Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00329 006774 14673927 na godz. na dobę w sumie
Opowieści Czarnego Lodu - ebook/pdf
Opowieści Czarnego Lodu - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: Goneta Język publikacji: polski
ISBN: 978-8-3637-8366-2 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> proza
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).
Fantastyka, i to w bardzo dobrym wydaniu. Trafiamy w świat niespotykany, dziwny, pełny różnych kreatur, jakbyśmy znaleźli się nagle w środku gry internetowej, jakże realnej i wciągającej.
Czarny Lód to tajemnicza kraina w Nereji, owiana legendą, stworzona i zamieszkiwana przez tajemniczych i stojących na wyższym poziomie Nerejczyków. Tak wysoki rozwój paradoksalnie doprowadził do zagłady tej krainy. Do legendarnego miejsca chce dotrzeć Inkwizytor i Arcykapłan o imieniu Esteban, były buntownik i banita, ukrywający swoją przeszłość za swoim wysokim stanowiskiem i okrutną naturą w stosunku do podwładnych. Jego dążenia odkrywa oligarcha wojskowy, Khaled. Najważniejsze było nie dopuścić do spisku i obalenia istniejącej władzy, czego podobno chciał Wielki Inkwizytor, przywódca Rady Kapturowej, organizacji, której głównym celem było przywrócenie w Sacrum dawnych ideałów. Khaled także miał ukryte cele. Walka o władzę nigdy nie była czystą grą…
Mroczna kraina odsłania swoje kolejne niesamowite historie, wciągając w niezwykłą historię, rozpalając wyobraźnię i bratając się z bohaterami, nie zawsze o miłymi i łagodnym charakterze. Walka o przetrwanie w tak surowych warunkach ukształtowała niejedną postawę dziwnych mieszkańców Nereji.
Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

— Usiądź, Miltenie — powiedział generał Khaled.  Nie przypominał on wojskowych oligarchów. Do armii trafił przez przypadek, nawet nie z wyboru. Pochodził ze slumsów, rodzice sprzedali go oficerowi rekrutującemu, żeby pozbyć się jednej gęby do wyżywienia. Zaczynał jako ciura od kopania i czyszczenia szalet, a skończył jako jeden z najwybitniejszych dowódców Imperium. Milten rozejrzał się po namiocie. Prosty stół zawalony był mapami i notatkami. Widoku dopełniał cynowy kubek, dzbanek z winem, pióro, kałamarz i mosiężny ciężarek do papieru. Kleryk Oficjum przysiadł na ławie i czekał. Khaled długo wpatrywał się w mapę Nereji, coś zanotował i gwizdnął. Do namiotu wpadł młody porucznik. — Do dowódców oddziałów zwiadowczych. — Generał podał oficerowi wcześniej przygotowane pergaminy i utkwił spojrzenie w kleryku. — Wiesz, dlaczego po ciebie posłałem? — Głos miał spokojny, choć ostry, nawykły do wydawania rozkazów. — Nie wiem, panie — odparł zgodnie z prawdą młody sacronita. Był osobistym adiutantem Inkwizytora Arkain, jeszcze nigdy nie musiał babrać się w błocie żołnierskiego obozowiska. — Oboje wiemy, kim jest twój przełożony. Milten skinął głową. Wielki Inkwizytor był przywódcą Rady Kapturowej, organizacji, której głównym celem było przywrócenie w Sacrum dawnych ideałów. Rada współpracowała z Bractwem Kamienia, największym wrogiem Oficjum. Arcykapłan Sacrum nie wiedział o tym, że Rada wyniosła się ze Starego Kontynentu i dąży do obalenia władzy Oficjum w Nereji. Ale było tylko kwestią czasu, kiedy Sacrum zacznie węszyć, dlatego Rada musiała działać szybko i zdecydowanie. Jedną z takich decyzji było zwrócenie się o pomoc do dowódcy imperialnych wojsk w Nereji, którym był generał Khaled. Rada potrzebowała silnych sojuszników, aby stawić czoła bezwzględnej machinie militarno-politycznej Sacrum. Wywiad Bractwa dostarczył informacje, z których jasno wynikało, że Khaled także ma ukryte cele. Działając wspólnie, każda z frakcji mogła zaspokoić własne pragnienia. — Posłałem po ciebie, bo oczekuję najwyższej dyskrecji, a przede wszystkim efektywności w działaniach. Niestety generał lubił robić dłuższe przerwy, co drastycznie przeciągało jego przemowy. Milten nie ośmielił się go ponaglić, wbił uważne spojrzenie w legendarnego dowódcę i czekał. — Arcykapłan przydzielił mi tego psa Estebana na przybocznego inkwizytora, dlatego musisz wykazać się najwyższą ostrożnością. Jeżeli coś pójdzie nie tak, natychmiast każę cię ściąć. Żaden ślad nie może prowadzić do mnie albo do Rady. Rozumiesz? Milten ponownie skinął głową. Mimo młodego wieku posiadał dwie niezwykle cenione umiejętności. Potrafił słuchać ludzi i z należytą pokorą rozwiązywać ich problemy. Dlatego właśnie Rada wyznaczała go do specjalnych zadań, które niewiele miały wspólnego z prawem czy honorem, ale ktoś to robić musiał. Młody kleryk lubił wyzwania, więc nie protestował, tym bardziej że dano mu pełną swobodę w działaniu. — Od miesiąca giną ludzie. — Khaled znowu zrobił przerwę. — Na pozór zabójstwa nie mają większego związku. W końcu w każdej armii codziennie ktoś ginie. A to nieszczęśliwy wypadek podczas ćwiczeń, a to stare porachunki, za duże szczęście w kartach czy kłótnia o dziwkę. Sęk w tym, że te zabójstwa nie są przypadkowe, mimo że na takie wyglądają. Kapitan Kard, szef zaopatrzenia, porucznik Zerko, dowódca wojsk operacyjnych, sierżant Verno, szkolił rekrutów, i kapral Stonoga, moja osobista wtyka wśród saperów! — Głos generała na chwilę stwardniał. — To są cholerne egzekucje, ktoś chce zachwiać mój autorytet w Drugiej Armii. Za każdym razem upozorowano nieszczęśliwy wypadek. Karda podczas przeładunku rozjechał wóz, Zerko spadł z konia i skręcił kark, Verno dostał bełtem w plecy od rekruta, a Stonoga po pijaku utopił się w szambie. Ten skurwiel Esteban rozpoczął już oficjalne śledztwo z ramienia Oficjum. Natomiast ty zajmiesz się tym nieoficjalnie. Za cztery dni wymarsz i tyle masz dni na znalezienie zabójcy oraz tego, kto pociąga za sznurki. Pamiętaj, jeżeli Esteban przyłapie cię na węszeniu, osobiście rozkażę cię powiesić. Czy to jasne? Milten skinął głową i wstał. — Tu masz listę zaufanych ludzi. Niewielu już zostało, więc dobrze to rozegraj. I żeby była jasność – Rada może liczyć na poparcie armii tylko wtedy, jeżeli znajdziesz skurwiela, który mąci wodę w moim stawie! Aha, weź też to. — Generał rzucił mu prosty, stalowy sygnet, jaki nosili dowódcy imperialnych armii. — Pokaż to każdemu w tym obozie, kto będzie chciał cię wypatroszyć. Młody kleryk zręcznie chwycił pierścień, skłonił się i wyszedł z namiotu. Czekała go pracowita noc. * * * Lista rzeczywiście była krótka, Khaled skreślił cztery nazwiska. W zasadzie liczyło się tylko jedno z nich. Kapitan Vezir, osobisty adiutant generała, oficer, za którym żołnierze poszliby w ogień. Małomówny i skryty w sobie. Milten poznał go, gdy armia przybyła do Arkain. To adiutant dowodził atakiem na miasto i oblegających enklawę nerejczyków. Sacronita musiał przyznać, że był to prawdziwy majstersztyk. To był też prawdziwy powód jego misji. Rada Kapturowa chciała upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu. Nawiązanie współpracy z Khaledem było bardzo ważne, spiskowcy potrzebowali poparcia armii. Jednak równie istotne było przejrzenie Vezira i jego motywów. Adiutant pozostawał w kontakcie z komturem Sacrum, którego imienia Rada jeszcze nie poznała. Milten pogrzebał trochę w archiwalnych zapiskach. Rodzina Vezira zginęła z rąk paladynów Sacrum, nie miał więc powodów, żeby przepadać za duszołapami. Młody kleryk był pewien, że konszachty z oficerem Oficjum to nie przypadek. Rada musiała poznać prawdziwe motywy kapitana, tym bardziej że w wypadku śmierci Khaleda to właśnie Vezir zostałby głównodowodzącym Drugiej Armii. Milten miał się dowiedzieć, który z dowódców byłby bardziej na rękę Radzie Kapturowej. Kleryk włożył dłonie w szerokie rękawy płaszcza i bezszelestnie zniknął w mroku. Miał już pewne podejrzenia, jednak najpierw musiał zobaczyć się z adiutantem. Miał przeciwko sobie kilku niebezpiecznych przeciwników, co nadawało rozgrywce dodatkowego smaczku, a Milten lubił wyzwania. Nie był arogancki czy próżny, po prostu nigdy nie wybierał prostych rozwiązań. Czas miał pokazać, że młody kleryk sam stanie się pionkiem w grze, w której chciał rzucać kości. * * * Namiot Vezira, podobnie jak i Khaleda, znajdował się w centrum kilku okręgów, niczym też nie wyróżniał się z reszty. Dzięki temu podczas ataku na obóz wróg nie mógł przewidzieć, gdzie przebywają dowódcy. Mimo wszystko czuło się subtelną różnicę w najbliższym otoczeniu najważniejszych oficerów. W pobliżu Khaleda obozowali gwardziści osobiście wybrani przez generała, karni, oddani Imperium, najczęściej wywodzący się ze szlachty. Natomiast wokół Vezira pełno było wiarusów, zaprawionych w bojach żołnierzy, którzy bez zmrużenia oka poszliby w ogień za kapitanem. Milten skierował się do namiotu, przed którym na ognisku pieczono sporego… szczura. To byli piechociarze, wysmagani przez słońce i wiatr, z bliznami, w niekompletnych pancerzach. — Mówię ci, Wąska, ten miejski handlarz miał na ciebie oko. — Krępy sierżant rozdawał karty do głupca, nieudolnie próbując podmienić dwie schowanymi w rękawie kurty. — Trza było dać mu dupy, dostałabyś upust. — Mieczyk miał niezły. — Czarnowłosa dziewczyna w luźnym kaftanie i obcisłych spodniach udawała, że nie widzi machlojstwa podoficera. — To jednak zajrzałaś mu w portki! — krzyknął uradowany chudzielec z toporem na plecach, odwracając się w stronę leżącego olbrzyma z długą brodą. — Rudy, wisisz mi koc, saperkę i jutrzejszą porcję pomyj. — Wolisz je przed czy po wyrzyganiu? — mruknął saper, przewracając się na bok i pierdząc w stronę ogniska. Nagły podmuch płomienia osmalił rękę sierżanta i karty. — Ty skurwielu! — ryknął podoficer, gwałtownie zrywając się z ziemi. — Wygrałbym to rozdanie! — Coś ci upadło, Maruda — zauważyła spokojnie Wąska, odcinając kawałek upieczonego szczura. — Czy to nie przypadkiem Żebrak z talii? — To nie moje — burknął nadąsany sierżant i schował dodatkowe karty za pazuchę. — Znowu ktoś mi to podrzucił, co za bezczelność! — Oczywiście. — Wąska głośno ziewnęła. — Idę się odlać. Jak znowu któryś za mną pójdzie, to nasikam mu na twarz. — Naprawdę? — Rudobrody z wyraźnym zaciekawieniem otworzył jedno oko i przekręcił głowę. — Nie, cholerny zboczeńcu! — syknęła dziewczyna i ruszyła w stronę, skąd wiatr przynosił paskudny odór szalet. — Tępy, dlaczego ten klecha nas podsłuchuje? — zapytał sierżant, siadając przy ognisku i pożerając w zastraszającym tempie pieczyste. — Pewnie wpadłeś mu w oko — odparł saper z toporem na plecach i wrzucił żarzący się węgielek za kołnierz rudobrodego. Tępy czekał, aż towarzysz zacznie wyć z bólu, jednak olbrzym tylko leniwie ziewnął, przewalił się na plecy i zaczął chrapać. — Cholerny sukinsyn, żaden z niego pożytek — mruknął rozczarowany saper i spojrzał w stronę Miltena. — Czego tu chcesz, duszołapie? Sacronita nie zdążył odpowiedzieć, poczuł zimną stal na gardle. Wąska polizała mu ucho i dmuchnęła. Nie mógł ukryć drżenia. Piechociarka pchnęła znajdę w stronę ogniska. — Czego tu szukasz? — zapytał groźnie sierżant, krzyżując ręce na piersiach. — Przecież już o to pytałem, idioto — powiedział Tępy, przewracając oczami. — Jestem twoim dowódcą, żołnierzu. Zamknij mordę i zajmij się… czymś — warknął Maruda, nie spuszczając spojrzenia z przybysza. — A ty mów, kto cię tu nasrał. — Chyba raczej nasłał — poprawił dowódcę saper i podrapał się po tyłku. Milten nie mógł ukryć zdumienia. Pierwszy raz miał do czynienia z piechotą morską, nigdy nie przypuszczał, że taka zgraja przebierańców jest najgroźniejszą bronią imperium. — Muszę zamienić słówko z kapitanem Vezirem. — Głos kleryka był niezwykle melodyjny i dźwięczny, nawet Wąska zaszczyciła go dłuższym spojrzeniem. — Szef jest zajęty, robi właśnie naszyjnik z uszu posłańców, którzy przynieśli mu złe wieści — warknął sierżant i splunął w ognisko. — Spierdalaj, klecho, zanim najdzie mnie ochota, żeby wygarbować ci skórę. Milten bez słowa pokazał sygnet. Wąska gwizdnęła przez zęby, Tępy głośno puścił bąka, a Maruda był wyraźnie zawiedziony, że nici z rozróby. — Dobra, idź. Ale Szpara pójdzie z tobą. — Raczej Wąska, imbecylu. — Saper był wyraźnie zdegustowany. Kleryk bez słowa skinął głową i ruszył za dziewczyną. Mimo krągłych kształtów była smukła i wysoka. Poruszała się z gracją kota. Dopiero teraz dostrzegł sztylety i noże, którymi była obwieszona. Nie była tylko piechociarzem, był pewien, że Wąska jest zabójcą, i to śmiertelnie niebezpiecznym. Przed namiotem Vezira siedział łysy rębajło z dwoma mieczami na plecach. Blizna na głowie i brak jednego oka nadawały mu wygląd wściekłego psa. Dziewczyna uśmiechnęła się przymilnie i wskazała na sacronitę. — Przysyła go Khaled na przekąskę dla Vezira. Kleryk bez słowa pokazał sygnet. Jednooki brzydko się uśmiechnął, pokazując zaostrzone zęby, i spróbował klepnąć Wąską w tyłek. Dziewczyna zręcznie się wywinęła i pokazała mu język. — Ekhm — chrząknął Milten, nie do końca wiedząc, jak powinien się zachować. — Mogę wejść? Łysy obojętnie wzruszył ramionami. — Poczekam tu na ciebie — powiedziała dziewczyna i przycupnęła w bezpiecznej odległości od jednookiego. Milten był pewien, że została na wypadek, gdyby wysłannik oficjum próbował zagrozić Vezirowi. Kiedy wszedł do namiotu, poczuł się prawie jak w… świątyni. Kilka kaganków, ołtarzyk, stół, ława, stojak na zbroję, kufer i siennik. Wnętrze bardziej przypominało celę klasztornego kleryka niż namiot oficera. Vezir klęczał przed ołtarzem i szepcząc modlitwy, zapalał ofiarne kadzidło. Milten stał i czekał. — Co cię sprowadza, kleryku? — odezwał się kapitan, nie odwracając głowy. — Sacrum wysłało kolejnego psa gończego? — Kolejnego? Adiutant zgasił kadzielnicę i wstał. Kiedy spojrzał na Miltena, po plecach kleryka przeszedł zimny dreszcz. Ten człowiek był wypalonym wrakiem, pustka w oczach oficera porażała niczym dotyk śmierci. — Wcześniej zaszczycił mnie swoją obecnością Esteban, arogancki inkwizytor z krwią na rękach. Czego chcesz? — Szukam zabójcy. — Rozmawiałeś z Khaledem? Kleryk skinął głową. — Więc jesteś tu, bo tego chciał generał. Ciekawe, po co Khaled posłał po gończego psa. Esteban o tym wie? — Czy ofiary coś łączy? Mieli jakieś słabości albo wrogów, może to przez zazdrość? — Milten zbył pytanie kapitana, sam już niczego nie był pewien. — To byli dobrzy żołnierze — zaczął spokojnie Vezir. — Oddani i zdyscyplinowani, do końca wierzyli w Imperium. — A dlaczego mieliby stracić wiarę? — W końcu nie gryzie się ręki, która cię karmi — skwitował lakonicznie oficer. Kleryk spojrzał uważniej na adiutanta. Coś tu było nie tak. — Te zabójstwa to nie przypadek — kontynuował Vezir. — Też nie wierzę w pechowy zbieg okoliczności. Komuś zależało na ich śmierci. — Dobrze się znali? — Tak, to była stara gwardia, zaufani ludzie Khaleda. — To wszystko? Kapitan spojrzał na kleryka. — A co byś chciał usłyszeć? Nie zamierzam ułatwiać ci zadania, sacronito. Dam ci tylko jedną radę. Nie ufaj nikomu i nie wierz w to, co usłyszysz. Wtedy być może zdołasz odnaleźć prawdę. Choć osobiście mam nadzieję, że tak się nie stanie. — Dlaczego? — Bo nie chciałbym zobaczyć cię na szafocie. A teraz odejdź, mam sporo pracy. Milten sztywno się pokłonił i wyszedł z namiotu. Wąska bez słowa ruszyła za nim. Gdy znaleźli się przy ognisku, położyła mu rękę na ramieniu. — Nic nie jest tym, czym się wydaje — szepnęła i odeszła do towarzyszy, którzy głośno na coś klęli. Kleryk szczelniej opatulił się płaszczem i ruszył w stronę fortu. Czuł, że ktoś się nim bawi, a bardzo nie lubił błądzić po omacku. Był pewien, że coś łączy ofiary, wiedział o tym Khaled i Vezir, ale żaden nie chciał zdradzić prawdy. Nawet ta żołnierka go ostrzegła. Dołączył do niebezpiecznej gry, ale i on miał w zanadrzu sojusznika, który mógł pomóc w rozwikłaniu zagadki.  
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Opowieści Czarnego Lodu
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: