Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00332 006020 14496230 na godz. na dobę w sumie
Ojciec, syn i duch oceanu - ebook/pdf
Ojciec, syn i duch oceanu - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 257
Wydawca: Self Publishing Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-272-3986-0 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> dla dzieci i młodzieży >> młodzieżowe
Porównaj ceny (książka, ebook (-8%), audiobook).

„Ojciec, syn i duch oceanu” to wakacyjna opowieść, której akcja rozgrywa się na południowo-zachodnim wybrzeżu Francji, w Akwitanii.

Po śmierci matki, 19-letni Filip spędza czas z mieszkającym za granicą ojcem. W malowniczym miasteczku Jeuneville przeżywa swoją pierwszą miłość i pierwsze poważne rozterki związane z życiem obecnym i przyszłością. Angażuje się w sprawy poznanych tam osób i uświadamia sobie, że w każdym zakątku świata, ludzie przeżywają te same emocje, radości i smutki.

 

Książkę zakwalifikowałem jako lektura dla młodzieży, choć w gruncie rzeczy jest to powieść dla każdego: historia ciepła, sympatyczna i refleksyjna.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Rozdział pierwszy (fragment) Czwartek, 1 lipca 1993 r. Ten obraz prześladuje mnie nocą, nawiedza - chciany i niechciany zarazem: półnaga Suzanne bawiąca się z psem w spienionych falach Atlantyku. Zmysłowa i pełna życia, opalona i radosna. Widzę jak jej piersi wznoszą się i opadają, falują w rytmie frenetycznych podskoków. Dziewczyna wbiega do morza, a w ślad za nią pędzi doszczętnie przemoknięty jamnik. Pies wściekle ujada, prycha wodą, śmiesznie podskakuje na krótkich łapkach. Suzanne zawraca na wilgotny, liźnięty wodą piasek, a pies próbuje chwycić zębami rąbek jej białej, falbaniastej spódnicy, którą dziewczyna podkasuje wysoko, odsłaniając mocne uda. Rozpuszczone włosy koloru nadmorskiego piasku pozlepiane w strąki plączą się jej na twarzy. I to ciało. Bursztynowe, obfite; oprószone konfetti z piegów. Płaski brzuch i biodra bogini. Śmieje się głośno, gdy bryzgi wody spryskują jamnika, odgarnia z ust wilgotne kosmyki; zerka czy na nią patrzę. Podświadomie wiem, że chce, żebym na nią patrzył, żebym pożerał ją wzrokiem. Więc gapię się na nią bezczelnie. Wbrew sobie; z satysfakcją i poczuciem winy. Jednym i drugim jednocześnie. Z płonną nadzieją, że jestem dla niej niewidoczny, jak widz po drugiej stronie telewizyjnego ekranu. Naturalna jak sama natura, doskonale wpisuje się w nadmorski krajobraz. Jestem tak zaskoczony jej nieskrępowaniem, niewinnością nagości, że nawet nie chce mi się karcić siebie za grzeszne myśli. Dopiero teraz spostrzegam Alberta. Siedzi pochylony przy stoliku na wypłowiałej w słońcu drewnianej werandzie, prostuje się i macha do mnie ręką. Szkicuje coś na dużej kartce papieru. Ma na sobie tylko granatowe szorty i słomkowy kapelusz. Robi mi się gorąco na myśl, że widział moje nachalne spojrzenie utkwione w jego dziewczynie. - Salut, Philippe! Ça va? – nagle słyszę jej głos, tuż przy uchu. Upuszczam torbę z zakupami, które im przyniosłem. W piasek leci chleb pocięty na cienkie kromki, bułki z sezamem, mleko, dżem, zapakowane w folię wędliny i owoce, więc Suzanne pochyla się, żeby je podnieść. Przy tym muska mnie jakąś wilgotną częścią ciała, może piersią? Czuję kwiatową nutę jej perfum, słodycz pomieszaną z zapachem potu i morskiej wody. Dziewczyna śmieje się ze mnie bez cienia złośliwości i zbiera spod nóg wiktuały. Klękam tuż przy niej, ramię obok jej nagiego ramienia. Nasze głowy niemal się stykają. - Salut! – odpowiadam, skrępowany jej bliskością. W roztargnieniu gładzę mokrą sierść na karku jamnika i jeszcze raz, kątem oka, zerkam na biust dziewczyny. Jej piersi lekko wydłużają się, gdy się pochyla. Ich końcówki zdobią duże, ciemne sutki. - Przepraszam! – gdy się prostuję i strzepuję z kolan piasek wołam nie do niej, lecz do Alberta i uciekam wzrokiem od jej kuszących krągłości. – Ale ze mnie niezdara... - tłumaczę się przed nim czy przed samym sobą, jakbym dopiero uświadomił sobie ten fakt, znany mi przecież od dawna. Domek wspiera się na krótkich palach, więc na werandę wchodzę po kilku nierównych schodkach. Drewniana konstrukcja otoczona barierką jęczy pod moimi stopami. Chata wygląda na wzniesioną dawno temu; niezbyt starannie, jakby tymczasowo. Mam wrażenie, że trzyma ją w całości tylko wydma, o którą opiera się jedną ze ścian. Z wysokości werandy spoglądam na lazurowe morze, pogniecione wiatrem jak kartka papieru w nerwowej dłoni. Atlantyk mieni się tysiącami kłujących w oczy refleksów. Pas miałkiego piachu ciągnie się dokąd sięgam wzrokiem, wyginając się w oddali w łagodny łuk. Albert Poupon wyciąga na powitanie włochatą rękę ponad blatem kwadratowego stolika. - Dzięki za zaopatrzenie – pokazuje w szerokim uśmiechu garnitur równych, białych zębów. - Napijesz się piwa? – pyta i, nie czekając na odpowiedź, wstaje. Jest krępym mężczyzną o urodzie południowca, którą wzmaga ciemna opalenizna. Ma mocny uścisk dłoni i ładnie zarysowane mięśnie. Sprawia wrażenie sportowca, a nie artysty. Jednak jest malarzem. Przynajmniej czuje się nim. Ma też bzika na punkcie nurkowania do wraków statków i szukania podwodnych skarbów. Suzanne znika z zakupami w mroku chaty. Albert wchodzi za nią przez otwarte na oścież drzwi, z których łuszczy się niebieska farba. Zostaję na progu, zerkając do wnętrza. Pokoik przedzielony jest ciężką, zieloną kotarą, za którą znajduje się coś w rodzaju aneksu kuchennego. Dziewczyna energicznie trze włosy ręcznikiem, patrząc na swoją przyprószoną piegami twarz w lustrze. Zauważa, że się jej przyglądam i posyła mi uśmiech. Albert, mijając kochankę, klepie ją lekko w pupę. Potem schyla się, sięga po piwo do turystycznej lodówki stojącej pod stolikiem, na którym umieszczono dwupalnikową kuchenkę na gaz z butli. Wyciąga dwie zielone, wilgotne butelki, a wracając całuje Suzanne w usta. Ich popiersia odbijają się w lustrze otoczonym metalową ramą. Dziewczyna odwzajemnia pocałunek. Wpijają się w siebie jakby na pokaz, jakby robili to specjalnie, żeby mnie zawstydzić. Udaje im się to. Cofam się na werandę, gdzie słońce poraża moje oczu. Albert wygląda na trzydzieści lat. Przy moich dziewiętnastu wydaje mi się stary. Jest też sporo starszy od Suzanne. Słyszałem, że uważany jest za „obiecującego” malarza. A może sam to powiedział…? Może tylko tak myśli o sobie. Żeby spełnić tę niejasną „obietnicę”, ciągle poszukuje własnego stylu; bez końca poprawia swoje prace, szarpie się na łańcuchu swoich ograniczeń, nie mogąc się od nich uwolnić. Pierre twierdzi, że w zachowaniu jego kuzyna więcej jest pozerstwa niż prawdziwej twórczej pasji. Bycie artystą nobilituje go w jego własnych oczach, czyni kimś więcej niż jest. Kimś, kto ma potencjał i moc wzniesienia się ponad codzienność. Dla niego to dodatek, element podnoszący jego atrakcyjność jako mężczyzny i kochanka. Młody Poupon latem całe dnie spędza w chacie na plaży, kontemplując naturę i rozmyślając o sztuce. Tam maluje swoje obrazy, z których nigdy nie jest całkiem zadowolony. W przerwach między twórczymi porywami nurkuje lub przeszukuje plażę wykrywaczem metalu. Do tej pory nie znalazł nic cennego ani w piasku, ani w oceanie. A i w sztuce wiedzie mu się nie lepiej. Choć ma kilka pudeł swoich prac, żadna z nich nie zawisła jeszcze na ścianie; nigdy nie były prezentowane na wystawie; rzadko ktokolwiek miał okazję w ogóle je oglądać. Bo Albert ma problem ze swoją twórczością. Problem tkwi w tym, że żadnego ze swoich obrazów nie ukończył. „Albert jest niedokończonym artystą” – mówi o nim Suzanne z przekąsem. Zbyt duże wymagania względem własnego talentu okresowo wpędzają go w depresję, którą kuruje alkoholem. Bez wahania zarzuca też rozpoczętą pracę, gdy tylko lepszy pomysł zaświta mu w głowie. Szybko traci zainteresowanie tym, co akurat maluje i zaraz sięga po nowy pomysł. A zdarza mu się to zbyt często. Na szczęście nie musi żyć z malarstwa. Dochód z własnej firmy, niezła emerytura ojca i pomoc finansowa matki, która prowadzi sieć biur obrotu nieruchomościami, nie pozwalają mu martwić się o pieniądze. Młody Poupon mieszka w Jeuneville razem z ojcem, w dużej kamienicy, której część wynajmuje turystom, a część zajmuje sam albo dzieli z gronem swoich przyjaciół i licznych znajomych. Malarz pojawia się za mną z otwartą butelką piwa. Wciska mi ją w dłoń, więc pociągam gorzki łyk. Spoglądam na szkic leżący na stoliku. Bezładne na pierwszy rzut oka kreski po chwili układają się w mojej wyobraźni w półnagą postać dziewczyny. - Ładny rysunek – chwalę. - Ładny… - nie ukrywa rozczarowania. – Tylko ładny… - Noo, właściwie piękny… - poprawiam się. - To Suzanne, jak sądzę? Jestem w Jeuneville dopiero od trzech dni, ale o Albercie i jego kochance słyszałem już to i owo. Niestety, nic dobrego. Kobieta kilka miesięcy temu opuściła męża, by zamieszkać z malarzem. Stało się to nagle, po krótkiej znajomości z młodym Pouponem. Tym romansem interesuje się całe miasteczko, jawnie go potępiając. I pewnie nie byłby to szczególnie skandaliczny przypadek małżeńskiej niewierności, gdyby nie dotyczył starego Lacourt’a. Mężczyzna od kilkudziesięciu lat prowadzi znany w okolicy zakład fryzjerski. Jest człowiekiem o miłym usposobieniu, spokojnym i szanowanym. Po śmierci żony, znajomi nie szczędzili mu słów współczucia. Cóż, pogodny, pokrzywdzony przez los staruszek musi wzbudzać sympatię. Co innego panna Marechal… Suzanne nigdy nie była uważana za osobę poważną ani rozsądną. Mówiono o niej „imprezowa dziewczyna”. Była ładna, beztroska, pełna wdzięku i stale kokietowała mężczyzn. Taka była jako panienka i taką pozostała jako pani Lacourt. Ludzie nieprzychylni Suzanne przekonani są, że wyszła za Lacourt’a dla pieniędzy, bo salon fryzjerski musiał przecież przynosić zysk, a skromnie żyjący fryzjer mógł i oszczędności mieć nie byle jakie. Przyjaciele zaś, znając jej naturę i podejście do ludzi, twierdzili, że zrobiła to z litości. Jakkolwiek było, dziewczyna z równą beztroską poślubiła fryzjera, jak i uciekła potem z malarzem do domku na plaży. Od dwóch miesięcy są razem i mam wrażenie, że nie przejmują się zbytnio tym, co mówią o nich inni. Albert kiwa na mnie palcem i prowadzi do swojej pracowni. Jest to jedno z trzech pomieszczeń chaty. Zakurzone okno wychodzące na ocean rozjaśnia wnętrze miękkim światłem, rozproszonym przez warstewkę przyklejonego do szyby pyłu. Na środku pokoiku stoją drewniane sztalugi z jakimś kolorowym widziadłem wyłaniającym się z bieli płótna. Na starej komodzie leżą tubki z farbami, słoiczki i brudne pędzle. Różnymi rupieciami zawalony jest też niewielki stolik obok sztalug, na fotelu wiszą ubrania poplamione farbą, a kartki ze szkicami rozrzucone są po podłodze między butelkami po alkoholu. Pracownia Alberta robi na mnie kiepskie wrażenie. Sądząc po ilości zgromadzonych tu pustych flaszek, to nie jego złotowłosa muza jest mu potrzebna do pracy, lecz wino... Malarz wyciąga z drewnianej skrzyni kilka płócien różnego formatu. Opowiada o nich ze swadą, lecz bez zbytniej egzaltacji, lekko, jakby nie przywiązywał do nich wielkiej wagi. Wyjaśnia, co chciał przez nie wyrazić, co mu się nie udało, czego nie da się naprawić, a co mógłby zrobić jeszcze lepiej. Przyznaję, że ma wyobraźnię i niezły warsztat, choć widziałem niezgorsze prace wychodzące spod pędzli studentów szkół artystycznych. - Próbuję wszystkiego – twierdzi. - Dużo eksperymentuję. Zmieniam techniki i podejście do tematu, szukam własnej ekspresji. Od dawna staram się odciąć od wpływu innych artystów. Nie chcę żadnych wzorów. Mam chyba obsesję na tym punkcie. Przestałem chodzić na wystawy, interesować się teorią sztuki, nawet przeglądać albumy, bo myślę sobie, że aby stworzyć coś naprawdę własnego, muszę unikać wszelkich wpływów, manier i szablonów. Tak mocno poszukuję oryginalności, że boję się nawet przypadkowego plagiatu, podświadomego wykorzystania czyjegoś pomysłu, charakterystycznego dla kogoś innego sposobu komponowania obrazu czy kładzenia farby. Czy to nie chore? – pyta z szelmowskim uśmiechem. - Czy w ogóle jest to możliwe? – odpowiadam pytaniem.
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Ojciec, syn i duch oceanu
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: