Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00349 006435 13601154 na godz. na dobę w sumie
Osaczony - ebook/pdf
Osaczony - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 321
Wydawca: Harlequin Polska Język publikacji: polski
ISBN: 9788323877219 Rok wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> romans
Porównaj ceny (książka, ebook (-8%), audiobook).

Colby Lane po latach pracy jako agent CIA i najemnik uczestniczący w ekspedycjach obalających dyktatorskie rządy wraca kontuzjowany do Ameryki. Chce rozpocząć nowe życie, zapomnieć o przeszłości, zarówno tej zawodowej, jak i prywatnej. Okazuje się, że nie jest to takie proste. Pracę w wielkiej teksaskiej firmie zaproponowano mu tylko dlatego, że za granicą zdobył doświadczenie w tropieniu wroga. Teraz jego zadaniem jest rozbicie gangu narkotykowego. Trudną sytuację Colby'ego komplikuje fakt, że w firmie tej jako urzędniczka pracuje Sarina. Ta kobieta przez jeden dzień była kiedyś jego żoną, i bardzo ją wtedy skrzywdził. W dodatku ma córeczkę, której ojciec jest nieznany. W końcu podczas akcji zmierzającej do rozbicia gangu okazuje się, że Sarina jest zupełnie inną osobą, niż mu się przez cały czas wydawało. Colby czuje się osaczony...

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Tytu³y 2007 roku : marzec M. J. Rose – Szkar³atne piêtno Shannon Drake – Z³oto pustyni Nora Roberts – Cienie nocy Anne Stuart – Czarny lód maj Erica Spindler – Naœladowca Diana Palmer – Osaczony Debbie Macomber – Sklep na Blossom Street Nora Roberts – Zagubieni w czasie czerwiec Heather Graham – Tajemnice Nowego Orleanu Diana Palmer – Zdrajca Emilie Richards – Odnalezione uczucia lipiec Alex Kava – Trucizna Nora Roberts – Kuszenie losu Nora Roberts – Wszystko jest mo¿liwe Debbie Macomber – Skrawki ¿ycia wrzesieñ Nora Roberts – Nocne fajerwerki Informacje o serii New York Times Bestselling Authors oraz sklep internetowy na stronie: www.miraksiazki.pl * * N ie p³acisz za koszty wysy³ki Tytuł oryginału: OUTSIDER Pierwsze wydanie: Harlequin Books, 2006 Opracowanie redakcyjne: Ewa Godycka Korekta: Roma Sachnowska, Ewa Godycka ã 2006 by Diana Palmer ã for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o., Warszawa 2007 Wszystkie prawa zastrzez˙one, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie. Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V. Wszystkie postacie w tej ksiąz˙ce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – z˙ywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe. Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o.o. 00-975 Warszawa, ul. Rakowiecka 4 Skład i łamanie: COMPTEXTÒ, Warszawa Druk: ABEDIK ISBN 978-83-238-1765-9 ROZDZIAŁ PIERWSZY Zwykle jesienią w Teksasie, zwłaszcza w Hous- ton, panują wyz˙sze temperatury, lecz ten paździer- nikowy poranek był wyjątkowo chłodny. Nic dziw- nego, z˙e Colby Lane odczuwał ból w lewym przed- ramieniu, a raczej w kikucie, jaki pozostał mu po lewej ręce. Rękę stracił podczas tajnej misji w Afryce. Wypiwszy za duz˙o, zapomniał o środkach ostro- z˙ności. Kula roztrzaskała kość na strzępy; rękę mu amputowano tuz˙ poniz˙ej łokcia. Od tego czasu nosił protezę, supernowoczesną, wykona- ną w tajnym laboratorium, która wyglądała jak najprawdziwsza ludzka kończyna. Dzięki zain- stalowanym w niej specjalnym chipom nawet miał czucie w palcach. Przyszło mu do głowy, z˙e jest z˙ywym robotem. Albo szczurem, na którym przeprowadza się eksperymenty. Uśmiechnął się pod nosem. Ten uśmiech jednak szybko zgasł. Tego ranka Colby był w podłym nastroju. Poprzedniego dnia 5 rozpoczął pracę jako zastępca szefa ochrony w miejscowej filii Ritter Oil Corporation. Pracę przyjął za namową swojego starego kumpla, Phillipa Huntera, którego – po przeszkoleniu – miał zastąpić, a który wraz z z˙oną zamierzał przeprowadzić się do Tucson w Arizonie. Na razie Colby starał się przywyknąć do nowego otoczenia, między innymi do kierow- ników dwóch działów, którzy uwaz˙ali, z˙e lepiej niz˙ on znają się na jego robocie. Co oczywiście nie było prawdą. Wcześniej pracował w między- narodowej firmie Hutton Corporation, tez˙ jako zastępca szefa ochrony. Kiedy właściciel ogłosił, z˙e firma przenosi się do Europy, Colby złoz˙ył wymówienie. Phillipa Huntera znał od dziecka, obaj mieli indiańską krew i obaj wychowywali się w rezerwacie. Jednakz˙e w przeciwieństwie do przyjaciela Colby nienawidził pracy od dziewiątej do piątej, garniturów, układów i układzików. W przeszło- ści trudnił się wieloma rzeczami; był z˙ołnierzem najemnikiem, a takz˙e tajnym agentem rządo- wym. Wolał lez˙eć w okopach i uganiać się z pistoletem za wrogiem, niz˙ krąz˙yć po wyłoz˙o- nych dywanem korytarzach. Ale po amputacji ręki musiał zrezygnować z zajęć, które dotąd wykonywał. Ta zmiana przepełniła go goryczą. W ogóle był zgorzkniały. W dodatku prześladował go pech. Kiedyś ktoś mu powiedział, z˙e kolejne rany, jakie odnosi, wynikają z jego podświado- 6 mego pragnienia śmierci. Nie zareagował na te słowa, ale w głębi duszy przyznał mówiącemu rację. Miał juz˙ dosyć krwawiących ran, złama- nych obietnic, niespełnionych marzeń, złudzeń, które pryskają jak bańka mydlana. Miał juz˙ dosyć z˙ycia. Tu w Houston, po dwóch nieudanych małz˙eń- stwach i latach pijaństwa, usiłował zacząć wszy- stko od początku. Walkę z alkoholem wygrał kilka lat temu. Był trzeźwy, ale niestety okale- czony fizycznie. Brak ręki uniemoz˙liwiał mu udział w niebezpiecznych misjach, a ból stale przypominał o tym, z czego musiał zrezygnować. Nie wracaj do przeszłości, powtarzał sobie w duchu. Skup się na nowych zadaniach. Do- tychczasowe doświadczenie zawodowe stanowi- ło jego atut. Był mistrzem wschodnich sztuk walki, świetnie posługiwał się bronią palną, pra- cował w komórkach antyterrorystycznych, znał skuteczne metody prowadzenia przesłuchań. Je- go niezaprzeczalne umiejętności oraz doskonałe referencje wywarły wraz˙enie na samym Hun- terze, nie mówiąc juz˙ o szefie Ritter Oil Cor- poration. Teraz musiał nauczyć się dyplomacji, tego, by osiągać cel prośbą, a nie siłą lub perswa- zją. Wiedział, z˙e nie będzie to łatwe. Wszedł do duz˙ego nowoczesnego budynku mieszczącego się na terenie kompleksu przemys- łowego tuz˙ pod Houston. Mijając straz˙nika, auto- matycznie wskazał na plakietkę ze swoim na- zwiskiem przypiętą do klapy marynarki. Jakie to 7 idiotyczne, pomyślał, z˙e on, szef ochrony, musi się legitymować, wchodząc do budynku, który ma ochraniać. Straz˙nik najwyraźniej podzielał jego myśli, bo uśmiechnął się kwaśno. Colby odwzajemnił uśmiech. Był przystojnym męz˙czyzną o lekko falują- cych czarnych włosach, głęboko osadzonych czarnych oczach i śniadej cerze. Wysoki, dobrze zbudowany, ubrany w ciemny garnitur, emano- wał siłą. O swoich przodkach Apaczach nie rozpowiadał na prawo i lewo. Zresztą płynęła w nim równiez˙ krew białych, moz˙e dlatego jego indiańskie pochodzenie nie od razu rzucało się w oczy. Proteza, którą rano włoz˙ył, nawet z blis- ka wyglądała jak prawdziwa ręka. Miała specjal- ne czujniki, które pozwalały mu czuć ciepło i zimno. Właściwie mógł nią robić wszystko, oprócz podnoszenia. Wędrował długim korytarzem, na końcu któ- rego znajdowały się gabinety szefów, kiedy na- gle zauwaz˙ył bawiące się dzieci. Dwie kruczo- włose, ciemnookie dziewczynki. Przypomniało mu się, z˙e raz w tygodniu pracownikom Ritter Oil wolno przyprowadzać z sobą swe pociechy. Wspaniale! Tylko tego mu brakuje w drugim dniu pracy: rozwrzeszczanych bachorów. Nie o to chodzi, z˙e nie lubił dzieci. Lubił. Po prostu był zły, z˙e nie miał własnych. Jego była z˙ona, Maureen, wytknęła mu bez- płodność, kiedy się rozstawali. Bardzo dobrze, stwierdziła, z˙e jest bezpłodny; za nic w świecie 8 nie chciałaby urodzić małych mieszańców. Po- ślubiając go, nie zdawała sobie sprawy, z˙e płynie w nim indiańska krew. Gdyby wiedziała, nie stanęłaby z nim na ślubnym kobiercu. W owym czasie kochał ją do szaleństwa. Kiedy po niecałych dwóch latach odeszła, myś- lał, z˙e zwariuje z rozpaczy. A gdy półtora roku później się z nim rozwiodła, upił się do nie- przytomności. Nie trzeźwiał miesiącami. Długo trwało, zanim wziął się w garść. Ale dzięki pomocy psychologa i przyjaciół w końcu mu się udało pokonać demony. Tylko czasem na widok dzieci czuł znajomy ból. Jedna z dziewczynek oddaliła się ze śmie- chem. Druga, mniej więcej sześcioletnia, przy- stanęła ze dwa metry przed Colbym i wbiła w niego wzrok. Była śliczna: miała duz˙e piwne oczy o mądrym spojrzeniu i długie ciemne włosy sięgające do pasa. W jej z˙yłach płynęła latynoska krew. A moz˙e indiańska? Córka Phillipa Huntera towarzyszy dziś ojcu w pracy. Moz˙e to ona? Po chwili dziewczynka podeszła do Colby’ego i pociągnęła go za rękaw, z którego wystawała proteza. – Szkoda, z˙e straciłeś rękę – rzekła. – Gdybyś nie pił, miałbyś lepszy refleks i zdąz˙yłbyś się uchylić. Na szczęście ta sztuczna prawie nie róz˙ni się od prawdziwej. – Pogładziła ją. Colby wzdrygnął się. – Wciąz˙ cię boli? Ogarnęła go złość. Po jakie licho Hunter 9 opowiadał o nim córce? I jakim prawem smar- kula go krytykuje? Z˙e był zbyt powolny, z˙e gdyby miał lepszy refleks... Jak ona śmie? Był przewraz˙liwiony na punkcie swego kalectwa, nie lubił o nim mówić. Nawet najbliz˙si przyjaciele starali się omijać temat amputacji. A tu jakiś głupi bachor... – Co cię to obchodzi? – warknął. Nieprzyjaz- ny ton w połączeniu z grymasem niezadowolenia kaz˙dego mógł wystraszyć. – To moje z˙ycie i moja ręka, a tobie nic do tego! – Prze... przepraszam – wydukała dziewczynka. – Kto ci o mnie opowiadał? No, słucham! Pokręciła głową i zacisnęła zęby, z˙eby się nie rozpłakać. Colby zaklął pod nosem. – Wracaj do swojej matki albo ojca. I nie pałętaj się po korytarzach! To jest miejsce pracy, a nie przedszkole. Mała, solidnie wystraszona, cofnęła się kilka kroków, po czym odwróciła się i załkawszy głośno, pobiegła pędem przed siebie. Colby zasznurował usta. Psiakrew, nie zamie- rzał atakować dziecka. Po prostu smarkula go zaskoczyła. Nie powinna czynić tak osobistych uwag. On zaś nie powinien podnosić głosu. Owszem, nie lubił, gdy ktoś komentował jego kalectwo. Ale to nie powód, z˙eby się wściekać na sześciolatkę. Ruszył za nią, kiedy raptem z bocz- nego korytarza wyłonił się Hunter. – Co się ugryzło? – spytał na widok zachmu- rzonej miny przyjaciela. 10 Był podobnego wzrostu i podobnej budowy co Colby, ale parę lat od niego starszy. Miał juz˙ pierwsze siwe włosy. Colby zmarszczył czoło. – Jest tu dziś twoja córka? – Tak. Bo co? Colby’ego ogarnęły jeszcze większe wyrzuty sumienia. – Sprawiłem jej przykrość. Powiedziała coś o mojej protezie, a ja się wściekłem. – Zmierzył wzrokiem Huntera. – Po coś jej mówił, w jaki sposób straciłem rękę? Hunter zmruz˙ył oczy. – Nigdy z Nikki nie rozmawiałem na ten temat – odparł zdziwiony. – Hm, w takim razie moz˙e to nie była Nikki. Z wyglądu przypominała Latynoskę. Długie ciemne włosy, ciemne oczy... Dlatego pomyśla- łem, z˙e... – To mogła być córka Marie Gomes. Miała na sobie haftowaną sukienkę? – Nie. Hunter zawahał się. – Nie chciałem doprowadzić jej do łez – rzekł Colby, unikając spojrzenia przyjaciela. – Po prostu zdenerwowałem się. No bo jakim cudem obce dziecko zna szczegóły z mojego z˙ycia? – Na moment zamilkł. – A tak w ogóle to nie zatrudniłem się w charakterze babysitterki. – Dzieciaki są tu tylko dzisiaj – odparł uspo- kajająco Hunter. – Jutro nie będzie z˙adnego. 11 Colby zerknął przez ramię. – Pójdę odnaleźć tę małą. Muszę ją prze- prosić. Nagle Hunter znieruchomiał. Przypomniało mu się coś, co kiedyś o Colbym powiedziała Sarina Carrington. Przyjaźnili się, Hunterowie z Sariną i jej córeczką, jeszcze w Tucson. Sarina niedawno przeniosła się do Houston. Pomagała Hunterowi w pewnej sprawie, o której Colby nie mógł się dowiedzieć. Hunter potarł brodę. Bied- ny Colby! Czeka go niespodzianka. Kto wie, czy przypadkiem dziecko, na które nakrzyczał... Nie, lepiej o tym nie myśleć. Colby zauwaz˙ył otwarte drzwi – ze środka dobiegał płacz. Cholera, musi ją przeprosić. Pro- blem w tym, z˙e nie wiedział jak: nie znał się na dzieciach, a w dodatku nienawidził kobiet. Mat- ka dziewczynki pewnie nie posiada się z oburze- nia. Zawahał się. Był w pracy dopiero drugi dzień, a juz˙ narobił sobie wrogów. Staremu Ritterowi to się nie spodoba. Tak, powinien jak najszybciej załagodzić konflikt. Podejrzewał je- dnak, z˙e to nie będzie proste. Tym bardziej z˙e chciał uzyskać od dziewczynki odpowiedzi na parę pytań. Wszedłszy do gabinetu, ujrzał szczupłą blon- dynkę uczesaną w kok, która tuliła do piersi szlochające dziecko. Kołysząc córkę w ramio- nach, cichym głosem szeptała jej coś do ucha. Głos kobiety wydał się Colby’emu dziwnie zna- jomy. 12 Wyczuwając obecność męz˙czyzny, dziew- czynka uwolniła się z objęć matki i popatrzyła na niego zaczerwienionymi od płaczu oczami. – Matador de hombres! – krzyknęła gniew- nie. – Hijo del Diablo! – Lengua como una serpiente! – odparował. Stał oszołomiony, nie mogąc uwierzyć, z˙e obce dziecko nazywa go mordercą, kiedy nagle blondynka podniosła się z kolan i odwróciła twarzą w stronę drzwi. Miał wraz˙enie, jakby dostał obuchem w głowę. To była Sarina Car- rington, kobieta, którą skrzywdził i odtrącił. Je- go pierwsza z˙ona, o której nikt nie wiedział. Otworzył szeroko oczy. Ona równiez˙. Wpatrywała się w niego bez słowa, zszokowa- na i zdumiona. Po chwili, schyliwszy się, wzięła na ręce dziecko i ponownie skierowała wzrok na męz˙czyznę w drzwiach. Colby Lane! Przez mo- ment była pewna, z˙e zemdleje. Serce waliło jej jak oszalałe. Czas cofnął się; znów była nastolat- ką po uszy zakochaną w najprzystojniejszym facecie, jakiego w z˙yciu widziała. Na sam jego widok zasychało jej w gardle i nie była w stanie sklecić jednego sensownego zdania. Po ich pier- wszym pocałunku Colby roześmiał się, widząc wyraz zachwytu na jej twarzy. Kochała go bez granic. Od siedmiu lat nie mieli z sobą z˙adnego kontaktu. Nic o nim nie wiedziała, ani co robi, ani gdzie się podziewa... Spokojnie, powiedziała do siebie w myślach; pamiętaj, z˙e masz dziś dwadzieścia cztery lata 13 i liczne obowiązki. W ciągu tych siedmiu lat rozłąki wydoroślała. Z wraz˙liwej, beznadziejnie zakochanej nastolatki, która niechcący zrujno- wała Colby’emu – oraz sobie – z˙ycie, przeis- toczyła się w odpowiedzialną młodą kobietę. Wtedy, przed siedmioma laty, na skutek niefor- tunnego zbiegu okoliczności Colby został zmu- szony, by ją poślubić. W trakcie trwającego jedną dobę małz˙eństwa okrutnie się na niej zemścił. Moz˙e miał powód, moz˙e na to zasłuz˙yła. Ale nie pozwoli, by wyz˙ywał się na Bogu ducha winnym dziecku! Zmruz˙ywszy oczy, zmierzyła go spoj- rzeniem pełnym nienawiści. – Co tu robisz? – spytała chłodno. – I co powiedziałeś Bernardette? Chociaz˙ kotłowały się w nim dziesiątki emo- cji, z jego kamiennej twarzy nie sposób było nic wyczytać. – Powinnaś ją nauczyć, z˙e nie wolno zacze- piać obcych ludzi i ich obraz˙ać. Zmarszczywszy czoło, kobieta popatrzyła w oczy córeczki. – Bernie, obraziłaś pana? Zaciskając mocniej rączki wokół szyi matki, dziewczynka łypnęła na obcego. – Nie, mamusiu. – Powiedziała mi coś bardzo osobistego. Mo- je prywatne z˙ycie nie powinno jej w najmniej- szym stopniu interesować – stwierdził Colby ostrym głosem. – I zapewniam cię, z˙e nie interesuje. Ani jej, 14 ani mnie – oznajmiła kobieta. – Z˙ycie twoje i twojej z˙ony jest wyłącznie waszą sprawą. Nie wiedziała, z˙e juz˙ dawno temu rozwiódł się z Maureen. A jemu duma nie pozwoliła wyprowadzić jej z błędu. Spoglądając na blon- dynkę z dzieckiem w ramionach, cofnął się pamięcią do ich nocy poślubnej. Biedna Sarina przez˙yła istny koszmar. Psiakrew, chociaz˙ winił ją za wszystko, co się stało, nie chciał sprawić jej bólu. Po prostu tak wyszło. No ale teraz Sarina ma dziecko. Pewnie jest szczęśliwą mat- ką i z˙oną. – Twój mąz˙ tez˙ tu pracuje? – Nie chciał o to pytać, ale nie umiał się powstrzymać. – Nie jestem męz˙atką – odparła po chwili, stawiając córkę na ziemi. – Kochanie, poszukaj Nikki i idźcie do bufetu, dobrze? – Kiedy zwra- cała się do dziecka, z jej oczu i głosu biła miłość. – No, kwiatuszku... – Uśmiechnęła się ciepło. – Lepiej się czujesz? – Tak, mamusiu. Dziewczynka odwzajemniła uścisk matki, po czym mierząc Colby’ego wrogim spojrzeniem, bez słowa opuściła gabinet. Oddech miała dziw- ny, jakby świszczący. Pewnie na skutek płaczu, pomyślał. Ogarnęły go jeszcze większe wyrzuty sumienia. – Przepraszam – powiedział, kierując wzrok na kobietę, która była niczym zjawa z przeszło- ści. – Nie chciałem doprowadzić jej do łez. Sarina obeszła biurko i usiadła w fotelu. Przez 15 kilka sekund przyglądała się Colby’emu, jakby był muzealnym eksponatem. – Co tu robisz? – powtórzyła rzeczowym tonem. – Jeśli się nie mylę, nasze małz˙eństwo zostało uniewaz˙nione siedem lat temu. Wpraw- dzie nie otrzymałam z˙adnych dokumentów, ale... – Wzruszyła ramionami. Dopiero w tym momencie uzmysłowił sobie, z˙e on tez˙ nic nie dostał. Nigdy mu specjalnie nie zalez˙ało, by mieć potwierdzenie na piśmie, lecz... Nagle przyszło mu do głowy, z˙e nie ma równiez˙ papierów rozwodowych z drugiego mał- z˙eństwa. Pewnie Maureen je zabrała. Wrócił myślami do teraźniejszości. Do pyta- nia, jakie mu zadała Sarina. – Hunter chce się przenieść z powrotem do Tucson. Mam zająć jego miejsce. Zaskoczyła ją ta informacja. Z˙ona Huntera, Jennifer, która była jej najbliz˙szą przyjaciółką, zawsze twierdziła, z˙e uwielbia Houston. W oczach Sariny odmalowało się zdziwienie. Nie poraz˙ała urodą, ale miała piękne oczy, zmysłowe usta, gładką brzoskwiniową cerę oraz lśniące włosy. Była szczupła, o drobnych piersiach i wąskiej talii, która przechodziła w ponętnie zaokrąglone biodra i długie zgrabne nogi. Rozebraną widział ją tylko raz, ale to wystarczyło, aby ten obraz na zawsze wrył mu się w pamięć. Często stawała mu przed oczami: roześmiana podczas spaceru w parku; tuląca się do jego piersi; wyjąca z bólu, gdy stracił nad sobą kontrolę; drz˙ąca i zapłakana... 16 Popatrzył na dorosłą kobietę siedzącą za biur- kiem. Nawet nie domyślała się, jak straszne miał wyrzuty sumienia po tym, co jej zrobił. Mimo upływu lat nadal go nękały. – Od dawna pracujesz u Rittera? – spytał. – Siedem lat – odparła, unikając jego wzroku. – Ale w Houston przebywam czasowo; kiedy uporam się z pewnym zadaniem, jakie mi zle- cono, wrócę do Tucson. Tam mieszkamy, ja i Bernardette. Bernardette. Na dźwięk tego imienia znów zalały go obrazy z przeszłości. Spędził z Sariną kilka cudownych beztroskich miesięcy. W owym czasie strzegł jej ojca milionera, który w swoich tajnych kopalniach wydobywał cenny surowiec o znaczeniu strategicznym. Lokalizację kopalni chciała poznać grupa ludzi, którzy nie cofnęliby się przed porwaniem ani zabójstwem. Col- by’ego, który był członkiem wywiadu wojsko- wego, przydzielono do ochrony starego Carring- tona. Tak poznał Sarinę. Zaprzyjaźnili się. Ponie- waz˙ studiowała, uznał, z˙e ma dwadzieścia dwa, trzy lata. Nadal nie wiedział, z˙e maturę zdała rok wcze- śniej niz˙ jej rówieśnicy, a w college’u zaliczyła dwa lata w ciągu jednego roku. Nie wiedział, z˙e w dniu ich małz˙eństwa miała zaledwie sie- demnaście lat. Zostali przyłapani w dość kom- promitującej sytuacji przez ojca Sariny, jego dwóch kolegów z pracy oraz ich z˙ony. Stary Carrington, chcąc zachować twarz, zmusił Col- 17 by’ego do oz˙enku, uciekając się do szantaz˙u. Colby kochał swoją pracę i nie chciał jej stracić, totez˙ znalazł się w sytuacji bez wyjścia. Co miał zrobić? Zgodził się na małz˙eństwo. Carrington z góry załoz˙ył, z˙e Colby posiadł jego córkę. Mylił się. Sarina wciąz˙ była dziewicą. W noc poślubną Colby zemścił się. Do dziś gorzko tego z˙ałował. O świcie opuścił sypialnię. Czuł do siebie tak wielką pogardę i odrazę, z˙e nawet nie był w stanie spojrzeć na z˙onę, która lez˙ała na łóz˙ku wstrząsana szlochem. Oczywiś- cie nazajutrz Carrington wystąpił o uniewaz˙- nienie małz˙eństwa. Wystarczyły mu dwie infor- macje, które uzyskał od prywatnego detektywa: po pierwsze, z˙e w z˙yłach Colby’ego płynie indiańska krew, a po drugie, z˙e mimo drogich ubrań i zamiłowania do luksusu Colby zdecydo- wanie nie nalez˙y do ludzi majętnych. Ciekaw był, jak Sarina zareagowała na z˙ąda- nie ojca; podejrzewał, z˙e bez większych oporów zgodziła się skłamać, z˙e małz˙eństwo nie zostało skonsumowane. Na początku, kiedy łączyła ich tylko przyjaźń, kilka razy rozmawiali niezobowiązująco o dzie- ciach. Sarina nie wyobraz˙ała sobie bez nich z˙ycia. Zwłaszcza marzyła o córce, której zamie- rzała dać na imię Bernardette. Kiedyś oglądała stary film i właśnie tak miała na imię jego bohaterka. – Słyszałam, z˙e Hunter szuka kogoś do pomo- cy... – Na moment Sarina umilkła. – Podobno 18 wczoraj zatrzymano jakichś handlarzy narkoty- ków – dodała, nie patrząc mu w oczy. – Zdaje się, z˙e Hunter brał udział w akcji. – Ja tez˙. Starała się ukryć zaskoczenie. – Czy... czy wśród aresztowanych był ktoś z Ritter Oil? – Przykro mi, ale cywilom nie udzielam infor- macji na temat biez˙ących spraw – odparł Colby. Wbiła w niego wzrok. – Nic się nie zmieniłeś, wiesz? Jesteś równie zimny i skryty jak dawniej. – Ty natomiast bardzo się zmieniłaś. Z tru- dem cię rozpoznałem. – Dorosłam – stwierdziła. – Dzieci dorośleją. – Dzieci? Nie byłaś dzieckiem, kiedy łaziłaś za mną jak złakniony uczuć szczeniak – rzekł, świadomie ją raniąc. Zawahała się. Nie chciała się jednak przyzna- wać, ile wtedy miała lat. – Patrzyłam w ciebie jak w obrazek. Ale juz˙ tego nie robię – dodała z nutą sarkazmu. – Skute- cznie mnie oduczyłeś. – Cóz˙... – Tym razem to on unikał patrzenia jej w oczy. – Z˙ycie toczy się dalej. – To prawda. – Z szuflady biurka wyjęła dyskietkę i wsadziła ją do komputera. – Prze- praszam, mam pilną robotę. – Słuchaj... Jeśli chodzi o twoją małą... Podniosła znad biurka spojrzenie. – Bernardette nie jest przyzwyczajona do 19 tego, z˙eby obcy ludzie na nią krzyczeli. Mimo z˙e czasem bywa naraz˙ona na rasistowskie uwagi. – Z powodu latynoskiego pochodzenia? – spytał Colby, przypominając sobie, z˙e dziew- czynka mówi płynnie po hiszpańsku. – Ja tez˙ jestem mieszańcem. – Wiem. Pamiętam, z˙e starałeś się ukryć swo- je indiańskie korzenie. Ale to jedyna rzecz, jaką o tobie pamiętam. – Uśmiechnęła się cierpko. – A teraz wybacz, jestem zajęta. – Całą uwagę skupiła na ekranie komputera. Colby obrócił się na pięcie i wyszedł na korytarz. Z trudem hamował wściekłość. Sarina wypuściła z płuc powietrze. Miała wra- z˙enie, z˙e wstrzymuje oddech od momentu, gdy Colby wszedł do pokoju. Czuła się zmęczona, totalnie wyzuta z sił. Przed laty kochała Col- by’ego Lane’a do szaleństwa, ale miłość do niego zniszczyła jej z˙ycie. Teraz wystarczyło jedno spojrzenie, by wspomnienia oz˙yły, i dobre, i złe. Zastanawiała się, co Bernardette mogła po- wiedzieć, aby wywołać tak gniewną reakcję. Dziewczynka miewała dziwne przebłyski świa- domości, zupełnie jakby obdarzona była darem jasnowidzenia. Potrafiła odgadywać przyszłość, czym budziła strach wśród innych dzieci. Budzi- ła równiez˙ niepokój matki. Świętej pamięci dzia- dek Bernardette posiadał identyczne umiejętno- ści, podobnie jak jej mieszkający w Oklahomie wuj z plemienia Komanczów. Sarina modliła się, 20 aby ten dar nie przysporzył córce więcej kłopo- tów niz˙ poz˙ytku. No dobrze, dar darem, a praca pracą. Miała nadzieję, z˙e niespodziewane pojawienie się Col- by’ego nie przeszkodzi jej w wykonywaniu obo- wiązków. Colby niewiele o niej wiedział, nie orientował się, czym się zajmuje w Ritter Oil Corporation, a ona nie zamierzała go w nic wtajemniczać. Oby tylko Bernardette nie zdradziła się ze swoją znajomością języka Apaczów. Colby najwyraź- niej znał hiszpański, bo odpowiedział małej w tym języku. Hm, musi pogadać z Phillipem. Wiedziała, z˙e on i Jennifer tęsknią za Tucson, ale nie wspominali, z˙e chcą się tam z powrotem przenieść. Przeciez˙ Jenny, która po raz drugi była w ciąz˙y, zajmuje się miejscowy lekarz. Obie rodziny łączyły bliskie stosunki. Córecz- ka Hunterów, Nikki, była najlepszą przyjaciółką Bernardette. Sarina westchnęła; powinna uprze- dzić Hunterów, aby nie rozmawiali o niej z Col- bym, a zwłaszcza by nie wspominali mu o wi- zjach jej córki. Nie moz˙e pozwolić, by Colby dowiedział się, kto jest ojcem małej Bernie. Psiakość! Dlaczego los znów ich zetknął? Przypomniała sobie, jak nerwowo dziewczyn- ka zareagowała na obecność Colby’ego. Z˙eby zająć jej myśli czymś innym, kazała Bernie poszukać Nikki. Miała nadzieję, z˙e obejdzie się bez komplikacji, ale czasem objawy choroby występowały dopiero po paru godzinach... 21 Z wysiłkiem skierowała wzrok na ekran kom- putera. Lepiej nie martwić się na zapas. Moz˙e wszystko rozejdzie się po kościach. Oby! Szlag by trafił Colby’ego! Czy musiał wyładować gniew na niewinnym dziecku? Jego czarne oczy płonęły z wściekłości, kiedy parę minut później wparował do gabinetu Hun- tera i głośno zamknął za sobą drzwi. Hunter uniósł głowę. – Wciąz˙ chodzisz nabuzowany? Colby zignorował pytanie. – Słuchaj, ta dziewczynka... ta, która wiedzia- ła o mojej protezie, to córka Sariny Carrington! Hunter zmarszczył czoło. – I co z tego? – Sarina... – Colby zawahał się. – Sarina to moja była z˙ona. Hunter upuścił na biurko długopis, który trzy- mał w palcach. On i Jenny przyjaźnili się z Sariną od siedmiu lat i wiedzieli, z˙e Sarina zna Col- by’ego. Nigdy jednak nie wspominała im o z˙ad- nym ślubie. Colby nie zwrócił uwagi na reakcję przyjacie- la. Z rękami wetkniętymi do kieszeni podszedł do okna. – To było dawno temu – dodał, wyglądając na dwór. – Małz˙eństwo trwało dobę, po czym ona wystąpiła o rozwód. – Mądra dziewczyna. Przez chwilę Colby milczał. Wspomnienia 22 o tamtym krótkim epizodzie z jego z˙ycia wciąz˙ były bolesne. – Studiowała, kiedy się pobraliśmy. Myśla- łem, z˙e zostanie nauczycielką, moz˙e psycho- logiem, a ona... Pracuje na jakimś urzędniczym stanowisku, tak? Odwróciwszy się od okna, popatrzył na Hun- tera. Ten opuścił szybko wzrok. – Tak, w dziale akt – odparł, usiłując za- chować kamienny wyraz twarzy. – Z tego, co się orientuję, przerwała studia. Szukała jakiejś lz˙ej- szej pracy, z˙eby móc więcej czasu poświęcać córce. Brzmiało to przekonująco, totez˙ Colby nie miał powodu mu nie wierzyć. Spotkanie z Sariną wytrąciło go jednak z równowagi. Nie spodzie- wał się, z˙e jeszcze kiedykolwiek ją zobaczy, nie mówiąc o tym, z˙e będą pracować w tej samej firmie. Dalsze spotkania były nieuniknione. Cho- lera jasna! Nie chciał, by jej widok stale przypo- minał mu o tym, jak brutalnie się z nią obszedł. – Dlaczego nie pracuje w Tucson? – spytał. – Macie tam przeciez˙ filię. – Owszem. I właśnie w Tucson się poznali- śmy – wyjaśnił Hunter. – A do Houston przy- słano ją w zastępstwie kogoś, kto musiał wyje- chać. Pewnie niedługo wróci z małą do Arizony. – To dobrze – zauwaz˙ył Colby z ulgą. – Słuchaj, jestem umówiony z Eugene’em Ritterem. Masz ochotę się ze mną wybrać? – A muszę? 23 Wolałbym nie, odparł w myślach Hunter. Miał przed Colbym kilka tajemnic, do których nie mógł go dopuścić. – Niekoniecznie – odparł. – Zdam ci relację. A ty zajmij się czymś poz˙ytecznym, na przykład przejdź się po działach i przedstaw szefom. Colby skrzywił się. – No dobra. Postaram się wszystkich oczaro- wać. – O, takiego cię lubię! – Hunter zgarnął z biur- ka notatki. – Pogodziłeś się z Bernardette? – Najchętniej odarłaby mnie z˙ywcem ze skóry. Hunter uśmiechnął się pod nosem; chciał za- z˙artować, z˙e on, Colby, tez˙ najpierw odarłby wielu wrogów ze skóry, a dopiero potem się z nimi pogodził. Ugryzł się jednak w język. – To miłe dziecko, przyjaźnie nastawione do całego świata. – Moz˙e do świata, ale nie do mnie. Mnie nie znosi. Zresztą ja tez˙ nie przepadam za bachora- mi, które komentują cudzy wygląd. – Zmarszczył czoło. – Skąd wiedziała, z˙e mam amputowaną rękę? – spytał gniewnie. – Nie od Sariny, bo od siedmiu lat nie miałem z nią kontaktu. A jeśli ty i Jenny nic nie mówiliście Nikki... – Nie mówiliśmy. Słowo. Po prostu Bernar- dette wie o róz˙nych sprawach. Moz˙e ma wśród przodków jakiegoś szamana albo jasnowidza? Colby zmarszczył czoło. – Szamana? Myślałem, z˙e w jej z˙yłach płynie latynoska krew. 24 – Moz˙e, nie wiem. Nie rozmawiałem z Sariną na ten temat – oznajmił Hunter. Nie zamierzał puścić pary z ust. Sarina by go zabiła. Nie z˙eby znał jakiekolwiek szczegóły; po prostu się ich domyślał. – Nie orientujesz się, kto jest ojcem małej? Hunter skierował się ku drzwiom. – Nie mam zielonego pojęcia. Nie skłamał. Faktycznie nie wiedział. I nigdy się nad tym nie zastanawiał – az˙ do dziś. Musiał jednak trzymać język za zębami. Nie mógł zdra- dzić Colby’emu, z˙e ojciec Bernardette pochodzi z plemienia Apaczów. Populacja Apaczów była stosunkowo nieduz˙a. Kilku kuzynów Colby’ego nadal mieszkało na terenie rezerwatu w Arizonie. Gdyby Colby zaczął zadawać pytania... – Wrócę mniej więcej za godzinę. Teraz ty tu dowodzisz. Colby przyłoz˙ył rękę do zawieszonego u paska telefonu komórkowego. – Gdyby coś się działo, zadzwonię. Hunter uśmiechnął się krzywo. Tak jak obiecał przyjacielowi, Colby ruszył w obchód po Ritter Oil Corporation. Pukał do gabinetów, przedstawiał się szefom działów. Je- den – zastępca kierownika kadr, bubek o nazwis- ku Brody Vance, który zachowywał się tak, jakby pozjadał wszystkie rozumy, z miejsca wywarł na nim złe wraz˙enie. Jego asystentkę, miłą dziewczynę, której facet, Alexander Cobb, pracował w DEA, rządowej agencji do walki 25 z narkotykami, Colby poznał wczoraj podczas akcji w magazynie. Zawdzięczał jej z˙ycie. Zresz- tą nie tylko on; równiez˙ Hunter i Cobb. Dziew- czyna ostrzeliwana przez bandziorów przejecha- ła samochodem na drugi koniec wielkiej hali, z˙eby wybawić z opresji ukochanego. Co za babka! Skręciwszy w boczny korytarz, Colby ponow- nie natknął się na Sarinę. Obok niej stał wsparty niedbale o ścianę, z rękami skrzyz˙owanymi na piersi, męz˙czyzna na oko czterdziestoletni, po- chodzenia latynoskiego. Byli tak pochłonięci rozmową, z˙e nie zauwaz˙yli go, on zaś był tak pochłonięty obserwowaniem ich, z˙e nie zauwa- z˙ył dziewczynki, która podbiegła do nich, woła- jąc wesoło: – Rodrigo! Przyjdziesz na moje urodziny? – Oczywiście, myszko. – Schyliwszy się, po- chwycił Bernie w ramiona i obrócił się kilka razy wkoło. – Za nic w świecie nie przegapiłbym tortu i lodów! – Lodów, tortu i mnie! – Pocałowała go w po- liczek i objęła mocno za szyję. – Kochany Rodrigo! Co byśmy z mamusią bez ciebie zrobi- ły? – Nie martw się. – Przytulił dziewczynkę. – Nie mam zamiaru was zostawiać. Sarina spojrzała na zegarek. – No, pora na nas. Po drodze muszę jeszcze wpaść do sklepu. Przyjdziesz na kolację? Męz˙czyzna potrząsnął głową. 26 – Dzięki, ale nie. Mam spotkanie. – No tak, zapomniałam. – Innym razem. Uśmiechnęła się tak promiennie, z˙e Colby poczuł skurcz w z˙ołądku. – Wiesz, z˙e jesteś zawsze mile widziany. Rodrigo cmoknął ją lekko w czoło. – Dbaj o moją księz˙niczkę – powiedział, mru- gając porozumiewawczo do dziewczynki. – Dbam, dbam – odparła ze śmiechem Sarina, machając mu na poz˙egnanie. Kiedy matka z córką obróciły się, ich oczom ukazał się Colby, który stał na środku korytarza. – Zobacz, mamusiu. To znów ten okropny pan. – Kochanie, nie wolno tak nieładnie mówić o ludziach – skarciła córkę Sarina, a w duchu dodała: nawet jez˙eli ci ludzie w pełni na to zasługują. – Przepraszam, mamusiu – rzekła cicho Ber- nardette, obrzucając Colby’ego niechętnym spoj- rzeniem. Wziąwszy córkę za rękę, kobieta ruszyła przed siebie. Przy Colbym przystanęła. Nie usunął się na bok, z˙eby ją przepuścić. – Co to za jeden? – spytał, wskazując kieru- nek, w jakim udał się Rodrigo. – Przyjaciel – odparła automatycznie, zanim pomyślała, z˙e to nie jego interes. – Rodrigo Ramirez. Pracuje w Ritter Oil. A teraz chciała- bym przejść. 27 – To on jest ojcem małej? Uniosła brwi. – Rodrigo? Znam go zaledwie trzy lata, a Ber- nie ma ponad sześć. Colby popatrzył na dziewczynkę przez zmru- z˙one oczy. – Mam nadzieję, z˙e nie chcesz mnie w nią wrobić – rzekł ni stąd, ni zowąd. Nie wiedział, skąd tak idiotyczny pomysł przyszedł mu do głowy. – Wolałbym zdechnąć, niz˙ mieć cokolwiek wspólnego z tak źle wychowanym dzieckiem. Sarina nie była mściwą kobietą o wybucho- wym temperamencie, ale jego stwierdzenie po- działało na nią niczym płachta na byka. Tak wiele przez˙yła, tyle się nacierpiała od pierw- szych tygodni ciąz˙y az˙ do rozwiązania! A potem jeszcze te wszystkie problemy zdrowotne. Wpa- dła w furię. Niewiele się zastanawiając, z całej siły kopnęła Colby’ego w goleń. Zaklął głośno, po czym pochylił się i zaczął trzeć obolałe miejsce. – Brawo, mamusiu! – zawołała radośnie Ber- nardette. – W dodatku kopnęłaś go w tę samą nogę, w którą dostał niedawno kijem basebal- lowym. Colby wytrzeszczył oczy. Miesiąc temu, kiedy jeszcze pracował u Pierce’a Huttona, rzucił się w pogoń za łobuzem uzbrojonym w kij basebal- lowy. Bandzior bronił się; w pewnym momencie zdzielił go kijem tuz˙ poniz˙ej kolana. Skąd, u li- cha, Bernardette o tym wie? 28 – Chodź, kochanie. – Sarina pociągnęła córkę za rękę i szybkim krokiem oddaliła się w stronę mieszczącej się na parterze kawiarenki przezna- czonej dla pracowników. Colby ruszył za nimi, kuśtykając. – Ta mała jest czarownicą! – zawołał w języ- ku Apaczów. Sarina nie zareagowała, zdawała się go nie słyszeć, dziewczynka natomiast obróciła się przez ramię i zmierzyła go zimnym wzrokiem. Gdyby tak bardzo nie bolała go noga, moz˙e zauwaz˙yłby, z˙e Bernardette go zrozumiała. W kawiarence Alexander Cobb kupował cap- puccino dla siebie i młodej kobiety, która po- przedniego dnia w magazynie wybawiła ich z opresji. Widząc, jak Alex przygląda mu się z rozbawieniem, Colby skrzywił się. Cholera, wolałby, by pierwszy tydzień w nowej pracy miał nieco spokojniejszy przebieg. ROZDZIAŁ DRUGI Słowa Colby’ego, aby przypadkiem nie pró- bowała przypisać mu ojcostwa, nie dawały Sari- nie spokoju. Oczywiście mówił ironicznie; nic się za tym nie kryło. Nie miał przeciez˙ powodu niczego podejrzewać. Po prostu chciał jej spra- wić przykrość. Nie zająknął się na temat jej rozpaczliwego telefonu sprzed sześciu i pół lat ani swojej reakcji. A zareagował brzydko – na- wet nie podniósł słuchawki. Kazał Maureen po- wiedzieć, z˙e jest bezpłodny, więc dziecko nie moz˙e być jego. Dobre sobie! Nie było jej wtedy do śmiechu. Zadzwoniła do niego w dziewiątym miesiącu ciąz˙y, kiedy znala- zła się w beznadziejnej sytuacji. Była sama, bez grosza przy duszy. Nie miała pracy, zresztą nikt by jej nie przyjął z takim brzuchem, miała za to sporo długów. Ciąz˙a była zagroz˙ona; lekarz robił wszystko, aby uratować jej dziecko. A Colby... Colby poprosił Maureen, by powiedziała jej, z˙e ona, Sarina, kłamie, z˙e to nie z nim zaszła w ciąz˙ę 30
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Osaczony
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: