Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00052 006019 14678501 na godz. na dobę w sumie
Opowieści o duchach - ebook/pdf
Opowieści o duchach - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 192
Wydawca: Biblioteka Analiz Sp. z o.o. Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-62948-44-4 Rok wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> kryminał, sensacja, thriller
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Opowieści o duchach to książka szczególna w dorobku Dumasa. Porównywać ją można z twórczością Edgara Allana Poe, w stosunku do której była prekursorska, a ze współczesnych Dumasowi z dorobkiem choćby E.T.A. Hoffmana. To klasyczna powieść grozy, są tu duchy, wampiry i zjawiska nadprzyrodzone, ale autor Trzech muszkieterów wplata zmyślone historie w realia XVIII wiecznej Europy, mamy zatem galerię autentycznych postaci doby rewolucji. Jedną z bohaterek jest Polką, a los rzucił ją na tereny Mołdawii, gdzie staje się ofiarą wampira. Jest tu zatem i odpowiednik Draculi. Ale jest i Danton, i Marat, i Charlotte Corday, której śmierci na szafocie poświęcono jedną z historii.

 

Aleksander Dumas (ojciec) 1802-1870, autor Trzech muszkieterów, ostatnio jest na fali. Niedawno ukazało się pierwsze polskie wydanie odnalezionego po latach rękopisu powieści Kawaler de Sainte-Hermine (nakładem Noir sur Blanc), teraz wznowiona została zupełnie zapomniana książka Opowieści o duchach, a w przygotowaniu jest kolejna mało znana pozycja francuskiego pisarza, tym razem podobno osadzona w realiach Rosji carskiej.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Opowiesci o duchach Aleksander Dumas Opowiesci o duchach Jeden dzien w Fontenay-aux-Roses Tłumaczył Stanisław Kuliński Jirafa Roja Warszawa 2007 © Copyright by Jirafa Roja, 2007 Tytuł oryginału: „Les Mille et un Fantômes” Tłumaczenie: Stanisław Kuliński Redakcja: Paweł Waszczyk Korekta: Magdalena Rejnert Łamanie: Tatsu Projekt okładki: Żaneta Delegacz ISBN 978-83-62948-44-4 Wydanie I Warszawa 2007 Spis treści Wstęp . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .7 I. Ulica Dyany w Fontenay-aux-Roses . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .15 II. Ulica Sierżantów . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .22 III. Protokół . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .30 IV. Dom Scarrona . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .39 V. Policzek Karoliny Corday . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .50 VI. Solange . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .60 VII. Albert . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .74 VIII. Kot, odźwierny i szkielet . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .83 IX. Groby w Saint-Denis . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .96 X. L’Artifaille . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .110 XI. Bransoletka z włosów . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .133 XII. Góry Karpackie . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .142 XIII. Zamek Brankowan . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .152 XIV. Dwaj Bracia . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .160 XV. Klasztor Hango . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .172 Wstę p Mój drogi Vernonie! Przy okazji owych zebrań wieczornych, dziś niestety tak rzad- kich, podczas których jedni dowoli gawędzili, drudzy zwierza- li się z rozterek serca, dawali się unosić porywom dowcipu, lub rozsiewali skarby wspomnień, mówiłeś mi często, że od czasów Szeherezady i po Nodierze1 jestem jednym z najlep- szych i najbardziej zajmujących gawędziarzy, jakich się zda- rzyło słyszeć. Dzisiaj piszesz mi, iż w oczekiwaniu długiej opowieści — jednej z tych historii, które zwykle opisuję, zawierając w nich wiek cały — życzyłbyś sobie dwóch, trzech, najwyżej sześciu tomów, skromnych kwiatków z mego ogródka, które można by rozsypać pomiędzy polityczne aktualności bieżącej doby. Ach, mój przyjacielu! Czasy dzisiejsze są smutne, toteż i moje opowieści, muszę to z góry powiedzieć, nie są wcale wesołe. Będąc znużonym zdarzeniami świata realnego, tym razem zaczerpnę tematu ze świata fantazji. Niestety, oba- wiam się, iż nie wszystkie umysły, które choć trochę dążą ku wyżynom i są poetyckiego lub marzycielskiego usposobienia, będą podzielały moje upodobanie w świecie idealnym, tej 1. Charles Nodier (1780-1844), pisarz francuski. 7 jedynej, pozostawionej nam przez Boga ostoi przed rzeczy- wistością. Trzeba Ci wiedzieć, iż siedzę w tej chwili pośród pięćdzie- sięciu tomów, które zgromadziłem celem przestudiowania ma- teriałów do historii Regencji. Właśnie je skończyłem. Proszę tylko przy sposobności ogłoszenia odnośnej wzmianki, prze- strzec wszystkie matki, by rzeczy tych nie dawały córkom do czytania. A zatem siedzę tu, jak wspomniałem, i w chwili, gdy piszę te słowa, spojrzenie moje pada na kartki pamiętników markiza d’Argenson2, gdzie pod nagłówkiem: „O konwersa- cji dawniej a dzisiaj” — czytam, co następuje: „Jestem prze- konany, że w owych czasach, gdy Hotel Rambouillet nadawał ton lepszemu towarzystwu, umiano dobrze słuchać, a jeszcze lepiej rozprawiać. Tworzono tym smak i dowcip. Ja sam na- potkałem jeszcze próbki tego rodzaju konwersacji u starych dworaków, których często odwiedzałem. Ich mowa była czy- sta, pełna wyrazu i zręczna; zawierała dużo antytez i porów- nań, wzmacniających sens zdania, była głęboka bez pedanterii i dowcipna bez złośliwości”. Sto lat mija właśnie, od chwili, gdy markiz d’Argenson pi- sał te słowa. Był on wówczas mniej więcej w naszym wieku, i podobnie jak on, my obaj możemy powiedzieć: „znaliśmy starców, którzy byli inni, niż my teraz, to jest byli ludźmi do- brego towarzystwa”. Myśmy ich widzieli, lecz nasi synowie już ich nie zobaczą, wskutek tego, sami nie będąc wiele warci, uchodzimy jednak za coś lepszego, niż nasi synowie. Prawda, że każdy dzień zbliża nas ku wolności, równości i braterstwu, tym trzem wielkim słowom, które rewolucja ro- ku 1793 cisnęła pomiędzy społeczeństwo nowoczesne, niby tygrysa, lwa i niedźwiedzia, okryte jagnięcą skórą. Są to, nie- 2. Pierre de Voyer d’Argenson (1626-1710), gubernator generalny Nowej Francji. 8 stety, tylko czcze słowa, które w lipcu czytaliśmy na naszych publicznych budynkach, przedziurawione kulami, osłonięte dymem wystrzałów. Idę wraz ze wszystkimi, ruch jest moim żywiołem. Nie głoszę bezwładności, uchowaj Boże! Bezwładność to śmierć! Lecz idę podobny do tych ludzi, o których mówi Dante, że ich nogi kroczą naprzód, lecz głowa zwrócona jest wstecz. Czego najbardziej poszukuję, tego najbardziej mi żal. Mo- je zwrócone wstecz spojrzenie szuka w przeszłości społeczeń- stwa, które wymiera, gaśnie i znika, jak jedno z tych fanta- stycznych zjawisk, o których wam chcę teraz opowiedzieć. Czy to społeczeństwo, które umiało żyć życiem (przebacz- cie mi to wyrażenie, na które mogę się odważyć, nie będąc członkiem Akademii), życiem szlachetniejszym, zogniskowa- nym w wykwintnych obyczajach dworskich, czy to społeczeń- stwo umarło, czy też myśmy je zabili? Przypominam sobie, że gdym jeszcze był małym chłopcem, ojciec zaprowadził mnie do pani Montesson3. Była to wielka dama, należąca bez reszty do ubiegłego stulecia. Przed oko- ło sześćdziesięciu laty wyszła za księcia Orleańskiego, dziadka króla Ludwika Filipa. W czasie, o którym mówię, miała blisko 70 lat i mieszkała w wielkim, wspaniałym pałacu przy Chans- see d’Antin. Napoleon wyznaczył jej rentę w wysokości stu ty- sięcy talarów. Czy wiecie, pod jakim tytułem ta renta figurowała w czer- wonej księdze następcy Ludwika XVI? A więc, pani de Montesson pobierała od cesarza rentę stu tysięcy talarów za to, że w swym salonie zachowała tradycje do- brego tonu z czasów Ludwika XIV i Ludwika XV. Jest to aku- rat połowa sumy, wypłacanej teraz przez Izbę siostrzeńcowi ce- sarza za to, że każe Francji zapomnieć o tym, co miała sobie 3. Charlotte Jeanne Béraud de La Haye de Riou, znana jako markiza do Mon- tesson (1738-1806), mecenas sztuki, barwna postać drugiej połowy XVIII wieku. 9 przypominać wedle woli wuja. Nie uwierzysz chyba drogi przy- jacielu, iż to jedno słowo „Izba” wymówione nieopatrznie, przy- pomniało mi znów pamiętniki markiza d’Argenson. Jakim sposobem? Zaraz to wyjaśnię. Skarżą się powszech- nie — pisze on — że dzisiaj we Francji nie ma już konwersa- cji. Znam dobrze przyczynę tego. Zdolność słuchania zanika u naszych współczesnych z każdym dniem. Słucha się nie- uważnie, lub raczej nie słucha się wcale. Zauważyłem to na- wet w najlepszym towarzystwie, wśród którego się obracam. A więc, drogi przyjacielu, jakież jest dzisiaj najlepsze towarzy- stwo, w którym się obracać można? Bez wątpienia to, które osiem milionów wyborców uznało za godne reprezentować in- teresy, opinię i ducha Francji — to jest Izba Deputowanych. Wejdźmy tedy do sali obrad tej Izby, któregokolwiek dnia o dowolnej godzinie. Założyć się można o sto przeciw jedne- mu, że ujrzymy na trybunie jednego jegomościa mówiącego, a na ławkach pięćset do sześciuset osób, które go nie słucha- ją lecz przerywają mu. To, co mówię, tak dalece odpowiada istotnemu stanowi rze- czy, iż w akcie konstytucji z roku 1848 znaleźć można artykuł, zabraniający przerywania w parlamencie. Spróbujcie policzyć tylko te mnogie policzki i uderzenia pięścią, które wymierzono sobie w Izbie przez rok jej obrad. Są one niezliczone. Wszystko to, oczywiście, dzieje się w imię wolności, równoś- ci i braterstwa. A więc, drogi przyjacielu, żal mi wielu rzeczy, jak wspomniałem wyżej — nieprawdaż? — choć przeżyłem zaledwie połowę swego bytowania. Czego mi jednak najbar- dziej żal, to tego, na brak czego użalał się przed stu laty markiz d’Argenson: „delikatnego, przyzwoitego obejścia się”. A przecież za czasów markiza d’Argenson nikomu nie przy- szło na myśl, nazywać się „obywatelem”. A więc wniosek łatwy. Gdyby wówczas piszącemu powyższe słowa markizowi d’Ar- genson powiedziano: „Patrzcie no, dokąd to zaszliśmy we Fran- 10 cji. Zasłona spada, komedia skończona, słychać tylko gwizda- nia. Niedługo w społeczeństwie nie będziemy mieli wytwor- nych gawędziarzy, sztuk pięknych, malarstwa, budowli — tylko samą złość i nienawiść”. Gdyby to wówczas powiedziano markizowi d’Argenson, bie- dak bez wątpienia byłby się mocno przeląkł. Lecz cóż ja robię? Żyję dużo z umarłymi, trochę z wygnanymi. Próbuję wskrzesić na nowo wygasłe społeczeństwo i owych mężów, pachnących ambrą, zamiast cygarami i traktujących się pchnięciami szpa- dy, zamiast uderzeniami pięści. Dlatego zdziwisz się, drogi przyjacielu, słysząc mnie gawę- dzącego i przemawiającego językiem, którym nikt nie mówi. Dlatego powiadasz, że jestem zajmującym narratorem. Dla- tego głos mój, to echo przeszłości, słychać także w dobie ni- niejszej, która tak mało i źle słyszy. Jesteśmy jak owi Wenecjanie osiemnastego stulecia, któ- rym ustawa o wydatkach zakazywała nosić co innego, jak proste, ordynarne materie i sukna: napawamy wzrok nasz widokiem aksamitów, jedwabiów i złotogłowiu, z których kró- lestwo przykrawało szaty naszych ojców. Stosownie więc do Twego życzenia, posyłam Ci pierwszy tom mych „Opowieści o duchach”, to jest wstęp, zatytułowa- ny: „Jeden dzień w Fontenay-aux-Roses”. Szczerze życzliwy Aleksander Dumas Do Jego Królewskiej Wysokości Księcia de Montpensier! Najdostojniejszy Panie! Książka niniejsza poświęcona jest Waszej Królewskiej Wyso- kości i z tą myślą została napisana. Jak wszystkie podniosłe umysły, tak i W.K. Wysokość wie- rzysz w niemożliwości. Według tego mniemania, niemożli- wość to tylko nieznany punkt w przyszłości. Każde wielkie odkrycie uważano długi czas za niemożliwość. Ameryka była niemożliwością aż po koniec wieku piętna- stego. Obrót ziemi był niemożliwością po koniec wieku szes- nastego. Siła pary uchodziła za niemożliwość aż do początku wieku dziewiętnastego. Te trzy niemożliwości nie tylko stały się materialną rzeczy- wistością, lecz ponadto przybrały trzy imiona ludzkie. Brzmią one: Krzysztof Kolumb, Galileusz i Fulton4. To prawda, że szukamy marzenia w śmierci, zamiast rze- czywistości w życiu, że zagłębiamy się w cień grobu, zamiast 4. Robert Fulton (1765-1815), inżynier amerykański, wynalazca, skonstru- ował pierwszy statek parowy. 13 kroczyć w jasnym blasku bytu, i że wzywamy na pomoc wiarę — tę światłość boską, zamiast ziemskiego światła — wiedzy. Czy droga, wiodąca do grobu, zaludniona jest duchami? Czy na drodze do nieba unoszą się anioły? Czy człowiek jest tylko stworzeniem w próżni odosobnio- nym, które za życia pozostaje bez związku z niebem, a po śmierci rozpada się w nicość? Czy też człowiek jest widzial- nym i realnym ogniwem pomiędzy dwoma światami niewi- dzialnymi, idealnymi? Czy coś z nas było przed nami? Czy coś z nas zostanie po nas? Czy to, co nas poprzedziło odgadło i przeczuło na- sze namiętności? Czy to, co po nas zostanie, przypomni je so- bie? Czy wreszcie owo „coś” może przybrać kształt widzialny wprawdzie, lecz niedotykalny, działający ze skutkiem lecz bez- cielesny? „That is the question” (oto jest pytanie), mówi Szekspir, ten potężny czarodziej, który zwycięsko pokonał ciężkie zadanie i wywołał duchy Banka i Hamleta. Szeherezada opowiadała, by skrócić noce Samarkandzkie. Ja opowiadam, Wasza Królewska Wysokość, by skrócić dni Se- willi. Aleksander Dumas I. Ulica Dyany w Fontenay-aux-Roses 1 września 1831 zostałem zaproszony przez mego dawnego przyjaciela, szefa biura jednej z domen królewskich, by we- spół z jego synem rozpocząć sezon polowania w Fontenay- aux-Roses. Podówczas lubiłem polowania niezmiernie, toteż dla tak na- miętnego myśliwego jak ja, ogromną wagę miał wybór miejsco- wości, gdzie każdego roku rozpoczynały się łowy. Zazwyczaj wybieraliśmy się do pewnego dzierżawcy, przy- jaciela mego szwagra. U niego to raz, ubiwszy zająca, odby- łem debiut w sztuce Nemroda. Jego folwark leżał pomiędzy lasami Compiegne i Villers-Cotterets, o pół mili od ślicznej wioski Marienval, o milę od wspaniałych ruin Pierrefonds. Dwa lub trzy tysiące morgów ziemi, składających się na tę dzierżawę, leżą wśród obszernej, lasami otoczonej równi- ny, której środek przecina urocza dolina. W głębi widać do- my, wychylające się spośród zielonych łąk i najróżnorodniej- szych drzew. Jedne, schowane wśród zieleni, zdradzają swo- ją obecność tylko sinymi smugami dymu, które początkowo wystrzelając prosto ku niebu pod ochroną otaczających pa- górków, następnie pod powiewem wiatru załamują się i roz- pościerają jak wachlarze palm. W tej to równinie gania różnorodna zwierzyna z dwu są- siednich lasów, jakoby na neutralnym gruncie. Toteż wszystko 15 można napotkać na równinie Brassoire, pod lasem sarnę i ba- żanta, w polu zające, na stokach króliki, koło folwarku kuro- patwy. Pan Macquet (tak się zwał nasz przyjaciel) był więc za- wsze pewien naszego przybycia. Polowaliśmy cały dzień i na- stępnego dnia o drugiej po południu powracaliśmy do Paryża, w pięciu lub w sześciu, ubiwszy kilkanaście sztuk zwierzyny, z czego nasz gospodarz nie chciał wziąć ani jednej. Tego roku jednak sprzeniewierzyłem się panu Macquet i przyjąłem zaproszenie starego kolegi, znęcony obrazem, który mi przesłał jego syn, utalentowany uczeń rzymskiej szkoły, przedstawiającym widok równiny Fontenay-aux-Ro- ses, obfitującej w ścierniska, pełne zajęcy i łany koniczyny, pełne kuropatw. Nie byłem nigdy jeszcze w Fontenay-aux-Roses. Okolice Pa- ryża znałem bardzo mało. Jeśli się wybieram poza rogatki, to zwykle tylko po to, by się oddalić o pięćset lub sześćset kilome- trów. Dlatego też przy każdej, nawet najmniejszej zmianie miej- sca wszystko mnie zaciekawia. O szóstej wybrałem się do Fontenay, wciąż wyglądając przez okno karety. Wyjechawszy przez rogatkę d’Enfer, minąłem na lewo ulicę Tombe-Issoire i jechałem ulicą Orleańską. Jak wiadomo, Issoire jest to nazwisko głośnego bandyty, który za czasów Juliana rabował podróżnych, udających się do Lutecji (Paryża). Zdaje się, że powieszono go i pochowa- no w miejscu, noszącym teraz jego nazwisko, nieopodal wej- ścia do katakumb. Równina ciągnąca się aż do Petit-Montrouge, przedsta- wia osobliwy widok. Pośród łąk, zagonów marchwi i buraków, wznoszą się czworoboki z białego kamienia, na których spo- czywa zębate koło. Koło to posiada na swoim obwodzie po- przeczne deszczułki, jeden człowiek, poruszając je to jedną, to drugą nogą, wprawia w ruch całą maszynerię, gdyż od ko- ła idzie lina, windująca z głębi kamieniołomu wyciosany ka- mień w górę. 16 Pod kamień, wydobyty za pomocą haka na brzeg windy, podsadza się walce i w ten sposób toczy się go aż na miejsce przeznaczenia. Następnie lina spuszcza się w głąb po nowy ciężar, przy czym nowożytny Ixion ma chwilę wypoczynku, dopóki dochodzący z dołu okrzyk nie zawiadomi go, że nowy ciężar czeka na wydobycie, wówczas praca zaczyna się na nowo. Do wieczora ów człowiek przy kole odbywa dziesięć mil, nie ruszając się z miejsca. Za każdym bowiem obrotem koła robi krok, tak że po upływie 23 lat mógłby się znaleźć na księżycu. Wieczorem zwłaszcza, to jest właśnie w porze, w której tamtędy przejeżdżałem, równina rozdzielająca Pe- tit-Montrouge i Grand-Montrouge, przybiera fantastyczny wygląd, do czego przyczyniają się owe koła, obracające się w świetle zachodzącego słońca. Wygląda to jak miedzioryt Goi, na którym upiory polują na wisielców. Około siódmej koła przestają się obracać, praca dzienna dobiega końca. Te łomy kamienne, wielkie bryły, długości 50- 60 stóp a wysokie na osiem stóp, tworzą przyszły Paryż, tutaj wyłaniający się z ziemi. Kamieniołomy, z których wydobywa się te bryły, rozszerzają się z każdym dniem. Są one dalszym ciągiem katakumb, na których spoczywa stary Paryż. Są to przedmieścia podziemnego miasta, ciągle się rozszerzające. Idąc równiną Montrouge, kroczymy ponad otchłaniami. Nie- kiedy napotykamy zagłębienie, małą dolinę lub kotlinę. Pod spodem kamieniołom ma słabe oparcie, gdyż powłoka gipso- wa się łamie. Powstaje szczelina, przez którą woda dostaje się w zagłę- bienie. Woda zmyła ziemię, stąd też ta zmiana gruntu. Nie wiedząc o tym i nie przypuszczając, że ta piękna warstwa zielenią okrytej ziemi nie ma podstaw, stąpnąwszy nogą na jedną z tych rozpadlin można nagle zapaść się, jak to się zda- rzyło w Montauvert. Mieszkańcy tych galerii podziemnych mają swój odrębny tryb życia, właściwy wygląd i charakter — żyjąc w ciemności, 17 posiadają coś z instynktu nocnych zwierząt, coś dzikiego i mil- czącego… Słychać często o nieszczęśliwych wypadkach — słup podtrzymujący kamieniołom złamał się lub lina pękła i zabiło człowieka. Na powierzchni ziemi uważa się to za nieszczęście, trzydzieści stóp pod ziemią wszyscy wiedzą, że to zbrodnia. Wygląd robotników jest zazwyczaj posępny. W świetle dnia oczy ich są oślepione, głos stłumiony. Noszą włosy gładko za- czesane aż do brwi, ich zarost tylko w niedzielę spotyka się z brzytwą golibrody, koszule mają rękawy z ordynarnego, szare- go płótna, ich fartuch skórzany biały jest od kamieni, spodnie są niebieskiej barwy. Noszą kamizelkę na jednym ramieniu po- dwójnie złożoną, opierając na tym rękojeść motyki lub siekiery, którą sześć dni w tygodniu wykopują kamienie. Mężczyźni, których tu opisaliśmy, rzadko uczestniczą w awanturach czy kłótniach. Gdy na rogatce d’Enfer ktoś powie: — Patrzcie, oto robotnicy z kamieniołomów w Mon- trouge, schodzą pod ziemię — wówczas mieszkańcy okolicz- nych ulic potrząsają głowami i zamykają drzwi. To obserwowałem o zmierzchu, który w miesiącu wrze- śniu oddziela dzień od nocy, z nadejściem ciemności rzuci- łem się na poduszki powozu, skąd widziałem tyle, ile z pew- nością żaden z mych towarzyszy nie widział. Tak bywa często w teatrze — wszyscy patrzą, niektórzy tylko widzą. O wpół do dziewiątej przybyliśmy do Fontenay. Oczekiwa- ła nas doskonała kolacja, potem spacer po ogrodzie. Sorrento to lasek pomarańczowy, Fontenay to bukiet róża- ny. Każdy dom posiada swe róże, kwitnące wzdłuż ścian, chro- nione balaskami, rosnące prosto do pewnej wysokości, a po- tem rozpościerające się wachlarzowato. Powietrze wokół prze- pojone jest zapachami, a gdy wionie wietrzyk, płatki różane sy- pią się jak w Boże Ciało, jakby Bóg sam święcił swe święto. Z krańca ogrodu mielibyśmy w dzień przepyszny widok. Po oddalonych światełkach rozróżnić można było okoliczne wsi: Sceaux, Bagneux, Chatillon i Montrouge, na horyzoncie 18 widniała długa, czerwonawa smuga, z której dochodził głu- chy szum, niby dech Lewiatana, to był oddech Paryża. Musiano nas przemocą zapędzić do łóżka, jak dzieci. Pod tym pięknym, gwiaździstym niebem, w tym powietrzu prze- pojonym woniami róż chętnie czuwalibyśmy do rana. O godzinie piątej rano wstaliśmy, by udać się na polowa- nie, pod przewodnictwem syna naszego gospodarza, który obiecywał nam istne cuda, wielbiąc mnogość zwierzyny w tej okolicy. Za całe przedpołudnie upolowaliśmy królika i cztery ku- ropatwy. Mój sąsiad na prawo strzelił do królika i spudłował, to samo wydarzyło się sąsiadowi po lewej ręce z kuropatwą. Ja ubiłem dwie kuropatwy. W Brassoire zwykle do południa miałem już ze cztery zające i piętnaście do dwudziestu ku- ropatw. Lubiąc polowanie, nie znoszę jednak długiego włóczenia się, zwłaszcza po polach. Pod pozorem przetrząśnięcia ła- nu koniczyny, leżącego na lewo, gdzie byłem pewny, iż nic nie znajdę, oddaliłem się i zniknąłem moim towarzyszom z oczu. To, czego tutaj szukałem, już od dwóch godzin spragnio- ny samotności, to był wąwóz, który uszedł uwagi innych my- śliwych, a który powinien był mnie wyprowadzić drogą ze Sceaux prosto do Fontenay-aux-Roses. Jakoż nie omyliłem się. Zegar na kościele bił godzinę pierw- szą, gdym dotarł do pierwszych domów wioski. Idąc wzdłuż muru, otaczającego jakąś piękną posiadłość, doszedłem do zbiegu ulic Dyany i Głównej. Nagle ujrzałem zbliżającego się ku mnie od strony kościoła człowieka o tak osobliwym wyglądzie, iż przystanąłem i instynktownie odwio- dłem kurek strzelby, tak dalece uczułem potrzebę obrony. Lecz człowiek ów, blady, z dziko przewróconymi oczyma, najeżonym włosem, odzieżą w nieładzie i zakrwawionymi rę- koma, przeszedł obok, nie widząc mnie. Jego spojrzenie było 19 mętne i nieruchome, szedł szybko i gwałtownie, jakby miał się wspinać na wysoką górę, a jednak jego stłumiony oddech zdradzał raczej trwogę niż wysiłek. Na zbiegu obu ulic skręcił z ulicy Głównej w ulicę Dyany w stronę tej właśnie posesji, obok której muru szedłem już z siedem lub osiem minut. Brama, na którą teraz padło mo- je spojrzenie, była zielono pomalowana i nosiła nr 2. Czło- wiek ów, jeszcze nim dobiegł do bramy, wyciągnął już rękę do dzwonka, a chwyciwszy go, pociągnął gwałtownie, potem szybko odwrócił się i usiadł na jednym z dwóch kamieni, podpierających bramę. Tak pozostał bez ruchu, zwiesiwszy głowę na piersi i opuściwszy ręce. Zawróciłem, przekonany, iż człowiek ten odgrywa główną rolę w jakimś strasznym dramacie. Za nim, po obu stronach ulicy, ujrzałem kilku ludzi, na których zrobił widocznie to samo wrażenie, co na mnie, gdyż powychodzili z domów i również patrzyli zdziwieni. Na dźwięk gwałtownie szarpniętego dzwonka otworzyła się mała furtka obok bramy i wyszła kobieta lat około czter- dziestu. — Ach, to wy Jacquemin? — rzekła. — Co tu robicie? — Czy mer jest w domu? — zapytał ochrypłym głosem ten, do którego to pytanie było zwrócone. — Tak. — A więc, matko Antonio, powiedzcie mu, że zabiłem mo- ją żonę i przychodzę tu, by się oddać w ręce władzy! Matka Antonia wydała okrzyk, któremu zawtórowały gło- sy stojących w pobliżu i słyszących to straszne wyznanie. Ja sam cofnąłem się krok wstecz i oparłem o pień drzewa. Wszyscy zresztą, usłyszawszy te słowa, zdrętwieli. Morderca osunął się z kamienia na ziemię, jakby po wy- rzeczeniu złowieszczych słów siły go opuściły. Tymczasem matka Antonia zniknęła, pozostawiając furtkę otwartą. Najwyraźniej poszła spełnić polecenie Jacquemina. 20
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Opowieści o duchach
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: