś przeciwbólowego i przejdzie jej. Ma już swoje lata. - Nie pierdziel. Co się stało na podwórku? - Upadła? Bo nic nie wiem. Byłam u Flisakowej. Ona jest już bardzo chora. - Co ty gadasz. Widziałaś tych Żydów. - Aaa Żydów. Widziałam. Bardzo mili ludzie. - Ale oni skarb zabrali. - Jaki skarb? Cały czas z nimi byłam. - Na podwórku, w komórce. - To ja nic nie wiem. Kiedy oni szli do komórki, to ja już poszłam. - Skarb znaleźli. Natalię tylko odepchnęli. W wielkim worze wytargali chyba jakąś skrzynię i odjechali. - Nic się staruszce nie stało? Oni byli bardzo kulturalni... – zastanowiła się Małgosia - To bandyci. - Nie. Ja nic nie wiem. Może jak pójdę jutro do Natalii, to mi opowie. * - Mnie się wydaje, że powinno być tak. Jeżeli coś, to powinni dawać połowę, znaleźnego. To jest proste. - Ale kurwa oni znaleźli swoje, czyli nie znaleźli, to komu mieli dać znaleźne. - Stachowiak mówi, a on wszystko widział, że Natalii krzywda się nie stała. Dolary to jej się w ręce nie mieściły. - Akurat Stachowiak chuja widział. Natalia akurat jemu by pokazała. - Mówią że Natalia za młodu pokazywała niejednemu. Ponoć piękna była, jak mało kto. A i nie żałowała sobie. W parku, na położonych na przeciw siebie ławeczkach, siedziało dwunastu mężczyzn. Trzech stało opartych o brzeg ławek. Po raz pierwszy od wielu lat stali w komplecie. Nie pamiętają jak wszyscy jednocześnie znaleźli się tym samym miejscu. Do tego tak blisko siebie. Zwykle małymi trzyosobowymi grupkami, rozrzuceni są po całym rynku. Nigdy się na to nie umawiali, ale byli świadomi, że tylko tym sposobem będą mieli 14 szansę cokolwiek upolować. W ten sposób nie było możliwości przejścia przez rynek w taki sposób, żeby nie natknąć się na jednego, czy dwóch proszących o drobną pożyczkę. Jeżeli udało ci się zdobyć dwa złote szukałeś tych, którym też się udało. Już po chwili była nadzieja, że można będzie wysłać najmłodszego do sklepu. Najmłodszy szedł wtedy dumny, a zdobywcy środków płatniczych wędrowali w stosowne miejsce. Taki stan rzeczy sprawiał, że pito w przeróżnych konfiguracjach. Nigdy nie można było przewidzieć kto dołoży się do twojej zdobyczy, lub komu ty dorzucisz kilka groszy. Tylko przez dwa dni w miesiącu pito w gronie bliskich przyjaciół. To był dzień, kiedy dostawałeś zasiłek. To najcieplejszy dzień miesiąca. Można podejść do lady . - Dwie proszę. – ekspedientka wie o co prosisz. Nie myli się nigdy. - Kurwa. Weź trzy, nie będziemy latać jak głupki – słyszysz głos przyjaciela, który niestety na zasiłek nie zasłużył. Ma pole po ojcu. - No to jak... dać jeszcze jedną, bo klienci czekają. - Dawaj Ania. Kiedy któryś z przyjaciół ma trochę kasy. Nie ważne czy ukradł żonie, choć tych żonatych w zasadzie dużo, ale jakimś trafem żony już dawno zmieniły ich wspólne łoże, na samotną wersalkę u rodziców, czy ukradł matce, świętowali wszyscy dobrzy znajomi. To podstawowa zasada, jeżeli jest radość, to trzeba się nią dzielić. Prawda stara jak świat, ale tu chyba jak nigdzie indziej jest tak uwidoczniona. Z żonami było tak. - Patrz, kurwa, i cię zostawiła. Bez grosza, bez chleba, jak śmiecia. – rozrzewnia się Jarek - Ona dziwka była podła. Dziwka i tyle. – odpowiada porzucony. - Ano dziwka. Chłopcy są już po czwartym winie i wyraźnie daje się odczuwać ostrość analizy myślowej, której dokonują. - Kurwa jedna. – dodaje Mirek budząc się z letargu. - Nie mów tak. Ona nie była kurwa. – cedzi przez zęby porzucony. - Nie była. - Babe to trzeba, kurwa, sobie wychować. Jak trzeba to i wpierdolić. – mówi ze znawstwem Jarek, który jako jedyny z trójki nigdy nie był żonaty.- Jakby tak moja mi podskoczyła, to tylko by fiknęła przez stół i tyle byłoby jej. Z piąchy bym ją pojechał. Siedziałaby cichutko jak mysza. - A co myślisz, że nie próbowałem. Że nie próbowałem jej wpierdolić. Kurwa i to jak jeszcze próbowałem. - No i co ? – zapytał z autentycznym zainteresowaniem Mirek - Nic... Za silna kurwa była. Teraz wszyscy byli razem na rynku. Zbratani problemem, który był chyba ponad osobisty. Można powiedzieć byli jednością. Oni nie byli tego świadomi, ale istniał chyba honorowy kodeks, nie skodyfikowany, ale szanowany. Jeżeli ktoś dostał zasiłek i pił ze swoimi kolegami, nikt nie starł się dołączyć na krzywego. Nikt i już. Jeżeli pił ktoś nie z grupy, prawie wszyscy starali się przyłączyć. - Ale zaiwaniali tym mercedesem. Oj pijoki, pijoki – mówi przechodząc obok Irena. - Jakim mercedesem. – pyta Michał. - No te Żydzi. Wychodziłam z marketu i widziałam - Oni nie jechali koło marketu. Pojechali w stronę plebani. Uciekli z rynku. 15 - Jak nie jechali? Sama widziałam. - Oni nie jechali mercedesem. – mówi stanowczo pięćdziesięcioletni Janek. – Siedziałem na tej ławce, - wskazał ławkę położoną najbliżej miejsca parkowania nieznajomych -jak podjechali. Potem nie patrzyłem. - Ja tam jestem pewna, że ich widziałam. Z tyłu siedziała dziewczyna. – próbuje Irena. - Nie. Siedziała z przodu. - Gówno żeście widzieli pijoki. – odchodzi lekko poirytowana. Przez chwilę zapanowała cisza. - Ona miała pończochy. - Kto? Irena? - Głupiś – mówi spokojnie Janek. – Ta kobieta miała pończochy. Jak wsiadała do auta to musiała podciągnąć sukienkę. Bo ta wąska była. Nie tak bardzo wysoko, ale... Zamilkł i rozglądał się na boki jakby kogoś szukał. Było cicho, a oczy wszystkich mężczyzn wpatrzone były w Janka. - No , kurwa, mów. Janek oprzytomniał, wrócił do życia. Był kierowcą zawodowym. Pojechał po pijaku. Lekarze robili wszystko żeby poskładać jego rozwaloną czaszkę. Udało się. Po miesiącu się obudził. Teraz jednak czasami wpada w zadumę. Mimo wszystko ma rentę. I pije jakby mniej. - No. Miała pończochy. Takie ciemne. Jak podciągnęła tę sukienkę, żeby wsiąść do auta. To nie był mercedes. Irena chuja widziała. Tylko tak pierdoli. - No kurwa, mów wreszcie- krzyknęli zbiorowo, bo Janek znów się zamyślił. - I białe majtki. Ale takie bielusieńkie. Usiadła i wtedy było widać. Nagle popatrzyła na mnie. Widziała że się na nią gapię. Wcale się nie speszyła. Uśmiechnęła się do mnie. Ale tak tylko. I powoli wsunęła nogi do auta. A tam fotele kubełkowe i jak wsiadała to dopiero widać było te majtki. Wcale się nie wstydziła. Zapanowała cisza. - Co się, kurwa, dziwicie.... Żydówka. – powiedział ze znawstwem Michał. Przez chwilę zapanowało milczenie. Cisza złowroga. Gdyby dało się wyświetlać ludzkie myśli, ludzkie marzenia, to okazałoby się że w tym momencie, w głowach kilkunastu mężczyzn zakwitała taka sama myśl. Jeżeli nie identyczna, to tak łudząco podobna, że nawet właściciel myśli miałby problem z odróżnieniem swojej, od myśli sąsiada. „A jakby tak pójść do domu. Zobaczyć w swojej komórce. To nic że nie pożydowska. Ale jakby tak była i znaleźć wiadro. Zresztą po co wiadro. Mały garnuszek złotych monet. A potem... - Anka daj ten karton stołowej. - Nie. Co ty mi dajesz. Niech Marek ( mąż Anki) wrzuci mi do bagażnika dwie zgrzewni smirnofa. I jeszcze daj z trzydzieści piw. Trzeba czymś przepić. - - Ale pan ma furę. – mówi z uznaniem Anka. Ani marzący Mirek, ani Anka nie wiedzą jeszcze jaka to marka, ale jest duży, szybki i ma felgi. Felgi są chyba najważniejsze. Mirek dopiero teraz dostrzega, że w samochodzie, obok kierowcy siedzi blond żydówka. Ma białe majtki, które odcinają się 16 mocno od ciemnych pończoch obciskających uda. Mirek uśmiecha się do siebie. Trochę kasy i dupy lgną jak... Brakło mu określenia, choć wiedział, że chodzi o coś z serem. - Jak pan go zdobył? – dziewczyna jest dociekliwa. - A tak zwyczajnie, z salonu. - Za gotówkę ? – Anka nie odpuszcza. Baby są takie dociekliwe. Gówno ją to obchodzi jak kupił. Nie może się przecież wygadać. To byłoby najgorsze. Kurwa, nie mieć pieniędzy – kłopot. Mieć – też kłopot. - Wziąłem na wypłat, na parę lat. - To znalazł pan pracę? – dziewczyna cieszy się, dziwiąc jednocześnie.” Mirek prostuje się i wspiera plecy na oparciu ławki. - Dziwka jedna, co ją to obchodzi. – szepce Mirek budząc kolegów. - Co mówisz? - pytają - Nie nic. Tak mi się powiedziało. Chłopcy wrócili do życia, choć jedynie częściowo. Bardzo chcieli o tym porozmawiać, ale nie wiedzieli jak zacząć. Tadek wstał i ruszył przed siebie, w stronę największego w rynku sklepu. - Pani Wando, no i widzi pani jakie nieszczęście. – zagadnął po chwili, do starszej pani, niosącej zakupy. - Co się stało? - A, te żydy u Natalii. - Aaa. To. To nie jakieś nieszczęście. Zapłacili, to wzięli. - Pomógłbym pani zanieść te zakupy. - Ile chcesz? – pani Wanda nie uznaje ceregieli. - Najlepiej szóstkę... ale tyle to może nie... Co? - Półtora. - A można tak dwa?. - Nieś i nie marudź. Idą przez chwilę w milczeniu. Zakupy są ciężkie. Gdyby wiedział, że tak ciężkie, z dwóch by nie zszedł. Nie ma chuja. - Nieszczęście straszne. Oni nam wszystko zabiorą. Natalię podobno poturbowali. - Tego nie wiem, ale Stachowiak widział. Dobrze się odpłacili. Ani nawet na milicję nie zgłosili. Musi im pasuje.- mówi pani Wanda - Ale Witek się na nią darł, na cały rynek. - Ano darł się żeby ludzie słyszeli. Żeby nikt nie pomyślał. Witek na pieniądze zawsze był chytry. - Ma pani rację, Witek jest taki. Dorzuci pani pięćdziesiąt groszy? Kochana, brakuje nam dwóch złotych. - Dam ci.- ucięła sucho. Nie wiedział czy temat kontynuować, czy unikać tematu, gdyż obietnicę miał, ale kasy jeszcze nie widział. Sprawa sama się rozwiązała. Po kilkunastu krokach, kiedy znaleźli się u podnóża kościelnego muru, w pobliżu miejsca zamieszkania pani Wandy, spotkali Nastkę. - No i co ty o tym myślisz, Nastusiu? - Idąc na cmentarz zastanawiałam się nad wieloma aspektami tej sprawy. Nastka , Pani Nastka, jest z miasta i jest osobą oczytaną, elokwentną i inteligentną. Tak w każdym razie ogłosiła. Ponieważ ogół nie był w stanie tego zweryfikować, 17 uznano to za stan faktyczny. Pani Nastka była z miasta i kiedyś była wyjątkowo piękną dziewczyną. Trzy nieudane małżeństwa trochę nadwątliły jej reputację i zdrowie. Dały jednak, jak na bufetową z Warsu, całkiem fajne zabezpieczenie na starość. - Do jakiż wniosków doszłaś kochana. – Wanda nie znosiła kiedy Nastka mówi po miastowemu, a też nie chciała wypaść na prostaka. - Widzisz, moja droga, znasz Natalię. Jest wyjątkowo ostrożna. To córka chłopska, z biedy , z roli, wypracowana i przebiegła. Łatwo nie dałaby się oszukać. - Masz te swoje dwa złote i zanieś zakupy pod drzwi domu. Nie będziesz tu z nami stał. - A jakby pani Nastka dorzuciła jakiś grosz... Ogródek skopię, albo co... Albo co – było ulubioną formą obietnicy. Chłopaki w zasadzie najbardziej lubili robić, właśnie „albo co...” W „albo co...” była zapowiedź wysiłku jaki włożą, żeby kochanemu darczyńcy się zrewanżować. Zrewanżować w taki sposób żeby wiedział, że zainwestował w sposób właściwy. Nie wydał pieniędzy jakiemuś pokrętnemu pijakowi, jakiemuś oszustowi, lecz człowiekowi uczciwemu, który nie chce pieniędzy za nic. Zostało jasno ustalone. Dziś inwestycja finansowa, drobny sponsoring. Jutro albo po jutrze lub w dowolnym czasie świadczenie usług. Nie ma bardziej dżentelmeńskiej umowy. Nastka nigdy nie dawała pieniędzy. Nawet nie próbowali do niej się zwracać. W takich sytuacjach była bezczelna i potrafiła nagadać do bólu. Nie mogli zrozumieć, bo nie znali przecież jej kariery zawodowej, że taka elegancka i wykształcono osoba potrafi wywalić od chujów i kurw i co najgorsze od nierobów bez zastanowienia, bez zawahania. Mirek zaryzykował. Nie mógł uwierzyć kiedy dała mu dwa złote, podobnie jak Wanda. Potem dorzuciła jeszcze złotego. Czuł ciężar zakupów i wkurzał się, że oni siedzą w parku, a on musi zapierdzielać, żeby oni mogli się napić. - Jak kurwa nic nie zorganizują, to będę pił sam. Zobaczą kutasy – szeptał do siebie. Pot lał mu się z czoła i kilka razy, na ostatnich stu metrach, przystawał. Wreszcie drzwi. Postawił zakupy w sionce i wracał. Oddech bardzo powoli się normował. Miał wrażenie, że kiedyś był mocniejszy. A może nie było takich ciężkich zakupów. Chłopcy siedzieli w parku, byli dziwnie rezolutni. Panował gwar. - Stało się co? – zapytał Mirek zaskoczony. - Nie nic. Tylko czekamy na ciebie. Ileś utargował bagażowy. - Na pewno więcej niż wy. Do tego dała mi kasę Nastka. – pokazał im język. - No to będziesz musiał jej teraz poletko uprawić jak nic. - Ona nie ma pola. Wszyscy jak na komendę huknęli gromkim śmiechem. Śmiali się aż Mirkowi zrobiło się głupio. Po chwili zrozumiał. - Futro jej będziesz trzepał. Stare, ale jare. Już ona cię wydoi. - Jego się już nie da wydoić. Wódka mu siusiaka zabrała. - No to ile masz za to trzepanie ?- zapytał któryś kiedy się uspokoili. - A wy ile macie? - Z pieniędzmi Jurka, co mu matka dała, trzydzieści siedem. 18 Mirek nie potrafił ukryć zdziwienia. Był pod wrażeniem. Nie tak łatwo było zgromadzić tak znaczną kwotę, w tak krótkim czasie. Toż to czasami starczało na dwa dni. - Z moimi panowie czterdzieści dwa. Potrzebowali kilku minut żeby zdecydować się czy wchodzą w mocniejszy trunek, czy też trunki szlachetniejsze, o niższej zawartości, ale którymi można delektować się znacznie dłużej, zanim się zaśnie. Był piękny letni dzień. - Patrzcie. Może takie żydy... Bo mają głowę do interesów... Może pomogły nam w robieniu biznesu? Po kilku minutach siedzieli na trawie za kinem. Kino to tak naprawdę duży budynek po kinie. Nazwa została. Może z nadziei że kiedyś wróci. Kino jest w miasteczku jednym z miejsc granicznych. Kino leży co prawda czterdzieści metrów o rynku, ale za kinem nie ma już miasta. Nigdy nie było. Jest dość stromo opadająca droga, z mostkiem i łąki, oraz dwa śmierdzące stare stawy, które powoli zarastają. Idealne miejsce na spokojną sjestę, dla smakoszy. * Zawsze dzwonią kiedy szykuję jedzenie – pomyślała Małgośka. Była głodna po całym dniu pracy. Nie chciała usłyszeć, że jest koniecznie potrzebna. Była zmęczona. - Słucham. - Z tej strony Jolka. - Cześć. - No co tam u ciebie. - Chyba wszystko w porządku. Poczekaj pójdę do kuchni wyłączyć ziemniaki. - Nie. Ja tylko chwileczkę. No, zdradź mi koleżanko co to się stało? - Ale gdzie? - No nie bądź taka. Wiem że tam byłaś. Bardzo ja poturbowali. - Kogo? – zapytała Małgośka, mimo że zaczynała się domyślać. - No Natalię. - Nic nie wiem, już dziś ktoś mnie pytał. - Jak nie chcesz, bo to tajemnica, to nie mów, ale mnie możesz przecież powiedzieć. - Skąd ty Jolka dzwonisz. - Z domu. - Z Zabrza? - No, a co? - Ale co wiesz? – zapytała zaskoczona Małgośka - Ty powiedz co wiesz, bo mówią... - Kto ci powiedział? - No wiesz, taka sensacja, to się szybko roznosi. Widziałaś ich? Widziałaś co wynieśli? - Widziałam, nawet rozmawiałam z nimi. To bardzo grzeczni ludzie. Eleganccy. - Ale Natalię pobili. - Kto ci naopowiadał takich bzdur? Oni nikogo nie pobili. - No to jak zabrali skarb? - Nie wiem, ja wcześniej odeszłam. O wszystkim dowiedziałam się od Maryśki. - Której? 19 - No... Kaszubki, ale nie wiem jak ona się nazywa naprawdę. - Dzięki. Jedz ten obiad, skoro tylko tyle możesz mi powiedzieć. Robicie tajemnicę z byle czego. Gośka chciała jeszcze coś powiedzieć, wytłumaczyć, ale Jolka już się rozłączyła. * - Naprawdę ich widziałaś? - Widziałam. Wychodziłam właśnie z handlowca. Zatrzymałam się na przejściu. Jakbym weszła na drogę, to chybaby mnie rozjechali. Jechali jak szaleni. A ta baba siedziała koło kierowcy. - Mówili że ktoś widział ją z tyłu. - Gdzie tam z tyłu, ludzie nie widzieli, a gadają – tłumaczyła Irena. – Siedziała z przodu, nawet nie spojrzała na drogę. - Nie pamiętasz jaki był numer rejestracyjny. - Nie pamiętam, tak mnie przestraszyli. Ale auto czarne, nie mercedes. - A mówiłaś... - Patrz jak bojczą, jak bojczą. Teraz będą mi wmawiać, że mówiłam, że mercedes. Mercedesa to ja bym poznała. Heniek przecież ma mercedesa. * - Tato, a takie złoto to jest drogie? - Myślę, że drogie, ale nie tak jak ludzie uważają. Czemu pytasz? Masz jakieś zadanie do rozwiązania? - Nie. Tak tylko.- Patryk pochylił się nad talerzem i jadł zupę. Dziś wrócił zmęczony, bo mieli trening w hali. Zbyszek cieszył się syn chodzi na zajęcia sportowe. Sam lubił grać w piłkę. Grał nawet w „A” klasie. Teraz pracował w pobliskim powiatowym miasteczku. Praca była pewna, w dużym markecie, ale szczególnych zarobków nie dawała. - A ile może być złota w wiadrze, albo w garnku? Uśmiechnął się do syna. Wiedział o co mu chodzi. - W garnku, albo w wiadrze może ... może...- mały odłożył łyżkę. Ojciec był autorytetem. – W garnku, albo wiadrze nie ma złota. - Ale gdyby było. Gdyby było, to ile? - Ale czemu miałoby być w jakimś garnku złoto? - Jakby go tam ktoś włożył, to ile? Powiedz. - W tym garnku, o którym myślisz, wcale nie musiało być złoto. Może tam były jakieś pamiątki. A pamiątki nie muszą być ze złota. Pamiątki dla jednych nie mają żadnej wartości, a dla kogoś innego mają wartość większą niż złoto. Zresztą nawet nie wiemy czy był tam jakikolwiek garnek. Ludzie często gadają bzdury. - To co mam powiedzieć kolegom? - Nic im nie mów. Przynajmniej w tej sprawie. - Ale oni mówią, że tylko ty jeden możesz wiedzieć ile złota może być w garnku. * - Cześć. Ale sensacja. Co? – powiedziała Elka ciesząc się ze spotkania z Markiem. 20 - No jest sensacja, ale tu takie rzeczy mogą się zdarzać. Taki teren, z przeszłością. - To trzeba szukać. Kurwa, trzeba szukać. – Elka uroczo klnie. Szczególnie wtedy kiedy jest czymś zaaferowana, podniecona do czegoś się podpala. - Dobrze, ale nie można szukać wszędzie. To nie jest takie proste. - Ja mam przeczucie. Ja wiem, że coś jest. Śniło mi się. Ja to wiem. Ja to czuję. Marek uśmiechnął się życzliwie. - Zobacz ile ludzie już tu przebudowali. Zobacz jak się zmieniło. Gdzie tu szukać. Zresztą myślę, że to już było przeszukane sześćdziesiąt lat temu. - Nie było, bo nie mieli czym. - Było, było, bo oni pamiętali żydów. - A Gawełkowie? - To mity. - Mity? – Elka podniosła głos. – Ludzie słyszeli jak kopali w piwnicy. Jak stukali w ściany. Tam było dziadostwo. Dom kupili w ruinie, a dzisiaj rezydencja. - Nie przesadzaj. Odremontowany. Może udało im się coś zarobić. Dzieci dorosły i pracują. Nikt w domu nie pije. Odłożyli. - Tyle nie odłożyli. Dziś dzwonię do Wiśka. - On coś więcej wie? Przecież tu nie mieszka. - Nie, ale on się zna na tych wykrywaczach metalu. Kupię i idę w pola. Marek zaczął się śmiać tak głośno, że Elka dała mu znak żeby przestał. - W polach na pewno nic nie znajdziesz. * - Witek pije odkąd tylko wrócił od matki – powiedziała Olka do Kingi, która przyszła ją odwiedzić. - Przechodziłam widziałam. Siedzi w ogródku. Tylko się kiwa i coś bełkocze. Żal patrzyć. Taki majątek przed nosem... - Ludzie mówią, że krzywda wielka im się nie stała. Natalia dostała niezły grosz. - Ile mogli jej dać. Ty wiesz, kurwa, ile w takim garnku mogło być złotych pieniędzy. A skąd wiadomo ile było garnków. - Mówią, że jeden. - A wiesz co było w mieszkaniu? - W mieszkaniu nie było nic. Tam była Małgośka z ośrodka. - - Kto wie może i ty masz rację. Bo Gośka nie chce pary z gęby puścić. Jolka do niej dzwoniła. Wiesz, takie wielkie koleżanki były, a i tak nic od niej nie wyciągnęła. Ino patrzeć jak i Małgośce się polepszy. Ino patrzyć. - A gdzie ta Jolka teraz jest. - W Zabrzu. - Jolka też jest dobry numer. Ich dom po jakichś Horszfildach jest. Jakoś dziwnie szybko wyjechali. - Może i ty prawdę mówisz Kinga. * Od wielu lat to miasteczko już nie ma nocnego, a może bardziej wieczornego życia. Kiedyś, było tu pełno młodzieży, kilka szkół. Nauczyciele sprawdzali czy uczniowie o 21 dziewiątej są w domach. Dziś o ósmej, a w zimie nawet wcześniej, nikogo już nie spotkasz na ulicy. Jedynie ci, którzy przyjeżdżają ostatnimi busami szybko uciekają do domów, przez półmrok. Teraz w zwyczajny dzień tygodnia, zwykła szarówka, wygania ostatnich poszukiwaczy pieniędzy z rynku. Ci którzy mają więcej szczęścia lądują gdzieś u kumpla, który ma jakieś jedzenie, bo zarobił gdzieś trochę, by teraz biesiadować. Tym zazdroszczą wszyscy. Są w cieple, choć w zimie lepiej powiedzieć pod dachem, mają ciepłą przepitkę i nic nie leje się na głowę. Nawet jak uśniesz, to jak człowiek, na stole, a nie na jakimś kamieniu. Nocne życie miasteczka z okresu jego świetności nie miało związku z jakąkolwiek rozwiązłością. Wieczorem jedynie na stancjach, a i to było mocno utrudnione, spotykali się młodzi ludzie żeby podjąć próby kopulacji. Zwykle były to próby nieudane, gdyż dziewczyny dziwnym trafem o swoją cnotę potrafiły zadbać. Kończyło się więc na pieszczotach, pocałunkach i dotykaniu, które dla chłopców kończyły się niekończącymi się marzeniami, aż do nocnej zmazy. Porządne żony i matki były już w domach. Czekały na swych mężów, albo nie czekały, gdyż mężowie od kilku godzin w domu już byli. Jeżeli do czegoś dochodziło, jeżeli dochodziło do zdrad, które tu można by nazwać niewinnymi, to dochodziła właśnie w godzinach popołudniowych. Wtedy kiedy nieobecność w domu nie budziła jakichkolwiek podejrzeń. Wtedy można było wyjść do sklepu. Do koleżanki. Przemknąć się uliczkami wąskimi i niezauważonym trafić w miejsce, gdzie trafić się chciało. W małym miasteczku, gdzie wszyscy się znają, nie jest jednak tak łatwo stać się niewidzialnym. Nikt nie wtajemniczał swoich koleżanek w to, czego się podejmował. To było zbyt ryzykowne. Ryzykowne tym bardziej, że w tak małym miasteczku niewidzialnym nie byłeś nigdy. Ktoś za firanką, ktoś idący po wodę, ktoś spóźniony, lub idący zbyt wcześnie. Takich niefartów amator zdrady mógł spotkać masę. Mężczyźni czekali w napięciu świadomi napiętnowania, jeżeli ich czyn wyjdzie na jaw. Kobiety w pozornym spokoju, gdyż mąż w pracy, a dzieciaki jeszcze w szkole, zmieniały majteczki, zakładały nowy biustonosz. Kosmetyki były takie jakie były. Można rzec, że w zasadzie nie istniały. Ale zawsze czymś udawało się urodę podkreślić. Spojrzenie w lustro po lekkim podciągnięciu spódnicy. Jest ładnie. Spodoba mu się. Zresztą i tak szybko rozbierze, bo mamy pół godziny. Żeby tylko znów nie odkładał, na za chwilę, bo wtedy nawet popieścić się przed wszystkim nie uda. Nie wolno było się biednej mężatce stroić przesadnie, gdyż to budziło natychmiastowy niepokój otoczenia. Kobiety znalazły na to świetny sposób. Kiedy już się dogadały. Kiedy już wszystko było ustalone, ale jeszcze nie doszło do zespolenia, na razie jakiś dotyk przelotny, pocałunek ukradkiem za szafą, muśniecie rozporka i gorąca dłoń w majtkach starająca się rozsunąć gęstwinę włosów, w poszukiwania odrobiny wilgoci. Kiedy więc to już się stało, zaczynały dbać o siebie. Odkładały właściwy moment na tydzień, czy dziesięć dni. Uściski tak. Czasami jakaś ulga podarowana facetowi w spokojnym miejscu. Na stojąco, szybkimi ruchami dłoni i rozglądaniem się czy ktoś nie idzie. Kiedy mąż uznał, że nowa fanaberia żony i strojenie się w dni nieświąteczne wynikają z prostego starzenia się małżonki, dochodziło do pierwszego spotkania. To były zwykle burzliwe spotkania i w większości wypadków niewypały. Zupełnie inaczej to sobie zaplanowali, ale wychodziło tak normalnie, że momentami niewiasty żałowały, podjętego ryzyka. Drugie spotkanie odbywało się zwykle 22 następnego dnia. Wtedy było już inaczej. Nie jak w domu. Nie jak z mężem. Było jak z kochankiem, a to różnica zasadnicza. To wbrew logice, ale zdradzający, kochankowie pozwalają sobie na znacznie więcej, niż te same osoby w małżeństwie. Powinno być odwrotnie. To z mężem dziewczyna powinna szukać chwil największego uniesienia. Jemu powinna darować najwięcej. A okazuje się, że tak nie jest. Jakby obie strony się wstydziły. Młodzi mieli dokładnie te same problemy. Nie zdarzało się praktycznie, żeby ktoś miał wolną chatę. Dziewczynom nie wypadało kręcić się po nocy. Więc po południu w jakimś uroczym wąwoziku, których w okolicy jest bez liku, spotykali się młodzi i działali szybko i skutecznie, żeby jakiś rolnik nie wypatrzył ich ze swojego pola. Nie było ciągników, wiec chłop okoliczny mógł podjechać konno, niezauważony. Jak cień, albo duch. Obecnie jest dużo prościej. Jedna flaszka i przyjezdna Baśka da, nie przerywając snu. A inne. Jeżeli jest alkohol, jest zabawa. I niekoniecznie z tymi od dwóch złotych. Dziś, w dzień odnalezienia skarbu, stało się coś, co nawet dla tego smutnego miasteczka było wyjątkowe. O osiemnastej nie było nikogo na ulicy. Nie było nikogo w sklepach. Tylko dzieci cieszące się wakacjami baraszkowały gdzieś na boisku pod szkołą i na targowicy. Dorosłych wymiotło. * - Ale jaja. Co? – zaczął Kazik - Ludzie już takie rzeczy gadają, że sama nie wiem. – odrzekła Ewa podając herbatę. - Trzeba mieć pecha. Mogli zburzyć te komórki dwadzieścia lat temu i nikt by nie wiedział. A teraz muszą mieć wyrzuty sumienia jak diabli. - Dlaczego wyrzuty. To nie było ich. Nie znaleźli. Natalia jest stara i nie grzebałaby w tej komórce, a Witek sam wiesz jaki jest. - Ja bym tam sprawdził. - A w swoim sprawdziłeś? Kazik spoważniał nagle. Widać jak dziwny grymas pojawił się na jego twarzy. Po rodzicach odziedziczyli duż
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Obłęd w miasteczku X
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: