Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00330 009527 15553205 na godz. na dobę w sumie
Opera et artificia - ebook/pdf
Opera et artificia - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 362
Wydawca: My Book Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-7564-340-4 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> psychologia i filozofia >> filozofia
Porównaj ceny (książka, ebook (-8%), audiobook).

Od autora:
Rozmyślanie o rzeczywistości jest najbardziej wartościową formą uczestnictwa w rzeczywistości. Rozmyślanie – nie pisanie. Prawda ta ulega stopniowej erozji (oczywiście także w moich pismach).
Jest coś w naszym świecie z gruntu nieudanego. Trudno to nazwać, nieco łatwiej odczuć – jako coś, co psuje. Znać w tym Diabła, który gdzieś u początków wplótł się w nasze drogi i drwi sobie z różnorodnych, nieraz naprawdę bardzo wyszukanych – religijnych, naukowych, artystycznych, politycznych itp. – egzorcyzmów.
Filozofowie wszelkiej maści byli albo sługami albo tropicielami Diabła. Cała reszta była sługami ludzi.
Oddaję Czytelnikowi zbiór wczesnych pism filozoficznych, ufając, że filozofia, w przeciwieństwie do literatury, jest dla mnie sprawą cały czas otwartą.

Prezentowany zbiór jest wspólnym wydaniem następujących samodzielnych książek:
-     Kryptyki (1992)
-     O informacji w przyrodzie, czyli fenomen wielokomórkowości (1994)
Moce przemian (1996)
-     Metafizyka (2001)
-     Cztery eseje (2003).
Tom nie objął Czasu szkiców (1999), który, z uwagi na niejednoznaczny charakter, zdecydowałem się umieścić w zbiorze pism literackich.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

O MIŁOŚCI Jak wiele kocham! Jakże jednak mógłbym mówić, że kocham wszystko albo że kochanie jest wszystkim? I. Miłość wydaje się towarzyszyć człowiekowi od bardzo dawna. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie zabiegi nadające miłości w a r t o ś ć i d e o l o g i c z n ą. W tych warunkach wszystko wy- rodnieje. Nie jest więc przypadkiem, że odnajdujemy w czasach współczesnych miłość w stadium zwyrodnienia. Gdybyśmy chcieli poszukać „winnych”, należałoby zwrócić się do owego potężnego prądu, który połączył nauki swego mistrza z moralnymi rozważa- niami części (gorszej części!) filozofów greckich i doprowadził to wszystko daleko poza granice przyzwoitości. Należałoby się zatem zwrócić do chrześcijaństwa. Religia ta, oprócz wielu innych pojęć, wypracowała (i szczyci się bardzo z tego powodu) jedno szczegól- nie kuriozalne, szkodliwe i bezczelne – m i ł o ś ć p r z y k a z a n ą. Co więcej – taką miłość j a k o m i a r ę r z e c z y. Nie można wszakże nie dostrzegać innych źródeł absolutyzacji miłości w świecie dzisiejszym. Ciągle aktywny Wschód (może co- raz bardziej aktywny), rosnące sfeminizowanie społeczeństw, fru- stracje cywilizacyjne (powiedzmy otwarcie, gdzieniegdzie – jawna histeria), przede wszystkim jednak – ów fatalnie błędny pogląd (zresztą chrześcijański – zatem znów wracamy do. . . ), zdobywają- cy wielu zwolenników i bardzo do życia pobudzany przez okrucień- stwa ostatnich dziesięcioleci (a także sposób ich przedstawienia), pogląd ludzi zmęczonych nienawiścią, głoszący, że można z ową 11 nienawiścią walczyć miłością. W ten sposób miłość ideologiczna wymknęła się z systematu religijnego i jednocześnie stała się lu- dziom p o t r z e b n a d o. Religia zaś, w sensie spójnej całości, dawno potrzebną być już przestała. (Oto przyczyna funkcjonowa- nia większości wartości chrześcijańskich w świecie pochrześcijań- skim). Chrześcijaństwo, przy okazji, także chce jeszcze wykorzy- stać swoją szansę i udowodnić, że nie tylko miłość, lecz ono całe na coś jeszcze może się przydać. Czy to się powiedzie? – zobaczą już nasi następcy. Pragnę przypomnieć, że pogląd, o którym mówię, wykluł się w głowie człowieka, k t ó r e m u n i c s i ę n i e u d a ł o. Sukces chrześcijaństwa nie pochodzi od jego nominalnego założyciela, lecz od ludzi, którzy przyszli potem, i doprawdy nie został osiągnięty metodami mistrza. Jednak w i n t e r e s i e pewnych osób jest to tak właśnie przedstawiać. W ten sposób powstał mit o skutecz- ności metod par excellence nieskutecznych. Horrendalna głupota maluczkich proces ten jedynie ułatwiła. Niech to wystarczy tytu- łem wstępu. II. „Wywyższenie” miłości, przypisanie jej zadań i wartości nie- mających z nią nic wspólnego jest próbą znalezienia absolutu – na Ziemi (lepiej: próbą narzucenia. . . ), i ma to być absolut z praw- dziwego zdarzenia, czyli totalny (a nie tylko w jakiejś dziedzinie) i jedyny (jakakolwiek konkurencja z góry wykluczona. Diabeł). Przy czym usytuowanie domniemanego absolutu w sferze uczuć: 1) służy zabezpieczeniu go przed oceną ze strony intelektu. Abso- lut zabezpieczony! 2) ustanawia go absolutem o dużym stopniu immanencji, „w zasię- gu ręki” niejako. Pozwala to zinterpretować zjawisko bezspornie powszechne i utrzymywać, że argumenty przeciw dotykają owej bezsporności, a nie interpretacji („prawo naturalne” – przy za- przeczeniu natury!) 3) ewentualne sprzeciwy z miejsca sytuuje także w sferze uczuć. Jest to sprowadzenie sprawy na w y g o d n ą płaszczyznę. 12 Niebezpieczeństwo zaistniałej sytuacji wynika z faktu, że do jak najbardziej powszedniego życia wkrada się złowrogi potwór, głośno wołający: „Ja – beze mnie wszystko martwe i jałowe! Ja – konieczny warunek świata! Ja – remedium totalne! Ja – Miłość!”. Co by o takim wołającym poglądzie nie myśleć – jest on na pew- no w y g o d n y, i to na sposób prostacki. A cechy te niechybnie prowadzą do powszechnej aprobaty. Stwierdzenie, że absolut jest wśród nas, i że jest to taki wła- śnie absolut – zasadniczo stanowi samobójstwo. Są jednak wśród ludzi samobójcy i niewiele można na to poradzić, jednak nie muszą od razu namawiać wszystkich wokoło do rzucenia się w przepaść (w objęcia. . . – Boże, jaki ja jestem dowcipny!). Ma to jednak swój cel. Ocenianie. Otóż jednostki rozsądne, które lekkim okiem spozierają na podobne brednie i równie lekką ręką zagarniają i roz- sypują przeróżne obfitości, wyraźnie nie mieszczą się w schemacie: kochaj, kochaj, kochaj. . . Są zatem wrogie. Są zatem złe. (Przy czym – o zgrozo! – to drugie zdanie wynika wręcz z pierwszego). Tak dochodzimy do sedna sprawy: kochać, aby oceniać. Ciekawy rodzaj miłości. Rodzaj, bo są jeszcze kochający bezpretensjonalnie i jest miłość bezpretensjonalna. Jak od dawna wiadomo, moralność została wynaleziona głów- nie w celu umożliwienia sprawnego oceniania jednych przez dru- gich (konkretniej: pogardzania). I jest to pierwszy stopień zepsu- cia. (Na marginesie – oprócz przewagi fizycznej, jest to także jedno z głównych źródeł władzy). W tym mniej więcej stadium znajdo- wała się starożytność. Jednak pomysłowość ludzka nie zna granic – przyznano miłości nadrzędną rolę w systemacie moralnym. Stała się Zasadą – a pomysłodawcy zostali raz na zawsze zwolnieni od obowiązku myślenia, gdyż niezależnie od sytuacji (człowiek nieza- leżny od sytuacji!) – wystarczy zastosować Zasadę. I postępuje się dobrze. Genialne: Kochaj, a będziesz dobry! (Pomijając oczywiście znaczenie słowa „dobry”). Podwójna komedia. Mam nadzieję, że aktorzy znudzą się wreszcie rolami. Znając jednak ogólny poziom aktorów (tego spektaklu)1 może to się okazać nadzieja płonna. 1Dodatek w nawiasie po to, aby się nie narażać. 13 Czytelnikowi rozsądnemu zalecam pominięcie kilku poniższych akapitów, bowiem zanurzam się oto w oceanie moralizatorstwa. Nie jest to wszak zwyczajny ocean. Drogo pewnie zapłacę za chwi- lę pływania w szambie. Pocieszam się jednak faktem, że inni – choć spędzili tam całe życie – jakoś nie są zaczepiani na ulicach, wyty- kani palcami, iże śmierdzą. Dołączam do nich! Hop! Otóż miłość bardzo często bywa źródłem zła: niesprawiedliwo- ści, zakłamania, zaślepienia etc. Zwykle mówią nam na to: Praw- dziwa miłość nigdy nie rodzi zła. Ale, jak wielokrotnie podkreśla- no, postawienie przymiotnika „prawdziwy” przy jakimś rzeczow- niku raczej osłabia niż wzmacnia jego wymowę. Często jest po prostu oznaką bezsilności, jeszcze częściej – krętactwa. (Chyba że ma to jedynie stylistyczne znaczenie). Stwierdzenie takie implikuje istnienie miłości nie-prawdziwej, czyli po prostu nie-miłości (złoto nie-prawdziwe nie jest złotem etc.). Powyższy zatem podział nie ma sensu – określenie „prawdziwa” nic nie wnosi do słowa „mi- łość”. Uwaga! Teraz zaczynam grzmieć. Tak! Z pozycji miłości najwięcej było dotychczas pogardy! Nie jestże to sprzeczne? – zapyta ktoś (i pytanie to świadczy o głębo- kości zaślepienia). Nie! Rozejrzyj się wokoło, a zobaczysz: – zakochanych, którzy gardzą wszystkim prócz siebie, dla których wzajemna miłość p o n a d wszystko wyrasta; – modlących się: „Kocham Cię, Boże mój – a grzechem s w o i m pogardzam – ba! – sobą pogardzam!”; – kochających, którzy mówią: „Gardzę tobą (żałuję cię), bo nie kochasz”. A może nie znasz tego typu rozumowania: – ja kocham, z a t e m jestem dobry, ty nie kochasz, z a t e m jesteś zły, etc., etc. Ukoronowaniem perfidii tak myślących ludzi jest, powiedziane ze s w o j e j (jakże dziwnej!) wyżyny, zdanie: M i m oże jesteś zły, kocham cię. Moralny przymus miłości totalnej – jest owym gwoździem do trumny wszelkiej moralności aktywnej, moralności, która wyma- ga ruchu – a nie schematu, moralności niepokoju, dramatycznych 14 ocen i wtórnych wobec nich, równie dramatycznych wyborów, na koniec – moralność wielu błędów, miast jednego błędu. Kończę moralizować, przekonany o tym, że owe najbardziej śmierdzące miejsca dobrzem omijał. Mimo nawoływań z wielu stron, nacisków, o których była mo- wa, ludzkość ani myśli poddać się miłości totalnej. Ta wspaniała sytuacja stanie się zapewne udziałem mieszkańców Raju – m i e j - s c a m i ł o ś c i s p e ł n i o n e j (na Ziemi nazywa się podobne przybytki trochę inaczej – ). Jednak pamiętajmy, że owymi miesz- kańcami n i e b ę d ą l u d z i e. Tylko dlatego Niebo jest z a - s a d n e. U nas – na Ziemi – miłość totalna jest jedynie p e r s p e k t y - w ą. I stanowi próbę normalizacji zachowań według s p r y t n e g o kryterium. Wiecie, do czego w pierwszym rzędzie wiedzie (a może czemu służy?) normalizacja zachowań. –. Absolutyzacja miłości doprowadziła jeszcze do jednej patolo- gicznej sytuacji – ugruntowania się przesądu o istnieniu stałych kryteriów. To jest już kuriozum wysokiej klasy. Przecież świat nie istnieje dla wygody człowieka. Przecież wszelkie oceny to tylko w z a j e m n e o d d z i a ł y w a n i a, zmienne, zależne, zachodzą- ce pomiędzy „równymi” zjawiskami. Nie ma stałych kryteriów! W ogóle nie ma kryteriów! Są tylko sędziowie. (Jest to zasadni- czo opis sytuacji naszego świata). I jeśli powiadam: „Miłość bywa piękna” – to wcale nie sytuację kryteriów estetycznych nad moral- nymi, lecz stwierdzam jedynie związek, oddziaływanie. III. Dość powszechnie znany jest pogląd p o c z c i w e g o Arysto- telesa, zawarty w Etyce nikomachejskiej, dotyczący miłości i przy- jaźni. Prawie równie powszechnie budzi on niejakie zdziwienie. Zdziwienie to świadczy jedynie o skuteczności, prowadzonej ty- siąclecia już, indoktrynacji. Biada nam! Dzieciom dziwnie okale- czonych czasów. Któż kiedyś wspomni nas dobrym słowem – nas, którzyśmy ważyli się życie brać tak mało poważnie, a nawet nie potrafiliśmy śmiać się przy tym beztrosko. 15 Jak powiedziałem w pkt II, człowiek opętany miłością totalną (bo pamiętajmy, że są też opętani jedynie ideą takiej miłości) czuje się lepszy, wyższy, prawdziwszy, bardziej uduchowiony (to ci dopie- ro komplement), a często wręcz gardzi tymi, którzy nie podzielają jego poglądu. Nie przeszkadza mu to – rzecz jasna – kochać tych, którymi pogardza. Pamiętajmy: u c z u c i a s i ę n i e w y k l u - c z a j ą. Tam ratio milczy, a nawet jeśli krzyczy – to cóż z tego! Nie jest to świat logiki – ani nawet konsekwencji. (Są to, rzecz jasna, z a l e t y. Zostaje jednak problem skażenia. . . ). Ad rem. Miłość – w przeciwieństwie do przyjaźni – nie stawia warunków. I t o j e s t f a t a l n e!2 Rzecz jasna, idzie głównie o skutki (wiedzą dobrze o tym owe rzesze, którym się to przytrafiło). Miłość łączy ludzi różnej miary; pożera inne kryteria – prócz siebie (bardzo to typowe dla różnych tyranii); uśrednia społeczeństwa; łagodzi za- miary. . . Tak! Złagodzenie zamiaru, złagodzenie c e l u – oto cena szczęścia pewnych natur. Wielkość albo miłość – wybieraj. Sama miłość nigdy nie była i nie jest fundamentem, na którym można by cokolwiek zbudować. Jak się rzekło, nie stawia ona żad- nych warunków (a życie warunki stawia i warunków w y m a g a), zbiera wszystko: dobre i liche, i ze wszystkiego buduje – lecz budu- je, mając jedynie siebie za podstawę (żadnych przecież warunków i do podstawy!). Wszystko wydaje się postępować dobrze, dopóki ktoś nie zwróci oka w inną stronę – wtedy całe gmachy walą się! Opierały się wszak jedynie na miłości – podstawie, którą niszczy wszystko. Cóż wtedy robić? – Kochać znowu, kochać wszystkich, aby nadrobić stracony czas, aby zwyciężyć upadek. Jakże niewielu podówczas, zanim zacznie bieg z powrotem ku miłości, zastanowi się nad jakością fundamentu! Jest to historia powstawania n a - ł o g u. Mamy tu do czynienia z pewnego rodzaju s p r y t e m – tzn.: rozwijać się kosztem wszystkiego wokoło, wszystkiego co żyje, 2Na marginesie dwie uwagi: – ciekawe, że ludzie zwykli się chlubić ową fatalnością nie jako fatalnością (choć to też jest modne), lecz jako pewną wyż- szością ducha (!), lub wyższością samej miłości (!) – rodzi się także wątpliwość (z zakresu fizjologii) – może my po prostu nie znamy w a r u n k ó w m i ł o - ś c i? 16 wszystko inne niszczyć, a przy tym głośno wołać, że jest się j e d y - n y m, co warto posiąść i czemu warto s ł u ż y ć (czyli pobudzać dumę narkomana). Jest to spryt pasożyta. Miłość żywi się życiem! Przyjrzyjcie się teraz autorowi owego fatalnego poglądu, że n a l e ż y kochać wszystko, że miłość buduje, że na miłości czło- wiek. . . I nie zapominajcie – do tego autora m o d l ą s i ę l u - d z i e! Co widzicie? Buntownika par excellance. Gorące serce, które dusi się w świe- cie. Marzyciela, który postawił wszystko na jedną kartę – i prze- grał. Nie udało mu się zbuntować świata. Po nim nie rozumiano już jego buntu. U k u c i e z w y c i ę z c y w y m a g a ł o r e z y - g n a c j i z a u t e n t y c z n o ś c i (prawda jest słowem zbyt wy- świechtanym). Podmieniono symbole. Ukradziono nam człowieka. A był to przecież jeden z owych wielkich protagonistów wszel- kich buntowników – tylko na większą skalę – on buntował się prze- ciw (nie tylko nominalnie) całemu światu. Świat jest nienawistny – a ja będę go kochał Świat jest skończony – a ja nie skończę nigdy (i wy nie skoń- czycie się nigdy!) Świat jest kłamliwy – a ja będę mówił prawdę etc., etc. Jest oczywiste, że wiedzie to wprost do katastrofy. Wykorzy- stując katastrofę Jezusa, przechrzczając ją w sukces i wskazując na miłość jako na przyczynę sukcesu, wykorzystując buntowniczą część natury człowieka – zbudowano chrześcijaństwo – najdosko- nalszą formę buntu sterowanego. Świat pozostał niemy.3 IV. Prawdziwym problemem jest człowiek c z c z ą c y (innym, równie wielkim – człowiek głupi). Lękam się, aby wyobrażając so- bie świat, nie tyle jako walkę przeciwieństw, co jako walkę, w której można używać domniemanych przeciwieństw jako broni – czyli np. walczyć „dobrem” przeciw „złu”, „prawdą” przeciw „kłamstwu” 3Na marginesie godzi się zauważyć, że ów genialny filozof metody, z któ- rego cytat zaczerpnąłem jako motto do niniejszego zbioru, stanowi przykład absolutnej zgody na świat 17 etc., nie myślał człowiek taki według schematu: „Jeśli nie miłość – to nienawiść”. Jest to schemat b e z n a d z i e j n y i myślący lub postępujący według niego też są b e z n a d z i e j n i. Są to skamieliny par excellance – dowód istniejącego n i e g d y ś ży- cia. Rozpoczął się kult, skończyło się życie. Kult jako warunek działania (zawsze jest to jednak działanie skamielin) i na dodatek ukierunkowujący to działanie. Biedni czciciele! Wartość każdego z nich leży daleko poza nim samym – jest nią czczenie i jego przed- miot. Tylko dzięki temu nie giną stadami ze wstydu. Pamiętaj- cie dobrze! C z c z e n i e n i e j e s t n a m i ę t n o ś c i ą , l e c z p e r f i d i ą m a l u c z k i c h. V. Miłość nie jest zasadą świata, ani zasadą człowieka. Jest przy- padkiem – jaki się zdarza. Siła miłości nie tkwi w tym, iżby była najważniejsza, najgodniejsza czy jedyna, lecz w tym, że d a j e. Za- sadniczo jest to przyczyna siły wszystkich instynktów. Nie trzeba przekłamywać miłości! Niech szlachetnym wystarczy taka – jaką – jest. Lepiej nawet ją odrzucić niż kaleczyć – kaleczy się wtedy bowiem i siebie. Lecz ci najwięksi – najsilniejsi być może – wiedzą, że nie odrzuca się rzeczy znaczących, wiedzą, że tym, co ich czeka, nie jest życie poza, ale ponad miłością. Tam, gdzie miłości, jako w a r u n k u, już nie ma. Patrzę na świat i dostrzegam rzesze topielców. Och, doprawdy nie wiedzą kochający, co czynią! Toniecie, jeśliście jeno miłości zaufali – a ci, których czcicie i którym wierzycie w miażdżącej części, nigdy nie byli zakochani. 18
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Opera et artificia
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: