Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00366 005104 12616682 na godz. na dobę w sumie
Otchłań. Cykl Pendorum. Część II - ebook/pdf
Otchłań. Cykl Pendorum. Część II - ebook/pdf
Autor: Liczba stron:
Wydawca: E-bookowo Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-7859-948-7 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> fantastyka >> fantasy
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Cykl Pendorum to epicka opowieść spod znaku miecza z domieszką magii. To historia o dorastaniu, mierzeniu się z przeciwnościami losu oraz własnym, trudnym przeznaczeniem, gdzie niekoniecznie jest się wybrańcem, a nosi znamiona przekleństwa. Poznajcie niemą niewolnicę – gladiatrix Anreę i jej historię pełną walki, namiętności oraz czysto ludzkich pragnień w zmilitaryzowanym świecie kontynentu Pendorum.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

OTCHŁAŃ Krzysztof Bonk OTCHŁAŃ cykl Pendorum część II © Copyright by Krzysztof Bonk Projekt okładki: Krzysztof Bieniawski ISBN wydania elektronicznego: 978-83-7859-948-7 Wydawnictwo: self-publishing e-wydanie pierwsze 2018 Kontakt: bookbonk@gmail.com Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione 5 I. NOWY LĄD Szczęśliwie pokonujemy drogę morską przez we- wnętrzne morze kontynentu Pendorum. W pobliżu brzegu opuszczamy z okrętu łódź i nasza siódemka płynie prosto w kierunku nieznanego nam lądu Otchłani. Wyskakuję do wody w momencie, gdy ta sięga mi do kolan. Czuję w nogach zimno oraz wilgoć, które wespół z nowym otoczeniem działają na mnie niezwykle ożywczo. Jest wczesny ranek i w chłodnym powietrzu unosi się dość gęsta mgła, przez co trudno jest dostrzec szczegóły jawiącego się przed nami otoczenia. Idziemy blisko siebie niezorganizowaną grupą i rozglądamy się z uwagą na boki. Po opuszczeniu kamienistej plaży wkraczamy na skąpą, wilgotną łąkę z pożółkłą, przegniłą trawą. Dalej towa- rzyszą nam już kolczaste zarośla i pojawiają się pierwsze ogołocone z listowia drzewa. Początkowa cisza wkrótce przerywana jest przez donośny rechot żab, a wtóruje im krzykliwe krakanie ptaków. Gdzieś z oddali dobywa się także potępieńczy skowyt trudnej do określenia istoty, być może w ogóle nam nieznanej. Zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami podejmujemy starania, aby nieustannie podążać na północ, zmierzając 6 przez całą Otchłań aż do Srebrzystych Gór, z których można zejść do księstwa Razzinal. Choć posiadamy rów- nież alternatywę, czyli marsz w poprzek Otchłani do kolejnego akwenu wodnego i ponowne przechwycenie statku. Za jego pomocą moglibyśmy wypłynąć na szeroki Światowy Ocean. Przed nami stanęłaby wówczas niezli- czona ilość dróg, z których jedna prowadziłaby nawet do niewielkiej wyspy, jaką był niegdyś mój pierwotny dom. Ostatecznie mamy więc dwa kierunki podróży. Ja na- tomiast, po niespodziewanym obwołaniu mnie przywód- czynią wyprawy, jestem niezwykle rada z tego powodu, że już na początku udaje się nam uniknąć ostrych sporów. Choć wiem, że w tak zróżnicowanej grupie długotrwała i całkowita jednomyślność będzie praktycznie niemożliwa. Jednak, aby w ogóle utrzymać nas razem, muszę pamiętać, by brać pod uwagę głos każdego z moich przyjaciół. Nato- miast wytyczane kroki powinny być wypadkową wskazy- wanych rozwiązań. Bowiem jak wspominał Etos: „w jed- ności mądrość, siła i ostateczne zwycięstwo”. – Na walecznego Gragezona! Toż to xeratoks! Z rozmyślań wyrywa mnie rozpaczliwy głos Ravela. I nagle dostrzegam, jak z gęstej mgły wyskakuje znane mi monstrum tym razem w kolorze czystego srebra. Rzuca się zajadle na mężczyznę z chanatu Precis, a ten w ostat- niej chwili uratowany zostaje przez Exona. Uderza on mieczem w masywny łeb bestii, pozostawiając krwawą pręgę, a przede wszystkim ściąga na siebie uwagę po- twora. I zaraz wojownik z Saladior sam musi czynić 7 sprawne uniki przed wystrzeliwanym w niego jęzorem. Osobiście pragnęłabym krzyczeć, aby ostrzec pozosta- łych przed niespodziewanym atakiem xeratoksa ogonem. Lecz taka sposobność mnie, niemowie, nie jest dana. Dlatego tylko rozpaczliwie oglądam, jak Gabu otrzymuje wspomnianą częścią ciała potężne uderzenie, ale na swoje szczęście jedynie w swój niezwykle masywny tyłek. Za- skoczony grubas po ciosie nawet nie rusza się z miejsca, natomiast pozostała część uzbrojonej drużyny już otacza xeratoksa. Viria raz za razem wyrzuca ze swego gardła wojenne okrzyki i uderza ostentacyjnie toporem o tarczę. Kalilla podskakuje zwinnie do bestii i pierwszym wypadem niemal przeszywa jej oko grotem włóczni. Z kolei Ravel również odzyskuje zimną krew i zarzuca sieć na głowę potwora. Ten czyni unik, a osaczony miota się chwilę w miejscu, aż gwałtownie się wycofuje i na powrót ginie w gęstej mgle. Wszyscy obecni zastygają w pozycjach bojowych go- towi zarówno do obrony, jak i ataku, a w przestrzeni cały czas rozchodzi się złowrogi warkot bestii. Lecz nieoczeki- wanie odczytuję w brzmieniu jej głosu coś nietypowego. Bynajmniej nie jest to znany mi z aren Terraticos zew krwi. Odbieram żałosne wołanie niczym o pomoc. Ostrożnie wychodzę przed wszystkich i daję znak ręką, aby cofnęli się o krok. Z pewnym wahaniem, ale to czynią, gdy ponawiam zdecydowanie gest. I raptem wyskakuje na mnie xeratoks z rozwartą paszczą. Gwałtownie się cofam, a on niespodziewanie zastyga tuż przede mną, by następnie 8 wydobyć ze swej gardzieli straszliwie żałosny jęk. I wtedy to dostrzegam. Jedną z jego czterech łap, za- kończonych szponiastymi pazurami, oplatają zębate wnyki na łańcuchu, raniąc dotkliwie przednią kończynę. Wska- zuję na nią ręką pozostałym, a oni, jak jeden mąż rozluź- niają szyk bojowy. Wpatrujemy się dłuższy czas bez słowa w szamoczące się monstrum, to kulące z bólu aż Exon zde- cydowanie oznajmia: – Zabijmy to coś. – Zgadzam się – przyznaje Kalilla. Na co agresywnie reaguje Ravel: – Zdawało mi się, że to Anrea tu dowodzi, zatem?! – Właśnie! – Viria staje po jego stronie. Nastaje dłuższa chwila ciszy przerywana jedyni skowytami xeratoksa, aż kładąc zachowawczo dłoń na torsie swego partnera, głos ponownie zabiera Kalilla: – Przewodzi nami Anrea, to prawda, niech więc ona po- dejmie decyzję. Zabijamy potwora czy też ruszamy dalej. W odpowiedzi kręcę przecząco głową, bowiem nie zadowala mnie żadne z proponowanych rozwiązań. Jed- nocześnie nie mam w sobie dość odwagi ani uporu, żeby forsować własne, ukryte zamierzenie, dlatego gestykuluję: – „Oddalmy się, rozbijmy obóz i przeczekajmy mgłę. Poruszanie się w małej widoczności jest niebezpieczne”. Wszyscy wbijają wzrok w Kalillę, aby przetłumaczyła moje gesty. Ona jednak tylko lekceważąco oznajmia: – Mamy stąd odejść jak tchórze. Na te słowa krzywię się na twarzy i przybieram kwaśną 9 minę. Przecież nie to chciałam przekazać. I wtedy pomoc przychodzi zupełnie z nieoczekiwanej strony. Głos zabiera Adora i z całą dokładnością przekłada na głos mój przekaz, po czym skromnie dodaje: – Mój brat był… Jest niemową. Znam bardzo dobrze język gestów i mogę tłumaczyć wolę Anrei. Kalilla mierzy krytycznie pyzatą dziewczynę wzrokiem i rezolutnie do niej oznajmia: – Zatem to ty bądź ustami naszej… przywódczyni, ja o to nie zabiegam. – Obejmuje Exona i razem ruszają przodem. Viria z Ravelem kłaniają się z uznaniem Ad- orze i stanowią drugą parę. Natomiast ja, już uspokojona, zwracam się gestami troskliwie do Gabu: – „Dasz radę iść”? – Spoglądam na jego masywny tyłek. Adora tłumaczy mój przekaz na głośno wypowiadane słowa, a wtedy słyszę męską, nieco strapioną odpowiedź: – Iść raczej mogę… Ale nie wiem, kiedy znowu usiądę… – Grubas masuje się po obolałych pośladkch, a zaraz głaska go po nich Adora i razem stanowią trzecią parę znikającą we mgle. Sama, chociaż podobno dowodzę, idę ostatnia. I czuję się całkiem dobrze, zabezpieczając tyły naszej drużyny, w tym tyłek Gabu. O przód naszej kolumny jestem spo- kojna. Exon oraz Kalilla powinni sobie poradzić w razie niebezpieczeństwa. Bardziej martwiłabym się o ich kolejną sprzeczkę z Ravelem i Virią. Tymczasem wkrótce docieramy na wilgotną polanę i tutaj nasza mała kolumna się zatrzymuje. Wyjmujemy 10 z toreb przy pasach pożywienie i każdy zasiada w prefero- wanym przez siebie towarzystwie, aby się spokojnie posilić. Jedząc, czekamy aż słońce oraz wiatr wraz z późniejszą porą dnia rozgonią poranną mgłę. Osobiście kończę posiłek pierwsza i przekazuję Adorze, że idę zbadać najbliższą okolicę. Tak oto oddalam się od skromnego obozowiska i ukradkiem powracam tam, gdzie od pewnego czasu ciągnie mnie ze wszystkich sił. Przypominam sobie, jak przybyłam na kontynent Pen- dorum w kajdanach krępujących me ręce i nogi. Pamiętam też dokładnie moje późniejsze zniewolenie i zabijanie na rozkaz. Teraz z kolei, mając w pamięci tamten stan, żywię gorące przeświadczenie, że nikt nie powinien być niewol- nikiem. Dlatego idę prosto do uwięzionego xeratoksa, żeby zanieść mu wolność. Będzie nią przecięcie okowów bestii albo jej śmierć. Naraz, tuż przed sobą, we mgle, słyszę złowrogi warkot i na ten dźwięk uzbrajam się w dwa miecze. Czynię jeszcze ostrożny krok naprzód i oto jest, spętany xeratoks. Spo- glądam w jego czerwone, demoniczne ślepia, starając się zaszczepić w nim ufność. Lecz wiem, że samo spojrzenie nie wystarczy. Dlatego powoli chowam miecze do pochew przy pasie i okazuję puste, bezbronne dłonie. Potwór wodzi po mnie wzrokiem, jakby starając się zrozumieć, co takiego czynię i co zamierzam. Ja zaś z wolna do niego podchodzę. Już wręcz czuję na ciele jego gorący oddech z rozwartej gardzieli, gdzie widnieje tak duża ilość zębów, jakiej nie potrafię zliczyć. 11 Spis treści I. NOWY LĄD II. BARBARZYŃCA OTCH III. DRUŻYNA IV. STARUCHA V. KOWAL VI. ZŁODZIEJ VII. UZDROWICIEL VIII. HANDLARKA IX. ŻYWICIELKA ŻYWICZEJ KRWI X. SKARB XI. LADACZNICA XII. MATKA CIEŃ 6 30 42 53 73 83 96 109 115 132 146 157 172
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Otchłań. Cykl Pendorum. Część II
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: