Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00857 015194 17802990 na godz. na dobę w sumie
Opowieści niesamowite - ebook/pdf
Opowieści niesamowite - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 195
Wydawca: Literatura Net Pl Język publikacji: polski
ISBN: Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> literatura piękna >> komiks i humor
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).
Zbiór utworów, przesyconych tajemniczością, grozą, demonizmem. Pojawia się w nich namiętna miłość, wielkie cierpienie, zagadkowe intrygi. Bohaterowie przeżywają niezwykłe stany: ulegają obłąkaniu, dręczą ich dziwne sny, zwidy, wizje, ogarniają ich przerażające myśli, stają na granicy życia i śmierci...
Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Aby rozpocz(cid:261)ć lektur(cid:266), kliknij na taki przycisk , który da ci pełny dost(cid:266)p do spisu tre(cid:286)ci ksi(cid:261)(cid:298)ki. Je(cid:286)li chcesz poł(cid:261)czyć si(cid:266) z Portem Wydawniczym LITERATURA.NET.PL kliknij na logo poni(cid:298)ej. Edgar Allan Poe Opowie(cid:286)ci niesamo- wite Przekład Bolesław Le(cid:286)mian i Stanisław Wyrzykowski 2 Tower Press 2000 Copyright by Tower Press, żda(cid:276)sk 2000 3 William Wilson Có(cid:298) powie – on? Co powie glos sumienia – Ta zmora zmór, co za mn(cid:261) kroczy w (cid:286)lad? ChamberlayneŚ „Pharronida”. Niech(cid:298)e mi wolno b(cid:266)dzie do czasu nazywać si(cid:266) Wiliamem Wilsonem. Rzeczywiste moje na- zwisko nie powinno pokalać le(cid:298)(cid:261)cej oto przede mn(cid:261), nie tkni(cid:266)tej jeszcze karty. Nazwisko owo a(cid:298) nazbyt cz(cid:266)sto było przedmiotem wzgardy i l(cid:266)ku – (cid:296)ródłem wstr(cid:266)tu dla mojej rodziny. Czyli(cid:298) wzburzone wichry nie otr(cid:261)biły bezprzykładnej ha(cid:276)by tego nazwiska a(cid:298) po najdalsze kra(cid:276)ce kuli ziemskiej? O, najsamotniejszy ze wszystkich wygna(cid:276)ców! Czyli(cid:298) nie umarłe(cid:286) na zawsze dla (cid:286)wiata – dla jego zaszczytów, dla kwiatów, dla złoc(cid:261)cych si(cid:266) uroje(cid:276)? I czyli(cid:298) chmura g(cid:266)sta, ponu- ra i bezkresna nie zawisła na wieki pomi(cid:266)dzy twoj(cid:261) nadziej(cid:261) a niebem? żdybym mógł nawet, nie chciałbym zawrzeć dzisiaj w tych kartach wspomnienia ostatnich lat trudnej do opisania n(cid:266)dzy ducha i nieprzebaczalnej zbrodni. Ta ostatnia epoka mego (cid:298)ycia spi(cid:266)trzyła a(cid:298) po kres ostateczny ilo(cid:286)ć ha(cid:276)bi(cid:261)cych mi(cid:266) wyst(cid:266)pków i pragn(cid:266) jedynie okre(cid:286)lić (cid:296)ródło ich pochodzenia. Jest to na razie mój zamiar wył(cid:261)czny. Ludzie zazwyczaj nikczemniej(cid:261) stopniowo. Co do mojej osoby – wszystka cnota w okamgnieniu, znienacka opadła ze mnie jako płaszcz. Od tuzinkowej mniej wi(cid:266)cej rozpu- sty siedmiomilowym krokiem przerzuciłem si(cid:266) w (cid:286)wiat zmór bardziej ni(cid:298) heliogabalowych. Po- zwol(cid:266) sobie w całej rozci(cid:261)gło(cid:286)ci opowiedzieć, jaki traf, jaki jedyny w swym rodzaju mus pchn(cid:261)ł mnie ku owym upadkom. Zbli(cid:298)a si(cid:266) (cid:286)mierć i cie(cid:276), który j(cid:261) poprzedza, nakazem ucisze(cid:276) dosi(cid:266)gn(cid:261)! mego serca. W mym pochodzie poprzez dolin(cid:266) mroków po(cid:298)(cid:261)dam współczucia – chciałbym rzec – miłosierdzia mych bli(cid:296)nich. Pragn(cid:261)łbym ich przekonać, (cid:298)e byłem poniek(cid:261)d niewolnikiem oko- liczno(cid:286)ci, które si(cid:266) wymykaj(cid:261) wszelkim dozorom ludzkim. (cid:297)yczyłbym, aby w szczegółach, które im podam, wykryli na moj(cid:261) korzy(cid:286)ć pewn(cid:261) maluczk(cid:261) oaz(cid:266) przeznaczenia w(cid:286)ród Sahary zgróz. Chciałbym, aby uznali, (cid:298)e chocia(cid:298) ten padół słynie z wielkich pokus, nikt dot(cid:261)d nigdy nie był kuszony w ten sposób i bez w(cid:261)tpienia nigdy w ten sposób nie uległ. Czy(cid:298) nie dlatego, i(cid:298) nikt nig- dy nie doznał tych samych cierpie(cid:276)? Zaprawd(cid:266) – czyli(cid:298) nie (cid:298)yłem we (cid:286)nie? Czyli(cid:298) oto nie gin(cid:266), jako ofiara zgrozy i tajemnicy najdziwaczniejszej ze wszystkich zmór podksi(cid:266)(cid:298)ycowych? Jestem potomkiem rasy, któr(cid:261) zawsze wyró(cid:298)niał temperament zdolny do przywidze(cid:276) i łatwo zapalny, i pierwsze lata mego dzieci(cid:276)stwa s(cid:261) ju(cid:298) dowodem, (cid:298)em całkowicie odziedziczył cechy mego rodu. Z biegiem czasu cechy owe zarysowały si(cid:266) dosadniej i z wielu powodów stały si(cid:266) dla mych przyjaciół przedmiotem powa(cid:298)nych niepokojów, a dla mnie – (cid:296)ródłem istotnych krzywd. Stałem si(cid:266) – samowolny, pochopny do najdzikszych wybryków. Oddałem si(cid:266) na pastw(cid:266) najbardziej nie- poskromionym nami(cid:266)tno(cid:286)ciom. Rodzice moi – ludzie słabego charakteru, dotkni(cid:266)ci na domiar udr(cid:266)k(cid:261) przyrodzonych i organicznych niedoborów, niewiele mogli przedsi(cid:266)wzi(cid:261)ć dla przytłumie- nia złych skłonno(cid:286)ci, które zdradzałem. Nie zaniedbali ze swej strony kilku słabych i nietrafnych wysiłków, które si(cid:266) zgoła rozmin(cid:266)ły z zamiarem i zako(cid:276)czyły całkowicie moim tryumfem. Odt(cid:261)d słowo moje stało si(cid:266) w domu – rozkazem, i w wieku, gdy dzieci jeno wyj(cid:261)tkowo pozbywaj(cid:261) si(cid:266) 4 swych w(cid:266)dzideł, przyznano mi woln(cid:261) wol(cid:266) i stałem si(cid:266) panem mych wszystkich, z wył(cid:261)czeniem imienia – czynno(cid:286)ci. Pierwsze moje z (cid:298)ycia szkolnego wra(cid:298)enia wi(cid:261)(cid:298)(cid:261) si(cid:266) z obszernym a dziwacznym budynkiem w stylu źl(cid:298)biety, w głuchym zak(cid:261)tku Anglii, strojnym w niezliczono(cid:286)ć olbrzymich, s(cid:266)kowatych drzew, a którego wszystkie domostwa były wyj(cid:261)tkowo zamierzchłe. I, doprawdy, owo czcigodne a staro(cid:298)ytne miasteczko było podobizn(cid:261) marze(cid:276) i miejscem oczarowa(cid:276) ducha. I nawet w tej chwili udziela si(cid:266) mej wyobra(cid:296)ni o(cid:298)ywczy dreszcz jego do gł(cid:266)bi cienistych alei, i oddech mój napełnia si(cid:266) powiewem jego tysi(cid:266)cznych gajów, i dot(cid:261)d jeszcze z niewytłumaczon(cid:261) rozkosz(cid:261) dr(cid:298)(cid:266) na wspomnienie piersiowych a głuchych brzmie(cid:276) dzwonu, który co godzina swym nagłym a gderliwym porykiem rozszarpywał cisz(cid:266) mglistej atmosfery, k(cid:266)dy gr(cid:261)(cid:298)yła si(cid:266) drzemot(cid:261) zdj(cid:266)ta dzwonnica gotycka, cała z(cid:266)bami ozdobna. Zaiste wszystek zasób dost(cid:266)pnego obecnie mym doznaniom szcz(cid:266)(cid:286)cia czerpi(cid:266) ze szczegóło- wych wspomnie(cid:276) (cid:298)ycia szkolnego i wła(cid:286)ciwych mu mrzonek. Zatraconemu, jakom jest, w kl(cid:266)sce – w kl(cid:266)sce – niestety! – a(cid:298) nazbyt rzeczywistej – wybacz(cid:261) chyba, (cid:298)e szukam wielce kruchej i wielce przelotnej pociechy w tych dzieci(cid:266)cych i lu(cid:296)nych wspominkach. A chocia(cid:298) zgoła pospolite i błahe same przez si(cid:266), nabieraj(cid:261) sk(cid:261)din(cid:261)d w mej wyobra(cid:296)ni doniosło(cid:286)ci przygodnej dzi(cid:266)ki swemu (cid:286)cisłemu zwi(cid:261)zkowi z miejscem i epok(cid:261), w których z dzisiejszego oddalenia postrzegam pierw- sze, niejasne przestrogi losu, co od owego czasu w tak gł(cid:266)bokie spowin(cid:261)ł mi(cid:266) cienie. Nie wzbra- niajcie(cid:298) mi wspomnie(cid:276)! Domostwo, jak rzekłem, stare było i bezładne. Podwórzec był obszerny, okolony wysokim a krzepkim murem z cegieł, zako(cid:276)czonym polep(cid:261) z gliny i tłuczonego szkła. Ten szaniec, godny wi(cid:266)zienia, znaczył granic(cid:266) naszego pa(cid:276)stwa. Oczy nasze przedostawały si(cid:266) poza ni(cid:261) jeno trzy razy na tydzie(cid:276) – raz jeden co sobota, po południu, gdy w towarzystwie dwóch dozorców szkol- nych wolno nam było odbywać społem krótkie spacery do wsi s(cid:261)siedniej, i dwa razy – co nie- dziela – kiedy, uszykowani jak (cid:298)ołnierze na popisie, szli(cid:286)my do jedynego w miasteczku ko(cid:286)cioła, aby wysłuchać porannego i wieczornego nabo(cid:298)e(cid:276)stwa. Rektorem naszej szkoły był pastor owego ko(cid:286)cioła. Z jakim gł(cid:266)bokim uczuciem podziwu i oszołomienia z naszej ku chórom oddalonej ławy przygl(cid:261)dałem mu si(cid:266), gdy „wst(cid:266)pował na ambon(cid:266) krokiem uroczystym a powolnym! Ta postać czcigodna, obdarzona obliczem tak łagodnym i dobrotliwym, przyodziana w szat(cid:266) tak obficie połyskliw(cid:261) i tak po kapła(cid:276)sku rozwiewn(cid:261) – przybrana w peruk(cid:266) tak starannie upudrowan(cid:261), a tak wysztywnion(cid:261) i sut(cid:261) – czyli(cid:298) mogła być tym samym człekiem, który przed chwil(cid:261), z twarz(cid:261) su- row(cid:261) i w odzie(cid:298)y zatabaczonej, z dyscyplin(cid:261) w r(cid:266)ku, czuwał nad wykonaniem drako(cid:276)skiej ustawy szkolnej? O, wybujały to paradoks, którego potworno(cid:286)ć wyklucza wszelk(cid:261) odpowied(cid:296) na pytanie! W k(cid:261)cie masywnego muru tkwiły, jak na pokucie, jeszcze masywniejsze drzwi, szczelnie za- mkni(cid:266)te, upstrzone zasuwami i zako(cid:276)czone u góry rozkrzewieniem si(cid:266) z(cid:266)batego (cid:298)elastwa. Jakie(cid:298) gł(cid:266)bokie uczucie strachu szerzyły owe drzwi! Rozwierały si(cid:266) jeno dla trzech periodycz- nych wycieczek i powrotów, o których ju(cid:298) mówiłem – wówczas w ka(cid:298)dym zgrzycie ich pot(cid:266)(cid:298)- nych zawias, odsłaniał si(cid:266) nam nadmiar tajemnic – cały (cid:286)wiat uroczystych postrze(cid:298)e(cid:276) lub jeszcze uroczystszych rozmy(cid:286)la(cid:276). Obszerna zagroda miała kształt nieprawidłowy i podział na kilka cz(cid:266)(cid:286)ci, z których trzy czy cztery – najwi(cid:266)ksze – stanowiły miejsce dla zabaw. Miejsce owo było wyrównane i powleczone drobnym i ostrym szczerkiem. Pami(cid:266)tam dobrze, i(cid:298) nie posiadało ani drzew, ani ławek, ani w ogóle nic w tym rodzaju. Ma si(cid:266) rozumieć, i(cid:298) znajdowało si(cid:266) w tyle budynku. Od przodu widniał niewielki kwietnik, wysadzany bukszpanem i innymi krzewami, lecz ow(cid:261) (cid:286)wi(cid:266)t(cid:261) oaz(cid:266) wolno nam było przekraczać jeno w rzadkich wielce wypadkach, jak pierwszy wst(cid:266)p do szkoły lub odjazd ostateczny, lub te(cid:298), być mo(cid:298)e, w chwilach, gdy kto(cid:286) z przyjaciół lub krewnych kazał nas zawołać i wesoło ruszali(cid:286)my w drog(cid:266) do rodzinnych pieleszy na Bo(cid:298)e Narodzenie lub na (cid:286)w. Jana. Lecz dom! Co za osobliw(cid:261) a star(cid:261) budowl(cid:261) był ów dom! Za(cid:286) dla mnie był istnym pałacem za- kl(cid:266)tym! Ko(cid:276)ca nie było jego korytarzowym zakr(cid:266)tom i niezrozumiałym podziałom. Trudno było w tej lub innej, na chybił trafił wybranej chwili stwierdzić z cał(cid:261) pewno(cid:286)ci(cid:261), czy si(cid:266) jest na pierw- 5 szym, czy na drugim pi(cid:266)trze. Miało si(cid:266) za to pewno(cid:286)ć, i(cid:298) w przej(cid:286)ciu z jednego pokoju do drugie- go stopa napotka trzy lub cztery stopnie w gór(cid:266) lub w dół. Prócz tego niezliczone i niedost(cid:266)pne poj(cid:266)ciu były boczne podziały, które tak si(cid:266) wsnuwały i wysnuwały ze siebie, i(cid:298) najdokładniejsze ogarni(cid:266)cie my(cid:286)l(cid:261) cało(cid:286)ci gmachu niewiele si(cid:266) ró(cid:298)niło od owej mrzonki, za której pomoc(cid:261) ogl(cid:261)- damy niesko(cid:276)czono(cid:286)ć. W ci(cid:261)gu lat pi(cid:266)ciu mego pobytu nigdy nie potrafiłem dokładnie okre(cid:286)lić tej odległej okolicy gmachu, w której znajdowała si(cid:266) ciasna sypialnia, przeznaczona dla mnie i dla innych osiemnastu lub dwudziestu (cid:298)aków. Klasa była najobszerniejsz(cid:261) komnat(cid:261) w całym domu, a nawet w całym (cid:286)wiecie, w ka(cid:298)dym ra- zie nie mogłem si(cid:266) oprzeć takiemu na ni(cid:261) pogl(cid:261)dowi. Bardzo długa, bardzo w(cid:261)ska i ponuro niska, z dwułukowymi oknami i z d(cid:266)bowym pułapem. W odległym k(cid:261)cie, który ział postrachem, tkwiła zagroda, maj(cid:261)ca osiem do dziewi(cid:266)ciu stóp kwadratowych, a stanowi(cid:261)ca w godzinach wykładów sanctum naszego zwierzchnika, przewielebnego doktora Bransby ego. Była to krzepka budowa, z masywnymi drzwiami. Ni(cid:296)li je rozewrzeć w nieobecno(cid:286)ci Dominie, wszyscy by(cid:286)my raczej wy- brali zgon od rózgi i rzemienia. W dwu innych k(cid:261)tach wznosiły si(cid:266) dwie podobne(cid:298) zagrody – przedmioty o wiele, co prawda, mniejszej czci, ale w ka(cid:298)dym razie (cid:296)ródła do(cid:286)ć znacznego postra- chu, jedna z nich była katedr(cid:261) mistrza humaniorów, druga za(cid:286) – profesora j(cid:266)zyka angielskiego i matematyki. Rozsiane tam i sam po sali bezliki ław i pulpitów, straszliwie objuczone ksi(cid:261)(cid:298)kami z plamistym odwzorem palców, krzy(cid:298)owały si(cid:266) w niesko(cid:276)czonym bezładzie – sczerniałe, zgrzy- białe, zjedzone czasem i tak gruntownie po(cid:298)łobione w kształty inicjałów, całkowitych imion, po- staci groteskowych i innych licznych arcydzieł scyzoryka, (cid:298)e zgoła zatraciły i t(cid:266) bylejako(cid:286)ć for- my, której im udzielono w czasach wielce zamierzchłych. Na jednym kra(cid:276)cu sali tkwił olbrzymi ceber wody, a na drugim – zegar niewiarogodnych rozmiarów. Zamkni(cid:266)ty w masywnych marach tej czcigodnej szkoły, sp(cid:266)dziłem wszak(cid:298)e bez nudy i bez niesmaku trzecie pi(cid:266)ciolecie mego (cid:298)ywota. Płodny umysł dzieci(cid:266)cy nie wymaga od (cid:286)wiata zewn(cid:266)trznego pobudek dla swej pracy lub za- bawy, i ponura na pozór jednostajno(cid:286)ć szkolnego istnienia obfitowała w podniety płomienniejsze ani(cid:298)eli owe, których dojrzalsza moja młodo(cid:286)ć szukała w uciechach zmysłowych, a wiek m(cid:266)ski – w zbrodni. Wszak(cid:298)e musz(cid:266) wyznać, i(cid:298) pierwszy mój rozwój umysłowy był pod wieloma wzgl(cid:266)- dami niezbyt pospolity, a nawet ponad poziom wybiegaj(cid:261)cy. Wypadki lat dziecinnych najcz(cid:266)(cid:286)ciej nie pozostawiaj(cid:261) w duszach ludzi dojrzałych zbyt wyra(cid:296)nych (cid:286)ladów. Nic, jeno – cie(cid:276) mglisty, w(cid:261)tłe a bezładne wspomnienie, m(cid:266)tna gmatwanina kruchego wesela i urojonych trosk. Inaczej rzecz miała si(cid:266) ze mn(cid:261). Zapewne z dzielno(cid:286)ci(cid:261) dojrzałego m(cid:266)(cid:298)czyzny wyczuwałem w dzieci(cid:276)- stwie to, co i dzi(cid:286) jeszcze ryje si(cid:266) w mej pami(cid:266)ci w konturach tak (cid:298)ywych, gł(cid:266)bokich i trwałych, jak rysunki medali kartagi(cid:276)skich. A tymczasem – w rzeczy samej – z utartego punktu widzenia – jak(cid:298)e tam mało było tre(cid:286)ci dla wspomnie(cid:276)! Ład porannych ocknie(cid:276), nakaz udania si(cid:266) na spoczynek nocny, nauka lekcji, wygłaszanie ich z pami(cid:266)ci, periodyczne półurlopy i spacery, podwórzec dla zabaw wraz z jego kłótniami, wywcza- sami i intrygami – wszystko to, zniknione w magicznym (cid:286)nie ducha, zawierało w sobie cały nad- miar wra(cid:298)e(cid:276), przepych wypadków, niesko(cid:276)czono(cid:286)ć najrozmaitszych wzrusze(cid:276) i najbardziej pło- miennych i upojnych podniet. Hej! n i e z g o r z e j s i (cid:266) (cid:298) y ł o w o n y m w i e k u (cid:298) e l a z n y m! W istocie – dzi(cid:266)ki płomiennej, entuzjastycznej, władczej naturze – wyró(cid:298)niłem si(cid:266) wkrótce spomi(cid:266)dzy reszty mych towarzyszów i z wolna a zgoła nieznacznie pozyskałem przewag(cid:266) nad wszystkimi, którzy mi(cid:266) wiekiem nie prze(cid:286)cigali – nad wszystkimi, z wyj(cid:261)tkiem jednego. Był to (cid:298)ak, wcale ze mn(cid:261) nie spokrewniony, nosił to samo imi(cid:266) i to samo nazwisko – okolicz- no(cid:286)ć małej sama przez si(cid:266) wagi, gdy(cid:298), mimo dostojnego pochodzenia, nosiłem jedno z tych licz- nych nazwisk, które snad(cid:296) od czasów niepami(cid:266)tnych – prawem przedawnienia – stały si(cid:266) ogóln(cid:261) własno(cid:286)ci(cid:261) motłochu. W niniejszym przeto opowiadaniu nadałem sobie przezwisko Williama Wilsona – przezwisko zmy(cid:286)lone, które niezbyt od rzeczywistego odbiega. W(cid:286)ród tych, co, mó- wi(cid:261)c szkolnym j(cid:266)zykiem, stanowili nasz(cid:261) band(cid:266), jeden tylko mój imiennik miał odwag(cid:266) współ- zawodnictwa ze mn(cid:261) w wiedzy szkolnej, w grach i dysputach podczas wolnych od nauki godzin – 6 oraz odmawiania (cid:286)lepej wiary mym twierdzeniom i bezwzgl(cid:266)dnego poddania si(cid:266) mej woli – sło- wem – przeczenia mej dyktaturze przy ka(cid:298)dej lada sposobno(cid:286)ci. Je(cid:286)li istnieje na ziemi despotyzm kra(cid:276)cowy i bez zastrze(cid:298)e(cid:276), jest nim wła(cid:286)nie despotyzm genialnego dziecka wzgl(cid:266)dem słabszych duchowo towarzyszów. Buntowniczo(cid:286)ć Wilsona była dla mnie (cid:296)ródłem najdotkliwszych zakło- pota(cid:276), tym bardziej (cid:298)e wbrew przechwałkom, których publiczne w stosunku do jego osoby i jej uroszcze(cid:276) podkre(cid:286)lanie uwa(cid:298)ałem za swój obowi(cid:261)zek, czułem w gł(cid:266)bi duszy strach przed nim i nie mogłem nie postrzec w tym. tak łatwo przeze(cid:276) zachowywanym poziomie dorównywania mi wr(cid:266)cz i w oczy – dowodów prawdziwej wy(cid:298)szo(cid:286)ci, poniewa(cid:298) sam – ze swej strony musiałem przykładać nieustannych stara(cid:276), a(cid:298)eby unikn(cid:261)ć pora(cid:298)ki. Wszak(cid:298)e o tej wy(cid:298)szo(cid:286)ci lub raczej rów- no(cid:286)ci ja tylko jeden, wła(cid:286)ciwie, powzi(cid:261)łem wiadomo(cid:286)ć. Towarzysze nasi, dzi(cid:266)ki niepoj(cid:266)tej (cid:286)lepo- cie, zdawali si(cid:266) nawet nie podejrzewać jej istnienia. I rzeczywi(cid:286)cie – jego współzawodnictwo, wytrwało(cid:286)ć i przede wszystkim jego zuchwałe a dotkliwe wtr(cid:261)cania si(cid:266) do wszystkich moich zamysłów nie si(cid:266)gały ponad poziom spraw osobi- stych. Zdawał si(cid:266) przy tym pozbawiony miło(cid:286)ci własnej, która mi(cid:266) pchała do władztwa, oraz owej nami(cid:266)tnej (cid:298)ywotno(cid:286)ci, która dostarczała mi (cid:286)rodków po temu. Mo(cid:298)na było pomy(cid:286)leć, (cid:298)e w swym współzawodnictwie powoduje si(cid:266) wył(cid:261)cznie fantastyczn(cid:261) (cid:298)(cid:261)dz(cid:261) krzy(cid:298)owania mych zamiarów, oraz zniewalania mnie do podziwu i do rozpaczy, chocia(cid:298) zdarzały si(cid:266) chwile, gdym nie mógł nie zauwa(cid:298)yć z powikłanym uczuciem zdumienia, poni(cid:298)enia i gniewu, (cid:298)e do swych obelg, zniewag i zaprzecze(cid:276) dorzuca pewn(cid:261) domieszk(cid:266) zbyt niewczesnej i – doprawdy – najniezno(cid:286)niejszej pod sło(cid:276)cem przychylno(cid:286)ci. Owo dziwne zachowanie si(cid:266) mog(cid:266) chyba wytłumaczyć sobie wył(cid:261)cznie jako skutek bezwzgl(cid:266)dnej zarozumiało(cid:286)ci, która samozwa(cid:276)czo posługuje si(cid:266) gminnym tonem or(cid:266)downictwa i poparcia. Zapewne ta ostatnia cecha post(cid:266)powania Wilsona, ł(cid:261)cznie z naszym współimiennictwem oraz z przypadkow(cid:261) zgoła jednoczesno(cid:286)ci(cid:261) zjawienia si(cid:266) w gmachu Szkolnym, przyczyniła si(cid:266) do roz- powszechnionego w(cid:286)ród uczniów klas wy(cid:298)szych zdania, i(cid:298) jeste(cid:286)my braćmi. Ci zazwyczaj nie- zbyt szczegółowo wgl(cid:261)dali do (cid:298)ycia młodszych kolegów. Wspomniałem, zda si(cid:266), lub powinienem był wspomnieć, i(cid:298) Wilson, w najdalszych nawet rozgał(cid:266)zieniach nie był spokrewniony z mym rodem. Lecz – doprawdy – gdyby(cid:286)my byli braćmi, byliby(cid:286)my jednocze(cid:286)nie bli(cid:296)ni(cid:266)tami, poniewa(cid:298) po opuszczeniu zakładu doktora Bransby ego dowiedziałem si(cid:266) przypadkiem, (cid:298)e mój imiennik urodził si(cid:266) 19 stycznia 1813 r. – godny uwagi zbieg okoliczno(cid:286)ci, gdy(cid:298) ów dzie(cid:276) jest wła(cid:286)nie dniem moich urodzin. Dziwnym wydać si(cid:266) mo(cid:298)e ów fakt, (cid:298)e mimo nieustannych trwóg, o które przyprawiało mi(cid:266) współzawodnictwo Wilsona i jego niezno(cid:286)na przekora, nie mogłem dotrzeć do bezwzgl(cid:266)dnej dla(cid:276) nienawi(cid:286)ci. Nieodwołalnie i niemal co dzie(cid:276) wszczynali(cid:286)my kłótni(cid:266) wzajemn(cid:261), w której, przyznaj(cid:261)c mi publicznie palm(cid:266) pierwsze(cid:276)stwa, starał si(cid:266) w ten lub inny sposób zaznaczyć, i(cid:298) owa palma nie mnie, lecz jemu si(cid:266) nale(cid:298)y. Otó(cid:298) moja duma a jego rzetelna godno(cid:286)ć trzymały nas zawsze w (cid:286)cisłym zakresie przyzwoito- (cid:286)ci, a wszak(cid:298)e dusze nasze były sobie wzajem tak cz(cid:266)sto podobne, i(cid:298) tylko nasz stosunek przy- godny wzbraniał, być mo(cid:298)e, obudzonemu we mnie uczuciu rozwin(cid:261)ć si(cid:266) w uczucie, przyja(cid:296)ni. Trudno mi, doprawdy, okre(cid:286)lić, a nawet opisać rdze(cid:276) moich dla(cid:276) uczuć, tworzyły one pstrokat(cid:261) i ró(cid:298)norodn(cid:261) gmatwanin(cid:266) – była w niej gwałtowna zawzi(cid:266)to(cid:286)ć, która nie przedzierzgn(cid:266)ła si(cid:266) jesz- cze w nienawi(cid:286)ć, tudzie(cid:298) ocena warto(cid:286)ci, a raczej cze(cid:286)ć dla osoby, sporo strachu i niepomierna a płochliwa ciekawo(cid:286)ć. Dla psychologów zbyteczny jest chyba dodatek, (cid:298)e obydwaj – Wilson i ja – byli(cid:286)my nierozł(cid:261)cznymi towarzyszami. Bez w(cid:261)tpienia osobliwo(cid:286)ć i dwuznaczno(cid:286)ć nowego sto- sunku wszystkie moje – szczere czy udane, lecz w ka(cid:298)dym razie liczne – przeciw niemu napa(cid:286)ci przekształcała raczej w szyderstwa i utarczki ((cid:298)art czyli(cid:298) nie potrafi ranić doskonale?) ani(cid:298)eli w powa(cid:298)n(cid:261) i okre(cid:286)lon(cid:261) wrogo(cid:286)ć. Wszak(cid:298)e wysiłki moje w tym kierunku nie zawsze wie(cid:276)czyły si(cid:266) tryumfem, nie wył(cid:261)czaj(cid:261)c nawet chwil, gdym najprzebieglej knował swe plany, poniewa(cid:298) mój 7 imiennik posiadał w swym charakterze sporo owej pełnej zastrze(cid:298)e(cid:276) i spokoju surowo(cid:286)ci, która, igraj(cid:261)c ostrzem własnego dowcipu, nie odsłania nigdy pi(cid:266)ty Achillesowej i stanowczo wymyka si(cid:266) wszelkim (cid:286)mieszno(cid:286)ciom. Nie mogłem w nim znale(cid:296)ć (cid:298)adnej słabej strony, prócz jednej tylko, polegaj(cid:261)cej na szczególe zewn(cid:266)trznym, który, jako wynik ułomno(cid:286)ci organicznej, pomin(cid:261)łby mil- czeniem ka(cid:298)dy – mniej ni(cid:298) ja – do kresów zaciekło(cid:286)ci doprowadzony przeciwnik. Mój współzawodnik miał niedobór w strunach głosowych, który nigdy mu nie pozwalał wy- biegać głosem ponad poziom bardzo uciszonego szeptu. Nie omieszkałem wedle mej mo(cid:298)no(cid:286)ci ci(cid:261)gn(cid:261)ć z owego kalectwa politowania godnych zysków. Wilson pomstował rozmaicie, lecz jeden szczególnie rodzaj jego zło(cid:286)liwego odwetu zatrwa(cid:298)ał mi(cid:266) nadmiernie. Nigdym nie umiał rozwi(cid:261)zać tej zagadki, do jakich przebiegłych (cid:286)rodków uciekł si(cid:266) w zasadzie jego umysł, aby wykryć, i(cid:298) drobiazg tak nieznaczny mo(cid:298)e mi przysparzać tyle udr(cid:266)ki? Wszak(cid:298)e, zrobiwszy to odkrycie, stosował do mnie uporczywie owo narz(cid:266)dzie m(cid:266)czarni. Zawsze czułem wstr(cid:266)t dla mego nieudanego, bo tak niewytwornego nazwiska oraz dla gminnego, je(cid:286)li nie plebejuszowskiego zgoła, imienia. D(cid:296)wi(cid:266)ki tych zgłosek zatruwały mi uszy – i kiedy, w dniu mego przybycia, wtóry William Wilson zjawił si(cid:266) w szkole, ur(cid:261)gałem mu w duchu za owo imi(cid:266) i obrzydziłem je sobie podwójnie, poniewa(cid:298) je nosił cudzoziemiec – cudzoziemiec, dzi(cid:266)ki któremu miała mi(cid:266) (cid:286)cigać dwukrotna sposobno(cid:286)ć chłoni(cid:266)cia uchem tych d(cid:296)wi(cid:266)ków, a którego osob(cid:266) miałem nieustannie ogl(cid:261)dać, wiedz(cid:261)c z góry, i(cid:298) w zwykłym trybie szkolnego (cid:298)ywota, z powodu nienawistnego zbiegu okoliczno(cid:286)ci czyny jego b(cid:266)d(cid:261) przypisywane mojej osobie i od- wrotnie. Uczucie rozdra(cid:298)nienia, wynikłe z owej przyczyny, zaostrzało si(cid:266) z biegiem wypadków, które odsłaniały w całej pełni duchowe i cielesne podobie(cid:276)stwo pomi(cid:266)dzy mn(cid:261) a moim przeciw- nikiem. Jeszcze nie wykryłem tego znamiennego faktu, (cid:298)e jeste(cid:286)my rówie(cid:286)nikami, a ju(cid:298) postrze- głem, (cid:298)e jeste(cid:286)my jednakiego wzrostu, i zauwa(cid:298)yłem szczególne nawet podobie(cid:276)stwo i w cało- kształcie, i w rysach naszych twarzy. Doprowadzała mnie do w(cid:286)ciekło(cid:286)ci pogłoska o naszym po- krewie(cid:276)stwie, której zazwyczaj dawały posłuch klasy wy(cid:298)sze. Słowem – nic nie budziło we mnie powa(cid:298)niejszych niepokojów (chocia(cid:298) ukrywałem najpilniej oznaki tych niepokojów), jak lada napomknienie o naszym podobie(cid:276)stwie ju(cid:298) to z ducha, ju(cid:298) to z ciała, ju(cid:298) to z daty urodzenia. Wszak(cid:298)e nie miałem doprawdy najmniejszego powodu do przypuszcze(cid:276), (cid:298)e owa to(cid:298)samo(cid:286)ć (z wyj(cid:261)tkiem faktu pokrewie(cid:276)stwa i owych szczegółów, które Wilson osobi(cid:286)cie wypatrzeć potrafił) była kiedykolwiek przedmiotem roztrz(cid:261)sa(cid:276), a nawet spostrze(cid:298)e(cid:276) ze strony kolegów. Natomiast jasne było dla mnie, i(cid:298) onś sam przez si(cid:266) ogl(cid:261)dał owo podobie(cid:276)stwo we wszystkich przejawachŚ i z równ(cid:261) mojej – baczno(cid:286)ci(cid:261). Wszak(cid:298)e t(cid:266) okoliczno(cid:286)ć, i(cid:298) w tego rodzaju przypadkach potrafił wy- nale(cid:296)ć niewyczerpan(cid:261) kopalni(cid:266) udr(cid:266)cze(cid:276), mogłem przypisać, jak wy(cid:298)ej rzekłem, tylko wy(cid:298)szej nad zwykły poziom przenikliwo(cid:286)ci. Dawał mi odpowiedzi, doskonale przedrze(cid:296)niaj(cid:261)c moj(cid:261) osob(cid:266) w ruchach i słowach, i przedziwnie grał swoj(cid:261) rol(cid:266). Ubranie moje łatwym było do odwzorowania przedmiotem. Bez trudu te(cid:298) przywłaszczył sobie mój chód i ogólny charakter postawy. Nawet głos mój, mimo wspomnianych niedoborów orga- nicznych, nie wymkn(cid:261)ł si(cid:266) jego zaborczo(cid:286)ci. Nie próbował, ma si(cid:266) rozumieć, podchwycenia d(cid:296)wi(cid:266)ków dono(cid:286)nych, lecz zachował to(cid:298)samo(cid:286)ć barwy – i głos jego, mimo uciszenia, stawał si(cid:266) doskonałym echem mego głosu. Pró(cid:298)no bym starał si(cid:266) opisać, do jakiego stopnia dr(cid:266)czył mnie ów dziwaczny portret – mog(cid:266) bowiem nazwać go portretem, nie za(cid:286) tylko karykatur(cid:261). Jedn(cid:261) tylko miałem pociech(cid:266), mianowicie t(cid:266), (cid:298)e na(cid:286)ladownictwa owego, jak mi si(cid:266) zdawało, nikt, prócz mnie, nie zauwa(cid:298)ył, i miałem przeto wył(cid:261)cznie mus osobistego znoszenia tajemniczych i dziwnie sarkastycznychŚ u(cid:286)miechów mego imiennika. Zadowolony, i(cid:298) mu si(cid:266) udało wywrzeć na mnie wra(cid:298)enie po(cid:298)(cid:261)dane, zdawał si(cid:266) ciszkiem rado- wać z zadanej mi rany i okazywał szczególn(cid:261) pogard(cid:266) dla publicznego poklasku, który z tak(cid:261) łatwo(cid:286)ci(cid:261) mógłby pozyskać dzi(cid:266)ki swym fortunnym pomysłom. Jak si(cid:266) to stało, (cid:298)e koledzy nasi nie domy(cid:286)lali si(cid:266) jego zamiarów, nie widzieli całej roboty wykonawczej i nie przył(cid:261)czyli si(cid:266) do jego szyderczej rado(cid:286)ci? Przez szereg niepokoju pełnych miesi(cid:266)cy była to dla mnie zagadka nie 8 do rozstrzygni(cid:266)cia. Być mo(cid:298)e, i(cid:298) powolno(cid:286)ć stopniowa(cid:276) czyniła na(cid:286)ladownictwo mniej widocz- nym lub raczej swe bezpiecze(cid:276)stwo zawdzi(cid:266)czam pozorom mistrzostwa, którymi tak zr(cid:266)cznie przejmował si(cid:266) kopista, pogardzaj(cid:261)c martw(cid:261) liter(cid:261) – jedynie pochwytn(cid:261) w obrazie dla umysłów t(cid:266)pych – i oddawał istotnego ducha oryginału ku tym wi(cid:266)kszemu z mej strony zdziwieniu i ku tym wi(cid:266)kszej goryczy osobistej. Wspominałem ju(cid:298) kilkakroć o powzi(cid:266)tym przeze(cid:276) wzgl(cid:266)dem mej osoby, a wielce dotkliwym tonie pobła(cid:298)liwej opieki i o jego cz(cid:266)stych a poufnych stró(cid:298)owaniach mej woli. Stró(cid:298)owania owe nabierały cz(cid:266)stokroć przykrych zabarwie(cid:276) przestrogi – przestrogi, udzielanej nie otwarcie, jeno w domysłach i napomknieniach. Przyjmowałem je z odraz(cid:261), która urastała w miar(cid:266), gdym i ja ura- stał. A jednak musz(cid:266) mu oddać pełn(cid:261) uznania i nale(cid:298)n(cid:261) sprawiedliwo(cid:286)ć, i(cid:298) nie przypominam so- bie w owej odległej ju(cid:298) epoce ani jednego wypadku, a(cid:298)eby wpływy mego współzawodnika za- wierały w sobie rodzaj bł(cid:266)dów i szale(cid:276)stw, tak wła(cid:286)ciwych jego wiekowi, pozbawionemu zazwy- czaj dojrzało(cid:286)ci i do(cid:286)wiadczenia – i(cid:298), je(cid:286)li nie talentem i ogład(cid:261), to w ka(cid:298)dym razie przewy(cid:298)szał mi(cid:266) o wiele subtelno(cid:286)ci(cid:261) wyczuć moralnych – i (cid:298)e wreszcie byłbym dzisiaj lepszym, a przeto szcz(cid:266)(cid:286)liwszym człowiekiem, gdybym rzadziej odrzucał rady, zatajone w doniosłych szeptach, które wówczas nieciły we mnie jeno nienawi(cid:286)ć tak gł(cid:266)bok(cid:261) i pogard(cid:266), tak pełn(cid:261) goryczy. Koniec ko(cid:276)cem zbuntowałem si(cid:266) doszcz(cid:266)tnie przeciw tak potwornym czatom i z dniem ka(cid:298)- dym coraz otwarciej nienawidziłem tego, com uwa(cid:298)ał za niezno(cid:286)n(cid:261) bezczelno(cid:286)ć. Wy(cid:298)ej rzekłem, i(cid:298) w pierwszych latach naszego kole(cid:298)e(cid:276)stwa uczucia moje wzgl(cid:266)dem Wilsona łatwo mogły prze- obrazić si(cid:266) w przyja(cid:296)(cid:276), lecz w ostatnich miesi(cid:261)cach mego w szkole pobytu, pomimo niew(cid:261)tpliwie znacznej zni(cid:298)ki w poziomie zwykłych zabiegów jego natr(cid:266)ctwa, uczucia moje – w równej niemal mierze – zni(cid:298)yły si(cid:266) do poziomu istotnej nienawi(cid:286)ci. Zdaje mi si(cid:266), i(cid:298) zauwa(cid:298)ył to pewnego razu i odt(cid:261)d unikał mnie lub udawał, (cid:298)e unika. Je(cid:286)li mi(cid:266) pami(cid:266)ć nie myli, wypadło to w tym samym mniej wi(cid:266)cej czasie, kiedy na tle jednej gwałtownej pomi(cid:266)dzy nami kłótni, w której mój przeciwnik zatracił wła(cid:286)ciw(cid:261) sobie ogl(cid:266)dno(cid:286)ć i dał gniewom, obc(cid:261) niemal swej naturze folg(cid:266), wykryłem lub przywidziało mi si(cid:266), (cid:298)em wykrył w jego tonie, wyrazie twarzy i w całej postaci co(cid:286), co mi(cid:266) na razie przej(cid:266)ło dreszczem, potem do gł(cid:266)bi rozciekawiło, narzucaj(cid:261)c mej duszy niejasne widma wczesnego dzieci(cid:276)stwa – cudaczne, m(cid:266)tne a pilne wspomnienia owych dni, gdy pami(cid:266)ć moja jeszcze na (cid:286)wiat nie przyszła. Nie potra- fiłbym lepiej okre(cid:286)lić tłocz(cid:261)cego mnie wra(cid:298)enia, jak podkre(cid:286)laj(cid:261)c trudno(cid:286)ć pozbycia si(cid:266) tej my(cid:286)li, (cid:298)em obecn(cid:261) mym oczom istot(cid:266) znał ju(cid:298) ongi – w epokach niezmiernie zamierzchłych – w prze- szło(cid:286)ci bezkre(cid:286)nie nawet oddalonej. Wszak(cid:298)e przywidzenie owo pierzchło tak samo szybko, jak szybko powstało – i napomykam o nim jeno w tym celu, aby zaznaczyć dzie(cid:276) ostatniej rozmowy pomi(cid:266)dzy mn(cid:261) a mym osobliwym imiennikiem. Stare i obszerne domostwo w swych niezliczonych skrzydłach zawierało kilka olbrzymich komnat, które ł(cid:261)czyły si(cid:266) ze sob(cid:261) i stanowiły sypialnie dla wi(cid:266)kszo(cid:286)ci (cid:298)aków. Ponadto, jak to mu- sowo zdarza si(cid:266) w budynku, tak nieszcz(cid:266)(cid:286)liwie pomy(cid:286)lanym, istniała cała ci(cid:298)ba k(cid:261)tów i zak(cid:261)tków – wyniki skrawków i naro(cid:298)nych obrówna(cid:276) budowy. Oszcz(cid:266)dno(cid:286)ciowa wynalazczo(cid:286)ć doktora Bransby ego przedzierzgn(cid:266)ła je hurtem w sypialnie. Poniewa(cid:298) jednak były to zaledwo szczupłe cele, mogły tedy dać pobyt jednej tylko osobie. Jeden z tych małych pokojów zajmował Wilson. Pewnej nocy, na schyłku pi(cid:261)tego roku (cid:298)akostwa i bezpo(cid:286)rednio po wspomnianej kłótni, korzy- staj(cid:261)c ze snu, który wszystkich ogarn(cid:261)ł, wstałem z łó(cid:298)ka i z lamp(cid:261) w dłoni sun(cid:261)łem poprzez labi- rynt w(cid:261)skich korytarzy z mojej sypialni do sypialni mego przeciwnika. Długo kosztem swych wysiłków knułem jeden z tych zło(cid:286)liwych figlów, jedn(cid:261) z tych bolesnych zasadzek, w których dotychczas zawsze pudłowałem. Powzi(cid:261)łem my(cid:286)l natychmiastowego wykonania mych zamierze(cid:276) i postanowiłem dać mu odczuć cał(cid:261) gł(cid:261)b owej zło(cid:286)liwo(cid:286)ci, która we mnie wezbrała. Dotarłem do jego celi, wszedłem bez szumu, pozostawiaj(cid:261)c u drzwi lamp(cid:266), przesłoni(cid:266)t(cid:261) aba(cid:298)urem. Posuwałem si(cid:266) krok za krokiem, nasłuchuj(cid:261)c szmerów jego spokojnego oddechu. Pewny, (cid:298)e (cid:286)pi gł(cid:266)boko, wróciłem do drzwi, uj(cid:261)łem lamp(cid:266) i ponownie zbli(cid:298)yłem si(cid:266) do łó(cid:298)ka. Okalały je ko- tary. Uchyliłem ich z lekka i z wolna, aby wykonać mój zamiar, lecz jeden ruchliwy promie(cid:276) padł 9 wr(cid:266)cz na (cid:286)pi(cid:261)cego i jednocze(cid:286)nie wzrok mój utkwił w jego twarzy. J(cid:261)łem si(cid:266) przygl(cid:261)dać – i dr(cid:266)- twota przera(cid:298)e(cid:276), zimny dreszcz strachu przenikn(cid:266)ły mi(cid:266) błyskawicznie a(cid:298) do szpiku ko(cid:286)ci. Serce zadygotało mi w piersi, kolana ugi(cid:266)ły si(cid:266) pode mn(cid:261), cał(cid:261) moj(cid:261) istot(cid:266) ogarn(cid:261)ł l(cid:266)k ponad siły i po- nad zrozumienie. Dyszałem konwulsyjnie, zni(cid:298)aj(cid:261)c lamp(cid:266) jeszcze poziomiej do jego twarzy. Takie(cid:298) to były – naprawd(cid:266) takie rysy twarzy Wiliama Wilsona? Widziałem jak najwyra(cid:296)niej, (cid:298)e to jego rysy, lecz dygotałem niby w febrze majacz(cid:261)c, (cid:298)e nie do niego nale(cid:298)(cid:261). Có(cid:298) za powód, w tych rysach zatajony, potrafił w takim stopniu zm(cid:261)cić mój umysł? Przygl(cid:261)dałem, si(cid:266) nadal – i doznałem zawrotu głowy pod wpływem tysi(cid:261)ca bezładnych wniosków. Nie ukazywał mi si(cid:266) w takiej postaci, o, doprawdy, nie ukazywał mi si(cid:266) taki w godzinach czynnych, gdy czuwał. To(cid:298)sa- mo(cid:286)ć nazwiska! To(cid:298)samo(cid:286)ć rysów! Jednoczesno(cid:286)ć przybycia do szkoły! A potem – owo zjadliwe i niepoj(cid:266)te przedrze(cid:296)nianie mego chodu, głosu, ubrania i sposobu bycia! Dała(cid:298)by si(cid:266), doprawdy, w zakresie codziennych prawdopodobie(cid:276)stw pomie(cid:286)cić ta okolicz- no(cid:286)ć, i(cid:298) t o, com obecnie ogl(cid:261)dał, było zwykłym wynikiem owego nałogu sarkastycznych mał- powa(cid:276)? Zdj(cid:266)ty przera(cid:298)eniem, dr(cid:298)(cid:261)cy na całym ciele zgasiłem lamp(cid:266), ciszkiem wybrn(cid:261)łem z po- koju i raz na zawsze opu(cid:286)ciłem zgrzybiałe mury tej szkoły, aby ju(cid:298) nigdy do nich nie powrócić. Po upływie kilku miesi(cid:266)cy, sp(cid:266)dzonych w ognisku rodzinnym w niepokalanej bezczynno(cid:286)ci, oddano mnie do szkoły w źtonie. Ta krótka przerwa wystarczyła, aby przytłumić we mnie wspomnienia wypadków, zdarzonych w szkole Bransby ego, a w ka(cid:298)dym razie – aby odmienić istot(cid:266) uczuć nieconych owymi wspomnieniami. Rzeczywisto(cid:286)ć, tragiczny podkład dramatu – pierzchły. Miałem obecnie kilka danych do pow(cid:261)tpiewania o (cid:286)wiadectwie mych zmysłów – i rz(cid:261)dkom wspominał całe zaj(cid:286)cie bez podziwiania owego bezgranicza, którego dosi(cid:266)gn(cid:261)ć mo(cid:298)e łatwowierno(cid:286)ć ludzka, oraz bez zaznaczenia u(cid:286)miechem niezwykłych zasobów odziedziczonej przeze mnie wyobra(cid:296)ni. Zreszt(cid:261), gatunek (cid:298)ycia, które p(cid:266)dziłem w źtonie, nie nadawał si(cid:266) do uszczuplenia tego rodzaju sceptycyzmu. Odm(cid:266)ty szału, w których si(cid:266) pogr(cid:261)(cid:298)yłem niezwłocznie i bez namysłu, pochłon(cid:266)ły wszystko prócz szumowin ubiegłych dni – w okamgnieniu zatopiły wszelkie trwałe i powa(cid:298)ne wra(cid:298)enia i pozostawiły w pami(cid:266)ci jeno lekkomy(cid:286)ln(cid:261) powierzchni(cid:266) minionego (cid:298)ywota. Nie mam wszak(cid:298)e zamiaru kre(cid:286)lenia tu całego przebiegu mych nikczemnych wybryków – wybryków, które ur(cid:261)gaj(cid:261)c wszelkim prawom, wymykały si(cid:266) wszelkiej baczno(cid:286)ci. Trzy szale(cid:276)cze, na marne strwonione lata zdołały mi(cid:266) jeno umocnić w mych wyst(cid:266)pnych nało- gach i niemal anormalnie wzmogły moj(cid:261) dojrzało(cid:286)ć fizyczn(cid:261). Pewnego dnia, po całym, na zwie- rz(cid:266)cych uciechach zmarnotrawionym tygodniu – gwoli potajemnej orgii zgromadziłem w mym mieszkaniu pewne kółko studentów. Zebrali(cid:286)my si(cid:266) o pó(cid:296)nej godzinie nocnej, poniewa(cid:298) rozpust(cid:266) nasz(cid:261) mieli(cid:286)my nabo(cid:298)nie uprawiać a(cid:298) do rana. Wino płyn(cid:266)ło strumieniami, a nie zaniedbali(cid:286)my i innych, niebezpieczniejszych, być mo(cid:298)e, pokus – tak, (cid:298)e w chwili, gdy (cid:286)wit od wschodu przeja- (cid:286)nił niebiosy, obł(cid:266)d nasz i nasze wybryki doszły do szczytu. W(cid:286)ciekle podniecony gr(cid:261) w karty i winem, upierałem si(cid:266) przy jakim(cid:286) cudacznie spro(cid:286)nym toa(cid:286)cie, gdy nagle skupienie moje rozpro- szył skrzyp gwałtownie a na wpół rozwartych drzwi i pilny głos słu(cid:298)(cid:261)cego oznajmił mi, (cid:298)e kto(cid:286) – o pozorach niezwykłego po(cid:286)piechu – chce si(cid:266) ze mn(cid:261) rozmówić w przedpokoju. Pod wpływem osobliwego upojenia ta niespodziana przerwa raczej uradowała mnie, ni(cid:298)eli zdziwiła. Porwałem si(cid:266) chwiejnie przed siebie i, uszedłszy kilka kroków, trafiłem do przedpokoju. W tym niskim i w(cid:261)skim wn(cid:266)trzu nie było ani jednego (cid:286)wiatła i rozwidniał je tylko niezwykle w(cid:261)- tły, a przez sklepione okno przesiany promie(cid:276) (cid:286)witu. Stan(cid:261)wszy w progu – wypatrzyłem postać młodzie(cid:276)ca, mniej wi(cid:266)cej mego wzrostu, przyodzianego po domowemu „w ubranie z białego ka(cid:296)mirku, skrojone według nowej mody, jak to, które miałem w tej chwili na sobie. Ów w(cid:261)tły promie(cid:276) udzielił mi widzenia tych przedmiotów, lecz rysów twarzy rozró(cid:298)nić nie mogłem. Zaledwom wszedł – młodzieniec rzucił si(cid:266) ku mnie i, chwyciwszy mi(cid:266) za rami(cid:266) ruchem władczego zniecierpliwienia, szepn(cid:261)ł mi do ucha te słowaŚ „William Wilson!” Wytrze(cid:296)wiałem w okamgnieniu. 10 W postawie nieznajomego, w nerwowym drganiu palca, który trzymał wzwy(cid:298) pomi(cid:266)dzy moimi oczyma a brzaskiem zorzy, było co(cid:286), co napełniło mi(cid:266) do cna zdziwieniem, lecz nie st(cid:261)d wynikło, (cid:298)em si(cid:266) wzruszył tak gwałtownie. Przyczyn(cid:261) była – powaga, uroczysto(cid:286)ć przestrogi za- wartej w tym zdaniu szczególnym, uciszonym i podobnym do syku – a przede wszystkim – cha- rakter, ton, barwa tych kilku zgłosek – prostych, poufnych, a jednak tajemniczo wyszeptanych, które, wraz z tysi(cid:261)cem nagromadzonych z przeszło(cid:286)ci wspomnie(cid:276), wstrz(cid:261)sn(cid:266)ły m(cid:261) dusz(cid:261) jak do- tyk stosu Wolty. Zanim zd(cid:261)(cid:298)yłem oprzytomniećś młodzieniec – znikł z mych oczu. Chocia(cid:298) ten wypadek wywarł niew(cid:261)tpliwie bardzo (cid:298)ywe na mym nietrze(cid:296)wym umy(cid:286)le wra(cid:298)e- nie, wszak(cid:298)e wra(cid:298)enie owo – tak (cid:298)ywe – wkrótce zamarło. I rzeczywi(cid:286)cie przez kilka tygodni ju(cid:298) to byłem oddany najpowa(cid:298)niejszym badaniom naukowym, ju(cid:298) to trwałem w mglistej powłoce chorobliwych rozmy(cid:286)la(cid:276). Nie starałem si(cid:266) zatajać przed sob(cid:261) to(cid:298)samo(cid:286)ci szczególnego osobnika, który tak natarczywie dr(cid:266)czył mnie swymi poradami. Lecz kim, lecz czym był ów Wilson? I sk(cid:261)d przybywał? I jakie miał zamiary? Na (cid:298)adne z tych pyta(cid:276) nie mogłem dać wystarczaj(cid:261)cej odpo- wiedzi. Stwierdziłem jeno – w stosunku do jego osoby – (cid:298)e nagła katastrofa rodzinna zniewoliła go do opuszczenia zakładu doktora Bransby ego w godzinach południowych owego dnia, który był dniem mojej ucieczki. Po pewnym jednak czasie przestałem my(cid:286)leć o tym, i uwag(cid:266) moj(cid:261) po- chłon(cid:261)ł całkowicie zamierzony wyjazd do Oksfordu. Tam – dzi(cid:266)ki pró(cid:298)nej hojno(cid:286)ci rodziców, która mi pozwalała p(cid:266)dzić (cid:298)ycie wystawne i otaczać si(cid:266) do woli tak upragnionym mi ju(cid:298) od daw- na przepychem, zdobyłem wkrótce mo(cid:298)no(cid:286)ć prze(cid:286)cigania w zbytkach najdumniejszych nawet dziedziców najbogatszych hrabstw Wielkiej Brytanii. Zach(cid:266)cane do grzechu tak zasobnymi (cid:286)rodkami, przyrodzone moje skłonno(cid:286)ci wybuchły z moc(cid:261) podwójn(cid:261) i w szale(cid:276)czym op(cid:266)taniu rozpusty deptałem najzwyklejsze zasady przyzwoito(cid:286)ci. Szczegółowe zastanawianie si(cid:266) nad moimi wybrykami byłoby nonsensem. Do(cid:286)ć, (cid:298)e w zbytkach prze(cid:286)cign(cid:261)łem Heroda i do(cid:286)ć, (cid:298)e darz(cid:261)c nazwami mnóstwo nowych szałów, przyrzuciłem obfity dodatek do długiego katalogu wyst(cid:266)pków, rozpanoszonych wówczas w najrozpustniejszej w źu- ropie wszechnicy. Trudno, zda si(cid:266), dać wiar(cid:266) temu, (cid:298)e godno(cid:286)ć moj(cid:261) szlacheck(cid:261) poni(cid:298)yłem a(cid:298) do stopnia pilnego wtajemniczania si(cid:266) w najnikczemniejsze fortele zawodowych karciarzy i (cid:298)e wreszcie, jako adept tej wiedzy haniebnej – za(cid:298)yłem mych umiej(cid:266)tno(cid:286)ci w celu poszerzenia i poza tym olbrzymich dochodów na karb najsłabszych umysłowo kolegów. A wszak(cid:298)e tak było! Sama wła(cid:286)nie potwor- no(cid:286)ć tych na wszelk(cid:261) cze(cid:286)ć i godno(cid:286)ć zamachów była widocznie głównym, je(cid:286)li nie jedynym powodem mej bezkarno(cid:286)ci. Bo i któ(cid:298) spo(cid:286)ród najrozpustniejszych moich towarzyszy nie zaprze- czyłby raczej najoczywistszemu (cid:286)wiadectwu własnych zmysłów, ani(cid:298)eli podejrzewałby o podob- ne czyny wesołego, szczerego, wspaniałomy(cid:286)lnego Williama Wilsona – najszlachetniejszego i najhojniejszego koleg(cid:266) w Oksfordzie – którego szale(cid:276)stwa, zdaniem jego własnych paso(cid:298)ytów, były jego szale(cid:276)stwami młodo(cid:286)ci i pozbawionej w(cid:266)dzideł wyobra(cid:296)ni, którego bł(cid:266)dy były jeno nieporównanym wybrykiem, a najczarniejsze wyst(cid:266)pki – beztrosk(cid:261) i wspaniał(cid:261) bu(cid:276)czuczno(cid:286)ci(cid:261)? Tym wesołym trybem sp(cid:266)dziłem ju(cid:298) dwa lata, gdy nagle wst(cid:261)pił do wszechnicy pewien mło- dzieniec z niedojrzałej szlachty, nazwiskiem żleudinning, według ogólnego zdania bogaty jak Herod Atycki, a któremu bogactwo własne ci(cid:266)(cid:298)yło nie nazbyt. W bardzo krótkim czasie zmiar- kowałem, i(cid:298) jest t(cid:266)py na umy(cid:286)le, i, ma si(cid:266) rozumieć, upatrzyłem go sobie jako doskonał(cid:261) ofiar(cid:266) mych uzdolnie(cid:276). Cz(cid:266)sto wci(cid:261)gałem go do gry i z wła(cid:286)ciw(cid:261) graczom przebiegło(cid:286)ci(cid:261) udzielałem mu starannie mo(cid:298)no(cid:286)ci znacznych wygranych, a(cid:298)eby tym skuteczniej uwikłać go w sieci. Wresz- cie, gdy zamiar mój dojrzał, spotkałem si(cid:266) z nim w mieszkaniu jednego z naszych kolegów – niejakiego Prestona, zarówno z nami obydwoma za(cid:298)yłego, który wszak(cid:298)e – musz(cid:266) mu to przy- znać – nie domy(cid:286)lał si(cid:266) wcale mych zamiarów. Dla nadania pozorów przyzwoito(cid:286)ci przyczyniłem si(cid:266) do zaproszenia gromadki o(cid:286)miu czy dziesi(cid:266)ciu osób i przyło(cid:298)yłem osobliwych stara(cid:276), a(cid:298)eby uj(cid:266)cie do r(cid:261)k kart wydało si(cid:266) czynem zgoła przypadkowym – i powzi(cid:266)tym jeno na (cid:298)(cid:261)danie upa- trzonego w tym celu przeze mnie dudka... 11 Aby skrócić tak ha(cid:276)bi(cid:261)c(cid:261) opowie(cid:286)ć, nadmieni(cid:266) tylto, (cid:298)e nie zaniedbałem (cid:298)adnego z owych nikczemnych wybiegów, których stosowanie w podobnych razach tak si(cid:266) ju(cid:298) utarło, i(cid:298) godna jest podziwu niewyczerpana nigdy obecno(cid:286)ć na ziemi głupców, przeznaczonych naofiar(cid:266) wspomnia- nych wybiegów. żra nasza przeci(cid:261)gn(cid:266)ła si(cid:266) do pó(cid:296)na w noc, gdym wreszcie zdziałał, i(cid:298) żleudinning stał si(cid:266) je- dynym moim partnerem. Była to wła(cid:286)nie moja ulubiona gra – ecarte. Reszta towarzystwa, rozcie- kawiona wybujałymi stawkami naszej gry, postroniła swe karty i otoczyła nas kołem. Nasz przy- bysz, którego w pierwszej połowie wieczoru chytrze skusiłem do grubej wypitki, tasował, rozda- wał i grał z dziwn(cid:261) nerwowo(cid:286)ci(cid:261), popart(cid:261) poniek(cid:261)d, lecz – zdaniem mojej – niezupełnie wytłu- maczon(cid:261) upojeniem. Stał si(cid:266) te(cid:298) wkrótce moim dłu(cid:298)nikiem na poka(cid:296)n(cid:261) sum(cid:266), gdy nagle, (cid:298)łop- n(cid:261)wszy olbrzymi(cid:261) szklenic(cid:266) oporto, uczynił to, com z zimn(cid:261) krwi(cid:261) przewidział, a mianowicie zaproponował podwojenie ju(cid:298) i dotychczas zbyt przesadnych stawek. Udaj(cid:261)c opór trafnie i wy- czekawszy owej chwili, gdy ponowna moja odmowa pobudziła go do ostrych słówek, nadaj(cid:261)cych mej zgodzie pozór ukrytej urazy – przystałem w ko(cid:276)cu na jego (cid:298)(cid:261)danie. Stało si(cid:266) to, co stać si(cid:266) musiałoŚ ofiara całkowicie uwikłała si(cid:266) w mych sieciach, w niespełna godzin(cid:266) dług jego urósł czterykroć. Od pewnego czasu twarz jego pozbyła si(cid:266) barwnych, a winem przysporzonych ru- mie(cid:276)ców, lecz w tej chwili postrzegłem ze zdziwieniem, i(cid:298) powlekła j(cid:261) i(cid:286)cie przera(cid:296)liwa blado(cid:286)ć. Mówi(cid:266)Ś ze zdziwieniem, gdy(cid:298) zasi(cid:266)gn(cid:261)łem o żleudinningu starannych wiadomo(cid:286)ci. Przedstawio- no mi go jako niezmiernego bogacza i sumy, które przegrał dotychczas, aczkolwiek naprawd(cid:266) okazałe, nie mogły według moich przynajmniej przypuszcze(cid:276) – zakłopotać go zbyt powa(cid:298)nie, a tym bardziej wzruszyć w sposób tak gwałtowny. Najprostszy wniosek, który mi przyszedł do głowy, był ten, (cid:298)e wypite wino do cna zm(cid:261)ciło mu umysł. I raczej dla poratowania swej osoby w oczach przyjaciół ni(cid:298) dla jakichkolwiek pobudek bezinteresownych zamierzyłem stanowczo nalegać na zaprzestaniu gry, gdy nagle kilka słów, które z ust obecnych padły W moim pobli(cid:298)u, i okrzyk żleudinninga, (cid:286)wiadcz(cid:261)cy o rozpaczy bez- wzgl(cid:266)dnej, u(cid:286)wiadomiły mnie, (cid:298)em go zrujnował doszcz(cid:266)tnie w warunkach, które ze(cid:276) uczyniły przedmiot ogólnej lito(cid:286)ci i uchroniłyby go nawet od złych zamiarów szatana. Trudno by mi było powiedzieć, jak powinienem był w danym razie post(cid:261)pić. Opłakane poło- (cid:298)enie mej ofiary ogarn(cid:266)ło wszystkich uczuciem, wstydu i smutku. Przez kilka minut trwało gł(cid:266)- bokie milczenie i w tym okresie czułem, (cid:298)e twarz moja – na przekór mym wysiłkom – drga pod wpływem dotkliwych, pogardy i wyrzutu pełnych spojrze(cid:276), rzucanych na mnie przez najmniej zatwardziałych sercem towarzyszów. Wyznam nawet, i(cid:298) niezno(cid:286)ne brzemi(cid:266) trwogi stoczyło mi si(cid:266) nagle z piersi na widok tego, które nast(cid:261)piło – nagłego a niezwykłego wtargni(cid:266)cia do pokoju pewnej osoby. Ci(cid:266)(cid:298)kie skrzydła drzwi rozwarły si(cid:266) na o(cid:286)cie(cid:298), od razu, z tak gwałtownym i porywczym roz- p(cid:266)dem, (cid:298)e wszystkie (cid:286)wiece pogasły jak zakl(cid:266)te. Wszak(cid:298)e mr(cid:261)ca ja(cid:296)(cid:276) pozwoliła mi wypatrzeć wej(cid:286)cie nieznajomej postaci – postaci m(cid:266)skiej, mniej wi(cid:266)cej mego wzrostu, owini(cid:266)tej w płaszcz obcisły. Tymczasem nastała ciemno(cid:286)ć zupełna i mogli(cid:286)my jeno wyczuwać jej pobyt wpo(cid:286)ród nas. Zanim otrz(cid:261)sn(cid:266)li(cid:286)my si(cid:266) z nadmiaru zdumienia, którym nas przej(cid:261)ł widok tej przemocy, posły- szeli(cid:286)my głos nieproszonego go(cid:286)ciaŚ „Panowie! – rzekł głosem bardzo uciszonym, głosem nieza- pomnianym, który mi(cid:266) przenikn(cid:261)ł a(cid:298) do szpiku ko(cid:286)ci. – Panowie, nie pilno mi tłumaczyć si(cid:266) z mych czynów, gdy(cid:298) tak, a nie inaczej post(cid:266)puj(cid:261)c, spełniałem jeno swój obowi(cid:261)zek. Nie jeste(cid:286)cie bez w(cid:261)tpienia nale(cid:298)ycie (cid:286)wiadomi gatunku owego człowieka, który tej nocy ograł lorda żleudin- ninga na niepomiern(cid:261) sum(cid:266). Chc(cid:266) wam udzielić szybkich i stanowczych sposobów zdobycia tych wielce wa(cid:298)nych wiadomo(cid:286)ci. Zechciejcie oto zbadać podszewk(cid:266) u wyłogów jego lewego r(cid:266)kawa oraz kilka drobnych paczek, które si(cid:266) znajd(cid:261) w niezgorzej pojemnych kieszeniach jego haftowa- nej na domowy u(cid:298)ytek odzie(cid:298)y”. żdy mówił te słowa, panowała tak gł(cid:266)boka cisza, i(cid:298) posłyszałby(cid:286) zlot szpilki na dywan. żdy sko(cid:276)czył – wyszedł natychmiast tak samo nagle, jak nagle wszedł. Czyli(cid:298) mog(cid:266) opisać – czyli(cid:298) opisz(cid:266) moje wra(cid:298)enia? Mam(cid:298)e potrzeb(cid:266) zaznaczenia, (cid:298)em doznał wszystkich przera(cid:298)e(cid:276) skazane- 12 go na (cid:286)mierć? Miałem wprawdzie mało czasu do rozmy(cid:286)la(cid:276). Kilka r(cid:261)k schwyciło mnie gro(cid:296)nie i – natychmiast zapalono (cid:286)wiatła. Nast(cid:261)piły poszukiwania. W podszewce mego r(cid:266)kawa znaleziono wszystkie najniezb(cid:266)dniejsze do gry w ecarte grupy, a w kieszeniach mego ubrania – kilka talii kart najzupełniej podobnych do tych, których u(cid:298)ywali(cid:286)my podczas swych zebra(cid:276) z t(cid:261) ró(cid:298)nic(cid:261), (cid:298)e moje nale(cid:298)ały do (cid:286)ci(cid:286)le tak zwanego rodzaju poprawionych, to znaczy, i(cid:298) honory miały nieznacz- ne wypuklizny u w(cid:266)(cid:298)szych kra(cid:276)ców, a młódki niepostrzegalne wypuklizny u szerszych kra(cid:276)ców. Dzi(cid:266)ki takiemu podziałowi ofiara, zazwyczaj przekładaj(cid:261)c karty wzdłu(cid:298) talii, czyni to w sposób, który niezmiennie dostarcza partnerowi jednego honoru, podczas gdy szuler, przekładaj(cid:261)c w po- przek, nigdy nie udzieli swej ofierze karty, któr(cid:261) by mogła zakarbować na sw(cid:261) korzy(cid:286)ć. Huragan oburzenia mniej by mnie poruszył ni(cid:298) wzgardliwe milczenie i sarkastyczna cisza, któ- rymi powitano owo odkrycie. –,Panie Wilsonie! – rzekł nasz gospodarz, pochylaj(cid:261)c si(cid:266) i unosz(cid:261)c z ziemi wspaniały płaszcz, podszyty drogocennym futrem – panie Wilsonie! Oto pa(cid:276)ska własno(cid:286)ć. (Dni były zimne i wy- chodz(cid:261)c z domu narzuciłem na mój poranny przyodziewek płaszcz, który zdj(cid:261)łem, stan(cid:261)wszy na placu gry.) Przypuszczam – dodał, ogl(cid:261)daj(cid:261)c z gorzkim u(cid:286)miechem fałdy mego płaszcza – i(cid:298) po- szukiwanie tutaj nowych dowodów pa(cid:276)skiego mistrzostwa jest zgoła zbyteczne. Zaprawd(cid:266), ma- my ich do syta. Ufam, (cid:298)e zrozumie pan konieczno(cid:286)ć opuszczenia Oksfordu – a w ka(cid:298)dym razie niezwłocznego usuni(cid:266)cia si(cid:266) z mego domu”. Oplwany, str(cid:261)cony a(cid:298) do błota – byłbym prawdopodobnie ukarał sprawc(cid:266) mych zniewag oso- bistym, natychmiastowyin natarciem, gdyby nie to, (cid:298)e całkowit(cid:261) moj(cid:261) uwag(cid:266) pochłon(cid:261)ł w tej chwili przypadek, wprost zdumiewaj(cid:261)cy. Płaszcz, w którym przyszedłem, był podbity futrem „wspaniałym – niewiarogodnie rzadkim i cennym, brak mi zreszt(cid:261) słów po temu. Krój jego był krojem fantastycznym – mego własnego wynalazku, poniewa(cid:298) w tego rodzaju błahostkach byłem zaciekle wybredny i posuwałem szał dandyzmu a(cid:298) do absurdu. Otó(cid:298), gdy Preston podał mi ów, który podniósł z ziemi, z pobli(cid:298)a drzwi – ze zdziwieniem do- si(cid:266)gaj(cid:261)cym przera(cid:298)enia postrzegłem, (cid:298)e mam ju(cid:298) swój płaszcz na ramionach, bom bez w(cid:261)tpienia przywdział go bezwiednie – i (cid:298)e ten, który mi Preston podawał, był dokładn(cid:261) w najmniejszych szczegółach podobizn(cid:261) mego płaszcza. Dziwn(cid:261) istot(cid:266), która mi(cid:266) tak straszliwie zdradziła, spowi- jał – pami(cid:266)tam to dobrze – płaszcz, i nikt z obecnych, okrom mnie, w płaszczu nie przyszedł. Za- chowuj(cid:261)c reszt(cid:266) przytomno(cid:286)ci, wzi(cid:261)łem do r(cid:261)k płaszcz, który podał mi Preston, i bez zwrócenia czyjejkolwiek uwagi narzuciłem go powierzch mego płaszcza. Wyszedłem z pokoju z wyzwa- niem i pogró(cid:298)k(cid:261) w oczach. Nazajutrz, zanim (cid:286)wit za(cid:286)witał, jak szalony uciekłem z Oksfordu na kontynent, (cid:286)miertelnie pora(cid:298)ony l(cid:266)kiem i wstydem. Nadaremnie uciekałem. (cid:285)cigał mi(cid:266) mój los przekl(cid:266)ty, tryumfu pełen, jakby chciał mi dowie(cid:286)ć, (cid:298)e dotychczas jeno zapocz(cid:261)tkował działanie swych pot(cid:266)g tajemnych. Zaledwo dotkn(cid:261)łem stop(cid:261) Pary(cid:298)a, a ju(cid:298) miałem nowy dowód nienawistnego w mym (cid:298)yciu udziału Wilsona. Lata płyn(cid:266)ły, a jam nie zaznał wytchnienia. Nikczemny! Z jak(cid:261)(cid:298) natarczyw(cid:261) słu(cid:298)alczo(cid:286)ci(cid:261), z jakim(cid:298) widmowym przeczuleniem stan(cid:261)ł w Rzymie pomi(cid:266)dzy mn(cid:261) a moj(cid:261) (cid:298)(cid:261)dz(cid:261) zaszczytów! A w Wiedniu – a w Berlinie – a w Moskwie! Był(cid:298)e taki zak(cid:261)tek, gdzie nie miałbym bolesnej sposobno(cid:286)ci do miotania na(cid:276) przekle(cid:276)stw ze dna mego serca? żnany strachem panicznym, uciekałem w ko(cid:276)cu od jego niedocieczonej tyranii jak od zarazy, uciekałem a(cid:298) na kra(cid:276)ce (cid:286)wiata, uciekałem nadaremnie. I nieustannie, nieustannie badaj(cid:261)c ukradkiem własn(cid:261) dusz(cid:266), powtarzałem te same pytaniaŚ kto zacz jest? sk(cid:261)d przybywa? jakie knuje zamiary? Lecz znik(cid:261)d nie było odpowiedzi. Z drobiazgow(cid:261) pilno(cid:286)ci(cid:261) rozwa(cid:298)ałem – (cid:296)d(cid:296)bło po (cid:296)d(cid:296)ble – sposoby, metod(cid:266) i najistotniejsze cechy jego zuchwa- łych czatowa(cid:276). Lecz i tu jeszcze niewiele wykryłem z tego, co mogło stać si(cid:266) podło(cid:298)em dla do- mysłów. Znamienna to była, zaiste, okoliczno(cid:286)ć, i(cid:298) w tych cz(cid:266)stych wypadkach, gdy niedawno jeszcze stawał mi w poprzek drogi, czynił to jeno w celu pokrzy(cid:298)owania mych zamiarów i prze- szkodzenia zamysłom, których wykonanie poci(cid:261)gn(cid:266)łoby tylko za sob(cid:261) gorzk(cid:261) kl(cid:266)sk(cid:266). 13 Marne, doprawdy, usprawiedliwienie tak samozwa(cid:276)czo narzucaj(cid:261)cej si(cid:266) przemocy! Marne od- szkodowanie przyrodzonych, a tak natarczywie, tak zuchwale odpartych zasad wolnej woli! Miałem te(cid:298) sposobno(cid:286)ć zaznaczenia, (cid:298)e mój oprawca od dłu(cid:298)szego czasu starannie i z cudo- twórcz(cid:261) zr(cid:266)czno(cid:286)ci(cid:261) przestrzegaj(cid:261)c manii uto(cid:298)samiania mi si(cid:266) w odzie(cid:298)y – potrafił zawsze, ile- kroć czynił wstr(cid:266)ty mej woli, pozbawić mi(cid:266) mo(cid:298)no(cid:286)ci ogl(cid:261)dania rysów swej twarzy. Kimkolwiek był ów przekl(cid:266)ty Wilson, tajemniczo(cid:286)ć tego rodzaju niezaprzeczenie była szczytem przesady i niedorzeczno(cid:286)ci. Czy(cid:298) mógł na chwil(cid:266) choćby przypu(cid:286)cić, (cid:298)e w moim doradcy z źtonu, w burzy- cielu mej czci z Oksfordu – w tym, który pogmatwałzamiary mych uroszcze(cid:276) w Rzymie – plany mej zemsty w Pary(cid:298)u, zamysły mych op(cid:266)ta(cid:276) miłosnych w Neapolu i knowania mylnie przeze(cid:276) zrozumianej chciwo(cid:286)ci mojej w źgipcie – (cid:298)e w tej istocie, w tym zaci(cid:266)tym moim wrogu i złym duchu mego (cid:298)ycia nie rozpoznałem owego ze szkolnych czasów – Williama Wilsona, mego kole- gi, współimiennika i współzawodnika ze szkoły Bransby ego? Być to nie mo(cid:298)e! Wszak(cid:298)e niech mi wolno b(cid:266)dzie dotrzeć do okropnej a ostatniej sceny dramatu. Dotychczas byłem gnu(cid:286)nie powolny jego władczej przemocy. żł(cid:266)boka cze(cid:286)ć, z jak(cid:261) zwykłem rozwa(cid:298)ać wzniosły charakter, dostojn(cid:261) m(cid:261)dro(cid:286)ć, widom(cid:261) wszechobecno(cid:286)ć i wszechpot(cid:266)g(cid:266) Wilso- na, w poł(cid:261)czeniu z jak(cid:261)(cid:286) nieokre(cid:286)lon(cid:261) trwog(cid:261), któr(cid:261) mi(cid:266) napełniały inne cechy i przywileje jego osoby, wytworzyły we mnie poczucie mej własnej słabo(cid:286)ci i niemocy i doradzały bezwzgl(cid:266)dnego, aczkolwiek goryczy i odrazy pełnego posłusze(cid:276)stwa jego samowolnej dyktaturze. W ostatnich wszak(cid:298)e czasach całkowicie oddałem si(cid:266) winu i jego pot(cid:266)(cid:298)ny wpływ na mój dzie- dziczny temperament był tak pot(cid:266)(cid:298)ny, i(cid:298) wszelki nadzór coraz bardziej mi(cid:266) niecierpliwił. Zacz(cid:261)łem narzekać, wahać si(cid:266) – wreszcie stawić Opór. I nie wiem, czyli za przyczyn(cid:261) zwykłe- go przywidzenia doszedłem do wniosku, i(cid:298) upór mego oprawcy słabnie pod wpływem mojej wła- snej nieugi(cid:266)to(cid:286)ci. Tak czy owak, w ka(cid:298)dym razie wst(cid:261)piła we mnie płomienna otucha i w ko(cid:276)cu j(cid:261)łem w sobie (cid:298)ywić potajemnie pos(cid:266)pny i rozpaczliwy zamiar pozbycia si(cid:266) tego jarzma. Miało to miejsce w Rzymie, w czasie karnawału roku 18.., – byłem na balu maskowym, w pałacu neapolita(cid:276)skiego ksi(cid:266)cia Di Broglio. Nadu(cid:298)yłem wina wi(cid:266)cej, ni(cid:298)li to było w mym zwy- czaju i duszna atmosfera przeludnionych salonów podra(cid:298)niała mi(cid:266) niezno(cid:286)nie. Trudno(cid:286)ć utoro- wania sobie drogi poprzez ci(cid:298)b(cid:266) niemało si(cid:266) przyczyniła do rozj(cid:261)trzenia moich d(cid:261)sów, gdy(cid:298) (po- mijaj(cid:261)c nikczemno(cid:286)ć celu) szukałem z niepokojem młodej, wesołej, pi(cid:266)knej mał(cid:298)onki starego i zdziwaczałego Di Broglio. Z lekkomy(cid:286)ln(cid:261) ufno(cid:286)ci(cid:261) powierzyła mi oznak(cid:266) szaty, która j(cid:261) miała przyoblec, i poniewa(cid:298) postrzegłem z dala ow(cid:261) szat(cid:266), spieszno mi było zbli(cid:298)yć si(cid:266) do niej. W tej wła(cid:286)nie chwili uczułem, i(cid:298) czyja(cid:286) dło(cid:276) łagodnie spocz(cid:266)ła na mym ramieniu, i nie- zwłocznie wnikn(cid:261)ł mi do uszu ów niezapomniany, ów gł(cid:266)boki a przekl(cid:266)ty szept! Rozszalały z gniewu, odwróciłem si(cid:266) nagle ku (cid:286)miałkowi, który mi(cid:266) tak zaniepokoił, i pop(cid:266)- dliwie chwyciłem go za kark. Zgodnie z mym przeczuciem – miał na sobie ubranie zupełnie po- dobne do megoŚ płaszcz hiszpa(cid:276)ski z bł(cid:266)kitnego aksamitu, a wokół bioder – pas karmazynowy z przypi(cid:266)tym do(cid:276) rapirem. Maska z czarnego jedwabiu przesłaniała do cna jego oblicze. „N(cid:266)dzniku! – krzykn(cid:261)łem głosem, ochrypłym od w(cid:286)ciekło(cid:286)ci, a ka(cid:298)da z piersi wyszarpni(cid:266)ta zgłoska przyrzucała, zda si(cid:266), strawy płomieniom mego gniewu. – N(cid:266)dzniku! Oszu(cid:286)cie! Zbrodnia- rzu nikczemny! Nie b(cid:266)dziesz odt(cid:261)d tropił moich (cid:286)ladów, nie b(cid:266)dziesz mi(cid:266) dr(cid:266)czył a(cid:298) do mojej (cid:286)mierci! Id(cid:296), gdzie rozka(cid:298)(cid:266), albo zabij(cid:266) ci(cid:266) na miejscu!”. I, nieodparcie wlok(cid:261)c go za sob(cid:261), przetłoczyłem si(cid:266) od sali balowej a(cid:298) do przyległej, niewiel- kiej sieni. Stan(cid:261)wszy w sieni, odrzuciłem go ze w(cid:286)ciekło(cid:286)ci(cid:261) precz – od siebie. Potoczył si(cid:266) ku (cid:286)cianie. Kln(cid:261)c, zawarłem drzwi i kazałem mu bro(cid:276) obna(cid:298)yć. Wahał si(cid:266) przez chwil(cid:266), po czym z nieznacz- nym westchnieniem dobył, milcz(cid:261)c, swej szpady i stan(cid:261)ł w pozycji. Walka wszak(cid:298)e trwała nie- długo. Burzyły si(cid:266) we mnie najognistsze – wszelkiego chowu podniety, i w ka(cid:298)dej z osobna dłoni czułem dzielno(cid:286)ć i pot(cid:266)g(cid:266) całej zgrai. W okamgnieniu uderzeniem pi(cid:266)(cid:286)ci przyparłem go do muru i tam, maj(cid:261)c go w swej mocy, kilkakrotnie, cios za ciosem, zanurzałem mu w piersiach szpad(cid:266) z bydl(cid:266)c(cid:261) drapie(cid:298)no(cid:286)ci(cid:261). 14 W tej chwili kto(cid:286) dotkn(cid:261)ł klamki u drzwi. Po(cid:286)piesznie zapobiegłem natr(cid:266)tnemu naj(cid:286)ciu i nie- zwłocznie powróciłem do konaj(cid:261)cego wroga. Lecz jaki(cid:298) j(cid:266)zyk ludzki podoła do(cid:286)ć opisowi owego zdumienia, owego przestrachu, który mi(cid:266) ogarn(cid:261)ł na widok tego, co ujrzały wówczas oczy! Przelotne mgnienie, stracone przeze mnie na zbli(cid:298)enie si(cid:266) ku drzwiom, wystarczyło widocznie, aby u podstaw odmienić wła(cid:286)ciwy ład przeciwległych zak(cid:261)tków pokoju. „Z w y c i (cid:266) (cid:298) y ł e (cid:286) i p r z e t o u l e g a m . A t o l i o d t (cid:261) d u m a r ł e (cid:286) n a r ó w n i z e m n (cid:261) – u m a r ł e (cid:286) d l a Z i e m i , d l a N i e b a i d l a N a d z i e i ! W e m n i e i s t n i a ł e (cid:286) i – s p o j r z y j w m o j (cid:261) (cid:286) m i e r ć , s p o j r z y j w s k r o (cid:286) t e j , k t ó r a j e s t t w o j (cid:261) , p o s t a c i – j a k d o s z c z (cid:266) t n i e z a m o r d o w a ł e (cid:286) s i e b i e s a m e g o ! Olbrzymie zwierciadło – tak mi si(cid:266) wydało w mym popłochu – spi(cid:266)trzyło si(cid:266) tam, gdziem po- przednio ani znaku po temu nie widział, i poniewa(cid:298), zdj(cid:266)ty przera(cid:298)eniem, szedłem ku temu zwierciadłu, własne moje odbicie, z twarz(cid:261) wszak(cid:298)e pobladł(cid:261) i od krwi plamist(cid:261), szło ku mnie na spotkanie krokiem słabym i chwiejnym. Tak mi si(cid:266) – powtarzam – zdawało, lecz było – nie tak! To – wróg mój, to – Wilson trwał przede mn(cid:261) w swej agonii. Maska jego oraz płaszcz le(cid:298)ały na podłodze – tam, k(cid:266)dy je porzucił! W jego tak znamiennej a osobliwej twarzy – i w jego stroju – ka(cid:298)dy rys, ka(cid:298)da nitka – była moja, był mój! Był to – bezwzgl(cid:266)dny tryumf to(cid:298)samo(cid:286)ci! Był to Wilson, lecz Wilson, wyzbyty na teraz szeptu w swym głosie, tak i(cid:298) mogłem pomy(cid:286)leć, (cid:298)e sam wymawiam te słowa, które on wła(cid:286)nie do mnie skierowałŚ 15 Portret owalny Zamek, do którego mój sługa, zamierzył raczej sił(cid:261) si(cid:266) przedosta
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Opowieści niesamowite
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: