Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00156 005909 13604082 na godz. na dobę w sumie
Old Surehand. Tom II - ebook/pdf
Old Surehand. Tom II - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 343
Wydawca: Zielona Sowa Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-7623-959-0 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> dla dzieci i młodzieży >> młodzieżowe
Porównaj ceny (książka, ebook (-9%), audiobook).

Wódz Apaczów Winnetou i dzielny Old Shatterhand starają się pomóc swemu młodemu przyjacielowi Bloody Foksowi, który mieszka w oazie na pustyni Llano Estacado. Fox jest zagrożony atakiem plemienia Komanczów. Spiesząc mu na ratunek, spotykają słynnego myśliwego, Old Surehanda. Skrywa on pewną tajemnicę, a jej rozwikłanie wcale nie będzie łatwe. Trzech bohaterów zmaga się z przeciwnościami losu, podstępami czerwonoskórych wojowników, a także ze złodziejami strzelb. W miarę upływu czasu niektóre zagadki zaczynają się wyjaśniać, mimo że mnożą się niebezpieczne sytuacje.

Seria Książka do plecaka zawiera starannie wybrane powieści autorstwa Hanny Ożogowskiej, Karola Maya, Aleksandra Dumasa, Thomasa Mayne Reida i Waltera Scotta. Jest przeznaczona zarówno dla młodych, jak i dojrzałych czytelników, którzy nie zapominają o spakowaniu książek przed wyjazdem na wakacje lub krótką weekendową podróż. Dwadzieścia jeden tytułów tej serii zadowoli nawet najbardziej wybrednych wędrowców. Z pewnością pochłoną ich opowieści o dawnym PRL-u, Dzikim Zachodzie, XVII-wiecznej Francji i XVIII-wiecznej Szkocji. Zafascynują opisy Himalajów, niekończących się prerii, francuskiego dworu Ludwika XIII, a także mrocznej atmosfery szkockiego zamku. Każda z książek jest doskonałym uzupełnieniem rozpoczętej podróży, stanowiąc jedną z jej ważniejszych atrakcji.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

ROZDZIAŁ VI | Skarby Biali są często gorsi od czerwonoskórych – były agent handlo- wy, znużony opowiadaniem, oparł się o poręcz krzesła. – Jeśli słuchaliście uważnie, panowie, to musicie przyznać, że podstęp- ne plany czarnobrodego i jego ludzi oraz napad na pociąg uda- remniono tylko dzięki bystrości i męstwu Winnetou. Jest to mąż, z którym mało kto z Indian czy białych może się równać, a jeśli kiedyś zginie, to imię jego na pewno przetrwa w pamięci naszych synów, wnuków i prawnuków. – Well, macie słuszność, sir! – wtrącił jakiś jegomość, siedzący przy jednym z bocznych stołów. – Znałem Apaczów jeszcze w tym czasie, kiedy Winnetou był małym chłopcem. Pielęgnowali oni od dawna cnoty, które w całej pełni objawiły się u Winnetou. – Czy znacie jego szczep, sir? – Znam Meskalerów bardzo dobrze. Nie miałem też nigdy ani pośród czerwonych, ani pośród białych tak wiernego i oddanego przyjaciela, jakim był Inczu-czuna, ojciec Winnetou. Tego wspa- niałego Indianina zamordowali biali, a razem z nim Nszo-czi, jego córkę, a siostrę Winnetou, najpiękniejszą, najlepszą i najczystszą dziewczynę Apaczów! – Czy byliście westmanem? – Właściwie nie. Przebywałem długo na Zachodzie w celach naukowych, choć nie uważam się za wielkiego uczonego. Jestem etnologiem*. Szczególnie interesowałem się rasą czerwoną, dla- tego większą część roku spędzałem na wędrówkach od jednego szczepu do drugiego. Poznałem Indian i nauczyłem się ich cenić. Oni mnie także znali i poważali, bo wiedzieli, że przybywam do * Etnolog – człowiek zajmujący się zawodowo badaniem różnych kultur w celach na- ukowych. 5 nich jako przyjaciel. Stałem się ich nauczycielem i doradcą, a oni w zamian uczyli mnie, jak się używa broni, poluje, no i jak wal- czy, chociaż byłem człowiekiem ceniącym nade wszystko pokój. Musiałem polować, aby się wyżywić, a czasem byłem zmuszony bronić się przed nieprzyjacielem. Nigdy jednak moim wrogiem nie był czerwonoskóry. Twierdzenie wasze, że biali są często gor- si od Indian, uważam więc za słuszne. Mógłbym na to przytoczyć niejeden przekonywający dowód. – Uczyńcie to, sir! – Prosimy! – Do chóru głosów dołączyła się gospodyni, która przyniosła właśnie kilka pełnych szklanek. – Nigdy jeszcze nie było u mnie tak spokojnie i cicho jak dziś. Ja też chętnie posłu- cham waszej historii. – Well! – zgodził się etnolog. – Jeśli sprawia to wszystkim przy- jemność… Postaram się opowiadać tak samo barwnie jak tamci panowie. Polowałem z kilkoma ludźmi z Kolorado w pobliżu Spanish Peaks i przez Willow Springs przybyłem nad Nescuntunga Creek. Na prawym brzegu tego potoku miałem się spotkać z Willem Sal- tersem, z którym przed paroma miesiącami polowałem na bobry w Nebrasce; przy rozstaniu tutaj wyznaczyliśmy sobie spotkanie. Chcieliśmy przejechać przez terytorium indiańskie aż do jego po- łudniowo-wschodniej granicy, a potem udać się prosto na zachód, na Llano Estacado, aby poznać tę osławioną pustynię. Do tej podróży konieczny był dobry koń, a tymczasem mój okulał. Musiałem pozwolić mu wypocząć, dopóki jego noga nie wydobrzeje. Mój mustang kuśtykał powoli przez prerię, a ja roz- glądałem się za oznakami, które by świadczyły o bliskości rzeki. Na północy ciągnęła się ciemna linia, w której domyśliłem się skupisk drzew i zarośli. Zwróciłem się zatem w tym kierunku, przypuszczając, że gdzie jest więcej roślinności, tam musi być i woda. I miałem słuszność. Ciemną linię tworzyła gęstwina meskitu i dzikich czereśni, rosnąca po obu stronach niezbyt szerokiego potoku. Jechałem z wolna wzdłuż brzegu, szukając z uwagą jakie- goś znaku od Saltersa, który mógł przybyć tu przede mną. Wkrótce zauważyłem w płytkiej wodzie leżące tuż obok sie- bie dwa wielkie kamienie; pomiędzy nimi tkwił dość duży konar 6 wciśnięty w ten sposób, że mała gałąź, znajdująca się na jego koń- cu, wskazywała w dół rzeki. Był to umówiony znak. W niewielkich odstępach znalazłem jeszcze cztery takie same. Dowodziły one, że Salters był tutaj i pojechał z biegiem rzeki. Listki na gałązkach już zwiędły, tropu nie mogłem rozpoznać, Salters musiał więc przejeżdżać tędy po- przedniego dnia lub wcześniej. Po jakimś czasie potok skręcił na północ, zataczając łuk. W tym miejscu gałąź wetknięta w piasek nadbrzeżny wskazywała kierunek w głąb prerii. Salters nie pojechał więc dalej brzegiem, lecz po cięci- wie łuku, jaki tworzyła tu rzeka. Ja uczyniłem, oczywiście, to samo. Wtem zauważyłem przed sobą niezbyt wysokie, samotne wzgó- rze, pocięte rozpadlinami. Dojechałem tam w pół godziny. Szczyt był łysy, a podnóże porosłe z rzadka krzakami. Zdziwiłem się, gdy objechawszy je, ujrzałem na wschodniej stronie kilka grup starych jaworów. Ziemia była tu rozkopana na znacznej przestrzeni. Jamy o głę- bokości kilku metrów, wybrane motyką i łopatą, wyzierały z jed- nostajnej powierzchni gruntu. Pojechałem dalej, lecz zatrzyma- łem się niebawem, zauważywszy na trawie ślady stóp. Zsiadłem z konia, by zbadać je dokładniej. Przekonałem się, że zostawiły je nogi kobiece albo chłopięce, obute w mokasyny bez napiętków. Właściwie powinienem się udać za tymi śladami. Ponieważ jed- nak prowadziły na północ, a moja droga wiodła na wschód, i po- nieważ chciałem jak najszybciej spotkać się z Saltersem, dosiad- łem konia i pojechałem dalej. Kiedy dostałem się znowu nad rzekę, zobaczyłem tuż nad jej brzegiem pole obsadzone tytoniem i kukurydzą. Po drugiej stro- nie wznosił się niewielki dom, otoczony solidnym, lecz bardzo zniszczonym parkanem. A zatem farma nad Nescuntunga Creek! Kto by się tego spo- dziewał?! Za parkanem stary, grubokościsty koń tarł głową o pu- sty żłób, a opodal młody chłopiec zajęty był naprawianiem uszko- dzonego płotu. Zdawało się, że przeraził go mój widok. – Dzień dobry! – pozdrowiłem go. – Czy mogę się dowiedzieć, jak się nazywa właściciel tego domu? Odgarnął ręką gęste, jasne włosy, popatrzył na mnie badawczo niebieskimi oczyma i odparł: 7 – Nazywa się Rollins, sir. – Czy jesteś jego synem? Powiedziałem do niego „ty”, ponieważ nie mógł mieć więcej niż szesnaście lat, chociaż był rosły i silnie zbudowany. – Jestem pasierbem gospodarza. – Czy ojczym w domu? Zamiast odpowiedzi wskazał na wąskie i niskie drzwi domu, z których wychodził właśnie jakiś mężczyzna. Musiał się nieco pochylić, aby głową nie uderzyć w futrynę. Był bardzo wysoki, chudy, o wąskich piersiach, a skóra na jego twarzy pokryta rzad- kim zarostem wyglądała jak wygarbowana. W ręku trzymał starą strzelbę i motykę. Przystąpiwszy z wolna, popatrzył na mnie nie- chętnie i zapytał ochrypłym głosem: – Czego tu chcecie? – Chcę was zapytać, Mr Rollins, czy nie było tu człowieka na- zwiskiem Salters. Chłopiec odpowiedział szybko: – Był tu wczoraj rano, sir. Ten Salters… Nie zdołał skończyć. Ojczym pchnął go kolbą w bok, aż biedny chłopiec zatoczył się z jękiem na parkan. – Milcz, gadzino! – huknął stary. – Nie będziemy służyć byle włó- czędze! – I zwracając się do mnie, dodał: – Zabierajcie się stąd! To było zwykłe grubiaństwo. Postanowiłem jednak nie reago- wać na to. Zsiadłem bez pośpiechu z konia, przywiązałem go do płotu i powiedziałem spokojnie: – Wierzchowiec mi okulał. Pozwólcie, że zostanę u was, dopó- ki nie wyzdrowieje. Cofnął się o krok, zmierzył mnie groźnym spojrzeniem od stóp do głów i wrzasnął: – Mój dom to nie gospoda. Jak wam wpakuję ładunek śrutu w skó- rę… – urwał nagle i spojrzał w bok. – Do licha! Znowu ten przeklęty czerwonoskóry! Czekaj no, czekaj, zaraz cię stąd wykurzę! Z pobliskich zarośli wysunął się młody Indianin. Rollins pod- niósł strzelbę, wymierzył i wypalił. Ale w tej samej chwili podbi- łem mu lufę i ładunek poszedł w bok. – Psie, na mnie się porywasz?! – ryknął. Odwrócił szybko strzelbę i zamierzył się, by uderzyć mnie kol- bą. Ale ja pchnąłem go tak mocno na parkan, że deski zawaliły 8 się pod nim, a strzelba wypadła z ręki. Pochwyciłem ją, zanim zdążył się podnieść. Wtedy wydobył nóż zza pasa i wykrztusił zdławionym głosem: – Mnie… na mojej ziemi! Zapłacisz za to życiem! Szybko zwróciłem ku niemu rewolwer i odrzekłem: – Schowajcie nóż! Moja kula jest szybsza od jego ostrza! Zawahał się, lecz opuścił podniesioną rękę. Wtem usłyszeliśmy tętent. Jakiś jeździec kierował się galopem w naszą stronę. – Już przy pracy, chłopie? – zawołał do mnie ze śmiechem. – Dobrze robisz! Wal tego draba, bo zasłużył na to. Ale nie strzelaj, bo niewart garści prochu! Był to Will Salters. Zbliżył się do nas i pozdrowił mnie: – Witaj, przyjacielu! Ten drań przyjął mnie wczoraj tak samo jak dzisiaj ciebie. Posłał mi kulę, która na szczęście poszła bo- kiem. Chciałem się tu zatrzymać, ale w tej sytuacji nie mogłem. Powiedziałem tylko jego synowi, że dzisiaj wrócę, aby zobaczyć, czy stary ma lepszy humor. Zsiadł z konia. W tejże samej chwili Rollins chwycił motykę i wielkimi susami uciekł w las. Spojrzeliśmy na siebie ze zdziwie- niem – co za szczególne zachowanie! Najpierw bezwzględność i grubiaństwo, a potem tchórzliwa ucieczka. Nie zdołaliśmy jeszcze zastanowić się nad tym, kiedy z domu wyszła kobieta. Widziała, jak Rollins zniknął za krzakami, i po- wiedziała, wzdychając z ulgą: – Dzięki Bogu! Już myślałam, że dojdzie do rozlewu krwi. On jest pijany. Dopiero co wypił całą fl aszkę wódki! – Jest pani jego żoną? – spytałem. – Tak, ale nie mam wpływu na jego zachowanie. – Wierzę. Przypuszczam, że pani mąż jest chory umysłowo. – Tak jest, niestety. Zdaje mu się, że w pobliżu zakopany jest skarb. Chce go wydobyć w tajemnicy, dlatego nie znosi ludzi wokół swego domu. Ten młody Indianin jest tu od czterech dni. Nie mógł iść dalej, bo zwichnął nogę. Chciał zatrzymać się u nas, ale Rollins go wypędził. Teraz musi, biedak, nocować na dworze. Wskazała na Indianina, który właśnie nadszedł. Mógł mieć oko- ło osiemnastu lat. Odzież jego uszyta była z jeleniej garbowanej 9 skóry. Frędzli na szwach nie zdobiły włosy ludzkie, co świadczyło, że chłopak nie zabił jeszcze żadnego wroga. Głowa jego była ni- czym nieokryta, a broń składała się z noża, łuku i kołczanu. Na szyi miał mosiężny łańcuszek, na którym wisiał cybuch, ale bez fajki. Był to znak, że młodzieniec znajdował się w drodze do świętych kamieniołomów, skąd Indianie przynoszą sobie glinę do wyrobu fajek. W takiej podróży każdy jest nietykalny. Najbardziej chciwy krwi przeciwnik musi wtedy zostawić swego wroga w spokoju, a w razie potrzeby nawet go bronić. Podobały mi się inteligentne rysy twarzy tego młodzieńca. Aksamitne, czarne oczy patrzyły na mnie z wyrazem głębokiej wdzięczności. Wyciągnął do mnie rękę i rzekł: – Ocaliłeś Iszarshiutuhę. Jestem twoim przyjacielem. Zastanowiło mnie jego imię. Iszarshiutuha w języku Apaczów znaczy Mały Jeleń. Dlatego zapytałem: – Czy jesteś Apaczem? – Iszarshiutuha jest synem wielkiego wojownika Meskalerów, najwaleczniejszych wśród czerwonych mężów. – Meskalerowie są moimi przyjaciółmi, a Inczu-czuna, ich wódz, jest moim bratem. Wzrok Indianina przesunął się szybko po mojej postaci. – Inczu-czuna jest najmężniejszym z bohaterów – powiedział z szacunkiem. – Jak on ciebie nazywa? – Yato-inta. Młodzieniec cofnął się kilka kroków, spuścił oczy i rzekł: – Synowie Apaczów znają ciebie dobrze. Ja nie jestem jeszcze wojownikiem, dlatego nie wolno mi z tobą rozmawiać. – Wolno ci mówić ze mną – spojrzałem na niego przyjaźnie – bo kiedyś na pewno będziesz słynnym wojownikiem. Wkrótce też przestaniesz nazywać się Iszarshiutuhą, lecz zostaniesz Peh- nulte, Wielkim Jeleniem. Czy noga boli cię jeszcze? – Tak. – Wyszedłeś z wigwamu bez konia? – Wybrałem się po świętą glinę. Idę pieszo. – Ta ofi ara spodoba się Wielkiemu Duchowi. Wejdźmy do domu! – zrobiłem zapraszający gest ręką. – Wy jesteście wojownikami, a ja jeszcze nie. Pozwólcie, że zo- stanę z małym bratem! – odparł. 10 Podszedł do jasnowłosego pasierba Rollinsa i zamienił z nim porozumiewawcze spojrzenie. Zauważywszy to, pomyślałem, że musieli już nieraz ze sobą rozmawiać. Mały Jeleń był tu nie bez powodu. Kryła się w tym jakaś tajemnica. Zapragnąłem ją zba- dać, lecz nie pokazałem tego po sobie. Chłopcy zostali na dworze, a ja wszedłem z Willem Saltersem i z żoną Rollinsa do domu, a raczej do chaty o jednej izbie. Ubóstwo wyzierało tu z każdego kąta. Nad paleniskiem nie było kotła, a cały zapas żywności stanowiła niewielka kupka kolb kukurydzy, leżąca w kącie. Odzież kobiety składała się z cienkiej perkalikowej spódnicy i kaftanika. Chodziła boso, a zdobiła ją tylko czystość, zadziwiająca przy tym ubóstwie. Kiedy spojrzałem na posłanie, wymoszczone tylko liśćmi, a po- tem na bladą wynędzniałą twarz tej biedaczki, mimo woli zapy- tałem: – Pewnie jest pani głodna? Kobieta zarumieniła się po uszy i łzy trysnęły jej z oczu. Kładąc rękę na sercu, rzekła: – Mój Boże! Nie skarżyłabym się na nic, gdyby tylko Józef mógł być syty! Pole nie przynosi plonów, bo mąż pozwala, żeby zara- stało zielskiem, żywimy się tym, co przyniesie polowanie. Ale ostatnio mąż oszalał zupełnie na punkcie tego skarbu i coraz rza- dziej bierze strzelbę do ręki. Wybiegłem z chaty. W jukach miałem zapas mięsa. Will Salters ofi arował kobiecie swoje wiktuały. – Panowie! – rozpłakała się. – Żeby to Rollins był tak dobry jak wy! – Nie chciałbym pani urazić – zauważył Salters – ale zdaje mi się, że spotkałem już kiedyś pani męża, i to w niezbyt zaszczyt- nych dla niego okolicznościach. Jest bardzo podobny do człowie- ka, którego znałem pod imieniem indiańskim. Nie wiem, co ono znaczy. Brzmiało, jeśli się nie mylę, Indano albo Indanszo. – Inta-nczo! – odezwał się ktoś od drzwi. Stał tam młody Indianin. Nie słyszał naszej rozmowy prócz ostatnich słów i oczy zamigotały mu dziwnym blaskiem. Kiedy wzrok mój spoczął na nim badawczo, odwrócił się i zniknął. – To imię wzięte z języka Apaczów – powiedziałem. – Znaczy tyle, co „Złe Oko”. 11 – Złe Oko? – spytała kobieta. – Mąż często powtarza te słowa, ilekroć mówi przez sen albo siedzi pijany w kącie i sprzecza się z wyimaginowanymi postaciami. Czasem nie ma go przez cały tydzień. Potem przynosi z fortu Dodge wódkę, chociaż nie wiem, czym za nią płaci. Pije i pije, dopóki zmysłów nie straci, a mówi o krwi, mordach, złocie, nuggecie i skarbach, które tutaj mają być zakopane. Boimy się wtedy wchodzić do izby, żeby nas nie pozabijał. – Jak mogła pani odważyć się przyjechać z takim człowiekiem w te strony? – Z nim? Z nim nigdy bym tu nie przyszła. Przyjechałam do Ameryki z moim pierwszym mężem i jego bratem. Kupiliśmy ka- wał ziemi, ale agent nas oszukał. Dokument kupna był sfałszo- wany i kiedy przybyliśmy na Zachód, okazało się, że zakupioną przez nas ziemię uprawia od dawna ktoś inny. Nie pozostało więc nic innego, jak żyć z polowania. Mój mąż chciał się udać do Ka- lifornii. Usłyszeliśmy, że znaleziono tam złoto. Dotarliśmy aż tu- taj, ale dalej już nie mogłam iść. Zachorowałam z wyczerpania. Obozowaliśmy zwykle pod gołym niebem; na szczęście znaleźli- śmy po pewnym czasie ten opuszczony domek. Do kogo należał, nie wiemy. Radziliśmy sobie jako tako, ale myśl o Kalifornii nie dawała mężowi spokoju. Zgodziłam się wreszcie, żeby poszedł do tego kraju złota i spróbował szczęścia. Ze mną miał pozostać szwagier. Niestety, mąż już więcej nie wrócił. W pół roku po jego odejściu urodził się Józef; nigdy nie widział ojca. Gdy syn miał trzy lata, szwagier wyszedł pewnego dnia na polowanie. Kiedy przez kilka dni nie wracał, zaczęłam go szukać. Znalazłam… Le- żał martwy nad brzegiem rzeki. Miał przestrzeloną głowę. Pew- nie go zamordował jakiś Indianin. – Czy był oskalpowany? – Nie. – W takim razie mordercą był biały. Ale jak zdołała pani prze- żyć z dzieckiem? – Żywiliśmy się kukurydzą, którą uprawiałam na kawałku gruntu obok domu. Czasem udało mi się coś upolować. Później przybył w te strony Rollins. Chciał tylko zapolować i pójść da- lej, został jednak na dłuższy czas, a potem na zawsze. Początko- wo byłam zadowolona, bo bez niego umarłabym z głodu razem 12 z dzieckiem. Potrzebowałam opiekuna, a dziecko ojca. Ale kiedyś przyśnił mu się skarb, rzekomo tutaj zakopany. Ten sen powta- rzał się tak często, że Rollins nie tylko uwierzył w istnienie skar- bu, lecz popadł po prostu w obłęd na tym tle. Nocami śni o złocie, a za dnia go szuka. – Zapewne tam, pod górą, gdzie stoją stare jawory? – Tak. Nie wolno mi tam chodzić ani mojemu synowi. W tej chwili do izby wszedł Józef, prosząc, byśmy wyszli i przy- patrzyli się niebu. Na dworze Mały Jeleń obserwował niewielką chmurkę wiszącą prostopadle nad naszymi głowami. Poza tym niebo było zupełnie czyste. Indianin uważał tę chmurkę za bardzo zły znak. Will Sal- ters wzruszył ramionami. – Ten dymek z cygara miałby być niebezpieczny? Indianin zwrócił ku niemu głowę i powiedział tylko jedno słowo: – Ilczi. – Co to znaczy? – zapytał mnie Will. – Wicher, burza! – Głupstwo! Wichura zrywa się wtedy, gdy całe niebo zasłoni się chmurami, a w tej ciemnej oponie utworzy się okrągła, jasna dziura. Tu jest odwrotnie. Z wyjątkiem tej chmurki niebo jest cał- kiem czyste. – Keeikhena ilczi – powtórzył z uporem Indianin. Teraz zwróciłem baczniejszą uwagę na jego słowa. Znaczą one: „głodny wiatr”. Apacze określają tak rodzaj trąby powietrznej. Dlaczego chłopak powziął takie przypuszczenie? Nie widzia- łem nic podejrzanego w tym obłoczku, zdawałem sobie jednak sprawę, że dzieci natury mają niezawodny instynkt w rozpozna- waniu zjawisk przyrody. – Nonsens! – zlekceważył całą sprawę Salters. – Wejdźmy do chaty, bo wydaje mi się, że zaczynasz się niepokoić. Odszedł, a ja skorzystałem ze sposobności, by porozmawiać z Małym Jeleniem. – Która noga boli mego przyjaciela? – zapytałem. – Lewa – odparł. – A dlaczego mój brat utykał na prawą, wychodząc z zarośli? Uśmiechnął się zakłopotany, lecz odpowiedział swobodnie: – Mój waleczny brat się pomylił. 13 – Mam bystre oko. Czemu Mały Jeleń utyka tylko wtedy, kiedy ktoś na niego patrzy, a chodzi dobrze, kiedy jest sam? Spojrzał na mnie badawczo, ale milczał. Wobec tego mówiłem dalej: – Czytam dobrze z tropu i nie zwiedzie mnie ani źdźbło trawy, ani ziarnko piasku. Mały Jeleń schodził dziś rano z góry i nie uty- kał. Widziałem jego ślady. Chłopak opuścił wzrok. – Czemu Mały Jeleń opowiada, że idzie na własnych nogach po świętą glinę? – spytałem. – Przyjechał tu konno ze swojego wigwamu. – Uff ! – zawołał zdziwiony. – Skąd wiesz o tym? – Moim nauczycielem był wielki wódz Meskalerów. Czy są- dzisz, że przyniosę mu wstyd i pozwolę się podejść młodemu Apaczowi, któremu nie wolno jeszcze nosić strzelby ognistej? Twój koń jest dereszem*. – Uff , uff ! – zawołał z najwyższym zdumieniem. – Rzeczywi- ście, mam konia i jest to deresz… – Powinieneś od razu się przyznać! Powiem ci jeszcze, że dziś rano przećwiczyłeś całą indiańską szkołę jazdy. Jechałeś cwa- łem, wisząc jedną nogą na siodle, ręką trzymając się końskiej szyi i przyciskając ciało do jego boku. Tak robi wojownik w walce, aby się uchronić przed strzałami nieprzyjaciela, a w czasie pokoju wtedy, kiedy ćwiczy dla wprawy. Tylko podczas takiej jazdy wło- sie z końskiej grzywy może się zaczepić o rękojeść i pochwę noża; a taki włos może mieć tylko deresz. Indianin sięgnął do pasa, za którym tkwił w pochwie nóż. Wi- siało na nim kilka końskich włosów. Dostrzegłem, mimo ciemne- go zabarwienia jego twarzy, że chłopak poczerwieniał. – Oko Małego Jelenia jest bystre – mówiłem dalej – ale nie ma on dość wprawy, aby zważać na drobiazgi, od których często za- leży życie. Mój młody brat przybył tu nie bez powodu. Czy pra- gnie zemsty na właścicielu tego domu? – Złożyłem przysięgę, że będę milczał – odpowiedział – ale mój biały brat jest przyjacielem najsławniejszego z Apaczów * Deresz – koń, u którego wśród włosów karych, gniadych, kasztanowatych lub innych występują włosy białe. 14 Inczu-czuny, pokażę mu więc coś, tylko proszę, by oddał mi to dziś wieczorem. Mogę o tym mówić, bo godzina moja już nadeszła. Odchylił koszulę na piersiach i wyciągnął skórę, złożoną we czwo- ro jak koperta. Wręczył mi ją i odszedł na pole kukurydzy, gdzie stał Józef. Widziałem, że wziął go za rękę i pociągnął za sobą. Rozłożyłem garbowaną skórę jelenia, a w niej znalazłem drugi kawałek skóry z cielęcia bizona, oskrobanej z sierści, wyprawio- nej za pomocą wapna i wygładzonej na pergamin. Zobaczyłem na niej szereg fi gur, nakreślonych czerwoną farbą. Miałem w ręku dokument indiański, niezwykłą rzadkość. Pospieszyłem do chaty, aby ten skarb pokazać Willowi Salter- sowi. Will potrząsnął głową na widok pisma i rzekł zdziwiony: – I to można odczytać? Cóż za okropne fi gury! W tej ciemnej chałupie z dwoma lufcikami zamiast okien nie można ich nawet rozpoznać! Wyszliśmy przed dom, a kobieta rozpaliła tymczasem na kuch- ni niewielki ogień, aby upiec kilka kawałków mięsa, które dosta- ła od nas. Na dworze utkwiłem natychmiast oczy w indiańskim piśmie, ale Will Salters popatrzył w niebo. – Hm! Szczególna chmura! – mruknął. – Nie widziałem nigdy podobnej. Cóż ty na to? Obłok zmienił całkiem swój wygląd. Przedtem sinoszary, zrobił się teraz jasnoczerwony i przezroczysty. Zdawało się, że wycho- dzą z niego miliony matowozłotych nitek pajęczych i rozsnuwa- ją się po całym widnokręgu. Nitki te były zupełnie nieruchome, jakby naprężone. – Ja także nie widziałem nic podobnego. Wygląda to rzeczy- wiście niepokojąco. Apacz mówił o trąbie powietrznej. To byłoby fatalne. – Niech będzie, co chce. – Salters machnął ręką. – Myślę, że ła- twiej zorientujesz się w tym piśmie indiańskim aniżeli w nitkach snujących się po niebie. – Hm! Zobaczymy! – rozprostowałem skórę. – Namalowane jest tu słońce z promieniami idącymi w górę, a więc wschodzące. Dalej stoją czterej jeźdźcy w kapeluszach. Prawdopodobnie są to biali. Pierwszy z nich ma u siodła coś jakby worki. Za nimi jadą dwaj Indianie, chyba wodzowie, bo mają pióra na głowie. 15 – No, to wszystko jest bardzo proste. I ty to nazywasz czyta- niem? – To dopiero początek. Muszę wpierw poznać litery, zanim za- biorę się do ułożenia ich w słowa. Są tu jeszcze inne, mniejsze fi gury, umieszczone nad tymi większymi. Nad pierwszym Indiani- nem widzę bizona z otwartym pyskiem, z którego wychodzi kilka kresek. Z pyska tylko głos może się wydobywać, więc jest to bizon ryczący. Nad głową drugiego Indianina tkwi fajka, a z niej również wystrzelają kreski. To oznacza dym, a więc fajka się pali. – Zaczynam rozumieć to pismo! – ucieszył się Will. – Przycho- dzą mi na myśl dwaj wodzowie Apaczów. Jeden, dość krewkiego usposobienia, nazywał się Ryczący Bizon, a drugi – Fajka Płoną- ca, ponieważ miał spokojną naturę i chętnie palił z każdym fajkę pokoju. Podobno żyje jeszcze. – Być może, że to właśnie o nich chodzi. Patrzmy dalej! Nad drugim z białych umieszczone jest oko z przechodzącą przez nie kreską. Może to jednooki? Ach, a może wchodzą tu w grę sło- wa, które przedtem wymyśliłeś: Inta-nczo, Złe Oko? Nad trzecim znajduje się worek i ręka, która chce go pochwycić. Czyżby to oznaczało jakiś rabunek? – Tak, tak, z pewnością! – rzekł Salters szybko. – Wiem już, wiem! Teraz przypominam sobie, gdzie widziałem Rollinsa! W Czarnych Górach. Nazywał się Haller; kradł konie i pułapki na bobry, nazywano go Kradnącą Ręką. – Czy się nie mylisz? – Nie, nie! Kradnąca Ręka i Złe Oko byli krewnymi, może na- wet braćmi, i trzymali się razem. To o nich mowa. Dalej, dalej! – Wschodzące słońce jest przed jeźdźcami; stąd wniosek, że je- chali na wschód. W drugim rzędzie występują te same fi gury, ale w innym ugrupowaniu. Pierwsza grupa: trzej biali strzelają do jadącego na przedzie. Druga grupa: jeden z białych leży martwy, a pozostali zabierają jego worki. Trzecia grupa: Indianie strzelają do trzech białych. Czwarta grupa: trzej biali i Indianin Ryczący Bizon nie żyją, a Kradnąca Ręka ucieka. Piąta grupa: Fajka Płoną- ca zakopuje worki. Szósta grupa: Fajka Płonąca ściga Kradnącą Rękę. Siódma grupa: Fajka Płonąca kopie grób dla Ryczącego Bi- zona, a Kradnąca Ręka zniknął. Teraz następują jeszcze dwa małe obrazki. Na jednym są trzy drzewa, a pod środkowym znajdują 16 się worki. Potem widać jedno drzewo, a pod nim leżącego Ryczą- cego Bizona; to jego grób. No, teraz już z łatwością będzie można wyjaśnić te okropne wydarzenia. – Zaczekaj no! – przerwał mi Salters. – Popatrz w górę! Robi się zupełnie ciemno! Popatrz, popatrz, na miłość boską! Podniosłem oczy i przeraziłem się. Złote nitki zniknęły, a ich miejsce zajęły ciemne smugi, które łączyły poczerniałą chmurę z północnym horyzontem. Reszta nieba była jasna i czysta. Smu- gi te zdawały się ciągnąć chmurę jak na linach. Odbywało się to z szybkością widoczną dla oka. Im bardziej zniżała się chmura, tym wyraźniej było widać podnoszącą się z ziemi ciemniejszą masę, u dołu szeroką, a zwężającą się ku górze w lej, który wiru- jąc, usiłował dosięgnąć szczytem chmury. Ta zaś, rozszerzywszy się ku górze, w dół wysunęła podobny wąski lej. Oba leje szukały się wzajem. Połączyły się wreszcie i utworzyły kręcący się z sza- loną szybkością podwójny stożek, którego wierzchołki stykały się ze sobą, a podstawy na ziemi i w powietrzu miały około pięćdzie- sięciu metrów średnicy. Podwójny stożek zwijał się i wirował, po- suwając się bardzo szybko do przodu, wprost na nas. Powietrze stało nieruchome; było tak parno, że lał się z nas pot. – Mały Jeleń miał słuszność – powiedziałem. – Jesteśmy w wielkim niebezpieczeństwie. Prędzej, Will, ratujmy siebie i ko- bietę! Do koni! Uciekajmy! Wyprowadź konia Rollinsa z zagrody! Ja skoczę po jego żonę. Kobieta krzątała się przy ognisku, nie przeczuwając grożącego niebezpieczeństwa. Pochwyciłem ją za rękę i wyciągnąłem z cha- ty. Will nadbiegł właśnie. – Koń się narowi! – zawołał. – Sam na niego wsiądę. Nie jest osiodłany i po pierwszym kroku zrzuciłby kobietę. Weź mojego kasztana! Prędzej, prędzej! Wskoczył na konia i puścił się cwałem. Dosiadłem kasztana, który mógł łatwiej unieść dwie osoby ani- żeli mój kulawy wierzchowiec. Wziąłem drżącą kobietę przed siebie na siodło, ująłem mego gniadosza za cugle i podążyłem za Saltersem. Stało się to wszystko bardzo prędko; od chwili zauwa- żenia trąby nie upłynęło z pewnością więcej niż pięć minut. Tymczasem oba leje dosięgły już prawie rzeki. Tworzyły jak gdyby potworną klepsydrę, w której wirowały wyrwane z ziemi 17 krzaki, kamienie, kawały murawy i cała masa piasku. Nad brze- giem rzeki trąba zatrzymała się, jakby się namyślając. Górny lej szarpał dolnym tak, że zdawało się, iż się od niego oderwie. Nag- le nastąpił straszliwy huk, zbite masy piasku, kamieni, krzaków i murawy zniknęły, podniósł się natomiast wysoki słup wody. Z początku wyglądał jak równy walec, lecz zwężając się w środ- ku, przybrał wkrótce kształt dwu różnych stożków, połączonych wierzchołkami. Z trąby powietrznej zrobiła się trąba wodna, któ- ra posuwała się teraz z podwójną szybkością. Pochwyciła domek i leciała wprost na nas. Konie, poczuwszy niebezpieczeństwo, pognały tak, że nie po- trzebowaliśmy ich popędzać. Po chwili obejrzałem się i ku mej radości zobaczyłem, że trąba oddala się. Byliśmy ocaleni. Potworne leje posuwały się na zachód, znowu ciemne i męt- ne. Wszystko, co trąba napotykała po drodze, podrywała z ziemi. Rosła i robiła się coraz groźniejsza. Odrzucając daleko to, czego nie zdołała wchłonąć, parła ciągle naprzód. Znajdowała się teraz po wschodniej stronie wzgórza, tam, gdzie rosły kępy jaworów i gdzie Rollins szukał skarbu. Naraz doleciał nas huk, od które- go ziemia zadrżała. Całe niebo zasnuło się czarnymi chmurami i grubymi kroplami lunął deszcz. Trąba znikła. – Nasz dom, nasze mieszkanie! Co się z nim stało?! – lamento- wała kobieta. Puściliśmy konie szybkim kłusem ku domowi. Lecz nie zastali- śmy go już na dawnym miejscu. Burza poszarpała go jak wiecheć słomy. Ciężkie pnie, grubości człowieka, leżały rozrzucone woko- ło. Z parkanu nie zostało śladu, nie było ani słupa, ani deski, ani tyczki; wszystko porwał rozszalały żywioł. Postanowiliśmy udać się natychmiast na poszukiwanie Rollinsa, jego pasierba i młodego Indianina. Wiedziałem, gdzie mogli się znaj- dować: tam, na wzgórzu, do którego dotarła trąba i gdzie legła wśród ogłuszającego huku, ustępując miejsca potokom ulewy. Obawiałem się, że rozegrały się tam straszliwe sceny, i chciałem oszczędzić nie- szczęśliwej kobiecie okropnego widoku. Ale gdy tylko usłyszała, że idziemy szukać jej syna, wsiadła na konia i pojechała z nami. Tymczasem niebo wypogodziło się. Chmury znikły, a jasne słoń- ce oświetlało zimnym blaskiem straszliwie spustoszoną ziemię. Pas gruntu, po którym szła trąba, miał przeszło sześćdziesiąt metrów 18 szerokości. Na całej tej przestrzeni nie było ani źdźbła roślinności, jak gdyby ją ktoś ogolił. Po prawej i lewej stronie tej drogi znisz- czenia leżały złomy skalne, kamienie, krzaki i mnóstwo innych rzeczy porzuconych przez rozszalały żywioł. Jeszcze gorzej przedstawiał się stok góry. Zarośla, wydarte z ziemi, porwane w górę, zbite w kłęby, porozrzucane były na wszystkie strony. Grube pnie jaworów leżały wyrwane z korze- niami, a konary poskręcane były jak liny. Nagle zauważyłem okulbaczonego na sposób indiański dere- sza, który skubał łakomie liście z olbrzymiego, zmierzwionego kłębu zarośli. Był to wierzchowiec Małego Jelenia, a więc w po- bliżu musiał się znajdować i jego pan. Podjechaliśmy do potężnego jaworu, który został wyrwany z korzeniami. Pod splątaną gęstwiną gałęzi przysypanych ziemią ziała szeroka i głęboka jama, podobna do jaskini. Siedzieli w niej jasnowłosy Józef i młody Apacz. Roześmieli się wesoło, gdy nas spostrzegli. Matka zeszła pospieszenie w głąb jamy i przycisnęła do serca syna. Apacz zaś podbiegł do nas i zapytał: – Czy biali bracia wierzą mi teraz, że rozumiem znaki głodne- go wichru? – Wierzymy ci – odpowiedziałem. – Ale jak zdołaliście się ocalić?! – Mały Jeleń ukrył swego konia w zaroślach, a potem wypro- wadził go i dosiadł razem z niebieskookim chłopcem, aby uciec przed wiatrem. Kiedy wicher już się nasycił, Iszarshiutuha przy- jechał tutaj i znalazł to, czego szukał razem z młodą bladą twarzą. On jest synem człowieka z workiem, którego tu zamordowano. Chodź i popatrz, gdzie Fajka Płonąca ukrył nugget! Przeszliśmy na drugą stronę skłębionej gęstwiny korzeni i tam w pobliżu pnia ujrzeliśmy dwa worki ze skóry poszarzałej już i nadgniłej. Okazało się, że zawierają złoty piasek i grudki tego kruszcu. Żona Rollinsa nie mogła uwierzyć, że skarb, którego tak upor- czywie poszukiwał jej mąż, istnieje rzeczywiście, i że teraz do niej należy. Naglony jej pytaniami Indianin zaczął opowiadać: – Moim ojcem był Ryczący Bizon. Pewnej jesieni wyruszył wraz z Fajką Płonącą w odwiedziny do Wielkiego Ojca bladych twarzy, aby mu przedłożyć życzenia Apaczów. Obaj wodzowie 19 jechali ku wschodowi. Po drodze byli świadkami, jak trzej bia- li zabili czwartego, który wiózł ze sobą worki pełne złota. Jeden z morderców nazywał się Złe Oko, drugi Kradnąca Ręka; trze- ciego nie znali. Wodzowie ukarali morderstwo: położyli trupem Złe Oko i nieznajomego opryszka. Ale Kradnąca Ręka uciekł, za- biwszy mego ojca. Fajka Płonąca zakopał złoto i puścił się w po- goń za Kradnącą Ręką; nie mógł go jednak doścignąć. Wobec tego pogrzebał Ryczącego Bizona i pojechał sam do Waszyngtonu. Śmierć mojego ojca należało pomścić. Musiałem to zrobić jako jego syn. Ale w tym czasie byłem jeszcze małym dzieckiem i do- piero znacznie później wyruszyłem w drogę po skalp mordercy. Przy sposobności mogłem zostać wojownikiem i otrzymać strzel- bę ognistą. Kradnąca Ręka zamieszkał w chacie zamordowanego, poślubiwszy jego skwaw. W ten sposób chata stała się jego włas- nością i mógł bez przeszkód szukać zakopanego skarbu. Usłyszawszy to, nieszczęśliwa kobieta krzyknęła rozpaczliwie i zemdlała. – Czy chcecie zobaczyć Kradnącą Rękę? – zapytał nas Apacz. – Chodźcie ze mną. Józef został przy nieprzytomnej matce, a ja i Salters udaliśmy się z Indianinem pod wielki jawor. Rollins leżał na ziemi, przygnieciony konarem grubym na czte- ry stopy, który spadając, zabił go na miejscu. – Przybyłem tu po jego skalp – rzekł Apacz – ale Wielki Duch sam go osądził. Kradnąca Ręka zginął w tym samym miejscu, w którym dopuścił się mordu. Rozumiesz teraz – zwrócił się do mnie – co opowiadało pismo, które dałem ci do przeczytania? – W zupełności – odparłem. – Fajka Płonąca nie umie pisać; dokument sporządził słynny Inczu-czuna, któremu wojownik wszystko opowiedział. Ty jesteś bratem wielkiego wodza, ofi arowuję ci więc to pismo. Mały Jeleń wkrótce odjechał. Nie dał się zatrzymać, a kiedy kobieta chciała mu ofi arować część złota, rzekł dumnie: – Zachowaj sobie ten piasek. Apacz wie, gdzie można znaleźć wiele złota, lecz nim gardzi. Wielki Duch nie po to stworzył czło- wieka, żeby był bogaty, lecz żeby był dobry. Oby ci teraz dał tyle szczęścia, ile doznałaś cierpienia. Dosiadł konia i zniknął nam z oczu. 20 Nazajutrz przed południem opuściliśmy i my owe strony, za- bierając z sobą Józefa i jego matkę. Stary koń Rollinsa wiózł złoto, kasztan kobietę, a mój gniady chłopca, my zaś kroczyliśmy obok nich pieszo. Rozstaliśmy się w najbliższej osadzie, skąd matka i syn mieli ruszyć dalej na wschód. Skończywszy swe opowiadanie, etnolog dorzucił jeszcze uwagę: – Przyznacie teraz, że już przed Winnetou znajdowali się wśród Apaczów inteligentni i odważni ludzie. Czyż zachowanie tego czerwonego chłopca nie zasługuje na pochwałę? Moja histo- ria dowodzi zarazem, że są biali o wiele gorsi od najgorszych In- dian. Słyszałem niedawno opowiadanie o pewnym człowieku po- chodzącym z hiszpańskiej hrabiowskiej rodziny, który połączył się z Komanczami, aby napaść na własną hacjendę* i wymordo- wać jej mieszkańców. Gdyby nie wódz Apaczów, Serce Niedźwie- dzie, i wódz Misteków**, Czoło Bawole, wszyscy tamtejsi biali gryźliby ziemię. – Znacie tę historię? – zapytano dokoła. – Jak się ten hrabia nazywał? – Niestety, wyleciało mi z głowy jego nazwisko i nie mogę go sobie przypomnieć. Wtem z kąta sali padły słowa: – Nazywał się hrabia Alonzo de Rodriganda. Wypowiedział je człowiek w meksykańskim stroju, siedzący samotnie przy drzwiach. Twarz jego była osmagana wichrami i deszczem i ogorzała od słońca, jak gdyby przebywał stale na wolnym powietrzu, lecz mimo wszystko nie mógł uchodzić za prawdziwego westmana. – Znam dobrze hrabiego i wszystkie osoby, które w tym dra- macie wzięły udział – ciągnął. – Znam także hacjendę, o której mówiliście. Mieszkam stale w Meksyku, jestem prawnikiem i ple- nipotentem*** seniora Arbelleza, dzierżawcy hacjendy, na którą dokonano owego napadu. * Hacjenda – małe lub średnie gospodarstwo rolne w Hiszpanii i krajach Ameryki Ła- cińskiej; nazywa się w ten sposób także dom mieszkalny z zabudowaniami gospodar- czymi. ** Mistekowie (Misztekowie) – plemię Indian zamieszkujące do dziś w południowo- -wschodnim Meksyku; przed podbojem hiszpańskim twórcy wysoko rozwiniętej cywi- lizacji. *** Plenipotent – pełnomocnik. 21
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Old Surehand. Tom II
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: