Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00359 005537 13606816 na godz. na dobę w sumie
Ojciec dla Emily - ebook/pdf
Ojciec dla Emily - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 156
Wydawca: Harlequin Polska Język publikacji: polski
ISBN: 9788323875529 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Madison Walsh od tak dawna zmaga się z przeciwnościami losu, że zupełnie zapomniała, iż w życiu prócz obowiązków istnieją także przyjemności. Jest zapracowaną samotną matką i skupia się głównie na córce, kompletnie ignorując własne potrzeby. W jej uporządkowanym świecie nie ma miejsca dla nonszalanckiego doktora Guya Boyda, urokliwego obieżyświata, który nie jest w stanie nigdzie dłużej zagrzać miejsca...

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

dla ka(cid:380)dej kobiety, ka(cid:380)dego dnia(cid:8230) Wi(cid:281)cej informacji znajdziesz na www.harlequin.com.pl Carol Marinelli Ojciec dla Emily Tłumaczyła Monika Krasucka Droga Czytelniczko! Długo czekaliśmy na tegoroczną zimę, ale moz˙e wiosna się pospieszy? Gdyby jednak pogoda spacerom nie sprzyjała, zapraszamy do lektury naszych ksiąz˙ek. Oto co przygotowaliśmy na ten miesiąc: Niespodzianka (Medical Duo) – Po kolejnym nieporozumieniu oboje mieli pewność, z˙e juz˙ z˙adne nie wypowie słów, na które tak czekali. Samotny z wyboru (Medical Duo) – Cal uwaz˙ał, z˙e jeśli nie będzie nikogo potrzebować, nie będzie takz˙e cierpieć. Gina była przeciwnego zdania... Lekarz z ambicjami (Medical) – Alyssa wykazała wiele dobrej woli, by Seb uświadomił sobie, czego naprawdę pragnie. Ojciec dla Emily (Medical) – Madison nie chce mieć męz˙a, który przemknąłby przez jej z˙ycie jak meteor, zwłaszcza z˙e juz˙ raz czegoś takiego doświadczyła... Zapraszam do lektury Harlequin. Kaz˙da chwila moz˙e być niezwykła. Czekamy na listy! Nasz adres: Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises Sp. z o.o. 00-975 Warszawa 12, skrytka pocztowa 21 Carol Marinelli Ojciec dla Emily Toronto · Nowy Jork · Londyn Amsterdam · Ateny · Budapeszt · Hamburg Madryt · Mediolan · Paryż Sydney · Sztokholm · Tokio · Warszawa Tytuł oryginału: Needed: Full-time Father Pierwsze wydanie: Harlequin Mills Boon Limited, 2005 Redaktor serii: Ewa Godycka Opracowanie redakcyjne: Ewa Godycka Korekta: Urszula Gołębiewska, Ewa Godycka ã 2005 by The SAL Marinelli Family Trust 2005 ã for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2007 Wszystkie prawa zastrzez˙one, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie. Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej ksiąz˙ce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – z˙ywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Znak firmowy Wydawnictwa Harlequin i znak serii Harlequin Medical są zastrzez˙one. Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Rakowiecka 4 Skład i łamanie: COMPTEXTÒ , Warszawa Printed in Spain by Litografia Roses, Barcelona ISBN 978-83-238-3809-8 Indeks 325260 MEDICAL – 377 ROZDZIAŁ PIERWSZY Własne miejsce na parkingu! Madison jak zawsze miała mnóstwo pracy, ale tym razem postanowiła wyrwać z napiętego grafiku parę chwil dla siebie. Zaciągnęła ręczny hamulec i siedząc za kierownicą swojego ekonomicznego, praktycznego i poraz˙ająco czystego samochodu, z satysfakcją kon- templowała informację umieszczoną na ścianie: RE- ZERWACJA RM PP. Zgoda, nie napisano wprost, z˙e to miejsce jest zare- zerwowane dla Madison Walsh, szefowej zespołu pie- lęgniarek z oddziału ratownictwa medycznego. I nie- waz˙ne, z˙e kobieta tak świetnie zorganizowana jak ona wcale nie potrzebuje takiej rezerwacji, bo i tak zawsze i wszędzie przychodzi przed czasem. Waz˙ne, z˙e miejs- ce jest tylko jej! Oto kolejny krok we właściwym kie- runku. Jeszcze jeden osiągnięty cel. Kiedy zamykała samochód, na parking wjechał Ge- rard Dalton. Pomachała mu na powitanie, a potem zaczekała, az˙ niemłody juz˙ profesor wysiądzie z auta. – Zobaczysz, kiedyś uda mi się przyjechać tu przed tobą – zagroził jej z uśmiechem. – Oj, Madison. Prze- ciez˙ zaczynasz pracę dopiero za dwie godziny. – Pan równiez˙! – przypomniała mu, gdy szli przez mroczny parking w stronę głównego wejścia. 6 CAROL MARINELLI – Cóz˙, widocznie oboje nalez˙ymy do gatunku nie- znośnych perfekcjonistów, którzy nie spoczną, dopóki sami wszystkiego nie sprawdzą. Dopiero potem pusz- czą maszynę w ruch. Ale najpierw – zauwaz˙ył lekkim tonem – muszą napić się porządnej mocnej kawy. Oby tylko pracownicy kuchni nie zapomnieli o mleku... – Urwał, widząc, z˙e Madison podnosi do góry plas- tikową torbę. – Na wszelki wypadek kupiłam kartonik. – Oczywiście! Jakz˙e by inaczej – stwierdził z lekką ironią. – Powiedz no mi, kochana, kto się zajmuje twoją uroczą córeczką, kiedy ty jesteś w pracy? – Nie dzieje jej się z˙adna krzywda – uspokoiła go. – Emily nocuje dziś u mojej kolez˙anki, dlatego przyje- chałam wcześniej. – Lubi chodzić do szkoły? – Bardzo! – Madison rozpromieniła się na myśl o córce. – Dzień dobry, Vic! – przywitała się ze straz˙- nikiem, który otworzył im drzwi do pustego o tej porze szpitalnego holu. – Dzień dobry państwu! – odparł straz˙nik, unosząc do góry kciuki. – To co, dziś nasz wielki dzień? Wszy- stko gotowe? – zagadnął. – Mam nadzieję! – Madison wymownie wzniosła oczy do góry. – Jeśli o czymś zapomnieliśmy, szybko się o tym dowiemy. – Jak moglibyśmy o czymś zapomnieć? – obruszył się profesor. – Przeciez˙ przygotowujemy się do tego dnia od miesięcy. – Wiem – westchnęła, zapalając światło w kory- tarzu. OJCIEC DLA EMILY 7 Musiała przyznać, z˙e ekipa sprzątająca wykonała pierwszorzędną robotę – po niedawnych pracach wy- kończeniowych nie było śladu. Z nowych krzeseł w poczekalni zniknęła ochronna folia, automaty do sprzedaz˙y stanęły na swoich miejscach, w powietrzu unosił się zapach świez˙ości. Oddział ratownictwa, po- dobnie jak cały nowo wybudowany szpital, czekał na pierwszych pacjentów. – Tłumaczę sobie, z˙e wszystko jest dopięte na osta- tni guzik, ale i tak budzę się w nocy i zaczynam wy- myślać tysiąc rzeczy, które mogą się nie udać. – Za bardzo się tym przejmujesz – stwierdził profe- sor, gdy weszli do pomieszczenia dla personelu. – Nie znam bardziej sumiennej i lepiej zorganizowanej oso- by niz˙ ty. Dlatego, kiedy zaproponowali mi, z˙ebym pokierował ratownictwem, nalegałem, z˙eby powierzy- li ci funkcję przełoz˙onej. Budowa szpitala sama w so- bie jest trudnym przedsięwzięciem, a juz˙ szpital bez dobrze ratownictwa... – Urwał i zastygł zamyślony z czajnikiem w ręku. Madison zauwaz˙yła, z˙e przygotował trzy kubki. Ten z pozoru błahy gest wiele mówił o profesorze Daltonie jako człowieku. funkcjonującego oddziału Parzył kawę równiez˙ dla Vica – nocny stróz˙ czy światowa sława medycyny, nie miało to dla niego znaczenia. Kaz˙dy, kto został przyjęty do zespołu, był traktowany na równych prawach. – Wiesz, Madison, to jeden z najwaz˙niejszych dni w moim z˙yciu – dodał zamyślony. – Jestem pewna, profesorze, z˙e w pańskim z˙yciu nie brakowało doniosłych momentów – odparła. 8 CAROL MARINELLI Zabrzmiało to jak tanie pochlebstwo, ale zupełnie się tym nie przejęła. Gerard Dalton był bowiem jed- nym z najlepszych lekarzy i najzacniejszych ludzi, jakich znała. Wzorowy mąz˙ i ojciec, a przy tym wyso- ko ceniony fachowiec, któremu niejeden mógłby po- zazdrościć wspaniałej kariery. Nic więc dziwnego, z˙e poczuła się zaszczycona, z˙e wybrał ją do zespołu, z którym miał stworzyć oddział ratownictwa medycz- nego w Heatherton Hospital. – Rzeczywiście, pamiętam sporo zdarzeń, z któ- rych mogę być dumny – przyznał profesor – ale muszę powiedzieć, z˙e ta sytuacja jest wyjątkowa. Sam nawet nie wiem, ile razy w ciągu lat pracy powtarzałem sobie: gdyby coś moz˙na było zorganizować inaczej, gdybyśmy mieli odpowiedni sprzęt, gdyby ktoś pomy- ślał o tym czy o tamtym... – Uśmiechnął się skruszony. – Przepraszam, zdaje się, z˙e zaczynam zrzędzić. – Wcale nie! – zaprotestowała. – Powiem szczerze, iz˙ nachodziły mnie podobne myśli. Ale pocieszam się, z˙e przeciez˙ mamy nowiutki sprzęt, starannie dobraliś- my pracowników. Zobaczy pan, profesorze, będzie wspaniale. – Na tyle, na ile w szpitalu moz˙e być wspaniale. – Uśmiechnęli się oboje. – Albo człowiek kocha to miejsce, albo nienawidzi. Jak myślisz, o której zaczną schodzić się pracownicy? – Po szóstej. Wszyscy zaczynają pracę o siódmej, ale na pewno przyjdą wcześniej. – A oddział oficjalnie startuje o dziewiątej? – do- pytywał, sprawdzając coś w papierach. Madison stłumiła uśmiech – tysiące razy omawiali OJCIEC DLA EMILY 9 wszystkie szczegóły, ale profesor nadal czuł się zagu- biony. W kwestiach czysto medycznych miał iście komputerową pamięć, za to w sprawach tak przyziem- nych jak godziny, budz˙et czy zapamiętanie, gdzie po- łoz˙yło się okulary, zachowywał się jak roztargniony naukowiec. – Tak. Od dziewiątej zaczynamy przyjmować pac- jentów, którzy zgłoszą się sami, natomiast tych przy- wiezionych przez karetki będziemy przyjmowali po jedenastej. To pozwoli nam szybko wychwycić ewen- tualne niedociągnięcia. – Doskonały pomysł – pochwalił z entuzjazmem. – Pana własny, profesorze. – Tym razem Madison nie kryła uśmiechu. – Faktycznie. Czyli wszystko juz˙ wiemy. Brakuje nam tylko pierwszego pacjenta. – I nowego lekarza specjalisty – zauwaz˙yła z prze- kąsem. Natychmiast poz˙ałowała swego tonu, gdyz˙ profesor bezbłędnie wychwycił nutę niechęci w jej głosie. – Zobaczysz, polubisz go. Guy Boyd to najlepszy lekarz, z jakim miałem przyjemność pracować. – Taka pochwała w ustach profesora znaczyła naprawdę wie- le. Mimo to Madison nie potrafiła przełamać niechęci. – Szkoda, z˙e nie miałam okazji go poznać – stwier- dziła dyplomatycznie. – Z tego, co pan mówi, doktor Boyd jest raczej... – Urwała, nie chciała bowiem być niemiła ani wygłaszać niepochlebnych opinii o czło- wieku, którego nie widziała na oczy. – Guy to taka niezalez˙na natura. – Madison nie wątpiła, z˙e profesor powiedział to w najlepszej wierze, 10 CAROL MARINELLI jednak nie poprawiło to jej samopoczucia. Określenie ,,niezalez˙na natura’’ przyprawiało ją o ból zębów. – Nigdzie dłuz˙ej nie zagrzeje miejsca. – Chce pan powiedzieć, z˙e doktor Boyd nie lubi brać na siebie odpowiedzialności? Oczywiście wstrzy- mam się z oceną, dopóki go nie poznam, ale... Panie profesorze, znamy się tak długo, z˙e będę z panem szczera. Nie jestem zachwycona perspektywą pracy z, jak to pan określił, ,,niezalez˙ną naturą’’. Zdecydowa- nie wolę ludzi solidnych, fachowych i zaangaz˙owa- nych w pracę. – Wiem, Madison. Właśnie dlatego zdecydowa- łem, z˙e będziemy razem dobierali personel. Co do Guya, to nie zgłosił się na rozmowę kwalifikacyjną, gdyz˙ pracował w tym czasie za granicą. Wysłałem mu maila z informacją, z˙e otwieramy nowy oddział. Nie wierzyłem własnemu, a właściwie naszemu szczęściu, gdy odpisał, z˙e chce do nas dołączyć. – Ale zdecydował się tylko na półroczny kontrakt, a nam przeciez˙ zalez˙y na stworzeniu stałego zespołu, który będzie realizował określoną wizję. – Wszystko to prawda – potaknął profesor. – I kaz˙- demu innemu lekarzowi od razu bym podziękował, ale takiej okazji jak pół roku pracy z Guyem Boydem nie mogłem przepuścić. Wiem, co mówię, więc zaufaj mi. – Alez˙ ja panu ufam, profesorze! – Zmusiła się do uśmiechu, nie chciała bowiem psuć atmosfery tego wyjątkowego dnia. – Jestem przewraz˙liwiona. Na pe- wno okaz˙e się, z˙e doktor Boyd jest świetny. – Bo jest, jak się go lepiej pozna. – Madison wola- łaby, z˙eby tego nie powiedział. – Guy zupełnie nie OJCIEC DLA EMILY 11 interesuje się tym specyficznym rodzajem polityki uprawianej w szpitalach. To człowiek o niezalez˙nych poglądach, nie uznaje politycznej poprawności – wy- jaśnił, a widząc jej sceptyczną minę, westchnął z rezy- gnacją. – Pójdę zanieść kawę straz˙nikowi. A tak przy okazji, trzeba powiesić na drzwiach kartkę z informa- cją dla pacjentów, bo ktoś ją zdjął. – Profesorze, kiedy mówił pan, z˙e doktora Boyda nie interesuje szpitalna polityka... – Zawiesiła głos, gdyz˙ profesor po prostu wyszedł i wdał się w rozmowę ze straz˙nikiem. Postanowiła odnaleźć kartkę z informacją i umieś- cić ją z powrotem na drzwiach. Właśnie przyklejała ją do szyby, gdy nagle z mroku wychynął jakiś cień. Nie spodziewała się zobaczyć tu nikogo o tak wczesnej porze, więc drgnęła przestraszona. – Zamknięte! – powiedziała, poruszając bezgłoś- nie ustami, i wskazała kartkę. Przyszło jej do głowy, z˙e osoba stojąca po drugiej stronie nie widzi jej, więc zastukała w szybę. – Tędy! – wyrecytowała, pokazując recepcję. Wytęz˙ała wzrok, by przyjrzeć się postaci, lecz o szarej porannej godzinie nie dało się wiele dojrzeć. Męz˙czyzna, który próbował dostać się do środka, nie wyglądał na pacjenta. Sądząc po spokojnym za- chowaniu, nie sprowadziła go tu nagła dolegliwość. Było to jedynie przypuszczenie, gdyz˙ Madison widzia- ła głównie jego biały T-shirt. – Co się stało? – zainteresował się profesor i zapalił światło w holu. – Ktoś chce do nas wejść. Albo niecierpliwy pacjent, 12 CAROL MARINELLI albo nadgorliwy pracownik – odparła, oślepiona świa- tłem. – Poradzimy sobie i z jednym, i z drugim – rzekł wesoło i przysunąwszy twarz do szyby, osłonił dłońmi oczy. – Przeciez˙ to Guy! – zawołał po chwili rozra- dowany i szarpnął za klamkę. – Moz˙na to otworzyć? – Tylko w asyście straz˙nika – odparła bez entu- zjazmu. Korciło ją, by zrobić to samo co profesor i dokład- nie przyjrzeć się ,,politycznie niepoprawnemu’’ spec- jaliście. Chwilę zmagała się ze sobą, lecz w końcu ciekawość wzięła górę i Madison z nosem przyciś- niętym do szyby zaczęła wpatrywać się w szarzejący mrok. Odczekała, az˙ oczy przyzwyczają się do ciemności, i wtedy go zobaczyła. Uśmiechał się do niej, zadowo- lony z siebie i zrelaksowany. Cofnęła się gwałtownie, gdyz˙ instynktownie poczuła, z˙e naruszył jej strefę pry- watności. Doznanie było o tyle zaskakujące, z˙e prze- ciez˙ dzieliła ich gruba tafla szkła. A jednak wyczuwała obecność tego męz˙czyzny tak wyraźnie, jakby stał tuz˙ obok. Niespodziewanie przetoczyła się przez nią fala gorąca. Przeraz˙ona, odskoczyła od drzwi i syknęła, jakby reagując na uz˙ądlenie. – Stało się coś? – zapytał profesor. – Nie – odparła szybko. – Doktor Boyd musi wejść przez recepcję. – Nie odwracając się, ruszyła naprzód, pewna, z˙e profesor idzie za nią. Dopiero w poczekalni zorientowała się, z˙e jest sama. – Profesorze? Spojrzała za siebie i uśmiech zamarł jej na ustach. Nawet nie spostrzegła, z˙e wylewa kawę prosto na OJCIEC DLA EMILY 13 nową niebieską wykładzinę ani z˙e wypuszcza z rąk pusty kubek, który z trzaskiem się rozbija. Wydała z siebie zdławiony okrzyk i rzuciła się w stronę swoje- go szefa, przyjaciela i powiernika, który osuwał się na podłogę. W ostrym świetle jarzeniowych lamp jego twarz miała upiorny purpurowy kolor. Zdąz˙yła go złapać, zanim zwalił się bezwładnie u jej stóp. Uklękła przy nim i nakazując sobie spokój, mechanicznie odtworzyła w myślach zasady udziela- nia pierwszej pomocy. Na ABC ratownika składały się trzy podstawowe elementy: udroz˙nienie dróg odde- chowych, sztuczne oddychanie, podtrzymanie krąz˙e- nia. Doskonale wiedziała, co ma robić, a takz˙e to, z˙e musi spojrzeć na swojego szefa jak na zwykłego pac- jenta. Musi teraz oddać temu wspaniałemu, zdolnemu człowiekowi to, co przez lata z zapałem i poświęce- niem ofiarowywał swym pacjentom. – Wszystko będzie dobrze – zapewniła, rozpaczli- wie wypatrując oznak z˙ycia. Czekała na charakterys- tyczny ruch klatki piersiowej, gorączkowo szukała pul- su na szyi. – Panie profesorze! Gerardzie! – wołała przez łzy, ale nie miała złudzeń, z˙e on ją słyszy. Zawsze pełen z˙ycia, elokwentny i rozbrajający swym urokiem profesor Gerard Dalton był juz˙ w świecie, z którego nie ma powrotu. Mimo to nie przestawała go reanimować. Była go- towa zrobić wszystko, by przeciągnąć go przez magi- czną granicę między z˙yciem a śmiercią. Wciąz˙ jest potrzebny tak wielu osobom: rodzinie, przyjaciołom, pacjentom, i wreszcie kolegom, z którymi stworzył ten oddział. 14 CAROL MARINELLI Usłyszała, z˙e ktoś biegnie w jej stronę. Szybko zerknęła przez ramię i odetchnęła z ulgą, widząc, z˙e nowy lekarz ma ze sobą torbę ze sprzętem do ratowa- nia z˙ycia. Nie tracąc ani chwili, wyciągnął z niej małą butlę tlenową i przyrząd do tłoczenia powietrza wprost do płuc. Odsunęła się, by zrobić mu miejsce, i podczas gdy on zajął się sztucznym oddychaniem, wykonywała masaz˙ serca. – Co się stało? – W głosie Guya Boyda pobrzmie- wała nuta ponaglenia. Nie przedstawił się ani nie przy- witał, bo tez˙ sytuacja nie sprzyjała wymianie uprzej- mości. – Przeciez˙ wszystko odbyło się na pana oczach! – rzuciła pospiesznie. – Profesor zasłabł. – Skarz˙ył się na ból w obrębie klatki piersiowej? – Nie. – Bolała go głowa, miał zawroty albo trudności z oddychaniem? – Nie! Byłam pewna, z˙e za mną idzie. – Czy mogę jakoś pomóc? – zapytał Vic, który od paru chwil bezradnie obserwował ich wysiłki. – Musimy podłączyć go do aparatury. Niech pan biegnie po nosze! – zarządził Guy. Po chwili wspólnymi siłami dźwignęli ciało profe- sora i umieścili na specjalnym łóz˙ku do transportowa- nia chorych. Madison pobiegła przodem i uruchomiła sprzęt, który do tej pory był poddawany jedynie testom próbnym. Z trudem docierało do niej, z˙e pierwszym, tak długo oczekiwanym pacjentem, do przyjęcia które- go przygotowywali się od miesięcy, będzie sam szef i twórca oddziału.
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Ojciec dla Emily
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: