Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
01036 013568 17004381 na godz. na dobę w sumie
Od Smoleńska po Dzikie Pola - ebook/pdf
Od Smoleńska po Dzikie Pola - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 300
Wydawca: Impuls Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-7308-953-2 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> dokument, literatura faktu, reportaże >> literatura faktu
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Książka zawiera reportaż ziem przedrozbiorowych. Jest to aktualny „stan posiadania” w latach 1986–1998. Autorka napisała ją, by uzmysłowić Polakom w Polsce i Polakom na świecie, że po wschodnich rubieżach są ciągle Polacy-spadkobiercy tamtej Rzeczypospolitej, świadomi swojej przeszłości, tożsamości i dziedzictwa narodowego.

W tym czasie symbolem Polski i Polskości był dla nich Kościół. Walczyli o kościoły aż do zwycięstwa. Powszechnie nosili się po polsku.

Przetrwali wszystko, wywozili ich do Kazachstanu, na Kołymę i Sybir. Wracali na ziemię przodków, na Inflanty, na Żmudź, Wileńszczyznę, na ukochane Polesie i czarnoziemne Podole. Niszczeni, wynaradawiani, odradzali się od korzeni. Przetrwali. Świadomi swego dziedzictwa, są żywym dowodem istnienia i spadkobiercami Wielkiej Królewskiej Rzeczypospolitej.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Od Smole(cid:246)ska po Dzikie Pola Teresa Siedlar-Ko(cid:119)yszko Od Smole(cid:246)ska po Dzikie Pola Trwanie Polaków na ziemiach wschodnich I Rzeczypospolitej Kraków 2008 © Copyright by Ofi cyna Wydawnicza „Impuls”, Kraków 2008 Wydanie I – Polska Fundacja Kulturalna, Londyn 1998 Redakcja: Edyta Malinowska-Klimiuk Korekta: Magdalena Polek Projekt okładki: Ewa Beniak-Haremska Zdjęcia: Teresa Siedlar-Kołyszko Publikacja dofi nansowana przez Polską Fundację Kulturalną w Londynie ISBN 978-83-7308-953-2 Ofi cyna Wydawnicza „Impuls” 30-619 Kraków, ul. Turniejowa 59/5 tel. (012) 422-41-80, fax (012) 422-59-47 www.impulsofi cyna.com.pl, e-mail: impuls@impulsofi cyna.com.pl Wydanie II poprawione i poszerzone, Kraków 2008 Spis tre(cid:262)ci Słowo od autorki ............................................................................ 7 Smoleńsk ........................................................................................ 13 Jazda do Orszy... ............................................................................. 20 Daleko za Dźwiną .......................................................................... 31 Na ziemi witebskiej ........................................................................ 39 W drodze do Połocka ..................................................................... 47 Przekroczyłam Berezynę ................................................................. 55 Boże, Wielki Boże, nie ma Kałużyc! .............................................. 65 W Mohylowie nad Dnieprem ........................................................ 73 W Mińsku ...................................................................................... 82 W kowieńskiej dolinie .................................................................... 89 Na Laudzie ..................................................................................... 98 W ciągle bardzo polskim Żytomierzu ............................................. 106 ...Na Berdyczów! ............................................................................ 116 W Gródku na Podolu ..................................................................... 126 Kamieniec Podolski ........................................................................ 138 Listy z Kamieńca Podolskiego ........................................................ 150 Pod Chocimiem ............................................................................. 161 W Barze na Podolu ........................................................................ 170 W Winnicy nad Bohem ................................................................. 179 6 Spis tre(cid:262)ci W kresowej stanicy ......................................................................... 193 Tulczyn ........................................................................................... 200 Sofi ówka... ...................................................................................... 207 Polacy w Kijowie ............................................................................ 215 Fastów, czyli Chwastów ................................................................. 224 Dnieprodzierżyńsk ......................................................................... 237 U stóp Kudaku ............................................................................... 248 W Czerkasach nad Dnieprem ........................................................ 256 Tymoszówka ................................................................................... 265 Ojciec Martian Darzycki – bernardyn ............................................ 273 Stepem szerokim ............................................................................ 284 S(cid:119)owo od autorki 7 Słońce miało się ku zachodowi, gdy pierwsza idąca w przodku chorągiew laudańska ujrzała wieże stolicy. Na ów widok radosny okrzyk wyrwał się z piersi żołnierstwa: – Warszawa, Warszawa! Okrzyk ów przeleciał jak grzmot przez wszystkie chorągwie i przez jakiś czas słychać było na pół mili drogi powtarzane ustawicznie słowo: „War- szawa, Warszawa”. Wielu Sapieżyńskich rycerzy nigdy nie było w stolicy, wielu nigdy jej nie widziało, więc jej widok wywarł na nich wrażenie nadzwyczajne. Mimo woli wstrzymali wszyscy konie; niektórzy pozdejmowali czapki, inni po- częli się żegnać, niektórym łzy ciurkiem popłynęły z oczu i stali wzruszeni, milczący. Nagle pan Sapieha pojawił się na białym koniu od ostatnich zastępów i począł lecieć wzdłuż chorągwi. – Mości panowie! – wołał donośnym głosem – my tu pierwsi, nam szczęście! nam honor!... Wyżeniem Szweda ze stolicy!!... – Wyżeniem! – zawrzasło dwanaście tysięcy litewskich piersi. [...] – Eff endi! – rzekł do Kmicica – wojska królewskie za Wisłą widać! Porwali się na to wszyscy na równe nogi i wypadli przed sień. Król istot- nie przybył. Najpierw przyciągnęły tatarskie chorągwie pod Subaghazim [...]. Za nimi nadeszło wojsko koronne, mnogie i dobrze uzbrojone, a prze- de wszystkim pełne zapału [...]. Sapieha czekał na króla z uszykowanymi jak do bitwy chorągwiami stojącymi wzdłuż, jedna podle drugiej, na kształt niezmiernego muru, którego końca okiem trudno było dosięgnąć. Rotmi- strze stali przed pułkami, przy nich chorążowie, każden z rozpuszczonym znakiem; trąby, kotły, krzywuły, bębny i litaury czyniły zgiełk nieopisany. Koronne chorągwie, w miarę jak która przeszła, stawały również naprzeciw 8 S(cid:119)owo od autorki litewskich w ordynku; między jednym a drugim wojskiem zostało na sto kroków pustego miejsca. Sapieha, trzymając buławę w ręku, wyszedł piechotą na ów pusty maj- dan, za nim szło kilkunastu przedniejszych wojskowych i cywilnych dyg- nitarzy. Z drugiej strony, od wojsk koronnych, podjechał król konno na wspaniałym fryzie podarowanym mu jeszcze w Lubowli przez pana mar- szałka Lubomirskiego [...]. Za nim jechał nuncjusz, ksiądz arcybiskup lwowski, ksiądz biskup kamie- niecki, ksiądz nominat łucki, ksiądz Cieciszowski, pan wojewoda krakowski, pan wojewoda ruski [...]. Posunął się Sapieha, jak ongi marszałek koronny, do strzemienia pańskiego, lecz król, nie czekając, zeskoczył lekko z kulbaki, podbiegł ku Sapieże i nie rzekłszy ani słowa, chwycił go w objęcia. I chwyciwszy, trzymał długo, na oczach obu wojsk; [...] przyciskał do piersi najwierniejszego sługę swego i ojczyzny, który choć geniuszem nie dorównał innym, który choć czasem pobłądził, przecie poczciwością wy- strzelił nad wszystkie panięta tej Rzeczypospolitej, w wierności nigdy się nie zawahał, poświęcił bez chwili namysłu całą fortunę i od początku wojny piersi za swego monarchę i swój kraj nadstawiał. Litwini [...], widząc ową dobroć królewską, uczynili na cześć dobre- go pana huk tak srogi, że echo niebiosów dosięgło. Odpowiedziały im zaraz jednym grzmotem wojska królewskie i przez czas jakiś nad wrzawą kapeli, nad warczeniem bębnów, nad łoskotem strzałów słychać było tylko okrzyki: – Vivat Joannes Casimirus! – Vivant Koroniarze! – Vivant Litwini! Tak to oni witali się pod Warszawą. Drżały mury, a za murami Szwedzi1. To sugestywnie przez Sienkiewicza opisane spotkanie dwóch armii jednej Rzeczypospolitej, ta jedność działania i celu w świętej sprawie, obrony wspólnej ojczyzny, stała mi wciąż w oczach, ilekroć wędrowa- łam po wielkich przestrzeniach Rzeczypospolitej. Szukałam zapisanych w tej ziemi dowodów wspólnej walki i wspólnego budowania, współist- nienia przez blisko cztery wieki dwóch narodów i dwóch organizmów państwowych, Polski i Wielkiego Księstwa Litewskiego, których narody miały jednego króla i jedną Ojczyznę – Rzeczypospolitą. 1 H. Sienkiewicz Potop, t. III, PIW, Warszawa 1957, s. 166–169, 189–191. S(cid:119)owo od autorki 9 Wędrując, docierałam na pola walk i wielkich zwycięstw, byłam pod Kłuszynem, Kircholmem i Orszą, byłam pod Połonką i Chocimiem. Stawaliśmy tam wspólnie i wspólnie zwyciężaliśmy, dzięki wspólnemu wysiłkowi zwyciężaliśmy Krzyżaków pod Grunwaldem, trzykrotnie Moskwę pod Orszą i dwa razy Turków pod Chocimiem. Te pola bi- tewne pozostały tam, daleko, dziś poza granicami, pozostały też gro- by. Kości oraz wspólnie przelana krew użyźniły niewspólną już ziemię. Daleko poza granicami pozostały gniazda rodzinne wielkich wodzów, uczonych, pisarzy i wieszczów narodowych, wirtuozów i kompozyto- rów. Widziałam ich domy rodzinne lub ślady po nich. Byłam tam, gdzie urodzili się Kościuszko i Piłsudski, Traugutt i Emilia Plater, Chodkie- wicz, Żółkiewski i Jan III Sobieski. Mikołaj Rej, Karpiński i Śniadeccy, Niemcewicz, Orzeszkowa i Iwaszkiewicz, Paderewski, Szymanowski, Karłowicz i Moniuszko. Konwicki, Jasienica, Vincenz i Miłosz. Wreszcie oni – wieszczowie narodu – Słowacki i Mickiewicz. Wędrowałam dolinami opiewanych w pieśniach i wierszach poetów, rzek, wzdłuż szmaragdowej Wilii, romantycznej Niewiaży, majestatycz- nego Niemna. Wsłuchaliwałam się w szmer fal Piny i Prypeci, Mu- chawca, Berezyny i Świsłoczy. Wpatrywałam w srebrzyście połyskujące fale rozpryskujących się o skały i głazy Dniestru, Prutu i Czeremoszu. Słuchałam rycerskich opowieści nad Smotryczem, Waładynką, Bohem i Dnieprem. Widziałam rękami naszych przodków wznoszone dla obro- ny granic inkastelowane kościoły, zamki i twierdze albo nikłe resztki po- zostałe po nich. Byłam w Brasławiu, Kiejdanach i Birżach, w Krasławiu i Trokach, w Wilnie i Miednikach. W Lidzie i Mirze, w Nowogródku i Nieświeżu, w Mścisławiu za Dnieprem, w Łucku i Lwowie, Kamieńcu Podolskim i Żwańcu, Bracławiu, Tulczynie, Humaniu i Barze, byłam w Okopach św. Trójcy nad Dniestrem i w Kudaku nad Dnieprem. Chyliłam głowę przed Matką Boską Budsławską i Latyczowską, Bo- ruńską i Pińską, uczestniczyłam w ponownym wprowadzeniu do koś- cioła cudownego obrazu w Brześciu. Modliłam się za Ojczyznę u stóp „Ślicznej gwiazdy miasta Lwowa”, ale najdłużej i najczęściej odwiedzam „Tę, co w Ostrej świeci bramie” – najpiękniejszą Ostrobramską. 10 S(cid:119)owo od autorki W kilkunastoletniej wędrówce byłam na wszystkich chyba cmenta- rzach, a nawet na miejscach, gdzie kiedyś one były. Byłam na maleńkim wiejskim cmentarzu na Żmudzi u grobu babci marszałka Piłsudskie- go i u Butrymów w Pacunelach, na mogile powstańców 1863 roku nad Niemnem i żołnierzy 1920 roku w Kobryniu, Lidzie i Wilnie. Byłam na grobach książąt Ciechanowieckich w Mohylowie nad Dnieprem i księ- cia Światopełka-Mirskiego w Pińsku. Odmówiłam „Wieczne odpo- czywanie” za dusze zamordowanych przez Niemców sióstr nazaretanek w Nowogródku i w podziemiach nieświeskiej kolegiaty, gdzie śpią snem wiecznym wszyscy Radziwiłłowie. W Kamieńcu odmówiłam zdrowaśkę za pana Michała, a w Barze – za konfederatów barskich. W Wilnie za- paliłam świece przy płycie Matki i Serca Syna, a we Lwowie – Konop- nickiej, Zapolskiej, Ordonowi, Goszczyńskiemu, Grottgerowi, genera- łowi Kołyszce i najmłodszym żołnierzom Rzeczypospolitej – Orlętom Lwowskim. Rzeki, mury, kamienie, domy, drzewa, pola bitew – wreszcie wszyst- ko zostało tam, w nie naszej ziemi i wśród obcych. Wszystko odeszło, umarło. Czy tylko tyle pozostało po wielowiekowej spuściźnie? Otóż n i e! Pozostali O n i – Spadkobiercy Wielkiej Królewskiej Rzeczypospolitej. Od Smoleńska po Kudak i dalej wzdłuż Dniepru, Bohu i Dniestru aż po Czarne Morze, na wielkich przestrzeniach byłej Rzeczypospolitej istnieją czysto polskie wioski, mieszkają spadkobiercy laudańskiej szlachty, nadberezyńskich zaścianków, rycerzy osadzanych na rubieżach przez kolejnych królów, dla obrony naszych granic. Moż- na spotkać potomków spolszczonych Szwedów, Francuzów, wiernych nowej ojczyźnie. Żyją w okolicach szlacheckich potomkowie tamtych Bohatyrowiczów, Staniewskich, Zaniewskich i Ejsmontów. W Barze śpiewają w chórze potomkowie konfederatów barskich, a w Kamieńcu do mszy świętej służą Pac i Wiśniowiecki. Po wioskach Wileńszczy- zny, Oszmiańskiego i Nowogródzkiego mieszkają jeszcze byli żołnie- rze AK. W Tulczynie, Peczorze i Stanisławowie pamiętają jeszcze Po- tockich. W Niemenczynie siedemdziesiąt pięć procent mieszkańców to Polacy. W Solecznickiem – dziewięćdziesiąt procent. W Oszmiańskiem co najmniej siedemdziesiąt procent. W Żytomierskiem mieszka prawie S(cid:119)owo od autorki 11 pół miliona Polaków, a w Gródku Podolskim, już przecież za Zbruczem, jest ich do dziś po wszystkich wywózkach, ucieczkach i mordach sześć- dziesiąt pięć procent. Wszędzie, na każdym cmentarzu i w każdym miej- scu pamięci, spotkać możesz ich ślady. Biało-czerwone chorągiewki na mogiłkach akowców pod wołającą o pomstę do nieba ruiną kościoła w Graużyszkach i tablica upamiętniająca ich walkę wmurowana w osz- miańskim kościele. Zawsze świeże kwiaty w kwaterze żołnierskiej na Rossie i niedawno odrestaurowany cmentarz żołnierski w Kobryniu. Biało-czerwone kwiaty zatknięte za bramę nieczynnej katedry ormiań- skiej we Lwowie i msza święta za duszę pułkownika Wołodyjowskiego w Kamieńcu. Dzieci, z którymi rozmawiałam, mówią śliczną, śpiewną polszczyzną, a nazywają się Kuncewicze, Mickiewicze, Sienkiewicze, Bohatyrowicze, Doroszkiewicze lub Zaborowscy, Zbarascy, Bielscy, Barscy, Niżyńscy, Wołoszynowscy, Jastrzębowscy, Krasnopolscy, Wiśniewscy i Kamińscy. Przetrwali wszystko, wywozili ich do Kazachstanu, na Kołymę i Sybir. Wracali na ziemię przodków, na Infl anty, na Żmudź, Wileńszczyznę, na ukochane Polesie i czarnoziemne Podole. Niszczeni, wynaradawiani, odradzali się od korzeni. Przetrwali. Świadomi swego dziedzictwa, są żywym dowodem istnienia i spadkobiercami Wielkiej Królewskiej Rze- czypospolitej Byli. Są. Będą. Tak im dopomóż Bóg i Święty Krzyż. Im w hołdzie książkę tę ofi aruję. Smole(cid:246)sk Najdalszym bastionem wielkiej Rzeczypospolitej był Smoleńsk. To w Smoleńskiem, jak pamiętamy, miał majętności imć pan Andrzej Kmicic. Teraz, by dotrzeć do Smoleńska, trzeba pojechać do Rosji, bo Białoruś – choć w okresie świeżo upieczonej niepodległości – zaczęła wysuwać żądania zwrotu Smoleńska jako miasta białoruskiego (wszyst- kie granice Białorusi czy Ukrainy ustalane są na podstawie dawnych gra- nic Rzeczypospolitej, bo i na jakiej innej podstawie miałyby być ustala- ne?), nic z tego nie wyszło. Tak więc pewnego słotnego dnia wsiedliśmy z księdzem Wojtkiem Sokołowskim, młodym proboszczem w Orszy, do brudnego lokalnego pociągu, by dojechać do Krasnoje – stacji gra- nicznej między Białorusią i Rosją. O tym, że Krasnoje jest granicą, do- wiedziałam się od księdza, bo poza tym nic na to nie wskazywało. Nie było żołnierzy, nie było celników, nie było nawet odpowiednich napisów ani żadnych informacji na ten temat. Bo takiej granicy w ogóle nie ma! Złudna jest więc nadzieja polityków, że Białoruś oddziela nas od Rosji. Rosja w Białorusi robi, co jej się żywnie podoba, i na przykład mieszka- nia, a raczej całe osiedla dla powracających z Niemiec żołnierzy, buduje się w okolicy Brześcia nad Bugiem! Wracajmy jednak do Krasnoje. Na tej malutkiej stacyjce wsiadamy do rosyjskiego pociągu. Tym się on różni od poprzedniego, że jest wie- lokroć brudniejszy, a krajobraz za oknem – tym, że pola leżą odłogiem. Jest jeszcze jedna różnica. Jedziemy za darmo, bo ani na stacji, ani w po- ciągu nie mają pieniędzy, żeby wydać resztę. Rzecz w tym, że my mamy już ze sobą nowe ruble, a oni jeszcze nie... 14 Teresa Siedlar-Ko(cid:119)yszko. Od Smole(cid:246)ska po Dzikie Pola W Smoleńsku, pięknie położonym na wysokim brzegu dnieprowym, uderza potworny brud i straszliwe powietrze. Jestem z Krakowa, o któ- rym wiemy, że – niestety – powietrze jest w nim wciąż jeszcze zanie- czyszczone, ale to, co zastaję w Smoleńsku, przeraża. Dużo samochodów. Wyziewy źle oczyszczonej benzyny szczypią w oczy i gardło. Powietrze jest szare i gęste, jakby unosiła się nad miastem brudna mgła. Ale to nie mgła – to kurz i spaliny. Dniepr, młody Dniepr, ma barwę brązowo- rudą. Tak zanieczyszczonej rzeki nie widziałam. Miasto jest piękne. Stoją dobrze zachowane mury obronne (te zdo- bywane i zdobyte przez wojska Rzeczypospolitej). Jest i błyszczy zło- tem wspaniały sobór. Stoi ogromny zbudowany przed pierwszą wojną światową kościół, tyle że nie jest to kościół (ale o tym później). Nic też dziwnego, że chciałam kupić pocztówki, by wysłać je w świat. W księ- garni, do której zajrzeliśmy, a na której wystawach roiło się od książek o Leninie, były pocztówki, ale nie mogłam kupić, bo znów nie mieli reszty. Zapomniałam dotąd państwu powiedzieć, że wyjechałam z Or- szy do Smoleńska w historycznym dniu wymiany pieniędzy. Był to „sąd- Mury Smole(cid:246)ska Smole(cid:246)sk 15 ny dzień” w Rosji. Staruszkowie dzień i noc czuwali przed bankami, by swoje nędzne oszczędności, ciułane najczęściej na trumnę, wymienić na nowe ruble. Nikt właściwie nic nie wiedział, bo co chwilę mówiono co innego. Nie wiedziano nawet, ile i za ile wymieniają. Tak więc bez pocztówek, ale za to z jeszcze jednym doświadczeniem więcej, skierowa- liśmy się do domu sióstr orionistek. Prowadził ksiądz Wojtek i zapro- wadził wprost na stary cmentarz. Na moje pytanie, dlaczego akurat tak idziemy, ksiądz odpowiedział: – Czy ja Pani nie mówiłem, że siostry mieszkają w grobowcu? I rzeczywiście, kiedy przeszliśmy przez nieprawdopodobnie zdewa- stowany i obrabowany cmentarz katolicki, na jego skraju ukazał się od- nowiony, duży biały grobowiec, wokoło obsadzony nagietkami i grosz- kiem. W progu stała młodziutka siostra Estera i zapraszała do środka. – Grobowiec hrabiów Komorowskich – mówi. – My mieszkamy na drugim piętrze. Kiedy go odkryłyśmy, był już bardzo zdewastowany, rozkopany, rozpruty. Złożyłyśmy doczesne szczątki tej rodziny w piw- niczce, ksiądz poświęcił. Nad piwniczką zrobiłyśmy niewielką kaplicę dla wiernych, bo w Smoleńsku nie ma w ogóle kościoła, a jest dużo katolików. Wąskimi schodkami pniemy się w górę do malutkiej, ale schludnej izdebki, gdzie mieszkają siostry. Wyciągamy kanapki z polską kiełbasą, zawinięte w... poszewkę. Ta poszewka była jedyną czystą rzeczą, w którą mogłam zawinąć nasze pożywienie. Papieru białego na całej Białoru- si, a tym bardziej w Rosji, nie uświadczysz. Pijemy herbatę i słuchamy opowieści sióstr. – Przyjechałyśmy tutaj już dwa lata temu, aby wśród tutejszej lud- ności głosić słowo Boże. Zgodnie z wolą naszego założyciela, błogosła- wionego Alojzego Oriona, nasze zgromadzenie apostołuje na terenach wschodnich. Dopiero teraz ta wola się wypełniła. Tu w Smoleńsku jest kościół, który w przyszłym roku będzie miał sto lat. Wspaniała budowla w stylu neogotyckim. Niestety, władze nie chcą nam go oddać. Do tej pory znajduje się w nim archiwum. Wciąż słyszymy, że dokumenty mają tam znakomite warunki i wobec tego nie mogą być przeniesione gdzie indziej. Prosimy wszystkich, którzy nas odwiedzają, którzy odwiedzają 16 Teresa Siedlar-Ko(cid:119)yszko. Od Smole(cid:246)ska po Dzikie Pola Smoleńsk, o pomoc w tej sprawie. A zwłaszcza o modlitwę, ażeby lu- dzie, od których zależy oddanie kościoła, zmienili zdanie, aby Bóg prze- mienił ich myślenie. Proboszczem w naszej niedużej wspólnocie, która liczy dwieście osób, jest ojciec franciszkanin, który stara się wraz z para- fi anami o przejęcie kościoła, ale jak na razie bezskutecznie. Na początku wierni mogli korzystać tylko z naszej maleńkiej kapliczki w grobowcu. Potem, jak nas było więcej, modliliśmy się przed grobowcem. Wreszcie oddano nam (to też nie była łatwa sprawa) stojący na placu przykościel- nym drewniany barak, który wspólnie z parafi anami wyremontowały- śmy, bo to też była jedna wielka ruina. Tam powstała kaplica na jakieś sto pięćdziesiąt osób i maleńkie pomieszczenie na łóżko dla księdza. Nasza wspólnota to głównie Polacy z Białorusi, z dawnych ziem pol- skich. Są też Litwini i Rosjanie. Dużo rodzin mieszanych. Ale zawsze ktoś z przodków był Polakiem. Kilka rodzin jest czysto polskich. Jakie są nasze zadania? Po pierwsze uczymy dzieci religii. Uczymy wszyscy, a jest nas tu czworo – trzy siostry i jeden ojciec franciszkanin. Każdy ma swoją grupę. Nieraz pracujemy wspólnie z parafi anami na cmentarzu. Dużo Zbudowany i ufundowany przez Polaków ko(cid:262)ció(cid:119) w Smole(cid:246)sku – obecnie archiwum Smole(cid:246)sk 17 rozmawiamy z ludźmi, oni szukają kontaktu, zaczepiają w sklepie, na ulicy, chcą rozmawiać. Przygotowujemy też wiernych do sakramentów świętych, na przykład do chrztu. Nawet jesteśmy chrzestnymi matkami. Chrzczą się ludzie dorośli świadomie. Bo gdzie mieli się chrzcić i kto miał to zrobić, skoro najbliższy kościół jest w Moskwie, a więc czte- rysta kilometrów stąd? Przygotowujemy też do Komunii Świętej i do sakramentu małżeństwa – nieraz ludzi pozostających w cywilnym mał- żeństwie już dwadzieścia, trzydzieści lat, a w tej chwili chcących przed Bogiem wszystkie sprawy uporządkować. Taki ślub to jest bardzo pięk- na uroczystość. Wszyscy są bardzo wzruszeni i niesłychanie przejęci. My naturalnie też. Są łzy, ale to łzy szczęścia, spełnionych nadziei. Na przy- kład moment nakładania obrączek; przecież nieraz są to ludzie starsi, którzy dotąd obrączek nie nosili... Praca misyjna w Smoleńsku daje nam dużo radości. Gdyby jednak nie wiara, na pewno nie wytrzymałybyśmy. Przychodziły momenty załamania, ale dzięki Bożej pomocy wszystko jest możliwe. Ludziom trudno się przestawić, zmiany przyszły przecież nagle. Co najbardziej przeszkadza? Chyba brud? Ale to jeszcze nie jest najgorsze. Najgorsze są skrzywienia duszy. Taka komunistyczna konser- watywność. Sama nie wiem, jak to opisać. Na przykład przekonanie, że „tak było i tak być musi”, albo „tak myśmy się męczyli i tak dalsze po- kolenia muszą się męczyć”. Niby jest swoboda, ale tak naprawdę jej nie ma. Młodzi ludzie, którzy widzieli, że na świecie – choćby już w Polsce – jest inaczej, chcieliby może tę inność wprowadzić tutaj, ale nie wolno, „nie lzia”. A poza tym wciąż niemal wszyscy boją się coś powiedzieć. Ciągle jest lęk, który widać nawet na twarzach. I jest jeszcze coś na- prawdę strasznego w tej mentalności. Na przykład jeśli Polak zrobi coś dobrze, powiedzmy zbuduje ładny dom, to jego sąsiad pomyśli, że też chciałby taki ładny mieć, albo jeszcze ładniejszy, i zabiera się do roboty. Słowem, próbuje rywalizować. A tutaj (tak było i w dalszym ciągu jest) – jeśli komuś wiedzie się lepiej, to trzeba pójść i donieść na niego, że się wzbogacił i tak dalej. Zawistnicy nawet nie próbują zabrać się do roboty, żeby i im było tak jak sąsiadowi, tylko idą i donoszą. To jest gdzieś bardzo głęboko zakodowane, trzeba będzie jeszcze wielu lat, żeby zmienić te nawyki. Bo tu, jak dotąd, każdy każdego się boi, każdy na 18 Teresa Siedlar-Ko(cid:119)yszko. Od Smole(cid:246)ska po Dzikie Pola każdego donosi, każdy każdemu zazdrości i każdy każdego nienawidzi. Z inicjatywy proboszcza, któremu pomaga przedsiębiorstwo „Sampol”, mające ośrodki w Wiśle, jedna grupa naszych dzieci już tam wypoczy- wała. Były z tego oczywiście ogromnie zadowolone. Zobaczyły trochę innego życia. Druga grupa znalazła się wśród rodzin w Polsce. Para- fi e w Piekarach Śląskich i Woźnikach zaprosiły dzieci. Warto te dzieci wysyłać, żeby je choć trochę oczyścić z tego komunistycznego skażenia. Żeby zaczerpnęły czegoś innego, żeby już nie donosiły. Może to mieć wpływ na ich przyszłe życie. W Smoleńsku powstał Związek Polaków. Nasze msze święte są odprawiane po polsku, bo tak życzą sobie wierni. A śpiewamy po polsku, rosyjsku i po łacinie. Najwięcej polskich śla- Misjonarze – ojciec franciszkanin, siostra orionistka, czyli (cid:317)za(cid:119)oga” Smole(cid:246)ska, i ksi(cid:216)dz Wojciech Soko(cid:119)owski z Orszy Smole(cid:246)sk 19 dów było do niedawna na cmentarzu. Jeszcze przed rokiem było wie- le płyt z polskimi nazwiskami, ale ostatnio zniszczenie idzie lawinowo – są albo rozbijane, albo wykradane, aby budować pomniki na nowym prawosławnym cmentarzu. Nieliczne płyty udało się odnaleźć, a potem trochę odnowić. Na zakończenie chcę opowiedzieć o kościele i związa- nym z nim wydarzeniu, które miało wielki wpływ na jednego z naszych przyjaciół. Kościół w Smoleńsku pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny był czynny do 1934 roku. Wtedy zmieniony został na magazyn zbożowy. Natomiast w 1937 roku w uroczysty sposób, przy wielkim zgromadzeniu ludzi, robotników z fabryk, a przede wszystkim dzieci ze szkół smoleńskich i przy wtórze orkiestry wojskowej zerwano z wież krzyże. Świadkiem tego wydarzenia był piętnastoletni wówczas Siergiej Maszkow. Przyszedł tam ze swoim ojcem (bo musiał) i, stojąc na tere- nie naszego cmentarza, patrzał na to widowisko. Ojciec powiedział do niego: „Patrz, synu, żebyś zapamiętał, nie zapisuj, ale zachowaj w sercu i w pamięci, bo musisz zapamiętać to na całe życie”. Zapamiętał. Dziś pan Maszkow, siedemdziesięcioletni smoleński poeta, należy do naszej wspólnoty katolickiej. Przychodzi na msze święte, śpiewa przepięknie. Czyta lekcje, często tłumaczy homilie księży, którzy nie znają rosyjskie- go. Bo właśnie od tego wydarzenia, strącenia krzyży, ojciec postanowił nauczać go języka polskiego. Znalazł mu nauczyciela, polskiego Żyda, i dzięki niemu pan Maszkow umie mówić po polsku. To przywiązanie i miłość do wszystkiego, co polskie, płynie także z korzeni. Pan Masz- kow jest bardzo dumny z tego, że jego babcia była Polką. Powiada, że te ciągoty do polskości to jest z e w k r w i, to jego słowa. Spisane w 1994 roku. Jazda do Orszy... Familianci to bowiem byli w Orszańskiem Kmicice i panowie znacznych fortun, ale tamte strony płomień wojny zniszczył. [...] Fala zalewała kraj coraz dalej, gdzieniegdzie tylko o warowne mury się odbijając, ale i mury padały jedne za drugimi, jak upadł Smoleńsk. Województwo smoleńskie, w którym leżały fortuny Kmiciców, uważano za stracone1. Płomień wojny, rozniecony przez prący na zachód imperializm mo- skiewski, właściwie nigdy nie przygasł, a najlepszym dowodem na to jest właśnie Orsza, w której wszystko, co miało jakąś wartość zabytkową, wszystko, co było stare, zostało obrócone w perzynę i dziś, poza paskud- nymi blokowiskami i Leninem w samym środku miasta, nie ma w Orszy nic, co by cieszyło oko czy choć przyciągało uwagę. No, może jedynie dwie płynące przez Orszę rzeki, Orszyca i Dniepr. Młodziutki, wąski jeszcze Dniepr przyjmuje tu wody bystro płynącej Orszycy i byłoby to nawet ładne miejsce, gdyby nie kolor rzeki. Orszyca jest tak zanieczysz- czona, że wody jej są rudobrązowe. Niegdyś, przed rozbiorami, w Orszy było siedem kościołów i kilka klasztorów. Niewiele z tego zostało. Kościół właściwie nie ocalał ża- den, a w budynku klasztoru pofranciszkańskiego mieszkała przybyła z Rosji biedota, która – doszczętnie zniszczywszy przydzielone izby- -cele, wyrwawszy nawet podłogi i framugi okienne – przeniosła się na inne miejsce, po to zapewne, by niszczyć kolejne przydzielone mieszka- nie. W klasztorze pobernardyńskim jeszcze funkcjonuje coś w rodzaju szpitala, ale że nie remontowali budynku pewnie też co najmniej od stu 1 H. Sienkiewicz, Potop, t. I, PIW, Warszawa 1957, s. 11.
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Od Smoleńska po Dzikie Pola
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: