Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00342 008377 10461771 na godz. na dobę w sumie
PRL bez maski - ebook/pdf
PRL bez maski - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 352
Wydawca: Placet Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-7488-014-5 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> dokument, literatura faktu, reportaże
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).
Nowa książka znanego dziennikarza i pisarza jest pozycją wyjątkową na naszym rynku wydawniczym.
Jest to opowieść napisana w formie pamietników czterech byłych więźniów nazistowskich obozów koncentracyjnych, którzy w pierwszych powojennych latach powrócili z Zachodu do kraju zwanego w tamtych latach Polską Ludową i zaczynają wcale niełatwy proces dostosowania się do zastanej rzeczywistości, systemu, o którym niewiele wiedzą, i którego w gruncie rzeczy nie rozumieją.
Jest w tym gronie człowiek wyjątkowy, z poglądów lewicowiec, nawet komunista, znany w kręgach sprawujących władzę. Natychmiast obejmuje wysokie i wpływowe stanowisko, ale również właśnie on, w pierwszym dziesięcioleciu PRL zaczyna odczuwać coraz większe rozczarowanie, oddalać się od systemu, który początkowo wydawał mu się słuszny. Pozostali, choć nie lubią i nie wierzą lewicy, jak większość Polaków, starają się znaleźć sposób dostosowania się do sytuacji i urządzenia sobie życia.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Opowieść, napisana w formie pamiętników, czterech byłych więźniów nazistowskich obozów koncentracyjnych, którzy w pierwszych powojennych latach powrócili z Zachodu do kraju zwanego w tamtych latach Polską Ludową i zaczynają wcale niełatwy proces dostosowania się do zastanej rzeczywistości, systemu, o którym niewiele wiedzą, i którego w gruncie rzeczy nie rozumieją. Jest w tym gronie jest człowiek wyjątkowy; z poglądów lewicowiec, nawet komunista, znany w kołach sprawujących władzę. Natychmiast obejmuje wysokie i wpływowe stanowisko, ale również właśnie on w pierwszym dziesięcioleciu PRL zaczyna odczuwać coraz większe rozczarowanie, oddalać się od systemu, który początkowo wydawał mu się słuszny. Pozostali, choć nie lubią i nie wierzą lewicy, jak większość Polaków, starają się znaleźć sposób dostosowania się do sytuacji i urządzenia sobie życia. Czytelnik bardzo szybko zorientuje się o co chodzi autorowi. A chodzi o tak trudne i nieczęste pokazanie w naszej literaturze obiektywnej, nie zakłamanej prawdy o tamtym rozdziale naszej historii. Książka daleka jest od sławienia systemu PRL, ale też daleka od nienawiści, opluwania tamtej epoki i kół sprawujących władzę, co dziś tak powszechne jest w literaturze, szczególnie w opracowaniach historyków. Trwająca około 40 lat epoka PRL była i pozostanie ważnym rozdziałem naszej historii, rozdziałem bardzo różnorodnym i trudnym do oceny, pełnym skrajnego zła, ale nie pozbawionym cech wcale pozytywnych. Książka Stanisława Głąbińskiego skłania do przemyślenia tamtych lat, do obiektywnej oceny, do zrozumienia tego, co wniosła ona do naszej historii, tak w sensie negatywnym, jak i pozytywnym. Trzeba i warto to zrozumieć, jeśli chcemy zrozumieć dzisiejszą Polskę i trafnie ocenić to, co czeka nas w rozpoczynającym się właśnie nowym stuleciu. Stanis(cid:7)aw G(cid:7)(cid:11)bi(cid:13)ski Wydawnictwo Placet 3 Rozdzia(cid:7) 1 Olek – powrót Stach potrz(cid:25)sn(cid:25)(cid:27) g(cid:27)ow(cid:25), by odsun(cid:25) wspomnienia w jakich si$ pogr(cid:25) y(cid:27). Nie zdawa(cid:27) sobie sprawy, e mog(cid:25) one by tak ywe, pla- styczne i przejmuj(cid:25)ce, jakby te wydarzenia sprzed lat prze ywa(cid:27) po- nownie, i to na dodatek wzbogacone w(cid:27)asn(cid:25) fantazj(cid:25). Przecie przed chwil(cid:25) zdawa(cid:27)o mu si$, e sam jest Olkiem. My,li, pogl(cid:25)dy i przygo- dy jakie spotka(cid:27)y tamtego zna(cid:27) z tekstu jego wspomnie-, ale my,la(cid:27) o tym tak, jakby patrzy(cid:27) na wydarzenia z dawnych czasów oczami nie yj(cid:25)cego ju przyjaciela. Odczuwa(cid:27) w tym co, niesamowitego. Mia(cid:27) wra enie, jakby Olek pojawi(cid:27) si$ ponownie i przekazywa(cid:27) mu swoje my,li. Zdawa(cid:27) sobie spraw$, e to dziecinne odczucie, a w najlepszym razie objaw starczej sklerozy. Ostatecznie przekroczy(cid:27) ju osiemdzie- si(cid:25)tk$ i by mo e w takim wieku fantazja wymyka si$ spod kontroli. Chc(cid:25)c powróci do rzeczywisto,ci, postanowi(cid:27), e lektur$ wspomnie- zacznie od tekstu Olka. Stach czyta(cid:27) go dwukrotnie, ale by(cid:27)o to co najmniej dwadzie,cia lat temu. Nie pami$ta(cid:27) ju nawet wszystkich szczegó(cid:27)ów. Kartki otrzymane od Andrzeja w(cid:27)o y(cid:27) do ostatniej teczki z napi- sem „Andrzej”. Wyj(cid:25)(cid:27) trzy teczki z has(cid:27)em „Olek”. Reszt$ schowa(cid:27) do pud(cid:27)a. U(cid:27)o y(cid:27) si$ wygodnie na kozetce, na stoliku obok po(cid:27)o y(cid:27) d(cid:27)u- gopis, by ewentualnie wprowadzi jakie, drobne poprawki, a na pod- kurczonych kolanach po(cid:27)o y(cid:27) pierwsz(cid:25) z teczek i otworzy(cid:27) j(cid:25). Zanim rozpocz(cid:25)(cid:27) lektur$ zauwa y(cid:27), e papier ju z ó(cid:27)k(cid:27). U,wiadomi(cid:27) sobie wtedy, e b$dzie czyta(cid:27) tekst napisany przed blisko sze, dziesi$ciu laty. Czy zachowa(cid:27) swoj(cid:25) warto, ? Czy b$dzie zrozumia(cid:27)y? Czy po opublikowaniu go, znajdzie czytelników? Przecie o autorze tekstu nikt nie móg(cid:27) ju pami$ta . Czy on sam wszystko zapami$ta(cid:27)? A jed- nak w wyobra8ni ponownie ujrza(cid:27) Olka tak, jakby siedzia(cid:27) na krze,le obok kozetki i u,miecha(cid:27) si$ do niego. 5 *** W prawym rogu strony widnia(cid:27)a data 25 grudnia 1945 roku. Pod spodem, du ymi literami znajdowa(cid:27)o si$ zdanie, odgrywaj(cid:25)ce zapew- ne rol$ tytu(cid:27)u: „Tekst Olka do zbiorowej Kroniki. Cz$, pierwsza – obejmuje lata od po(cid:27)owy 1945 roku do 1948 roku.” Zwraca(cid:27) uwag$ fakt, e tekst by(cid:27) pisany na maszynie, ale dat$ wpisano d(cid:27)ugopisem lub piórem. „Kronika” – co mog(cid:27)o nieco dziwi – zaczyna(cid:27)a si$ od usprawiedliwienia. Olek pisa(cid:27): Musz$ na wst$pie przeprosi ewentualnych czytelników za dwie rzeczy. Po pierwsze, pomijam ca(cid:27)kowicie sam fakt wyzwolenia i kilka miesi$cy pobytu w zachodniej, a ,ci,le brytyjskiej strefie okupacyjnej. Sam nie mam wiele na ten temat do powiedzenia, a prawie wszyscy pozostali wspó(cid:27)autorzy tej Kroniki znaj(cid:25) te wydarzenia tak samo, jak ja. Mo e oni b$d(cid:25) chcieli je opisywa , cho nie ma tu wiele do opisy- wania, z jednym wyj(cid:25)tkiem. Mam na my,li poczucie niepewno,ci: co robi , wraca do kraju, czy zosta ? W(cid:27)a,ciwie wszyscy wokó(cid:27) byli w takim stanie. Ja nie prze ywa(cid:27)em takiej rozterki. Nie mia(cid:27)em adnej w(cid:25)tpliwo,ci, e nale y wraca i – je,li o mnie chodzi – wróc$. Wprawdzie nie by(cid:27)em pewien, co stanie si$ ze mn(cid:25) w kraju, jak si$ tam urz(cid:25)dz$, czy te jak inni mnie urz(cid:25)dz(cid:25). Dobiegaj(cid:25)ce stamt(cid:25)d wie- ,ci by(cid:27)y niepokoj(cid:25)ce, ale nie wiedzia(cid:27)em, ile w tym by(cid:27)o prawdy, ile propagandy, a ile po prostu zwyk(cid:27)ej niewiedzy. Sprawa druga by(cid:27)a ju bardziej skomplikowana. Do, rych(cid:27)o po wyzwoleniu nawi(cid:25)za(cid:27)a ze mn(cid:25) kontakt warszawska placówka han- dlowo-konsularna w strefie brytyjskiej. Placówka mia(cid:27)a swoj(cid:25) siedzi- b$ w Kolonii i w zasadzie zajmowa(cid:27)a si$ wydawaniem papierów re- patriantom, a jednocze,nie próbowa(cid:27)a nawi(cid:25)zywa jakie, stosunki handlowe. Z moich kontaktów z nimi wynika(cid:27)o jednoznacznie, e ludzie z tej placówki uwa ali mnie za zwolennika w(cid:27)adz warszaw- skich, który powróci niebawem do Warszawy, a na dodatek za cz(cid:27)o- wieka, od którego mo na oczekiwa pewnych informacji. Proszono mnie na przyk(cid:27)ad o relacje na temat nastrojów Polaków znajduj(cid:25)cych si$ w strefie zajmowanej przez Pierwsz(cid:25) Pancern(cid:25) Dywizj$ gen. Sta- nis(cid:27)awa Maczka, pytano jak zachowuje si$ i jak(cid:25) dzia(cid:27)alno, prowadzi dowództwo dywizji, wreszcie indagowano o konkretnych ludzi, prze- 6 wa nie wys(cid:27)anników ró nych partii politycznych z Londynu. By(cid:27)em tym niemile zaskoczony i zachowywa(cid:27)em du (cid:25) ostro no, . Nie ule- ga(cid:27)o w(cid:25)tpliwo,ci, o co chodzi tym z Warszawy. Nie mia(cid:27)em ochoty zajmowa si$ dzia(cid:27)alno,ci(cid:25) szpiegowsk(cid:25), tym bardziej, e nie wie- dzia(cid:27)em, do kogo mia(cid:27)yby w Warszawie dochodzi moje informacje, w jaki sposób wykorzystywano by je i czy nie wróci(cid:27)yby one w takiej czy w innej formie na Zachód. Nie chcia(cid:27)em sta si$ w opinii czy to Brytyjczyków, czy to londy-skiej Polonii agentem donosz(cid:25)cym War- szawie o tym, co dzieje si$ na Zachodzie. Uwa a(cid:27)em, e nale y robi wszystko co mo liwe, by doprowadzi do zbli enia Wschodu z Za- chodem, a nie uprawia wzajemne szpiegostwo. By(cid:27)em wówczas na- iwny. Dodam tylko, e utrzymuj(cid:25)c kontakty z przedstawicielami w(cid:27)adz warszawskich, nie pozwoli(cid:27)em zrobi z siebie agenta. Powróci(cid:27)em ostatecznie do kraju w bardzo szczególny sposób, który zawa y(cid:27) na moim dalszym yciu. Wróci(cid:27)em w po(cid:27)owie lipca 1945 roku, ale pocz(cid:25)tkowo nie do Warszawy, lecz do Berlina. 17 lipca w Poczdamie pod Berlinem rozpocz$(cid:27)y si$ dwutygodniowe obrady konferencji z udzia(cid:27)em przywódców „Wielkiej Trójki”: premiera W.Brytanii, Winstona Churchilla (do 25 lipca), zast(cid:25)pionego od 28 lipca przez kolejnego szefa rz(cid:25)du londy-skiego Clementa Attlee, pre- zydenta USA, Harry’ego S. Trumana i ze strony Zwi(cid:25)zku Radzieckie- go, pe(cid:27)ni(cid:25)cego oficjalnie funkcj$ premiera, Józefa W. Stalina. Rzecz jasna, nie mia(cid:27)em mo no,ci widzie tych „Wielkich” nawet z daleka. W(cid:27)(cid:25)czono mnie natomiast do zespo(cid:27)u doradców delegacji warszaw- skiej, w której najwa niejsz(cid:25) rol$ odgrywali Boles(cid:27)aw Bierut, Edward Osóbka-Morawski i W(cid:27)adys(cid:27)aw Gomu(cid:27)ka. Tych polityków spotyka- (cid:27)em, i jak si$ okaza(cid:27)o pó8niej, mia(cid:27)o to dla mnie zasadnicze znaczenie. Zreszt(cid:25) nie od razu ich spotka(cid:27)em. Umie,cili mnie w jakim, ze- spole budynków ko(cid:27)o Poczdamu, gdzie mia(cid:27)a mieszka polska delega- cja z doradcami, ekspertami i ca(cid:27)ym sztabem ludzi z ró nych urz$dów. Nasza grupa liczy(cid:27)a blisko trzydzie,ci osób i zwano j(cid:25) grup(cid:25) osób towarzysz(cid:25)cych. Nikogo z nich nie zna(cid:27)em, natomiast odnosi(cid:27)em wra- enie, e sami mi$dzy sob(cid:25) znali si$ doskonale. Stanowi(cid:27)em wyj(cid:25)tek i wyra8nie czu(cid:27)em, e pozostali woleli mnie unika , tym bardziej kie- dy dowiedzieli si$, e przyjecha(cid:27)em z Kolonii. Byli wobec mnie grzeczni, ale raczej unikali kontaktów i rozmów. Wydawa(cid:27)o mi si$, e 7 uwa aj(cid:25) mnie za przedstawiciela si(cid:27) specjalnych, agenta wywiadu, a mo e nawet cz(cid:27)owieka z NKWD. By(cid:27)y to moje pierwsze do,wiad- czenia w tym zakresie, i nawet mi na my,l nie przysz(cid:27)o, e wcale nie ostatnie i nie najbardziej dramatyczne. 17 lipca rozpocz$(cid:27)y si$ obrady konferencji, a naszych jeszcze nie by(cid:27)o. Dowiedzia(cid:27)em si$, e maj(cid:25) przyjecha po 20 lipca, by da „Wielkim” czas na porozumienie si$ i uzgodnienie stanowisk w spra- wie polskiej. Rzecz jasna, chodzi(cid:27)o o takie kwestie, jak ustalenie gra- nicy zachodniej, odszkodowania, zasady pobytu w Polsce wojsk ra- dzieckich i wreszcie o wyznaczenie terminu wyborów w Polsce. Wie- dzia(cid:27)em o tym z gazet ameryka-skich i angielskich, jakie rano wyk(cid:27)a- dano w holu domku, gdzie jadali,my i nawet mi przez my,l nie prze- sz(cid:27)o, e pozostali tych gazet wcale nie czytali. Pewnie nie znali j$zy- ków lub nie mieli nawyku porannego przegl(cid:25)dania zagranicznej prasy. Jak zauwa y(cid:27)em, wszyscy wchodz(cid:25)c na ,niadanie zabierali wy(cid:27)o one na sto(cid:27)ach w holu „Lycie Warszawy” lub „Rzeczpospolit(cid:25)”. Ja rów- nie si$ga(cid:27)em po te tytu(cid:27)y. „Lycie Warszawy” dostawa(cid:27)em ju czasa- mi w Kolonii, ale „Rzeczpospolit(cid:25)” widzia(cid:27)em po raz pierwszy. Pras$ polsk(cid:25) jednak przegl(cid:25)da(cid:27)em po prostu z ciekawo,ci, a gazety amery- ka-skie czyta(cid:27)em uwa nie, by wiedzie co si$ dzieje na ,wiecie i wo- kó(cid:27) naszego kraju. St(cid:25)d te zna(cid:27)em program obrad konferencji i zda- wa(cid:27)em sobie spraw$, e dyskusja nie b$dzie ani (cid:27)atwa, ani prosta, i nikt nie by(cid:27) w stanie przewidzie , jakie b$d(cid:25) jej rezultaty. Dostrze- ga(cid:27)em to, o czym jeszcze wyra8nie nie pisano, to jest – narastaj(cid:25)c(cid:25) podejrzliwo, , je,li nie niech$ w stosunkach Wschód–Zachód. Oka- za(cid:27)o si$ wkrótce, e dysponuj$ tu wi$ksz(cid:25) wiedz(cid:25) ni pozostali z gro- na osób towarzysz(cid:25)cych. Doprowadzi(cid:27)o to do do, zabawnej sytuacji. Drugiego, czy trzeciego dnia oczekiwania na przyjazd przywództwa kraju, siedzieli,my przy kolacji i ludzie z Warszawy g(cid:27)o,no przewi- dywali, e cz$, obrad dotycz(cid:25)ca spraw polskich nie potrwa d(cid:27)u ej ni dwa do trzech dni, bo wszystko, no, mo e z wyj(cid:25)tkiem wysoko,ci reparacji, jest ju uzgodnione. Pewien wysoki i niem(cid:27)ody ju m$ czyzna, do którego zwracano si$ per „dyrektorze”, wyg(cid:27)osi(cid:27) na ten temat ca(cid:27)y wyk(cid:27)ad: – Jest oczywiste, e alianci nie b$d(cid:25) chcieli mie z Moskw(cid:25) awantur o Polsk$. Szcz$,liwie, tak e i Moskwa nie szuka k(cid:27)opotów z Zachodem. 8 W ci(cid:25)gu dwóch dni omówi(cid:25) wszystko, co nas dotyczy i b$dziemy wraca do domu jako zwyci$zcy. Zreszt(cid:25) nasi, a w zw(cid:27)aszcza Bierut, to ludzie o ogromnym do,wiadczeniu. Ju przed wojn(cid:25) zje8dzi(cid:27) pó(cid:27) ,wiata i do- skonale wie, jak negocjowa . Jak s(cid:27)ysza(cid:27)em, w wielu sprawach doradza(cid:27) Stalinowi. Wszyscy „eksperci” przytakn$li skinieniem g(cid:27)ów, tylko ja spo- kojnie popija(cid:27)em herbat(cid:25) kanapk$ z serem, a napar by(cid:27) rzeczywi,cie doskona(cid:27)y. Cz(cid:27)owiek zwany dyrektorem zauwa y(cid:27) moj(cid:25) oboj$tn(cid:25) re- akcj$, bo zwróci(cid:27) si$ teraz do mnie. – Pan si$ z tym najwyra8niej nie zgadza, panie przepraszam, nie wiem nawet, jak si$ do pana zwraca . – Mam na imi$ Aleksander, ale wszyscy mówi(cid:25) po prostu – Olek. Ma pan racj$. Nie ze wszystkim co pan powiedzia(cid:27), zgadzam si$. W przeciwie-stwie do pana, nie zajmuj$ adnej wysokiej pozycji, nie jestem adnym dygnitarzem, nawet jeszcze nie mieszkam w kraju. Dopiero tam wracam. Natomiast znam tych, o których pan, i s(cid:27)usznie, wyra a si$ z takim szacunkiem. Wprawdzie nie s(cid:27)ysza(cid:27)em, aby pan Bierut je8dzi(cid:27) gdziekolwiek po ,wiecie, ale pewnie pan wie lepiej. Nie s(cid:27)ysza(cid:27)em te , by doradza(cid:27) Stalinowi. W ka dym razie kiedy ja si$ z nim spotyka(cid:27)em, nikomu nie doradza(cid:27). Mówili,my do niego „To- masz”, i dopiero po latach dowiedzia(cid:27)em si$, e ma na imi$ Boles(cid:27)aw. Czy tu pójdzie mu tak dobrze i (cid:27)atwo, zobaczymy. Odnosz$ wra enie, e Zachód wcale nie jest do nas szczególnie przyja8nie nastawiony, ale nie b$d$ dyskutowa(cid:27). Naprawd$, nie wiem. Z tego, co s(cid:27)ysz$ i co czytam w zachodniej prasie wyci(cid:25)gam wniosek, e do Polaków, jako do narodu, nie ywi si$ tu szczególnych pretensji, ale do w(cid:27)adzy w Warszawie – chyba tak. Uchodzi ona po prostu za wykonawc$ po- lece- Moskwy i rzecznika jej interesów. – Jej interesów? – w g(cid:27)osie dyrektora brzmia(cid:27)o tyle samo szyder- stwa, co zdumienia. – Czy pan, panie Olku, przyjecha(cid:27) tu jako repre- zentant w(cid:27)adzy londy-skiej? – Pan artuje. W yciu nie by(cid:27)em w Londynie, a z londy-sk(cid:25) w(cid:27)adz(cid:25) nie mam nic a nic wspólnego. Nieco z warszawsk(cid:25), ale te niewiele. Kazano mi tu przyjecha i do(cid:27)(cid:25)czy do grupy ekspertów. Nie wiem, od czego mam by ekspertem i komu mia(cid:27)bym doradza . Mo e chc(cid:25) tu mie kogo,, kto orientuje si$ w nastrojach Zachodu, a na do- 9 datek, mo na od niego oczekiwa , e b$dzie mówi(cid:27) prawd$, a nie tylko wychwala(cid:27) pod niebiosa polskich przywódców. To pozostawiam innym. Dyrektor nie mia(cid:27) najmniejszych w(cid:25)tpliwo,ci, co mia(cid:27)o oznacza to ostatnie zdanie nieznanego mu przybysza, bo wzruszy(cid:27) ramionami. Rzuci(cid:27) jeszcze: – Id$ sprawdzi , czy mam wszystkie dokumenty w porz(cid:25)dku – i wsta(cid:27) opuszczaj(cid:25)c sto(cid:27)ówk$ bez s(cid:27)owa po egnania. Pozostali, te najwidoczniej nieco skonsternowani, poszli w jego ,la- dy. Zosta(cid:27)em sam i pomy,la(cid:27)em, e niezbyt zr$cznie zaczynam powrót do kraju. W ka dym razie nasun(cid:25)(cid:27) mi si$ wniosek, e w kraju nale y bardziej uwa a na to, co si$ mówi. Powinienem by(cid:27) to wiedzie . Ostatecznie kilkana,cie miesi$cy sp$dzi(cid:27)em przed wojn(cid:25) w Moskwie, a potem kilka miesi$cy w republika-skiej Hiszpanii, gdzie atmosfera i stosunki mi$dzyludzkie pozostawia(cid:27)y sporo do yczenia. Nast$pnego dnia, a by(cid:27)o to 21 lipca, przylecia(cid:27) polski samolot z naszym kierownictwem. W ka dym razie byli w tym gronie ci, na których czeka(cid:27)em, a wi$c Bierut, Gomu(cid:27)ka i Osóbka-Morawski. Pierwszym, na którego si$ natkn(cid:25)(cid:27)em, by(cid:27) Gomu(cid:27)ka. Niewiele si$ zmieni(cid:27) od lwowskich czasów. Podobnie jak tam, we Lwowie, by(cid:27) ustawicznie nieco naburmuszony, stale powa ny, sprawia(cid:27) wra enie zamy,lonego. Zastanawia(cid:27)em si$, czy mnie pozna, ale zapewne musia(cid:27) wiedzie , e tu b$d$, bo wyci(cid:25)gn(cid:25)(cid:27) r$k$ i powiedzia(cid:27) nieco chrapli- wym g(cid:27)osem: – Jeste,cie ju . To dobrze. B$dziecie potrzebni. Potrzebujemy ta- kich jak wy, których znamy od lat i którym ufamy. Wy byli,cie w Hiszpanii? – Tak, w Hiszpanii. Potem dosta(cid:27)em si$ do obozu, do Gross- Rosen. Odpoczywa(cid:27)em po tych prze yciach w obozie dla Polaków w Niemczech Zachodnich. Wezwano mnie, i wracam do Polski. Do Warszawy. – Wiem. W Warszawie zg(cid:27)o,cie si$ do mnie zaraz po przylocie. Pomy,limy, gdzie was umie,ci . Na tym sko-czy(cid:27)a si$ nasza pierwsza rozmowa. Nie przypomnia- (cid:27)em mu, e we Lwowie zwracali,my si$ do siebie po imieniu, a nie per „wy”, jak obecnie, ale wtedy by(cid:27)y inne czasy, a Gomu(cid:27)ka z tam- tych lat, to nie obecny Gomu(cid:27)ka, sekretarz rz(cid:25)dz(cid:25)cej partii. 10 Do ko-ca tego dnia nic si$ ju nie wydarzy(cid:27)o, co by(cid:27)oby warte odnotowania, chyba to, e uda(cid:27)em si$ do mojego pokoiku, po(cid:27)o y(cid:27)em si$ na wersalce wstawionej tu w miejsce (cid:27)ó ka i zacz(cid:25)(cid:27)em rozmy,la . Przede wszystkim zaczyna(cid:27)em rozwa a , jak bardzo ja i moje otocze- nie, w jakim do tej pory y(cid:27)em, ró ni si$ od ludzi, spotykanych obec- nie, w(cid:27)(cid:25)cznie z Gomu(cid:27)k(cid:25). Czy tacy byli wszyscy ludzie yj(cid:25)cy w kra- ju? Bo ci, tutaj, byli wyra8nie zarozumiali, dawali odczu , e s(cid:25) lepsi od nas, Polaków z emigracji, a na dodatek – czego najlepszy przyk(cid:27)ad da(cid:27) „dyrektor” – nie byli szczerzy, a mo e nawet fa(cid:27)szywi. Ten dy- rektor wychwala(cid:27) obecne warszawskie kierownictwo, a ja nie by(cid:27)em w stanie uwierzy , by rzeczywi,cie tak wysoko je ceni(cid:27). S(cid:27)uchacze potakiwali mu, ale to potakiwanie te nie odbiera(cid:27)o si$ jako auten- tycznie szczere. Czy ci ludzie rzeczywi,cie reprezentowali atmosfer$ i nastroje w kraju? Lektura gazet krajowych, które przegl(cid:25)da(cid:27)em, zdawa(cid:27)a si$ to potwierdza . Zdawa(cid:27)y si$ to potwierdza tak e opowie- ,ci tych, którzy wyjechali z kraju na Zachód. Ci, ods(cid:25)dzali obecnych przywódców od czci i wiary i najcz$,ciej okre,lali ich jako „pacho(cid:27)ki Moskwy”. Opinie takie wyra ali nawet ci, którzy mieli zamiar powró- ci do kraju. Czy by,my wi$c mieli w Polsce do czynienia po prostu z dwulicowo,ci(cid:25)? A mo e to zwyk(cid:27)y strach, który zmusza(cid:27) ludzi do g(cid:27)o,nego wychwalania przywódców, w g(cid:27)$bi duszy ocenianych zupe(cid:27)- nie inaczej. Z czym, takim spotka(cid:27)em si$ w Moskwie, z tym jednak, e tam przywódcy rzeczywi,cie wzbudzali strach, ale sam kraj kocha- no i uznawano za najwspanialszy na ,wiecie, a w wypowiedziach rodaków z kraju wcale takiego podziwu dla wspó(cid:27)czesnej Polski nie wyczuwa(cid:27)o si$. W zale no,ci od okoliczno,ci, gdzie i kto mówi(cid:27), s(cid:27)y- sza(cid:27)em albo zaciek(cid:27)(cid:25) krytyk$ i pogard$ wobec rz(cid:25)dz(cid:25)cych i ca(cid:27)ego kraju, albo ma(cid:27)o wiarygodne wychwalania i komplementy. Czy by(cid:27)o to wyrazem atmosfery dominuj(cid:25)cej w Polsce, czy mo e tylko po pro- stu dowodem strachu, by si$ nie narazi , bo nara aj(cid:25)c si$, cz(cid:27)owiek ryzykowa(cid:27) wolno, , przysz(cid:27)o, , w(cid:27)asn(cid:25) i swojej rodziny? I jedno i drugie budzi(cid:27)o moje zaniepokojenie, a nawet powa ne obawy. Wie- rzy(cid:27)em i chcia(cid:27)em wierzy , e socjalizm stworzy warunki dla rzeczy- wistej demokracji, w której nikt si$ nie b$dzie ba(cid:27), a w ka dym razie nie b$dzie obawia(cid:27) si$ mówi tego, co rzeczywi,cie my,li. Oczywi- ,cie, nale a(cid:27)o przestrzega prawa i dba o interesy kraju, a w interesie 11 Polski le a(cid:27)y mo liwie najlepsze stosunki z Moskw(cid:25). By mo e, w imi$ tych interesów nale a(cid:27)o zrezygnowa ze Lwowa, nie nale a(cid:27)o krytykowa Stalina, ale nie potrzeba by(cid:27)o wcale k(cid:27)ama . Ostatecznie Gomu(cid:27)ka, osobi,cie niezbyt sympatyczny, wydawa(cid:27) si$ mówi prawd$ i to bez obaw. Ku memu w(cid:27)asnemu zdumieniu i zaniepokojeniu za- cz(cid:25)(cid:27)em si$ zastanawia , czy dobrze robi$, decyduj(cid:25)c si$ na powrót. Z tego, co wspomina(cid:27) Gomu(cid:27)ka, mia(cid:27)bym zosta zaanga owany do pracy politycznej. Czy oznacza(cid:27)oby to, e i ja b$d$ musia(cid:27) bezkry- tycznie chwali kierownictwo i prawi podobne banialuki, jak ów „dyrektor”? Na to nie mia(cid:27)em najmniejszej ochoty. Zasn(cid:25)(cid:27)em, pogr(cid:25)- ony w tych ponurych my,lach, i spa(cid:27)em jak kamie- do rana. To mi pomog(cid:27)o. Wsta(cid:27)em, ogoli(cid:27)em si$, wzi(cid:25)(cid:27)em prysznic i poszed(cid:27)em na ,niadanie, gdzie czeka(cid:27)a mnie prawdziwa niespodzianka. Przy jednym ze stolików, w towarzystwie jakiej, elegancko ubranej pani, jad(cid:27) ,nia- danie nie kto inny, jak Bierut. Uk(cid:27)oni(cid:27)em si$, a ten przez chwil$ pa- trzy(cid:27) na mnie jakby si$ zastanawia(cid:27), kim jestem i nagle zawo(cid:27)a(cid:27): – Ty jeste, przecie Olek! – Jak najbardziej, panie Tomaszu. Olek we w(cid:27)asnej osobie. Bierut by(cid:27) najwyra8niej uradowany, jakby spotka(cid:27) dawno nie wi- dzianego bliskiego przyjaciela, cho byli,my najwy ej kolegami na jakim, kursie marksizmu w moskiewskiej szkole partyjnej. – Daj spokój z tym panem – powiedzia(cid:27). – Wiedzia(cid:27)em, e masz si$ tu pojawi . Mi(cid:27)o ci$ zobaczy po latach. By(cid:27)e, w Hiszpanii, a po- tem znalaz(cid:27)e, si$ w obozie koncentracyjnym, prawda? – zapyta(cid:27). – Tak. Teraz wracam do kraju, a na dodatek otrzyma(cid:27)em wezwa- nie, by si$ tu pokaza – odpowiedzia(cid:27)em. – Wiem, wiem. To przecie ja sam poleci(cid:27)em, aby ci$ zaproszo- no. Musimy zna nastawienie wobec nas w ko(cid:27)ach na Zachodzie, a ty mo esz nas o tym poinformowa . Ponadto, z tob(cid:25) mo emy rozmawia szczerze. Ton, w jakim Bierut zwraca(cid:27) si$ do mnie by(cid:27) najwyra8niej bezpo- ,redni i pe(cid:27)en sympatii. W ka dym razie bardzo ró ny od tonu Go- mu(cid:27)ki. Sprawia(cid:27)o mi to zdecydowan(cid:25) przyjemno, . Ostatecznie roz- mawia(cid:27)em z cz(cid:27)owiekiem, który w praktyce by(cid:27) przywódc(cid:25) mojego kraju. W(cid:25)tpliwo,ci, z jakimi zasypia(cid:27)em, rozwia(cid:27)y si$. Przynios(cid:27)em sobie jakie, niewielkie ,niadanie, dosiad(cid:27)em si$ do sto(cid:27)u Bieruta, któ- 12 ry przedstawi(cid:27) mi teraz siedz(cid:25)c(cid:25) obok niego pani(cid:25), jako szefa swego gabinetu. Ze sposobu, w jaki si$ do niej zwraca(cid:27) i o niej mówi(cid:27) odnio- s(cid:27)em wra enie, e (cid:27)(cid:25)cz(cid:25) ich bli sze stosunki, ni szefa z sekretark(cid:25). Jeszcze w Moskwie s(cid:27)ysza(cid:27)em, e Bierut ma on$ w kraju. Podobno siedzia(cid:27)a w wi$zieniu za komunizm, ale nic o niej wi$cej nie wiedzia- (cid:27)em i nawet nie pami$ta(cid:27)em, jak si$ nazywa(cid:27)a. By(cid:27)em jednak pewien, e to nie by(cid:27)a ta osoba. Ostatecznie niewiele mnie to obchodzi(cid:27)o. Tymczasem Bierut, do którego zwraca(cid:27)em si$ zgodnie z jego ycze- niem, per Tomasz, wypytywa(cid:27) mnie o nastroje wobec Polski w stre- fach zachodnich. Trwa(cid:27)o to oko(cid:27)o pó(cid:27) godziny. Wreszcie Bierut po- wiedzia(cid:27): – Ciekawe rzeczy opowiadasz. B$d$ tu ze cztery dni, najwy ej do 25 lipca. Zobaczymy co si$ da za(cid:27)atwi , ale s(cid:25)dz$, e to, o co nam najbardziej chodzi, za(cid:27)atwimy. My,l$ o zatwierdzeniu linii granicz- nych i odszkodowaniach. Martwi mnie, e w naszym gronie, w,ród naszej delegacji nie ma w tej sprawie pe(cid:27)nej jednomy,lno,ci. Ci z Zachodu doskonale o tym wiedz(cid:25) i na dodatek dopatruj(cid:25) si$ w tym oznak nastrojów antyradzieckich – westchn(cid:25)(cid:27). – Niektórzy z nas s(cid:25) ca(cid:27)kowicie bezmy,lni, je,li nie gorzej. – Nie powiedzia(cid:27) jednak kogo ma na my,li, cho nie mia(cid:27)em najmniejszych w(cid:25)tpliwo,ci, o kim mo- wa. Sam jednak nie poczyni(cid:27)em w tej sprawie adnej uwagi. Uzna(cid:27)em, e tak b$dzie najlepiej. Bierut albo tego nie zauwa y(cid:27), albo uda(cid:27), e nie zauwa a. Na koniec powiedzia(cid:27): – Olek, jak sko-czymy, wrócisz z nami do Warszawy. Tam za- czniemy od tego, e b$dziesz pracowa(cid:27) w moim gabinecie jako dorad- ca do spraw zagranicznych. Znasz ,wiat, j$zyki, a ja mam do ciebie zaufanie. Po jakim, czasie, jak ju mój gabinet zacznie odpowiednio dzia(cid:27)a , zaproponuj$ ci co, interesuj(cid:25)cego. Mam na my,li wywiad wojskowy. Potrzebuj$ tam swojego cz(cid:27)owieka. Dostaniesz stopie- pu(cid:27)kownika i b$dziesz si$ w wojsku zajmowa ,wiatem. B$dziesz ca(cid:27)kiem niezale ny od resortu spraw wewn$trznych i wywiadu cywil- nego. Zale y mi na tym. Musz$ tam mie swego, zaufanego i ca(cid:27)ko- wicie samodzielnego cz(cid:27)owieka, a z góry wiem, e nacisków na ciebie b$dzie do cholery, i to z ka dej strony – za,mia(cid:27) si$, i doda(cid:27): – To oczywi,cie wst$pna propozycja. Jeszcze zobaczymy, a ty sam j(cid:25) przemy,l. Zgoda? 13 – Zgoda – odpowiedzia(cid:27)em, uwa aj(cid:25)c, e jeszcze nie ma adnych ostatecznych postanowie-. *** Stach nie przypomina(cid:27) sobie, kiedy czyta(cid:27) pierwsz(cid:25) cz$, tekstu Olka, a nawet wydawa(cid:27)o mu si$, e ten fragment tekstu autor do(cid:27)o y(cid:27) jako, pó8niej, bo o ile pami$ta(cid:27), poprzedni tekst zaczyna(cid:27) si$ mniej wi$cej od przyjazdu do Warszawy. Owiadectwem tego by(cid:27)a zreszt(cid:25) data widniej(cid:25)ca w prawym roku kolejnej strony wpisana d(cid:27)ugopisem: Warszawa, wrzesie- 1968. W skali ogólnej, by(cid:27) to okres napi$ – pocz(cid:25)wszy od wydarze- marcowych w Polsce pod znakiem kampanii antysemickiej, po „pra- sk(cid:25) wiosn$”. Wygl(cid:25)da(cid:27)o na to, e Olek dopisa(cid:27) powy szy fragment w lata, po opisywanych w nim wydarzeniach. Zapewne nie chcia(cid:27) zdradza faktu swoich tak zdumiewaj(cid:25)co bliskich kontaktów z przy- wódcami z tamtego okresu: Bierutem, Cyrankiewiczem, Gomu(cid:27)k(cid:25). Czy by nie wierzy(cid:27) najbli szym przyjacio(cid:27)om? A mo e po prostu wstydzi(cid:27) si$ tych kontaktów? Niewykluczone te , e ba(cid:27) si$, by infor- macja ta, jeszcze w latach czterdziestych, nie przeciek(cid:27)a na zewn(cid:25)trz. Pod dat(cid:25) umieszczono wystukany ju na maszynie podtytu(cid:27): „Powrót do Warszawy”. Stach czyta(cid:27) wi$c ze wzrastaj(cid:25)cym zacieka- wieniem przekonany ju , e poznaje fragment dodany do tekstu w wiele lat po tym, jak Kronika zacz$(cid:27)a powstawa . *** Po ,niadaniu i rozmowie, która trwa(cid:27)a blisko godzin$ kto,, kogo nie zna(cid:27)em, wpad(cid:27) do jadalni, podszed(cid:27) do sto(cid:27)u i pochylaj(cid:25)c si$ nad Bierutem powiedzia(cid:27) cicho, cho dok(cid:27)adnie s(cid:27)ysza(cid:27)em ka de s(cid:27)owo: – Za oko(cid:27)o czterdzie,ci minut jeste,cie proszeni na spotkanie na szczy- cie. Przedtem chce z wami kilka s(cid:27)ów zamieni towarzysz Stalin, a ponadto ostrzegam, e towarzysz Gomu(cid:27)ka przygotowa(cid:27) tekst o,wiadczenia, które chcia(cid:27)by odczyta na szczycie. Musicie si$ z tym tekstem zapozna . Wydaje mi si$ ... – mówi(cid:25)cy przez chwil$ szuka(cid:27) okre,lenia, wreszcie powiedzia(cid:27) – dyskusyjny. – O cholera. Spodziewa(cid:27)em si$ k(cid:27)opotów, ale nie a takich. Do- brze, e mnie ostrzegacie. – Wstaj(cid:25)c, Bierut wskaza(cid:27) r$k(cid:25) na Olka: – 14 – Sami widzicie, ile k(cid:27)opotów. Ci, z Warszawy, s(cid:25) niemo liwi. Niczego nie rozumiej(cid:25) – spojrza(cid:27)a uwa nie na mnie i widocznie do- tar(cid:27)o do niej, e nie bardzo pojmuj$ o czy mowa, bo doda(cid:27)a: – Mam na my,li tak zwanych krajowców, Gomu(cid:27)k$ i Spychalskiego. Okupacj$ przesiedzieli w Warszawie i dlatego nazywamy ich „krajowcami”. Po drugiej stronie jest kilku naszych, którzy przybyli z Moskwy. Musicie ich zna . To przede wszystkim Tomasz, Minc i Berman. Teraz rozu- miecie? Skin(cid:25)(cid:27)em g(cid:27)ow(cid:25), e rozumiem. Kobieta wsta(cid:27)a, pomacha(cid:27)a mi d(cid:27)oni(cid:25) i wysz(cid:27)a. Wspominam ten drobny w zasadzie epizod, bo po raz pierwszy zetkn(cid:25)(cid:27)em si$ z podzia(cid:27)em w kierownictwie partii i w(cid:27)a,nie od tego momentu zacz(cid:25)(cid:27)em zdawa sobie spraw$, e co, idzie w z(cid:27)ym kierunku, zarówno w partii, jak i w ogóle w kraju. Nie u,wiadamia(cid:27)em sobie jeszcze, e zaczynam si$ ociera o polsk(cid:25) tragedi$, ale z czasem sprawa zaczyna(cid:27)a si$ stawa dla mnie jasna. Zaczyna(cid:27)o do mnie docie- ra , e Polacy zawsze, a w ka dym razie od wieków, byli narodem podzielonym, sk(cid:27)óconym, nie rozumiej(cid:25)cym znaczenia jedno,ci i gro8by rozbicia, co wielokrotnie, równie i w naszej epoce, prowa- dzi(cid:27)o do absolutnych katastrof. W okresie, który tu opisuj$, tak e i ja nie w pe(cid:27)ni zdawa(cid:27)em sobie z tego spraw$, cho od lat razi(cid:27)a mnie nasza sk(cid:27)onno, do pieniactwa. Nie u,wiadamia(cid:27)em sobie tylko tak wyrazi,cie jak teraz, e ta w(cid:27)a,nie cecha jest podstawowym 8ród(cid:27)em naszych tragedii. To mój nowy ekspert od spraw mi$dzynarodowych. Znamy si$ jesz- cze z Moskwy. Dopilnujcie, by znalaz(cid:27) si$ na li,cie lec(cid:25)cych naszym samolotem do Warszawy. Sekretarz obieca(cid:27), e si$ wszystkim zajmie, a Bierut wsta(cid:27), skin(cid:25)(cid:27) g(cid:27)ow(cid:25) w moim kierunku i szybko wyszed(cid:27). Zosta(cid:27)em przy stoliku z kierowniczk(cid:25) jego sekretariatu. Odezwa(cid:27)a si$: Jako cz(cid:27)onek grupy doradców, do ko-ca spotkania na szczycie nie odegra(cid:27)em ju wi$kszej roli, cho Bierut raz jeszcze mnie wezwa(cid:27) i wypytywa(cid:27) o dzia(cid:27)alno, i wp(cid:27)ywy Polonii brytyjskiej. Niewiele mia(cid:27)em mu do powiedzenia, ale twierdzi(cid:27)em, e nie ma ona w prakty- ce adnych wp(cid:27)ywów politycznych, ani w Londynie, ani w Waszyng- tonie. Taki pogl(cid:25)d dominowa(cid:27) w ka dym razie w ,rodowiskach polo- nijnych w Niemczech Zachodnich, a ja by(cid:27)em przekonany o s(cid:27)uszno- 15 ,ci takich opinii. Bierut s(cid:27)ucha(cid:27) z zaciekawieniem i najwyra8niej si$ ze mn(cid:25) zgadza(cid:27). W(cid:27)a,ciwie na tym móg(cid:27)bym zamkn(cid:25) ten fragment tek- stu, a tym samym fragment wst$pu do kolejnego etapu mego ycia i mojej dzia(cid:27)alno,ci politycznej, gdyby nie jeszcze jedno spotkanie z Gomu(cid:27)k(cid:25). Pisz$ to w kilka lat po spotkaniu, ale wobec tego, co potem nast(cid:25)pi(cid:27)o, zapami$ta(cid:27)em prawie ka de s(cid:27)owo. Spotkali,my si$ przypad- kowo wieczorem w jadalni, na dzie- przed powrotem do Warszawy. Gomu(cid:27)ka by(cid:27) wyra8nie zdenerwowany. W gronie ekspertów towarzy- sz(cid:25)cych przywódcom opowiadano, e pomi$dzy Gomu(cid:27)k(cid:25) a Bierutem dosz(cid:27)o do jakiej, ostrej rozmowy, prawie k(cid:27)ótni. Bierut uwa a(cid:27), e Go- mu(cid:27)ka niepotrzebnie i ze szkod(cid:25) dla naszego stanowiska denerwowa(cid:27) Stalina, przeciwstawia(cid:27) si$ jego pogl(cid:25)dom, nie chcia(cid:27) rezygnowa ze Lwowa, domaga(cid:27) si$ wy szych odszkodowa- wojennych dla Polski, i to kosztem obni enia odszkodowa- dla strony radzieckiej, a wreszcie – co podobno najbardziej rozsierdzi(cid:27)o Wodza – mo liwie jak najszybszego wycofania wojsk radzieckich z Polski. W ka dym razie to wycofanie mia(cid:27)oby bezwzgl$dnie nast(cid:25)pi przed wyborami. Opowiadano sobie, e Stalin tak si$ zdenerwowa(cid:27) (cid:25)daniami towarzysza Wies(cid:27)awa – jak ju powszechnie mówiono o Gomu(cid:27)ce – e o problemach polskich rozma- wia(cid:27) wy(cid:27)(cid:25)cznie z Bierutem. A wi$c spotka(cid:27)em Gomu(cid:27)k$, który dosiad(cid:27) si$ do mojego stolika i zagadn(cid:25)(cid:27) wyra8nie zdenerwowanym g(cid:27)osem: – Czy i wy te mnie unikacie? – Dlaczego mia(cid:27)bym unika ? – odpowiedzia(cid:27)em ze szczerym zdumieniem. – Przecie mi$dzy nami nigdy nie dosz(cid:27)o do adnych sporów i nic do was nie mam, ani alu, ani pretensji. Bo i dlaczego mia(cid:27)bym mie . Nie przypominam te sobie, by,my si$ kiedykolwiek k(cid:27)ócili. – Nie udawajcie idioty. Doskonale wiecie o co chodzi. S(cid:27)yszeli- ,cie, e opowiada si$ o moich sporach z Bierutem, a nawet ze Stali- nem, i wszyscy, którym zale y na karierze, wol(cid:25) si$ ze mn(cid:25) nie poka- zywa . Mog(cid:27)oby to im zaszkodzi . Wzruszy(cid:27)em ramionami. – Co mi mo e zaszkodzi ? Nie mam adnego stanowiska i o ad- ne nie zabiegam. Nie zrobi(cid:27)em te nic z(cid:27)ego i nie ma powodu mnie za cokolwiek kara , to dlaczego mia(cid:27)bym si$ ba kontaktów z wami? 16 – Doskonale wiecie, dlaczego – burkn(cid:25)(cid:27) Gomu(cid:27)ka, ale ju (cid:27)agod- niejszym tonem. – O rozbie no,ciach w naszej delegacji musieli,cie s(cid:27)ysze . Co wy na to? – Oczywi,cie s(cid:27)ysza(cid:27)em, ale nie znam ca(cid:27)ej prawdy. Generalnie s(cid:25)- dz$, e – czy si$ to nam podoba, czy nie – lepiej mie dobre stosunki z Moskw(cid:25). Wiecie, e tam studiowa(cid:27)em, i nie wszystko mi si$ podoba- (cid:27)o, ale s(cid:25)dzi(cid:27)em i s(cid:25)dz$, e lepiej by z nimi w dobrych stosunkach, zachowywa si$ ostro nie i pami$ta , e lepiej ich nie poucza , przy ich sk(cid:27)onno,ci do zarozumia(cid:27)o,ci. Co gorsza, maj(cid:25) mnóstwo kompleksów, które pokrywaj(cid:25) czasami do, nachaln(cid:25) pewno,ci(cid:25) siebie. Gomu(cid:27)ka s(cid:27)ucha(cid:27) z zaciekawieniem, nawet przytakiwa(cid:27) lekkim ruchem g(cid:27)owy. – Nie wykluczam, e to racja. I ja mam takie wra enie. Ale nawet je,li tak jest, to nie mo emy z tego powodu rezygnowa z naszych zasadniczych interesów. Nie po to nas naród tu przys(cid:27)a(cid:27), by,my leczyli radzieckich polityków z ich kompleksów. Niech si$ sami lecz(cid:25). A wam powiem tylko jedno. S(cid:27)ysza(cid:27)em, e spodobali,cie si$ Bieruto- wi. Nie wiedzia(cid:27)em, e przyja8nili,cie si$ ju w Moskwie. To wasza prywatna sprawa. Przyja8nijcie si$ nadal. Pami$tajcie jednak, e do- bro kraju i narodu jest o wiele wa niejsze od waszej przyja8ni, a na pewno, od waszej kariery. Wzruszy(cid:27)em ramionami. – To oczywiste, i nawet nie ma co na ten temat dyskutowa , tym bardziej, e znam Bieruta z Moskwy, ale o przyja8ni i jakich, bliskich stosunkach mowy nie ma. Nie ma te mowy o jakiejkolwiek mojej karierze. Naturalnie, chcia(cid:27)bym robi w kraju co, znacz(cid:25)cego, ale nie my,l$ nawet o karierze politycznej, a ju zw(cid:27)aszcza jako cz(cid:27)onek ja- kiejkolwiek politycznej sitwy. – Powiedziawszy to, zastanawia(cid:27)em si$, czy dobrze zrobi(cid:27)em u ywaj(cid:25)c okre,lenia „sitwa” i uzna(cid:27)em, e lepiej b$dzie si$ poprawi , bo doda(cid:27)em: – politycznego ugrupowania. – Go- mu(cid:27)ka zrozumia(cid:27) dok(cid:27)adnie co mam na my,li, bo u,miechaj(cid:25)c si$ po- wtórzy(cid:27): – Tak, politycznego ugrupowania. Zgadzam si$ z wami. Je,li mówicie szczerze, a na to wygl(cid:25)da, to zgadzam si$ z wami. I ja nie my,l$ o jakimkolwiek ugrupowaniu. Zapami$tajcie jednak, co wam powiedzia(cid:27)em. Mo e kiedy, przyda si$ to nam obu, tak mnie, jak i wam. Praca dla interesów narodu, rzeczywistych interesów, jest bar- 17 dzo trudna, czasami bardzo niebezpieczna i zawsze wymaga odwagi. Jak przypuszczam, jeszcze kiedy, powrócimy do tego. – Mówi(cid:27) ju ca(cid:27)kiem spokojnie, bez cienia zdenerwowania. Potem nie egnaj(cid:25)c si$ wsta(cid:27) i wyszed(cid:27) z jadalni. Nawet nie wiem, czy zjad(cid:27) kolacj$. Zoba- czy(cid:27)em go nazajutrz rano, kiedy wsiadali,my do samolotu. Dalej, pod t(cid:25) cz$,ci(cid:25) tekstu, nast$powa(cid:27)y trzy gwiazdki, a pod nimi dopisano kilka zda- d(cid:27)ugopisem, czy raczej wiecznym piórem: Pó8niej, przez blisko trzy lata nie kontynuowa(cid:27)em dalszego pisa- nia naszej „Kroniki”, a tego, co zanotowa(cid:27)em, te nikomu nie poka- zywa(cid:27)em. Obawia(cid:27)em si$, by nie przedosta(cid:27)o si$ do wiadomo,ci in- nych. Nie chcia(cid:27)em, by wiedziano, e ju w kilka miesi$cy po wojnie, dostrzeg(cid:27)em podzia(cid:27)y, jakie zaczyna(cid:27)y nast$powa w (cid:27)onie partii. Osobi,cie, nie mia(cid:27)em w tej sprawie wyra8nie sprecyzowanego zda- nia, a na dodatek, moja sympatia by(cid:27)a niew(cid:25)tpliwie po stronie Bieruta. W ka dym razie w pocz(cid:25)tkowym okresie. Gomu(cid:27)ka wydawa(cid:27) mi si$ cz(cid:27)owiekiem uczciwym, ale nieopanowanym. Wyczuwa(cid:27)em w nim jakie, poczucie wy szo,ci nad innymi, nawet d(cid:25) no, do w(cid:27)adzy, cho nie w(cid:25)tpi(cid:27)em w jego uczciwo, . Zreszt(cid:25) od razu zaznacz$, e Bieruta te uwa am za osobi,cie uczciwego, tylko by(cid:27) o wiele s(cid:27)absz(cid:25) osobowo,ci(cid:25) ni Gomu(cid:27)ka. Chyba sam nigdy nie przypuszcza(cid:27), e zajdzie tak wysoko i nie jestem pewien, czy mu to odpowiada(cid:27)o. Szu- ka(cid:27) ludzi, którzy by go popierali i za niego my,leli, rz(cid:25)dzili oraz po- dejmowali decyzje. St(cid:25)d tak ogromna rola, jak(cid:25) odgrywali Hilary Minc, Jakub Berman i kilku innych. Za Gomu(cid:27)ki takich pot$ nych dygnitarzy ju nie by(cid:27)o. Gomu(cid:27)ka rz(cid:25)dzi(cid:27) sam. No, ale do tego jeszcze dojdziemy. Na razie, jednym samolotem z kierownictwem wraca(cid:27)em pe(cid:27)en emocji do Warszawy. Odczuwa(cid:27)em wzruszenie, cho po tylu latach nieobecno,ci w Polsce, nie mog(cid:27)em oceni ówczesnych stosun- ków jakie panowa(cid:27)y w kraju. Nie mia(cid:27)em po temu wystarczaj(cid:25)cej wiedzy. 18
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

PRL bez maski
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: