Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00356 006542 11243480 na godz. na dobę w sumie
Odcienie ciemności - ebook/pdf
Odcienie ciemności - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: E-bookowo Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-7859-867-1 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> fantastyka >> science-fiction
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Jasność i chłód – były to pierwsze wrażenia, jakie spróbował nazwać.

Mężczyzna budzi się w sali szpitalnej opuszczonego transportowca kolonizacyjnego, pozbawiony możliwości rozróżniania prawdziwych i nieprawdziwych wspomnień. Jak naprawdę ma na imię? Co się stało z pozostałymi członkami załogi? Czy wydarzenia, które doprowadziły do katastrofy, były dziełem przypadku, czy też głównym czynnikiem stała się w nich jakaś inna, całkiem obca siła?

Z oddalonej o 29 lat świetlnych Ziemi, ku statkowi zagubionemu w głębokiej przestrzeni, wyrusza grupa eksploratorów kosmicznych wraków. Podróż jednego z jej członków przybierze wkrótce niepokojący kierunek

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Łukasz Hypiak Odcienie ciemności Copyright © Łukasz Hypiak ISBN 978-83-7859-867-1 Rok wydania: 2017 Projekt okładki: Łukasz Hypiak Skład: Ilona Dobijańska Wydawnictwo internetowe e-bookowo.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie całości albo fragmentu – z wyjątkiem cytatów w artykułach i recenzjach – możliwe tylko za zgodą wydawcy. I Jasność i chłód – były to pierwsze wrażenia, jakie spróbo- wał nazwać. Intensywne, przesłaniające każdy, choćby najdrob- niejszy element postrzegania. A to tylko początek, tymczasowa równowaga, szarpana coraz żywszym, rwącym nurtem bólu. Otworzył oczy, gwałtownie, szeroko, jednak jasność nie zmie- niła swojego nasycenia, zupełnie jakby jego powieki były czymś całkiem iluzorycznym. Jakieś przygaszone wspomnienia, historie, przenikające się twarze. „To ze mnie?”, z trudem skleił w głowie prostą myśl. Powoli i miarowo, z bieli zaczęły wyłaniać się pojedyncze kontury otoczenia. Chwila po chwili, jasność wysączała z siebie jaskrawe powidoki szarości, jakieś niedokończone cienie, prze- suwające się w widmie ku coraz wyraźniejszym zarysom. Jego umysł, niczym wyrwany z uśpienia komputer, zaczął przypo- rządkowywać im odniesienia. Nagle dostrzegł coś jeszcze – ciemną, niekształtną plamę, która w jakiś sposób przemieszczała się z miejsca w miejsce. Przed oczy wypłynął mu zarys dłoni, a zaraz potem nieokreślone szczegóły zespoliły się z sobą, wydobywając z bieli pochylającą się nad nim postać. To ona wyciągała ku niemu dłoń. Blisko, bardzo blisko. 4 W następnym momencie wyczuł jak coś chłodnego i mięsiste- go dotyka jego twarzy. Ból był nie do opisania. Drżące, odrętwiałe usta wypchnęły z sobie urwany, karykaturalny jęk, a jego gardło w ułamek sekundy przeistoczyło się w płonący ochłap bólu. W końcu jednak i to umilkło. Oddychał powoli, ostrożnie, tak jak robi się to, próbując wyczuć drobną zmianę w zapachu powietrza. Od tej miarowej czynności, popadł wreszcie w połowiczny sen. Obudził się nieokreślony czas później. Zmrużył powieki, próbując skupić spojrzenie na otoczeniu i przestrzeń raz jeszcze zespoliła się w spójną całość. Wokół nie było nikogo. Przynaj- mniej tam, gdzie sięgał jego wzrok. Wdech i wydech. Zamrugał kilka razy i spróbował się po- ruszyć. Rozdygotana, blada dłoń uniosła się na wysokość oczu. „Ręka”, stwierdził w myślach, jak gdyby przypominał sobie zna- czenie tego słowa. Dłoń opadła na wcześniejsze miejsce. „Co się ze mną dzieje?”, pomyślał. Na próbę zaglądnął w pamięć, szukając jakichś śladów minionych wydarzeń, tyle że im dłużej się na tym skupiał, tym szerzej, jakaś niewielka furtka w jego głowie, otwierała się, wpuszczając w pamięć fragmenty dziwnie obcych i przy tym oszałamiająco chaotycznych wspomnień. Nagłe uderzenie tępego bólu w czaszce było na swój sposób wy- bawieniem. Tuż po nim, poczuł krótkotrwałe, ostre ukłucie w boku. Stopniowo i zarazem dziwnie miękko, zaczął go ogarniać spokój. Podniósł się i oparł na łokciach. Pomyślał, że wbrew obawom, czuje się całkiem nieźle, niemal jak po długim, regenerującym śnie. Mocne, zimne światło sączyło się nadal z miejsca, którego 5 nie potrafił zidentyfikować, tyle że tym razem dość szybko udało mu się do niego przyzwyczaić. Ziewnął, wkładając w tę czynność niemal teatralną manierę i odchylił głowę do tyłu, prostując kark. Kręgosłup wystrzelił w przestrzeń kilka łamanych dźwięków. Obrzucił wzrokiem pomieszczenie. Była to biała, sterylnie czysta sala na polu prostokąta. Całkiem spora i niemal zupeł- nie pozbawiona klasycznych mebli. Kilka wypustek w ścianach, pewnie drzwi od schowków, a pod nimi urywana linia półek. Przy jednej z dłuższych ścian stało kilka dziwnie niepasujących do tego miejsca maszyn. Z ich okrągłych korpusów wystrzeli- wały w górę pęki połyskujących chromem, biomechanicznych ramion. Ktoś poupychał tu te urządzenia, tak jak odstawia się na bok dawno nieużywany sprzęt. Pomyślał, że pomieszczenie ma w sobie coś z charakteru naprędce zorganizowanych poko- jów szpitalnych. Właściwie tłumaczyłoby to kilka rzeczy. Na moment pogrążył się w cichej licytacji na coraz poważ- niejsze przypadłości, z których powodu mógł się tu znaleźć. Wreszcie wyrwał się z zamyślenia i ostrożnie zsunął z łóżka, czując jak lekki chłód gładkiej, metalowej podłogi wchłania nie- co ciepła z jego przegrzanych, bosych stóp. W powietrzu unosił się dziwny, nieprzyjemny zapach. Dopie- ro teraz go wyczuł, tak jakby uczucie chłodu w nogach urucho- miło kolejny zmysł, a on sam powracał do normalności niczym wybudzana z uśpienia maszyna, miejsce po miejscu, odzyskująca kolejne wrażliwe układy. Ten zapach, dość instynktownie, skoja- rzył mu się z wonią medykamentów. Uznał, że nie ma bladego pojęcia, jak w rzeczywistości pachną lekarstwa, co połączyło się 6 w nim z wewnętrznym przeświadczeniem, że współcześnie, poza szpitalami, nie używa się już leków w tak archaicznej formie. „Czym właściwie jest dla mnie współczesność?”, zastano- wił się. „I skąd dokładnie pochodzi to odniesienie?”. Wszyst- ko to zdawało się tak niespójne, jak gdyby jego mózg wyrywał skrawki wiedzy z niezgodnych z sobą przeszłości, z gier czy może filmów, nie kłopocząc się jednak rozróżnieniem, która z nich powinna być tą prawdziwą. Nadchodzącą falę bólu wyczuł, zanim zdążyła rozlać się pod jego czaszką. Przysiadł na łóżku i schował głowę w dłonie, ale niewiele mu to pomogło. Myśli przenikały na wierzch jak piach przez powietrze. „To nie może być amnezja”, przekonywał sie- bie. „Pamiętam swoje… imię? Które z nich?”. Zaraz też naszła go pewność, że w zasadzie nie może o sobie powiedzieć nicze- go konkretnego, nawet jeśli jest ze sobą całkowicie oswojony, tak jak żółw oswojony jest ze swoją skorupą, choć nie znaczy to wcale, że swoją świadomością w jakimś stopniu obejmuje fakt posiadania czegoś tak niezwykłego. Być może wtedy po raz pierwszy wziął na poważnie myśl, że żadne z tych wspomnień, tych, które wypełniały jego pamięć, może nie być prawdziwe. Aż zakręciło mu się od tego w głowie. Postanowił, że bez względu na wszystko, nie powinien teraz zbyt dużo myśleć o przeszłości. Przynajmniej do czasu, aż ktoś wyjaśni mu, co się właściwie z nim dzieje. Ból nie wracał już przez wystarczająco długi czas. Mężczy- zna opuścił nogi na podłogę i stanął, podpierając się o krawędź łóżka. Dopiero wtedy spostrzegł, że jedną ze ścian, niemal 7 w całości pokrywała odbijająca światło, metaliczna powłoka. Kolorem i fakturą przypominała nieco wygładzoną stal, choć mogło to być złudzenie wywołane silnym oświetleniem. Wlepił wzrok w spoglądającą na niego postać. Zdawała się nieco zdziwiona. „To ja”, stwierdził. Ogolona twarz, krót- ko przystrzyżone włosy. Pogładził dłonią policzek – skóra była idealnie gładka. Miał na sobie jednoczęściową, białą tkaninę z przyjemnego w dotyku materiału – zapewne jakiegoś rodzaju sztucznej bawełny, skrojoną na wzór prostego szlafroka. Choć od lustrzanej ściany dzieliło go zaledwie kilka kroków, przejście nawet takiej odległości wywołało przejmujący, ostry ból rozlewający się wzdłuż mięśni nóg. Dowód, że nie uży- wał ich od wielu dni. Przyglądnął się dokładnie swojej twarzy, nie szukając jednak niczego sprecyzowanego. Włosy, nos, uszy i oczy. Żadnego dysonansu. Coś w odbiciu przykuło jednak jego wzrok – drobny ruch tła, tuż ponad lewym ramieniem. Przeniósł w to miejsce spojrzenie i dostrzegł coś w rodzaju pozbawionej ostrości sylwetki. Poczuł na plecach przetaczający się nieśpiesznie dreszcz. Właściwie nieuzasadniony, jak szybko sobie wytłumaczył. Po przeciwnej stronie pokoju, tuż obok opartej o ścianę maszy- nerii, stała kobieta. Lekki, przylegający do ciała kombinezon, dość niski wzrost, stosunkowo młoda twarz. To, że nie zauważył jej wcześniej, wydało mu się niepokojące. Jak długo stała tam i obserwowała jego nieporadne zachowanie? Kobieta odwzajemniała przez kilka chwil jego spojrze- nie, choć robiła to w pewien nieokreślony sposób, jak ktoś nie 8 do końca przekonany do czegoś, co postanowił zrobić. Kiedy opuściła wzrok, jej ciało, ledwie dostrzegalnie zadrżało. Scho- wała obie dłonie w kieszeniach kombinezonu, po chwili jednak wyjęła je i jakby nie wiedząc co z nimi zrobić, splotła za plecami. Przez cały ten czas nie odezwała się ani słowem. Mężczyzna odchrząknął i zaraz potem zakaszlał, w nieudolnej próbie przerwania tej dziwnej ciszy. Niespecjalnie wiedział, cze- go powinien oczekiwać od tego człowieka. Pewnie jakichś wyja- śnień? Na przykład, co mu się stało, że znalazł się w szpitalu? Czy wszystko już z nim w porządku? Kobieta jednak uparcie milczała. W końcu poczuł, że powoli traci cierpliwość. Zebrał się w sobie i gdy miał już otworzyć usta, kobieta jak gdyby nagle coś sobie przypomniała, podniosła głowę i wywołała z pobli- skiego blatu płaskie, dwuwymiarowe holo. Muskając je od czasu do czasu wskazującym palcem prawej ręki, wyświetlała jakieś nic mu niemówiące dane. Znowu odniósł wrażenie, że to tylko pre- tekst, sposób by zająć czymś dłonie. Nagle uderzyła go myśl, że coś w jej wyglądzie jest na swój sposób znajome. Któreś z ukrytych w jego głowie wspomnień, uporczywie podpowiadało mu, że był już niegdyś częścią podob- nej sytuacji. Czy znał tę kobietę? A może tylko kiedyś ją widział? Czy było to coś w jej sposobie zachowania, poruszania się, jakimś elemencie ubrania? Jasne włosy, związane z tyłu głowy. Tylko po- zorna niedbałość w ubiorze. Twarz? Jęknął, czując nagle jak coś ciężkiego ściąga jego głowę ku ziemi. Zamknął oczy i wziął głęboki wdech, po czym powoli wypuścił powietrze przez nozdrza. 9 Potem jeszcze raz i jeszcze raz. Najwyraźniej w jakiś sposób to pomogło, bo ból wkrótce nieco zelżał. Mężczyzna otworzył oczy, ale kobieta nadal stała w tym sa- mym miejscu, przyglądając się holo. Coś przyszło mu do głowy. Rozejrzał się dookoła, szukając pod sufitem oczu monitoringu, ale niczego konkretnego nie znalazł. Chwilę później, w powie- trzu zabrzmiał wysoki, kobiecy głos. – Spokojnie, nikogo tu nie ma, nikt cię nie obserwuje. Na pozór nic w jej postawie się nie zmieniło, ale po chwili od- stąpiła na krok od holo i założyła ręce na piersi, od czasu do cza- su jedną z nich poprawiając za uchem niesforny kosmyk włosów. Wzrok wbiła w czubek hologramu, chyba zupełnie zapominając przy tym o mruganiu. – Nikt oprócz mnie, oczywiście. Jeśli dasz mi jeszcze chwilę do namysłu – zrobiła krótką pauzę. – Może spróbuję ci jakoś pomóc. Mężczyzna skinął tylko głową, zadowolony, że coś w końcu przerwało zalegającą w pokoju ciszę. Spływające z sufitu światło, wciskało się w każde, nawet naj- drobniejsze zakamarki przestrzeni. Zagłębienia w fałdach jej ubrania, skóra o nieco niezdrowym, bladym odcieniu, czy też drobne wgłębienie w policzku, wszystko to jaśniało, jak gdyby krążące wokół atomy rozpadały się, ciskając w przestrzeń cha- otyczne promienie świetlne. W pewnej chwili kobieta pokręciła głową, próbując się chy- ba pozbyć jakiejś natrętnej myśli. Otwarła usta, ale zawahała się, i w rezultacie wydała z siebie jedynie przeciągłe westchnienie. Zwróciła oczy w jego stronę i z lekką rezerwą w głosie powiedziała: 10 – Powinnam cię chyba, nie wiem, oswoić z naszą… twoją sy- tuacją, z tym miejscem. Nawet jeśli nie ma to większego sensu. – To ostatnie dodała niby do siebie. Uśmiechnęła się nieznacznie, ale było w tym grymasie więcej zmęczenia niż sympatii. – Pewnie nie rozumiesz, co się z tobą stało. Mam rację? – powiedziała i nie czekając na reakcję mężczyzny, kontynuowała: – Pamiętasz w ogóle cokolwiek? Nie – odpowiedziała samej sobie. – Na pewno nie pamiętasz. Zresztą, może w ogóle nie po- winnam z tobą rozmawiać. Ze mną nikt nie rozmawiał, a prze- cież chyba tylko mi nie popieprzyło się tu jeszcze w głowie. Powiedziała to i zamilkła, jak gdyby jej słowa wyjaśniały wszystko, co było do wyjaśnienia. Mężczyźnie przeszło przez myśl, że jego rozmówczyni nie należy raczej do personelu medycznego. Możliwe, że znalazła się tu przypadkiem, albo ktoś ją do tego zmusił. Musiał przyznać, że jedno i drugie nie ma większego sensu. – Co… – zaczął i rozkaszlał się, czując w przełyku coś za- schniętego i niesmacznego – Przepraszam, ale zupełnie nie ro- zumiem, o czym do mnie mówisz. Jesteś tu lekarzem? Mignęła mu myśl, jak niesamowicie wiele sytuacji w życiu mogłoby się inaczej potoczyć, gdyby człowiek potrafił w bar- dziej dyplomatyczny sposób wyrażać swoje myśli. Kobieta, oczywiście, zignorowała jego pytanie. – A może wiesz chociaż skąd jesteś? – spytała, nie spuszcza- jąc z niego wzroku. – Skąd jestem? Przeci... – Z którego poziomu – wyjaśniła niecierpliwie. Wydawało 11 się, że w jednej krótkiej chwili zupełnie straciła zainteresowanie dalszą rozmową i kontynuowała ją już tylko z obowiązku. – Py- tam, na którym poziomie mieszkasz. Mężczyzna rozumiał z tego tak niewiele, że postanowił mil- czeć, nim z nerwów powie, bądź zrobi coś głupiego. – Nic nie mówisz – stwierdziła. Atmosfera między nimi jakby się zagęściła. A może była taka wcześniej, tylko on do tej pory tego nie wyczuwał? Nagle wy- dało mu się to wszystko tak abstrakcyjne, że zachciało mu się śmiać. Z siebie, z niej, z całej tej sytuacji. By ukryć załamującą się linię ust, odwrócił się, udając, że nad czymś się zastanawia. Czy mogła to wziąć to za jakąś formę drwiny – tego nie potrafił stwierdzić. W każdym razie w ruszyła stronę drzwi, z wyraźnym zamiarem pozostawienia go tu samemu sobie. – Czekaj! – krzyknął niemal. Kobieta przystanęła w miejscu, odwrócona do niego plecami. Raczej nie zamierzała mu niczego ułatwiać. – Posłuchaj, przecież ja nawet nie wiem, kim ty jesteś. Nie mam też pieprzonego pojęcia co to za miejsce i czemu właściwie się w nim obudziłem, rozumiesz? Nie-mam-po-ję-cia – akcen- tował każdą sylabę. – Jeśli chcesz mnie tu zostawić, to proszę bardzo; ale powiedz mi chociaż, kiedy odpowiedzi mnie ktoś, kto wreszcie ze mną normalnie porozmawia. Przez jej twarz przemknął nieokreślony grymas. Czy było to zrozumienie, jakaś forma stłamszonej empatii? – Nie rozumiesz, co się z tobą stało, tak? – powiedziała spo- kojnym głosem. 12 Otworzył usta, by potwierdzić, ale natychmiast uciszyła go ge- stem dłoni. – Powiedz, jak daleko potrafisz sięgnąć pamięcią? Pamiętasz ja- kieś… – przechyliła nieznacznie głowę. – Nieprzyjemne zdarzenie? – W jakim sensie nieprzyjemne? – spytał. Udało mu się wcześniej musnąć myślą kilku niezidentyfikowanych obrazów, nieprzypisanych do żadnego konkretnego miejsca w czasie. Choć tamte wrażenia umknęły szybko przed powracającym bólem, na- dal wyczuwał płynące z nich, bardzo ostre i przy tym negatywne emocje. Było to coś pokrewnego gwałtownie blaknącemu wspo- mnieniu minionego koszmaru sennego. Wytłumaczył jej to, naj- lepiej jak potrafił, starannie dobierając słowa. – Najbardziej realnym z tego, wydaje mi się jednak kosmos – dodał, kończąc. – Musiałem gdzieś lecieć. Zamilkł na chwilę, kiwając nieznacznie głową, tak jakby przytakiwał jakiemuś niewidzialnemu doradcy. – Czy ja byłem poza Ziemią? Czy – wykrzywił usta w niepewnym uśmiechu. – Jesteśmy teraz poza Ziemią? Wiesz, w przestrzeni. Kobieta zmarszczyła brwi, po czym poruszyła się i tak jakby ten ruch wymógł na niej dalsze działanie, powolnym krokiem zaczęła przemierzać salę w tę i z powrotem, nie zbliżając się jednak zanadto do mężczyzny. Wyraz głębokiego zamyślenia ustąpił z jej twarzy, dopiero gdy zahaczyła łokciem o jedno ze stojących na przyściennych bla- tach, metalicznych naczyń. Głośny brzęk wypełnił pomieszcze- nie niczym uderzenie w gong z jakiegoś pradawnego, religijnego 13 obrzędu. Oboje śledzili wzrokiem toczące się po podłodze, pu- ste naczynie, nim znieruchomiało w cichnącym pogłosie. Gdy podniósł wzrok, ona wciąż spoglądała na podłogę. Usłyszał jej cichy głos. – Czyli niczego istotnego nie pamiętasz. Ludzie tu w ogóle zdają się niewiele pamiętać. Podniosła na niego podejrzliwe spojrzenie. – A może tylko udajesz, dopasowujesz się? Nie, to głupie – odpowiedziała samej sobie. – Może to jakiś nasz wewnętrz- ny system obronny? Zapominamy, bo to lepsze niż świadomość wszystkich tych spraw. Przez całą tę rozmowę, mężczyźnie wydawało się, że miej- scami ich komunikacja odbywa się na różnych poziomach. Jak- by to, co mu się przydarzyło, czymkolwiek to było, upośledziło również jakiś obszar w jego mózgu, odpowiedzialny za prawi- dłowe definiowanie słów. Jej stopy odmierzyły kilka krótkich kroków. – Po co ja tutaj w ogóle przyszłam? – powiedziała, wdychając głęboko powietrze. – Pomyślałam chyba, że niektórzy z nas mo- gliby zostać lepiej potraktowani, lepiej przyjęci. Mężczyźnie te słowa oczywiście niewiele wyjaśniały. W ogó- le słuchanie jej zaczęło mu się w którymś momencie wydawać coraz bardziej męczące. Cokolwiek próbowała mu przekazać, jeśli w ogóle coś próbowała, wymijało go to niby specjalistyczny żargon na wykładzie z dziedziny, której zupełnie nie rozumiał. Ogarnęło go przeświadczenie, że chyba nie dowie się od tej ko- biety niczego konkretnego. Kiedy więc spytała go o jakąś kolejną, 14 nieistotną z jego punktu widzenia rzecz, postanowił milczeć. – I znowu nic – powiedziała, dostrzegając jego brak uwagi. – To w sumie jakieś wyjście. Raz jeszcze westchnęła i ruszyła w stronę drzwi. Gdy te roz- sunęły się z ledwie słyszanym sykiem, zatrzymała się i lekko odchyliła głowę na bok. Profil jej twarzy przywodził mu na myśl starannie ucharakteryzowaną, pośmiertną maskę. – Nie wiesz, z którego jesteś sektora – stwierdziła, zastana- wiając się nad czymś. – Najlepiej będzie, jeśli przez pewien czasu zostaniesz tutaj. Oczywiście, dopóki nie wróci ktoś inny. Moż- liwe, że wpadnę tu niedługo. Możliwe. – Zerknęła na podłogę. – Zresztą nie ma nas zbyt wielu, więc miejsca raczej nie braknie. Zawahała się na krótką chwilę. – W schowku masz komunikator. Ubranie i kilka innych rzeczy. A co do całej reszty – powiedziała nieco zmienionym głosem. – Nie oczekuj tu od nikogo prostych odpowiedzi. Skończyła mówić i wyszła, pozostawiając w pokoju atmos- ferę niedopowiedzenia. Miękki syk zamykających się drzwi rozpłynął się w powietrzu. Chwilę później światło zelżało, przybierając bardziej naturalny odcień żółci. Jeszcze przez długi czas stał w miejscu, zastanawiając się nad tym, co powinien teraz zrobić. Zostać tu, w tym steryl- nym blaszanym pokoju i dalej czekać? Jak długo? Czy na- prawdę znajdował się na statku kosmicznym? I czy rzeczy- wiście stało się, bądź nawet wciąż dzieje się tu coś złego? Coś, co doprowadziło do śmierci części załogi? Jakaś epidemia? Kolizja? „To mało prawdopodobne”, pomyślał. „Ciężko byłoby 15 to przeżyć nawet pojedynczym… kolonistom?”, coś zaświtało mu w głowie. „Czy ja…”, zdołał pomyśleć, nim poczuł w głowie ostre ukłucie bólu. Jęknął, zaciskając zęby, aż w powietrzu rozległ się cichy zgrzyt. 16
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Odcienie ciemności
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: