Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00329 005628 13431421 na godz. na dobę w sumie
Odnaleziony - ebook/pdf
Odnaleziony - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 316
Wydawca: Harlequin Polska Język publikacji: polski
ISBN: 9788323876076 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Europa czuje się zagrożona. Imperium osmańskie rozrasta się i umacnia. Na wodach Morza Śródziemnego grasują piraci, którzy zapuszczają się nawet na Atlantyk. Rabują przewożone drogą morską towary, porywają ludzi. Za co znaczniejszych żądają okupu, innych sprzedają w niewolę, a wtedy słuch po nich ginie. Lorenzo Santorini, właściciel bojowych galer i handlowych frachtowców wypowiada wojnę piratom. Zgadza się na spotkanie z lordem Mountfitchetem, który od lat szuka uprowadzonego z wybrzeży Anglii syna Richarda. Zrozpaczony ojciec przybywa wraz z Kathryn. W twarzy Lorenza odnajduje ona coś znajomego…

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

® 3 8 0 9 3 3 S K E D N I T A V 0 M Y T W Ł Z 9 9 0 1 A N E C 7 0 / 5 0 0 1 R N , ISSN 1641-5787 9 771641 578029 Anne Herries Odnaleziony 05-RH-a-320.indd 1 05-RH-a-320.indd 1 3/21/07 5:36:22 PM 3/21/07 5:36:22 PM dla ka(cid:380)dej kobiety, ka(cid:380)dego dnia(cid:8230) Wi(cid:281)cej informacji znajdziesz na www.harlequin.com.pl Anne Herries Odnaleziony Tłumaczył Witold Nowakowski Drogie Czytelniczki! Przypominam, że począwszy od kwietnia, w odpowiedzi na Wasze zainteresowanie powieściami, ukazującymi się w serii Romans Historyczny, wydajemy miesięcznie trzy powieści. Akcja dwóch z nich zazwyczaj jest osadzona w historycznych realiach angielskiej regencji, trzecia powieść odwołuje się najczęściej do okresu średniowiecza lub odrodzenia. Książka Anne Herries Odnaleziony przywołuje czasy, kiedy to w Europie niepokój budzi rosnące w siłę imperium osmańskie. Lorenzo Santorini włącza się w antytureckie działania. Walczy też z plagą piratów, między innymi pomagając odnaleźć porwanych przez nich ludzi. Czy uda mu się odszukać Richarda Mountitcheta? Powtórne oświadczyny Anne Ashley oraz Tajemnicza aktorka Franceski Shaw to książki, które proponują podróż w czasy regencji. Bohaterka pierwszej powieści, Abbie Graham, doczeka się, po licznych perypetiach, kolejnych oświadczyn Barta Cavanagha, które tym razem przyjmie. Natomiast Camilla Knight, ku swemu przerażeniu, zmuszona okolicznościami, wyjawi sekret upartemu i zawziętemu Nicholasowi Lovellowi. Harlequin. Każda chwila może być niezwykła. Czekamy na listy Nasz adres: Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00–975 Warszawa 12, skrytka pocztowa 21 Anne Herries Odnaleziony Toronto • Nowy Jork • Londyn Amsterdam • Ateny • Budapeszt • Hamburg Madryt • Mediolan • Paryż Sydney • Sztokholm • Tokio • Warszawa Tytuł oryginału: Ransom Bride Pierwsze wydanie: Harlequin Mills Boon Limited, 2005 Redaktor serii: Barbara Syczewska-Olszewska Opracowanie redakcyjne: Barbara Syczewska-Olszewska Korekta: Zoia Firek © 2005 by Anne Herries © for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2007 Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie. Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej książce są ikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych czy umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Znak irmowy Wydawnictwa Harlequin i znak serii Harlequin Romans Historyczny są zastrzeżone. Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00–975 Warszawa, ul. Rakowiecka 4 Skład i łamanie: Studio Q, Warszawa Printed in Spain by Litograia Roses, Barcelona ISBN 978–83–238–2889–1 Indeks 339083 ROMANS HISTORYCZNY – 189 Rozdział pierwszy Kathryn stała na szczycie skały, patrząc na wzburzo- ne fale, które z hukiem waliły o głazy. Wiatr rozwiewał jej włosy i szarpał ciężką peleryną. Spojrzała w dal, na odległą linię widnokręgu, i odruchowo powróciła myślami do cza- sów dzieciństwa – do dnia, w którym przyjaciel i towa- rzysz zabaw ocalił jej życie. Oddalili się z domu bez zgody obu ojców. Powodowała nimi natrętna ciekawość – bardzo chcieli zobaczyć tajemniczy statek, który niespodziewanie pojawił się w zatoce. To zakończyło się katastrofą. Kathryn wierzchem dłoni otarła łzy z policzków. Nie chciała dłużej płakać. Dickon odszedł na zawsze; od niej, od rodziny, porwany przez piratów, którzy zawinęli tutaj w poszukiwaniu żywności i słodkiej wody. Chyba niektórzy rybacy od dawna prowadzili pokątny handel z rabusiami, grabiącymi wody Morza Śródziemnego. Najzuchwalsi z pi- ratów docierali nawet do brzegów Anglii i Kornwalii. Kath- ryn szczerze żałowała swojego nieposłuszeństwa. Przecież to ona uparła się na tę niebezpieczną eskapadę. Þ  þ Zeszli na brzeg i, niczego nie podejrzewając, nag- le znaleźli się w samym środku bandy. Był wśród nich pewien rybak, znany hultaj, który później na zawsze uciekł ze wsi. Na pewno zdawał sobie sprawę, że Kath- ryn nie będzie milczeć. Udało się jej umknąć, lecz uko- chany Dickon miał mniej szczęścia. Popchnął ją w plecy i kazał jak najszybciej biec w stronę skalnego klifu. Sam rzucił się na bandytów, którzy usiłowali ją zatrzymać. Walczył z nimi naprawdę dzielnie, ale ich było dużo więcej… Kathryn zatrzymała się na skraju skały i spo- jrzała za siebie. Zobaczyła odbijającą od brzegu szalupę. Dickon leżał na ławce, chyba nieprzytomny. Co sił w nogach pobiegła do ojca. Opowiedziała mu o zdradzie i porwaniu. Oddział zbrojnych natychmiast wy- ruszył na plażę, ale ani na brzegu, ani na morzu nikogo nie było. Ani śladu okrętu. Dickon miał zaledwie dwanaście lat, kiedy go porwano. Kathryn dobrze wiedziała, że zosta- nie sprzedany jako niewolnik gdzieś na Wschodzie. Pewnie będzie pracował w kuchni jakiegoś wschodniego satrapy. A może nie… Jeśli wyrośnie na silnego mężczyznę, zapędzą go na galery, do wioseł. Znowu otarła łzy. Dickon był jej najlepszym przyja- cielem i powiernikiem. Znalazła w nim pokrewną duszę. Chociaż ich rodziny mieszkały daleko od siebie, zawsze udawało im się spotkać. Kathryn przypuszczała, że ojco- wie zechcą ich w końcu wyswatać. Oczywiście do tego nie doszło. Niedługo będzie obchodzić dwudzieste piąte uro- dziny i ojciec zaczął rozmyślać o jej małżeństwie. Zabrakło Þ  þ jednak Richarda Mountitcheta – Dickona. Serce Kathryn wciąż do niego należało. – Dickon… – szepnęła. Jej słowo uleciało poniesione wiatrem i utonęło w krzy- ku mew, szybujących nad skalistym brzegiem. – Wybacz mi. Nie wiedziałam, że tak to się skończy. Nie wiedziałam, że nawet w dzisiejszych czasach świat nadal pełen jest groźnych, niebezpiecznych ludzi. Tęsknię za to- bą. Zawsze będę cię kochać. Minęło piętnaście lat od tamtej przygody. W każdą rocznicę Kathryn stawała na wysokim brzegu z nadzie- ją, że ujrzy ukochanego. Modliła się za jego szczęśli- wy powrót do niej i do rodziny. Wiedziała jednak, że to niemożliwe. Jak miał wrócić? Ich ojcowie wysła- li swoich ludzi nawet na targ niewolników do Algieru. Skontaktowali się z przyjaciółmi na Cyprze, w Wenecji i Konstantynopolu, czyli w mieście, które tureccy wład- cy nazwali Stambułem. Wśród chrześcijan nadal nosiło dawną nazwę. Turcy i chrześcijanie toczyli ciągłe wal- ki. Różnice wiary i poglądów utrudniały poszukiwania chłopca na terenie imperium osmańskiego. Sułtan Selim II wciąż myślał o podbojach i zarzekał się, że pewne- go dnia stanie nawet u bram Rzymu. Znalazł się jed- nak pewien człowiek, który chciał pomóc zrozpaczonym rodzinom. Nazywał się Sulejman Bakhar. Sulejman był żonaty z Angielką. Mądry i wykształcony, wciąż podróżował, chcąc zobaczyć kraje leżące z daleka od granic imperium. Miał nadzieję, że w pewien sposób przy- Þ  þ czyni się do zrozumienia racji innych narodów. Niczego nie pragnął w życiu tak jak pokoju. Kathryn słyszała, że Sulejman ponownie przybył do Ang- lii. Obiecał, że popyta w swoim kraju, co się stało z mło- dym Mountitchetem. Jak dotąd nie miał żadnych dobrych wieści. Sir John Rowlands i lord Mountitchet pojechali do Londynu, żeby się z nim spotkać i pomówić. Oczywiście były też inne sprawy, o których Kathryn nie miała pojęcia. Zamierzali wrócić właśnie dzisiaj. Skierowała się w stro- nę pięknego starego dworu. Kiedyś przypominał niewielką fortecę, przygotowaną do odparcia napadu od strony mo- rza. Teraz, w o wiele spokojniejszych czasach panowania królowej Elżbiety, dawna forteca stała się domem. Ojciec postarał się, żeby jego bliskim nie zabrakło niezbędnych wygód. Kathryn weszła na dziedziniec. Niemal od razu spostrzeg- ła podróżną karetę, stojącą przed bramą. Zaczęła biec. Ser- ce waliło jej jak oszalałe. Może tym razem dowiem się cze- goś o Dickonie, pomyślała. Lorenzo Santorini stał na schodach swojego pałacu. Przed nim rozpościerały się wody Canale Grande, a do- okoła wyrastały mury i mosty cudownej Wenecji. Przed stu laty miasto prowadziło otwarty handel ze światem mu- zułmańskim i w krótkim czasie stało się największą mor- ską potęgą chrześcijańskiej Europy. To właśnie stąd słynny Marco Polo wyruszył na swoją wiekopomną wyprawę, któ- ra zawiodła go aż na dwór Kubiłaj Chana. Niestety, tureckie Þ  þ najazdy i ciągłe wojny spowodowały, że znaczenie Republi- ki Weneckiej z wolna zaczęło upadać. Mimo to weneckie galery nadal były uważane za jed- ne z najlepszych jednostek pływających na świecie. Flota republiki sama w sobie stanowiła potężną siłę. Zamożni kupcy mieli ogromne wpływy; Lorenzo Santorini nale- żał do najbogatszych. Jego okręty niczym strzały mknę- ły po powierzchni morza, a załogi – wśród których nie było niewolników – potraiły równie dobrze walczyć, jak żeglować. Lorenzo ze zmarszczonymi brwiami przypatrywał się galerze, która zmierzała do pomostu, wychodzącego w wo- dę spod murów pałacu. Należała do konwoju, ochraniają- cego znacznie cięższe statki handlowe. Wiadomo było, że jeden z frachtowców wkrótce wraca z tradycyjnej wyprawy na Cypr po świeży zapas wina. Galera nosiła wyraźne ślady ciężkiej potyczki, to znaczy, że została zaatakowana przez Turków lub piratów berberyjskich. – Witaj w porcie, Michaelu – odezwał się Lorenzo na wi- dok schodzącego po trapie kapitana. Wyciągnął rękę i po- mógł mu przeskoczyć na schody pałacu. – Chyba miałeś kłopoty? To znowu Raszid? – Jak zwykle Raszid – odparł z uśmiechem Michael dei Ignacio. – Ten łotr nienawidzi nas z całego serca. Na szczęś- cie odpłynąłem z Cypru z trzema innymi okrętami i two- im statkiem, przewożącym wino. Straciliśmy jedną galerę, ale transport dotarł bezpiecznie do miejsca przeznaczenia. Płynie jakąś godzinę za nami pod eskortą dwóch pozosta- Þ 10 þ łych galer. Kazałem swoim ludziom wiosłować trochę szyb- ciej, bo mam na pokładzie kilku rannych. – Medyk się nimi zajmie – z marsową miną odpowie- dział Lorenzo. – Wszystkim trzeba wypłacić stosowne od- szkodowanie. – Jego żeglarze pobierali sowite wynagro- dzenie za swoją pracę. Żaden z nich nie siedział przykuty łańcuchem do wiosła, jak to się nagminnie zdarzało na in- nych jednostkach. Berberyjscy piraci byli plagą całego Mo- rza Śródziemnego, od Adriatyku po Atlantyk. Nie podlega- li praktycznie nikomu, lecz stanowili własne prawa, chociaż zdarzało się, że niektórzy z nich płacili daninę władcy im- perium osmańskiego. – Dopilnuję tego – obiecał Michael. Lorenzo był sprawiedliwym panem, choć dla wielu swo- ich ludzi stanowił zagadkę. Praktycznie nikt o nim nic nie wiedział. Nawet Michael słyszał jedynie, że jego pryncypał i przyjaciel przed laty został adoptowany przez człowieka, którego nazwisko dzisiaj nosił. I to wszystko. – Wiem. Mogę być spokojny – odparł Lorenzo. Miał oczy koloru iołków, ciemne i nieprzeniknione jak jego myśli. Włosy, złote niczym pszenica, pobielały na koń- cach od palącego słońca. Zawsze nosił je dłuższe, niż wy- magały tego kanony najnowszej mody. – Jutro jadę do Rzymu. Wezwano mnie na naradę, doty- czącą właśnie walki z piratami – powiedział z lekkim gry- masem. Do piratów zaliczał także Turków, którzy ostat- nio sprawiali niezliczone kłopoty wszystkim weneckim kupcom. Domagali się nawet wyjęcia Cypru spod władzy Þ 11 þ dożów. Wenecjanie byli oburzeni. – Wiele się mówi o ot- wartej wojnie przeciwko Selimowi. Nie możemy pozwolić, żeby jego wojska zajęły całą Europę. Cesarz liczy przede wszystkim na pomoc Hiszpanii i innych państw sprzymie- rzonych. Michael pokiwał głową. Należąca do jego przyjaciela lota liczyła dwadzieścia bojowych galer i cztery frachtow- ce. Nie ulegało nawet najmniejszej wątpliwości, że koalicja wymierzona przeciw Turkom chętnie skorzysta z pomocy. Uważano wręcz, że klęska imperium osmańskiego zniszczy także potęgę piratów berberyjskich. – Ranni muszą odpocząć. – Michael pokiwał głową. – Schwytaliśmy także jednego z wioślarzy Raszida. Wciąż przy- kuty do wiosła, dryfował bezwładnie wśród szczątków zato- pionego przez nas okrętu. Zobaczymy, co powie nam o swoim panu… – Zabraniam go torturować – pospiesznie wtrącił Loren- zo. – Nieważne, czy jest Turkiem, czy potencjalnym wro- giem. Traktujcie go po ludzku. Jeśli zechce nam pomóc, możesz mu zaproponować miejsce w mojej locie. A jeżeli odmówi, niech wraca do rodziny; rzecz jasna, za okupem. Lorenzo odruchowo potarł szeroką skórzaną opaskę, którą miał na nadgarstku. Jego oczy stały się mroczne i nie- odgadnione jak wody Morza Śródziemnego. – Wątpię, żeby był Turkiem – powiedział Michael. – Nic nie mówi, chociaż na pewno rozumiał rozkazy swoich pa- nów. Chyba także zna kilka słów po francusku i trochę po angielsku. Þ 12 þ Lorenzo przez dłuższą chwilę przypatrywał mu się w milczeniu. – Nie zróbcie mu krzywdy – polecił. – Sam się z nim roz- mówię po powrocie z Rzymu. A ty, przyjacielu, odpocznij i naciesz się rodziną. Zasłużyłeś na parę dni urlopu. Zoba- czymy się, gdy przyjadę. – Jak rozkażesz – odparł z uśmiechem Michael. Lorenzo wsiadł do czekającej na niego gondoli i odpłynął w stronę swojej prywatnej galery, zakotwi- czonej w głębi laguny. Michael przez chwilę spoglądał za nim. Dlaczego Lorenzo chciał sam przesłuchać jeń- ca? Nowa zagadka… Michael nie zamierzał złamać roz- kazów. Sam pochodził z dobrego rodu, ale szanował Lorenza. To dobry i uczciwy człowiek, chociaż od swo- ich ludzi wymagał posłuchu. Zamyślony Lorenzo wszedł na pokład galery. To był la- gowy okręt jego loty, najszybszy i najnowszy, o trzech wiel- kich żaglach, z których korzystano przy sprzyjających wia- trach. Dzięki temu wioślarze mogli nieco odpocząć. Galery okazały się szybsze i zwrotniejsze od ciężkich galeonów, szczególnie ulubionych przez Hiszpanów. Nawet mniejsze stateczki angielskich kupców, którzy coraz śmielej wpły- wali na wody Morza Śródziemnego, nie mogły się równać z galerą Santorinich. Tureccy żeglarze raczej go omijali. Już z daleka wiedzieli, z kim mają do czynienia. Bardzo niebezpiecznym przeciwnikiem był Raszid Groźny, okrutnik, który w zupełności zasłużył na to mia- no. Nieszczęśliwi wioślarze, zakuci w kajdany na jego okrę- Þ 13 þ tach, z rzadka wytrzymywali dłużej niż trzy lata ustawicz- nej katorgi. Lorenzo przymknął oczy. Wciąż pamiętał człowieka, który cudem wydostał się z niewoli Raszida. Poprzysiągł sobie wtedy, że nie spocznie, dopóki nie zobaczy pirata na stryczku lub przebitego szpadą. Powtórzył to przyrzecze- nie, klęcząc przy łożu śmierci przybranego ojca. Wiedział, że go dotrzyma. Żałował tylko, że jedna galera przepadła w ostatniej wal- ce z piratami. Zginęło kilku żeglarzy, chociaż Michael na pewno wyciągnął z wody wielu rozbitków. Wprawdzie Ra- szid też stracił okręty i ludzi, ale dla niego życie ludzkie by- ło bardzo tanie. W każdej chwili mógł kupić nowych wio- ślarzy na targu niewolników w Algierze lub najechać jedną z wysp Morza Egejskiego i porwać stamtąd mężczyzn, ko- biety i dzieci. Mężczyźni pójdą na galery, reszta zaś – jako niewolnicy – do domów bogaczy. Cały chrześcijański świat potępiał ten proceder. Ciekawe, co usłyszę w Rzymie, pomyślał Lorenzo. Od dawna czekał na okazję, żeby przyłączyć się do walki. Ra- szid płacił daninę tureckiemu władcy, w zamian sułtan przymykał oko na jego wyczyny. Mógł rabować i palić do woli. A gdyby tak ukręcić łeb tureckiej hydrze… Dużo ła- twiej byłoby pokonać okrutnych piratów. Zresztą nieważne, co się tak naprawdę stanie, uznał Lo- renzo. Jeśli zajdzie potrzeba, sam wedrę się do twierdzy wroga i zabiję człowieka, którego nienawidzę. Þ 14 þ – Jak dobrze cię znowu widzieć, panie! – Kathryn cmok- nęła gościa w policzek. Lord Mountitchet był dla niej niczym ojciec i z utęsk- nieniem czekała na jego wizytę. Od czasu porwania syna trochę rzadziej odwiedzał dwór przyjaciół. – Spotkałeś się z tym człowiekiem? Z Sulejmanem Bakharem? – Tak, rozmawiałem z nim nawet bardzo długo – z głę- bokim westchnieniem odparł lord Mountitchet. – Nie- stety, wciąż nie ma żadnych wiadomości. Sulejman zasię- gał języka w wielu miejscach, a jak zapewne wiesz, jego wpływy sięgają daleko w głąb muzułmańskiego świata. Mi- mo wszystko nie traci nadziei… Chociaż sam powiada, że rzadko się zdarza, aby ktoś tak długo wytrzymał na gale- rach. Wszystko zależy od tego, gdzie Richard traił. Jeżeli sprzedano go jakiemuś bogaczowi, to bardzo trudno bę- dzie go odnaleźć. – Módlmy się, żeby tak było – odezwał się ojciec Kath- ryn – bo inaczej… Miał niewyraźną minę. Jego zdaniem, młody Richard Mountitchet już dawno w cierpieniach zszedł z tego świata. Nie dziwił się jednak przyjacielowi, że nie ustaje w poszu- kiwaniach. Gdyby chodziło o jego syna, albo, uchowaj Bo- że, o Kathryn, na pewno postąpiłby w ten sam sposób. – Nie wierzę w śmierć Dickona – powiedziała Kathryn. – Musimy go nadal szukać, panie. – Oczywiście. Masz rację. – Lord Mountitchet uśmiech- nął się do Kathryn. Pomyślał, że wyrosła na piękność. Miała Þ 15 þ zielone oczy i kasztanowe włosy, a jej słodkie usta znamio- nowały łagodną naturę. Po stracie syna stała się dla niego podporą i nadzieją. – Wpadłem do was, żeby się pożegnać. Wkrótce zamierzam wyruszyć do Wenecji i na Cypr. Jak wiecie, ostatnio sprowadzam wino z Włoch i z Cypru do naszej starej Anglii. Poszukam Richarda. A może z czasem na stałe osiądę na południu? – Chciałbyś opuścić Anglię, panie? – Kathryn popatrzyła na niego z zaskoczeniem. Nigdy przedtem o tym nie wspo- minał. – A co z twoim majątkiem? – Dom i ziemię mogę zostawić pod opieką rządcy. Może kiedyś zapragnę wrócić. Na razie nie mam tu nic do robo- ty. W elżbietańskiej Anglii katolicy tacy jak ja i twój ojciec są ludźmi wyraźnie drugiej kategorii. Oczywiście, broń Bo- że, nie winię za to królowej, ale ona ma swoich doradców i ministrów. Wszyscy się boją, że pewnego dnia wybuchnie rewolta angielskich katolików. Ja się do tego nie mieszam, bo cenię Elżbietę, lecz rzeczywiście nic mnie tu nie trzyma. A jeśli nasz biedny Dickon naprawdę gdzieś żyje, to wolę być bliżej Algieru lub Konstantynopola. – Będziemy za tobą tęsknić – szepnęła Kathryn. Pomy- ślała, że już nigdy się nie zobaczą. – Jak nam przekażesz wieści o Dickonie, panie? – Możesz być pewna, że będę do ciebie pisał – odparł z uśmiechem. – Oprócz tego potrzebny mi ktoś, kto tu, na miejscu, dopilnuje niektórych spraw. Poprosiłem sir Johna, żeby został moim wspólnikiem przy imporcie wina. Był tak dobry, że wyraził zgodę. Þ 1 þ Kathryn spojrzała na ojca, który z satysfakcją pokiwał głową. – Pozostaniemy więc w kontakcie – rzekł. Lord Mountitchet z namysłem popatrzył na Kathryn. – Twój ojciec jest zbyt zajęty, żeby wybrać się ze mną w tę podróż – powiedział. – Ja zaś chciałbym niejako z pierwszej ręki przekazać mu moje wrażenia. Zapropo- nował, abyśmy pojechali razem. Moja siostra, lady Mary Rivers, owdowiała kilka miesięcy temu. Też jest gotowa do odbycia podróży i bez wątpienia bardzo się ucieszy z twojego towarzystwa. Taki ktoś jak ty to dla starszej osoby autentyczna pociecha. – Wcale nie jesteś starcem, panie! – Jeszcze nie, ale w końcu wszystkich nas czeka starość. Żyję z Mary w zgodzie, a drugi raz już się nie ożenię. Co prawda, siostra jest przekonana, że po próżnicy szukam Dickona, ale na szczęście trzyma język za zębami i nie pró- buje mi się sprzeciwiać. Na pewno weźmie cię pod swoje skrzydła. Chyba że w pewnej chwili spotkasz młodzieńca, którego zechcesz nazwać mężem. – Och… – Kathryn zerknęła na ojca. Lekki rumieniec zabarwił jej policzki. – Chciałem ci znaleźć odpowiednią partię, córko – po- wiedział sir Rowlands – ale lord Mountitchet ma rację. W Anglii zabrakło miejsca dla katolików. Jeśli poznasz ko- goś, kto spełni twe oczekiwania, masz moje pełne błogosła- wieństwo. Mary i lord Charles otoczą cię opieką nie gorzej od matki i ojca. Mimo to trochę żałuję, że nie mogę poje- Þ 1 þ chać z wami, jednak twój brat Philip w przyszłym roku po- wraca z Oksfordu. Gdybym przypadkiem nadal nie mógł przyjechać do ciebie, wyślę Philipa w moim imieniu. Od dawna marzył o podróżach. – Wiem. – Kathryn była dumna z brata. – Naprawdę nie pogniewasz się, ojcze, jeśli wyjadę z lordem Mountitche- tem i lady Mary? – Będzie mi ciebie bardzo brakowało – przyznał sir Row- lands, spoglądając na nią z niekłamaną miłością. – Gdy- by twoja matka żyła, pewnie dużo wcześniej znalazłaby ci odpowiedniego męża. Zawsze byłem zbyt zajęty. Poza tym to niewiasty powinny decydować o takich rzeczach. Kiedy więc usłyszałem, że lady Mary wybiera się z lordem Char- lesem, pomyślałem, że to dla ciebie wspaniała okazja, aby zobaczyć trochę świata. Podejrzewam, że od śmierci matki czułaś się bardzo samotna. Kathryn uśmiechnęła się, chociaż w głębi ducha przyznała ojcu rację. Owszem, miała przyjaciół, sąsia- dów i wiekową nianię, która kochała ją jak matka, ale to wszystko jednak było nie to samo… Brakowało jej rozmów z mamą i wspólnych wieczorów, spędzanych z robótką w ręku. Matka zmarła na gorączkę niecały rok po porwaniu Dickona… – A dokąd najpierw udamy się, panie? – zapyta- ła, zwracając jasne spojrzenie zielonych oczu na lorda Mountitcheta. – Pierwszym przystankiem będzie Londyn – odparł. – Tam dołączy do nas moja siostra. Potem Dover, a stam- Þ 1 þ tąd już prosto do Wenecji. Skontaktowałem się z jednym z tamtejszych kupców. To bogaty i wpływowy człowiek. Od trzech lat kupuję u niego przednie wino. Właśnie on dora- dził mi, żebym rozszerzył interesy. Chcę się z nim spotkać przed dalszą podróżą, chociaż podejrzewam, że na Cyprze będzie mi lepiej niż w Italii. Mógłbym założyć tam własną winnicę… – Mogę przemyśleć tę propozycję? – zapytała Kathryn. – Rano dam ci ostateczną odpowiedź, panie. – Oczywiście. Wiem, że to bardzo poważna decyzja. Jeśli wyjedziesz, to przez wiele długich miesięcy nie zobaczysz rodzinnego domu. – Prawdę mówiąc, już wiem, co powiem, lecz mimo wszystko wolę z tym zaczekać. Zatem… za waszym pozwo- leniem, dostojni panowie, teraz was opuszczę. Mam jeszcze sporo rzeczy do zrobienia. – Do jutra, moja droga. – Lord Mountitchet ukłonił się na pożegnanie. – To dobra dziewczyna – powiedział sir John Rowlands, kiedy drzwi zamknęły się za jego córką. Znów westchnął. – Tak naprawdę, to nigdy nie zapomniała o Dickonie. Wciąż go wspomina. Chyba zawarli pakt w dzieciństwie, lecz ona nie chce o tym zbytnio mówić. Obawiam się, że nie wyj- dzie za mąż, póki nie będzie miała wyraźnych dowodów, że Dickona nie ma na tym świecie. – Nie powinna tak robić. Zmarnuje sobie życie – odparł lord Mountitchet. – Owszem, sam czepiam się nadziei, że może w Wenecji usłyszę coś o moim synu. Jednak Kathryn Þ 1 þ nie może ciągle trwać w żałobie. Jest młoda, piękna du- chem i ciałem… Zasługuje na szczęście. – Myślisz, że ten kupiec może coś wiedzieć? – Chciałbym. To dobry znajomy Sulejmana Bakhara. Nazywa się Lorenzo Santorini. Ponoć już nieraz pomagał niewolnikom, którzy zbiegli od swoich panów. Czasem ku- puje ich na targu w Algierze, kiedy indziej uwalnia z zato- pionych galer. Jest zawziętym wrogiem piratów. Słyszałem, że parę miesięcy temu wziął do niewoli jednego z berbe- ryjskich kapitanów. Wiesz, co za niego zażądał? Dziesięciu niewolników! Jednym proponuje pracę u siebie, innym ka- że wracać do rodziny. Pewnie zażąda ode mnie pieniędzy za swoje usługi, ale z ochotą mu zapłacę. – Brzmi to zachęcająco. – To prawda. Sulejman go podziwia… Zresztą z wzajem- nością, chociaż Santorini w głębi ducha nie pała miłością ani do Turków, ani do Berberów. Raczej ich nienawidzi. – Mimo to Sulejman Bakhar uważa go za przyjaciela. – Sulejman Bakhar to oświecony człowiek. Ma tylko jed- ną żonę, Eleanor. Mógłby mieć więcej, ale nie chce. Kocha ją nad życie. Zazwyczaj podróżują razem. Chociaż na co dzień lady Eleanor nosi muzułmańskie stroje, to zagranicą zawsze wkłada suknie. Sulejman twierdzi, że tylko Santori- ni może odszukać Dickona. Sir John skinął głową. – I to jest właśnie zasadniczy powód, dla którego chcesz zabrać ze sobą Kathryn, prawda? Wierzysz, że Dickon, jeśli się znajdzie, będzie potrzebował was obojga. Þ 20 þ – Kto wie, co się z nim działo przez te wszystkie lata? – Lord Mountitchet się zasępił. Czas nie uleczył go z tej naj- gorszej rany. – Na pewno wiele wycierpiał… – Obawiam się, że masz rację – przytaknął sir John. – Być może tylko Kathryn zdoła go przywrócić do naszego świata. Jako dzieci byli nierozłączni i bardzo ze sobą zżyci. – Nie powiedziałem jej, co naprawdę myślę. Chcę, żeby pojechała z nami, ale musi uczynić to z własnej woli. – W tym się z tobą zgadzam – odparł sir John. – Ina- czej być nie może. Gdyby zaś w pewnej chwili pomyślała o ślubie… – Od razu do ciebie napiszę – obiecał przyjaciel. – Mary na pewno będzie uważała, żeby Kathryn nic złego się nie stało. Nie dopadną jej łowcy posagów, zapewniam cię. – Jej posag jest całkiem spory, ale bez przesady. Po pierw- sze, mam jeszcze syna, a po drugie, sam wspominałeś, że dla katolików nastały złe czasy w starej Anglii. Philip nie zajdzie tak wysoko jak ja pod rządami królowej Marii. – Choćby dlatego chciałem, abyś jechał ze mną – powie- dział lord Mountitchet. – Moglibyśmy spokojnie zająć się uczciwym handlem. Świat jest większy od naszej wyspy. – Tak, masz rację – przyznał sir John. – Ciężko byłoby mi jednak porzucić na zawsze to wszystko… – Zapewne myślałbym trochę inaczej, gdyby… – Lord Mountitchet urwał i z westchnieniem pokręcił głową. – Nie ma czego żałować. Jeżeli Santorini także mnie zawie- dzie, przyznam przed Bogiem i ludźmi, że straciłem syna. Þ 21 þ Kathryn przejrzała się w małym lusterku. Lusterko po- chodziło z dalekiej Wenecji i kiedyś należało do jej matki. Pogładziła palcami srebrną rączkę. Kupcy weneccy cieszyli się zasłużoną sławą. Ich towary były najprzedniejszej jako- ści. Oprócz lusterka matka miała jeszcze szklaną karakę, też stamtąd. Traktowała ją jak największy skarb. Podróż z lady Mary i lordem Mountitchetem zapowia- dała się na wspaniałą przygodę. Kathryn nigdy nawet nie pomyślała o tym, że mogłaby opuścić Anglię. Ojciec nie tęsknił za włóczęgą, chociaż w jego bibliotece znajdowa- ło się wiele książek, opowiadających o zamorskich kra- jach. Rzadko kto miał dostęp do tych tomów. Na pewno były bardzo cenne. Ojciec jednak nie wzbraniał córce na- uki i lektury. Kathryn bardzo chciała poznać obce ziemie; a może przy okazji znalazłaby Dickona? Bujne kasztanowe włosy opadały jej na ramiona. Blask świecy budził w nich delikatne iskierki. Kathryn wstała, podeszła do okna i spojrzała w ciemność. Nie- mal nic nie widziała, bo gwiazdy skryły się za chmura- mi. Ojciec mówił, że powinna poszukać męża, lecz jak mogła to zrobić, skoro jej serce należało do Dickona? Obiecali sobie, jeszcze w dzieciństwie, że zawsze będą razem. Dickon wziął wtedy nóż i na grzbiecie własnego nadgarstka wyciął sobie jej inicjały. Kathryn aż krzyknę- ła ze zgrozy. Szybko podała mu koronkową chusteczkę, żeby zatamował upływ krwi. – Bardzo bolało? – zapytała, ale on tylko się roześmiał i popatrzył na nią dumnym wzrokiem. Þ 22 þ – To nic takiego – odparł. – Teraz wiem, że ta krew po- łączyła nas na zawsze. Kathryn pocałowała Dickona w skaleczone miejsce. Poczuła krew na swoich ustach i pomyślała, że nigdy nie przestanie go kochać. Nie chciała mieć innego męża. Posta- nowiła, że w podróży będzie zachowywać się nadzwyczaj skromnie i we wszystkim słuchać lady Mary. Nie pozwo- li na swaty do czasu, kiedy nabierze całkowitej pewności i w głębi serca poczuje, że Dickon rzeczywiście nie żyje. Może wtedy… Dalsze jej myśli odbijały się jak od litej ściany. Co uczy- nić, jeżeli Dickon do mnie nie wróci? – myślała. Przecież panna z jej sfery musiała w końcu wyjść za mąż, chyba że wolała zamknąć się w klasztorze. A może Philip wziąłby ją do siebie, na przykład jako opiekunkę własnych dzieci? Mi- nie parę lat i będzie za stara do zamążpójścia… To była smutna perspektywa, ale cóż zrobić? Kathryn odłożyła lusterko i ułożyła się w wielkim łożu z baldachi- mem, wspartym na czterech kolumnach. Było miękkie i ciepłe, zwłaszcza przy tej liczbie poduszek, pierzyn i ma- teracy, wypełnionych gęsim puchem. Kathryn wsunęła się pod jedwabną kołdrę. Ciekawe, jak będę sypiała na statku? – zadała sobie w duchu pytanie. Była gotowa na wszelkie niewygody, byle na końcu tej podróży odnaleźć ukochanego. Najwyższa pora, uznał w duchu Lorenzo, wychodząc z narady. Od lat mówiono o chrześcijańskiej koalicji prze- Þ 23 þ ciwko tureckiej nawale, ale dopiero teraz zapadły konkret- ne decyzje. Kampania mogła ruszyć już pod koniec roku. Papież Pius V powołał Świętą Ligę z udziałem Hiszpanii i Wenecji. Wszyscy liczyli na to, że inne państwa przyłą- czą się do walki z okrutną plagą, która rozprzestrzeniła się na wodach Morza Śródziemnego i Cieśniny Messyńskiej. Wciąż trwały końcowe negocjacje. Ostatnie groźby Tur- ków pod adresem Cypru i Rzymu sprawiły, że Ojciec Świę- ty postanowił własnym autorytetem poprzeć zbrojny opór chrześcijańskich krajów. Pogrążony w zadumie Lorenzo opuścił pałac. Nie myślał jednak o zakończonej naradzie, lecz o liście, który nadszedł z Anglii tuż przed jego wyjazdem z Wenecji. Nadawcą był pewien szlachcic, z którym od kilku lat prowadził intere- sy. Anglik zawiadamiał go, że wybiera się w podróż na po- łudnie Europy i prosił o pomoc w odszukania młodzieńca porwanego przed laty przez piratów. Lorenzo zmarszczył brwi. Nie wierzył w powodzenie ta- kich poszukiwań; szanse, by chłopak przeżył były znikome. Oczywiście nie zamierzał odmówić pomocy lordowi Mountitchetowi. Co prawda, jeszcze nie zdążył poznać go osobiście, ale słyszał o nim niemało dobrego. Ojciec Lo- renza, Antonio Santorini, przed kilku laty odwiedził Anglię i spotkał się z lordem Mountitchetem. Był o nim jak najlep- szego zdania. Powiedział, że to szczery, uczciwy, przyzwoity człowiek… Lorenzo szedł pogrążony w myślach, ale nawet na chwi- lę nie stracił czujności. Ostrożności nigdy za wiele. W pew- Þ 24 þ nym momencie zorientował się, że ktoś go śledzi. Tuż przed napadem dobył szpady i odwrócił się w stronę trzech opryszków, czających się za nim w ciemności. – Podejdźcie bliżej, przyjaciele – rzekł zachęcającym to- nem. Uśmiechał się nieznacznie, ale bacznie przyglądał się napastnikom przenikliwym spojrzeniem. – Chcecie moją sakiewkę? Sami ją sobie weźcie. O ile zdołacie… Tylko jeden z bandytów, widać odważniejszy od innych, doskoczył do Lorenza. Zadźwięczała stal. Już po chwili opryszek zrozumiał, że nie dotrzyma pola doświadczone- mu szermierzowi, i głośno wezwał na pomoc kompanów. Ruszyli niechętnie, widząc, że Lorenzo nie będzie łatwą zdobyczą. Chociaż było ich trzech, on zaś tylko jeden, nie zdołali go dosięgnąć. Lorenzo ciął w lewo i w prawo, odska- kiwał i natychmiast ruszał do kontrataku. Widać, że przez długie lata dowodził wojenną galerą. Mimo to przewaga była po stronie bandytów. Nie wiadomo, jak skończyłaby się ta potyczka, gdyby w zaułku nie pojawił się nieznajomy mężczyzna i bez wahania nie stanął po stronie Lorenza. Szpada Santoriniego cięła pierwszego z opryszków. Dwaj pozostali – widząc, że szanse się wyrównały – z miejsca po- dali tyły i jak niepyszni zniknęli za najbliższym zakrętem ulicy. Ranny został, ciężko oparty o ścianę, i trzymał się za rękę. Krew spływała mu między palcami. Lorenzo schował szpadę, lecz jego towarzysz ciągle stał z bronią w dłoni, podejrzliwe patrząc na bandytę. – Może lepiej go zabić? – zwrócił się do Lorenza. – Chy- ba na to zasłużył. Mamy go przepytać? Þ 25 þ – To zwyczajny rabuś. – Santorini wzruszył ramionami. – Chciał mojej sakiewki. Niech idzie do swoich, chyba że sam ze wstydu pragnie szybkiej śmierci. – Teatralnym ru- chem chwycił za rękojeść szpady. Bandyta miauknął coś ze strachem, nagle odzyskał si- ły i popędził śladem kamratów. Nieznajomy roześmiał się głośno i ponownie spojrzał na Lorenza. – Jesteś naprawdę pobłażliwy, panie, on by cię zabił bez wahania. – Nie wątpię – przyznał Lorenzo. – Dziękuję za pomoc, panie. Jestem… – Znam pana, signor Santorini – przerwał mu nieznajomy. – Może się przedstawię: Pablo Dominicus. Przed chwilą obaj wyszliśmy z narady. Podążyłem za panem, ponieważ zamierzałem porozmawiać. – W tam razie był pan wysłańcem fortuny – odparł Lo- renzo. – Znajdźmy jakąś gospodę, w której będziemy mo- gli przysiąść nad kubkiem wina i spokojnie pogadać. Cho- dzi o interesy? – To zależy – odparł Pablo Dominicus. – Z jednej stro- ny, jestem emisariuszem Jego Świątobliwości papieża Piusa V. Z drugiej, można mnie nazwać mścicielem. Chyba mamy wspólnego wroga. – Naprawdę? Lorenzo zmrużył oczy. Pablo wyglądał mu na Hiszpa- na. Nie przepadał za Hiszpanami z powodu inkwizycji. Faktem jest, że Święte Oicjum istniało też w innych kra- jach, ale w Hiszpanii działy się najgorsze rzeczy. A poza Þ 2 þ tym Hiszpanie wciąż stali okoniem wobec Republi- ki Weneckiej. Odmawiali jej prawa do niepodległości. Prawda oczywiście leżała gdzie indziej. Wiele niedo- szłych oiar inkwizycji – zwłaszcza żydów – znalazło azyl w Wenecji. Niektórzy z nich nawet służyli na gale- rach Santoriniego. Ich opowieści o wcześniejszych przej- ściach siały grozę. Mimo to Lorenzo zachowywał się całkiem uprzejmie. – Słucham, senior. Czym mogę panu służyć? – Chyba najlepiej będzie, jak rzeczywiście siądziemy w jakimś zaciszniejszym miejscu, signor Santorini. Przy- chodzę z małą prośbą od Jego Świątobliwości… Tak, tak, pańskie imię jest mu dobrze znane. Druga prośba będzie ode mnie. – Znam dobrą oberżę przy sąsiedniej ulicy – powiedział Lorenzo. – Jeśli pańskie zlecenie jest naprawdę tajne, może- my tam wynająć osobną salkę i porozmawiać otwarcie, bez obaw, że ktoś nas podsłucha. Lorenzo z rzadka popijał wyborne czerwone wino, zamó- wione przez Hiszpana. Przede wszystkim słuchał. W ciem- nym zaułku nie mógł wyraźnie dostrzec twarzy don Pabla, ale teraz zobaczył mężczyznę w średnim wieku, krzepkiej budowy ciała, z małą spiczastą bródką i krótkimi włosami, rzadszymi na skroniach. Don Pablo zachowywał się z lekką rezerwą, co od razu wzbudziło ciekawość Lorenza. – Jego Świątobliwość ze wszech miar liczy na pańską przyjaźń i poparcie dla naszej sprawy – wyjawił don Pablo. Þ 2 þ – Ma pan najlepsze galery oraz silnych i dzielnych żeglarzy, bezgranicznie panu oddanych. Jeśli przystąpi pan do Świę- tej Ligi, inni pójdą za panem. – Najpierw muszę o tym porozmawiać z moimi kapita- nami – z namysłem odparł Lorenzo. Nie spuszczał wzro- ku z rozmówcy. Dlaczego nie ufał don Pablowi? – Potem złożę ofertę. – Wasza sprawa jest moją sprawą. Jednak nie mogę nikogo zmuszać, żeby postępował wbrew swojej wo- li. W takich sprawach zostawiam ludziom wolną rękę. Po- dejrzewam, że większość z nich powie „tak”, bo nienawi- dzą Turków nie mniej ode mnie. – Taktownie nie dodał, że niektórzy nie lubili też Hiszpanów. – A teraz przejdźmy do sedna sprawy. Po co pan za mną poszedł? Don Pablo się uśmiechnął. – Mówiono mi, że jesteś bystry i sprytny, panie. Zatem nie będę udawał, że przywiodło mnie tu wyłącznie życze- nie Ojca Świętego. Podejrzewam, że papież to samo poru- czył kilku innym osobom z kręgu twoich znajomych. Przy- szedłem, bo wiem, że masz wszelkie powody, aby pałać niechęcią do niejakiego Raszida, tego, którego zwą Groź- nym. Na pewno życzysz mu śmierci. Lorenzo milczał przez dłuższą chwilę, po czym spytał: – Co ci uczynił Raszid, panie? – Niespełna trzy miesiące temu jego galery zaatakowa- ły i przejęły jeden z moich statków – wyjaśnił don Pablo, zaciskając pięści. Wyraźnie walczył z gniewem. – Straci- łem spory majątek, ale nie to jest najgorsze. Podczas bitwy zabito mi zięcia. Þ 2 þ – Proszę przyjąć najgłębsze wyrazy współczucia, panie. – Moja córka i wnuki mieszkają na Cyprze – ciągnął don Pablo, wyraźnie zdenerwowany. – Immacula chce jak najszybciej wrócić z dziećmi do Hiszpanii. Wysłałbym po nią całą lotę, lecz nie mogę. Poniosłem zbyt wielkie straty. Przeklęci Anglicy napadli na inne moje statki, wracające z Nowego Świata… – Chcesz, żebym sprowadził tu twoją rodzinę, panie? – spytał Lorenzo, uważnie spoglądając na rozmówcę. – Pokryję wszystkie koszty – zapewnił go don Pablo, ale umknął wzrokiem. – Moje galery to okręty wojenne. Nie nadają się do prze- wozu kobiet i dzieci. Chyba traił pan pod zły adres, senior Dominicus. – Nie, nie… To pan źle mnie zrozumiał, signor Santori- ni. Immacula popłynie na własnym statku. Chcę tylko, że- by bezpiecznie dotarła do brzegów Hiszpanii. – Mam wystawić eskortę? – Lorenzo pokiwał głową i spod zmrużonych powiek popatrzył na Hiszpana. Coś tu nie pasowało… Odruchowo uznał, że powinien mieć się na baczności. Instynkt rzadko go mylił. – Moi ludzie pracują dla mnie. Nie są do wynajęcia. – Przecież na pewno słuchają pańskich rozkazów. Lorenzo nabrał przekonania, że Hiszpan nie powiedział mu jeszcze całej prawdy. – Nie uwierzę, że nie ma pan pełnej władzy nad swoimi żeglarzami! Złowieszczy uśmiech wykrzywił twarz Lorenza, a jego Þ 2 þ zimne spojrzenie sprawiło, że lodowaty dreszcz przebiegł po plecach don Pabla. – Wybaczy pan, że powiem prosto z mostu. Wielu mo- ich wioślarzy uciekło z rąk inkwizycji. Prędzej naplują pa- nu w twarz, niż zgodzą się pomóc. Twarz Hiszpana wykrzywił grymas wściekłości. Pod- niósł się zza stołu, jakby chciał uderzyć swojego roz- mówcę. – Odmawiasz, panie? Słyszałem, że jesteś dobrym kup- cem. Mam złota nie mniej niż inni! – Z chęcią przyjąłbym pańskie pieniądze – odparł Lo- renzo wyważonym tonem. Jego twarz przypominała teraz nieprzeniknioną maskę. – Obawiam się jednak, że moi lu- dzie nie będą ginąć za Hiszpana. – Wstał i ze smutkiem pokręcił głową. – Bardzo mi przykro. Niech pan znajdzie kogoś innego. – Niech pan wymieni cenę! – krzyknął za nim don Pablo w akcie desperacji. – Błagam o pomoc, signor! – Moja odpowiedź brzmi „nie”, don Pablo. – Lorenzo z obojętną miną spojrzał na niego przez ramię. Przeczu- cie go nie zawiodło; tu nie chodziło o zwykłą przysługę. – Chyba że powie mi pan prawdę. W przeciwnym razie żegnam. Hiszpan przypatrywał mu się z przerażeniem. Kilka- krotnie otwierał usta, jakby rzeczywiście chciał coś powie- dzieć, ale za każdym razem je zamykał. Potrząsnął głową. Lorenzo wyszedł i zamknął za sobą drzwi. Dzisiejszy napad na pewno nie był dziełem przypad- Þ 30 þ ku, doszedł do wniosku. To sprawka don Pabla. Myślał, że w ten sposób zaskarbi sobie moją wdzięczność. Po co to wszystko? Lorenzo przeszedł zbyt twardą szkołę życia, że- by ufać ludziom. Nie chciał się mieszać w niejasne, podejrzane sprawy. Z re- guły źle się to kończyło. Tym razem także wietrzył podstęp.
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Odnaleziony
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: