Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00079 006408 13426181 na godz. na dobę w sumie
Ogród grzechu - ebook/pdf
Ogród grzechu - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 418
Wydawca: Harlequin Polska Język publikacji: polski
ISBN: 9788323876946 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Aurel Bancroft od dawna żyje jak pustelnica. Izoluje się od ludzi, którzy oskarżyli ją o morderstwo. Teraz jednak, kiedy śmierć jej męża przestała już wzbudzać niezdrowe emocje, pragnie wrócić do świata. W domu Laurel niespodziewanie pojawia się Alec Stanton. Namawia ją, by zatrudniła go w swym ogrodzie. Ten o dziesięć lat od niej młodszy mężczyzna z tajemniczą...

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

EST SELLERS BEST SELLERS 1/11/08 12:29:52 PM 1/11/08 12:29:52 PM 1/11/08 12:29:52 PM 1/11/08 12:29:52 PM 1/11/08 12:29:52 PM 1/11/08 12:29:52 PM 1/11/08 12:29:52 PM 1/11/08 12:29:52 PM Tytuł oryginału: Garden of Scandal Pierwsze wydanie: MIRA Books, 1997 Redaktor prowadzący: Ewa Godycka Korekta: Urszula Gołębiewska ã 1997 by Patricia Maxwell ã for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2002, 2008 Wszystkie prawa zastrzez˙one, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej ksiąz˙ce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – z˙ywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Znak graficzny BESTSELLERS jest zastrzez˙ony. Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Rakowiecka 4 Skład i łamanie: COMPTEXTÒ, Warszawa Printed in Spain by Litografia Roses, Barcelona ISBN 978-83-238-5158-5 ROZDZIAŁ PIERWSZY Niczym banshee 1 wypadła z oświetlonego domu, wołając przenikliwym, czystym sopranem swojego wielkiego czarnego wilczura, który gnał przed sie- bie z głuchym warczeniem. Niemal przefrunęła przez próg i była juz˙ w połowie schodków, gdy siatkowe drzwi zatrzasnęły się za nią. jak wiedźma, Mknęła, nie bacząc na nic, jak dysząca zemstą walkiria, odziana jedynie w lekką nocną koszulę, która w padającym z domu świetle wydawała się zupełnie przezroczysta. W blasku księz˙yca jej długie, rozwiane włosy rzucały sreb- rzysto-złociste refleksy. Prawie nie dotykała stopa- mi ziemi. Szybkonoga, szczupła, z piękną twarzą ściągniętą niepokojem, była najbardziej fascynu- jącą kobietą, jaką Alec Stanton kiedykolwiek widział. – Sticks! Spokój, piesku! – wołała. W biegu roz- suwała nisko wiszące gałęzie magnolii, nurkowała 1Banshee – celtycki duch zapowiadający żałosnym zawo- dzeniem śmierć w domu (przyp. tłum.). 5 pod pędami spirei. Wzrok miała wbity w psa, który, groźnie warcząc, trzymał straz˙ na omszonej ceglanej ściez˙ce. Wilczur, nie spuszczając Aleka z oczu, jeszcze raz wściekle zawarczał. Stał ze zjez˙oną sierścią, odsłonił kły. Gdy jego pani podeszła bliz˙ej, obronnym ruchem zablokował jej drogę. – Piesku, co się stało? Co cię tak niepokoi? Głos miała niespokojny, ale nie słychać w nim było strachu. Zwolniła kroku i wtedy zobaczyła Aleka. Zatrzymała się gwałtownie, a włosy opadły jej do przodu, okrywając ją jak peleryną utkaną z promieni księz˙yca. Znieruchomiała, z zaciśniętymi pięściami, rozszerzonymi oczyma i wyprostowanymi ramiona- mi, wyglądała jak posąg z białego marmuru. Alec nie widział juz˙ psa, zapomniał, w jakim celu tu przybył i dlaczego stoi wśród splątanych gałęzi głogów, winorośli i wybujałych krzaków porastają- cych ogród przed domem w kształcie parowca, zna- nym jako Ivywild, czyli Dziki Bluszcz. Poruszając się jak we mgle, postąpił kilka kroków do przodu i wyłonił się z ciemności. Wilczur poderwał się i skoczył Alekowi do gardła. – Sticks, zostaw! Lez˙eć! – Krzyk kobiety zmie- szał się z warczeniem psa, lecz było juz˙ za późno. Gdy waz˙ący czterdzieści kilogramów wilczur sko- czył w kierunku intruza, Alec w odruchu wyćwiczo- nym na treningach zrobił unik, dzięki czemu zamor- tyzował uderzenie, i błyskawicznie zamknął wielki łeb Sticksa w stalowym uścisku rąk. Następnie wy- szukał właściwe miejsca na szyi psa i wcisnął w nie 6 kciuki, po czym opadł na kolana i zawirował od pę- du nadanego przez rozjuszone zwierzę, az˙ wykonał pełny obrót. W jednej sekundzie było po wszystkim. Gdy Alec wstał, sztywny i bezwładny pies lez˙ał na ściez˙ce między nim a kobietą. Z jej ust wyrwał się cichy krzyk rozpaczy. Przypa- dła do Sticksa i połoz˙yła jego łeb na swoich kolanach. Trzymając go przy piersi, kołysała się w przód i w tył. – Nic mu nie będzie – powiedział Alec z udawa- nym spokojem. Nie odpowiedziała. Po chwili usłyszał, jak ode- tchnęła z ulgą, gdy pies poruszył się i zaskomlał. Nagle podniosła na niego mokre od łez oczy. – Mógł go pan zabić. – Gdybym chciał go zabić, juz˙ by nie z˙ył. Ja tylko uspokoiłem go na jakiś czas, dzięki czemu mam szan- sę z panią porozmawiać. – Oczywiście mógł ją oskar- z˙yć o to, z˙e jej urocza psinka o mało co nie rozerwała mu gardła, ale uznał to za rzecz niewartą słów. Kobieta wsunęła palce w sierść psa i przytuliła go jeszcze mocniej. – Znajduje się pan na terenie prywatnej posiadło- ści. Proszę natychmiast stąd wyjść albo wezwę poli- cję. Czy wyraziłam się wystarczająco jasno? Nie tak to wszystko sobie zaplanował. Zamierzał zapukać do drzwi, przywitać się z właścicielką domu i uprzejmie wyjaśnić powód swej wizyty. Stało się jednak coś zupełnie nieoczekiwanego. Alec w naj- śmielszych marzeniach nie przypuszczał, z˙e coś ta- kiego moz˙e mu się przytrafić, a zwłaszcza z tą kobietą. Otóz˙ gdy ujrzał ją, jak w cienkiej koszulce 7 przedzierała się przez mroki nocy, oniemiał z za- chwytu, a w sercu poczuł dziwną tęsknotę. Zamiast jednak napawać się nieoczekiwanymi doznaniami, musiał pozbawić jej psa przytomności. Nie był to najszczęśliwszy sposób, by przełamać pierwsze lody. – Przepraszam, jez˙eli wyrządziłem krzywdę Stick- sowi – powiedział. – Oczywiście, z˙e go pan skrzywdził. – Rzuciła mu gniewne spojrzenie. – Nie powinien był mnie atakować. – Postąpił słusznie. Bronił mnie, i to na moim terenie. No cóz˙, miała rację. – Nazywa się pani Laurel Bancroft, prawda? – spytał, chcąc jak najszybciej zamknąć niewygodny dla siebie temat. – A jez˙eli tak, to co? – Ja... chciałem z panią porozmawiać. – Po to właśnie tu przyszedł, ale sprawy potoczyły się ina- czej. – Nie znajdziemy z˙adnego wspólnego tematu – mruknęła zaczepnie. – Moja babcia, która przyjaźni się z pani gos- posią, Maisie Warfield, dowiedziała się od niej, z˙e potrzebny jest ktoś, kto zająłby się tą dz˙unglą, w jaką po śmierci pani męz˙a zamienił się ten ogród. – Maisie powiedziała o wiele więcej i Alec z˙ałował, z˙e nie słuchał jej uwaz˙niej. – Mam trochę doświadczenia w takiej pracy – dodał. Przez dłuz˙szą chwilę kobieta patrzyła na niego taksującym wzrokiem. 8 – Jez˙eli naprawdę jest pan wnukiem pani Callie, to nie jest pan ogrodnikiem, tylko... – urwała. – Inz˙ynierem. Z˙eby jednak zarobić na studia, pracowałem jako pomocnik ogrodnika – powiedział z lekkim wyzwaniem w głosie. – Nie stać mnie na zatrudnienie inz˙yniera. W pierwszym odruchu chciał wyznać, z˙e gotów jest pracować dla niej za darmo, wykonywać wszel- kie polecenia i być przy niej o kaz˙dej porze dnia i... nocy, zostało mu jednak na tyle rozsądku, z˙e zdołał się opamiętać. – Chcę się zatrudnić jako pracownik fizyczny i być wynagradzany jak zwykły ogrodnik. – Dlaczego? – spytała nieufnie. Wiedział, z˙e jeśli teraz jej nie przekona, za chwilę będzie musiał odejść stąd na zawsze. Sticks podniósł łeb, otrząsnął się i ułoz˙ył na brzuchu. Spojrzał na swojego pogromcę, a potem szybko odwrócił łeb, jakby zawstydzony poraz˙ką. Przyczołgał się do swojej pani i, cicho skomląc, na przeprosiny polizał jej rękę. Alec, widząc tę czułą scenę, poczuł zazdrość. – Z wielu powodów – odparł. – Najwaz˙niejszy jest ten, z˙e potrzebuję pieniędzy. – Bez trudu mógłby pan sobie znaleźć lepszą pracę. – Chcę mieć swobodę. Szukam takiego miejsca, gdzie nie będę uwiązany. Pogłaskała psa, by go pocieszyć, a potem podnios- ła się i z namysłem zapytała: – Bo nie chce pan nosić garnituru? Czy tez˙ chodzi o pańskiego brata? 9 – O jedno i drugie. A więc wiedziała o Gregorym. Powinien był się tego domyślić. Tak przeciez˙ zwykle bywa w małych miasteczkach. Patrzył na nią, napawając się cudownym wido- kiem. Smukła i piękna, opromieniona srebrzystym światłem księz˙yca, zdawała się pochodzić z innego, nierealnego wręcz świata. – Jez˙eli spodziewa się pan po mnie współczucia... – zaczęła. – Nie – powiedział stanowczo. – Nie chcę z˙ad- nego współczucia. – Spojrzał na nią. – Jest ostatnią rzeczą, jakiej potrzebujemy. Zesztywniała. – Moja sytuacja nie powinna pana obchodzić. Znów na nią spojrzał, a potem o wiele łagodniej powiedział: – Myślałem o moim bracie i o mnie, chociaz˙ wydaje mi się, z˙e byłoby słusznie panią tez˙ w to włączyć. Nie odpowiedziała, tylko utkwiła w nim wzrok. W księz˙ycowej poświacie widział jej delikatną skórę, zarejestrował widoczne w wyrazie twarzy napięcie, zachwycił się ciemnym błękitem jej oczu, przepast- nym i czystym jak głębina mórz południowych, sugerującym, z˙e ta kobieta wie o ludziach więcej, niz˙ sama tego chce. A zwłaszcza o męz˙czyznach i ich najniz˙szych instynktach. Takich właśnie, jakie w tej chwili bez reszty nim zawładnęły. Pomyślał, z˙e przed chwilą musiała wyjść spod prysznica. Czuł mydło i czysty, kobiecy zapach. 10 Był to najpotęz˙niejszy afrodyzjak, z jakim miał dotąd do czynienia. Czy starczy mu resztek woli, by powstrzymać gotującą się w nim namiętność? Czy za moment nie zrobi czegoś... niewłaściwego? Zdawała się osobą wiotką i delikatną, ale po tym, w jaki sposób stawiała mu czoło, poznał, jak wielką wewnętrzną siłą dysponowała. Nie lękała się nocy, nie drz˙ała przed obcym męz˙czyzną, który wyłonił się z ciemności. Zachowywała się naturalnie, była spo- kojna, moz˙e nawet trochę nieśmiała, ale po królews- ku opanowana. Jej uroda nie była doskonała. W kącikach oczu miała delikatne zmarszczki, a dolną wargę nie tak pełną jak górną. Mimo to była tak piękna, z˙e Alec wprost nie potrafił oderwać od niej wzroku. Czyz˙ mógł jednak z˙ywić choćby najmniejsze nadzieje? Taka kobieta nigdy nie zechce mieć nic wspólnego z wnukiem Callie Stanton i kalifornijskim hipisem. W jej mniemaniu zapewne zachowywał się jak dzieciak, który ma wprawdzie duz˙o mięśni, ale niewiele rozumu. Kiedy indziej taka sytuacja pewnie by go rozbawiła, teraz jednak wcale nie było mu do śmiechu. Laurel lekko zadrz˙ała, uderzona siłą spojrzenia Aleka Stantona. Miał oczy tak czarne, jakby roz- szerzone źrenice zabrały tęczówkom wszelką barwę, pozostawiając nieprzeniknioną mroczną otchłań. Był wysoki i szeroki w ramionach, emanował niezłomną odwagą, siłą i pewnością siebie. Nalez˙ał do ludzi, którzy niejako w naturalny, instynktowny sposób pokonywali wszelkie zagroz˙enia, a upiory, które 11 budziły się nocą, nie miały do nich dostępu. Lecz ona sama nie czuła się przy nim bezpieczna. Był za duz˙y, za silny, za szybki. Znał wschodnią sztukę walki, której nie potrafiła wprawdzie nazwać, ale to za jej pomocą pozbawił czucia biednego Sticksa. Poza tym, jak na jej gust, wyglądał zbyt egzotycznie z długimi czarnymi włosami związany- mi rzemykiem w kucyk, czarnymi krzaczastymi brwiami i długimi rzęsami, z grubo ciosaną kwad- ratową twarzą i srebrzyście lśniącym kolczykiem w kształcie błyskawicy, wpiętym w lewe ucho. Ubrany był całkowicie na czarno: boty, dz˙insy, podkoszulek bez rękawów, który podkreślał mus- kularny tors i odsłaniał wielobarwną plamę skom- plikowanego tatuaz˙u. Laurel mimo ciemności rozpo- znała smoka otaczającego jego ramię i schodzącego na pierś. Unikając patrzenia mu w oczy, spojrzała na tatuaz˙, a potem odwróciła głowę. Palce jej zadrz˙ały od nagłego pragnienia, by dotknąć tych dziwnych rysun- ków, musnąć ciepłą, gładką skórę smoka-męz˙czyzny i poczuć moc mięśni, które poruszały się pod tatua- z˙em. Gdyby jednak tak zrobiła, mogłaby ulec pokusie i połoz˙yć na bestii rozpostartą dłoń, a wtedy poczuła- by bijące serce męz˙czyzny. Szybko przywołała się do porządku. Chyba musia- ła postradać zmysły. Przeciez˙ ma czterdzieści jeden lat, a on pewnie nie ma nawet trzydziestu. No cóz˙, za długo była sama. Tak bardzo przywyk- ła do samotności, z˙e wybiegła z domu, nie bacząc na to, iz˙ ma na sobie jedynie cienką nocną koszulę. A, co gorsza, teraz oddaje się dzikim fantazjom tylko dla- 12 tego, z˙e jest sam na sam z pociągającym męz˙czyzną. Chyba rzeczywiście zaczyna tracić rozum. Jednak czarowny urok ciepłej wiosennej nocy mą- cił w niej rozwagę i podstępnie popychał Laurel ku dziwnemu przybyszowi. Stali pod drzewem magnolii, w powietrzu rozchodził się zapach kwiatów. Wokół rozbrzmiewał cichy chór nocnych owadów, jak nie kończące się echo uczuć, które w niej wzbierały. Sticks, który do tej pory lez˙ał na ściez˙ce, z trudem podniósł się, podszedł do Laurel i przywarł do jej kolan. Otrząsnęła się, jakby wróciła z dalekiej krainy. Ogromne napięcie nieco zelz˙ało. – Proszę posłuchać – powiedziała stanowczo, lecz nieco zbyt ochryple. – Zamierzam nająć kogoś, kto tylko zetnie kilka drzew i wykarczuje zbędne krzaki, ewentualnie skopie parę grządek pod róz˙e... Alec wpadł jej w słowo. – Mogę zrobić dwa razy tyle i zajmie mi to o po- łowę mniej czasu. – Nie wątpię, ale chodzi o to... – Chodzi o to, z˙e pani się mnie boi. No cóz˙, w zacofanym, prowincjonalnym Hillsboro w stanie Luizjana uwaz˙a się, z˙e męz˙czyzna powinien wy- glądać inaczej. Facet nalez˙ący do pani sfery powinien strzyc włosy na jez˙a, ubierać się z pedantyczną starannością, myśleć tylko o wędkowaniu, polowaniu i piciu piwa oraz absolutnie nie mieć pojęcia o tym, czego naprawdę potrzebują kobiety i co je interesu- je. Oczywiście wiem, z˙e tu nie pasuję. – Jego głos zmiękł. – Podobnie jak pani. Zacisnęła usta i odezwała się dopiero po dłuz˙szej chwili. 13 – Nie wiem, o czym pan mówi. – Naprawdę? Uśmiech Aleka trwał zaledwie sekundę, lecz jego moc była poraz˙ająca. Czarny anioł! przemknęło jej przez myśl, gdy odczuła przenikliwą słodycz, bez- graniczne zrozumienie i aprobatę dla jej niezalez˙no- ści, emanującą z twarzy niezwykłego gościa. Być moz˙e litował się nad nią, ale przede wszystkim podziwiał jej odwagę i bezkompromisowość. Son- dował głębię jej samotności, ofiarowywał pociechę, obiecywał ukojenie. Gdy uśmiech zniknął, Laurel z trudem zwalczyła poczucie z˙alu. I straty. – To nie... Proszę mi wierzyć, nie jestem az˙ tak zaściankowa – powiedziała szybko – ale akurat teraz wolałabym uniknąć następnych kłopotów. – Pani potrzebuje pomocy, a ja pieniędzy. To chyba normalne – powiedział spokojnie, jakby wyja- śniał, a nie prosił. Impulsywnie wyciągnęła przed siebie rękę. – To nie takie proste! – Moim zdaniem całkiem proste. Mój brat umiera na raka. Wiedziała pani o tym? Wziąłem bezpłatny urlop z pracy w Los Angeles i przyjechałem z nim odwiedzić babcię Callie. A teraz brat chce tu zostać. Dobre domowe jedzenie i spokojny tryb z˙ycia mogą mu albo pomóc, albo i nie, ale warto spróbować. Jednak nie zamierzam pozostawać na utrzymaniu babci. To prawda, z˙e mógłbym znaleźć sobie stałą i lepiej płatną pracę, ale musiałbym wychodzić z do- mu na cały dzień, a to mi nie odpowiada. Do pani miałbym blisko i nie byłbym za bardzo uwiązany. 14 Pracuję szybko i dobrze, nie ma tez˙ we mnie fał- szywej i głupiej dumy, potrafię więc słuchać poleceń. Odróz˙niam róz˙ę od rzepy, umiem murować, kłaść rury kanalizacyjne, w ogóle znam się na wszystkich tego typu robotach. Czego więcej moz˙e pani chcieć? Tylko tego, by w nieskończoność słuchać jego głę- bokiego, spokojnego głosu. A to był wystarczający powód, by zachować ostroz˙ność. – Zaplanowałam pewną drobną inwestycję – po- wiedziała. – Po oczyszczeniu ogrodu z zarośli chcia- łabym zbudować małą fontannę pośrodku klombów z róz˙ami. Nie jest to jednak warte ani pana czasu, ani umiejętności. Na jego usta znów powrócił uśmiech, który wabił Laurel wbrew jej woli. – I tak nie mam jak ich teraz wykorzystać, a juz˙ zupełnie okaz˙ą się zbędne, jeśli nie da mi pani pracy. – Nie wydaje mi się... – Coś pani zaproponuję – powiedział, podcho- dząc bliz˙ej. – Pierwszy dzień przepracuję za darmo i wtedy pani zdecyduje, czy się nadaję, czy tez˙ nie. Jez˙eli nie, sprawa na tym się skończy, lecz jeśli tak, zacznie mi pani płacić od następnego dnia. – Nie mogę na to pozwolić – zaprotestowała. – Uczciwa umowa to wszystko, o co proszę. Przyjdę o ósmej. Zgoda? Chyba naprawdę zwariowała, bo układ zaczynał jej się wydawać niemal rozsądny. A tak naprawdę, co to za róz˙nica, czy zatrudni jego, czy starego Pendera, czy tez˙ młodego Randy’ego Notta, który wykonywał drobne prace u jej teściowej? Przeciez˙ ten męz˙czyzna będzie tylko najemnym pracownikiem, po prostu 15 parą zręcznych rąk. Potrwa to dwa, trzy dni, najwyz˙ej tydzień, i Stanton odejdzie. Podjęła decyzję. – Powiedzmy o siódmej, z˙eby mógł pan zrobić jak najwięcej, zanim zacznie się upał. – Pani jest tu szefową. Skinął głową i odszedł, rozpływając się w ciemno- ściach. Po chwili Laurel usłyszała niski warkot zapa- lanego motoru, potem ryk silnika, az˙ wreszcie wszys- tko umilkło i powróciła nocna cisza. Mimo z˙e na dworze było ciepło, przeszył ją dreszcz. Objęła się mocno rękami. Sticks spojrzał na nią i zaskomlał, wyczuwając jej niepokój. – Co o tym myślisz, piesku? – spytała, zdobywa- jąc się zaledwie na cichy szept. – Czy popełniłam błąd? Wilczur, patrząc w kierunku, w którym odszedł Alec Stanton, bez przekonania pomachał ogonem. Laurel westchnęła i zamknęła oczy. – Ja tez˙ tak myślę. Następnego ranka nowo najęty robotnik przyszedł punktualnie. Laurel musiała mu przyznać przynaj- mniej tyle. Akurat zdąz˙yła włoz˙yć stare dz˙insy i wy- blakły z˙ółty podkoszulek, gdy usłyszała na podjeź- dzie warkot motocykla. Maisie Warfield, jej gosposi, jeszcze nie było. Zawsze przed przyjściem wyprawiała do pracy swo- jego ,,staruszka’’, jak nazywała męz˙a, który zbliz˙ał się juz˙ do wieku emerytalnego. Laurel wolała nie cze- kać, az˙ Alec Stanton podejdzie do drzwi i odezwie się staroświecki dzwonek. Chwyciła pantofle i w samych 16 skarpetkach pobiegła do wejścia. Przynajmniej nie musiała się martwić o Sticksa, który spędził noc na tylnej werandzie i wciąz˙ był tam zamknięty. Na podjeździe stał jasnoczerwony harley david- son, wyglądający na tle późnowiktoriańskiego domu jak biedronka na rąbku staroświeckiej koronkowej sukni. Jednak Aleka nie zobaczyła. Nie było go tez˙ w zarośniętym ogrodzie. Idąc za odgłosami trza- sków, rwania i rozłupywania, dotarła na skraj ogrodu. Alec juz˙ pracował, to znaczy oczyszczał ogrodzenie z zielonej plątaniny dzikiego wina i pnączy. Słysząc jej kroki, podniósł głowę i skłonił się. – Trzeba by wymienić co najmniej kilkanaście sztachet, a potem pomalować całe ogrodzenie, bo inaczej wszystko pójdzie w rozsypkę. W tym klima- cie drewno... – Wiem – odparła krótko. – Mógłbym... – Sama się tym zajmę – przerwała mu. – Pana zatrudniłam jako ogrodnika. Zerwał długie pnącze wina i rzucił je na ziemię. Korzenie zamierzał wykopać później. Zdjął rękawice i wepchnął je za pasek dz˙insów. Przebiegł krytycz- nym spojrzeniem po domu, jego otoczonych balust- radami werandach, zaokrąglonych z kaz˙dego końca jak pokład parowca, zwieńczeniach cienkich kolumn, wyglądających jak pajęczyny pokryte lodem, i stoz˙- kowej wiez˙yczce na dachu. – To wielki, stary dom – powiedział. – Nie moz˙na pozwolić, by zniszczał. – Nie zamierzam do tego dopuścić – odparła cierpko. – A teraz, jez˙eli pan... 17 – Babcia mówiła mi, z˙e to rodzinna rezydencja pani męz˙a. Jak doszło do tego, z˙e ten dom nalez˙y do pani? – Nikt inny go nie chciał. Tak rzeczywiście było. Dom był zaniedbany juz˙ wtedy, gdy Laurel pierwszy raz go zobaczyła. Jej teściowa, Sadie Bancroft, wyprowadziła się stąd w latach sześćdziesiątych, niedługo po tym, jak opuścił ją mąz˙, a szwagierka Laurel, Zelda, nie chciała tu mieszkać. Miała dość tej starej rudery juz˙ w czasach, gdy była dzieckiem i nie mogła się nadziwić, dlaczego Laurel po ślubie z Howardem tak zalez˙ało na odkupieniu domu od rodziny. Nawet Howard w ciągu piętnastu lat ich małz˙eństwa często narzekał na trudności z utrzymaniem budynku w ja- kim takim stanie i mówił, z˙e chciałby go sprzedać i kupić mały, elegancki domek w stylu farmerskim. Ale zawsze kończyło się na gadaniu. – Jest wielki, szczególnie dla jednej osoby. – Lubię duz˙e domy – powiedziała Laurel i nagle poczuła, twarz wypływa rumieniec. A moz˙e jednak był jakiś po- wód? Dlaczego bowiem Alec Stanton lekko się u- śmiechnął? jak bez z˙adnej przyczyny na jej – Od czego mam zacząć? – Słucham? Przechylił głowę. – Miała mi pani powiedzieć, od czego mam za- cząć swoją robotę. – Ach, tak. Oczywiście. – Odwróciła się na pięcie i poprowadziła go do frontowego ogrodu. Z początku chciała pracować razem z nim, z˙eby na 18 biez˙ąco pokazywać mu, co chce zachować, a co usunąć, jednak szybko się zorientowała, z˙e wcale nie jest to potrzebne. Znał się na roślinach, widać dobrze wykorzystał ten czas, kiedy pracował jako pomocnik ogrodnika. Poza tym był świetnie zorganizowany. Zanim zabrał się do pracy, przygotował sobie narzę- dzia, które znalazł w szopie za wolno stojącym ga- raz˙em, naoliwił je i naostrzył. – Warto byłoby kupić nowy sekator – zauwaz˙ył, przesuwając zgrubiałą opuszką kciuka po ostrzu. – Ułatwiłaby sobie pani pracę. Miał rację. – Powiem Maisie, z˙eby wstąpiła do sklepu ogrod- niczego, gdy będzie następnym razem w mieście. – Potrzebna tez˙ jest benzyna do kosiarki. – To tez˙ Maisie moz˙e kupić. Przyglądał jej się przez chwilę niezgłębionymi, czarnymi jak obsydian oczami. – Zauwaz˙yłem, z˙e jedna opona w pani samo- chodzie jest bez powietrza, a pozostałe są tak zuz˙yte, z˙e zupełnie nie nadają się do jazdy. – Nie jez˙dz˙ę zbyt wiele – powiedziała, unikając jego spojrzenia. – Babcia mówiła, z˙e pani w ogóle nie wychodzi z domu. Twierdzi, z˙e pani tylko czyta i w szopie za garaz˙em robi gliniane garnki. Dlaczego? – Bez powodu. Po prostu lubię własne towa- rzystwo. – Rzuciła mu zimne spojrzenie, po czym odwróciła się. – Gdyby pan czegoś potrzebował, będę w domu. Instynktownie uciekała w odosobnienie, po pros- tu uwaz˙ała to za najlepszy sposób samoobrony, nic 19 więcej. A tego człowieka nie powinno interesować, czy siedzi w domu, czy wychodzi, czy pracuje przy kole garncarskim, czy tez˙ leci na miotle na Księz˙yc. I nie z˙yczyła sobie, by ktoś ją obserwował, udzielał nieproszonych rad, wtykał nos w jej z˙ycie. Zapłaci mu za dzisiejszy dzień i odeśle. Dawała sobie radę, zanim Alec Stanton się tu pojawił, i będzie tak samo, gdy odejdzie. Jednak wraz z upływem dnia przekonywała się coraz bardziej, z˙e Alec naprawdę umie pracować. Gdy przy starym ogrodzeniu wyciął dziesiątki so- sen-samosiejek i krzaków sasafrasu, okazało się, z˙e płot otaczający frontową część ogrodu pilnie wyma- ga reperacji i pomalowania. Oczyścił stojący w kącie róz˙any domek Russella, wyciął róz˙e jerychońskie i pnącza. Odsłonił pergolę i ławkę z drewna cyp- rysowego, do tej pory schowane w rozrośniętym dzikim winie. Wszystkie wyrwane rośliny układał na stosie, który w końcu podpalił. Ogień tlił się powoli, a dym uniósł się tak wysoko, z˙e zasłonił południowe słońce. Laurel usiłowała nie obserwować Aleka, jednak mimo najlepszych intencji okazało się, z˙e kaz˙da czynność, którą wykonywała, nieodmiennie wiodła ją prosto do frontowych okien. Koło dziesiątej Alec zdjął koszulę. Warstewka potu lśniła na jego opalonych plecach, a pył i suche liście opadały na zawęźlone mięśnie ramion. Był rozgrzany, spocony, brudny i wspaniały. A ona nie- nawidziła go za to, z˙e nie mogła oderwać od niego oczu. Ostatnią rzeczą, jaką pragnęła widzieć w męz˙- 20 czyznach, była uroda. Co więcej, przywykła, z˙e w jej najbliz˙szym otoczeniu nic nie przypominało o ist- nieniu męz˙czyzn, i było jej z tym dobrze. Od śmierci męz˙a nawet nie myślała o miłości czy seksie. Powrót do tego wszystkiego w niczym jej nie pomoz˙e, dlatego w z˙adnym wypadku nie pozwoli, by tak się stało. – Na lunch jest pieczony kurczak na zimno i sałat- ka – usłyszała głos Maisie. – Chcesz, z˙ebym to wam podała na werandzie? Laurel odwróciła się. Na jej twarzy wykwitł ru- mieniec winy. Maisie Warfield, okrąglutka i siwo- włosa, stała w drzwiach dzielących pokój stołowy i salon. Wytarła ręce w fartuch i patrzyła na Laurel przenikliwie, ale i z uśmiechem rozbawienia. Miała bystre niebieskie oczy, w których kącikach od częs- tego śmiechu utworzyły się zmarszczki, oraz rumia- ną, opaloną twarz. – Nie. Raczej nie – powiedziała Laurel. – Mo- z˙esz... moz˙esz zanieść mu kanapkę i zimny napój. Uśmiech Maisie znikł. Silnymi rękami wsparła się pod pulchne biodra. – Dlaczego? Masz coś przeciw Alekowi? – Oczywiście, z˙e nie. Po prostu wolę być sama. – Ignorując surowe spojrzenie gosposi, odwróciła się do okna. – On nie gryzie. Usta Laurel wykrzywił ponury uśmiech. – Skąd wiesz? – Słucham? Jeszcze raz się odwróciła i spojrzała w oczy gosposi. 21 – Wiem, z˙e Alec nie gryzie, lecz mimo to nie będę z nim jadła. Ani robiła nic innego. – Wolisz zamknąć się w domu, byle tylko nie dotrzymywać mu towarzystwa. – Właśnie. Gosposia wzruszyła ramionami. – Nawet nie wiesz, co tracisz. Laurel nie odpowiedziała. Za bardzo się bała, z˙e Maisie moz˙e mieć rację. ROZDZIAŁ DRUGI Alec pracował jak opętany. Ciął, wyrywał rośliny i kopał, nie pozwalając sobie nawet na chwilę od- poczynku. Słońce paliło niemiłosiernie, pot ściekał z niego strumieniami, lecz on tylko obwiązał czoło bandaną i pracował dalej. Poniewaz˙ koszula zaczęła kleić mu się do ciała i utrudniać ruchy, zerwał ją z siebie. Piekły go głębokie skaleczenia na ramio- nach, powstałe w trakcie walki z długimi na kilkanaś- cie metrów pędami dzikiej róz˙y. Nie zwracał na to uwagi. Dobrze było rozruszać mięśnie i poczuć ich spręz˙ystą moc, dzięki czemu błyskawicznie wykonywał najcięz˙sze zadania. Cie- szyło go ciepło słońca na plecach, z przyjemnością wdychał zapach ściętych gałęzi, poruszonej ziemi i dymu. Z radością patrzył, jak znika plątanina starych pędów i bylin. Dawało mu to poczucie spełnienia. Musiał się wykazać, udowodnić, z˙e nadaje się do tej pracy, ale było w tym coś jeszcze. Chciał pokazać Laurel Bancroft, z˙e potrafi sprostać jej wymaga- niom co najmniej tak samo dobrze, jak jakiś pętak z sąsiedztwa. 23 Gdy zobaczył, w co się rano ubrała, pomyślał, z˙e będzie pracować razem z nim. Niestety, ku jego rozczarowaniu, wróciła do domu i zatrzasnęła za sobą drzwi. Od tego czasu tylko co jakiś czas do- strzegał jej sylwetkę. Sztukę ukrywania się opanowała do perfekcji. Według babci Callie od śmierci męz˙a Laurel prawie nie wychodziła z domu i ludzie utrzymywali, z˙e stała się trochę dziwna. Niezupełnie wariatka, lecz rów- niez˙ nie do końca zwykła pani domu, której czas upływa głównie na zakupach, oglądaniu telewizyj- nych seriali i uczęszczaniu do klubu tenisowego. Praca nie wymagała od Aleka specjalnej koncent- racji umysłu, rozmyślał więc o róz˙nych rzeczach. Mógł z łatwością wyobrazić sobie Laurel Bancroft jako księz˙niczkę, na którą ktoś rzucił czar. Jej delika- tna, krucha postać zdawała się to sugerować. Została zamknięta i uśpiona w starym domu przypominają- cym zamek, a z˙ycie toczyło się obok niej. On sam mógłby być księciem, który, przedzierając się przez ciernie i kolce, wreszcie do niej dotrze i uwolni od złych czarów. Jezu, chyba zaczyna mu się mieszać w głowie! Co z niego za ksiąz˙ę lub błędny rycerz! Nie ma zbroi, zamiast mieczem macha sekatorem, a do doskonałości tez˙ mu daleko. I w z˙adnym wypadku nie jest cnotliwy. Z boku domu zatrzeszczały siatkowe drzwi. Mai- sie wyszła na werandę i przechyliła się przez poręcz. – Chłopcze, czas na lunch! – zawołała. – Podam ci kanapki tu, na werandzie. Chcesz wodę czy her- batę? 24 Alec wyprostował się, wytarł przedramieniem pot z oczu i czoła, a potem spiorunował ją wzrokiem. – Chłopcze? Posłała mu serdeczny uśmiech i Alec poczuł w sercu miłe ciepło. – Nie podoba ci się? Wolałbyś, z˙ebym nazwała cię głupcem, bo w tym słońcu pracujesz z gołą gło- wą? Wypijesz wodę czy herbatę? – Wodę. – Powinien był wiedzieć, z˙e nie zdoła onieśmielić kobiety, która, jak twierdzi, w swoim czasie zmieniała mu pieluszki. – Gdzie jest pani Bancroft? Gosposia spojrzała gdzieś w bok. – Nie będzie jadła lunchu. Jez˙eli chcesz się umyć, za kuchnią jest łazienka. No cóz˙, Laurel Bancroft po prostu go unikała. Nie wiedział, czy ma się z tego cieszyć, bo jest to znak, z˙e ją zaniepokoił, czy tez˙ martwić, bo mogło to ozna- czać, z˙e go nie cierpi. Tak czy owak będzie musiał coś z tym zrobić. Przynajmniej gosposia go nie lekcewaz˙yła. Przy- niosła na werandę swojego kurczaka oraz sałatkę i usiadła przy zacienionym stole. Alec najpierw zaczął dobrodusznie podkpiwać z jej diety odchudza- jącej, dowodząc, z˙e gdy Maisie straci swoje rozkosz- ne zaokrąglenia, jej mąz˙ będzie bardzo rozczarowany i moz˙e zainteresować się innymi pulchnymi piękno- ściami, jednak po chwili poruszył temat, który na- prawdę go intrygował. – Powiedz mi coś o pani tego domu. Rzeczywiś- cie jest pustelnicą, czy tylko zadziera nosa? – Od- chylił się w krześle. Ścierając kciukiem rosę ze szklan- 25 ki z mroz˙oną wodą, usiłował wyglądać na znudzone- go i nieco zdegustowanego. Maisie spojrzała na niego z ukosa. – Po prostu nie przepada za ludźmi. – Dlaczego? – Jej mąz˙ nie z˙yje. Wiesz o tym? Alec tylko skinął głową i rozmasował prawe ra- mię, w którym zaczął go łapać kurcz. Po chwili milczenia Maisie dodała: – A czy równiez˙ wiesz, z˙e to ona go zabiła? Ze zdumienia usiadł wyprostowany. – Gadasz bzdury... To znaczy... Nie wierzę w to! – To prawda. Klnę się na Boga – odparła Maisie. – Nie twierdzę, z˙e chciała go zabić, po prostu stanął za samochodem w chwili, gdy tyłem wyjez˙dz˙ała z garaz˙u. Jednak niektórzy ludzie, na przykład jej teściowa Sadie Bancroft, utrzymują, z˙e zrobiła to celowo. – Do diabła! Chyba nikt inny w to nie uwierzył? Przeciez˙ wystarczy na nią popatrzeć. Jak mogłaby kogoś zabić? – Są ludzie, którzy uwierzą we wszystko. Poza tym w tamtym czasie między Laurel i Howardem były jakieś nieporozumienia, no i dochodzi jeszcze wysokie ubezpieczenie na z˙ycie. – Ale niczego jej nie udowodnili? – Nie było nawet oficjalnego śledztwa, a Sadie Bancroft twierdzi, z˙e stało się tak dlatego, poniewaz˙ szeryf Tanning kiedyś spotykał się z Laurel. Trudno powiedzieć, jak było naprawdę, w kaz˙dym razie sprawa została umorzona. – Ale nie plotki? 26 – Nie, ich nie da się uciszyć. – Dlatego teraz ona się ukrywa, choć, jeśli nie zabiła męz˙a umyślnie, nie ma ku temu powodu. Maisie wyraźnie unikała wzroku Aleka. Zastana- wiał się, dlaczego. – Myślisz, z˙e mi powie? – Moz˙e. – Gosposia wstała i zaczęła zbierać naczynia. – To będzie zalez˙ało od tego, w jaki sposób ją zapytasz oraz wyjaśnisz swoje zainteresowanie tą sprawą. – Odeszła z naczyniami, pozostawiając go samego. Alec siedział jeszcze kilka minut. Pił wodę, w któ- rej lód juz˙ się rozpuścił, i przyglądał się ogrodowi. Oceniał efekty swej dotychczasowej pracy i planował dalsze roboty. Teren był tak zarośnięty, z˙e trudno było się zorientować, jak tu dawniej wyglądało. Kiedyś ogrodzenie broniło dostępu krowom, które w dawnych czasach chodziły swobodnie po łąkach. Furtka prowadziła na podjazd wiodący do fronto- wych drzwi, który potem ostro zakręcał az˙ do wolno stojącego garaz˙u. Ceglany chodnik szedł od furtki do schodów, a od niego w obie strony odchodziły dróz˙ki, które okrąz˙ały dom i wiodły na tyły posesji. Przyglądając się ogrodowi, Alec doszedł do wnio- sku, z˙e rośliny sadzono tu na chybił trafił. Jedynym wyjątkiem była wielka kamelia, która rozrosła się w drzewo, i kapsztadzki jaśmin rosnący w rogach płotu, a takz˙e róz˙e pnące się wzdłuz˙ całego ogrodze- nia, ponad pergolami i furtkami. Gdy przedtem ob- chodził teren, wszędzie widział narcyzy, irysy i luk- recję. Niegdyś ziemia na grządkach między nimi na pewno była starannie pielona i zagrabiana we wzory, 27 ale później, chyba w latach czterdziestych lub pięć- dziesiątych, w miejscach wolnych od kwiatów posia- no po prostu trawę. Do tej pory pozostały tam placki gęstej darni, lecz i tak na całym obszarze dominowały zielska i kolczaste krzewy, a takz˙e drzewa-samo- siejki, których starczyłoby na spory lasek. A on musi się teraz z tym uporać. Wypił wodę, włoz˙ył przepocone rękawice i wrócił do pracy. Maisie wyszła koło czwartej. Pomachała mu na poz˙egnanie ręką i odjechała swoją starą landarą. Alec w tym czasie usiłował oczyścić z wysokich głogów miejsce, w którym znalazł mnóstwo bulw. Gdy upły- nęło juz˙ sporo czasu, uznał, z˙e Laurel nie będzie mogła posądzać go, iz˙ czekał tylko na wyjście gos- posi, by wedrzeć się do domu. Włoz˙ył koszulę, pod- szedł do drzwi i zdecydowanym ruchem przekręcił wyłącznik staroświeckiego mosięz˙nego dzwonka. Ostry, dysonansowy dźwięk wypełnił cały dom. Gdzieś na tyłach znający swoje obowiązki wilczur natychmiast zaczął szczekać. Alec juz˙ wcześniej dostrzegł Sticksa zamkniętego na werandzie, ale tylko popatrzyli na siebie przez siatkowe drzwi. Teraz, opierając się o futrynę, zastanawiał się, kogo Laurel chroni: jego przed psem czy psa przed nim. Laurel nie miała ochoty otwierać drzwi. Nagle poczuła się zagroz˙ona we własnym i dotąd tak bezpiecznym domu. Z˙ałowała, z˙e wspomniała Mai- sie o swoim zamiarze doprowadzenia ogrodu do porządku. Gdyby tego nie zrobiła, Alec Stanton nigdy by się tu nie pojawił. Przeciez˙ mogła zostawić wszystko tak, jak to trwało od niemal pięciu juz˙ lat, 28 czyli z˙yć w wygodnej samotności, nie utrzymując praktycznie z˙adnego kontaktu z zewnętrznym świa- tem. Jedynymi ludźmi, z którymi się widywała przez ten cały okres, były jej dorosłe dzieci, gosposia i człowiek, który przywoził furgonetką sprawunki zamówione w sklepach wysyłkowych. Katalogi stały się dla niej głównym łącznikiem ze światem i właśnie katalog przepięknych teksańskich róz˙ natchnął ją myślą, by znów zająć się ogrodem. Nie przewidziała jednak, do czego to moz˙e doprowa- dzić. Przepełniona dziwną mieszaniną lęku i irytacji, po trzecim dzwonku gwałtownie otworzyła drzwi. – Słucham? – W jej ostrym głosie nie było naj- mniejszej zachęty, by natręt wszedł do środka. – Madame, przykro mi, z˙e panią niepokoję – po- wiedział oparty o futrynę drzwi Alec – ale muszę panią spytać o kilka rzeczy. Doskonale wiedziała, z˙e wcale mu nie jest przy- kro, nie rozumiała natomiast, dlaczego zjawił się dopiero teraz, gdy gosposia juz˙ wyszła. Najchętniej zatrzasnęłaby mu drzwi przed nosem, obawiała się jednak, z˙e mógłby jej na to nie pozwolić. – O co chodzi? – wycedziła przez zaciśnięte zęby. – Chciałbym, z˙eby mi pani pokazała, gdzie ma być ta fontanna. Powinienem tez˙ wiedzieć, jak mam rozmieścić grządki róz˙, o których pani wspominała. Poza tym nie jestem do końca pewny, co mam zo- stawić, a co wyciąć. Ze zmarszczonym czołem Laurel spojrzała na ogród. – Przeciez˙ nie doszedł pan jeszcze do tego etapu. 29 jeszcze wyrywa pan niepotrzebne rośliny Nadal i oczyszcza miejsca pod róz˙e. Uśmiechnął się leniwie, a ona poczuła się juz˙ cał- kiem nieswojo. – Zawsze lepiej mieć jakiś plan. Czy mogłaby pani wyjść na chwilę i na miejscu pokazać mi, co mam robić? Jak mogła odmówić tak uprzejmej prośbie? Poza tym spodobało jej się, z˙e po raz pierwszy od lat widzi całą drogę az˙ do furtki, poniewaz˙ Alec oczyścił chodnik i pobocze z zielska i krzewów. Póki wszyst- ko było zarośnięte i plątanina krzaków przesłaniała widok, miała wraz˙enie, z˙e do furtki jest bardzo daleko. Teraz okazało się, z˙e to tylko kilka metrów. Zanim zdąz˙yła pomyśleć, juz˙ przekroczyła próg i szła ceglaną ściez˙ką. Alec przez cały czas mówił, pokazywał więdnące liście z˙onkili, pytał, czy chce zostawić z˙ółty jaśmin, który torował sobie drogę poprzez wielką spireę obok bocznej furtki, i o dzie- siątki innych rzeczy. Odpowiadała, ale była boleśnie świadoma, z˙e znajduje się na dworze, pali ją popołudniowe słońce, a przy tym stała się nagle zalez˙na od woli innego człowieka, który na dodatek jest obcym męz˙czyzną. Odczuwała niejasny lęk, pomieszany z narastającym podnieceniem. Niemal widziała ogród taki, jak go sobie wyobraz˙ała, wyłaniający się z chaosu, do które- go powstania sama dopuściła. W ciągu jednego dnia Alec zdołał przywrócić mu pierwotną formę, tak z˙e mogła teraz przypomnieć sobie, jak było tu niegdyś, oraz zdecydować, jak ma być w przyszłości. Róz˙e. Marzyła o róz˙ach. Nie o tych wypranych 30 z wszelkiej naturalności, spreparowanych przez pro- fesjonalnych hodowców w niemal doskonałe odmia- ny, lecz o odwiecznych, starych róz˙ach Burbonów, róz˙ach chińskich, herbacianych, galijskich. Pogar- dzane i zapomniane, mimo to przetrwały na cmen- tarzach i przy ruinach opuszczonych domów, zdzi- czałe i omijane ze wzgardą, a jednak najpiękniejsze. Wczesną wiosną, a nawet w palącym upale lata i jesieni, rozwijały pąki w cudowne, delikatne kwia- ty i nasycały powietrze słodkim zapachem, jakby tchnieniem swojej duszy. Stojąc pośrodku frontowego ogrodu, Laurel po- wiedziała: – Chciałabym mieć fontannę tutaj. Powinna ją otaczać ściez˙ka, która będzie się rozwidlać w obie strony i prowadzić az˙ do schodów. Dobrze byłoby obsadzić ją bukszpanem, tak jak we francuskich ogrodach, a takz˙e rozmaitymi bylinami, na przykład goździkami z Bath, niebieską szałwią i stokrotkami Shasta. Poza tym tylko róz˙e, mnóstwo róz˙. Spojrzała na Aleka, przestraszona, z˙e uzna ją za osobę egzaltowaną. Patrzył na nią z namysłem w czar- nych oczach i z lekkim uśmiechem. Przez długą chwilę milczał, potem, jakby nagle się ocknął, szyb- ko skinął głową. – Mogę to zrobić. – I myśli pan, z˙e tak będzie dobrze? – Moim zdaniem to doskonały pomysł. Wydawało się, z˙e jest szczery, ale Laurel nie była w stanie mu uwierzyć. – Mówi pan tak tylko dlatego, z˙e taka praca trwa- łaby całe tygodnie. 31 Uśmiech zniknął z jego twarzy. – Absolutnie nie. Po prostu czuję ulgę. Bałem się, z˙e zamierzała pani posadzić łatwe do utrzymania jałowce, czyściutkie i podsypane ściółką. Skrzywiła się. – To byłoby za bardzo w stylu Wschodniego Wybrzez˙a. – Właśnie – przyznał. Przez króciutką chwilę poczuła się w jego obecno- ści tak dobrze, jakby był bliską jej osobą. Choć w rzeczywistości nic ich nie łączyło, zdawało się jej, z˙e nadają na tej samej fali. jez˙eli Moz˙e to znak, z˙e jednak mogą się dogadać? Oczywiście tylko wtedy, ich kontakty nie wykroczą poza zwykłe stosunki pracodawczyni-pra- cownik. Zalez˙ało jej na tym ogromnie, bowiem posiadanie prawdziwego ogrodu było dla niej sprawą niezwykłej wagi. Dzikie chaszcze powodowały, z˙e coraz niechętniej opuszczała swój dom, co groziło krańcową izolacją od zewnętrznego świata. Jedynie wymarzony ogród mógł ją przed tym uratować. – Chciałbym pani coś pokazać – powiedział Alec, przerywając tok jej myśli. Odwrócił się i poprowadził ją na tyły domu, gdzie dawniej była wolno stojąca kuchnia. Przeniesiono ją do domu dopiero tuz˙ przed drugą wojną światową. Widząc, dokąd ją prowadzi, Laurel zwolniła kroku, a potem zatrzymała się. Odsunął wyrwane wcześniej gałęzie i zielska, i odsłonił ceglaną cembrowinę, przykrytą wielką betonową pokrywą, którą uniósł nieco do góry, a na- stępnie zsunął na bok. – Nie! – krzyknęła Laurel, cofając się szybko. 32 Alec wyprostował się i wsparł pięściami pod biodra. – Wie pani, co to jest? – Oczywiście, z˙e wiem. To cysterna – odparła z rozdraz˙nieniem. – Ale mój mąz˙ nigdy... To znaczy zawsze mówił, z˙e jest bardzo niebezpieczna. Nikomu nie pozwalał się do niej zbliz˙ać. Alec zmarszczył czoło. – To po prostu dziura w ziemi, otoczona ceglaną cembrowiną. Nic więcej. – Howard zawsze się bał, z˙e ktoś, a zwłaszcza któreś z dzieci, moz˙e tu wpaść. – To dlaczego jej nie zasypał? No cóz˙, nie zrobił tego, a teraz, gdyby tylko pani wyraziła zgodę, moz˙na by tu zrobić ozdobną sadzawkę. Trzeba by ją uszczel- nić, dać trochę zaprawy między cegły. To nie wyma- gałoby wielkiej pracy. – Byłaby bardzo głęboka – zaprotestowała. – Baseny tez˙ są głębokie – powiedział, wzrusza- jąc ramionami – a przeciez˙ ludzie budują je przy swoich domach. Poza tym tutaj nie ma dzieci, które mogłyby wpaść do wody. Laurel potrząsnęła głową, próbując opanować dreszcz. – Wolę nie mieć sadzawki. – Jak pani sobie z˙yczy. Miałem po prostu taki pomysł. Był wyraźnie rozczarowany. Entuzjazm zniknął z jego twarzy, a ruchy stały się sztywne, gdy przesu- wał na miejsce cięz˙ką betonową pokrywę. – Widział pan strumień? – spytała niespodzie- wanie. 33 – Ten, który dociera do drogi i płynie dalej? Skinęła głową i poprowadziła go do rzeczki, która płynęła za Ivywild. Woda lśniła między wysokimi bukami, wawrzynami i kępami paproci. Nagle uświa- domiła sobie, co właściwie robi. Wyszła za ogrodze- nie! Z kaz˙dym krokiem oddala się od swojego bez- piecznego azylu. Kiedy ostatnio zdarzyło się, z˙e wy- szła poza ogród ot tak, bez namysłu? Przeszył ją dreszcz. Poczuła się naga, jakby opuś- ciła ochronny kokon. Zaczęła w niej narastać panika, ale zwalczyła ją całą siłą woli. Zmusiła się do spo- kojnego oddychania. Nic jej się nie stanie. Z całą pewnością wszystko będzie dobrze. Szerokie ramiona i silne ciało Aleka, który szedł obok niej, gwarantowały bezpieczeństwo. Ten męz˙czyzna jak ściana oddzielał ją od kaz˙dego potencjalnego zagroz˙enia. Czuła to juz˙ w nocy, a te- raz owo wraz˙enie jeszcze się pogłębiło. Oczywiście tak naprawdę nic tu Laurel nie groziło. Niebezpieczeństwo tkwiło tylko w jej głowie, a ona musi wreszcie zwalczyć ten strach. Wiedziała o tym i była zdecydowana powtarzać to sobie tak długo, az˙ w końcu sama uwierzy w swoje słowa. Zresztą nie będzie długo przebywać poza domem, tylko pokaz˙e Alekowi Stantonowi strumyk i natychmiast wróci. Gdy podąz˙ała przodem, schodząc po zboczu poro- śniętym krzakami i drzewami, w niezwykły sposób odczuwała z˙yczliwą i pełną bezpiecznego ciepła obecność Aleka, który z naturalnym indiańskim wdziękiem poruszał się cicho jak leśny duch. W mro- cznym cieniu drzew wydawało jej się, z˙e jego spalo- na słońcem skóra ma miedziany odcień. 34 Nadal brakowało im naturalnej swobody, ale nie było juz˙ tego napięcia co przedtem. Laurel nie pamiętała, kiedy ostatnio tak intensywnie odczuwała bliskość jakiegokolwiek człowieka. Co dziwniejsze, był nim męz˙czyzna, a przeciez˙ od tak dawna, poza nastoletnim synem, nie tolerowała wokół siebie przedstawicieli tej płci. Alekowi spodobał się strumień. Stał po kolana w rosnących na brzegu paprociach, ściągnięte w wil- gotny kucyk włosy opadały mu na plecy, a poruszane wietrzykiem liście drzew rzucały na przemian szare cienie i złote światło na jego brązową skórę. Z uśmie- chem odwrócił się do Laurel, a jej serce z wraz˙enia niemal przestało bić. – To stwarza wielkie moz˙liwości – powiedział z namysłem swoim głębokim głosem. – Wiem – odparła i znów zabrakło jej tchu. Nagle owe moz˙liwości wywołały w niej większy lęk niz˙ to wszystko, co przez˙yła w ciągu ostatnich pięciu długich lat. Przechylił głowę na ramię. Czerń jego oczu przy- wodziła na myśl roztopioną słodką czekoladę. – Czy to znaczy, z˙e mam pracę? W ciągu jednego dnia zrobił tak wiele, podoła więc na pewno temu, by oczyścić Ivywild z całego zielska i urządzić dla niej ogród róz˙any. Gdyby nie zdobyła się na to, by wyjść na dwór i ocenić postęp robót, gdyby nie spostrzegła, jak wiele moz˙na się spodziewać po Aleku, być moz˙e jej decyzja byłaby inna. Jednak teraz mogła odpowiedzieć tylko w jeden sposób. – Tak... Myślę, z˙e tak. 35 Jego twarz rozjaśniła się nagłą radością. – Dobrze – powiedział miękko. – A nawet wspa- niale. Laurel wcale nie była o tym do końca przekonana. Jej pewność jeszcze bardziej zmalała, gdy nade- szła noc i Alec z rykiem silnika odjechał na swoim harleyu. Przyzwyczaiła się do tego, z˙e jest sama, a jednak teraz po raz pierwszy od wielu lat czuła się naprawdę samotna. Wieczór był ciepły, ale ona drz˙ała. Otoczyła się ramionami i rozmyślała, jak by to mogło być, gdyby w tej chwili obejmował ją jakiś męz˙czyzna... Od tak dawna juz˙ tego nie doznała. Howard nie był zbyt wraz˙liwy na emocjonalne niuanse. Gdy w potrzebie czułości instynktownie przytulała się do niego, traktował to jako jednoznacz- ną zachętę i szybko dochodziło do zbliz˙enia. Moz˙na więc powiedzieć, z˙e w jej małz˙eństwie poz˙ycie seksualne nie stanowiło z˙adnego problemu. Nie było oczywiście jakichś szczególnych wzlotów, ale rów- niez˙ i upadków, ot, systematyczne, rutynowe za- spokajanie potrzeb. Rozmawiali ze sobą najczęściej o sprawach praktycznych, narzucanych przez co- dzienne z˙ycie, o konieczności wezwania hydraulika, postępach dzieci w szkole, o tym, co przygotować na kolację. Czasami wychodzili do restauracji albo do znajomych, a potem wracali do domu w milczeniu. Zdarzało się, z˙e Howard brał ją za rękę, jednak nie potrafił nikogo obdarzyć serdeczną pieszczotą, nie był zdolny do przez˙ycia owych ulotnych chwil, w których niby nic się nie dzieje, a w istocie ludzkie dusze łączą się w tajemnym uścisku i poznają wzaje- mnie. 36 Laurel otrząsnęła się. Jak moz˙na tęsknić za czymś, czego nigdy się nie doznało? To po prostu głupota, z˙ałosne marzenia zgorzkniałej kobiety. Była samotna i na tym polegał jej kłopot. Czekała ją pusta, nudna i ponura noc. W telewizji nie emito- wano niczego ciekawego, a wszystkie posiadane ksiąz˙ki juz˙ dawno przeczytała. Nie była śpiąca, nawet nie była zmęczona. Wciąz˙ obsesyjnie myślała o Aleku Stantonie. W jaki sposób na nią patrzył, jak się uśmiechał, jak wymawiał poszczególne słowa. Wspominała kaz˙dy jego gest, kaz˙de drgnienie twarzy. No i te jego oczy, głęboko osadzone pod gęstymi brwiami, oraz wysoko wysklepione kości policzkowe, które nadawały mu drapiez˙ny wygląd staroz˙ytnego wojownika. Był sil- ny, zręczny i spręz˙ysty. Gdy pracował, co chwila napinały się jego potęz˙ne mięśnie, a wtedy wytatuo- wany smok oz˙ywał i nabierał mocy. Co się z nią dzieje? Czyz˙by do reszty zgłupiała? Fantazjuje o wynajętym robotniku, w dodatku młod- szym od niej co najmniej o dziesięć lat... Zapatrzyła się w tego faceta, jakby była naiwną panienką, która dopiero co przyjechała do college’u i niczego jeszcze nie dowiedziała się o sobie i z˙yciu. Jak mogła w tak niemądry sposób poddać się głupiemu, zupełnie nie- stosownemu, wręcz skandalicznemu zauroczeniu? To po prostu śmieszne, z˙e takie figle moz˙e płatać nam umysł. Alec i ona w miłosnym uścisku? Z˙enujące i niesmaczne. Ona jest starzejącą się i zdziwaczałą kobietą, skazaną na samotną wegetację, a on młodym, wspa- niałym męz˙czyzną, potęz˙nym czarnym orłem, który 37 tylko na chwilę wylądował w jej ogrodzie. Wolno jej go podziwiać, ale marzyć o nim? Fantazjować? Powinna spojrzeć na to wszystko z dystansu i zo- baczyć cały komizm sytuacji. Niestety, nie potrafiła tego uczynić. Pragnie się kochać, znaleźć się w krainie szalonej miłości. No cóz˙, poznała atrakcyjnego faceta i wypo- szczony organizm upomniał się o swoje prawa. Nie ma się czemu dziwić. Tyle lat z˙yła jak pustelnica. I niech tak zostanie. Bo niby jakie ma szanse, by urzeczywistnić swoje marzenie? Alec Stanton szukał pracy i znalazł ją, a po wykonanej robocie, nie oglądając się za siebie, po prostu odejdzie. I wszystko będzie jak dawniej, tyle tylko, z˙e jako pamiątka po przez˙ytym w wyobraźni romansie pozostanie jej ogród róz˙any. I tym musi się zadowolić. Popełniła błąd, wychodząc na dwór. Zlekcewaz˙y- ła pierwsze sygnały o pojawiającym się zagroz˙eniu i teraz za to płaci cierpieniem, bólem niespełnienia. Musi się bronić, póki jeszcze potrafi, bo inaczej oszaleje. Narzuci sobie twardą dyscyplinę, zdusi w zarodku poz˙ar, który zaczyna ją ogarniać. Dopóki Alec nie skończy pracy w ogrodzie, ona juz˙ nie opuści domu. Dzięki temu nie pozwoli się zranić. Jednak instynkt podpowiadał jej, z˙e niezalez˙nie od tego, co zrobi, i tak przegra. Nie zdoła się obronić przed fatalnym przeznaczeniem i czeka ją ból. ROZDZIAŁ TRZECI Laurel Bancroft obserwowała go przez okno. Alec juz˙ kilka razy przyłapał ją na tym. Nie podobało mu się to i złościło, bo czuł się przez nią jak przestępca, od którego nalez˙y trzymać się jak najdalej. Albo, co gorsza, uwaz˙ała, z˙e nie był na tyle dobry, by zasługiwać na jej towarzystwo? Do diabła, wie dobrze, ile jest wart i ma przeciez˙ swoją godność! Cicho zaklął. Zachowywała się tak juz˙ od trzech dni. Miał tego dość! Nie obchodziło go, z˙e jest wdową, ani to, z˙e zabiła męz˙a i ma uzasadnione powody, aby kryć się przed ludźmi. Nie obchodziło go nawet to, z˙e nie widywała nikogo prócz Maisie. Chciał, z˙eby wyszła z domu. Chciał, z˙eby z nim rozmawiała. Jednak złość, jaka w nim narastała, gdy wyrywał, kopał i wyrąbywał zielsko, była dziwna. Juz˙ od wielu lat nie przejmował się tym, co ludzie o nim myślą i jak się wobec niego zachowują. Laurel Bancroft otworzyła jednak stare rany. Przez nią znów stał się wraz˙liwy jak nastolatek, a to tylko zaostrzało preten- sje, jakie miał wobec niej. 39 Nie wiedział, dlaczego właśnie ona wywołuje w nim takie uczucia. Nie chodziło o to, z˙e jest atrakcyjną kobietą, bo takich w Kalifornii z˙yją tysią- ce, a on juz˙ się nimi nasycił. Ani tez˙ o to, z˙e, jak zgodnie z prawdą mawiał jego brat, miał słabość do kobiet, które popadły w kłopoty, bo swoje na tym polu tez˙ juz˙ przez˙ył i nie szukał nowych przygód. Czym się więc kierował w swoich emocjach w stosunku do tej dziwnej, tajemniczej kobiety? Znów ją zobaczył, tym razem w oknie przy końcu domu. Stała trochę z tyłu, ledwo uchyliła zasłonę, ale nauczył się juz˙ rozpoznawać jej cień. Miał naprawdę tego dość. Rzucił łopatę, zdjął rękawice i wpakował je do tylnej kieszeni. Nie pozwoli się dłuz˙ej szpiegować. Albo Laurel wyjdzie do niego, albo on wejdzie do jej domu. Gdy zapukał, drzwi otworzyła Maisie. Widząc je- go ponurą minę, uniosła pytająco siwe brwi. – Coś się stało? – spytała, wycierając ręce o far- tuch. Alec skinął głową. – Muszę porozmawiać z panią Bancroft. – Jest zajęta – poinformowała go gosposia, tara- sując sobą wejście. – Czego potrzebujesz? – Odpowiedzi. Moz˙esz ją zawołać? Maisie przyjrzała mu się. W jej wyblakłych o- czach zapaliła się iskierka zrozumienia dla ludzkich słabości. W końcu skinęła głową. – Zaczekaj tu. Patrząc, jak gosposia odchodzi, Alec wsparł się pod boki. Zaczekaj tu, powiedziała. Zaczekaj jak 40
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Ogród grzechu
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: