Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00120 008873 11061555 na godz. na dobę w sumie
Opowiadania człowieka jakby stąd - ebook/pdf
Opowiadania człowieka jakby stąd - ebook/pdf
Autor: , Liczba stron: 123
Wydawca: Wydawnictwo Psychoskok Język publikacji: polski
ISBN: 978-8-3790-0422-5 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> inne >> inne
Porównaj ceny (książka, ebook (-31%), audiobook).

„Opowiadania człowieka jakby stąd” Marii Jurkiewicz i Sławomira Bogackiego to zbiór utworów przedstawiających kilka aspektów miłości. Pokazują one jej prymat nad innymi uczuciami. Prócz tego zagadnienia, wielokrotnie dotykają w swoich utworach tematu wolności w bardzo szerokim ujęciu.

Jedno z opowiadań „Śnieżynka” śmiało można nazwać bajką dla dorosłych, bowiem przenosi czytelnika niemalże w baśniowy świat, a paradoksalnie rzecz ujmując ludziom obdarzonym wyobraźnią i marzeniami żyje się łatwiej i są szczęśliwi. Utwór ten wykazuje moc fantazji i energię płynącą z posiadania w życiu pasji. A właśnie życie w świecie marzeń pomaga przetrwać i radzić sobie z prozą codzienności. Żyjąc wyobraźnią uruchamiamy potęgę podświadomości. Wizualizując w głowie swoje marzenia, sukcesywnie zbliżamy się do upragnionego celu. Inne z opowiadań „Pralna” porusza temat wolności obywatelskiej, a „Namiętny sekret” zaciera w sobie granice pomiędzy światem realnym a fikcją literacką.

Autorzy w swoim zbiorze opowiadań chętnie dzielą się swoją wyobraźnią, pragną ubarwiać świat czytelników, przenosić ich w inny wymiar przekonując, że każdy może obudzić swoją fantazję, a odnalezienie w sobie pasji na każdym etapie życia czyni człowieka ciekawym i spełnionym
Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Wydawnictwo Psychoskok Konin 2015 Sławomir Bogacki, Maria Jurkiewicz „Opowiadania człowieka jakby stąd” Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok sp. z o. o. 2015 Copyright © by Sławomir Bogacki, Maria Jurkiewicz 2015 Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, powielana i udostępniana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy. Skład: Wydawnictwo Psychoskok Projekt okładki: Sławomir Bogacki, Maria Jurkiewicz Korekta: Paulina Jóźwiak ISBN: 978-83-7900-422-5 Wydawnictwo Psychoskok sp. z o.o. ul. Spółdzielców 3, pok. 325, 62-500 Konin tel. (63) 242 02 02, kom. 665-955-131 http://wydawnictwo.psychoskok.pl e-mail: wydawnictwo@psychoskok.pl ........................................................................................ 5 .............................................................................. 57 ............................................................. 75 .......................... 101 Pralnia „Jeśli należysz do agresywnej, złodziejskiej kasty urzędniczej, która każdego dnia przyczynia się do tego, że wielu niewinnych ludzi, nie widząc tu swojej przyszłości emigruje stąd, to ja skromny, nieznany autor, nie życzę sobie byś czytał te ponad dziewięć tysięcy słów, ponieważ będąc niewolnikiem ustaw jesteś złodziejem moich najpiękniejszych marzeń.’’ Prolog olskie kluby odpadły z Europejskich Pucharów, zanim te na dobre się rozpoczęły. Polityka wciąż jest agresywna, opozycja nie kocha pana Premiera, ten z wiadomych P przyczyn ignoruje wszystkie uwagi sejmowej mniejszości. Po prostu, Szef Ministrów chyba podczas drugiej kadencji uwierzył w swoja wielkość i nie słucha już nikogo. Prezydent wszystkich Polaków kocha tylko i wyłącznie swoją rodzinę, przynajmniej takie sprawia wrażenie, gdy go pokazują. Realia w naszym kraju są przyczyną tułaczki wielu, chęć wyjścia z ekonomicznej pułapki i rozwinięcia skrzydeł, powodują masową emigrację. Niestety, wiele orłów 5 ostatecznie błąka się poza granicami naszej ojczyzny, nie zakładając tak naprawdę nigdzie swojego gniazda. Szumne hasła w mediach o licznych powrotach Polaków z zagranicy, to miraż stworzony w celu wyciszenia niepokojów panujących w społeczeństwie. Prawda jest taka: nikt nie wraca z wygnania, ba jest wręcz przeciwnie. Wielu następnych wciąż jest stąd przeganianych, oczywiście nie dosłownie, wysokie podatki i składki społeczne robią swoją cichą, a skuteczną krecia robotę. Nawet nie wiemy, kiedy staliśmy się nowymi Cyganami Europy. Końcówka sierpnia. W kraju nad Wisłą wrze, ponieważ właściciel pewnej instytucji finansowej obiecywał złoty interes. Niestety, okazał się drugim kultowym wielkim „Szu’’. Czy aż tak wielkim, jak bohater znanego filmu sprzed lat, to dopiero się okaże. Mimo lata i panujących wciąż wakacji, dzień staje się coraz krótszy. Miesiąc sierpień jest bezlitosny. Zachodzące słońce przed godziną dwudziestą pierwszą, przypomina nam o jesieni. Futbol powoli wraca na ekrany telewizorów, a politycy wracają do Sejmu. O Euro nikt już nie chce pamiętać. Cudów w wykonaniu naszej drużyny oczywiście nie było, bo przecież być nie mogło. Nie jesteśmy narodem zdobywców, więc nasi rywale z grupy zdjęli nam gacie, pozostał tylko wstyd. Słońce skryło się gdzieś za chmurami, dzieci nie chcą wracać do szkoły, a ich rodzice liczą pieniądze wydane na wyprawki. 6 Od tego liczenia są smutni. Straszny, słowiański los. Za kilka dni będziemy obchodzić kolejną rocznicę wybuchu drugiej wojny światowej. Będziemy czcić, wspominać nasz tragiczny wrzesień, gdy biliśmy się na gołe ręce z Niemcami i Rosjanami. Syta Europa ma tą naszą tragiczną rocznicę gdzieś. Ona bawi się na dobre, udając przed nami kryzys. Gdy pod zimnymi, smutnymi pomnikami będą palić się znicze, mnie już w kraju nie będzie. Reżim administracji państwowej wygonił mnie stąd. Przegrałem. Dzień Zero migracja to rzecz straszna. Na wygnaniu, czujesz się jak pies, wyrzucony nagle przez właściciela. Uwierzcie mi, że będąc przymuszonym do szukania nowego E życia, takie właśnie człowiek ma odczucia. Wszyscy z tego powodu cierpią okrutnie, tyle tylko, że nikt się do tego nie chce przyznać. Nigdy nie dowiedziałem się, dlaczego właściwie tak jest. Czy przyczyną jest chęć oszukania samego siebie, czy otaczającego świata? Dzień przed odlotem z kraju Tuska i zawodowych chłopów z PSL-u, czyli dwóch partii rządzących nami od lat, chodziłem po osiedlu żegnając się ze swoimi ulubionymi miejscami. Czułem się dziwnie. Byłem smutny. Unikałem wzroku przechodniów. Tak do końca nie mogłem uwierzyć w fakt, że to mój koniec pobytu w kraju, w którym się urodziłem. Mój 7 stan, śmiało można było porównać do ślimaka bez skorupy lub kota przeczuwającego niebezpieczeństwo. Noc była najgorsza. Sen nie nadchodził, a czarne myśli pożerały mnie, kreśliły w mej głowie straszne, czarne scenariusze. Coś nawet się ze mnie śmiało. Nie wstydzę się wyznać, że płakałem. Było mi żal samego siebie. Przecież każdego dnia tak bardzo starałem się być tutaj, dalej jakoś trwać. Robiłem, co mogłem, by nie przegrać swej bitwy o byt we własnym kraju. Przecież pragnąłem tylko żyć, oddychać w kraju, w którym się urodziłem. Inni jakoś żyli, potrafili się tu odnaleźć, a ja wciąż przegrywałem w tym słowiańskim piekle. Więc nadszedł czas, gdy nadzieja na zmianę umarła, sił do jakiejkolwiek walki zabrakło, trzeba było stąd wiać. Uciec przed nędzą, biedą, głodem i tą urzędniczą patologią, czyli złem w najgorszym wydaniu. W środę po opuszczeniu Zakładu Ubezpieczeń Społecznych wywiesiłem biała flagę i skulony w okopie czekałem na bieg wydarzeń. Wróg pojmał mnie i był bezlitosny. W dzień wyjazdu poranek był wietrzny. Z nieba padał deszcz, więc na pożegnanie się z polskim słońcem nie było szans. Smutna była pogoda, smutny byłem ja. Opuszczając mieszkanie czułem skutki nieprzespanej nocy. Godzinne nocne rozmyślania i strach przed nieznanym, nie poprawiły mojej kondycji psychicznej. Ta mała łyżka niezbyt głębokiego 8 snu, nie dodała mi nawet szczypty optymizmu. Autobus miejski, następnie port lotniczy, dziwna, szybka odprawa, betonowa płyta lotniska i oczekujący na mnie zimny, bezlitosny samolot. Wbijając wzrok w metalowego ptaka z rozłożonymi skrzydłami myślałem, że to nie dzieje się naprawdę. Niestety jednak działo się. Na jego pokładzie luz i cisza. Siadając na wyznaczonym miejscu zamknąłem oczy. Jeszcze nigdy dotąd nie czułem się taki samotny, bezsilny i zdezorientowany. Gdy statek powietrzny oderwał się od ziemi czułem, że coś się skończyło i nigdy już nie wróci. Coś podpowiadało mi, że nigdy już tu nie wrócę. Głupie uczucie. Niecałe dwie godziny później z okna samolotu ujrzałem miasto miast, czyli Londyn. Moją nową przestrzeń życia. Jaka ona będzie? Nie miałem pojęcia. Na tę chwilę bałem się o tym myśleć. Opuszczając pokład samolotu, starałem się wyrzucić z mojej chorej głowy wszystkie złe myśli. Nie miałem prawa już na początku skazić wstępu do powieści mojego nowego życia. Skryłem swój lęk bardzo głęboko i zacząłem udawać wesołka. Oszukać samego siebie, może to sposób na przetrwanie. Godzina 1.45 pm. W holu lotniska mijam wielu ludzi. Rozpoznaję Polaków niemal od razu, są smutni, przygnębieni, to właśnie różni nas od wszystkich pozostałych tu obecnych. ‘’Siedemdziesiąt trzy lata temu polscy żołnierze na Westerplatte dzielnie walczyli za swą ojczyznę ‘’ „Bóg Honor i Ojczyzna’’. Oni wierzyli wtedy w to hasło. Byli naiwni, jak ja 9 do tej pory. Żołnierze zapłacili najwyższą cenę, jaką jest własne życie. Dziś po wielu latach, polscy politycy chętnie reklamują tę rocznicę. Zapominają równocześnie o tych, którym w czasie pokoju zafundowali prywatne Westerplatte. Paradoks polega na tym, że dziś po siedemdziesięciu trzech latach, nie mamy w kraju wojny zbrojnej, ale wnukowie dzielnych, polskich żołnierzy muszą sami prosić Niemców o nowe życie, lub tak jak ja, toczyć bitwę o Anglię. Z lotniska odebrał mnie kolega, którego lata temu z ojczystego kraju wygonił kolejny w demokratycznych wyborach wybrany rząd. Do dziś miał niespłacone długi w przymusowym ZUS-ie i nieczułym Urzędzie Skarbowym. Teraz ja dołączyłem do jego tułaczki szukając nowego portu, a w nim lepszego życia na obczyźnie. Jadąc wiśniowym audi z lotniska na kwaterę, nie rozmawialiśmy ze sobą. Chyba nie było o czym. Patrząc przez szyby samochodu na stolicę Anglii czułem, że gdybym miał urodzić się raz jeszcze, gdyby oczywiście istniała taka możliwość, to pragnąłbym narodzić się tu, właśnie w Londynie. Nawet sobie wymyśliłem imię i nazwisko. Robert Patison. Prawda, że ładnie? Ha, ha, ha. Urodziłbym się we wschodniej części tego miasta. Byłbym anarchistą, którego utrzymuje królowa. Ośmieszałbym ich system ciągnąc przy okazji ile się da. Wyspa jest rajem. Kraj nad Wisłą urzędniczym piekłem. Wieczorem poznałem innych rozbitków z Polski. Mieli smutne oczy. Widziałem to wyraźnie. Lecz nie rozumiałem, dlaczego 10 udawali przede mną szczęśliwych ludzi. Tej nocy piliśmy na umór. Pierwsza była wódka, później wino, a na sam koniec piwo. Nie lubię alkoholu, ale musiałem zabić swój smutek procentami, a oni wlać w siebie kolejna dawkę optymizmu. Pod koniec tej dziwnej libacji śpiewaliśmy polskie pieśni żołnierskie. „Czerwone maki na Monte Casino”, „Wojenko, wojenko”. Ostatnim odśpiewanym na stojąco utworem był polski hymn. Daliśmy naprawdę czadu i było chyba nawet śmiesznie. W pijanych snach widziałem swe dzieciństwo. Wtedy nigdy bym nie przypuszczał, że będę rozbitkiem, że bycie dorosłym to sprawa fatalna. Pod koniec ósmej klasy szkoły podstawowej potrącił mnie samochód. Stało się to blisko szkolnego budynku. Były to mroczne chwile, mozolne leczenie, długi powrót do zdrowia w szpitalu. Walczono o moje życie, wtedy dziękowałem im za to. Dziś byłem wściekły na szpitalny personel. Gdybym zszedł, miałbym już od wielu lat spokój i nie byłbym skazany na bój emigracyjny. Wszystko z pozycji czasu jednak się zmienia. To, co kiedyś wydawało się dobre, dziś było fatalne w skutkach. Czarny płomień wspomnień trawił mnie. 11 12
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Opowiadania człowieka jakby stąd
Autor:
,

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: