Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00274 008732 11205017 na godz. na dobę w sumie
Orędzie. Tajemnica przyszłości - ebook/pdf
Orędzie. Tajemnica przyszłości - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 630
Wydawca: E-bookowo Język publikacji: polski
ISBN: 9788393135226 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> inne >> inne
Porównaj ceny (książka, ebook (-15%), audiobook).
Fascynująca opowieść sensacyjno-przygodowa oparta na bazie Apokalipsy św. Jana. W archiwach Watykanu znajdują się tajne protokoły z posiedzenia synodu, określające zasady postępowania na wypadek nawiązania kontaktów z pozaziemską cywilizacją, jak również w przypadku groźby upadku chrześcijaństwa. Na świecie następuje epoka dobrobytu i gospodarki korporacyjnej. W Chinach władzę obejmuje charyzmatyczny przywódca, który wpaja obywatelom Państwa Środka, że są narodem wybranym. Dochodzi do wybuchu III wojny światowej. Obserwatorami tych wydarzeń są obcy, a każda ze stron próbuje przekonać świat do swoich racji. Jedynym krajem, który będzie w stanie pohamować ekspansję żółtej rasy na świecie, jest Polska. Rzeczpospolita Wielu Narodów, która na skutek pewnego zbiegu okoliczności staje się wzorem nowego ustroju politycznego, a co za tym idzie, wzrasta jej znaczenie gospodarcze w świecie. Aleksander, utalentowany agent biura ochrony, odpowiedzialny za bezpieczeństwo uroczystości religijnych we Francji, otrzymuje nowe zadanie: zorganizowanie grupy operacyjnej działającej pod bezpośrednim nadzorem Rady Bezpieczeństwa ONZ. Ma ona uczestniczyć w kodyfikacji stosunków z obcymi. Okazuje się niebawem, że Aleksandra i jego grupę chcą przejąć rządy poszczególnych mocarstw. Nikomu nie można ufać, a ci, którzy zapewniali o swoim poparciu, stali się śmiertelnym zagrożeniem. Czy mała grupa zdesperowanych ludzi jest w stanie zmienić losy świata? Robert T. Preys Przedsiębiorca z potrzeby pracy, prawnik z potrzeby działalności społecznej, pisarz z zamiłowania. Ukończył studia prawnicze na Uniwersytecie im. Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Obecnie na Polskiej Akademii Nauk, zajmuje się przygotowaniem pracy doktorskiej, w zakresie ochrony praw człowieka. Od 1990 roku czynnie biorący udział w życiu gospodarczym nowej Polski. Jego artykuły prasowe wzbudzają szerokie zainteresowanie, ponieważ uwidaczniają, że prawo jest dla ludzi. Jako pisarz zadebiutował powieścią 'Orędzie, która w ciągu jednego roku została dwukrotnie wydana. Jego powieści z gatunku literatury sensacyjno-przygodowej cieszą się coraz większym uznaniem wśród czytelników, czego dowodem jest rosnąca popularność książki 'Tajemnice Sahary. Pisze o sprawach świata w sposób jasny, ciekawy i fascynujący.
Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

ROBERT T. PRE YS ROBERT T. PREYS TAJEMNICA PRZYSZŁOŚCI Warszawa 2010 Redakcja i opracowanie stylistyczne Jolanta Marciniak Redakcja techniczna Anna Szarko Okładka © Patryk Karpiński © Robert T. Preys Warszawa 2010 Wydając niniejszą książkę, chciałbym serdecznie podzięko- wać wszystkim ludziom, którzy doprowadzili do powstania po- wieści i pomogli mi dotrzeć do czytelników. Czytelnikom zaś dziękuję, że zechcieli ją kupić i poświęcają czas na jej lekturę. Pragnę, aby mieli poczucie dobrze spędzonego czasu i wie- le satysfakcji z własnego odkrywania niedalekiej przyszłości. Szczególne podziękowania składam mojej najbliższej ro- dzinie, która wspierała mnie w trakcie tworzenia powieści, mojej żonie i córkom. Nieodzowną pomoc okazał mój brat Jacek, który od lat in- spirował mnie niezwykłymi obserwacjami otaczającego nas świata. Chciałbym podzielić się przesłaniem, które towarzyszy mi od wielu lat: Żyj tak, jakbyś miał jutro umrzeć, planuj tak, jakbyś miał żyć wiecznie. Robert T. Preys ROZDZIAŁ I ORĘDZIE „Przegraliśmy, to koniec. A może początek? Jak do tego do- szło? Jakie błędy popełniliśmy? Czemu Bóg nas opuścił?” – te i podobne pytania budziły moją świadomość po krótkiej, ale całkiem nieźle przespanej nocy. Nie mogłem zrozumieć, jak to możliwe, że doprowadziliśmy do takiej sytuacji. Poranek tego październikowego dnia był pogodny. Ciężkie zasłony tylko częściowo zakrywały okna, przez które docierało światło wpadające do hotelowego pokoju. Czułem się wypoczę- ty, a ta niedzielna chwila w niczym nie ukazywała dramatyzmu ostatnich miesięcy. To, o czym mówiło się od kilku dni, właśnie się stało. Już wczoraj domyślałem się, że tej nocy nastąpią wydarzenia, które zapoczątkują nowe spojrzenie na i tak trudną sytuację. Włączyłem telewizor. Na ekranie przystojny prezenter z wielką powagą komuniko- wał o obecnym stanie rzeczy. Faktycznie była to jedynie zapo- wiedź komunikatu. – Za chwilę usłyszymy orędzie – mówił. Orędzie? Ja bym to nazwał obwieszczeniem wyroku. Prze- łączyłem kanał, potem kolejny i kolejny. Na wszystkich dostęp- nych jeszcze programach to samo. Zapowiedź spikera, krótki komentarz i orędzie. Postanowiłem wsłuchać się uważniej i przeanalizować słowo po słowie tę krótką, ale jakże istotną dla każdego człowieka in- formację. Onijanin prezentował się doskonale. Każdy jego gest, jego po- stawa, a nawet strój świadczyły o bardzo dobrym przygotowaniu 7 dyplomatycznym. Mówił z wielką powagą i dostojnością. Słowa wy- powiadał wyraźnie i w miarę powoli, stonowanym głosem – tak, aby każdy, kto słuchał orędzia, mógł je dobrze zrozumieć i zapamię- tać. Nie wiem, dlaczego, ale te słowa wbijały mi się w mózg niczym ryt w kamienne tablice. Czułem ból płynący z samej głębi serca. Głos z telewizora dobiegał z całą siłą przekazu: Szanowne panie, szanowni panowie! Dziś w nocy, z trzynastego na czternastego paździer- nika o godzinie dwunastej Tymczasowa Rada Ocalenia Kontynentalnego wprowadziła stan stabilizacyjny. Dla dobra Ziemian i wszystkich wartości cenionych w świecie, w celu uszczęśliwienia rodzaju ludzkiego, za- brania się prowadzenia wojen, walk, jak również aktów terroryzmu, działań partyzanckich, sabotażu i podejmo- wania innych przedsięwzięć mogących zaszkodzić proce- sowi stabilizacyjnemu. Wszelkie działania o charakterze niezbrojnym są do- zwolone, chyba że zostaną wykluczone dekretem Tymcza- sowej Rady Ocalenia Kontynentalnego, w skrócie: TROK. Zaleca się prowadzenie życia w dotychczasowej for- mie, to jest: pracę, wypoczynek, sport, kontakty rodzin- ne i towarzyskie. Jednostkom militarnym podajemy następujące terminy jako obowiązujące: do godziny dwunastej w nocy dnia piętnastego października należy podać swoją pozycję i ko- munikat o rozbrojeniu. Do trzydziestego października na- leży zdać broń i potwierdzić swoje przejście ze stanu woj- skowego do cywilnego lub, dla chętnych, do specjalnych oddziałów policji stabilizacyjnej, w skrócie: POLICJA ST. Wszelkie przejawy agresji, ściślej – ataki militarne – zo- staną potraktowane jako naruszenie procesu stabilizacyjne- go, co może prowadzić do aktów neutralizacji zagrożenia. 8 Administracja państwowa i urzędy będą działały jak dotychczas, jednakże na każdym szczeblu władzy pań- stwowej i lokalnej zostanie powołany komisarz Rady Ocalenia, który w ramach swych kompetencji zatwierdzi działania władz w kwestii wszelkich decyzji ustawodaw- czych i wykonawczych. Tymczasowa Rada Ocalenia Kontynentalnego sprawu- je władzę do czasu utworzenia Rządu Kontynentalnego, którego powstanie przewidywane jest do końca przyszłe- go roku. Dziękuję państwu za uwagę. Na monitorze znów pojawił się prezenter telewizyjny, któ- ry w kilku słowach zrelacjonował wczorajsze wydarzenia i zapo- wiedział ponowne odtworzenie orędzia. I tak w kółko na wszyst- kich dostępnych kanałach. Ochłonąłem z porannego letargu. Poczułem, jak praca umy- słu zaczyna nabierać tempa, a myśl przetrawia informacje prze- kazane w komunikacie. Jednak nie mogłem dopuścić do swo- jej świadomości faktu, że przegraliśmy, a raczej nie mogłem się z tym faktem pogodzić. Do głowy dobijało się jedno jedyne słowo: „Przegraliśmy, przegraliśmy, przegraliśmy...” Wyciągnąłem z szuflady komórkę. Miałem nadzieję, że bę- dzie można przesłać jakąś wiadomość. Sprawdziłem zasięg – pełny. Do wczoraj nie można było przesyłać informacji teksto- wych, wszystkie telefony ogłuchły i zamilkły. To zjawisko było mi znane i zdążyłem się do niego przyzwyczaić. Jak pamiętam, od dwóch lat wszelkie rozmowy telefoniczne były niemożliwe. Jedynie krótki, ograniczający się do kilku słów przekaz pisany typu SMS został udostępniony. Dwa kliknięcia w klawiaturę i już miałem z listy wybierać nu- mer mojego przyjaciela, gdy przyszło mi na myśl, aby nacisnąć 9 zieloną słuchawkę. Mały ekranik wyświetlił najpierw numer te- lefonu Petera, a ja czekałem, co będzie dalej. Czy jak zwykle po- jawi się komunikat „BRAK MOŻLIWOŚCI POŁĄCZENIA?” Tym razem chwila, w której pojawiał się napis, już dawno minę- ła. Nadzieja rosła proporcjonalnie do upływającego czasu. Niby drobna sprawa, a poczułem się dziwnie spięty. Gdy zacząłem się zastanawiać nad stanem moich mięśni, wzrok stale utkwiony w napisie na wyświetlaczu przekazywał mi poszczególne znacze- nie liter. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że nie jest to jakaś informacja, ale już właściwie zapomniane słowo. Przeliterowa- łem je uważnie: P-O-Ł-Ą-C-Z-E-N-I-E. Oszołomiony nową informacją, ostrożnie, jakbym to robił pierwszy raz w życiu, przyłożyłem telefon do ucha. – Halo – odezwał się znajomy głos w słuchawce – tu Peter. – Cześć – odparłem zdumiony. – Al, witaj, ale numer, właśnie miałem do ciebie dzwonić. – Skąd wiesz, że telefony działają? – Na kilku kanałach w telewizji puszczają pasek tekstowy z informacją, że większość telefonów może działać. – Naprawdę? Nie zauważyłem, widocznie oglądałem nie ten program. łeś już do kogoś? – Al, słuchałeś orędzia? Co o tym wszystkim sądzisz? – Jeszcze nie wiem, przyjdź z synem, to pogadamy. Dzwoni- – Tak, jak tylko zobaczyłem informację, od razu zadzwoni- łem do żony. Ale się zdziwiła. No dobra, kończę. Zaraz do cie- bie przyjdziemy. – Okay. Miałem ochotę wykonać jeszcze kilka telefonów, ale pomyśla- łem, że nic się nie stanie, jeśli odłożę to na inną chwilę. Żona Petera jest bardzo energiczną kobietą. Wyobrażam so- bie, jak mogła zareagować na telefon od męża. Pewnie długo rozmawiali, bo Peter miał w głosie dziwną nutkę radości. 10 Mieszkał wraz ze swoim dwudziestojednoletnim synem w tym samym hotelu, co ja, tylko pięć pięter wyżej. Byliśmy pra- wie rówieśnikami. Choć mieliśmy po czterdzieści cztery lata, wy- glądałem przy nim trochę młodziej. Może dlatego, że byłem bar- dziej wysportowany. Myśli na powrót zaczęły kłębić się w mojej głowie. Miałem wrażenie naporu informacji, a raczej obrazów tkwiących w mo- jej pamięci. Obrazy te kształtowały się w coraz większą burzę rozmaitych rozwiązań lub przebiegów wyimaginowanych sytu- acji, różnych scenariuszy dalszych wydarzeń. Przegraliśmy. Nie dochodziło to do mnie, jak w przypadku każdej złej myśli, która wpływa na stan emocji. Myślę, że odczu- wałem to w taki sposób, w jaki ludzie odczuwają stratę kogoś bli- skiego. Nowa rzeczywistość nie od razu staje się cząstką realne- go, dalszego życia. Dlaczego przegraliśmy? Stukot do drzwi wyrwał mnie z chwilowej depresji. – Proszę – odezwałem się donośnie. W drzwiach ukazały się jakże znane mi postacie Petera i jego syna Toma. Podobieństwo w wyglądzie i ubiorze nie było zbyt- nie, za to zainteresowania odziedziczone po ojcu pochłaniały Toma tak, jak najwierniejszego ucznia. Biologia była ich całym życiem: wspólne tematy, doświadczenia i odkrycia przyczyniały się do tego, że wiele czasu spędzali ze sobą. Tom był zwykłym chłopakiem: uprawiał sport, chodził z kumplami na różne zaję- cia, rozglądał się za dziewczynami, ale biologia była jego pasją, w tak młodym wieku był już studentem czwartego roku. – Witaj, Al – z gestem podniesionej prawej dłoni, jak w in- diańskim pozdrowieniu, weszli do pokoju. Usiedliśmy naprzeciwko, patrząc sobie w oczy i rozważając, co kryje się pod płaszczykiem miłej na pozór mimiki. Twarze jednak przestały się uśmiechać, napięcie mięśni wzrastało, a od- dechy robiły się krótsze i bardziej intensywne. 11 W końcu Peter, z trudem przełykając ślinę, powiedział: – Przegraliśmy. Przegraliśmy tę pierdzieloną wojnę. Al, co te- raz zrobimy? – Nie wiem. – Kto nam pomoże? – Nie wiem! – Jak się z tego wygrzebać? – Nie wiem, nie wiem, Peter! Pomysłu, pomysłu mi potrze- ba! – wykrzyczałem coś, co mi wpadło do głowy, bo chciałem zyskać na czasie, aby znaleźć sensowne odpowiedzi na jego pyta- nia i nie popaść w umysłową panikę. – Posłuchaj, musimy prze- myśleć całą sytuację – dodałem. – Co przemyśleć?! – wrzasnął Peter. – Czy nie widzisz, jaką oni robią sieczkę propagandową? Wszystkie te dyrdymały o ochronie ludzkości samej przed sobą to istna tragifarsa z nami w roli głównej. – Jak do tego doszło? – zapytał z zaciekawieniem Tom. Jego pytanie podziałało na nas jak wiadro zimnej wody wyla- nej na głowę. – Posłuchaj, Tom – rozpocząłem. – Kiedy to wszystko się za- częło, miałeś piętnaście lat. Pamiętasz tamte wydarzenia, ale na pewno wiele nie mogłeś zrozumieć z całej tej plątaniny polityki, umów, obietnic współpracy i nieporozumień. Jak sam słyszałeś, wygłoszone orędzie zapewne zabrzmiało dla kogoś niewtajem- niczonego lub myślącego wyłącznie pozytywnie jak propozycja wspaniałej perspektywy lepszego życia. Życia bez wojen, prze- mocy, terroryzmu. Zgodnie z prawem i sprawiedliwością. Ale większość ludzi wie doskonale, co oznaczają naprawdę słowa za- warte w przemówieniu. Zaczęliśmy wraz z Peterem wyjaśniać chłopakowi ukryte zna- czenie sformułowań padających w orędziu. „Stan stabilizacyjny” to nic innego jak obca ingerencja w na- sze wewnętrzne sprawy. Kiedyś my, ludzie, nazywaliśmy tak 12 podobne akcje militarne przeprowadzane w Wietnamie, Afga- nistanie, byłej Jugosławii, Somali czy też w Iraku. Określaliśmy je różnie: jako akcje humanitarne, rozjemcze, zapobiegawcze. Niejednokrotnie cel był faktycznie wzniosły, chcieliśmy uchro- nić Wietnam przed zalewem komunizmu, który nie prowadzi przecież do uszczęśliwienia narodu. Wręcz przeciwnie, do jego uciemiężenia. W Somali chcieliśmy nakarmić najbiedniejszy kraj świata. W Jugosławii obronić obywateli tego kraju przed inny- mi obywatelami tego samego kraju. Afganistan był dla nas wy- zwaniem do odbudowy i ucywilizowania, zaś w Iraku chcieliśmy wprowadzić demokrację. Niemal każda pomoc miała podwójne oblicze. W tych wszystkich akcjach bardzo często chodziło o do- stęp do zasobów ropy naftowej, diamentów, złota i innych su- rowców naturalnych. Czasami wreszcie o dogodniejszą lokaliza- cję dla baz wojskowych lub wpływ na politykę danego regionu. Tom zamyślił się, zmarszczył czoło i zaczął miarowo spa- cerować po pokoju. Miałem wrażenie, jakby powoli wchodził w stan medytacji nad sprawami, o których mu opowiedzieliśmy. Minęła dłuższa chwila, Tom nadal spacerował. Nagle zapytał: – Ale dlaczego nazwali się Tymczasową Radą Ocalenia Kon- tynentalnego? Skoro mają inne zamiary, to po co tak doniosłe w treści sformułowanie? Ojciec Toma uśmiechnął się szyderczo. – Widzisz, ONI chcą, abyśmy myśleli w sposób banalnie pro- sty i uporządkowany. Mamy otrzymywać to, czego potrzebuje- my, a oddalane ma być wszystko, czego się boimy. Czyli taki raj na Ziemi z elementami obrony nas przed nami samymi. Jak pa- miętasz, cztery lata temu rządy poszczególnych państw były za słabe organizacyjnie i budżetowo, aby sprostać nowym wyzwa- niom i postępowi cywilizacyjnemu, który nastąpił w tak krótkim czasie. Zmiany w dziedzinie ochrony środowiska, walka z glo- balnym ociepleniem, zastosowanie nowych środków transportu, przebudowa systemów energetycznych, wszystko to wymagało 13 tak dużych inwestycji, że zaszła potrzeba powołania państw o większym zasięgu jurysdykcji i rządów. Najbardziej przygoto- wane do tego były Stany Zjednoczone Ameryki Północnej oraz Unia Europejska, ponieważ system federalny i unijny miał już wiele lat doświadczeń w dziedzinie zarządzania zjednoczonymi stanami i krajami unijnymi. Podobnie było w innych państwach: Rosja, Chiny, Indie mogły sprostać zadaniom pod warunkiem zwiększenia dofinansowania przez Bank Światowy. W końcu na obradach ONZ ustanowiono nowy podział terytorialny świata. Państwa pozostały, ale kierowały nimi zjednoczone rządy. Po- wołano Rząd Kontynentalny nad Kontynentalnym Obszarem Ameryki Północnej, do którego należy USA, Kanada, Meksyk i cała Antarktyda, a także Kontynentalnym Obszarem Amery- ki Południowej, w skład którego wchodziły Brazylia, Argenty- na, Peru i praktycznie wszystkie państwa z tego obszaru wraz z wyspami. Bank Światowy miał przekazać temu rządowi jed- ną czwartą swoich zasobów finansowych. Kontynentalny Ob- szar Europy stanowiły państwa należące do Unii Europejskiej wraz z częścią europejską Rosji i krajami znajdującymi się w Eu- ropie. Oczywiście Rosja poprzez ostrą politykę i swoje wpływy chciała uzyskać dominację w rządzie. Jak się później okazało, zdrowy rozsądek i wspólna polityka dały jednak najlepsze rezul- taty. Przecież tu nie chodziło o przewagę militarną ani rozłam państwa rosyjskiego, tylko o jak największe wykorzystanie moż- liwości rozwoju całych połaci Ziemi. Chiny, Japonia, Indie i azja- tycka część Rosji dogadały się najszybciej, wcielając do swojego grona wszystkie państwa regionu, łącznie z Kazachstanem i Au- stralią. Utworzono Azjatycki Obszar Kontynentalny, który miał do dyspozycji połowę zasobów finansowych Banku Światowe- go. W końcu rząd tego obszaru miał na głowie ponad połowę ludności świata. Nazwa „Tymczasowa Rada Ocalenia Kontynen- talnego” ma być utożsamiana z ocaleniem nas wszystkich. Lu- dzie mają mieć świadomość, że ktoś o nich dba, ktoś ich chce 14 chronić i ten ktoś nie chce nic w zamian. To iluzoryczne spełnia- nie oczekiwań ludzkości jest najbardziej kuszącym nowym po- rządkiem świata, dającym się przyjąć bez protestu. Jednak ta au- tonomia, w której każdą decyzję na każdym poziomie władzy trzeba zaakceptować bez możliwości prawnego odwołania, to idealna dyktatura. Powrót żołnierzy do domów, totalne rozbro- jenie, brak możliwości oporu, są niczym innym jak bezwarunko- wą kapitulacją. Sprzeciw czy też zbrojny atak sankcjonują unice- stwienie całego regionu. – Jak to? – zapytał Tom. – A gdzie jest sprawiedliwość? Gdzie proporcjonalność użycia siły względem zagrożenia? Moja odpowiedź zabrzmiała lakonicznie i krótko: NIE MA. Po chwili milczenia postanowiłem ją jednak nieco rozwi- nąć. – Jeżeli ktoś strzeli do wroga, obszar, z którego nastąpił atak, zostaje natychmiast unicestwiony. To tak, jakby cię ugryzła mrówka, a ty w zamian oblewasz benzyną i podpalasz cały ko- piec. Giną tysiące mrówek, strażników, robotnic, małych mrówe- czek i jeszcze te, które dopiero mają się wykluć. – No tak, na mrówkach to ja się znam. Ale mrówki mają więk- szość swojej siedziby pod ziemią, ich królowa znosi jaja i mogą odbudować, choć z wielkim trudem, swój dom. – Tak, oczywiście. Szanse zawsze istnieją, ale czy chciałbyś żyć w mieście i przez większość czasu kryć się pod ziemią? – No tak, my mrówkami nie jesteśmy, choć możemy się od nich wiele nauczyć. – Też tak myślę, w walce z wrogiem ludzie powinni próbo- wać wszystkiego. Podejrzewam, że wiele by nam dała obserwa- cja świata dzikich zwierząt. – O tak, tak! – Tom podskoczył na swoim krześle. – Taka pantera na przykład, jak umiejętnie poluje. – Te pomysły zostawmy na później – ostudził go Peter. – Nie czas teraz na takie rozważania. Zbieramy się – mamy mało czasu. 15 DROGA DO MARTWEJ CISZY Po szybkim spakowaniu bagaży i rozliczeniu hotelu siedzie- liśmy już w naszym samochodzie i jechaliśmy w kierunku Chi- cago. Wygodny honker wiózł nas na północ. Kiedyś były to typowe wojskowe wozy terenowe. Dziś komfort jazdy był nieporówny- walnie większy. Czułem się jak w limuzynie. Dużo miejsca, deli- katna tapicerka o właściwościach skóry, aromatyzowana klimaty- zacja, sporo elektroniki w miniaturze. – Wyłącz autopilota, będziemy prowadzić ręcznie – powie- dział Peter. Obecnie większość samochodów miała autopiloty. System nawigacji rozwinął się do tego stopnia, że samochody mogły być sterowane satelitarnie. W niektórych miastach istniał nawet obo- wiązek poruszania się wyłącznie za pomocą sterowania automa- tycznego. To było niezłe – z uwagi na możliwość ominięcia kor- ków i bezpieczeństwo. Pamiętam, jak mój ojciec mówił o poduszkach powietrz- nych obowiązujących we wszystkich samochodach. Nawet mu się nie śniło, że będą inne nowatorskie systemy bezpieczeństwa. Tak zwane czujniki parkowania zmieniły się w czujniki radaro- we, które potrafiły spowodować automatyczne wyhamowanie lub przyśpieszenie, a nawet zmianę kierunku jazdy w momen- cie zbliżenia się do czegoś, co mogło stanowić potencjalne za- grożenie. Techniki używane kiedyś wyłącznie w samolotach woj- skowych czy też pasażerskich miały powszechne zastosowanie w większości pojazdów lądowych i wodnych. System GPSKAL obierał najdogodniejszą lub najszybszą drogę w zależności od potrzeb kierowcy. Przewidywał wszel- kie zagrożenia wynikające z podróżowania. Nie potrafiłem sobie wyobrazić, jak mój ojciec mógł jeździć tylko po nawierzchniach dróg, tym bardziej w różnych warunkach klimatycznych. Lód, 16 śnieg, deszcz sprawiały, że nawierzchnia stawała się wielkim za- grożeniem dla użytkownika drogi. Technologia umożliwiała tra- dycyjne poruszanie się samochodów, jak również poprzez system magnetyczny zapewniała jazdę na wysokości jednego metra nad ziemią. Oczywiście poruszano się tylko po drogach, choć moż- liwości samochodu były dużo większe. System pozwalał na pro- wadzenie pojazdu na wysokości dwóch metrów, ale wznoszenie się w pionie wymagało dodatkowego zużycia paliwa. Wyjeżdża- jąc poza miasto, można było unieść się nad szosę i przyśpieszyć do trzystu kilometrów na godzinę. Nad obszarami pustynnymi, stepowymi czy też wodnymi pojazd mógł poruszać się tylko po- przez system GPSKAL. Ograniczenie spowodowane było bra- kiem oznaczeń, czujników i dróg. Dla bezpieczeństwa podróżo- wania nie wolno było używać ręcznego sterowania. Sam uwielbiałem wyskoczyć poza miasto, unieść się nad szo- sę i poczuć to przyspieszenie, jadąc, a raczej płynąc w powietrzu swoim kabrioletem. System opływowy pojazdu tak pomyślano, że podmuch powietrza był do zniesienia nawet przy dużych pręd- kościach. Myślę, że nie ma przyjemniejszego sposobu podróżo- wania. Nawet silna ulewa nie mogła się przebić przez wytwarza- ne prądy powietrza. Praktycznie nieprzyjemne było tylko awaryjne nagłe zatrzymywanie, kiedy system GPSKAL wykrywał zbliża- jącą się przeszkodę. Przeciążenia były mało atrakcyjne. No cóż, wyhamowanie bryki pędzącej trzysta kilometrów do zera wyma- gało czterdziestu metrów jazdy w mało komfortowych warun- kach. Przełączyliśmy na sterownie ręczne, Peter wyłączył wszystkie możliwe nośniki sygnałów. – Wyłączcie komórki – powiedziałem i sam zrobiłem to pierwszy. Miałem prawie pewność, że teraz, przy takim natężeniu ru- chu, a mijaliśmy sporo jadących w różnych kierunkach pojaz- dów, byliśmy mało wykrywalni. Systemy wielu uszkodzonych 17 satelitów nie nadążały z wyszukiwaniem konkretnych obiektów z całego tłumu przemykających aut. Oczywiście było to tym bar- dziej trudne, ponieważ cały czas mieliśmy przy sobie urządzenia zagłuszające, które aktywowaliśmy na czas przejazdu. Wyjeżdżaliśmy z miasta, przestawiłem samochód na jazdę szybkościową. Honker uniósł się metr nad drogą, wcisnąłem gaz. Ach, jak ja uwielbiam to uczucie! Silnik zabuczał głębokim tonem muzycz- nej pracy pierścieni magnetycznych. Poczuliśmy, jak nasze plecy wciskają się w szerokie i wygodne fotele pojazdu. Mknęliśmy już z pełną szybkością. Kiedyś tylko samochody wyścigowe mogły poszczycić się takim przyśpieszeniem, teraz stało się ono stan- dardem. – Panie Aleksandrze – zwrócił się do mnie Tom. – Jak dowie- dzieliśmy się o nich? Chodzi mi o sam początek. – Zapewne znasz oficjalną wersję, więc będziesz miał porów- nanie i możesz sam wyciągnąć wnioski. OSIEM LAT WCZEŚNIEJ EUROPEJSKA STACJA KONTROLI PRZEKAZU SATELITARNEGO PARYŻ, GODZINA 23:43 CZASU LOKALNEGO. – Panie Ken, obserwator odnotował krótkotrwały rozbłysk na trajektorii lotu naszego satelity. – Już idę, czy wiecie coś więcej? – Satelita wejdzie w ten obszar za jakieś dziesięć minut. – Dobrze, proszę obserwować, czy są jakieś zakłócenia w przekazach telewizyjnych lub radiowych. – Nie, nie, nie ma – odzywali się kolejno kontrolerzy. – Szefie, coś jest nie tak. – A dokładniej, co się dzieje, Betty? – Mam odczyt, że jedna z anten nadaje prawidłowo, ale brak podglądu na odbiór. 18 – Hm, ta antena nie ma dużych pasm przekazu, proszę spraw- dzić, jakie programy emituje. cyjne, ogólne i jeden filmowy. – Niewiele, sześć kanałów telewizyjnych. Głównie informa- – Technik, czy potwierdzasz brak odbioru sygnału w odbior- – Tak, szefie. Na kanałach, gdzie powinny być te programy, śnieży. – Betty, czy nadal masz odczyt o nadawaniu sygnału z satelity? – Tak, potwierdzam. Ken uniósł aparat i za chwilę zgłosił się zespół nadzoru po- nikach? miarowego. – Witam, macie już dane tego zjawiska? – Analizujemy, szefie, ale wygląda mi to na uszkodzenie me- chaniczne. Teraz mogę tylko przypuszczać, że zderzyły się jakieś meteoryty i w efekcie odłamek, uderzając w podstawę anteny, uszkodził jej mechanizm naprowadzający, ale to tylko przypusz- czenie. Odchyliła się o jakieś – chwila ciszy i w słuchawce za- brzmiał ponownie głos – sto stopni. – Zderzenie meteorytów na trasie naszego satelity jest tak mało prawdopodobne jak wygrana na loterii, ale cóż, skoro jest wygrana, to są i gracze – odpowiedział Ken. – Uwaga, do całe- go personelu: mamy awarię, trzeba brakujące przekazy nadać po- przez inne anteny lub satelity. Proszę brać się do roboty. Za dzie- sięć minut chcę, aby było po kłopocie. – Szefie, co zrobić z sygnałem, który jest emitowany z uszko- dzonej anteny? – zapytał technik. – A co proponujesz? – Wyłączenie sygnału nadawczego docierającego do anteny zbierającej w satelicie jest niemożliwe. Utracimy wtedy wszystkie programy w danym paśmie przenoszenia, a jest ich ponad dwieście. – Dobrze, zostaw to, przynajmniej na razie. Niech idzie w ko- smos. Może zielonym ludzikom spodoba się jakiś film. 19 – Na przykład „Marsjanie atakują” – dopowiedział jeden z obserwatorów. Nie wiadomo dlaczego cały zespół będący w sali ośrodka par- sknął śmiechem. Pewnie to skutek odrobiny adrenaliny i napięcia, które ustępowało i w rezultacie dało efekt odprężenia. W końcu mało się działo w ośrodku, praktycznie każdy dzień pracy wyda- wał się taki sam. Jakby spytać pracowników, co robili dokładnie pół roku wcześniej, odpowiedź każdego byłaby taka sama. Większość dokładnie co piętnaście minut każdego dnia wykonuje stale te same czynności. Procedura, schemat działania i powtarzanie czynności – bez znaczenia, czy jest to poniedziałek, środa czy niedziela. DWA LATA PÓŹNIEJ Al mieszkał wraz z żoną i dwiema dorastającymi córkami na południu Francji. Jego żona Julia była dobrze wyglądającą czterdziestolatką. Pracowała w poradni dla małżeństw będących w stanie separacji. Miała do tego wrodzony talent. Pomimo wie- lu trudności potrafiła nawiązać kontakt ze zwaśnionymi strona- mi i doprowadzić w wielu przypadkach do porozumienia. Sprawy rozwodowe w ostatnim dziesięcioleciu były dość istotnym efektem kryzysu instytucji małżeńskiej w krajach bar- dziej rozwiniętych. Statystyki przerażały, prawie pięćdziesiąt pro- cent zawieranych małżeństw ulegało rozpadowi. Rządy wraz z instytucjami kościelnymi wprowadzały programy popularyzo- wania stylu życia rodzinnego. Zaczęło przynosić to skutek: dwa lata temu odnotowano zahamowanie tendencji, a dane z zeszłe- go roku wykazywały wzrost utrzymywanych związków. – Kochanie, ty nawet jak sprzątasz, wyglądasz pięknie – rzekł Al, spoglądając kątem oka na Julię, która właśnie ścierała kurze. Jej gibkie ciało poruszało się jak w tańcu. Lubiła chodzić w ubraniu z domieszką lnu. Kiedy się pochylała, spodnie opinały 20 pośladki, podkreślając piękną linię bioder. Czasami nie nosiła bielizny, więc wyobraźnia Aleksa pulsowała niczym w rytm mu- zyki Vivaldiego. Kochał ją do szaleństwa, często myślał, że im dłużej ją zna, tym bardziej jest nią zauroczony. Jedno było pew- ne, podniecała go niezmiennie, już od dwudziestu lat. Dobrze im było, a kilkudniowa zaledwie rozłąka przynosiła tęsknotę. – To chyba prawda, że rozstania są sprawdzianem uczuć – dodał po chwili, a ona odpowiedziała uśmiechem. Przełączał kanały telewizyjne, chcąc uchwycić coś ciekawe- go. Zmieniał obrazy, aż nagle zainteresował go widok notowań giełdowych. Miał dla zabawy i oszczędności część kapitału ulo- kowanego w akcjach. Na pierwszy rzut oka wydawały mu się jakoś nisko wycenione. Pamiętał pobieżnie wartości poszczegól- nych spółek i coś mu nie grało. Na ekranie ukazały się notowa- nia spółek: „ATS – 32 euro za akcję, DECORA – 148 euro za akcję”. Przeliczył w pamięci: to chyba niemożliwe, akcje straciły od piętnastu do dwudziestu pięciu procent swojej wartości. Jesz- cze dziś rano, kiedy sprawdzał, były dużo wyższe i miały tenden- cję wzrostową. Poczekał jeszcze chwilę na notowania najbardziej stabilnych akcji, jakie miał w BH Bank: tutaj sytuacja była po- dobna – spadek o jakieś piętnaście procent. Indeksy jednak wy- kazywały stabilność. Połączył się ze swoim maklerem, którego zapytał o sytuację na giełdzie. Ten odpowiedział mu, że nic nadzwyczajnego się nie dzieje, wszystko jest stabilne i nie ma większych zmian. Al przedstawił mu notowania, które przed chwilą widział na ekranie. oponował makler. – To niemożliwe, może podają jakieś historyczne dane – za- Faktycznie. Al dopiero teraz spojrzał na datę: 24.06.2012 rok. Równe dwa lata temu. Ale dlaczego jest informacja: „Aktualne notowania ciągłe?” – myślał. 21 – Panie Aleksandrze – usłyszał podekscytowany głos makle- ra. – Coś się dzieje, zaczyna się jakaś wrzawa i ruch w interesie. Wskaźniki wycen zaczynają skakać. O, w dupę! I to o ile! Za- dzwonię do pana, jak tylko się zorientuję w sytuacji. Makler nie czekał na odpowiedź. Aleks usłyszał tylko echo podniesionych przekrzykujących się nawzajem głosów i połą- czenie się skończyło. – Czy coś się stało? – zapytała Julia, patrząc na męża badawczo. – Nie wiem dokładnie, ale chyba jakieś ruchy na giełdzie. W tym momencie pomyślał, jak to dobrze, że oszczędności ma ulokowane w różnych inwestycjach. Przełączał dalej kanały w nadziei, że dowie się czegoś więcej: tu jakiś film, tu reportaż. O! W końcu wiadomości: znany spiker dziennika informował o ujawnionej w ministerstwie gospodar- ki korupcji. Znowu wracają do historii sprzed dwóch lat? Po co? Przecież wykryto sprawcę i minister musiał podać się do dymisji. Następna wiadomość znacznie bardziej go zirytowała: poka- zywali właśnie Wietnam. Osunięcie się ziemi spowodowało, że kilkanaście lekkich domów ześlizgnęło się do pobliskiego wąwo- zu. Nie byłoby w tym nic wielkiego, gdyby nie fakt odsłonięcia gniazd jadowitych węży, które miały akurat okres lęgowy. Roz- wścieczone gady pokąsały wiele osób. To w ogóle był bardzo rzadki przypadek takiego skupiska węży w jednym miejscu. Do zbadania sprawy wysłano specjalną komisję złożoną z geologów i biologów. Pośród innych osób oddelegowanych do tej ekspedy- cji jego oczom ukazał się doktor Peter Kras. Wraz z nim doktor Judyta Nicitel wypowiadała pierwsze opinie o rzadko spotyka- nym zjawisku. Niestety od ukąszeń i zawalenia budynków zginę- ło przeszło szesnaście osób, w tym dzieci, a los sześciu był nie- znany. – Przecież ja znam całą tę historię – zareagował Aleks. – Pe- ter po przyjeździe wielokrotnie nam ją ze szczegółami opowia- dał. Dokładnie pamiętam przebieg tamtych wydarzeń. 22 Spis treści ROZDZIAŁ I ORĘDZIE . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 7 DROGA DO MARTWEJ CISZY . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 16 OSIEM LAT WCZEŚNIEJ . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 18 DWA LATA PÓŹNIEJ . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 20 W TYM SAMYM CZASIE . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 23 LOT 867 . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 31 OSIEMNAŚCIE MIESIĘCY PÓŹNIEJ . . . . . . . . . . . . . . . . . . 37 ŁUNY NAD KOLONIĄ . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 42 WYMIANA . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 47 NOWE TECHNOLOGIE . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 54 NAUKA POLOWANIA . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 57 ZESPÓŁ . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 62 PEŁNY KONTAKT . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 72 GODZINA ZERO . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 78 ROZDZIAŁ II ETAP POZNANIA . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 86 PRZYCZÓŁEK PLACÓWKI . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 92 CZAS POWROTU . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 106 ODOSOBNIENIE . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 112 UZNANIE: DZIEŃ PIERWSZY . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 127 ŚWIT KONFLIKTU . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 137 UZNANIE: DZIEŃ DRUGI . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 148 TAJEMNICE WIARY . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 155 627 GRA W ŻYCIE . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 159 W DOMU POD PARYŻEM . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 161 W HAMBURGU . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 163 W DOMU POD PARYŻEM . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 165 W HAMBURGU . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 167 W DOMU POD PARYŻEM . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 176 W PENTAGONIE . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 179 STARY CZŁOWIEK . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 184 RAPORT G8 . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 188 SZINEAR . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 193 CHIŃSKA UPRZEJMOŚĆ . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 200 BLISKIE SPOTKANIE . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 207 ROZDZIAŁ III CZAS PRAWDY . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 212 ŚWIATEŁKO W CIEMNOŚCI . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 218 DESTRUKCJA . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 238 NOWA WIOSKA . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 247 SEN I RZECZYWISTOŚĆ . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 262 GŁĘBIA LUDZKIEJ EGZYSTENCJI . . . . . . . . . . . . . . . . . . 265 KU WOLNOŚCI . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 284 KOMISJA . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 291 W NOWYM DOMU . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 298 CUD PIEŚNI . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 311 NOWE ZADANIE . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 320 ROZDZIAŁ IV WSTĘP DO APOKALIPSY . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 329 SZTAB WOJSKA POLSKIEGO . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 331 628 WASZYNGTON . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 332 W DOMU POD WARSZAWĄ . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 336 KRAKÓW . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 342 WASZYNGTON . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 351 PRZEPOWIEDNIA . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 355 STAN ZAGROŻENIA . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 362 ILLINOIS DX 2004 . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 366 BIESZCZADY . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 374 ILLINOIS DX 2004 . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 378 DOMEK NAD SOLINĄ . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 383 KREML O WSCHODZIE . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 394 NOWY JORK . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 403 HAMBURG O ŚWICIE . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 408 ZNAK NA NIEBIE . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 420 GRANICA ROSYJSKO-CHIŃSKA . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 430 WIRUS . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 443 ROSYJSKIE STEPY . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 451 TUNGUSKI INSTYTUT . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 454 SWOBODNY WYBÓR . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 459 IRKUCK . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 467 ROZDZIAŁ V SŁOŃCE WZEJDZIE JUTRO . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 479 ZAMKNIĘCI W SOBIE . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 489 CHIŃSKI KOŃ NAD WISŁĄ . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 497 NADZIEJA . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 504 W POTRZASKU . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 517 PRZESILENIE . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 526 NOWE ŻYCIE . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 530 CZARNY PUNKT . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 533 PRETORIA DWA LATA PÓŹNIEJ . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 539 629 OFENSYWA . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 544 SYJON . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 553 TRZY DNI CIEMNOŚCI . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 558 POSZUKIWANIE PRAWDY . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 567 DELEGACJA DO STREFY MARTWEJ CISZY . . . . . . . . . 585 ŚMIERTELNY POKÓJ . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 602 POWSTANIE NADEJDZIE ZE WSCHODU . . . . . . . . . . . . 607 NA DNIE JEZIORA MICHIGEN . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 612 Redakcja techniczna Anna Szarko 91-046 Łódź, ul. Gnieźnieńska 6/8 m. 28 tel. 504 179 172 e-mail: anna.szarko@gmail.com
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Orędzie. Tajemnica przyszłości
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: