Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00312 007282 15368620 na godz. na dobę w sumie
Od polityki do poetyki - ebook/pdf
Od polityki do poetyki - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 360
Wydawca: Universitas Język publikacji: polski
ISBN: 978-832-421-467-9 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> naukowe i akademickie >> literaturoznawstwo, językoznawstwo
Porównaj ceny (książka, ebook (-8%), audiobook).

Tom zawiera artykuły badaczy z Katedry Teorii Literatury Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego i przyjaciół prof. dr. hab. Stanisława Jaworskiego. Przygotowany z myślą o uhonorowaniu wieloletniego zasłużonego pracownika naukowego tej katedry.
„Zasługi naukowe Profesora Jaworskiego są dobrze znane w środowisku humanistycznym, a Jego dorobek – począwszy od wczesnych studiów nad twórczością Tadeusza Peipera («U podstaw awangardy»), prac nad wydaniem dzieł lidera Awangardy Krakowskiej i znakomitej książki «Między awangardą a nadrealizmem», poprzez wnikliwe analizy fenomenu procesu twórczego w literaturze («Piszę, więc jestem») aż do najnowszych publikacji («Podręcznego słownika terminów literackich» i książki «Zakręty i przełomy: studia o literaturze XX wieku») i wielu innych – doniosły i wznoszący istotny wkład w rozwój polskiej wiedzy o literaturze, zwłaszcza w badania nad współczesną poezją i jej związkami z literaturą światową, czy w poszerzanie wiedzy o przemianach świadomości artystycznej.”

Ze wstępu

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

OD POLITYKI DO POETYKI Prace ofiarowane Stanisławowi Jaworskiemu ANNA BURZYŃSKA • MICHAŁ PAWEŁ MARKOWSKI • MICHAŁ RUSINEK • FRANCISZEK ZIEJKA • TADEUSZ BUJNICKI • CEZARY ZALEWSKI • JAROSŁAW FAZAN • JOLANTA DUDEK • DOROTA WOJDA • ANDRZEJ JUSZCZYK • KRZYSZTOF ZAJAS • ANDRZEJ HEJMEJ • ANNA ŁEBKOWSKA • MAGDALENA LUBELSKA • URSZULA CHOWANIEC • ANTONINA LUBASZEWSKA • BARBARA KOŁOSOWSKA-ZALEWSKA • HENRYK MARKIEWICZ universitas OD POLITYKI DO POETYKI Prace ofiarowane Stanisławowi Jaworskiemu OD POLITYKI DO POETYKI Prace ofiarowane Stanisławowi Jaworskiemu pod redakcją Cezarego Zalewskiego wstęp Anna Burzyńska KRAKÓW Publikacja dofinansowana przez Wydział Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego © Copyright by Towarzystwo Autorów i Wydawców Prac Naukowych UNIVERSITAS, Kraków 2010 ISBN 97883-242-1467-2 TAiWPN UNIVERSITAS Opracowanie redakcyjne Wanda Lohman Projekt okładki i stron tytułowych Ewa Gray www.universitas.com.pl Wydanie księgi pamiątkowej, gromadzącej prace ofiarowane wy- bitnemu humaniście, obliguje do napisania wstępu oficjalnego i uro- czystego, skrojonego wedle sprawdzonych i uświęconych tradycją wzorów, zgodnie z którymi powinno się w nim znaleźć przede wszyst- kim wyliczenie zasług obdarowanego oraz wyrazy wdzięczności jego uczniów, kolegów i współpracowników. Nie zabraknie tego oczywi- ście także i w tym wstępie, lecz od razu chcę powiedzieć, że o Pro- fesorze Stanisławie Jaworskim, którego obecność była (i nadal jest) dla mnie niezmiernie ważna w ciągu całego trwania mojego życia studenckiego i zawodowego, nie potrafię napisać inaczej, jak w to- nie bardziej osobistym, nawet jeśli nie uprawnia mnie do tego powaga okoliczności. Zasługi naukowe Profesora Jaworskiego są dobrze znane w środo- wisku humanistycznym, a Jego dorobek – począwszy od wczesnych studiów nad twórczością Tadeusza Peipera (U podstaw awangardy), prac na wydaniem dzieł lidera Awangardy Krakowskiej i znakomitej książki Między awangardą a nadrealizmem, poprzez wnikliwe anali- zy fenomenu procesu twórczego w literaturze (Piszę, więc jestem) aż do najnowszych publikacji (Podręcznego słownika terminów literac- kich i książki Zakręty i przełomy: studia o literaturze XX wieku) i wielu innych – doniosły i wnoszący istotny wkład w rozwój polskiej wiedzy o literaturze, zwłaszcza w badania nad współczesną poezją i jej związ- kami z literaturą światową czy w poszerzanie wiedzy o przemianach świadomości artystycznej. Dobrze znany jest również nieoceniony udział Profesora w kształtowaniu profilu „Ruchu Literackiego”, który pod Jego przewodnictwem, jako wieloletniego Redaktora Naczelnego, stał się jednym z najbardziej interesujących pism literaturoznawczych. Równie istotne i cenne są też dokonania Profesora Jaworskiego na polu  kształcenia akademickiego (czego wymiernym efektem jest ogromna rzesza uczniów, kontynuujących Jego dzieło we własnej praktyce za- wodowej). Także – intensywny udział w pracach Katedry Teorii Lite- ratury Wydziału Polonistyki UJ czy – wreszcie – znacząca obecność na rozmaitych – polskich i zagranicznych, forach konferencyjnych. Sło- wem – był i jest Profesor Stanisław Jaworski ważną postacią naszego życia naukowego, ciesząc się nie tylko zasłużonym uznaniem i szacun- kiem, lecz także – z racji szczególnych przymiotów swojej osobowo- ści – szczerą sympatią, a nawet prawdziwą przyjaźnią. Jednak ta z ko- nieczności fragmentaryczna lista osiągnięć i zalet skrywa w sobie coś, co być może najistotniejsze, a co należy do gatunku zjawisk ulotnych, znanych jedynie tym, którzy – jak pisząca te słowa – mieli szczęście mieć z Profesorem Stanisławem Jaworskim kontakt długotrwały, bli- ski i na tyle intensywny, by zachować we wdzięcznej pamięci wszyst- ko to, czego nie sposób zawrzeć w suchych wyliczeniach czy danych bibliograficznych. Z dokonaniami Pana Profesora zapoznawałam się od wczesnych lat studenckich i do dzisiaj dobrze pamiętam, jak duże wrażenie zrobiła na mnie wydana wówczas – w 1976 roku – wspomniana książka Mię- dzy awangardą a nadrealizmem, opisująca przemiany poezji polskiej w latach trzydziestych na tle zjawisk poezji europejskiej. Owo „na tle” było dla mnie wtedy najważniejsze, bo to właśnie Pan Profesor nauczył mnie i moich kolegów widzenia rodzimych zjawisk literackich w ich szerokich uwikłaniach i kontekstach, wydobywania pewnych podskór- nych powinowactw, których dostrzeżenie dawało nam wówczas poczu- cie bycia integralną częścią kultury Europy, nie zaś jej prowincją czy zaściankiem. Dziś w zupełnie innej, otwartej na świat Polsce, zwłasz- cza młodym badaczom literatury, może się to wydać trudne do poję- cia, ale wtedy – w dawnych ponurych czasach Polski komunistycznej, w której przyszło mi studiować pod kierunkiem Pana Profesora, było to niezwykle świeże i inspirujące. Świetna orientacja Stanisława Jawor- skiego w dawniejszych, a także aktualnych, europejskich (a zwłaszcza francuskich) dokonaniach literackich i myślowych, wiedza wręcz ta- jemna, której chętnie przy każdej okazji nam użyczał, sprawiały, że nie tylko Jego książki, lecz każde spotkanie, konwersatorium czy konsul- tacja miały posmak szerokiego otwierania okna, chwilowego (chociaż) wyzwolenia z tej duchowej klaustrofobii, którą fundowały nam w tych czasach władze polityczne. Z całą pewnością moje późniejsze fascyna- cje twórczością Rolanda Barthes’a, Michela Foucault, Jacques’a Derri- dy i innych zawdzięczam owym ożywczym impulsom, które wynikały 7 z każdej, nawet najkrótszej rozmowy z Profesorem. A łączyło się z tym też coś jeszcze, co warte jest przypomnienia – pewna niezwykła aura, którą roztaczał wokół siebie Stanisław Jaworski: coś, co wyrażało się w subtelności obycia, w szlachetności sposobów przekazywania nam wiedzy – słowem, w szczególnej intelektualnej kulturze światowego uczonego, która była wówczas zjawiskiem nader rzadkim i sama w so- bie stanowiła niedościgły wzór. Dopiero po latach zrozumiałam też, jak istotne były dla mnie inspi- racje płynące z badań Profesora Jaworskiego nad twórczością polskiej awangardy poetyckiej. Dopiero później bowiem – już w trakcie moich studiów nad postmodernizmem – zaczęłam w praktykach awangardo- wych dostrzegać praźródło najnowszych zjawisk literackich, a wiedza na ten temat, zdobyta dzięki pracom Pana Profesora, okazała się nie do przecenienia. Imponujące było dla mnie również to, że Profesor Jawor- ski łączył zawsze w swojej postawie badacza umiejętności historyka, teoretyka i praktyka – ogromną erudycję z precyzją pojęciową, wni- kliwość i wrażliwość interpretatora z teoretycznym zdyscyplinowa- niem, osobiste zaangażowanie z dającym ogólny ogląd dystansem, pro- fesjonalność z prawdziwym apetytem na poezję. Dało się to dostrzec zwłaszcza w niezwykłej, w moim przekonaniu, książce Piszę, więc je- stem – pionierskiej na polskim gruncie próbie wniknięcia w tajniki procesu twórczego w literaturze, łączącej znakomite literackie analizy z bogatym zapleczem teoretycznym światowej wiedzy w tym zakresie. I choć nigdy nie udało mi się osiągnąć tak harmonijnego połączenia kompetencji, jakie uosabiał Pan Profesor, nadal jest to dla mnie najbar- dziej godnym podziwu ideałem. Ilekroć też myślę o tym, jak ważną rolę odegrał Pan Profesor w moim i nie tylko moim rozwoju naukowym oraz w życiu zawodowym, nasu- wają mi się zawsze słowa, które wypowiedział Michel Foucault pod koniec lat 70., w czasach, kiedy szalał kryzys teorii literatury i kiedy w humanistyce światowej zaczęły się pojawiać nowe prądy kształtują- ce naszą aktualność. Foucault skonstatował wówczas, że wiedza teo- retyczna może być przydatna literaturze pod warunkiem, że nie sta- ra się z góry narzucić jej swoich reguł, unieruchamiając w sztywnych formułach niezmierzonego bogactwa jej znaczeń – a więc kiedy nie tłumi jej potencjału zgubną „przemocą rubryczek” – lecz kiedy rozta- cza nad nią bardzo dyskretny i subtelny protektorat, pełniąc raczej rolę użytecznej pomocniczki, nie zaś nadzorcy, który paraliżuje swobodę literackiej kreacji. Każdy, kto kiedykolwiek miał bliski kontakt z Pro- fesorem Jaworskim, zgodzi się zapewne ze mną, że sposób, w jaki za-  wsze przekazywał nam wiedzę, i sposób, w jaki ją tworzył, był chyba najbliższy tej pięknej idei dyskretnego protektoratu, zawartej w sło- wach Foucault, i zarazem najbliższy wszystkiemu temu, co kojarzy się nieodparcie z postawą prawdziwego Mistrza, którego głębokie i waż- ne nauki przyswaja się lekko i niemal niedostrzegalnie, który otwiera, a nie zamyka, budząc jedynie nieskrępowany ruch myśli i zaraz potem zawieszając głos:... Właśnie... Ofiarowując Panu Profesorowi ten bardzo skromny dowód naszej wdzięczności, podziwu, szacunku i przyjaźni, życzę jak najdłuższe- go sprawowania owego dyskretnego protektoratu, dzięki któremu nie- przerwanie będziemy mogli odkrywać w sobie wszystko to, co w nas najcenniejsze i najlepsze. Anna Burzyńska Anna Burzyńska Hermeneutyka i erotyka Zamiast hermeneutyki, potrzeba nam erotyki sztuki. Susan Sontag, Przeciw interpretacji Przestroga w Ostrogach Inedit ten, czytelny jako zapis, na zawsze może pozostać tajemny nie dlate- go, że jest w posiadaniu jakiejś tajemnicy, lecz dlatego, że zawsze może jej chy- bić lub udać, że prawdę ma ukrytą w swych fałdach. Granica ta jest wyznaczona przez jego strukturę tekstualną, splata się z nią; i to ona, swą grą, wyzywa i wy- sadza z siodła hermeneutę1. Być może właśnie w Ostrogach Jacques Derrida najbardziej dobit- nie ujawnia swoje stanowisko wobec tradycyjnej hermeneutyki. Po- wiedzmy od razu: jako niestrudzony demaskator jej porażek. „Inedit”, o którym mowa w cytacie, to lakoniczny passus: „zapomniałem mego parasola”, zapisany przez Nietzschego na marginesie notatników. Po- święcony temu zagadkowemu zdaniu fragment książki Derridy przy- pomina próbę wyjaśnienia jego sensu, a nawet do pewnego stopnia fin- guje tok interpretowania. W gruncie rzeczy jednak jest raczej zapisem 1 J. Derrida, Ostrogi. Style Nietzschego, przeł. B. Banasiak, Gdańsk 1997. Dalej jako: O, z podaniem strony. 10 Anna Burzyńska testowania granic i możliwości tradycyjnej interpretacji. Oczywiście Derrida nieprzypadkowo wybiera właśnie to zdanie. Pomimo bowiem, że daje się ono bez trudu przetłumaczyć z języka niemieckiego, a i jego sens literalny nie budzi większych wątpliwości, mimo że – jak pisze fi- lozof – jest ono „czytelne, a jego przezroczystość rozciąga się bez fał- du, bez zapasu i jego treść objawia zrozumiałość bardziej niż płaską” [O 78] – to jednak wyjaśnienie jego sensu okazuje się całkowicie nie- możliwe. Komentuje więc Derrida z łatwo dającą się dostrzec ironią. Być może to cytat – być może został skądś wzięty. Być może został tu czy tam zasłyszany. Być może było to zdanie do napisania tu czy tam. Nie mamy żadnego niezawodnego sposobu na to, by się dowiedzieć, skąd dokonano pobra- nia, gdzie szczep mógłby się przyjąć. Nigdy nie będziemy p e w n i, co Nietz- sche chciał zrobić lub powiedzieć, zapisując te słowa [...]. Z tego względu przypis wydawców, którzy uporządkowali te inedita, jest pomnikiem lunatyzmu herme- neutycznego, którego każde słowo z beztroskim spokojem pokrywa mrowie kry- tycznych pytań. Należałoby je przesiać przez sito, by zrobić wykaz wszystkich zajmujących nas tu problemów” [O 75–76]. Słowa te są tylko „śladem”, chronio- nym przed „wszelkim pytaniem hermeneutycznym, zabezpieczonym przed jego horyzontem”. [O 78] Interpretacyjny impas, który przynosi ze sobą to zdanie, a którym z wyraźną lubością syci się autor Ostróg, bierze się z konfliktu pomię- dzy prostotą i zrozumiałością zawartego w nim komunikatu a całkowi- cie otwartym kontekstem interpretacyjnym. Z tego też powodu zdanie to tyleż budzi niepohamowane pragnienie rozszyfrowania, co jedno- cześnie rozszyfrowanie uniemożliwia – w tym samym momencie, kon- kluduje więc filozof – „wyzywa i wysadza z siodła hermeneutę”. Dla Derridy zdanie to jest bardzo dobrym przykładem nierozstrzygalnika – newralgicznego miejsca w tekście, które z racji swojej aporetyczno- ści wprawia w zakłopotanie wszelkie tradycyjne procedury hermeneu- tyczne zmierzające do uzyskania jednoznaczności. Podobnie jak słyn- ny farmakon, hymen czy parergon – figury nierozstrzygalności do- brze znane z innych prac filozofa – tak i to, pozornie niewinne zdanie, rozsadza precyzyjną opozycję prawdy i fałszu, uniemożliwiając dotar- cie do jądra sensu. Z jednej strony bowiem – dywaguje dalej Derrida – zdanie to zostało strukturalnie wyemancypowane z wszelkiej żywej chęci powiedzenia, zawsze może niczego nie chcieć powiedzieć, nie mieć żadnego rozstrzygalnego sensu, grać parodystycznie na sensie, odchylać się przez szczep bez końca, poza wszel- kim korpusem kontekstualnym lub wszelkim skończonym kodem. [O 80] Hermeneutyka i erotyka 11 Z drugiej zaś strony – jego „czytelność” i zrozumiałość daje spo- sobność do „przekładów bez straty na wszystkie języki” lub umożli- wia „inne bardziej dopracowane operacje interpretacyjne” – np. „roz- szyfrowanie «psychoanalityczne»” [O 79]. Próbka takiej interpretacji, zapisana w Ostrogach, jest znów – bardzo wyraźnie – podszyta ironią. Daje się w niej przede wszystkim odczuć przemożną potrzebę „herme- neutycznego opanowania” [O 80] – zdaniem filozofa, głównego celu in- terpretacji psychoanalitycznej. Interpretacji podejmowanej wprawdzie w dobrej wierze, lecz ostatecznie mocno skażonej naiwnością. Wybie- rając ten właśnie inedit Nietzschego i konfrontując go z uporczywymi, aczkolwiek bezskutecznymi zabiegami interpretatora, Derrida pragnie zwrócić uwagę na to, że dla tradycyjnego hermeneuty wszystko, cokol- wiek znajduje się w tekście, obarczone jest z góry przymusem posiada- nia sensu. Skłania więc do podejmowania wysiłków interpretacyjnych – tym bardziej intensywnych, im trudniejsze zdaje się sprecyzowanie tego sensu. Praktyka taka przybiera nierzadko wymiar absurdalny – na siłę znajduje się w tekście to, czego być może wcale tam nie ma. W dal- szym ciągu kpił więc będzie filozof z prostoduszności wyimaginowa- nego „hermeneuty ontologa”, dla którego wspomniany inedit na pewno „powinien coś znaczyć” i „pochodzić z najbardziej intymnej myśli au- tora” i który za wszelką cenę starał się będzie odkryć ową skrytą głębo- ko tajemnicę, nawet za cenę zapomnienia o tekście [O 80]. Tymczasem – dodaje Derrida – feralne zdanie stawia coraz większy opór, a fakt, że opatrzone zostało przez Nietzschego cudzysłowem, jeszcze bardziej komplikuje całą sytuację – cudzysłów sugeruje bowiem, że jest ono cytatem, jednak źródło ewentualnego zapożyczenia i jego przyczyny są całkowicie nieznane. Można by nawet powiedzieć, że zdanie to zo- stało „pozostawione” (podobnie jak „parasol”), a jego „pozostanie” oznacza jednocześnie swego rodzaju zawieszenie – niemożność wcią- gnięcia go w jakikolwiek „cyrkularny obieg, w żadną własną marszru- tę między swym źródłem a kresem”, „jego ruch nie ma żadnego cen- trum” [O 80]. Wreszcie – zdanie to stwarzać może tylko złudzenie, że coś naprawdę znaczy. Najprawdopodobniej bowiem nie kryje ono żad- nej istotnej prawdy, a jedynie „udaje, że prawdę ma skrytą w swych fał- dach”. Jedyne więc, co ono r o b i (a określenie to, zaczerpnięte z du- cha pragmatyki, jest w tym przypadku jak najbardziej uprawomocnio-  W oryginale: rectance. Końcówka -ance (tak jak w: différance, mouvance, reso- nance itp.) oznacza zawieszenie pomiędzy stroną czynną a bierną, a więc czynność, która właściwie nie jest czynnością. 12 Anna Burzyńska ne), to wciąga naiwnego interpretatora w swoją pokrętną grę – tyleż budzi w nim nieprzeparte pragnienie sensu, co jednocześnie, równie mocno, uniemożliwia zaspokojenie tego pragnienia. Rozważania te doprowadzą ostatecznie autora Ostróg do dość za- skakującego uogólnienia – w finale jego rozważań pojawi się przypusz- czenie, że „bez względu na to, jak daleko posunie się skrupulatną inter- pretację”, okazać się może, iż „całość tekstu Nietzscheańskiego” „jest typu «zapomniałem mego parasola»”. A więc, że jego tekst po prostu nie poddaje się żadnym tradycyjnym zabiegom interpretacyjnym i że nie istnieje w ogóle coś takiego jak „całość tekstu Nietzschego”, bo niejako z samej swej natury „jest ona fragmentaryczna i aforystycz- na” [O 81–82]. Derrida jednak nie tylko unieważnia podatność tekstu Nietzschego na interpretację, nie tylko podaje w wątpliwość aspiracje tradycyjnej hermeneutyki. Ostatnim „krokiem” [O 83], który wykona, będzie jeszcze unieważnienie jego własnego dyskursu jako głosu wy- imaginowanego interpretatora – wszystko to, co do tej pory powiedział o tajemniczym zdaniu Nietzschego, przybierze w konsekwencji ana- logiczny status jak ono samo. Tak bowiem jak zdanie to, mimo swojej zrozumiałości, nie może w gruncie rzeczy niczego przekazać, tak tekst Derridy, snującego rozmaite dywagacje na temat tego zdania, nie mówi właściwie niczego o tym, co można by w nim (lub przez nie) odkryć. Wprost przeciwnie – w przewrotnej narracji filozofa jedynie „nieroz- szyfrowalność rozprzestrzenia się zeń bez ograniczeń” [O 83]. Derridzie nie chodzi jednak bynajmniej o to, by odpowiedzieć na pytanie czy w ogóle da się jakoś zinterpretować zdanie całkowicie ode- rwane od kontekstu – zdanie, które może znaczyć bardzo wiele albo w ogóle nic. Nie chodzi mu oczywiście też o to, by zaproponować wła- sną interpretację tego zdania. Obiektem wycieczek myślowych filozo- fa staje się ostatecznie kondycja samej hermeneutyki. Trafnie odczytu- je jego zamysł David Hoy: Ten przypadek nie tylko upokarza, ale również obnaża niekwestionowane i we wszelkich przejawach metafizyczne przesłanki poważnego hermeneuty, któ- ry uważa, że tekstu nie da się zrozumieć, o ile nie może zostać odczytany otacza- jący kontekst lub zidentyfikowane pierwotne odniesienie. Jeżeli tekst miałby nie mieć żadnego rozstrzygalnego znaczenia, świadczyłoby to o ubóstwie hermeneu- tyki3. 3 D. Hoy, Powrót wielkiej teorii w naukach humanistycznych, pod red. Q. Skinnera, przeł. P. Łozowski, Lublin 1998, s. 8. Hermeneutyka i erotyka 13 Jeśli więc Ostrogi ujawniają przede wszystkim stosunek Derridy do hermeneutyki, to właśnie dlatego, że w jego quasi-interpretacji, a właściwie w swobodnych impresjach na temat tekstu Nietzscheań- skiego, zostaje unieważniona zarówno tradycyjna analiza filologicz- na (stanowiąca wstęp do egzegezy), jak i tradycyjna metoda herme- neutyczna (poszukująca ukrytego sensu). Filozof oczywiście nie sta- ra się dowieść, że spuścizny Nietzschego nie da się w ogóle odczytać, zrozumieć, ani też w żaden sposób uporządkować. Komentarz Derridy opatrzony jest raczej sugestią: „ale co by było, gdyby tak rzeczywiście było?”. O tym bowiem, co znaczy cytowane zdanie, jakie były oko- liczności jego napisania itp. – „możemy się nigdy nie dowiedzieć, i tę możliwość, tę niemożność musimy brać w rachubę” [O 77]. Sugestia ta stanowić ma więc jedynie rodzaj przestrogi przed „hermeneutycznym podbojem” [O 56], a przede wszystkim – przed niepohamowanym dą- żeniem do odkrycia prawdy. W Ostrogach nie chodzi wszak Derridzie tylko o wyeksponowanie owego zdania, „upokarzającego” metafizycz- nie ufundowaną hermeneutykę. Główną bohaterką tej książki okazu- je się właśnie „prawda” – zarówno jako temat pism Nietzschego, jak i jako przedmiot rozważań Derridy. Nieprzypadkowo też, rzecz jasna, temat prawdy pojawia się przy okazji rozważań o stylach Nietzschego. Nie idzie tu znów tylko o dobrze znany i jawnie manifestowany scep- tycyzm autora Woli mocy wobec hegemonii prawdy, czy też o żywione przez niego przekonanie o względności, a nawet fikcyjności tej w koń- cu przecież tylko, jak twierdził, „pstrej armii metafor”. Raczej chodzi o zwrócenie uwagi na niedostępność prawdy i o zdemaskowanie złu- dzenia, uporczywie kultywowanego przez tradycyjne hermeneutyki, „że kiedykolwiek uda się ją posiąść”. Prawda jest kobietą – zawyrokuje więc ostatecznie Derrida za Nietzschem – bo podobnie jak kobieta po prostu „nie pozwala się wziąć” [O23]. Prawda jest kobietą Tekst tym bardziej jest tekstem, im bardziej zakrywa się przed naszym spojrzeniem. Jacques Derrida, La Dissémination Zestawienie – kobieta-prawda – uruchamia całą serię skojarzeń, któ- rych zadaniem jest wzmocnienie przekonania o zasadniczej niedostęp- 14 Anna Burzyńska ności jednej i drugiej. Prowokuje ono także zmianę dyskursu o inter- pretacji, otwierając pole retoryce erotycznej. Pisze więc dalej Derrida: Wszystkie atrybuty wszystkie cechy, wszystkie powaby, jakie Nietzsche przypisał kobiecie, uwodząca odległość, czarująca niedostępność, nieskończenie zawoalowana obietnica, transcendencja wytwarzająca pożądanie, Enterfernung, należą do historii prawdy [...]. [O 49] Nie oznacza to znów jednak, że możliwość odkrycia prawdy zosta- je całkowicie zanegowana lub też że odmawia się jej racji bytu – raczej w przewrotny, właściwy dla siebie sposób filozof zwraca tu uwagę na niełatwe drogi jej poszukiwania i na nieredukowalną wielość rozma- itych prawd „mnogich, pstrych, sprzecznych” [O 59]. Wielość – któ- rej nigdy nie da się opanować. Z kolei poparciu tego przekonania słu- żą kolejne metafory zapożyczone przez Derridę z pism Nietzschego, bo przecież nie ma kobiety, prawdy samej w sobie, kobiety samej w sobie, tyle w każdym ra- zie powiedział [Nietzsche], dał również tak różnorodną typologię, tłum matek, dziewcząt, córek, starych panien, żon, guwernantek, prostytutek, dziewic, babek, małych i dużych cór swego dzieła. Z tego samego powodu nie ma prawdy Nietz- schego czy też prawdy tekstu Nietzschego. [O 59] Ostatecznie więc – to właśnie „kwestia kobiety” u Nietzschego zawiesza rozstrzygalne przeciwieństwo prawdy i nieprawdy [...] dyskwalifiku- je hermeneutyczny projekt postulujący prawdziwy sens tekstu, uwalnia lekturę od horyzontu sensu bycia lub prawdy bycia, wartości wytwarzania wytworu lub obecności obecnego. [O 62] Zmysłowy język Nietzschego zdaje się wciągać w końcu samego Derridę – chłodny dyskurs racjonalisty z pierwszych akapitów Ostróg niepostrzeżenie przeradza się w namiętny dyskurs erotyczny. Co wię- cej – okazuje się, że właśnie w takim języku daje się najlepiej wyrazić nie tylko złożoną naturę interpretacji (albo raczej – jak woli Derrida – czytanio-pisania [lecture-écriture]), ale także naturę samego tekstu, również wyposażonego w tę samą uwodzicielską moc przyciągania- odpychania. Tekstu, któremu też można przypisać cechy kobiecości, a nawet żeńskiego obiektu erotycznego, bo, jak mówi filozof w innym miejscu – tym bardziej jest on tekstem, im bardziej stawia nam opór. Przemożne dążenie do odkrycia prawdy/sensu – kwestie kluczowe tyleż dla tradycyjnej metafizyki, co dla tradycyjnej hermeneutyki (a jak wiemy skądinąd, Derrida stawia między nimi znak równości) – okazu- Hermeneutyka i erotyka 15 je się wysiłkiem tyleż niemożliwym, co w gruncie rzeczy zbytecznym, zgubnym dla myślenia i dla interpretacji. Prawda pojęta jako teoretycz- ny horyzont, telos, sprowadza na filozofa/interpretatora jedynie dojmu- jący paraliż. Jej uporczywe poszukiwanie niweczy wszelkie niuanse, owe „piękne możliwości” (o których też pisał Nietzsche), zabija otwar- tość na nieprzewidywalne, na zdarzenie, które – w przekonaniu Derri- dy – jest największą siłą wszelkiej praktyki. Praktykę – wreszcie – za- mienia w kostyczną strategię, a tekst w martwy depozyt „prawdziwe- go sensu”. Apodyktyczność rozstrzygnięć uśmiercająca interpretację przegrywa w ocenie filozofa z pełnym pasji dryfowaniem pośród zna- czeń migotliwych i rozproszonych – bo przecież to nie skupianie i ca- łościowanie (odwieczne idee regulatywne tradycyjnej hermeneutyki), ale nieograniczony rozsiew, plenienie się znaczeń (dyseminacja) dać mogą interpretacji nowe życie. Ostrogi na różne sposoby dyskwalifi- kują więc „hermeneutyczne projekty postulujące prawdziwy sens tek- stu”, głosząc jednocześnie pochwałę twórczego rozsiewania, multipli- kacji znaczeń – niedających się podporządkować żadnej zewnętrznej wobec tekstu instancji, która usiłowałaby nad nimi zapanować. Radykalność tych stwierdzeń nieodparcie narzuca wrażenie ich utopijności. Derrida jednak dobrze wie, co robi, spłacając kolejny dług u Nietzschego, w końcu mistrza najbardziej radykalnych rady- kalizmów i najbardziej potwornych paradoksów. Rozchwiać herme- neutyczną twierdzę (a, jak wiadomo, właśnie o rozchwianie (llabilité), a nie o zburzenie czy zniszczenie tu chodzi) można jedynie, przeciw- stawiając jej równie silny anarchizm, nawet jeśli to, co stawia się na- przeciw asekuranckim dążeniom potężnej tradycji wydawać się może jedynie niebezpieczną dezynwolturą. Czy owa anarchistyczna posta- wa oznacza jednak, że Derrida jest przeciwko interpretacji? Tak – je- żeli mieć na myśli wywodzący się z tradycji egzegetycznej tradycyjny model hermeneutyki, w ramach którego akt interpretacji zostaje z góry zaprogramowany na wydobycie ostatecznego sensu (prawdy) i obwa- rowany kryteriami poprawności odczytania (zgodności z prawdą czy z tzw. intencją autorską). Nie – jeśli rozumieć interpretację (albo ra- czej: interpretowanie) jako twórczy proces, którego jedyną trajektorię wyznacza sam tekst, którego rezultatów nie da się przewidzieć i któ- ry nigdy się nie kończy. Dlatego od pewnego momentu filozof konse- kwentnie zastępował będzie pojęcie „interpretacji” pojęciem „lektu- ry”4, uznając, że kategoria „interpretacji” została nadmiernie obciążo- 4 Szerzej pisałam na ten temat w tekście pt. Lekturografia. Derridowska filozofia czytania, w: Anty-Teoria literatury, Kraków 2006. 16 Anna Burzyńska na tradycją metafizyczną, która to właśnie narzuciła jej praktykom ów metodyczny czy strategiczny charakter. W przypadku Derridy istotna staje się jednak nie tylko specyficzna krytyka hermeneutyki, jakiej po- dejmuje się w Ostrogach, ale wyraźnie dostrzegalna zmiana perspek- tywy. Dostrzegalna, choć pojawiająca się pozornie en passant w chwi- li, gdy aprobata niezależności prawdy-kobiety okazuje się dla filozofa czynnikiem tyleż hamującym dążenie do odkrycia sensu, co intensy- fikującym jego pożądanie. W tym momencie bowiem proces czytania zostaje przeniesiony w zupełnie inne, zakazane, by tak rzec, rejestry podmiotowej aktywności. „Miłosna walka, śmiertelny pojedynek” Dwoje (całkiem) innych... Jacques Derrida, Sygnowane Ponge Można nawet powiedzieć, że Ostrogi stanowią jedynie wstęp do badania owych innych, wykraczających poza inteligibilność obsza- rów, z których początek bierze praktyka czytania. Albo – lepiej – in- nych, mrocznych i niezbadanych sfer podmiotowości, do których furt- kę otwiera tyleż Nietzsche, co – oczywiście – Freud. W pewnym sensie dalszy ciąg Ostróg dopisuje Derrida w późniejszej o kilka lat książ- ce o Francisie Ponge’u5. Ale o ile w Ostrogach stawia on tylko pyta- nie o granice interpretacyjnej władzy nad tekstem, konfrontując mi- raż tej władzy z destrukcyjną siłą nierozstrzygalnika – wirusa rozspa- jającego pozornie precyzyjne opozycje, o tyle na marginesie lektury tekstów Ponge’a podda niejako „laboratoryjnie” ową zawłaszczającą skłonność tradycyjnej interpretacji swoistej próbie – na konkretnym materiale poetyckim przetestuje dążenie do „hermeneutycznego opa- nowywania”, które zawsze tkwi u genezy wszelkiej uprzedmiotowiają- cej aktywności interpretatora. W akcie interpretacji, w sytuacji pisania 5 J. Derrida, Signéponge, por. fr. w przekładzie na polski: Sygnowane Ponge, przeł. S. Cichowicz, „Literatura na Świecie” 1998, nr 8–9. Wszystkie cytaty pochodzą z pol- skiego przekładu. Dalej jako: SP, z podaniem strony. Sam Derrida sugeruje zresztą, że w Signéponge nawiązuje do wcześniejszych Ostróg [SP 306]. Hermeneutyka i erotyka 17 komentarza, inny tekst – tekst Innego staje się przedmiotem branym w posiadanie przez interpretatora, staje się jego „rzeczą”. A nawet, jak napisze wprost Derrida – to sam Inny (w tym przypadku Francis Pon- ge) – „staje się moją rzeczą”. Osobliwa lektura Derridy w Signéponge nakazuje więc rozpocząć namysł nad interpretacją od prapoczątków tego aktu – od sytuacji brania (w posiadanie), skonfrontowanej tutaj z „przedsmakiem prawa rzeczy”. I nie tylko chodzi znów o postawienie pytania: „czym jest prawo rzeczy, która ma stać się moim przedmio- tem, moim tematem?”, ale raczej o doświadczenie na sobie tego prawa, o głęboko osobistą konfrontację z innością – innością tekstu, a w dal- szej konsekwencji – innością jego twórcy. To szczególne doświadcze- nie pozwala filozofowi rozpoznać szczególnego rodzaju konflikt, któ- ry określa on byciem w stanie „dogłębnej heteronomii wobec rzeczy”. Jest to konflikt pragnienia przyswojenia „rzeczy” (które leży u podło- ża wszelkiej interpretacji, jest więc jej podstawowym prawem) i rów- nie podstawowego prawa „rzeczy” do suwerenności. To właśnie, powie Derrida w dysproporcji tej heteronomii rozgrywa się między obydwoma prawami, miło- sna walka, śmiertelny pojedynek, którego łoże lub ubita ziemia, przedmiot lub stawka (przed-gra) zarysowuje zawsze jakiś podpis w jakimś „przed” tekstu, sa- moodzwierciedlającego się nieskończenie. [SP 307] Ostatecznie bowiem „rzecz” jest „moja” (gdy czytam i piszę), ale jednocześnie jest czymś „nie-moim”, radykalnie innym, „pozostaje tym, co inne” – jak napisze Derrida – „a czego prawo żąda niemożli- wości”, uniemożliwiając wszelki kontrakt, wszelką transakcję, nieza- kłócony transfer sensu. Derridowski namysł nad kondycją tradycyjnej hermeneutyki sięgnie więc w tym przypadku bardzo głęboko – do sa- mych praźródeł doświadczenia interpretowania – i doświadczenie owo podda on drobiazgowej wiwisekcji. U źródeł aktu interpretacji, jak po- wie metaforycznie, znajdują się wszak zawsze „woda i pragnienie”, a choć wody wydaje się pod dostatkiem – nigdy nie daje się zaspokoić pragnienia [SP 307]. Czy jednak warto dokopywać się tak głęboko i dlaczego Derrida tak dramatyzuje owo „przed” interpretacji, dlaczego problematyzuje coś, co od najdawniejszych czasów, od samego początku istnienia sztuki wyjaśniania, nigdy nie stało się przedmiotem wnikliwszego namysłu, co uznawane było za oczywiste, pomijane milczeniem, w niewzruszo- nym przekonaniu, że interpretacyjne przyswojenie innego tekstu jest 18 Anna Burzyńska aktywnością z gruntu pożyteczną i nie ma tu miejsca na żadne senty- menty? W swojej drobiazgowej analizie najgłębszych uwarunkowań sytuacji interpretowania Derrida chce znów przede wszystkim zwró- cić uwagę na nieoczywistość tego, co dawno zastygło w oczywisto- ściach i co doprowadziło do usankcjonowanego tradycją nieposzano- wania suwerenności interpretowanego tekstu – jego, jak napisze gdzie indziej – idiomatyczności. Owo dzielenie włosa na czworo służyć ma więc jedynie czemuś, co wydaje się konkluzją bardzo prostą (i rów- nie oczywistą), a jednak przez tradycyjne hermeneutyki ignorowaną. Temu, mianowicie, że, jak powie nieco dalej filozof: Rzeczy jestem winien bezwzględny szacunek, którego nie zapośrednicza żadne ogól- ne prawo: jako, że prawem rzeczy jest także jednostkowość i różnica. [SP 308] Tylko dzięki temu szacunkowi (być może to niewiele, a jednak nie bez znaczenia) „rzecz” z „przedmiotu” ma szansę przerodzić się w „podmiot”, zaś praktyka interpretacji – ponownie upodmiotowić tekst. Upodmiotowić, albo raczej – tak zapewne wolałby to określić Derrida – przywrócić jednostkowość tekstowi, z którego żywą prze- cież, a nie papierową tkanką mamy do czynienia. Jest to moment włą- czenia w myślenie o interpretacji „instancji etycznej”, jak nazywa to fi- lozof [SP 315], ale jednocześnie – szansa na prawdziwe zbliżenie. Zbliżenie? Kogo z kim? Przywrócenie tekstowi i lekturze ich głęboko jednostkowego cha- rakteru zaprowadzi znów Derridę w nieoczekiwane rejestry: lektura stanie się „tańcem uniesienia”, w którym poczuciu „niemożności za- właszczenia” i „chwilom przygnębiającej niemocy” towarzyszyć będą krótkie chwile ekstazy, incydenty bliskości, osiągane dzięki „potędze nieskończenie indywidualnego pisania”. Zaiste – osobliwy to opis pro- cesu czytania, osobliwy i w wyraźny sposób nacechowany erotycz- nie. Czemu ma służyć owa erotyczna retoryka? Doświadczenie lektury (proces, którego zapis tradycyjna hermeneutyka nazywa komentarzem) staje się tu, w pełnym tego słowa znaczeniu, intymnym zbliżeniem, w trakcie którego czytający poddaje się prawu Innego – piszącego (tra- dycyjna hermeneutyka nazywa go autorem). Doświadczenie to przy- biera więc w optyce Derridy charakter tyleż osobisty, co spersonalizo- wany, nie jest związane z teoretyczną instancją autorską, lecz z kon- kretną osobą. Nic też, co pochodziłoby spoza tekstu, nie gwarantuje powodzenia owego zbliżenia. Ważną inspiracją są tutaj dla filozofa sło- wa samego Ponge’a, zapisane w przedmowie do Proémes: Hermeneutyka i erotyka 19 Wszystko dzieje się tak (przynajmniej wyobrażam sobie tak niekiedy), jak gdyby, od chwili, gdy zacząłem pisać, uganiałem się, zresztą bez najmniejszego powodzenia, za szacunkiem jakiejś konkretnej osoby. Powtórzmy: „konkretnej osoby”. Przedmiot interpretacji, tekst uprzedmiotowiony w akcie tradycyjnej interpretacji, dzięki nowej prak- tyce lektury stanie się, jak uczył Ponge, „przedmiotem miłości”, odzy- skując prawo do życia [SP 314], a więc – jak dopowie Derrida – „pra- wo do oddychania beze mnie” [SP 311]. Ostatecznie więc lektura, po- zbawiona ograniczeń hermeneutycznych, okaże się aktywnością żywą i namiętną (pojedynkiem suwerennych idiomów albo dwóch jednostko- wości), grą, której partnerom – autorowi i czytelnikowi – przysługują absolutnie równe prawa. Czytanie zaś będzie dla Derridy spotkaniem „dwojga-całkiem-innych”, odbywającym się poza wszelką „umową” i niewymagającym innych reguł niż te, które ustanowią sami partnerzy [SP 315]. I w tym miejscu Derridowski dyskurs o naturze interpretacji, stając się par excellance dyskursem erotycznym, najbardziej być może zbliży się do wszystkiego, co na swój sposób, lecz w bardzo podobnym duchu, pisał o naturze interpretacji Roland Barthes. Także u Barthes’a interpretacja zostanie zastąpiona lekturą, pozwalającą „zwolnić hamu- lec sensu”, i on również będzie starał się ujawnić pewne głęboko ukry- te aspekty praktyki czytania, niedoceniane lub pomijane przez trady- cyjny, zracjonalizowany dyskurs hermeneutyczny. Lektura jako akt miłosny Czyż najbardziej erotyczną częścią ciała nie jest miejsce, w którym ubranie się rozchyla? Roland Barthes, Przyjemność tekstu Temat relacji autora i czytelnika (piszącego i czytającego) jako szcze- gólnego rodzaju miłosnej interakcji podczas lektury, który u Derridy pojawił się niejako na marginesie jego antyhermeneutycznych dywaga- cji, w przypadku Barthes’a doczekał się osobnego dzieła – wprawdzie  Zdanie cytowane przez Derridę [SP 309]. 20 Anna Burzyńska napisanego już blisko czterdzieści lat temu i wprawdzie bardzo szczu- płego objętościowo, lecz do dziś dumnie dzierżącego przydomek naj- bardziej skandalizującej rozprawy (lub raczej: „rozprawy”) w dziejach teorii literatury. Mowa tu oczywiście o Przyjemności tekstu7, książce będącej swego rodzaju zapisem doznań czytelnika oddającego się lek- turze – doznań, powiedzmy od razu, natury zdecydowanie erotycz- nej. Już w pierwszych zdaniach Barthes rozpoczyna prowokacyjnie, a nawet zadziornie wobec tradycyjnych powinności hermeneuty: „nig- dy się nie tłumaczyć, nigdy nic nie wyjaśniać” [PT 7]. Wprowadzenie przyjemności do dyskursu o interpretacji (samo w sobie już prowoka- cyjne) bierze się u Barthes’a z bardzo prostego rozpoznania – skoro pi- sarz pisze z przyjemnością (która, jak dopowiada, wcale nie musi prze- czyć jego cierpieniom), to czytelnik też może czytać z przyjemnością. Ta ostatnia jednak wymaga od pisarza pewnego wysiłku, zainicjowa- nia nawiązującej się między nim a czytelnikiem miłosnej gry. Pisze więc autor Przyjemności tekstu: Muszę szukać czytelnika („poderwać go”) nie wiedząc, gdzie jest. Tak tworzy się przestrzeń rozkoszy. Nie potrzebuję drugiej „osoby”, przestrzeni; wejścia w dia- lektykę pożądania, nieprzewidywalności rozkoszy: nie kończcie jeszcze gry, rzu- cajmy kości! [PT 9] To, że w trakcie lektury czytelnik doznawać może przyjemności, byłoby stwierdzeniem banalnym w swojej oczywistości i Barthes do- brze zdaje sobie z tego sprawę. Dlatego posuwa się jeszcze dalej – przy- jemność tekstu/lektury, o której będzie pisał, to przyjemność erotycz- na – rodzi się ona bowiem w „miejscu zatracenia”, w „szczelinie, pęk- nięciu, deflacji, fading, sięgającym podmiotu w miejscu rozkoszy” [PT 13]. Skandalizujący rys Przyjemności tekstu bierze się więc przede wszystkim z języka, którym próbuje Barthes opisać doświadczenie lektury – nie jest to bowiem zwyczajna przyjemność, ale – mówiąc wprost – doznanie orgazmu. Już na wstępie zostaje również obalony jeden z dogmatów tradycyjnej hermeneutyki – ciągłość (semantyczna spójność) i całościowość tekstu, pracowicie rekonstruowane w meto- dycznej praktyce interpretacyjnej. Prawdziwa przyjemność bierze się wszak, zdaniem Barthes’a, nie z odkrycia ciągłości, ale z bodźcowe- go oddziaływania tekstu, z bombardowania znaczącymi (jak w Co- 7 R. Barthes, Przyjemność tekstu, przeł. A. Lewańska, Warszawa 1997. Dalej jako: PT, z podaniem strony. Hermeneutyka i erotyka 21 brze Sèvero Sarduy) [PT 14] lub też – z „dziurawienia dyskursu” (jak u Flauberta) [PT 15]. To nie ciągłość więc i nie całość, ale luki i prze- rwy (miejsca „zero” w strumieniu sensu) – daje do zrozumienia Bar- thes – działają prawdziwie erotycznie, podobnie jak działać może lekko rozchylone ubranie, skóra połyskująca między dwiema częściami garde- roby (spodniami i majtkami), między dwoma brzegami (niedopięta bluzka, ręka- wiczka i podwinięty rękaw), podniecające jest mgnienie... [PT 16–17] Znów – wypada przyznać – dziwaczny to wywód o interpretacji, choć intencje Barthes’a od początku wydają się czytelne i bardzo bli- skie intencjom Derridy: interpretacja poszukująca porządku, cało- ści, ciągłości, prawdy to aktywność sucha i beznamiętna, skostnia- ła w swojej metodyczności. Co najwyżej może zdarzyć się tutaj strip- tease, który jest synonimem wykalkulowanej seksualnej namiastki, a tak naprawdę – klęską wszelkiego erotyzmu. Prawdziwie namiętna może być tylko specyficznie pojęta lektura – nieprzewidywalne „dry- fowanie” [PT 25], które żywi się ciągłym niedosytem i nadzieją, sta- łym uchylaniem rąbka (tajemnicy) i pozostawianiem jej w stanie nie- skonsumowania. Ostatecznie bowiem, powie Barthes, są dwa sposoby czytania – pierwszy (dobrze znany z tradycji) zmierza wprost do powikłań anegdoty, zakłada ciągłość tekstu i nie uwzględnia zabaw z językiem [...]; druga lektura [...] lgnie do tekstu, czyta, by tak rzec, przy- kładnie i w uniesieniu, i w każdym momencie widzi rozdzielający języki asynde- ton – a nie anegdotę; nie interesuje jej (logiczna) ekstensja, rozwijanie kolejnych prawd, lecz nawarstwianie się znaczenia; jak przy grze w łapki podniecenie bie- rze się tu nie z ciągłego przyśpieszania, lecz z narastającego zamieszania... [PT 19–20] Nietrudno się domyślić, że prawda (w tradycyjnym rozumieniu: prawdziwości interpretacyjnych sądów czy poprawności interpretacyj- nych rozstrzygnięć) także i przez Barthesa zostaje skazana na banicję – jedyną prawdą (albo raczej: „prawdą”) jest tutaj rozkosz lektury, a tej – jak w życiu (erotycznym) – albo doznajemy, albo nie – i nie wyma- ga to dłuższych deliberacji. A przede wszystkim – żadnego wytłuma- czenia.  Anna Burzyńska Fragmenty dyskursu antyhermeneutycznego Odwieść się od pokus szukania sensu... Roland Barthes, Fragmenty dyskursu miłosnego Aż do dziś na chrześcijańskim Zachodzie cała siła przechodzi przez ręce Tłu- macza jako typ (przez judaistycznego Kapłana wedle pojęć nietzscheańskich). Ale siła miłosna nie może się przenosić i oddawać w ręce Tłumaczącego; pozo- staje tu, równo z językiem, zachwycona, nieustępliwa. Typem nie jest tu Kapłan, lecz Zakochany. Oczywiście – Fragmenty dyskursu miłosnego to jedna z najpięk- niejszych być może w historii literatury prób zapisu owej bezustannej, chaotycznej językowej krzątaniny, jaka ma miejsce w głowie zakocha- nego, którego dyskurs, jak mówi Barthes, „istnieje jedynie w postaci nagłych porywów języka, które zdarzają mu się w drobnych, przypad- kowych okolicznościach” [FD 39]. Ale można Fragmenty czytać rów- nież jako swego rodzaju traktat antyhermeneutyczny – i to co najmniej z kilku powodów. Miłość bowiem – jak chce autor tego osobliwego dziełka – jest stanem, wobec którego hermeneutyka musi ogłosić bez- warunkową kapitulację, przynosi jej ona najdotkliwszą porażkę. Rzecz jasna, nie tylko dlatego, że oczywista jest bez-sensowność zakochania, i nie tylko dlatego, że zakochanie na ogół nie ma nic wspólnego z rozu- mem. Przede wszystkim dlatego, że namiętnym uniesieniom nie spo- sób nadać jakiegokolwiek porządku czy semantycznej spójności – są one jedynie nagłymi porywami, chaotycznymi incydentami, których wydarzaniem się nie rządzi żadna logika, poza – rzecz jasna – pokręt- ną „logiką” miłości. Stan zakochania odwraca także porządek wartości – to, co wydawałoby się nasycone sensem, w istocie sensu żadnego nie posiada. I odwrotnie – wszystko to, co wydawałoby się (w innych oko- licznościach) kompletnie pozbawione znaczenia, nagle puchnie od jego nadmiaru i równie niespodzianie nabiera niezwykłej wagi. Przypad- kowe dotknięcie palca Lotty przez Wertera, gdy pod stołem nieoczeki- wanie spotykają się ich stopy, przestaje być przypadkiem bez znacze- nia (samym dotknięciem) – staje się zdarzeniem nasyconym głębokim znaczeniem. Werter – jak komentuje to Barthes – mógłby nie brać pod  R. Barthes, Fragmenty dyskursu miłosnego, przeł. M. Bieńczyk, s. 5. Dalej jako: FD, z podaniem strony. Hermeneutyka i erotyka 23 uwagę sensu tego przypadku, „mógłby skupić się cieleśnie na tych mi- nimalnych strefach kontaktu, i rozkoszować się cząstką palca czy bez- władnej stopy niczym fetyszem”. Ale tak, z oczywistych względów, się nie dzieje. Werter bowiem „jest zakochany; kreuje sensy zawsze, wszędzie z niczego i to sens wprawia go w drżenie. Werter tkwi w pa- lenisku sensu” [FD 117]. Ten nadmiar sensu, paradoksalnie, zwraca się przeciwko sumiennej interpretacji, której zadaniem jest zrekonstru- ować jego logikę. Logiki wszak nie ma tu wcale, a relacja miłosna uni- cestwia tradycyjną hermeneutykę, otwierając pole innej hermeneuty- ce, albo raczej „hermeneutyce” – wywrotowej, alogicznej, fragmenta- rycznej, a przede wszystkim – zmysłowej i namiętnej. Być może w tym krótkim zdaniu, fragmencie Fragmentów, Barthes najbardziej odsłania swoje, obrazoburcze wręcz wobec tradycji, intencje: Chcę zmienić system: już więcej nie demaskować, nie interpretować, lecz z samej świadomości uczynić narkotyk i dzięki niemu dostąpić czystego widzenia realności, dostąpić wielkiego jasnego snu, miłości profetycznej. [FD 108–109] Naprzeciw hermeneutyki, systemu interpretacji – staje więc coś, co najbardziej przypomina epifanię, doświadczenie mistyczne – mistykę miłości – i czego oczywiście nie da się wytłumaczyć. I tak, jak w uję- ciu Barthes’a dyskurs miłosny podważa modelowość komunikacji9 – tak również kwestionuje on schematyczność interpretacji. Nie istnie- je przecież w doświadczeniu miłosnym żadna strategia interpretacyj- na, żadne reguły spoza tego doświadczenia. Nie sposób interpretować z neutralnej pozycji – nieuwikłania w związek – bo miłość ustanawia własne „reguły” właściwe tylko tej jednej, jedynej relacji. Relacji miło- snej właściwa jest absolutna jednostkowość i niepowtarzalność, a tego, co daje się z niej (w niej) zrozumieć (jeśli w ogóle można cokolwiek zrozumieć), nie da się oddzielić od tego, co cielesne i zmysłowe. Rela- cja miłosna jest zawsze grą wystawioną na ryzyko – nigdy nie ma pew- ności czy jesteśmy w równym stopniu kochani, jak kochamy. Jako „za- kochane podmioty” (tak najczęściej mówi Barthes) nie mamy żadnej racji bytu poza miłosną interakcją. Rodzimy się na jej użytek i z jej wy- gasaniem nikniemy. W pomyśle Barthes’a więc dyskurs miłosny nie- postrzeżenie staje się dyskursem o interpretacji, bo nietrudno chyba 9 Pisałam o tym w tekście Literatura, komunikacja i miłość, w: Anty-Teoria litera- tury. 24 Anna Burzyńska zauważyć, że dokładnie to samo pisał w wielu miejscach o doświadcze- niu lektury jako specyficznego związku czytającego i piszącego. Wywrotowe sformułowania Barthes’a służą zatem w gruncie rzeczy temu samemu, o co, na swój sposób, próbował pytać Derrida – dlaczego nasze obcowanie z tekstem („obcowanie” jest tu zapewne najwłaściw- szym określeniem) musi się wiązać z narzuconym przez hermeneutyki przymusem odzyskiwania sensu, z ciągłym (i równie beznamiętnym) dążeniem do odkrycia prawdy, z aseksualnym obnażaniem? Dlacze- go nie myśleć raczej o lekturze jako o doświadczeniu (doświadczeniu, właśnie!) głęboko intymnym, tajemniczym, z natury swojej niedają- cym się do końca wypowiedzieć, uporządkować, opanować? Dlaczego nie dostrzegać tu zbliżenia – ze wszystkimi konsekwencjami tej sytu- acji? Oczywiście, i Barthes, i Derrida, dawali do zrozumienia, że moż- na tak właśnie myśleć o tekście i lekturze. Co więcej – zmysłowy i na- miętny język, który służył nieznacznemu przybliżaniu się do owego doświadczenia, a także praktykowany przez obydwu (choć przez każ- dego w inny sposób) styl pisania – również nieciągły i fragmentarycz- ny (bo inaczej przeczyłby sam sobie) – roztaczał i na nas swoje uwodzi- cielskie moce, wabiąc siłą przyciągania. Jednak mimo wszystko gdzieś w tle tego uwiedzenia pojawia się (ułomne i pozbawione czaru, lecz równie natrętne) pytanie: czemu wła- ściwie ma służyć takie pisanie o interpretacji? Naukowy skandal Jesteśmy naukowcami z braku subtelności... Roland Barthes, Przyjemność tekstu Barthes odpowiadał na to pytanie otwarcie: Po prostu przychodzi taki dzień – w którym czujemy potrzebę poluzowania teo- rii, przemieszczenia dyskursu, który się powtarza i nabiera zwartości, aby do- znał wstrząsu przez jego kwestionowanie. Przyjemność jest tym kwestionowa- niem. [PT 93] Dzisiaj wiemy już bardzo dobrze, kiedy taki dzień nadszedł. Zda- rzyło się to trochę wcześniej, zanim jeszcze powstała Przyjemność tek- stu, bo gdzieś w końcówce lat 60., kiedy triumfowi scjentyzmu spod Hermeneutyka i erotyka 25 znaku strukturalizmu zaczęło towarzyszyć coraz większe znużenie sztywnością naukowych formułek i nudą doskonale przewidywalnych schematów, w których wszystko znajdowało z góry upatrzone miejsce. Owa coraz silniej dająca wówczas o sobie znać „potrzeba poluzowania teorii”, która znalazła się u genezy poststrukturalizmu, wbrew pozo- rom – a wiemy to dziś równie dobrze – nie dotknęła tylko systemowych skłonności narratologów, „aseptycznych” poetyk lingwistycznych czy mrzonek generatywistów o uniwersalnych gramatykach literatury. Po- jawiła się także w obszarze hermeneutyki, owocując rozpoczynającym się również w tamtym czasie tzw. kryzysem interpretacji10. Wpraw- dzie strukturaliści nie zajmowali się problemami interpretacji, wpro- wadzając nawet bardzo kategoryczne rozróżnienie między obszarami wpływów hermeneutyki i poetyki, i wprawdzie hermeneutów (poza je- dynym może Paulem Ricoeurem) niespecjalnie interesowały proble- my analizy lingwistycznej tekstu. Jednak wspólnym obiektem ataków poststrukturalistów stało się tak myślenie systemowe w humanistyce, jak ortodoksja tradycyjnej hermeneutyki, zaś ataki na teorię literatu- ry (początkowo jedynie wymierzone w uniwersalność, całościowość, obiektywność itp. naukowej teorii spod znaku strukturalizmu) – sku- mulowały się ostatecznie (jak dobitnie wykazała to toczona już na po- czątku lat 80. w Stanach Zjednoczonych dyskusja pt. „Za i przeciw Teorii”) w atakach na teorię interpretacji. Zarówno Barthes, jak i Der- rida brali w tym antyteoretycznym ruchu żywy udział i dla obydwu też problematyczność tradycyjnie pojmowanej interpretacji stała się od samego początku kwestią najważniejszą, choć w latach 60. nie było to jeszcze zapewne tak wyraźnie widoczne. Obaj również świetnie zda- wali sobie sprawę z tego, że prawdziwie dotkliwa krytyka tradycyjne- go paradygmatu musi łączyć się z szokiem – wstrząsem, który może zaistnieć jedynie poprzez skojarzenie ze sobą całkowicie niezbieżnych porządków. Podobnie jak Derrida, tak i Barthes – równie pilny uczeń Nietzschego i Freuda – dobrze wiedzieli, że cios prawdziwie skutecz- ny musi być bardzo mocny w swojej radykalności, zadany w miejsce (albo raczej z miejsca), którego przeciwnik wcale się nie spodziewa. Stąd wzięło się właśnie owo bulwersujące wtargnięcie dyskursu miło- snego w dyskurs naukowy, połączenie erotyki z hermeneutyką, a tek- stualności z seksualnością. 10 Szerzej pisałam na ten temat w książce pt. Dekonstrukcja i interpretacja, Kra- ków 2003.  Anna Burzyńska Autor Przyjemności tekstu ujawniał jeszcze inne źródło tak rady- kalnej zmiany myślenia o języku, o tekście i interpretacji. Specyficz- ny stosunek Barthes’a do doświadczenia lektury znajdował swoją ge- nezę w jego bardzo osobistym doświadczeniu, którego piękne wspo- mnienie przywołał: Pewnego wieczoru, półuśpiony na barowym stołku, próbowałem dla zaba- wy porachować wszystkie języki, wpadające mi do ucha: muzykę, rozmowy, ha- łas krzeseł, kieliszków, całą tę stereofonię, której wspaniałego przykładu dostar- czał (opisany przez Sèvero Sarduy) plac w Tangerze. We mnie (to oczywiste) coś również mówiło i ta tak zwana mowa wewnętrzna bardzo przypominała zgiełk placu, krzyżowanie się napływających z zewnątrz głosów; sam byłem miejscem publicznym, sukiem. Przechodziły mi po głowie słowa, małe syntagmy, strzępki sformułowań, lecz nie powstawało z nich żadne zdanie, jak gdyby takie było pra- wo tego wewnętrznego języka. Ta mowa [...] osiągała we mnie, przez swój pozor- ny przepływ, ostateczną nieciągłość; to nie-zdanie wcale nie było czymś, czemu zabrakło siły, by przybrać kształt zdania, czymś, co istnieje przed zdaniem – było tym, co trwa wiecznie i dumnie poza zdaniem. Upadła wówczas, wirtualnie, cała lingwistyka zapatrzona w zdanie i przywiązująca niewiarygodną wagę do skład- ni predykatywnej (będącej formą pewnej logiki, pewnej racjonalności); pomyśla- łem o naukowym skandalu... [PT 33–34] Jeżeli chodziło o naukowy skandal, to z pewnością się udało – tak Barthesowi, jak i Derridzie – wstrząsnąć nie tylko lingwistyką, lecz również poetyką czy hermeneutyką. Chociaż to, co jeden i drugi stara- li się przeciwstawić potężnym dyscyplinom i równie potężnym insty- tucjom, wydawało się na pierwszy rzut oka skromne i pozbawione au- torytetu, bo przecież były to – jak nonszalancko pisał autor Przyjemno- ści tekstu – tylko: „fantomy, fałdy, ślady, zamglenia...” [PT 79]. Udało się jednak również posiać wątpliwości co do dalszych losów teorii lite- ratury, czy nawet nauk humanistycznych w ogólności, których to mia- nowanie „naukami” – jak zauważał Derrida już w 1966 roku – od daw- na wydawało się wysoce problematyczne. Bez wątpienia jednak w tym przedziwnym skojarzeniu języka i przyjemności, tekstu i seksu, her- meneutyki i erotyki nie szło tylko o uruchomienie kontrowersyjnych sił subwersywnych, o nadszarpnięcie naukowej pewności, o skażenie teoretycznej precyzji cielesnością czy pożądaniem. Zdecydowanie cho- dziło o coś jeszcze więcej. Hermeneutyka i erotyka 27 Romans w tekście Mimo wszystko w tekście pragnę autora... Roland Barthes, Przyjemność tekstu Pod pewnymi względami konsekwencje hermeneutyki i konse- kwencje strukturalizmu, choć oczywiście z wielu innych względów nieporównywalne, były jednak do siebie podobne. Strukturalizm do- prowadził do radykalnego odpodmiotowienia humanistyki – już na mocy „brzytwy” de Saussure’a, którego, jak dobrze wiadomo, nie inte- resował w ogóle użytkownik języka – zostawiając mu ewentualnie rolę teoretycznego konstruktu (apriorycznych warunków możliwości mó- wienia, komunikowania czy dekodowania znaczeń). XX-wieczna her- meneutyka, z kolei, uczyniła wszystko, by odsunąć autora – przyznając mu jedynie funkcję „autora” – hipotetycznego gwaranta poprawności odczytania sensu zdeponowanego w tekście – bezcielesnej i bezdusz- nej figury, sprowadzanej najczęściej do mirażu odzyskiwanej cierpli- wie „intencji”. Zarówno akty komunikowania, jak i akty twórcze oraz odpowiadające im analizy lingwistyczne i akty interpretacji, obwa- rowane kryteriami skuteczności czy – odpowiednio – poprawności – osiągnęły dzięki temu naukową precyzję i samowystarczalność. Pre- cyzyjne schematy przerodziły się jednak w coś, co przypominało je- dynie tańce szkieletów, odbywane wprawdzie w majestacie teorii, lecz – z oczywistych powodów – nieludzkie. Właśnie to odczłowieczenie humanistyki, która stała się martwą doktryną, posługującą się co naj- wyżej „kategoriami” (podmiotu, nadawcy, autora itp.) – okazało się w gruncie rzeczy najistotniejszym problemem dla Derridy i Barthe- s’a, a w efekcie – najgłębszą przyczyną ich tak radykalnych ataków na strukturalizm i hermeneutykę. Stawką była więc tu nie tyle sama kry- tyka pojęć struktury i znaku czy tradycyjnych koncepcji interpreta- cji i tekstu, ale by tak rzec – ponowne uczłowieczenie humanistyki – przywrócenie jej już nie tylko prawdziwego, „żywego” podmiotu, lecz wręcz – osoby. Szczególnie istotnym polem manewrów krytycznych była tu właśnie przestrzeń lektury – łącząca w nierozerwalnym splocie piszącego i czytającego. Przesłanie zapisane w gestach Derridy i Bar- thes’a było dobrze widoczne: poprzez pisanie i czytanie – próbowali powiedzieć – komunikują się w końcu ze sobą nie struktury i reguły, lecz ludzie. Nie podmioty-kategorie, lecz osoby z krwi i kości – czują- ce, cierpiące, pragnące, kochające – jakkolwiek banalnie by to brzmia-  Anna Burzyńska ło. Tekst literacki to przecież nie tylko ciąg czarnych znaczków na pa- pierze, ale – jak mówił Derrida – sygnatura piszącego, jego własny, niepowtarzalny podpis, znamię jego jednostkowości, lub wręcz – jak dopowiadał Barthes – „anagram ciała erotycznego” [PT 22]. Konkluzję obaj mogliby wypowiedzieć wspólnym głosem: pisa- nie jest zawsze rodzajem intymnego wyznania do nieobecnego Innego, a czytanie – bliskim spotkaniem z Innym, którego dotkliwą nieobec- ność usilnie pragniemy odzyskać, nawet jeśli nasze wysiłki z góry ska- zane są na porażkę. Michał Paweł Markowski Komitywa Zaznaczenie W jednym ze swoich esejów Andrzej Sosnowski pisał o czytaniu Derridy tak: „przeczytać można tylko to, co nam się jakoś zaznacza, czyli w nasze znaki [...] wdaje”1. To lapidarne stwierdzenie jest jed- nym z najlepszych – bo najkrótszych a jednocześnie najtreściwszych – wprowadzeń do dekonstrukcji. Dotyka tego, co najważniejsze: relacji między tym, co czytamy, a nami samymi, a więc także między nami a światem. Czym jest czytanie? Zgodą na to, że coś (nie wiemy, co) otrzymuje do nas dostęp, kiedy się „w nasze znaki wdaje”. „Wdawać się” to angażować się, wchodzić w jakąś grę, wkraczać, ale jednocze- śnie „dawać się [przeczytać]”, czy nawet „oddawać się [czytelnikowi]”. To wdawanie się nie zależy od czytającego, nie jest jego projektem, nie jest jego decyzją, nie jest efektem jego wiedzy. Ale Sosnowski wpisuje w tę skomplikowaną relację jeszcze jeden idiom: „dawać się we znaki”. Coś daje mi się we znaki, czyli pozostawia we mnie jakiś niepokój, po- zbawia mnie spokoju, męczy mnie, dręczy, zbija z tropu. Jak więc nale- ży rozumieć to zdanie o czytaniu? Spróbuję teraz pokazać, jak odczy- tuję zdanie Sosnowskiego, które – jak sugerowałem – jest jedną z wielu okazji na lepsze zrozumienie dekonstrukcji. 1 A. Sosnowski, Ostatnia miłość literatury, „Literatura na Świecie” 1998, nr 11–12, s. 265. 30 Michał Paweł Markowski Po pierwsze, zdanie to jest osobliwie warunkowe: nie wszystko można przeczytać, istnieją wszakże pewne warunki, które trzeba speł- nić, żeby „coś przeczytać”. Warunkiem przeczytania czegoś jest wtar- gnięcie tego czegoś w mój świat i – jak sądzę – otwarcie tego świata, na coś kłopotliwego, uwierającego, co jednocześnie wchodzi w jakąś komitywę. Jeśli ja na taką bliskość nie pozwolę, nie zgodzę się na taką interwencję, na taką komitywę, to niczego nie przeczytam. Czytanie musi więc angażować, musi dopuszczać coś, co pochodzi i przychodzi skądinąd. To dopuszczenie czegoś innego, zgoda na jego wtargnięcie w moje znaki – to wstępny warunek czytania. By to się stało, muszę wprzódy na to wyrazić zgodę. Nie przyjmuję tego w sposób oczywisty, nie jest to dla mnie rutyna. Żeby się zgodzić, by coś wdało się w moje znaki, a tym samo dało mi się we znaki, muszę przyjąć, że inaczej być nie może. Nie jest to więc kaprys, myśl frywolna, ale konieczność. Je- śli chcę czytać, to muszę się najpierw zgodzić na coś takiego, co może zmienić mnie, moją sytuację, mój sposób myślenia. „Jak już coś wda się w moje znaki, to znaki [...] zaczynają żyć innym trybem”. Zgoda na ów „inny tryb” umożliwia czytanie. Ale jednocześnie przecież, jeżeli coś się „wdaje we mnie”, to zna- czy to, że ja jakoś (powtarzam tu „jakoś” Sosnowskiego) narzucam sie- bie temu, co czytam, bo to się wdaje we mnie, a nie w kogoś innego, ode mnie dostaje zgodę i we mnie się wraża, przeze mnie się wyraża. „O, wdał się we mnie” – mówimy o synu, i dodajemy czasem „moja krew”, albo – bardziej pochopnie – „cały mój”. Tego wyrazu posesyw- ności, chęci zapanowania nad dzieckiem, wpisania go w nas bez resz- ty, całkowicie, nieodwołalnie, oczywiście nie da się uniknąć, ale też nie da się wprowadzić całkiem w życie. Co więc się dzieje, kiedy tekst „wdaje się w nasze znaki”? Wkracza w naszą przestrzeń, w nasze ży- cie, otoczone produkowanymi przez nas znakami, i wkracza w taki sposób, że to życie zaznacza, naznacza, piętnuje, słowem – narusza. Ale jednocześnie poddaje się naszym znakom, wikła się w nie, wda- je się w nas, oddaje nam, wystawia na zniekształcenie. Tylko wtedy można jakiś tekst przeczytać, gdy zostanie on umieszczony w innym kontekście, w naszym kontekście, tylko wtedy – sugeruje Sosnowski – mamy do czynienia z literaturą. Zauważmy: to, co literackie, wydarza się nie tyle w przestrzeni komunikacji, w przestrzeni komunikowania czegoś komuś, w której chodziłoby jedynie o deszyfrację komunika- tu, ile w przestrzeni dotkliwego wspólnictwa, w której coś nas nazna-  Tamże, s. 65. Komitywa 31 cza, wdaje się z nami w spór, daje we znaki. Ta przestrzeń jest prze- strzenią wielorakiego zaangażowania, w której dochodzi do zderzenia dwóch asymetrii. Ja, spowity własnymi znakami (albo raczej znakami, które pochopnie uznaję za własne), zderzam się z czymś, co przycho- dzi z zewnątrz i co nie należy do mojego świata, ale teraz zaczyna ten świat zmieniać. Z drugiej strony, to, co przychodzi z zewnątrz, zderza się z moim światem, który jest dla tego czegoś obcy i niedostępny. Nie ma tu szans na zlikwidowanie tej podwójnej asymetrii. Czytanie nale- ży traktować jako podwójny angaż albo jako zawiązywanie komitywy. Coś innego (niż to, co już wiem) naznacza mnie, ja naznaczam to coś innego (na swój sposób), nie ma końca tego naznaczania, o ile chce- my podtrzymywać czytanie jako zdarzenie raczej niż jako wypełnia- nie z góry przyjętej procedury. Komitywa Słowo „komitywa” dobrze pasuje do czytania. Popularny słownik definiuje ją jako „bliskie stosunki łączące dobrych znajomych lub przy- jaciół”. Jednocześnie słychać w nim łacińskie committere, które skła- da się z prefiksu com (z, razem, wespół) oraz czasownika mitto, mitte- re (wywoływać jakiś skutek [efficere aliquid], wysyłać, stąd „misja”). Komitywa tak rozumiana to nie tylko „zażyłość”, ale także wspólne wywoływanie jakiegoś skutku. Committere to także dare aliquid ali- cui curandum: dać komuś coś w opiekę, powierzyć. W komitywie, jaką jest czytanie, tekst zostaje nam powierzony. Tu znów musimy się chwi- lę zatrzymać. Co to bowiem znaczy: „powierzyć”? Oznacza tyle, że coś się komuś daje z wiarą, że ten ktoś to coś zatrzyma, będzie miał nad tym pieczę. Nie ma tu oczywiście pewności: można powierzyć ko- muś swój sekret, ale to powierzenie zakłada, że ten sekret nie powi- nien zostać wyjawiony, że powinien trwać niejako zapieczętowany, ale przecież trwać ma on gdzie indziej niż we mnie, bo w kimś, kimś in- nym, do którego to kogoś innego skłania mnie dobra komitywa. Gdy powierzam komuś mój sekret, oddaję się komuś, wdaję się w niego, ale jednocześnie daję mu się we znaki, bo mój sekret trwa w nim złożony jak w krypcie, jak obce ciało, które nie jest przecież obce, bo zrodzone z komitywy. Tak właśnie teksty, które przychodzą skądinąd, domaga- ją się od nas komitywy, powierzają się nam, budują jakąś zażyłość, bli- skość, która wszelako nie jest łatwą bliskością, lecz uwierającą. 32 Michał Paweł Markowski Komunikacyjny model lektury, w którym nieustannie kodujemy i dekodujemy przekazy, komun
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Od polityki do poetyki
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: