Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00608 010898 10753403 na godz. na dobę w sumie
Palinka, Prozy z Banatu - ebook/pdf
Palinka, Prozy z Banatu - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 188
Wydawca: Książkowe Klimaty Język publikacji: polski
ISBN: 978-8-3655-9537-9 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe
Porównaj ceny (książka, ebook (-20%), audiobook).
Rumunia. Banat. Odległe góry nad Dunajem. Wioski, w których od niemal dwustu lat żyją Czesi. Świat, w którym czas się zatrzymał. Do jednej z takich wsi przyjeżdża młody nauczyciel z Moraw. Przyjeżdża, by zapomnieć. Ale nieodłączne wspomnienia coraz bardziej przysłaniają mu codzienność wiejskiego życia i nieśmiałe próby włączenia się do zamkniętej społeczności. W izolacji i samotności, pośród upojnej banackiej scenerii każdy drobiazg przypomina o dzieciństwie, gorzkich latach spędzonych na sali gimnastycznej, utraconych kobietach, podróżach, ucieczkach Pozwolę sobie stwierdzić, że takiego debiutu, jakim jest zbiór opowiadań Matěja Hořavy Palinka, nie było w czeskiej literaturze od wielu lat. Wspaniale gęsty, wycyzelowany tekst, w którym każde słowo umieszczono pieczołowicie jak kamień w starym, wiejskim murze. () To przypowieść o melancholii w XXI wieku. Petr A. Bílek, krytyk literacki, tygodnik Respekt Jego styl jest intensywny, skoncentrowany. Nie wyszukuje opowieści, tylko wchłania je, a później je wypisuje. Nie stara się tworzyć literatury, pisząc, oczyszcza się z własnych przeżyć. Jego narracja jest zupełnie wyjątkowa, choćby pod względem objętości. Porusza struny wszystkich warstw rzeczywistości. Uważny czytelnik znajdzie w nim coś, co sam dawno utracił i zapomniał. Zdeněk Mitáček, podeltrati.cz
Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Matěj Hořava, Palinka. Prozy z Banatu Przekład: Anna Radwan-Żbikowska [fragment] Salto mortale Sala gimnastyczna w Děčínie, w której po raz pierwszy rzuciłem się w tył, w nieznane, jakby na głowę; ta przeniknięta wiecznym obłokiem magnezjowego pyłu sala gimnastyczna już dawno nie istnieje: spłonęła, spłonęła gdzieś w latach osiemdziesiątych; nie wiem dlaczego, zapewne ktoś wrzucił zapałkę do jamy z pociętym na paski poliuretanem (do takich jam można było spadać nawet na głowę; w takich jamach można było się zagrzebać i udawać nieistnienie, nieobecność, niebyt: pełne nadziei i wysoce łatwopalne jamy). Miałem pięć albo sześć lat, za oknem smog jesiennego Děčína i wcześnie zapadłe ciemności; tęczowe okręgi wokół wielkich lamp (trzeba było przymknąć oczy; tęcze nie pojawiały się tak łatwo jak przy światłach na basenie); a ja rzuciłem się w tym – nieskoczonym dotąd – ćwiczeniu; i nie wiedząc nawet, jak to się stało, po chwili ciemności i rozmazanych świateł nagle stałem znowu na nogach; rzuciłem się w nieznane, w dodatku tyłem, w ślepotę: i stałem na nogach; ktoś zaklaskał; ktoś spadł z poręczy; biały pył magnezji bez końca unosił się w tym dawno na popiół spalonym budynku; moje pierwsze salto z miejsca, salto w tył; to absurdalne przetoczenie się nad ziemią z nieoczekiwanym lądowaniem na nogach… Odkąd wyszedłem wtedy z sali gimnastycznej, skakałem to salto po wielekroć każdego dnia: ku radości i podziwowi mieszkańców osiedla na północy Czech; koledzy z przedszkola chodzili za mną i marudzili, żebym ich tego nauczył; przynosili mi plastikowe żołnierzyki, modele pistoletów, noże; nauczycielki w przedszkolu mdlały i każdego dnia skarżyły się mojej mamie… Skakałem na trawie, na betonie, na filcach i parkietach osiedlowej sali gimnastycznej, na dywanach cudzych mieszkań (to już kilka lat później, kiedy zacząłem chodzić do szkoły, a po szkole do mieszkań swoich kolegów); skakałem salta w starej willi, w której zasuszona, a jednak przewyższająca wszystko swoim międzywojennym czarem dama, Niemka niewypędzona po wojnie, uczyła mnie grać na fortepianie (mein Gott, mein Gott, wzdychała ze strachem); skakałem na szkolnych korytarzach; w lecie na mączce ceglanej (pod ścianą, o którą waliłem całymi dniami piłeczką do tenisa, jakby zależało od tego moje życie); skakałem w tył w wody basenów, kąpielisk, stawów, kamieniołomów… Potem wszystko się rozpadło; upadłem na południe Moraw, w chłód, w jakąś cichą i duszną (i przede wszystkim nienaruszalną) grozę; nagle kręciłem się w powietrzu coraz dłużej, wyżej i w coraz większym przerażeniu; stary, maleńki skok w nieznane nagle stał się czymś dawnym, dalekim, dziecinnym; dorastałem w kurzu i wrzasku sali gimnastycznej przy ulicy Lenina, przy ulicy Kounica, nie wyjąłem z pudełka zapałki, nie zapaliłem jej i nie zanurzyłem w jamie pełnej pociętego poliuretanu: w końcu dojrzałem… Ale wciąż skakałem salto; to dziecinne, niedojrzałe, dawne, przywiezione z daleka salto: ku przerażeniu i podziwowi dziewcząt i kobiet skakałem pijane salta w knajpach, w klubach teatralnych (później również na scenie jako klaun; kochałem teatr, a dostałem się na deski tylko i wyłącznie dzięki temu mizernemu saltu); coraz bardziej i bardziej pijany, skakałem paradoksalnie coraz pewniej i stabilniej; nie było dnia bez picia, picia bez salta… Starałem się coś osiągnąć: na próżno sięgałem po muzykę, słowa, kobiety, sztukę: wszyscy od razu dostrzegali absolutną bezcelowość moich starań; a kiedy robiło się naprawdę źle, kiedy nie było się już czym popisać, kiedy nie dało się już wyjąć z rękawa żadnego fałszywego asa, nic, zupełnie nic: wtedy rzucałem się nagle w tył, w nieznane: skok i podziw; patrzący otwierali szeroko oczy i usta w dziecięcy sposób; żadne słowa, żadna sztuka, żadne opowieści: nic nie sprawiło tego, co ten stary, głupi, bezwartościowy, dziecinny trik; mężczyźni nagle klepali mnie po ramieniu; kobietom nieco bardziej ciemniały oczy… Zapalam zapałkę tego styczniowego dnia; w wielkiej, białej chałupie; zapalam zapałkę i podpalam odcięty skrawek opony: zanurzam go w ciemności pieca, pomiędzy drzazgi, a te (jeśli Bóg da) zapalą wilgotne, jeszcze nazbyt żywe drewno grabowe; zapalam zapałkę i chcąc nie chcąc wyobrażam sobie płomyk wpadający w ciemność pomiędzy skrawki poliuretanu… Dziś rano biegłem do szkoły jeszcze w ciemności (po kolana w śniegu), nawet nie zdążyłem się rozgrzać; a teraz, po południu, po powrocie z wyczerpującej nauki, jest tu zimno jak w kostnicy. Zapalam zapałkę, spoglądam w ciemność pieca; przykucam: trochę boli mnie kostka: to od lądowania: wprawdzie dobrze, prosto na nogi, bez stąpnięcia do przodu czy w bok (mówiliśmy na to ustać salto), ale nogi przecież zestarzały się już, odwykły od skoków… Salto: dzisiaj: po tak długim czasie, tutaj: zakład: zakład z chłopakami z ósmej klasy: jeżeli nauczą się w końcu wszystkich wyjątków w pisowni po b, ja skoczę salto z miejsca; chłopcy się nauczyli, do klasy wepchnęły się wszystkie dzieci od najmniejszych po najstarsze (już nie tak trudno wepchnąć je do jednej klasy; wymieramy tu dość szybko); nie wierzyły. Stanąłem przed tablicą i skoczyłem: po długim, długim czasie moje ciało zakreśliło w powietrzu koło, po długim czasie rzuciłem się w tył, w nieznane: spadłem na nogi, bez kłopotów (kostka rozbolała dopiero później); dziecięce buzie rozwarły się w zadziwieniu, podekscytowanym krzyku; zaskoczony szczebiot poruszył salą; ósmoklasiści, z którymi się już nawet biłem, nagle spoważnieli, zmiękli; wszyscy natychmiast chcieli, żebym ich uczył (oczywiście salta, nie materiału szkolnego): chłopcy, dziewczęta, wszystko garnęło się do mnie, ciągnęło mnie za rękawy; pięcioletni Karlík z przedszkola (maleńki blondynek: jak ja wtedy, jak ja w sali gimnastycznej w Děčínie , jak ja po raz pierwszy) stał wciśnięty w róg klasy, przy piecu: oczy na oścież, buzia na oścież, dziurki w nosie na oścież, i jak we śnie wykrzyknął nagle dziecięcym, zachrypniętym głosikiem: Panienko Maryjo, salto mortale. Samomowa Mówienie do siebie: to musiało nadejść… Co próbuję sobie wmówić: nadejść?... Mówienie do siebie: to nie mogło odejść, nie mogło dobrzmieć, nie mogło ucichnąć, zamilknąć… Zaiste: czasem orientuję się, że mówię: że mówię, kiedy mozolę się nad czymś w chałupie czy na podwórku… Samomowa… Czasem wszystko jest zamaskowane: jak szalony staruszek albo Indianin mówię do pieca, mówię do noża, do grabowego polana, które zaraz rozłupię siekierą albo wrzucę w żar ognia; mówię do kłódki, do skobla, klucza, miotły… Nawet szept modlitw zmienia się tu w samomowę… Czytam na głos; recytuję na głos klasyków greckich i rzymskich; opowiadam dowcipy Sherlockowi Holmesowi i sam się z nich śmieję… Powtarzam dziecięce słowa; powtarzam przepiękne słowa i dziwne zdania miejscowego narzecza; mówię po rumuńsku, po angielsku, po niemiecku: samomowa lubi się ukrywać, lubi wypożyczać cudze głosy, cudze języki, lubi wymyślać dziwacznych mówców i jeszcze dziwaczniejszych adresatów… Who’s on first, who’s on first… Samomowa lubi się chować za westchnieniem; lubi zakładać maskę śpiewu: moja rozstrojona gitara i mój rozstrojony głos, często niewiedzący już, w jakiej pozycji się ułożyć, którą rolę przyjąć: tak wiele postaci błądzi po chałupie, tak wiele mężczyzn i kobiet błądzi w tej ciszy i stara się porozumieć, dogadać: stara się coś powiedzieć, szepnąć temu drugiemu: ale dokładnie w momencie, gdy przemówi, w zasięgu są – to nie do zniesienia – tylko własne uszy; jedynym słuchaczem jest zawsze tylko ten, który mówi… Blok na osiedlu w Brnie; dziecko bawi się stertą zabawek, figurek: każda ma własny głos; dziecko jest coraz większe, a figurki nie odchodzą, zabawki nie znikają: wręcz przeciwnie: z czasem coraz więcej figurek wkracza do obrzydliwego pokoju w bloku: kobiety, mężczyźni, śpiew, poezja: z tylu ust i dla tylu uszu: i z jednych ust, dla jednych uszu… Jak mogłem mieć kiedyś nadzieję, że tutaj to się skończy? Jak mogłem w ogóle wierzyć, że ta chata, te wzgórza, ta zagranica, to rumuńsko-serbskie pogranicze mogą być lekiem na samomowę?... Trener często mi wymyślał; wynajdował różne słowa: później znalazł to, które mu się spodobało i które często potem tatuował na moim czole na oczach kolegów z klasy: samorost… Samorost; myślał, że to wyzwisko; w głębi duszy to nie był zły człowiek; w głębi duszy był dobry; właściwie starał się przebić przez moją samomowę i beznadziejnie mu to nie wychodziło: nie dawał sobie ze mną rady; lubił mnie… Samorost: również to słowo wrosło później w łańcuch moich samomów, kiedy w bloku na brneńskich Bohunicach śpiewałem w kółko, całą noc, aż do wyprania mózgu: W sobie siebie sam przerastam… Błądzę po chałupie; błądzę słowami; i nie ma wosku ani masztu i okowów, mogących mnie uchronić od tych głosów; nie ma powrotów. Głosy mówią; już od chwili, gdy wyjechałem z blokowiska na północy Czech do blokowiska na południu Moraw; a ja, szaleniec, myślałem, że mogłyby zniknąć tutaj, że mogłyby zniknąć w ciszy; że należę do tych silnych, potrafiących zgładzić wszystkie pokusy samotnością. Błąd nad błędami: całe moje życie… Za próżną naszą samomowę nie karz nas, Panie!
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Palinka, Prozy z Banatu
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: