Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00063 008675 10442613 na godz. na dobę w sumie
Obudzić szczęście  - ebook/pdf R
Obudzić szczęście - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 437
Wydawca: Harlequin Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-238-8201-5 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).
Sarah Daly, autorka komiksów, ma dwa oblicza. Na pozór jest szczęśliwą kobietą, jednak głęboko skrywa frustrację. Nie ma odwagi mówić o niej głośno, inaczej niż bohaterka jej komiksów Shirl. Shirl, w przeciwieństwie do Sarah, jest bezkompromisowa, mówi i robi to, na co ma ochotę. Na pierwszy rzut oka Sarah prowadzi bajkowe życie, a w rzeczywistości nie znosi pochmurnego i zimnego Chicago, nie umie porozumieć się z mężem, w dodatku mimo usilnych starań nadal nie może zajść w upragnioną ciążę. Pewnego deszczowego dnia Sarah dowiaduje się, że mąż ją zdradza. Rozgoryczona i zraniona rzuca wszystko i jedzie do rodzinnego miasteczka w Kalifornii. Jednak zamiast użalać się nad sobą, powoli nabiera dystansu do swoich problemów. Pragnie rozpocząć wszystko od nowa, poszukać drugiej szansy na szczęście. Powoli odbudowuje więzi z rodziną i dawnymi znajomymi. Kiedy zaczyna wierzyć, że może ułożyć sobie życie na nowo z jednym z nich – Willem Bonnerem, ze zdumieniem odkrywa, że jest w ciąży z byłym mężem...

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Recenzje na blogach:

kilkastrondziennie.blogspot.com Kilka stron dziennie: "Obudzić szczęście" Susan Wiggs

Darmowy fragment publikacji:

SUSAN WIGGS Przełożyła Anna Bieńkowska Tytuł oryginału: Just Breathe Pierwsze wydanie: MIRA Books, 2008 Redaktor prowadzący: Graz˙yna Ordęga Opracowanie graficzne okładki: Kuba Magierowski Opracowanie redakcyjne: Maria Nowicka Korekta: Ewa Popławska, Maria Nowicka ã 2008 by Susan Wiggs ã for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2011 Wszystkie prawa zastrzez˙one, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie. Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej ksiąz˙ce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – z˙ywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25 Skład i łamanie: COMPTEXTÒ, Warszawa ISBN 978-83-238-8201-5 CZĘŚĆ PIERWSZA ROZDZIAŁ PIERWSZY Sarah przychodziła tu od dobrego roku i wystrój kliniki zaczynał coraz bardziej działać jej na nerwy. Moz˙e fachowcy od wnętrz uwaz˙ali, z˙e stonowane barwy ziemi wyciszają emocje zalęknionych przyszłych rodzi- ców. Albo liczyli, z˙e delikatny szum ściennej fontanny sprawi, z˙e bezpłodna kobieta, jak kwoka nioska, spon- tanicznie wyprodukuje jajeczko. A moz˙e mieli nadzieję, z˙e subtelne pobrzękiwanie mosięz˙nych dzwoneczków skutecznie wskaz˙e właściwą drogę błądzącym po omac- ku plemnikom. Była juz˙ po zabiegu, lecz na wszelki wypadek wolała jeszcze chwilę polez˙eć z uniesionymi biodrami, choć ta chwila była niemoz˙liwie długa. Juz˙ dawno odstąpiono od tej procedury, jak zresztą wiele kobiet poddających się inseminacji, była przesądna. Trzeba wykorzystać wszystkie moz˙liwości, równiez˙ siłę ciąz˙enia. lecz Sarah, Ktoś lekko zapukał, drzwi otworzyły się cicho. – Jak się mamy? – usłyszała głos Franka, dyplomo- wanego pielęgniarza. Frank był ogolony na łyso, miał tylko kępkę włosów nad brodą, kolczyk w uchu i róz˙owy fartuch w króliczki. Fajny gość. 7 – Mam nadzieję, z˙e tym razem uz˙ycie liczby mnogiej jest jak najbardziej uzasadnione – odpowiedziała, wycią- gając ręce za głowę. Jego uśmiech prowokował ją do płaczu. – Pojawiły się skurcze? – Nie większe niz˙ zwykle. – Bez ruchu lez˙ała na sterylnym stole, podczas gdy Frank zapisywał w karcie jej temperaturę. Odwróciła głowę na bok. W sąsiadującej z gabinetem przebieralni widziała starannie ułoz˙one na półce swoje rzeczy: cynamonową torbę od Smythsona z Bond Street, eleganckie ciuszki, oparte o ścianę botki z mięciutkiej skórki. I komórkę, z której mogła natychmiast połączyć się z męz˙em. Wystarczyło nacisnąć jeden przycisk. Albo powiedzieć słowo. Na ten widok naszła ją gorzka refleksja. Niczego jej nie brakuje, jest hołubiona, ba, wręcz rozpieszczana. Jednak ta myśl nie sprawiła jej przyjemności czy satys- fakcji. Zamiast tego poczuła się... staro. Jakby była panią w średnim wieku, a nie kobietą przed trzydziestką. Najmłodszą pacjentką kliniki. Większość kobiet w jej wieku nadal pomieszkuje ze swymi facetami w skromnie umeblowanych klitkach. Owszem, nie powinna im za- zdrościć, czasami nachodziły ją takie ponure myśli. W zasadzie nie powinny dręczyć ją wyrzuty sumienia, z˙e poddaje się tym kosztownym terapiom. Ona nie miała problemów zdrowotnych, nie dlatego tu przychodziła. I czasami korciło ją, by to wyjaśnić. Oboje z Jackiem pragnęli dzieci. Ich sytuacja nie była łatwa, więc poprosili o pomoc specjalistów. Sarah za- częła dostawać clomid, by wspomóc matkę naturę. Początkowo miała opory; była stuprocentowo zdrowa i myśl o stymulacji hormonalnej budziła jej sprzeciw. 8 Z czasem wszystko jej spowszedniało, przyzwyczaiła się do wizyt u lekarzy, skurczy, badań USG, pobierania krwi... i przytłaczającego poczucia zawodu, gdy kaz˙de kolejne podejście kończyło się niepowodzeniem. – Sarah, rozchmurz się – powiedział Frank. – Nie dołuj się, to zła karma. Według mojej absolutnie nauko- wej opinii. – Nie łamię się. – Usiadła, uśmiechnęła się do niego. – Jest okay. Tylko z˙e po raz pierwszy Jack nie mógł dziś tu ze mną przyjść. Czyli jeśli teraz się uda, będę musiała kiedyś wyjaśnić dziecku, z˙e jego tatusia nie było przy poczęciu. I co ja mu wtedy powiem? Z˙e wujek Frank go zastąpił? – Jasne, to mi pasuje. Powtarzała sobie, z˙e nie powinna mieć z˙alu do Jacka. Nie jego wina, z˙e nie mógł przyjść. To niczyja wina. Gdy badanie USG wykazywało dojrzały pęcherzyk Graafa, dostawała zastrzyk hCG i w ciągu trzydziestu sześciu godzin musiała poddać się inseminacji domacicznej. Akurat tak się nieszczęśliwie złoz˙yło, z˙e Jack miał umówione spotkanie, którego nie mógł przełoz˙yć, bo klient przyjez˙dz˙ał z innego miasta. – Ale nadal staracie się o dziecko w sposób tradycyj- ny? – zapytał Frank. Sarah zarumieniła się. Jack miał z tym problemy, coraz częstsze. Ostatnio zupełnie się poddał. – Kiepsko nam to wychodzi. – Przyjdź z nim jutro – rzekł Frank. – Zapiszę was na ósmą rano. Jutro powtórzą dzisiejszy zabieg IUI, została jej jeszcze rezerwa czasowa. Frank wręczył Sarah kartkę z terminem i ulotnił się, by dać jej trochę oddechu. Pragnęła dziecka i z kaz˙dym miesiącem pragnienie 9 przybierało na sile. To była dwunasta próba. Rok temu nawet nie przeszło jej przez myśl, z˙e to się tak potoczy. Tym bardziej z˙e Jack nie będzie z nią podczas zabiegu. Te wszystkie nieprzyjemne rzeczy były juz˙ przykrą rutyną, z którą wciąz˙ trudno się godziła. Choć po tylu miesiącach nie powinna az˙ tak się przejmować. Poza tą całą wiedzą i technologią było przeciez˙ coś więcej, coś głęboko ludzkiego i zasadniczego – pragnienie posiada- nia potomstwa. Ostatnio nie mogła spokojnie patrzeć na matki z dziećmi. Nawet przelotne spojrzenie budziło dziką tęsknotę i sprawiało niewysłowiony ból. Byłoby jej lz˙ej, gdyby Jack był tu z nią. Zawsze ją wspierał i podnosił na duchu, we dwójkę jest raźniej. Jednak rano sama mu powiedziała, by nie robił sobie wyrzutów, z˙e nie moz˙e przyjść. – Nie ma sprawy – rzekła przy śniadaniu, uśmiecha- jąc się z lekką ironią. – Kobiety codziennie zachodzą w ciąz˙ę bez obecności męz˙a. Jack ledwie podniósł wzrok znad swego BlackBerry. – Piękna uwaga. Szturchnęła go nogą pod stołem. – Powinniśmy nadal próbować tradycyjną metodą. Popatrzył na nią, w jego oczach przemknął jakiś cień. – Jasne – rzekł, podnosząc się i pakując teczkę. – Po co innego nam seks? Juz˙ od kilku miesięcy był taki zgryźliwy. Sarah tez˙ czuła, z˙e seks ukierunkowany wyłącznie na ciąz˙ę stał się bardziej obowiązkiem niz˙ przyjemnością. I nie mogła się doczekać, kiedy to się zmieni, kiedy znów będzie jak dawniej. Wciąz˙ pamiętała tamte cudowne czasy, gdy Jack widział w niej boginię. Rozkwitała pod jego spojrze- niem, czuła się piękna. Ale tak było, zanim zachorował. 10 Trudno myśleć o seksie po naświetlaniach jąder, po- wtarzał ostatnio Jack. I po usunięciu jednego z nich. Juz˙ wcześniej ustalili, z˙e jeśli Jack przez˙yje, zrobią wszyst- ko, by spełnić marzenie o dziecku. Wielu dzieciach. Po zakończeniu chemii lekarze zapewniali, z˙e ma szanse na odzyskanie płodności. Niestety, tak się nie stało. Jego sprawność seksualna równiez˙ nie powróciła do normy. Zdecydowali się na sztuczną inseminację nasieniem Jacka pobranym przed rozpoczęciem agresywnej terapii. Sarah zaczęła przyjmować clomid i regularnie odwie- dzać klinikę na North Shore. Rachunki za leczenie były tak monstrualne, z˙e szybko przestała je otwierać. Na szczęście ubezpieczenie Jacka pokrywało te wy- datki, bo prawdopodobieństwo zachorowania na raka w tak młodym wieku nie było brane pod uwagę. Ich dramat zaczął się we wtorek o jedenastej dwadzieś- cia siedem. Sarah dokładnie zapamiętała ten moment. Wbiła wzrok w komputer i próbowała normalnie od- dychać. Wyraz twarzy Jacka wystarczył, by zalała się łzami, nim jeszcze powiedział słowa, które zmieniły całe ich z˙ycie: – To rak. Gdy łzy obeschły, poprzysięgła sobie, z˙e nie odstąpi Jacka ani na moment, przejdzie z nim przez jego cierpie- nie. Z wypracowanym uśmiechem trwała przy nim, wspierając go i dodając otuchy nawet w tych najgorszych chwilach, gdy wyczerpany chemią był ruiną człowieka. Ta poranna wymiana zdań obudziła w niej skruchę; by załagodzić sytuację, sięgnęła po broszurę reklamującą aktualne przedsięwzięcie Jacka – luksusowe osiedle na przedmieściach Chicago. ,,Osiedle dla koniarzy projektu Mimi Lightfoot’’. – Mimi Lightfoot? – zagadnęła, przyglądając się 11 rozmytemu zdjęciu przedstawiającemu sadzawki i zielo- ne pastwiska. – W tym środowisku to wielkie nazwisko – zapewnił. – Dla miłośników koni jest taką szychą, jak Robert Trent Jones dla golfistów. Co to za trudność zaprojektować tor dla koni? Za- chowała to pytanie dla siebie. – Jaka ona jest? Jack wzruszył ramionami. – Kobieta w końskim typie. Sucha skóra, zero maki- jaz˙u. Włosy związane w koński ogon. – Wydał dźwięk podobny do rz˙enia. – Jesteś okropny. – Odprowadziła go do drzwi. – Ale pachniesz pięknie. – Wciągnęła zapach wody Karla Lagerfelda. Dała mu ją w czerwcu. W tajemnicy kupiła tę wodę i pudełko czekoladowych cygar w nadziei, z˙e moz˙e będą świętować Dzień Ojca. Niestety, znów oka- zało się, z˙e nic z tego. Wodę dała Jackowi, a czekoladki zjadła sama. Spostrzegła, z˙e dziś Jack ubrał się wyjątkowo staran- nie. Spodnie w kant, droga koszula i krawat. – Waz˙ni klienci? – zapytała. – Słucham? – Zmarszczył czoło. – Tak, bardzo wa- z˙ni. Mamy omawiać strategie marketingowe związane z naszym projektem. – W takim razie powodzenia. A ty z˙ycz mi szczęścia. – Słucham? – zapytał, wkładając płaszcz Burberry. Sarah potrząsnęła głową, cmoknęła go w policzek. – Mam dziś gorącą randkę z siedemnastoma miliona- mi twoich rozszalałych plemników. – O, psiakość. Naprawdę nie mogę przełoz˙yć tego spotkania. – Nie ma sprawy. – Pocałowała go jeszcze raz. Jack 12 był myślami gdzieś indziej, ale próbwała przejść nad tym do porządku dziennego. Wyszła z gabinetu, zjechała windą do garaz˙u. Mogła skorzystać z pomocy parkingowego, lecz nie zrobiła tego. Juz˙ i tak czuła się wystarczająco rozpieszczana. Załoz˙yła mięciutkie, podbite kaszmirem rękawiczki z je- leniej skórki i usiadła na podgrzewany fotel swego srebrnego terenowego lexusa. Zerknęła na wbudowany fotelik dla dziecka. Jack chyba zbytnio się z tym po- śpieszył, ale kto wie, moz˙e za dziewięć miesięcy będzie jak znalazł? Na tylnym siedzeniu piętrzył się papier kreślarski, zakupy ze sklepu dla plastyków i stary faks, który chciała oddać do naprawy, choć Jack ją do tego zniechęcał. Wprawdzie w dzisiejszych czasach juz˙ nikt nie wysyłał faksów, lecz miała sentyment do tego urządzenia. Kupiła je za pierwsze pieniądze zarobione na rysunkach. Moz˙e jeszcze nie rozwinęła skrzydeł, ale teraz, gdy Jack juz˙ wrócił do zdrowia, skoncentruje się na swoich pomysłach. Spróbuje rozszerzyć krąg klientów, sprzedawać swoje historyjki obrazkowe do większej liczby gazet. Wielu ludziom wydaje się, z˙e to nic trudnego zrobić rysunki publikowane sześć dni w tygodniu. Przysiąść jednego dnia, a potem cały miesiąc nic nie robić. Nie mają pojęcia, jak cięz˙ko się przebić, zwłaszcza na początku. Wyjechała z parkingu. Pogoda była koszmarna. Wściekły wiatr niósł mokrą breję znad jeziora Michigan, oblepiał nią samochody i pieszych. Nigdy nie przywyk- nie do tego klimatu. Kiedy rozpoczęła studia i po raz pierwszy przyjechała tu z sielskiego miasteczka w pół- nocnej Kalifornii, była święcie przekonana, z˙e trafiła na burzę stulecia. Nie miała wtedy pojęcia, z˙e w Chicago coś takiego to norma. 13 – Illinois? – zdumiała się mama, gdy pod koniec liceum Sarah dostała list z informacją, z˙e została przyję- ta na studia. – Dlaczego akurat tam? – Bo tam jest University of Chicago – wyjaśniła Sarah. – Tu mamy pod bokiem najlepsze uczelnie – po- wiedziała mama. – Jest Cal, Stanford, Pomona, Cal Poly... Sarah nie dała się odwieść od swego pomysłu. Chciała studiować w Chicago. Niestraszne jej były odległość, fatalny klimat i monotonny płaski krajobraz. Nicole Hollander, jej ulubiona autorka komiksów, tez˙ się tam przeniosła. Sarah instynktownie czuła, z˙e w Chicago jest jej miejsce, przynajmniej na cztery lata. Nigdy nie planowała zostać tu dłuz˙ej, zamieszkać na zawsze. Próbowała się przyzwyczaić, poczuć jak u sie- bie. Ogromne miasto przytłaczało ją i zachwycało, klimat – dobijał. Niektóre miejsca budziły grozę i lęk, inne zapierały dech. Wszędzie doskonałe jedzenie. Lu- dzie nad wyraz otwarci i z˙yczliwi, co budziło w niej mieszane uczucia. No bo jak poznać, na kogo naprawdę moz˙na liczyć? Po studiach zamierzała wrócić do domu. Nie wyob- raz˙ała sobie, by mogła zostać tutaj na stałe. Jednak z˙ycie potrafi zaskakiwać, wciąz˙ niesie niespodzianki. Niczego nie sposób przewidzieć. Jack Daly był właśnie taką niespodzianką. Uległa magii jego uśmiechu i nieodpartego czaru. Pochodził z Chicago, był szefem rodzinnej firmy budowlanej. Tutaj byli jego bliscy, przyjaciele i praca. Z góry było wiadomo, gdzie zamieszkają po ślubie. Jack nawet przez mgnienie nie myślał, by wynieść się z Miasta Wiatrów. Tu było jego miejsce na ziemi. 14 Kiedyś, w środku przeraźliwej i ciągnącej się w nieskoń- czoność zimy, zasugerowała, by przeprowadzić się w cieplejsze regiony kraju. Uznał, z˙e z˙artuje. Nigdy później nie wrócili do tego tematu. – Wybuduję ci prawdziwy dom marzeń – obiecał, gdy się zaręczyli. – Pokochasz Chicago, zobaczysz. Kochała go. I nie oponowała. Rak Jacka tez˙ był takim zaskoczeniem. Na szczęście przetrwali, co powtarzała sobie kaz˙dego dnia. Jednak choroba zmieniła ich oboje. Dramatycznych momentów nie brakowało równiez˙ w historii Chicago. W 1871 roku poz˙ar niemal zmiótł je z powierzchni ziemi. Porywisty wiatr podsycał i przeno- sił płomienie, pozostawiając po sobie morze popiołów i zgliszczy. Zrozpaczeni ludzie krąz˙yli po wypalonych ruinach, szukając bliskich, rozwieszając kartki z infor- macjami o sobie w nadziei, z˙e rozdzielone rodziny jeszcze się odnajdą. Czasami wyobraz˙ała sobie, z˙e ona i Jack tez˙ prze- dzierają się przez poczerniałe, sterczące w niebo resztki zabudowań, próbując natrafić na siebie. Oni równiez˙ przez˙yli katastrofę. Przez˙yli raka. Przednie koło wpadło w jakąś dziurę, na szybę chlus- nęła przemieszana z błotem śniegowa breja. Z tyłu dobiegł głuchy huk. Sarah zerknęła w lusterko. To faks zleciał z siedzenia na podłogę. – Pięknie – wymruczała pod nosem. – Po prostu super. – Nacisnęła spryskiwacz, lecz na szybę spadło ledwie kilka kropli. Zapaliła się ostrzegawcza lampka. Samochody powoli posuwały się na północ. Z irytacją uderzyła ręką w kierownicę. – Nie muszę stać w korku – warknęła ze złością. – Pracuję u siebie. I moz˙e nawet jestem w ciąz˙y. 15 Jak Shirl postąpiłaby w jej sytuacji? Shirl, bohaterka jej historyjek obrazkowych, była alter ego Sarah. Bar- dziej pewna siebie, zaczepna i zuchwała, ostrzejsza i impulsywniejsza niz˙ jej twórczyni. – Co Shirl by teraz zrobiła? – zastanowiła się na głos. I od razu znalazła odpowiedź. – Kupiłaby pizzę. Na samą myśl o pizzy poczuła taki głód, z˙e az˙ się roześmiała. Królestwo za pizzę. Juz˙ ma takie zachcian- ki? Moz˙e to znaczy, z˙e naprawdę jest w ciąz˙y. Zjechała w boczną uliczkę i wbiła do GPS-u ,,pizza’’. Jest! Ledwie kilka przecznic dalej powinna być Pizzeria Luigi. Brzmi nieźle. I całkiem nieźle się prezentowała, gdy po kilku minutach Sarah zaparkowała pod wejściem. Czerwony neon oznajmiał, z˙e lokal jest czynny do północy, a pizzę podają tu od 1968 roku. W dodatku najlepszą. Nasunęła na głowę kaptur i pobiegła do drzwi. Po drodze ją olśniło. Weźmie pizzę i pojedzie z nią do Jacka. Jego zebranie juz˙ pewnie się skończyło i biedak umiera z głodu. Promiennym uśmiechem obdarzyła chłopaka za ladą. Donnie. Takie imię miał wyszyte na kieszonce koszuli. Wyglądał na miłego dzieciaka. Grzecznego, trochę nie- śmiałego i dobrze ułoz˙onego. – Straszna dziś pogoda – zagaił. – Niestety – potwierdziła. – W dodatku potworny korek. To dlatego zjechałam i przyszłam tutaj. – Czym mogę słuz˙yć? – Proszę pizzę na cienkim cieście, na wynos – powie- działa. – Duz˙ą. Do tego colę z dodatkowym lodem i... – Urwała, wręcz czując na języku słodki smak zimnej coli. Równie dobrze mogłoby być piwo czy margarita. Zwalczyła pokusę. Dość się naczytała ksiąz˙ek o bez- 16 płodności, by wiedzieć, z˙e powinna trzymać się z daleka od kofeiny i alkoholu. Dla wielu kobiet alkohol był czynnikiem wspomagającym, a nie zakazanym owocem. Zajście w ciąz˙ę jest o niebo fajniejsze dla tych, którzy nie czytają takich poradników. – Proszę pani? – dobiegło ją pytanie sprzedawcy. Poczuła się staro. – Jedna cola – powiedziała. Być moz˙e właśnie w tym momencie zygota dzieli się na kolejne komórki. Nie moz˙e potraktować ich kofeiną. – Jakie dodatki? – Kiełbasa – powiedziała bez zastanowienia – i pap- ryka. – Tęsknym wzrokiem obrzuciła menu. Czarne oliwki, karczochy, pesto. Uwielbiała te dodatki, ale Jack ich nie znosił. – To wszystko. – Przyjąłem. – Chłopak oprószył ręce mąką i zabrał się do pracy. Poczuła ukłucie z˙alu. Powinna dorzucić przynajmniej czarne oliwki na połowę pizzy. Jednak nie. Podczas leczenia Jack stał się wyjątkowo wyczulony na jedzenie. Nawet sam widok niektórych rzeczy przyprawiał go o mdłości, a nakłonienie go do jedzenia było wtedy koniecznością. To wtedy zrezygnowała z wielu smaków, byle tylko on zechciał coś zjeść. Z czasem tak jej to weszło w krew, z˙e zapomniała o swoich upodobaniach. Jack juz˙ nie jest chory, upomniała się w duchu. Zamów sobie te cholerne oliwki. Zwalczyła pokusę. Była jedna rzecz, o której nikt wcześniej jej nie powiedział: gdy ktoś zapada na nowo- twór, choroba dotyka wszystkich jego bliskich. Matka Jacka nie mogła spać, ojciec co wieczór zagłuszał smutek w barze, rozrzucone po kraju rodzeństwo Jacka natychmiast przyleciało, by być przy chorym bracie. 17
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Obudzić szczęście
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: